Read here

Pamiętniki do panowania Augusta III. i Stanisława Augusta

Jędrzej Kitowicz · 1840 · Free in the US

11,598 words · about 49 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1840 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Panowanie_Augusta_III&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Jędrzej Kitowicz
Language
Polish
Published
1840
Length
11,598 words · about 49 min
Sections
25 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (25)

Continue:

Front matter

Panowanie Augusta III.

początkach panowania Augusta III. niepiszę, bo w tych byłem dzieckiem, anim wziął przed się pisanie dawniejszych dziejów, tylko tych, które się za używaniem rozumu mojego zdarzyły. To jedno przytaczam, co ulgnęło w moją młodą pamięć: że w dzień koronacyi Augusta III. w Krakowie odprawionéj, po wszystkich miastach publicznych, z rozkazu rossyjskiego, była palona illuminacya. Każdy mieszkaniec musiał oświecić okna domu swego. Niebyła to tak przednia illuminacya, jaka dała się widzieć palona Stanisławowi Augustowi (o któréj będzie w swojém miejscu), ale tylko świeczki łojowe i lampy takież wystawiono w oknie na prostéj deseczce; a w niektórych pałacach świece woskowe i lampy oliwne, bez żadnych figur malarskich i snycerskich. Ktoby zaś niepalił świeczek przynajmniej dwóch w oknie, byłby poczytany za nieprzyjaciela króla Sasa, a partyzanta Leszczyńskiego, i jako taki źle od Rossyan traktowany; dla tego najuboższy gospodarz wolał stracić dwie świeczki, niż nabyć na grzbiet sto knutów czyli batożków. Ta illuminacya zaczęła w wieczór trwała do wypalenia się świec. Drugi obmiot, który do dziś dnia nieuszedł z pamięci mojej, był następujący: Żołnierze rossyjscy, uiający kordygardę w domu rodziców moich, nalawszy wody w dużą misę, śledzia surowego z łuską w drobne kawałki pazurami szarpiąc w tęż wodę wdrobili, potém sucharów podobnież nadrobili, a nażegnawszy się nad nią i nakiwawszy, z wybornym apetytem owe zupę jedli. Pieniądze kopijkami zwane nosili w gębie między wargą spodnią i zębami. Gdy mieli co jeśdź lub pić, owe kopijki brali do ręki. Grubsze zaś pieniądze chowali w kieszeniach. Niechlujstwo ich w jedzeniu, piciu i odzieży było aż do obrzydzenia: rozrabiając w dzieży ciasto na chleb, z którego potém robili suchary; takim chlebem albo sucharami wcale się niebrzydzili. Oficerowie niżsi, wyjąwszy sztabowych, mało co byli ochludniejsi od gminnych sołdatów; dla uniknienia gadu, używali koszul kitajkowych rozmaitego koloru, w któréj materyi ile śliskiéj robactwo niekowane, nie tak łatwo jak w płótnie utrzymać się mogło, i kitajka nie tak często prania potrzebowała.

O głodzie pod panowaniem Augusta III

O głodzie pod panowaniem Augusta III.

Po wyjściu Rossyan z Polski, jakoś w drugim czy w trzecim roku po koronacyi, nastąpił głód, którego te okoliczności pamiętani: najprzód, że żadna potrawa tak niesmakowała jak chleb, nawet ludziom dobrze się mającym, i w inne czasy chleba mało używającym; powtóre, że w Warszawie pełno było ludu zgłodniałego, schodzącego się do niéj z okolic. — Panowie i majętniejsi obywatele czynili składki wielkie na tych nędzarzów, których mimo tę opatrzność co dzień wielka liczba umierała, grzebiona w wielkie doły po cmentarzach i po polach, przez grobarzów umyślnie na to wysadzonych, którzy zmarłych zbierali po ulicach, kładli na kary i do dołów zwozili. Żywym dawano pewną porcyą chleba co dzień, w pewnych miejscach murem albo parkanem opasanych. Byli ludzie z długiemi biczami, od nich zwani bicznikami, którzy przed godziną dystrybucyi chleba zganiali ubóstwo do owych miejsc, zajmując wspomnionemi biczami i pędząc jak bydło. Wielu albowiem z tych mizeraków, z łakomstwa głodem rosnącego, spodziewając się większego pożywienia w pojedyńczéj od domu do domu żebraninie, unikało zajmu do gromady. Wpędzonych w zamknięcie czyli plac, wypuszczano po jednemu tąż samą bramą, dając każdemu pod równą miarę sztukę chleba; i tak czyniono co dzień. — Umierali jednak i przy takiéj opatrzności, mianowicie ci, którzy niewstrzymując apetytu, prócz chleba rozdanego, szukali większego gdzie mogli posiłku; a nawet końskie mięso z zdechłych koni żarli. Wielu zmarłych znajdowano z kawałkiem chleba u gęby; gdy ściśniony żołądek niemogąc trawić pokarmu chciwie jedzonego, odejmował jedzącym życie. Od roku 1743. zacząłem notować moją chronologią; którego roku jakoś ku jesieni pokazała się gwiazda wielka, ogromności księżyca w pełni, z ogonem nakształt miotły długim i szerokim, była figury okrągłéj, gładkiéj, bez promieni do koła. Jasność miała bystrą, tak w swojéj kuli jak ogonie równą. Wschodziła i zachodziła ta gwiazda przez niedziel sześć po zachodzie słońca, równo z księżycem; widziana nietylko na horyzoncie polskim, ale téż nad całą Europą, jako o niéj były zewsząd uwiadomienia. Odbywszy swoją wizytę więcéj się niepokazała. Za pierwszém swojém zajaśnieniem nabawiła ludzi wielkiéj trwogi. Jedni mówili: iż kto się téj gwiazdce przypatruje, ten roku niedożyje; drudzy: że któryś monarcha europejski umrze; inni: że będzie głód; inni: że powietrze; inni: że wojna. Tego, co nastąpiło, nikt jednak niezgadł, to jest powietrza na bydło (o którém zaraz), i prócz którego Polska niemiała szczęśliwszych czasów, i podobno więcéj takich mieć niebędzie, jak były pod słodkiém panowaniem Augusta III., przeciw któremu niewdzięczność Polaków, sprawiedliwie ukarały niebiosa następném panowaniem.

O powietrzu na bydło

O powietrzu na bydło.

1774 roku powstało powietrze na bydło rogate najprzód na Rusi, a potém rozszerzyło się po całéj Polsce i Litwie, zkąd znowu z wołami ruskiemi postąpiło do Szląska, Pruss Brandenburskich i do innych niemieckich krajów. Zabijało powszechnie i gęsto przez cztery lata, potém obrzednio pokazywało się po różnych miejscach i dotąd pokazuje. To jednak podziwienia godne, że przy takim upadku milionowym niebrakowało bydła w Polsce; oprócz krajowych potrzeb, tysiącami woły wychodziły za granicę, i choć w jedném miejscu wypadło co do sierci (jak mówią), za kilka lat znowu były napełnione obory i jatki rzeźnickie, co większa, iż po zaczętym pomorku na bydło więcéj nierównie było w Polsce gąb do mięsa niż przedtém, bo surowość postu z laty coraz wolniała między katolikami, dyssydentów do Polski i żydów przybywało, ludność się pomnażała, Moskwy w ostatnich leciech Augusta III. podczas wojny z królem pruskim Fryderykiem II. W Wielkiéj Polsce było pełno, ztąd w ogólności daleko większa niż lat dawniejszych mięsa konsumpcya. Przypisać to należy nie jakiéj cudownéj, nadprzyrodzonéj sprawie, ale rozszerzonemu w słodkim pokoju pod panowaniem Augusta III. gospodarstwu: wytępionym po wielu miejscach nieużytecznym borom, wysuszonym bagnom, wykarczowanym zaroślom, a na tych miejscach pozakładanym wsiom, polom, łąkom i pastwiskom, w których się bydło karmiło i rozmnażało.

O zabiciu Tarła

O zabiciu Tarła.

Tegoż roku 1774 dnia 16. Marca, pod Marymontem, młynem sławnym z mąki pszennéj, o ćwierć mili od Warszawy, zginął w pojedynku sławny reputacyą między pany i męstwem Adam Tarło, wojewoda lubelski, z okazyi takowéj: miał on żonę, ale starą babę, z którą w dobrach osadzoną niemieszkał, ale pilnując publik jako senator, a do tego młody i hoży, idąc za zepsuciem serca, kochał się w niejakiéj Anusi (tak ją powszechnie zwano), naturalnéj córce Lubomirskiego, wojewody krakowskiego, splodzonéj z Krysty mieszczki krakowskiéj przed ślubem, którą Lubomirski mężowi Krystowi odmówił, a potém za pośrednictwem wielkich pieniędzy nabywszy, i o rozwód postarawszy się, we dwa roki po narodzeniu Anusi za żonę pojął. Anusia wyrosłszy na piękną pannę, haniebnie wpadła w serce Tarłowi, wojewodzie lubelskiemu, który nieśmiejąc opuszczać swojéj babki dla pieniędzy i zapasów, a spodziewając się lada kiedy sprawienia jéj pogrzebu, jako dogorywającéj w latach, zawczasu sobie serce i rękę do przyszłego ślubu u Anusi wysługował, czyniąc jéj w każdej kompanii pierwsze honory. Na balu u Bielińskiego, marszałka wielkiego koronnego, wziął najpierwéj w taniec swoją Anusię; udał się potém do Poniatowskiéj, wojewodzianki natenczas mazowieckiéj, potem Branickiéj, hetmanowéj wielkiej koronnéj. Lecz damy urażona tém przeniesieniem Anny nad siebie, zaraz uradziły między sobą, ażeby żadna z wojewodą nieszła w taniec. Gdy tedy zapędzony do wojewodzianki mazowieckiej Tarło, odebrał od niéj tę odpowiedź: , jak był ognisty człowiek, tak zaraz obróciwszy się do kompanii, zawołał na cały głos: Wojewodzina mazowiecka, matka, baba dumna i męskiego serca, na te słowa rozkazała Kazimierzowi, podkomorzemu koronnemu, synowi swemu, aby natychmiast szedł do tańca z siostrą; — skoro z nią stanął do tańca podkomorzy, wojewoda lubelski zawołał na niego: Podkomorzy odbił to słowo na wojewodę, ztąd rozruch i rwetes do szpad (obaj albowiem nosili się w fraucuzkim stroju). Ale gospodarz balu surowy, pogroziwszy obiema aresztem za porwanie się do oręża pod bokiem królewskim, i za nieuszanowanie domu swego, kazał natychmiast obiema wynieść się z kompanii. Posłuszni rozkazowi, którego lekce ważyć u Bielińskiego niebezpieczne bylo, wyszli, a wychodząd dali sobie parol na pojedynek, który podług zmowy odprawili trzeciego dnia pod Piasecznem, o mil 3 od Warszawy na pistolety z koni. Wojewoda zabił konia pod podkomorzym, który, padając na ziemię, wołał przejęty strachem, ile młody i w pierwszém polu takowej okazyi: „kocham pana wojewodę“; za pośrednictwem sekuudantów ścisnęli się na placu i z dobrą manierą rozjechali. Nim przybyli do domów swoich, już w każdym wiedziano, co się stało na pojedynku. Gdy podkomorzy stanął przed matką, chcąc ją w rękę pocałować, zamiast znaku ukontentowania, że zdrów powrócił, odebrał od niéj policzek, z takiém przywitaniem: Podkomorzy ledwo przez połowę czując w sobie takiéj zręczności, jaką miał do oręża wszelkiego rodzaju wojewoda, nieradby się był więcéj z nim kłócić: ale dla matki rad nierad musiał. Pogodziwszy się więc i pokwitowawszy z zatargi po pierwszym pojedynku, trzeba było szukać nowéj do kłótni przyczyny. Tę dały paszkwile z obu stron biegające. Wojewoda srodze tchnięty honorem swojéj Anusi, najbardziéj w tych paszkwilach szarpanym, wyzwal powtóre podkomorzego, dawszy mu na wolą wybór placu i oręża. Podkomorzy determinował plac pod Puławami, majętnością wuja swego Czartoryskiego, wojewody ruskiego; — oręż — pistolety. Pojedynek ten niedoszedł, pneszkodzony aresztem królewskim (o który, jak mówiono, postarała się familia podkomorzego, nieufając szczęściu i widząc możniejszego w partyą wojewodę). Pogodzili się powtórnie i przeprosili za wdaniem królewskiém, przez posłanego z aresztem. Lecz to było na pozór tylko i do czasu nastrojenia pewniejszéj zguby wojewodzie. Jakoż skoro tylko król wyjechał do Saxonii, podkomorzy dotąd wyzywany, wyzwał wojewodę, plac pojedynku pod Marymontem wyżéj nadmienionym, termin dwóch niedziel dla przygotowania się słusznego w sekundantów i przyjaciół, naznaczywszy. Na nieszczęście nikogo niebyło pod ten czas w Warszawie z familii wojewody, przeciwnie zaś z strony podkomorzego wszyscy się pozjeżdżali. Domownicy wojewody i konfidenci, przenikający rzeczy z obu stron, odradzali mu wszelkiemi sposobami, aby na ten termin niepozwalał, aby go na inny czas odłożył, ażby się w równą partyą przyjaciół i krewnych przysposobił. Ale wojewoda jak był serca wielkiego, tak niechciał słuchać żadnéj perswazyi. Obrał sobie jednego towarzysza hussarskiego za sekundanta, o którym przy kilku sługach swoich ten pojedynek odprawił. Zrobił testament i cały dom swój rozporządził. Gdy mu do siadania wyprowadzono konia, ten, lubo w inne czasy powolny, tak rżał, miotał się i nogami grzebał, że dół niemały na dziedzińcu wykopał. Mówili tedy słudzy z płaczem do pana, aby tą razą niewyjeżdżał; że oto koń miotaniem swojém nadzwyczajném i dołem wykopanym przestrzega pana, że zginie; — lecz wojewoda niedbając na żadne prognostyki, dosiadł gwałtem konia niespokojnego. Gdzie tylko przejeżdżał przez ulice, wszędzie lud pospolity klękał na kolana i w głos Pana Boga prosił, aby Poniatowski zginął, a wojewoda zdrów powrócił. Taką miał miłość powszechną u ludzi wojewoda, a nienawiść podkomrzy, czyli raczéj matka jego, którą dla ponurego wzroku i surowości pospolicie zwano gradową chmurą. Ona rej wodziła w domu i mężem rządziła; ona była główną podnieta tego pojedynku, niemogąc trawić owego twardego kąska, że syn jéj w pierwszym szwankował. Zawsze mu wymawiała, iż wstyd zrobił familii owemi słowami upodlającemi: „ę“; że mając więcéj braci nieosierociłby domu, choćby sam zginął. Ztąd nienawiść ludu, powzięta ku matce, spływała na syna w życzeniu mu zguby. Ale się inaczéj stało. Gdy stanęli na placu, zaczęli rzecz najprzód od zwady o owe paszkwile, które dobyte z kieszeni wojewoda zatknął na szpadę, obiecując przybić je do serca podkomorzemu, lżąc go ostatniemi słowy; nieskąpił i podkomorzy dla wojewody podobnych karczemnych panegiryków, a tak cokolwiek jest w języku polskim słów uszczypliwych, obelżywych, grubijańskich, wszystkie na siebie za koleją wyexpensowali. Wojewoda chciał koniecznie potykać się na szpady, podkomorzy zaś nie, tylko na pistolety. Gdy tak w złości zajadając się chwilę, żaden żadnego na swoją wolą przeciągnąć nie mógł, nareszcie wojewoda pozwolił na pistolety, a pokazując serce, metę od sekundantów wymierzoną na 20 kroków, skrócił do pięciu, na któréj stanąwszy pieszo, wypalili obaj do siebie po dwa razy bezskutecznie, tylko któryś z nich przebiegającego przez plac pojedynku jakiegoś chłopa postrzelił w zadnią ćwierć. Wojewoda po dwoistém wystrzeleniu, niedbając więcéj na sekundantów, ani na nikogo, rzucił się z szpadą na podkomorzego, podkomorzy wzajemnie na wojewodę; po kilku sztychach i skokach ku sobie uczynionych, wojewoda pchnięty szpadą w samo serce, w słowach: O Mon Dieu! chwytając się ręką za bok, padł i umarł. — Podkomorzy bledniejąc powoli z rany po żebrach sobie zadanéj, porwany od swoich do karety, złożony w koszarach gwardyi koronnéj nad Zdrojami, tam się kurował przez kilka niedziel. Rozruch wielki po Warszawie, płacz pospólstwa i przeklinanie Poniatowskiego sprawiły, iż się cala jego familia przez czas niejaki miała na ostrożności, dla tego i podkomorzego ranionego utnieścila w koszarach, ażeby tam lepsze miał bezpieczeństwo od gwardyi, któréj wojewoda ruski, wuj jego rodzony, był generałem, mianowicie, iż rozumiano, że Tarło, wojewoda sandomirski, bliski stryj zabitego, pan burzący i zuchwały, z Mikołajem Potockim, starostą kaniowskim, w żołnierstwo nadworne możnym, szałaputem koronnym, krwią z Tarłami złączonym, na stypę za nieboszczyka wojewodę zechce zabić którego ciołka czyli Poniatowskiego (bo ciołek jest herb Poniatowskich). Długo trwało takie mniemanie, lecz nieprzyszło do żadnej rozterki krwawéj. Obróciły się partye do prawa, toczyła się przez kilka trybunałów sprawa, skończyła się na grzywnach i wieży, którą podkomorzy koronny przez pół roku w zamku warszawskim na górze, nie in fundo, przy balach i kompaniach wesoło wysiadywał. — Tarło, wojewoda sandomirski, w lat 6 po tym pojedynku umarł; starosta kaniowski, małym tylko straszny i pod wiechami rycerz, nigdy się na dom Czartoryskich i Poniatowskich, które się trzymały w kupie i znaczyły jedném nazwiskiem: a, porwać nieodważył. Anusia, przyczyna kłótni między familiami, poszła za mąż do Węgier za grafa Esterhazego, majętnego pana. — Z Potockich, ani z Tarłów, dumnych tchorzów, żaden niemiał serca, pojedynkiem rewanżować śmierć wojewody, i tak zamachy wielkie, domową wojną grożące, powoli czas uspokoił. Wiadomości z placu, przyniesione do Warszawy, dwoiste były: jedni mówili, że wojewoda zaślepiony passyą, nacierając bez uwagi na Poniatowskiego, z jego ręki zginął; drudzy twierdzili, że niejaki Korf, rodem Kurlandczyk, major w regimencie saskim generała Szybilskiego, Czartoryskich przyjaciel, sekundant w tym pojedynku podkomorzego, wmięszawszy się między bijących pod pozorem dodawania serca, z pod ręki podkomorzego ranionego, zadał sztych śmiertelny wojewodzie. Opinia, czyniąca Korfa zabójcą, była zawsze mocniejsza, ale dekret trybunalski nieobwinił Korfa, tylko podkomorzego; lubo i to pomnażało podejrzenie, że Korf po tym pojedynku wyjechał za granicę, i niepowrócił do regimentu aż po skończonéj sprawie, choć wraz z podkomorzym był do trybunału pozywany. Ponieważ ten pojedynek był publicznie ogłoszony i doniósł się aż do konsystorza warszawskiego przez rekwizycye stron pojedynkować mających, aby spowiednicy mieli pozwolenie odebrać od nich spowiedź przed pojedynkiem sakramentalną, co być żadną miarą niemogło; zatém konsystorz przeciwnie wydał rozkaz do wszystkich kaznodziejów warszawskich, aby ogłosili z ambon: iż ktoby się ważył znajdować na tym pojedynku, wpadnie w klątwę papiezką zarówno z tymi, którzy pojedynkować będą. Lecz jakby na przekorę zwierzchności duchownéj, połowa Warszawy wysypała się na niego, choć setny dla mnogiego tłoku nic niewidział. Studenci nawet opuścili tego dnia szkoły, jedni dla przypatrzenia się pojedynkowi, drudzy dla swawoli. Ze wszystkich potém, którzy biegali pod Marymont umysłem widzenia pojedynku, choć go niewidzieli, zdejmowano exkommunikę obrządkiem kościelnym w nuncyaturze i po klasztorach przez przełożonych do tego umocowanych; nikt niebył przyjęty do sakramentów przed zdjęciem klątwy. Z studentów zaś exkommunikę zdejmowali professorowie w szkołach batogiem boczkowskim: każdemu, który dnia pojedynku niebył w szkole, niewchodząc w żadne wywody, gdzie był, po siedm plag odlewanych wyliczywszy. Wojewoda niemiał żadnego pogrzebu, lubo się mocno o niego u zwierzchności duchownéj starano; ciało wywiezione z Warszawy, gdzieś w dobrach schowano. Od téj awantury zaczęła się nienawiść między domami Czartoryskich i Potockich (bo z Tarłów niepozostał tylko jeden starosta poszczyński, małéj konsyderacyi). Dom Potockich złączył się przyjaźnią z dworem; dom Czartoryskich z Poniatowskimi składał przeciwnictwo. Na te dwie partye dzieliła się cała rzeczpospolita; jedna partya zwała się dworską, druga partya familii.

O sejmie walnym 1746

O sejmie walnym 1746.

Partya familii zawsze niszczyła sejmy. Obiedwie partye na przemianę rządziły trybunałami, utrzymując je, albo zrywając podług okoliczności swoich interesów. Po wielu sejmach, od początku panowania Augusta III. zerwanych, odprawiony w Warszawie roku 1746. w ordynaryjnéj kadencyi, czynił nadzieję dobremu królowi i wszystkim kochającym ojczyznę, że dojdzie szczęśliwie. Laskę marszałkowską piastował na nim Lubomirski, starosta kazimierski. Szedł ten sejm pomyślnie do ostatniego momentu, to jest niedziel sześć. Uchwalono na nim aukcyą wojska do sześciudziesiąt tysięcy, płacę dla niego oobmyślono, i gdy już wszystko ukończono i napisano, tak, iż niezostawało nic więcéj, tylko przeczytać cały akt sejmowy i podpisać, zaczęli się posłowie róźni pojedyńczo przymawiać do konstytucyi, jeden chcąc przydać coś do niéj, drugi ująć z niéj, albo poprawić; toż znowu inni wprowadzali panykularne materye, rozwodząc się z temi perorami tak długo, że już dobrze zmierzchło i czytać bez świecy niemożna było. Trzeba było koniecznie światła, które gdy kazał przynieść marszałek sejmowy, krzyk po wielu ławkach dał się słyszeć: „niemasz zgody na światło! sejm sie powinien odprawiać w dzień!“ Kto krzyczał, rozeznać po ciemku niemożna było, ani głosu poznać z kilku ust razem brzmiącego, żeby marszałek, wielce od wszystkich poważany, mógł sprzeciwiających się do lepszych sentymentów zobligować. Po kilka razy ukazujące się świece we drzwiach izby czapkami i chustkami zgaszono. Prosił marszałek na miłość ojczyzny, kiedy się niezdało kończyć przy świecach, aby do jutra akt podpisu mógł być odłożony, który niebędzie nowym czynem, ale dokończeniem dzisiejszego. na przykład wiele publicznych aktów i sejmików, które się zapisują pod jednym aktem, choć przez więcéj niż jeden dzień ciągnione; lecz i na to huk: „Niemasz zgody. Sejm dziś skończony być powinien!“ Widząc marszałek, ze się darmo sadzi na racye, że już jest stryczek założony na uduszenie sejmu, w boleści serca i w gorzkości słów, pożegnał izbę temi ostatniemi słowy: „Kto temu okazyą, stet diabolus a dextris ejus.“ Król z senatem do dziesiątéj godziny w noc, która była przy pożegnaniu, siedział w senatorskiéj izbie, wyglądając momentu szczęśliwego owéj sprzeczki o świecę załatwienia, niedoczekawszy się go, pojechał smutny do pałacu swego; i tak ten sejm, ani zerwany, ani skończony, zgasł na świecy. Mówiono zaraz, iż to była robota Czartoryskich, którzy skrycie starali się o to, aby żaden sejm niedoszedł pod panowaniem Sasa, zachowując tę pociechę dla przyszłego, na którym się omylili, „swego Adasia, wojewodzica ruskiego.“

O szarańczy 1748

O szrańczy 1748.

W roku 1748. szarańcza z Turek czyli z Wołoszczyzny wyleciała na Ukrainę w niezmiernéj liczbie, a potém się wysypała na całą Polskę, Litwę i prawie na całą Europę, gdyż o niéj donoszono z Pruss, Saxonii i innych różnych państw niemieckich, żaląc się zewsząd na wielkie szkody przez nię poczynione. Na Ukrainie sprawiła głód, przybywszy tam na wiosnę i pożarłszy zboża jeszcze zielone; w niedostatku chleba lud pospolity żywił się żołędzią i pąkowiem drzew, ususzoném, wraz zmeloném. Pomykając się coraz daléj w Polskę, nietak szkodziła zbożom już dostałym, jak tym, które jeszcze napadła zielone, łąkom i ogrodom, mając większy apetyt do świeżéj zieleniny, niż do suchéj słomy. Ciągnęła niezmiernemi tłumami na kilka mil w szérz i dłuż tak gęsto, iż ćmiła słońce na kształt chmury. Tumany te straszne następowały jedne po drugich w przedziale dni kilku. Gdzie zapadła na papas, który regularnie odprawiała o południu, bawiąc najwięcéj parę godzin, tam była mniejsza szkoda; gdzie na noc zapadła, tam nierównie większa. Z noclegu nieruszała się aż po opadnięciu rosy. Padała grubo na ziemię na pół łokcia, nie żeby w tak gęstym kłębie leżała jedna na drugiéj, ale niskim podlotem jedna przez drugą przeskakując. Na noclegach pokładała się cieniéj, przykrywała jednak ziemię dwiema lub trzema , siadając jedna na drugiéj. Zapadając na popas lub nocleg, niepsuła porządku lotu dla wyboru miejsca spoczynku, ale tam, gdzie się kóréj dostało, padała: na pola, na domy, na ogrody, na rzeki i stawy, w których tonęła. Nakształt wojska miała przednią straż i odwód, w których była rzadsza od korpusu. Ten wzbijał się w górę swoim wierzchem na 50 łokci, a spodem dotykał do saméj ziemi, czyniąc bryłę gęstą, okiem nieprzejrzaną. Ślepym lotem dla swojéj gęstości uderzała w to wszystko, z czém się potykała. Podróżny musiał przed nią chronić oka jak przed gradem, gdy jest w oczy, konie broniły swoich ustawiczném łbów kiwaniem. Trzeszczała pod nogami i kolami jak śnieg zmrożony. Z bobków jéj, na stanowiskach ziemię okrywających, wychodził fetor, lecz nieszkodliwy. Trzoda chlewna jadła ją chciwie i pasła się nią. (Niemasz złego, żeby na dobre niewyszło). Pod jesień, gdy téj szarańczy brakło na lepszém pożywieniu, obgryzała snopki na dachach i rzyska w polach. Postrzegłszy ją ludzie, ubiegali jéj z kosami, siekaczami i róźnemi brzękadłami, tudzież z rusznicami; brząkaniem, strzelaniem i krzykiem odwracając ją od swoich pól w inną stronę, co tylko wtenczas służyło, gdy wczas zabieżono, lub gdy nie z daleka ruszyła. Jeżeli niewczas, albo już była zmordowana, padała, niezważając na żaden hałas. Na zimę zapuszczała ikry w ziemię w gruntach piaszczystych; stara zdychała. Ciekawi, wykopawszy takie zarody, liczyli w jednym pęcherzyku po 150 ikier. Młoda szarańcza wychodziła z ziemi w Maju; póki jéj skrzydła niepodrosły, pomykała się skokiem koników z miejsca na miejsce. Póki więc niedowiedzieli się ludzie, zkąd się wzięła ta młoda szarańcza, brali ją za piechotę owéj pierwszéj lotnej niby konnicy. Po odrośnięciu skrzydeł ulatywała sposobem pierwszéj. Dwa sposoby były do gubienia młodéj przed nabyciem skrzydeł: jeden, potrząsając te stada słomą i paląc, drugi, kopiąc długie rowy i napędzoną w nie szarańczę ziemią posypując. Mimo jednak tych sposobów, mnogości znajdowały się w Polsce po wielu miejscach aż do roku 1750., w którym wyginęła, to jest przez lat trzy, jużto niszczona ludzkiemi sposobami, już niewygodnym do swojéj natury polskim krajem. W ziemi jednak wschowskiéj, w suche piaski i gorączce dostatniéj, widziałem ją jeszcze w kilku miejscach okrywającą i psującą zboża w r. 1785. Kształt tego robactwa z Turek czy Wołoszczyzny w Polsce zjawionego, był kształtem konika polnego, „cicada” po łacinie zwanego, długości calów trzy, miąższość pól cala, nóg sześć, skrzydeł po każdéj stronic cztery, prążkami i kropkami nakształt liter greckich centkowanych, z których dziadowie i biegasi ludowi prostemu dla wyłudzenia obfitszéj jałmużny rozmaite nieszczęścia wyczytywali. Kolor z wierzchu ciemnoszary, spodem jaśniejszy: w pyszczku ośm zębów ostrych; oczka małe, czarne. Zrodzona w Polsce była mniejsza, koloru i kształtu jednakowego z pierwszą.

O różnych zdarzeniach w roku 1749

O różnych zdarzeniach w roku 1749.

1749. roku Jan Klemens Branicki, hetman polny koronny, zaślubił Poniatowską, wojewodziankę mazowiecką. Niemasz w tém nic osobliwego; ożenił się równy z równą — lecz, iż brał ślub nie za indultem, tylko się dał zapowiadać, to osobliwość, dla któréj, między pany wtenczas i teraz rzadkiéj, zdało mi się ten maryasz podać potomności. Za jego przykładem rzucili się panowie do zapowiedzi, lecz niedługo zaniechali. Ślub i wesele odprawiało się w Warszawie, gdzie matka panny, wojewodzina mazowiecka, ustawicznie, Branicki zaś hetman często przemieszkiwali. Tegoż roku Adam Ignacy Komorowski, proboszcz katedralny krakowski, po Szembeku zmarłym, otrzymał nominacyą na arcy-biskupstwo gnieźnieńskie, z prymaturą korony polskiéj i wielkiego księstwa litewskiego nierozdzielnie chodzące, z podziwieniem i niesmakiem wszystkich biskupów, których ta godność minęła. Mówiono, iż August król wyświadczył Komorowskiemu tę łaskę za uczynioną sobie przysługę wydaniem ze skarbu krakowskiego koron, do koronacyi tego króla potrzebowanych, których pod ten czas był kustoszem. Był pan wspaniały, urodziwy, dwór chował okazały, wino pijał stare węgierskie i gościom go nieżałował. Glos miał ogromny, przytém wdzięczny; ton kościelny i inne obrządki duchowne umiał doskonale. Jedną miał wadę, szpecącą jego figurę, że dla szkorbutu z rady doktorów żując często tytuń, wprawił się w nałóg przewracania ustawicznie językiem, jakby dużą jaką sztukę w gębie mastykował, co czynił nawet przy ołtarzu, lub siedząc na biskupim tronie. W poróżnieniu panów o interes ordynacyi ostrogskiéj, przeszedł był na stronę familii, lecz niedługo odstąpił od niéj i pojednał się z królem. Żył Komorowski prymasem lat 9 i coś miesięcy, przeznaczeniém (jak wielu trzyma) na praktyce od czasu niepamiętnego aż dotąd zasadzoném, niepozwalającém prymasom przeciągnąć lat dziesięciu (zostawmy to późniejszemu doświadczeniu). Umarł na gangrenę w nodze kiedyś skaleczonéj, zbytkiem wina tęgiego sprawioną w Sierniewicach roku 1759. Odstąpiony od doktorów (których panowie nadaremnie trzymają nadwornych od przypadku śmierci), wezwał zachwalonego w Łowiczu bonifratra. Ten się go wyleczyć podjął. Póki rzezał zbolałe ciało, prymas nieczując bólu, wołał: „o bonus frater“: gdy mu zaś dojął do żywego wrzeszczał: „o malus frater“, i niemogąc wytrzymać bólu, niedał skończyć operacyi i tak przejęty do serca boleścią umarł. To o Komorowskim. O ordynacyi zaś wyżéj namienionéj będziesz miał w swojém miejscu. Tegoż roku 1749. w Łucku na Wołyniu odprawiła się koronacya Najświętszéj Maryi Panny w kościele dominikańskim, z dawna cudami słynącéj. Koronował obraz Kobielski, biskup łucki, na hakach do obrazu przyprawionych koronę na głowie obrazu zawiesiwszy, przy solenném, do takiego aktu stósowném, podług ceremoniału z Rzymu przysłanego, nabożeństwie, na którém, przez całą oktawę trwającém, znajdowało się kilku innych biskupów łacińskiego i greckiego obrządku, tudzież wielu prałatów, i niezmierna moc panów, pań, szlachty, szlachcianek, ludu rozmaitego płci obojéj. Assystowali téj koronacyi żołnierze z różnych regimentów, kommenderowani z armatami i kilka chorągwi polskich usarskich i pancernych w zbrojach i pancerzach, Obóz był założony na błoniach pod klasztorem za rzeką Styrem. Z armat dawano ognia w obozie, z ręcznéj broni przed kościołem, przed którym w dzień koronacyi szykowały się do parady wojska. Fundatorem téj koronacyi, między wielu składkę czyniącymi, najznaczniejszym był Potocki, wojewoda wołyński, który w niedostatku kwoty pieniężnéj przysłał dominikanom znaczne srebra, aby je zastawili na pieniądze, czego oni, mając skądinąd dosyć, zażyli na rozprzestrzenienie murów klasztornych i zakupienie kilku domów i placów klasztorowi bliskich. Prokuratorem rzeczonej koronacyi był Piotr Szczerbiński, przeor natenczas klasztoru, rodu szlachetnego i wielkiego rozumu, z dominikana ksiądz świecki, przez lat 18 proboszcz w Słomczynie pod Warszawą i dominikan. Ten w dziecinnym wieku piorunem zabity, od rodziców strapionych do Łucka przywieziony i przed ołtarz Matki Boskiéj złożony, podczas litanii na te słowa: „Consolatrix afflictorum“, to jest: pocieszycielko strapionych, ożył i żył do lat blisko sześćdziesiąt. Sam o sobie tę relacyą wielom czynił, a prócz jego relacyi, ten cud zaraz, gdy się stał, w kronikach miejscowych był zapisany. Tegoż roku 1749. zerwałsię trybunał. Potoccy i do nich należący, mając zawzięta nienawiść od zabitego w pojedynku Tarła, wojewody lubelskiego, do Poniatowskich i Czartoryskich, jedném słowem familia zwanych, uwzięli się, niedopuścić żadnego deputata, stronnika familii. Prawo było starodawne przysięgać deputatom na funkcyą przy reassumpcyi trybunału w Piotrkowie w farnym kościele przed ziemstwem tamtejszém i przed niém okazywać swoje lauda, czyli obrania sejmikowe. Podobnież familia starała się niedopuścić żadnego deputata z strony Potockich. Obydwie strony sprowadziły wielką liczbę przyjaciół, szlachty i dworskich. Podkomorzy koronny trzymał czoło w swojéj partyi, ale pomiarkowawszy mocniejszą stronę przeciwną, przestrzeżony o zamachu na życie, umknął pocichu z Piotrkowa. Rzecz zapalczywości skończyła się na wzajemném niedopuszczenia żadnego deputata. Cały dzień wołając „vacat“ (było to słowo, które znaczyło, iż deputata niemasz z téj ziemi, którą sędzia ziemski z rejestru czytał, albo jest źle obrany, albo kondemnatą okryty,) i grożąc sobie szablami dobytemi, o ciemnym mroku wyszli z kościoła i rozjechali się z Piotrkowa, gdy im ten ciołek, którego mieli apetyt zrąbać na sztukę mięsa, uszedł z placu.

O różnych zdarzeniach w roku 1750

O różnych zdarzeniach w roku 1750.

Pierwszy raz w Warszawie za wieku naszego widziano publiczny luterski pogrzeb. Był to generała saskiego Pepelmana, prowadzonego na wozie wysokim sześciokonnym, żałobą okrytym, z końmi w kapy tegoż koloru przybranemi, z Marywillu na Leszno, gdzie mieli dyssydenci cmentarz bez kościoła. Assystowało przed ciałem temu pogrzebowi 500 gwardyi pieszéj koronnéj, za którymi następowało 200 konnych z regimentu Bryllowskiego. Za ciałem prowadzono 12 armat z kilŁudziesiąt puszkarzami od artyleryi konnéj. Z tego skladala się cała parada pogrzebowa, odprawiona w dzień po poludniu dnia 5. Marca 1750. Przy złożeniu ciała do dołu, artylerya wydała ognia z armat razy 36, gwardya piesza trzy razy. Jazda zaś siedząca na koniach młodych, niedawno z Ukrainy sprowadzonych, dawszy raz ognia, rozniesiona po polu, więcej do sprawy nieprzyszła. A lubo ten pogrzeb, niemiał żadnéj assystencyi kościelnéj, ani mistrza dyssydentskiego, tylko samych żołnierzy i lud cisnący się zwyczajnie na widok nowy i okazały; królowa jednak, dowiedziawszy się o nim (będąc z mężem królem natenczas w Dreznie), jako żarliwa katoliczka i święta pani, tak mocno nalegała na Czartoryskiego, biskupa poznańskiego, o ten pogrzeb, że musiał złożyć z officyalstwa warszawskiego Grzegorzewskiego, który na wspomnioną exportacyą dał konsens. Tegoż roku 1750., szelągi nowe, sprowadzone z Saxonii, pod stęplem królewskim i rzeczypospolitéj bite, pokazały się w Warszawie, a z niéj rozeszły się po kraju z ukontentowaniem publiczności, wielki niedostatek monety tak srebrnéj jak miedzianéj cierpiącéj. Czerwony złoty w towarze niekursował, tylko tyńfów 13, co czyniło na dzisiejszą monetę złotych polskich 16 groszy 14; w zmienianiu za monetę tylko tyńfów 12 i szóstaków dwa, wynosząc na dzisiejsze pieniądze złot. polsk. 16 grosz 1 i szeląg jeden. Tego niedostatku monety przyczyną było: najprzód odebranie królom prawa mennicy; powtóre że rzeczpospolita przez niezgody w nierządzie ostatnim zostając, niemogła przyjśdź do uregulowania i otwarcia mennicy swojéj; potrzecie, że starą monetę srebrną szlachta, sadząc się w srebra w modę wchodzące, przerabiali na półmiski, puchary i inne naczynia, kotlarze zaś, groszów i szelągów miedzianych, lepszą miedź w sobie niż w blachach mających, najprędzéj zażywali do łatania starych garnców i kotłów. Ubywając temi sposobami, a nieprzybywając znikąd, naturalnie niedostatek monety coraz był większy, i ten sprawił akcepcyą łatwą szelągom saskim. Tegoż roku Jerzy Mniszek, marszałek nadworny koronny, pojął za żonę Brylównę, ministra królewskiego córkę, przykładem z Branickiego wziętym, wyżéj wspomnionym, za zapowiedziami. Ci panowie, czyli z uszanowania praw kościelnych dawali się zapowiadać, czyli téż drogo opłacać indultów niechcąc, a miernie wstydząc się przez dumę panom zwyczajną, przy nich wiadomość: przy czytelniku opinia zostawiona. Ślub dawał Komorowski, prymas, w kaplicy królewskiéj, przy pałacu saskim będącéj, dnia 14. Lipca.

O pośle tatarskim

O pośle tatarskim.

Tegoż roku przybył do króla i do rzeczypospolitéj poseł tatarski z oświadczeniem przyjaźni od swego hana. Wjazd jego do Warszawy był konny. Assystowała mu chorągiew lekka przedniéj straży tatarów litewskich i dworzanie panów polskich. Za nim wlokła się jego czereda na koniach chudych, odziana ubogo w materye i sukna swego kraju. Mieli przy bokach szable i strzały z łukami. Lecz na audyencyi publicznej w senacie niemieli więcéj, jak tylko szable. Godzien wspomnienia ceremoniał, użyty z Tatarami, wchodzącymi do senatu. Oni zwyczajem tureckim nieodkrywają głów, senatorowie zaś przy królu zasiadają z odkrytemi. Żeby tedy równe uszanowanie majestatu królewskiego wydawało się na wszystkich głowach, we drzwiach izby senatorskiéj postawieni umyślnie dla tego odźwierniowie, Tatarom wchodzącym, zacząwszy od posła, zdejmowali, a niektórym sprzecznym z bojaźni ntraty, zdzierali czapki z głów, wkładając je nazad powracającym. Z tureckimi posłami inaczej się obchodzono. Turcy zdjęcie turbanu, czyli zawoju, z głowy, wzięliby za affront. Przeto kiedy turecki poseł z swoją assystencyą wchodził do senatu, senatorowie wszyscy, za znakiem przez wielkiego marszałka danym, nakrywali głowy, i póty z nakrytemi głowami byli, póki niewyszedł.

O sejmie extraordynaryjnym 1750

O sejmie extraordynaryjnym 1750.

Król serdecznie pragnął, aby za jego panowania doszedł który sejm, i tak po zerwanym jednym, składał drugi. Więc i w tym roku złożył sejm extraordynaryjny dwuniedzielny w Warszawie. Aukcya wojska, tego sejmu, jako i innych, pierwszym cbmiotem była. Lubo posłowie w izbie poselskiéj wolnemi głosami obierali z pomiędzy siebie jednego marszałkiem, to jednak obieranie było tylko czczą formalnością, czyniąca zadosyć prawu; prawdziwe obranie marszałka sejmowego działo się przez umowę dworu z magnatami, i z tym, kogo do téj godności przypuścić mieli, co robiono na kilka niedziel przed sejmem. Umówiony do laski starał się zostać posłem z któréjkolwiek ziemi téj prowincyi, na którą turnus, czyli koléj pierwszeństwa przypadała, z prowincyi wielkopolskiéj pierwszy raz, z prowincyi małopolskiéj drugi, z księstwa litewskiego trzeci raz obierano marszałka, i ta koléj od niepamiętnych czasów zachowana; sejmu, o którym piszę, przypadła na prowincyą małopolska. W téj najzdatniejszym do laski sejmowéj zdawał się Wacław Rzewuski, pan rozumu wielkiego, łagodnego umysłu, dobra publicznego miłośnik prawdziwy, skąd miał poważenie tak u dworu, jak u familii. A że był aktualnie senatorem, wojewodą podolskim, trzeba było dla laski sejmowéj, stanowi tylko rycerskiemu służącéj, złożyć z siebie godność senatorską i wnijśdź w rząd rycerskiego stanu: co téż uczynił. Złożywszy województwo, został posłem. Ta sztuka utrzymania marszałkiem wojewody i sejmu przez niego, nieudała się dworowi; ledwo bowiem Siemieński, starosta dembowiecki, staréj laski marszałek, zagaił sejm, zapraszając posłów do elekcyi nowego marszałka, natychmiast dały się słyszeć liczne głosy, niepozwalające przystępu do wotowania, z przyczyny, iż między posłami znajduje się senator, który bez pomieszania stanów i szkodliwych nadal dla stanu rycerskiego konsekwencyj, w izbie poselskiéj zasiadać niemoże. Nadaremnie partya, systema dworskie utrzymać pragnąca, odpowiadała, że pan Rzewuski, po urzędowném w metryce koronnéj złożeniu województwa, niejest więcéj senatorem; że tu zasiadł nie jako senator, lecz jako poseł; że wolno każdemu senatorowi złożyć godność senatorską i wrócić się do stanu rycerskiego. Przeciwnicy takie racye zwali obłudą; — „wiemy, — mówili — i pewni jesteśmy, że pan Rzewuski po skończeniu sejmu znowu będzie tym samym, którym był wojewodą“ (jakoż tak było). Trwała o to wrzawa przez trzy dni, w nadziei, że się uśmierzy. Na końcu trzeciego dnia przyniesiono do izby manifest o nieważności sejmu dla tego, że senator obrany jest posłem, uczyniony w grodzie warszawskim przez Wydzgę, posła bełzkiego. Po takim manifeście reprezentacya sejmu ciągnęła się do zamierzonego kresu dwuniedzielnego. Król z senatorami do senatu, a posłowie do izby poselskiéj zjeżdżali się codzień. Prawili perory, ubolewając nad nieszczęściem ojczyzny, które sami psuciem sejmów sprawiali. Naprawiwszy perorów nudnych przez kilka godzin, za zgodą całéj izby marszałek staréj laski wyznaczał po dwu posłów do szukania w murach warszawskich jmć pana Wydzgi i upraszania go: aby izbie activitatem; lubo wiedzieli wszyscy, iż ten, przekupiony na zepsucie sejmu, zaraz po uczynionym manifeście wyjechał z Warszawy. Delegowani czynili nazajutrz raport izbie, iż po najpilniejszém szukaniu nigdzie jmć pana Wydzgi wyśledzić niemogli; i tak było codzień. Oszczercy niedosyć mieli, że psuli sejmy, jeszcze z dobrego króla komedyą stroili, zwabiając go codzień i fatygując do senatu obłudną nadzieją. Gdy wyszły dni sejmu, marszałek pożegnał izbę. Zaczął się ten sejm 4go, skończył 18go dnia miesiąca Sierpnia. W tym roku niebyło sejmu ordynaryjnego, choć być należało. Rzecz uwagi godna, że Rzewuski, przyczyny zepsucia sejmu tego, nieuprzątnął przed manifestem, usunięciem się od poselstwa; tym krokiem byłby zepsuł okazyę do zerwania sejmu z osoby swojej, od zdrajców chwyconą; byłby ich nabawił przynajmniéj mozołu do szukania innéj, sobie zaś byłby przyczynił sławy wiekopomnéj: — lecz to nieszczęście, że nawet u dobrze myślących ambicya przeważała nad dobro ojczyzny.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…