Read here

Na szczyt świata!

Edmund Libański · 1926 · Free in the US

14,142 words · about 59 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Na_szczyt_świata!&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Edmund Libański
Language
Polish
Published
1926
Length
14,142 words · about 59 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. wyprawy na Ewerest under 1 min
  2. wyprawy na Ewerest about 30 min
  3. wyprawy na Ewerest about 3 min
  4. wyprawy na Ewerest about 3 min
  5. wyprawy na Ewerest about 2 min
  6. wyprawy na Ewerest about 9 min
  7. wyprawy na Ewerest about 8 min
  8. wyprawy na Ewerest about 4 min

Continue:

wyprawy na Ewerest

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

Inż. EDMUND LIBAŃSKI.

Z cyklu „Zdobywcy i odkrywcy świata“.

NA SZCZYT ŚWIATA!

wyprawy na Ewerest.

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wo Wyd. „Rój“, Warszawa, Kredytowa 1.

Konto czek. P. K. O. 9880.

Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“, Szpitalna 12.

wyprawy na Ewerest

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

Inż. EDMUND LIBAŃSKI.

Z cyklu „Zdobywcy i odkrywcy świata“.

NA SZCZYT ŚWIATA!

wyprawy na Ewerest.

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wo Wyd. „Rój“, Warszawa, Kredytowa 1.

Konto czek. P. K. O. 9880.

Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“, Szpitalna 12.

| Mallory i Irwin, zaopatrzeni w aparaty z tlenem, wyruszają po raz ostatni na wyprawę, z której nie mają wrócić...

EWEREST

… … …

CO TO JEST EWEREST?

Duch człowieka czasów obecnych różny jest od duszy ludzi czasów starożytnych. Wyprawa Argonautów po złote runo znajduje pendant w nowoczesnej pogoni za „złotem“ — lecz imponujący poryw, nadludzka wytrwałość dla poznania tajemnic przyrody, badania nieznanych krain ziemi, osłoniętych wieczystem milczeniem — dążność ta nie uwydatnia się nigdzie w dziejach starożytności. Wyprawy do biegunów ziemi, słynnych podróżników i odkrywców nowych lądów globu, których nie tknął się człowiek po dzisiejsze czasy są czynami nieraz legendowemi, bo wymagają wprost nadludzkiego bohaterstwa i zapału w imię wiedzy i nauki — wymagają całego arsenału środków, jakie daje ostatni wyraz rozwoju techniki. Jest to bój, walka z potęgami przyrody, którą człowiek toczy uzbrojony w nieśmiertelną moc ducha. I w latach 1922 — 1925 rozgrywała się właśnie walka o zdobycie szczytu świata, świętego szczytu Hindusów i Tybetu „Tszomo-lungma“, jaką nazwę ma w Tybecie ten najwyższy wierzchołek Himalajów. Mount Everest!! — o zdobycie tego króla „szczytów ziemi“ pokusili się Anglicy. W posiadaniu władzy nad krajem o wielkości Europy z ludnością 300 miljonów, przeprowadzali pomiary w r. 1850 i po raz pierwszy wzrok inżynierów angielskich spoczął z odległości 240 klm. na śnieżnem, okolonem wieńcem chmur, najwyższem miejscu ziemi naszej. Brano go za Gaurisankar i dopiero później stwierdzono omyłkę. W legendach tybetańskich Tszomo-lungma oznacza dobrotliwą boginię „macierz ziemi“ zaś angielskie „Everest“ — to imię słynnego geologa i geodety, który przeprowadzał pomiary w Indjach. Nazwa „Himalaje“ oznacza him — śnieg i alaja — ojczyzna, czyli ojczyzna śniegów! Znane są wyprawy awanturnika Vasco de Gamy, podróże Sven Hedina, opisy Kipplinga — znane w tłumaczeniach prastare księgi Wedów i Upaniszady, jak i Bhagavadgity, pełne wschodniej mądrości i płomiennej poezji Indów, a jednak istotna rzeczywistość w krainie dla Europejczyka wprost niedostępnej, pozostała po dziś dzień tajemnicą. Bo cóż wiemy o świętem jeziorze „Manasarowar“ w Transhimalajach o świętej górze „Kailas“ spoglądającej w srebrnym blasku księżyca na uroczyste obrzędy „wtajemniczonych wyższych stopni Yogów“ przybywających od brzegów nizinnych Bramaputry, Gangesu i Indusu? Tylko urywki legend i strzępy fantazji nielicznych podróżników. Tam, w Transhimalajach, w pustelniach i klasztorach, pędzą żywot ascetyczny „lamowie“, tam chronią się tak, jak ongiś, „Budda“ i indyjscy „mahatmi“ w samotności. A krajowcy, tak lud jak i maharadżowie strzegą krain, nie chcą dopuścić „białych“ ludzi do swych skarbów, do świętych tajemnic; bogactw przyrody i głębokiej mistyki. Przyroda rozsypała tam cały przepych piękna w oszałamiających kontrastach bujnego życia i ukryła w głębi olbrzymich łańcuchów górskich o długości równej łukowi od Gibraltaru do Konstantynopola najcudniejsze szlachetne kamienie, złoto, srebro i djamenty. Olbrzymie łańcuchy gór koronują szczyty sięgające ponad 8000 m. nad p. m. (czternaście szczytów) 35 szczytów ponad 7.500 m. — 60 ponad 7000 m. a zaludniona wyżyna Tybetu znajduje się w wysokości 3000 m. nad p. m. Stromość i przepaścistość jarów jak i „grani“ jest majestatyczna. Spróbujmy wyobrazić sobie tę wspaniałą przyrody. Jak wysokim jest europejski król szczytów, lśniący w bieli tum Montblanc?! — 4.800 m. nad p. m. Spiętrzmy ten masyw do podwójnej wysokości, nakładajmy łańcuchy Pirenejów, Alp, Tatr, Karpat ponad sobą — trzeba rozszerzyć i podstawy tych łańcuchów, wzbitych dwa razy wyżej. A teraz osadźmy Montblanc na Montblancu, jeden za drugim, osadzajmy podobnie wzwyż i wzdłuż Pireneje, Alpy i Tatry w podwójnych, potrójnych i poczwórnych szeregach. Ten olbrzymi, okiem nieobjęty łańcuch, zakreślony łukiem od Gibraltaru po słupy Herkulesa do Złotego Rogu Konstantynopola, 2.500 km. długości, da nam obraz Himalajów! Na przestrzeni 80 klm. wał górski spada z 8000 m. do poziomu morza, a granica wiecznego śniegu leży dopiero w wysokości 5.600 m. Jar, w którym Bramaputra przebija się ku południowi ma ponad 4000 m. przepaścistości. Opisy, podane w obszernem dziele o ekspedycji angielskiej w latach 1922, 1923, 1924, kreślą obrazy tak niesłychanych przygód,

walk i niebezpieczeństw, szalonych trudów fizycznych i siły moralnej przywódców tego niejako oblężenia „szczytu świata“, że budzą podziw dla śmiałków. .....Wieś tybetańska z zamkiem i klasztorem na stoku Himalajów; u jej podnóża płyną majestatyczne chmury, zawiane od oceanu przez wąwozy — nad siedzibą Tybetan majestatyczny błękit i złotopłynna jasność słońca a poniżej rozhulał się „monsum“ i opada gwałtownie w doliny ku dżunglom — ocean deszczów... Albo u podnóża „Mount Everestu“! — rozbite namioty — przejasna noc księżycowa; w tem od północy wicher tybetański bierze się za bary z „monsumem“ południowym — straszliwe to zapasy żywiołów. Ogłuszający huk spadających lawin, szum łamanych drzew; hula wściekła śnieżyca, — w piekielnym ryku wichrów, gruchocących skały i lody.

KRAINA, KTÓREJ KRÓLUJE EWEREST.

Olbrzymi — niby w kształcie trapezu ląd Azji, najstarszy i najrozleglejszy kontynent naszej ziemi, dźwiga najwyższe zwały gór, które uszeregowały potęgi przyrody w łańcuchach na wschód; wszystkie te łańcuchy spiętrzone niebotycznie, łączą się na wyżynie Pamiru, nazwanej „dachem świata“. straszliwemi siłami przyrody, wznoszą się te wały ponad srebrnym dachem Pamiru jeszcze na tysiące metrów wyżej, potężne mnogością wież i filarów skalnych, potężne rozległemi tarczami lodowców, groźne, niedostępne ogromem zawrotnych przepaści i stromych wiszarów zboczy. A najwyższym filarem ponad wszystkie skalne wieże jest szczyt „Tszomolungma“ (nazwa tybetańska) „Mount Everest“, turkusowy szczyt bogów. W rozpadlinach i na grzbietach tych niebotycznych gór od wieków skrzy się lód a poniżej granic wiecznego śniegu łączą się wody topniejących lodowców w strugi wód deszczowych i biorą początek rzeki słynne w dziejach Indus na zachodzie a Ganges i Bramaputra na wschodzie. Wytryskują one z olbrzymich sunących ze zboczy ramion lodowcowych, z krainy, zamkniętej wałami Hi- malajów i Transhimalajów, z wyżyny Tybetu, serca Azji. Kraina dżungli to pasy od 20 — 50 klm. szerokie, nieprzeniknione, pełne grozy i miazmatów febrycznych — głąb ich niedostępna dla człowieka. Palmy, bambusy, ljany, sploty rozmaitych krzewów tworzą nieprzebyte gąszcze; figi, drzewa chlebowe, owocowe, banany, daktyle, drzewa cynamonowe, olbrzymie akacje zbijają się w nieprzejrzane lasy a na wodach lśni cud kwiatów: legendowy lotos. Jego złociste olbrzymie kielichy wychylają się wraz z wschodem słońca z nurtów świętych rzek, szerokie piękne liście drzemią na powierzchni wody, a wieczorem, gdy słońce gaśnie, kielich zanurza się w uciszone zwierciadło wód. Dzień upływa w dymiącej parni a zwłoki roślinne i zwierzęce zatruwają powietrze. Przez gąszcze przezierają śnieżno-białe szczyty, wyżej lasy świerków a w miejsce sieci ljanów (powoi) — uśmiechają się „polne róże“ śnieżystej bieli i przecudnego zapachu. Ten krzew jest najdziwniejszy, łodygi do chodzą do 8 i 10 m. pękami rozkwitają wspaniałe kielichy w płomiennych barwach — białe, żółte, czerwone, fioletowe; — bieluń z dzwonkowym kielichem — roztacza nocą tajemniczy magiczny blask. Poeta Kalidasa (autor poematu „Sakuntali“) stosuje porównanie:

Palma wachlarzowa rośnie na wysokościach 2.500 m. (Tatry), bambusy i orchidee, olbrzymie jodły himalajskie, buki, kasztany, orzechy, róże wspólnie z jałowcem pokrywają zbocza potężnych gór do 3600 m. wysokości. Szarotka, ta nasza łagodna szara, mała krzewina, dosięga łodygą 1 m., czem wyżej, staje się mniejszą — a jeszcze wyżej zanikają kwiaty i mchy, skały zaś i lody obejmują wyłącznie panowanie. Rozpoczyna się beznadziejna strefa olbrzymich głazów i śniegu wyżej i wyżej do niebotycznych iglic lodów. Groźna, majestatyczna potęga przyrody, jej czar — pobudzały twórczą wyobraźnię znanych pisarzy i poetów. Znane są utwory Kipplinga, Lotiego, tłumaczone na liczne języki świata, a słynni podróżnicy, przyrodnicy i alpiniści: Sven Hedin, Przewalski, ks. Abruzzow — francuscy i włoscy misjonarze pisali znakomite dzieła o Indjach i Tybecie, które odtwarzają przyrodę, ludzi, dzieje walki i ducha tych krajów. Do tajemniczego serca Azji do Tybetu przeciskały się fale narodów, cofających się przed nawałą hord, zdobywających od południa i zachodu — to też olbrzymie wały Himalajów stały się strażą niepokonaną, poza którą mogły pędzić samoistny byt rozliczne chroniące się tam plemiona. Wyprawy wywiadowcze Anglików stwierdziły, że w pasie na południe od Transhimalajów w dalekim obwodzie grupy „Mount Everestu“ rozsiane są liczne osady wielkie i zamożne. Przez wysokie wiedzie sporo dróg do środkowego Tybetu; jedne łączą osady między sobą, inne „świątyniowe“ prowadzą do miejsc zacisznych pobytu ascetów i ascetek, samotnych klasztorów — znaczone są murami, zwałami kamieni i słupkami. Drogi zaś pielgrzymów ciągną się z całego Tybetu i schodzą u stóp świętej góry Kajlas przy świętem jeziorze Manosarooar. Oprócz wyżej wymienionych są trakty handlowe „Ser-lam“ — drogi złota, które służą karawanom i „inspektorom złota“ i „Tsa-lam“ — drogi solne — po których podróżują dostawcy soli z „jakami“ obju- czonemi workami tego cennego środka wymiany — podróżują od jezior słonych ku południowym targom aż do Indji. Gdyby człowiek stanął w dzień pogodny i przejrzysty na szczycie turkusowej piramidy Mount Everestu, a obdarzony wzrokiem orlim lub sokolim, objąłby ogrom takiego krajobrazu o olbrzymich kształtach i niesłychanie dzikiej pięknej rzeźbie, jakiego niemasz równego na ziemi, stojąc na najwyższym punkcie ziemskiej skorupy, na granicy przestworza bez końca, miałby ku południowi widok olbrzymiej równiny indyjskiej ...hen... w dali za deltą „świętej rzeki“, widziałby błękit nieba, wsparty na modro zielonej tafli oceanu. Ku wschodowi i zachodowi łańcuchy najwyższych gór, koronowanych śnieżnemi szczytami Makalu, Kanczindżanga, Bewi, Kamet, Dżawalagiri i t. d. Gaurlsankar (7.147 m.) byłby w dole o 1.740 m. niżej. Na północ sięgałby wzrokiem ponad Transhimalaje, aż do granic Mongolji, a od tego horyzontu do stóp najwyższego zwału, na którym stoi, rozścielałby się Tybet z niezliczonemi jeziorami, wstęgami lodowców i rzek i strumieni, podczas gdy ucho chwytałoby głuche grzmoty i przeciągłe poryki, staczających się lawin, szumy niezliczonych kaskad, torujących sobie drogę poprzez urwiste, ciasne straszliwe, strome jary i urwiska skalne, aż do spokojnych zielonych skrętów, szerokich, świętych rzek w splotach przebujnej wegetacji.

JAK SIĘ ZDOBYWA „SZCZYT ŚWIATA“?

Jakich to jednak trzeba przygotowań do wydobycia się na szczyt? Do ekspedycji, marszu i pobytu w tych okolicach tygodniami i miesiącami, gdy dostęp do osad tybetańskich idzie po bezdrożach, moczarach, lodowcach, po spadzistych stokach i graniach! Każdy fałszywy krok grozi śmiercią, nagłe zwały lawin mogą rzucić całą kolumnę w otchłanie do 4.000 m. głębokie, a grożą deszcze, wichry, śniegi, lody, mróz i zmęczenie. Dla przejścia wysokich przełęczy idzie się nieraz mozolnie krok za krokiem, trzeba wysyłać kolumny z prowiantami, które niosą wprawni górale tybetańscy (kulisi) trzeba przygotować namioty dla noclegów, przybory, odzienie, futrzane kapuzy i buty, podeszwy, obite żelaznemi gwoździami (raki), przybory do haków przy wspinaniu się na śliski śnieg lub lód, topory i siekiery, liny,

sznurowe, okulary, termosy, przyrządy naukowe, instrumenty do pomiarów itp. Najstraszniejsze dla pochodu w górę jest prócz niebezpieczeństw alpejskich, śnieg puszysty, w którym noga cała zapada tak, że tylko przy pomocy odpowiedniego rodzaju nartów można posuwać się naprzód. Najważniejszą sprawą jest fizyczna odporność organizmu w czasie przechodu do wyższych warstw atmosfery. Wiadomo, że ciśnienie barometryczne przy ziemi w poziomie morza oznacza nam słupek rtęci o wysokości 760 mm. wynosi ono 1 kg. na 1 cm.2 czyli — jak mówimy jedną atmosferę. Wznosząc się, napotykamy powietrze rzadsze a więc i lżejsze, ciśnienie to maleje — stwierdzono przy użyciu balonów, że stan barometru, który opada 1 mm. na każde 10 m. wzwyż, wykazuje w wysokości 4000 m. tylko 460 mm. w 5000 m. 400 mm. Na najwyższym szczycie świata, na wysokości 8.842 m. ciśnienie zmaleje do 260 mm., a więc prawie jedną trzecią atmosfery, to jest okrągłe 350 gramów na cm.2 Jakżeż zachowa się wobec tego organizm człowieka? Gdy jednak nacisk zewnętrzny maleje, następują przykre objawy — zależnie od odporności indywidualnej. Są to objawy tak „choroby ból głowy, nudności, śpiączka, ociężałość i przygnębienie, a wiadomo, że i krew wyciska się na zewnątrz przez uszy, oczy, i pot krwawy na skórze. Technika nowoczesna umożliwiła odporność organizmu na tych wysokościach wprowadzeniem żelaznych flaszek z tlenem i respiratorem, z przystosowaną do twarzy maską dla wdychania tlenu. Książę Abruzzow doszedł w r. 1909 w lipcu zdobywając rekord w górach Karakorum pod szczyt „Bride Peak“ na 7.500 m. Sam szczyt dochodzi do 7654 m. a jednak tych 154 m. nie zdołał już pokonać! Było to zadanie bez porównania trudniejsze od pokonania poprzednich m., już niemożliwe dla niego; podwóczas był on jedynym człowiekiem na ziemi, który osiągnął taką wysokość. A Mount Everest — ten turkusowy w niepokalanej bieli szczyt Himalajów przedstawia ponad rekord ks. Abruzzów pionowa wysokość 1.384 m.! Himalaje koronowane są mnogą ilością szczytów niebotycznych — obok słynnego szczytu świętego biją w niebo iglice lodowców ze szczytów K 2 — 8610 m., Nanga Parbat 8.100 i dalsze 13 szczytów ponad 8000 m. Mamy tam szczytów 35 powyżej 7.500 m. i zwyż 50 ponad 7000 m. Pierwsi zdobywali je bracia Schlaginweit (jeden zamordowany w r. 1855), dalej turyści francuscy, szwajcarscy, dwóch Norwegów i dwóch Austrjaków. Najśmielszym był dr. Kellas, który sam z trzema kulisami wspinał się na trzy szczyty powyżej 6000 m.

PIERWSZA WYPRAWA NA EWEREST.

W r. 1920 utworzył się komitet wyprawy na Mount Everest pod inicjatywą tow. geograficznego w Londynie. Najśmielsi alpiniści Bruce, Kellas, Rawling, wypracowali plan wyprawy. Anglja wysłała w ważnych sprawach dyplomatycznych poselstwo do dalaj-lamy w Lhassie i przy tej sposobności poruszono sprawę wyprawy. Dalaj-lama zezwolił, ale władcy Nepalu przybrali groźną postawę. Nie pozostało nic innego, jak okrążyć Himalaje od wschodu i skierować atak na święte góry od północy. Wypracowano szczegóły, tyczące się drogi i kolumny pomocniczej tragarzy, przewodników, zasobów żywności, instrumentów,

jak lin, żelaz do wspinania, siekier, lin, drabin, flaszek z tlenem, worków do spania, odzieży, okrycia itd. i na wiosnę 1921 wypróbowany turysta himalajski pułkownik Howard Bury oczekiwał uczestników ekspedycji, geologów, geodetów, botanika lekarza, w miejscowości Dardzilling u podnóża Himalajów (miejsce letnich wywczasów angielskich urzędników i oficerów jak i maharadżów indyjskich). Przewodniczący Younhusband wyraził był życzenie, by pierwszy, którego noga stanie na szczycie „Mount Everest“ był Anglikiem — przyczem dodał, że przyjaciele jego innej narodowości wybaczą mu to, albowiem zawsze z całą gotowością popierał włoskich i francuskich badaczy, przyrodników w ich turystycznych przedsięwzięciach zdobywania rozlicznych szczytów himalajskich. Szefem pierwszej ekspedycji wybrano pułk. Bury, przy nim byli dr. Kellas, zahartowany alpinista, który osiągnął na łańcuchu Kametu wysokości 7.134 (w r. 1921). Mallory i Bullock — dr. Wollaston był lekarzem i przyrodnikiem wyprawy a majorowie Morshead i Wheeler oficerami korpusu topograficznego, których zadaniem było dokonanie zdjęć przebywanych okolic i pomiarów

. Do nich przyłączony został w Indjach dr. Heron geolog. W Dardżilling dokończono przygotowań, ugodzono 40 kulisów, 4 kucharzy i 2 tłumaczy. W dniu rozpoczęcia marszu 18 maja dysponowała wyprawa 100 mułami, które w drodze trzeba było wymienić na „jaki“, gdyż okazały się nieudolnemi do znoszenia trudów w uciążliwym terenie i górskich warunkach przyrody. Przez Sikkim i dolinę Tszumbi ruszono wielką szosą handlową prowadzącą do Lhassy — droga wiodła w górę przez dzikie poszarpane grzbiety i w jary dolin, gdzie panował duszny upał — chmury kryły je nieprzeniknionemi strzępami, gdyż już rozpoczął się „mały monsum“ poprzedzający odstępem dwóch do trzech tygodni „wielki monsum“. Wspaniałe, rozległe lasy brzozowe, sykomory, modrzewiowe, orzechowe, cedrowe ociekały deszczem. Przez przełęcz Dżelapta (4.387 m.), która bywa nieraz przez 10 dni zatarasowana śniegami — zniżano się 1.500 m. w dolinę Tszumbi ku rozłożystym brzegom rzecznym. Tam weszli w kraj niezmiernie żyzny: ludzie weseli, uprzejmi, domy starannie utrzymywane, przypominają tyrolskie dworki a gdy niedawno w górze otaczały ich świeżo zakwitłe prymule, tu owiała ich cudna woń prześlicznych gajów, róż, bzów i bujnej wegetacji południowej — zbocza pełne purpurowych rododendronów, bujne sady jabłek, gruszek, wiśni, orzechów, kasztanów, i złociste falujące łany pszenicy. Tu i owdzie sterczały ruiny murów obronnych, stawianych w niedawnych walkach dla ochrony przed ogniem angielskich karabinów maszynowych. Dookoła, na stokach, piętrzyły się wspaniałe lasy świerków, modrzewi, jodeł, jesionów, brzóz i t. p., na gałęziach i pośród drzew uwijały się wiewiórki, susły, a chór świergotań ptasich przepełniał powietrze. Oczekiwano drugiej części karawany — ponad wyżyną widniały w dali łańcuchy najwyższych szczytów Himalajów, jak śnieżno-białe koronki, wyłaniające się z tumanów mgieł. Przed oczyma turystów uganiały na polach dzikie antylopy, owce-gazele, zrywały się w galopie całe stada dzikich osłów, a gdy pochód szedł obok mokradeł, szumiały w górze niezliczone ciągi dzikich gęsi i kaczek i różnorodnego ptactwa wodnego. Droga wiodła na zachód i prowadziła wąskim, głębokim jarem do Kampadżong. Dr. Kellas czuł się coraz gorzej — od lat wspinał się na śnieżne szczyty, teraz pokonywał siłą woli osłabienie, marzył o Mount-Everest — lecz siły ustawały, serce nie sprostało trudom. Niesiono go w lektyce i usnął w niej na wieki. Na wzgórzu, w pobliżu Kampadżong, skąd roztacza się rozległy krajobraz grupy „Mount-Everestu“, złożono zwłoki uczonego. Była to wielka strata dla wyprawy, bo właśnie on był jedynym rzeczoznawcą dla przeprowadzenia doświadczeń nad wpływem oddychania tlenem na ciśnienie krwi. I drugi wybitny turysta Reaburn uległ chorobie górskiej i musiał wracać w gęstsze powietrze w doliny południa — tak ubyło dwóch dzielnych towarzyszy. Poza „Kampa-dżong“ zaczęło się wkraczanie w kraj nieznany, po którym, jak podaje pułk. Bury, nigdy nie kroczyła noga Europejczyka; posuwając się ku zachodowi, natrafiono na bagniste obszary — zawsze jednak 4—5000 m. ponad niziną Indji — dzikie zwierzęta i dokuczliwe muchy nieustannie okrążały karawanę, a komary unosiły się chmurami dniem i nocą dokoła istot ludzkich i zwierząt jucznych. W dalszym marszu przybyła ekspedycja do „Tinki-dżong“, dziko położonej osady górskiej, z zabudowaniami klasztornemi tuż przy ścianie skalnej, przed którą lśniła w słońcu tafla rozległego jeziora. Dodać należy, że urzędnicy tybetańscy przestrzegali uczestników wyprawy, że ani polować, ani zabijać zwierząt nie wolno. Dżongpen (burmistrz) prawdziwy mongoł, niezmiernie gościnny, w wspaniałych, haftowanych, chińskich szatach, wydał ucztę — częstowano Anglików polewką z pieprzu i kluskami, które z trudnością połykali, herbatą, słodyczami, czangiem (piwo tybetańskie) i obdarowano ich na drogę owocami i żywnością. Mieszkańcy przyglądali się z ciekawością Europejczykom, dotykano ich szat, a niektórzy, śmielsi, próbowali palcami, jaką jest skóra u białych ludzi. Dalszy marsz szedł przez step piaszczysty, burza pędziła tumany duszącego pyłu, szli, zaopatrzywszy się w zasłony na usta, nos i okulary. Obozowano przy brzegu łączących się strumieni wód Arunu (Bong-czu) i Puczung-czu, skąd jednem korytem przeżyna się wprost na południe przez wał Himalajów. Gdy słońce zniknęło na zachodzie i wiatr ustał, wyłonił się ponad chmury w złotolśniącym blasku przecudny szczyt (boska opiekunka kraju). Po trzech całodziennych marszach doszli do Szekar-dżong, mijając po drodze dziewięć wiosek, klasztory, świątynie i warownie. Szekar-dżong — to historyczna miejscowość, albowiem tam rozegrały się dzikie walki Gurków z Tybetańczykami. Położona jest miejscowość na tarasach stromo spadających — powyżej są w skałach budowle, świątynie i cele klasztorne. W jednej z ciemnych skalistych sal ujrzano olbrzymi złoty posąg Buddy, 15 m. wysoki, w innych rozmaite rzeźby, wykute w skałach, wyobrażające postacie z mitologji buddyjskiej. Nazewnątrz wokół świątyni wznosiły się, jakby na straży, olbrzymie, dziwaczne posągi, strzegące wnętrza. Było ich ośm. Świętobliwy lama, opat klasztoru, liczył sporo lat ponad 100 i 66 lat piastował tam urząd, otoczony czcią mieszkańców. Marsz do następnej miejscowości Tingri, trwał dwa dni. Jest to ważny punkt handlowy na drodze z Katmandu (w Indjach, po południowej stronie Himalajów) do Lhassy. Tybet przeszedł był pod protektorat państwa niebieskiego. Chińczycy pobudowali twierdze, zamczyska obronne, obstawili przełęcze i drogi strażami — nazwy tybetańskich złożone, jak Kam- pa, Tingri, Szekar z końcówką „dżong“, oznaczają warownie (dżong — twierdza). Mało kto wie o tem, że 135 lat temu, w czasach, gdy w Europie biły fale wielkiej rewolucji, a na przedmurzu Europy, Polsce, dokonywały zaborcze moce pierwszy akt tragedji wiwisekcji wielkiego państwa i narodu — na dalekim wschodzie armja 10-tysięczna staczała bitwy u stóp Himalajów i przeprawiała się przez najwyższy szczyt świata, przez masyw Mount-Everestu z linją etapową 3.500 km. długości (odległość półtora raza dłuższa od odstępu Gibraltar — Konstantynopol). W miejscowości Tingri założył Bury główny obóz wypadowy dla rekonesansów ku południowi — do przygotowania ataku na grupę Mount Everestu. Z wzniesienia nad rzeką Arun objął wzrokiem wszystkie szczyty w okręgu 400 km. i zadecydował kierunki wywiadów dla zbadania możliwości dalszych pochodów. Poznano, że trzy olbrzymie „lodowe granie“ wyrastają u stóp stromo, potem łagodniej i łączą się na najwyższym szczycie. To też ofensywa dalsza nie była łatwa — zaraz z początku tuż za wspaniałym monastyrem Rongbuk trzeba było przeprawić się przez kry i mrozem ścinaną wodę i to już bez jaków, tabory na plecach, przejście było piechotą poprzez burzliwe fale, najeżone iglicami lodów. Dziwnie przejmujące wrażenie wywiera ten monastyr z celami w skałach i ich mieszkańcami. Jeden liczył lat 140, a pożywienie jego składało się, jak zapewniały wiarygodne osoby, z 10 ziarn jęczmienia dziennie i z wody. Monastyr, na wzór słynnych klasztorów Lhassy, o kilku tysiącach cel, zdumiewa wielkością i czasem swego trwania — kilku tysięcy lat. Wędrowny asceta buddyjski Milaraspa, który wygłaszał kazania i czynił cuda, znane i dzisiejszym jogom, miał w tej okolicy Himalajów schronienie i tam, czczony przez cały Tybet, wiódł żywot pustelnika. W otoczeniu świętych gór dusza jego, porwana majestatem ciszy i boską wielkością przyrody, znalazła pokój doskonałości i głosi:

O tym klasztorze mówi podanie: W indyjskiej wiosce Polakari żył młodzieniec nazwiskiem -Sanja; pochodził z zamożnej rodziny, bywał stale w zadumie i unikał rówieśników. Trawiła go tęsknota za dolą, a dziwny niepokój gnał go poza wioskę w samotne ustronia. Tam rozmyślał nad sobą i szukał przyczyn swych dziwnych tęsknot. A pewnego razu, gdy serce jego wezbrało niewysłowionem pragnieniem, żarliwie począł wzywać Buddę, prosząc o radę, co ma uczynić, by zdobyć spokój. I zjawił mu się wzniosły, dobrotliwy Budda i rzekł mu: „Pójdź do wioski, wybierz okrągły kamień i rzuć go w dal; tam, gdzie upadnie — spędzisz żywot swój“. Tambu-Sanja posłuchał rady, wyszukał kamień krągły, rzucił go hen w błękit i dal... Poczem jął szukać miejsca, gdzie opadł krągły kamień. Nikt nie widział lotu kamienia i wybrał się młodzieniec Tambu na poszukiwanie. Długo wędrował i znalazł się pewnego dnia na drodze tybetańskiej w śnieżystą szatą. Strudzony, spoczął na odłamie skały, dojrzał w równinie zasypanej śniegiem ciemny kraj ziemi, a trawa pokrywała grunt. Podążył tam i dowiedział się, że śnieg omija to miejsce, a bydło trawę skubiąc, nigdy nie wkracza w środek łączki. Tambu-Sanja wszedł w nienaruszony pas i nagle ujrzał okrągły kamień. Zabiło mu serce radością — oto odszukał miejsce mu na żywot. Zapytał, skąd kamień ten i usłyszał dziwną wieść, iż bardzo dawno temu, kamień niewiadomo skąd, przelatywał wysoko ponad Himalaje i słyszano dźwięczny poświst lotu „ting“ — od tego nazwano miejscowość „Ting-ri“. Tambu wykuł w skałach celę i zasłynął ascetyzmem i dobroczynnością. Pielgrzymi przybywali licznie, składali dary i ofiary na wspaniały monastyr. Legendarny ten kamień przechowany jest w zamkniętej szkatule z cennego drzewa i pokazywano go Anglikom. Zbadano, że jedyny atak na „Mount Everest“ pójść musi od wschodu.

W sierpniu ruszono w góry dla wysunięcia obozu dalszego — założono go w wysokości 5.800 m. — dookoła był ogród zieleni traw i kwiatów, który znikł rychło pod opadem puszystego śniegu. Rozpoczęły się śnieżyce i burze i w takich warunkach zdołano wynieść zapasy i przybory dla utrwalenia drugiego obozowiska na wysokości 6.100 m. „O drugiej nocą — pisze pułk. Bury — opuściliśmy ustawione namioty w promienistym blasku pełni księżyca. Było jasno, jak w dzień; idąc ku południowi od doliny Kama, wdzieraliśmy się na górę lodową przy mrozie — 24°. Wokół panowała uroczysta cisza, przerywana tylko dalekim szumem wód i kaskad lodowców. Przepaścisty jar Arunu, dalekie doliny Tybetu, zbocza leśne Himalajów, wszystko pogrążone było w białej mgieł kurzawie, z której wyłaniały się jakby wyspy zaczarowane — najwyższe szczyty. W magicznym blasku księżyca rysowały się olbrzymie łańcuchy na 100 mil odległe od nas — przejrzyście i wyraźnie, a nad równiną Indji hen w dali łyskały nieustannie zygzaki błyskawic! Byliśmy na wysokości 7000 m. na ostrym grzebieniu, wzrok padał na rozległy nieskończony bezmiar przestrzeni. I nagle rozpoczął się z całym prze- pychem niewysłowionego piękna wschód słońca. I wgórę i wdół sunęły tęczowe korowody wokół szczytów zanurzonych w puszystej bieli obłoków. Widok niezapomniany na całe życie!“ Nazajutrz zaopatrzono obóz w zapasy. Niestety — szczury objadły turystów doszczętnie. Na wysokości 6.400 m. były szczury i spostrzegało się ślady zajęcy, lisów i wilków — dziw — jak te zwierzęta tam żyją i czem się żywią. W tych ośnieżonych wyżynach do 6000 m. spostrzegano ślady, przypominające odbicie bosej nogi ludzkiej, co powodowało w Tybecie legendy o dzikim człowieku w Himalajach! Po mroźnej nocy 20 sierpnia wspinali się w śniegu puszystym — nogi zapadały powyżej kostek — każdy krok wprzód stał się męczącym wysiłkiem, trzech kulisów odesłano z powrotem w dół, byli wyczerpani już po kilku godzinach marszu. Przeżyli straszne trzy doby w niebezpieczeństwie, nocą wicher zerwał namiot umocowany na lodzie, nie mogli spać — zawzięli się i nie ulegli fizycznym dolegliwościom. Wheeler miał odmrożone stopy — mimo to następnego ranka przebijali się dalej w górę. Nagle zawyło wokół, łomot uderzeń nas pełnił rumorem ogłuszającym cały świat, — z przeraźliwym świstem rozbijały się olbrzymie tumany śniegu po graniach i zboczach, a wicher hulał z coraz większym impetem. To monsum zwiastował wjazd w Himalaje i ryczał w jarach — nagłe wybuchy biły jakby młotami o skały, zwały śniegów wzbijały się w mgły nieprzebite, wysokie kurzawy zaciemniały wszystko wokół i góry jakby ożyły, takie wstrząsy szły raz po razu po graniach i zboczach. Gdy rozpasanie żywiołów ucichło na krótki czas, poczęli schodzić — dalsze pozostanie równałoby się niechybnej śmierci. Koniec września i października, to kres najgwałtowniejszego rozpętania monsumu. Przez Lakpa-la w nieustannych zmaganiach z burzą i śnieżycami wracali ku dolinom, 24 października. Po pięciu miesiącach wrócono do miejsca, skąd wyruszyli 18 maja, do Darczilling. Wywiad z r. 1921 dał poznanie 36 km2 nieznanych obszarów Tybetu kartograficznie i geologicznie. Zbiory zoologiczne, geologiczne i botaniczne wzbogaciły muzea brytyjskie. Zadecydowano, iż w r. 1922 powtórzy się ofenzywę, mając już wiadome poznane szlaki — wiodące na zdobycie szczytu świata.

DRUGA WYPRAWA.

Okupiło ją jedenaście żyć ludzkich.

Wspaniały, dumny szczyt ziemi, otoczony był swym kamiennym, lodowatym orszakiem — straszliwe rozpadliny i pionowe zbocza skał wyciągały groźne, najeżone lawinami ramiona, raz po raz porykiwał wściekły monsum i strącał zwały śmiercionośnych śniegów w dolinę, a tysiące olbrzymich pióropuszów toczyło bój z chmurami, pędzonemi na północ — to zima w Himalajach r. 1922. Ten groźny dla człowieka zespół zdawał się głosić zapaleńcom, marzącym o wdarciu się na Mount Everest: A jednak właśnie tej zimy — dzielny zespół zabrał się do przygotowania nowej ofenzywy! Najlepszy znawca Himalajów i wytrwały turysta generał Bruce objął kierownictwo i organizował zastępy do ponownego boju. „Musimy zdobyć tę hardą twierdzę“, powiedzieli sobie uczestnicy i zabrano się do gorączkowej pracy. Mallory, Flach, synowiec generała Geoffroy Bruce — elita — a prócz tych, znani alpiniści, Strutt, Moris, Morshead, Crawford, Norton, Sommerwell, Noel, Wakefield, przyrodnicy i lekarz, dr. Longstaff — geolog dr. Heron nie był dopuszczony, władze tybetańskie wzbroniły mu udziału, „gdyż niepokoił duchy gór, pukając młotkiem w skały“. Z tych trzynastu zahartowanych turystów himalajskich dwóch tylko brało udział w poprzedniej wyprawie, Mallory i Morshead, sześciu było oficerami wojsk angielskich w Indjach, trzech lekarzami, a dwóch przyrodnikami. Kilku znało się wybornie na fotografji i kinematografji; wyprawa posiadała trzy aparaty do zdjęć kinematograficznych, dwie kamery panoramowe, cztery aparaty fotograficzne z objektywami do zdjęć na dalekie odległości oraz pięć kodaków. Generał Bruce, kierownik, stary turysta himalajski, wędrujący w górach przez dziesiątki lat (w r. 1910 ukazała się jego książka Twenty years in the Himalaya — dwadzieścia lat w Himalajach), liczył lat 55. Specjalny komitet rzeczoznawców zajął się sprawą sztucznego oddychania tlenem, gdyż zamierzono, począwszy od 7000 m., wysłać patrole dla urządzenia składów butli z tlenem. Starannie wybrano przybory i środki walki, znakomite małe i wielkie namioty, materace korkowe, worki sypialne, wypełnione puchem edredońskim, najlepsze odzienie zimnochronne, żelaza, raki, liny, latarki, aparaty do gotowania i t. p. pożywienie w puszkach kondensowane, dokładnie odważone, instrumenty do pomiarów. Cały ten park oblężniczy zgromadzono w Darczilling, a 26 i 27 marca wyruszono znaną zeszłoroczną drogą przez Phari, Kampa-dżong, prosto w dolinę Rongbuk. Stąd rozpoczęto oblężenie. Grupa wywiadowcza przebijała się na wschodnie ramię i rozbijała namioty na postojach pośrednich. W dniu 8 maja osiągnęli 6.400 m. (planik III) i tam umocowano namioty na obozowisku poniżej przełęczy Tszang-La. Stąd poczęły się marsze niesłychanie mozolne i wyczerpujące — wydostanie się na przełęcz Tszang-La było nieporównanie trudniejsze, niż ubiegłego roku. Zimno dochodziło do 32°, utrzymanie łączności kolumn przy wynoszeniu bagażu i aparatów wgórę stawało się niesłychanym wysiłkiem, umocowanie namiotów na popękanym lodzie, nieustanne wspinanie na rakach poprzez śnieg, lód i poszarpane szczeliny, było niesłychanie męczące,

było bajeczną wytrwałością, nie mającą nic równego w jakiejkolwiek dziedzinie pokonywania oporów przez wolę człowieka. Na wysokość 6.400 m. transportowano wszystkie zasoby konieczne dla pobytu 10 anglików i 60 kulisów na cały miesiąc. Dalszem zadaniem było wysuwanie stopniowo coraz wyższych posterunków i zaopatrzenie w środki możliwej egzystencji dla dzielnego zastępu przodowników. Na wysokości 7.015 m. urządzono obóz (IV); położony był na samej przełęczy grani północno-wschodniej — w fantastycznie dzikiem otoczeniu lodów i skał, wałów śniegu — w pośród rozpadlin lodowcowych dokonywano cudów, by wnieść doń zapasy. Pułkownik Strutt, szef obozu, uważał, iż nadszedł odpowiedni czas dla energicznego wypadu na grzbiet i zarządził wyniesienie butli z tlenem, jak najśpieszniej wzwyż. Mallory, Norton, Sommervell i Morshead, zajęli w dniu 19 maja nowy obóz — wraz z nimi było dziewięciu kulisów bardzo wyczerpanych i chorych. Ranek, 20 maja: Słońce ukazało się o 5-ej rano. Mallory popędzał tragarzy — niestety czterech uległo chorobie górskiej, pięciu decydowało się na wymarsz. Śniadanie (spagnetti) było zamarznięte, ledwo spożyto je — o 8-ej wyruszono; Mallory szedł przodem, mroźny wiatr bił od zachodu, co chwila wykuwano stopnie w lodzie, trzeba było zaciekle walić grańciakami, lód był bardzo twardy; — gdy tylko odpoczywano, marzły nogi — tak dostali się na wysokość 7.620 m., upadając z wyczerpania. Pełzać trzeba było, aby się utrzymać na grani najeżonej lodowemi iglicami. Ręce chwytały każde oparcie, skałę czy lód, a zimno tychże 40° przenikało do kości palców! Znieczulenie rąk i nóg jest już oznaką odmrożenia, kalectwa. Wyprawa Amundsena do bieguna południowego i lot Alcoka ponad Ocean Atlantycki były igraszkami wobec marszu na „Mount Everest“. Na stromej płycie skalnej umocowano dwa namioty dla czterech Anglików, służbę odesłano do obozu. Norton miał odmrożone ucho i w ciągu marszu stracił plecak — stoczył mu się w przepaść w czasie odpoczynku. Mallory miał trzy palce zbielałe, a pogoda napawała obawą, bo cienki grad bielił stoki, od wschodu zaś szły ciemne chmury. Ułożono się do snu — wicher wył całą noc; nad rankiem, po spożyciu śniadania, zabrano się do pochodu. Wszyscy cierpieli ból głowy, a Morshead rzekł: bezemnie, jestem pewny, że mielibyście tylko kłopot“. Trójka: Mallory, Sommervell i Norton wyruszyła na dalszy podbój — bez aparatów z tlenem. „Wszystko zależało teraz od płuc“ — pisze Mallory — wspinanie było istotnie nędznem czołganiem się, balansowaniem w obliczu co krok grożącej katastrofy, gdyż nie można było posiłkować się rękoma. Coraz bardziej słabli, a godziny mijały. „Byłoby szaleństwem iść dalej w górę — barometr wskazał 8.169 m. — organizm przy schodzeniu w dół nie odzyskuje wcale sił — postanowiliśmy „odwrót“ — pisze Mallory. Z trudem zeszli do stanowiska na 7620 metrów, gdzie czekał ich Morshead; była godzina 4-a po południu — w pośpiechu spakowali, co najniezbędniejsze, by przed zapadnięciem nocy zejść do obozu na przełęczy 7015 m. (IV). Schodzenie było tak samo straszne, jak marsz wgórę. Coraz częściej musieli się zatrzymywać, by zaczerpnąć oddechu. Morshead wlókł się ostatkiem wysiłku — śnieg świeżo spadły zwiększał niebezpieczeństwo i pierwszy zesunął się, potoczył i pociągnął za sobą towarzyszy — wszyscy byli złączeni liną. I byliby wszyscy poginęli, gdyby nie szczęśliwy przypadek — oto ostatni dla bezpieczeństwa owinął linę wokół swej żelaznej piki lodowej i wstrzymał gwałtowne szarpnięcie. Schodzili jeszcze ostrożniej. Morshead chwytał coraz rozpaczliwiej powietrze, dusił się i musiano go prowadzić, a tu zapadała noc. Zapalili latarki i z zaciętym uporem stąpali w głąb czarnej otchłani — krok za krokiem — w niesłychanem napięciu nerwów. W pewnej chwili ujrzeli tuż przed sobą pionową ścianę rozpadliny — u dołu bielał śnieg; rozpacz rzuciła ich skokiem na 5 m. w dół — wyszli cało! — ostatnia latarka zgasła. W zupełnej ciemności posuwali się, nic nie widząc przed sobą, prócz śniegu, nie wiedząc, gdzie natrafią na namioty opuszczone dwa dni temu. Nagle Mallory poczuł pod stopą linę pod śniegiem; za chwilę byli przy namiotach — była godzina 12 w nocy. Nie zastali żadnych naczyń — o głodzie i chłodzie, trapieni pragnieniem, przebyli noc. Tymczasem z obozu spostrzeżono ich o 6-ej wieczorem i wydano zarządzenia, by im przyjść z pomocą. Gdy rankiem, wycieńczeni i przemarznięci do kości, poczęli schodzić, spotkali generała Bruce i Fincha, którzy nieśli im butle z tlenem i termosy z mlekiem i herbatą. A gdy już przybyli do następnego obozu, trzeba było odjąć trzy odmrożone palce Morsheadowi; musiał on zrezygnować z dalszego udziału i wrócić na południe. Mallory opowiada, że poprostu było cudem, iż wyszli cało, gdyby spotkał ich wiatr w powrotnej drodze, nie wróciliby już — prawdopodobieństwo bezpiecznego marszu i osiągnięcia celu jest wprost znikome. Pierwszy atak nie powiódł się. Mount-Everest nie dopuścił nieustraszonych śmiałków! Nie dano jednak za wygrane i oto kap. Finch i Bruce postanowili drugi wypad. W dniu 25 maja rozpoczęli marsz na Tszang-La z zamiarem dalszego pochodu i urządzenia „leży“ w wysokości 7900 m. Lecz już przy 7700 m. poczęły gonić chmury śniegowe i wiatr lodowaty dokuczał srodze; szli dalej — coraz groźniej waliły tumany śniegu i musieli się zatrzymać; na wysokości 7777 m. rozłożyli namioty. Towarzyszący kulisi zładowywali niesione przybory, żywność, flaszki z tlenem, śpiesząc się do powrotu. I Finch podaje, że tu krajowcy, którzy pocichu wykpiwali dotychczas cały ekwipunek z tlenem, poznali użyteczność tego „angielskiego powietrza“, jak nazwali ten gaz z flaszek. O godz. 2-ej po południu, trzej nieustraszeni Anglicy: Mallory, Finch i Bruce znajdowali się sami w zabójczej wysokości na wąskim stopniu grani w maluśkim namiocie, a wokół wył wicher i spowijał lodową wyż w falujący ocean śniegu. Zimno i wicher wzmagały się z każdą prawie chwilą i ci samotnicy na grzbiecie Mount Everestu przebyli tam najstraszniejszą noc w życiu! Finch podaje: „Gdyby nieco gwałtowniejszy wicher chwycił namiot, przepadlibyśmy w rozpadlinach gór, — otchłaniach. Walczyliśmy z wichrami o życie! „Od czasu do czasu wychodził jeden z nas, by wzmocnić powrozy namiotu i dosypać wał ochronny. Przez całą noc waliły wichry namiot, przyprószyły wszystko śniegiem, przez całą noc wytężaliśmy ramiona, by przetrzymać wewnętrzne ścięgna powrozów“. O 1-ej w nocy szalał taki orkan, że ryk i wycie uniemożliwiały porozumienie w namiocie — wicher wpadł pod koce wyścielające i podniósł je na lód wraz z trzema turystami. Zimno było srogie!“ I staje się rzecz nie do uwierzenia — pozostają w tych warunkach drugą noc, by może w trzecim dniu dotrzeć na szczyt. Ranek nie dał wypoczynku. Sypał śnieg, dął wiatr do południa. Gdy się uciszyło, padliśmy na nasze legowiska zupełnie wyczerpani, niezdolni nawet do rozniecenia ogniska, aby zagrzać się lub zgotować herbatę. Topiąc śnieg spirytusem, uzyskali letnią wodę, trzeba bowiem wiedzieć, że woda w tej wysokości wrzała przy 25°. Trzej zapaleńcy postanowili dalej wdzierać się na szczyt! Biorąc łykami tlen, mogli paść w sen kilkugodzinny, a pokrzepiwszy się, ruszyli w drogę. Niosąc butle z tlenem, aparat do wdychania, związani linami, posuwali się zwolna po grani, zmuszeni co kilka kroków do wypoczynku, gdyż przenikliwy zimny wiatr dął coraz mocniej. Szli tak sześć godzin między życiem, a śmiercią, do 8.326 m. Żaden człowiek własnemi siłami nie dotarł do takiej wysokości — 500 m. ponad nimi su- nęły białe tumany śniegu, pędzone coraz ostrzejszym wiatrem. I Finch już osłabł, nie mógł się ruszyć — to samo Mallory. Nie było rady. Na wierzchołek , tego „króla szczytów“ godziły właśnie strzały złocistej tarczy słońca, gdy gen. Bruce wykrzyknął gniewnie z wzniesioną pięścią ku szczytowi: „Pokonałeś nas, ale poczekaj, stary, wrócimy i dostaniemy cię!“ Powrót był bardzo ciężki! Finch pisze: „Im dalej schodziliśmy, tem bardziej ogarniało nas uczucie straszliwego znużenia — kolana gięły się pod nami, nie można było oprzeć się, padaliśmy coraz częściej, wysiłki były daremne, siadano w śniegu i wypoczywano... powrót równał się ucieczce, gdyż z dali dobiegał od czasu do czasu złowróżbny ryk himalajskiego orkanu. Śmiertelnie wyczerpani, dopadliśmy obozu, było to 27 maja“. Na marsz z obozu (IV) do następnego noclegu (V) trzeba było czasu całego dnia, a przy dalszem wspinaniu się upłynął cały dzień na osiągnięcie 548 m. wzwyż. To wskazuje, jak w atmosferze bardziej rozrzedzonej maleje sprawność organizmu. W dalszym pochodzie kto wie, czy doszliby w ciągu całego dnia o 250 m. wyżej... Należałoby sądzić, że dano już za wygraną i zbliżała się chwila ostatecznego powrotu! — nie! Po wypoczynku postanowili Mallory i Crawford ponowny atak. W dniu 6 czerwca ruszyli z 15 tragarzami w czterech kolumnach przy 23°. Byli w drodze już kilka godzin, nagle runął grzmot, olbrzymia chmura śniegu zawaliła karawanę (lawina) i staczała się błyskawicznie w otchłań. Pierwsze dwie grupy, liczące 11 ludzi, znikły, przepadły na sen wieczny w przepaściach Himalajów! dalsze oparły się. Wstrząśnięci katastrofą, wrócili do obozu i to było szczęściem! Wcześniej, niż zwykle, zerwał się srogi monsum — rychło zakłębiły się ciemne chmury, spowijając świat w ciemność wichrów, a niebotyczne szczyty zasunęły gęste kłęby chmur. Gdy pokonana gromada ludzi zeszła na równiny indyjskie, tam hen... na północy ponad chmurami wyłonił się w złotej jasności zrąb szczytu świata, jak gdyby słał szydercze pożegnanie... z błękitu!!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…