Read here

Powtórne życie

Klemens Junosza · 1897 · Free in the US

37,956 words · about 2 h 39 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1897 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Powtórne_życie_(Junosza,_1897)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1897
Length
37,956 words · about 2 h 39 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Obrazek under 1 min
  2. Obrazek about 1 h 20 min
  3. Obrazek about 11 min
  4. Obrazek about 5 min
  5. Obrazek about 7 min
  6. Obrazek about 12 min
  7. Obrazek about 14 min
  8. Obrazek about 31 min

Continue:

Obrazek

OBRAZEK.

Obrazek

OBRAZEK.

I.

Zazwyczaj cicho i spokojnie było w Rudawce. Cicho we dworze, w folwarku, a wieś była w takiem oddaleniu, że odgłosy kłótni wieśniaków nie dochodziły nigdy do uszu dziedzica. Jużci nie bez tego żeby czasem Agata gospodyni nie wybuchnęła gniewem na dziewkę, a ekonom Kulbacki na fornala; nie bez tego żeby parobcy nie powadzili się niekiedy ze sobą, żeby pachciarz Mordka Butterglanz nie przeklinał głośno swych wrogów, z powodu że pastuch nie dba o krowy, ale tego rodzaju hałasy nie zwracały na siebie szczególnej uwagi, nie robiły wrażenia, gdyż są zwykłe, powszednie, jak szum wiatru, turkot kół młyńskich, warczenie młocarni w stodole, pianie kogutów o północy. Po za tymi krzykami, któreby raczej zwykłymi objawami życia, mową dnia nazwać należało, panowała słodka, niczem nie zamącona cisza i spokój. Ludzie chodzili pomaleńku, nie spiesząc, zwierzęta nie zadzierały łbów do góry, nawet ptaki miały ruchy poważne i spokojne. Życie mieszkańców Rudawki płynęło spokojnie niby woda płytkiej rzeczułki, wijącej się wśród spokoju tego nie mącił nawet dziedzic, gdyż gospodarstwem nie zajmował się prawie i więcej czasu w mieście gubernialnem, w sąsiedztwach, aniżeli w domu przepędzał. W nieobecności dziedzica rządy sprawowane były: we dworze i gospodarstwie kobiecem przez Agatę, w folwarku i na polach przez ekonoma, wreszcie w pilniejszych sprawach finansowych przez Mordkę. Dobrze z tem było i Agacie i Kulbackiemu i Mordce, a widocznie nieźle i dziedzicowi, gdyż rzeczoną trójkę zaufaniem darzył, czynności jej akceptował, wymówek nigdy nie czynił. Aż raz, nagle, niespodziewanie, bez żadnego widocznego powodu, bez określonej przyczyny, w cichej zazwyczaj Rudawce zrobiło się istne piekło; spokojna fala życia zaczęła się burzyć, kipieć, szaleć, grozić zerwaniem tamy. Nie bez racyi mawiał Kulbacki, że są dnie feralne i że wśród nich najgorszy jest poniedziałek. Nie dla tego, że wypada po niedzieli i przynosi z sobą bóle głowy, bo to swoja rzecz, ale dla tego, że sprowadza nieszczęścia, najczęściej niespodziewane, nagłe, spadające na człowieka, jak grom z pogodnego nieba. W niedzielę wszystko działo się dobrze, poczciwie, normalnie; dziedzic od trzech miesięcy nieobecny, Agata była w miasteczku na odpuście, Kulbacki u pisarza kancelaryi gminnej na preferansie. Mordka pojechał do swego familjanta na wesele. Wszyscy się zabawili, poszli spać dość późno, spoczywali dłużej niż zwykle. Mordka przyjechał dopiero nad ranem, rozespany, ziewający i wyglądał tak, jak gdyby mu i pachciarstwo i wszelkie interesa i samo nawet życie obrzydło. Wyprzągł szkapę z biedki, a sam chciał się położyć i wypocząć — gdy wtem wietrzyk na swoich lotnych skrzydłach, przyniósł mu dźwięki trąbki pocztowej. Drgały one w czystem powietrzu wrześniowego poranku, coraz donośniej, brzmiąc jużto nutą pocztowego sygnału, jużto skoczną melodyą zawadyackiego krakowiaka. Mordka drgnął, odrazu senność go odbiegła, wyraz znużenia i apatyi zniknął z jego twarzy i ustąpił miejsca zaciekawieniu. Bystre oczy pachciarza zwróciły się w stronę, z której dźwięk dochodził, umysł zaczął kombinować, snuć domysły, kto to nadjeżdża? Mordka myślał w ten sposób: pocztyljon nie jest taki głupi, żeby dla byle kogo psuł sobie gębę i jeżeli tak ślicznie trąbi to zapewne jest przekonany, że ma do czynienia z porządnym pasażerem, który potrafi poznać się na rzeczy; pasażer zaś wzbudzający w pocztyljonie takie przekonanie z pewnością nie jest zwyczajnym pasażerem, ale osobą; zresztą już to samo, że jeździ końmi pocztowymi, świadczy o jego zamożności, albo też nagłości interesu, będącego powodem lub celem podróży. Różne myśli przychodziły Mordce do głowy, różnych osób się spodziewał, ale nie dziedzica. — Ten napisałby przecież do Kulbackiego, z poleceniem, żeby konie na stacyę przysłał. Chude, ale chodliwe szkapy pocztowe pędziły po drodze galopem, a pocztyljon przynaglał je jeszcze do pośpiechu; podnosząc tumany kurzawy, ekwipaż wtoczył się w dziedziniec i zatrzymał przed dworkiem. Mordka pośpieszył ku dworowi i ujrzał człowieka, z wąsami podkręconymi zuchowato do góry, w eleganckim płaszczu podróżnym. — Co wielmożny pan sobie życzy, zapytał, kłaniając się nizko. Naszego pana dziedzica niema w domu, on wyjechał, nie wiadomo kiedy powróci. Podróżny zeskoczył z bryczki i położył dłoń na ramieniu Mordki. — Czy wzrok straciłeś? zapytał groźnie. Żyd cofnął się zdumiony. — No cóż? — nalegał przybyły — nie poznałeś mnie? — Wielmożny panie, niby głos pana, ale osoba... Czy pan sam? — Ja jestem ja, Bolesław Michalski, właściciel tego folwarku. — Wielmożny pan miał brodę! — Teraz nie mam. — Wielmożny pan był krzynkę grubszy. — Teraz jestem cieńszy. — Wielmożny pan był jakby starszy. — Teraz jestem młodszy. Czy jeszcze masz jakie wątpliwości? — Jakie wątpliwości? wielmożny pan pewnie potrzebuje pieniędzy? — Naturalnie, zaraz o tem pogadamy. — No, już teraz widzę, że pan dobrodziej jest ten sam; nasz wielmożny dziedzic, nasz kochany dziedzic, tylko cokolwiek odmieniony. Pan zapewne na kuracyi był, zapewne jeździł do góry, do ciepłe wody, do winogrono. — Tak... tak... o tem potem, ale co tak cicho? Śpią jeszcze wszyscy; śliczne rzeczy. Zaraz tu się wszystko odmieni, zaraz będzie inny porządek. Biegnij no Mordka po , żeby natychmiast tu przyszedł... Ciekawym gdzie się ten dziad obraca. — Pewnie na folwarku. — Pewnie śpi. — Nie wiem, wielmożny panie; ja tylko co przyjechałem z drogi. — Z drogi? — Z wesela. — Pachciarz w Klepaczkowie wydawał swoją córeczkę za mąż; on trochę familjant mój jest. — Niech pocztyljon zajedzie do stajni. Mordka pobiegł do Klepackiego. Drzwi dworku otworzyły się i wbiegł z nich w wesołych podskokach piękny wyżeł; skomlił, rzucał się panu Bolesławowi na piersi, to znów do nóg przypadał, szczekał, skakał, ręce lizał i wszelkimi sposobami okazywał swą radość. — Medor, Medorek, mój psisko! Medorek odpowiadał skomleniem. We drzwiach ukazała się Agata, tylko co ze snu zbudzona, narzuciła na siebie chustkę, włosy gęste jasne, w nieładzie spadały jej na ramiona, oczy niebieskie, bleu faïence wyrażały zdziwienie, przestrach i zarazem radość. — O la Boga! — zawołała — toć chyba pan. — No, ja. — Nie poznałabym, gdyby nie pies, że się tak radował i skomlał. Taki pan teraz ładny jakby dziesięć lat temu. Pochyliła się do ręki dziedzica, aby złożyć na niej pocałunek, ale pan Bolesław nie pozwolił na to. — Dajże pokój... cóż za głupstwa wyrabiasz?! W porcelanowych oczach Agaty odmalowało się zdumienie. — A toć witam pana grzecznie, cóż za dziwota... chcę spytać czy pan zdrów, mocny do nas przyjechał... chcę powiedzieć co to było, jak żyliśmy przez te czasy. Toć pan do domu swego powraca, to pewnie ciekawy wiedzieć, co się dzieje... a pan powiada: głupstwa wyrabiasz. — Bo wyrabiasz. Idź że już, zakrzątnij się, głodny jestem. Kawy mi daj, albo herbaty i ogarnij się bo tak... — O! — Mówię ci wyraźnie i proszę słuchać. Ja tu wnet inny porządek zaprowadzę. Tak jak jest dłużej być nie może. Agata stała jak wryta, pulchne jej policzki zaczęły drgać i kurczyć się komicznie, niebieskie fajansowe oczy łzami zaszły, chciała odpowiedzieć, ale powstrzymało ją ostre spojrzenie pana Bolesława i krótki rozkaz. — Idź i zrób, co kazałem... Zrzucił z ramienia płaszcz podróżny, się kilkakrotnie po pokoju, spojrzał w lustro. Musiało mu ono coś ciekawego powiedzieć, gdyż zatrzymał się przed niem dłuższą chwilkę, marszczył brwi, pokręcał wąsy i kilkakrotnie powtarzał. — Szkoda, szkoda, szkoda! W sieni dały się słyszeć ciężkie kroki, do pokoju wszedł Kulbacki. Uprzedzony przez Mordkę o zmianie powierzchowności dziedzica, nie objawiał zdziwienia, ale przypatrywał mu się z podoka. — Witamy wielmożnego pana, — rzekł. — Ślicznie, bardzo ładnie, — odpowiedział z ironią pan Bolesław. — Przyjeżdżam, dzień jak wół, a cały folwark śpi! Pan Kulbacki jeszcze w łóżku, fornale i parobcy przewracają się na drugi bok, dom zamknięty. — Wielmożny panie... — Agata jeszcze spoczywa... — Co do Agaty, nie moja głupia kompetencya, wielmożny dziedzicu, ale parobcy są na nogach; fornale na nogach i ja, jak wielmożny pan widzi, także oto nie siedzę, ani nie leżę. — Widzę że jesteś na nogach panie Kulbacki, ale na jakich? — Toć na własnych. — Nie przeczę, ale nie na pewnych i gdyby ci teraz przejść po wązkiej kładce nad wodą... skąpałbyś się niezawodnie. — Wolno wielmożnemu panu przy dobrem zdrowiu żartować z biednego człowieka, ale od żartów do sprawiedliwości kawał drogi i niech spuchnę, jeżeli kłamię, że dziś jeszcze ani kropli, nie tylko jakiego trunku, ale nawet czystej wody w ustach nie miałem. — No, no; znam ja się na tych kroplach i wiem, że je kwartami mierzyć można. Korzystacie z mojej nieobecności, aby próżnować i brać pieniądze darmo. Gospodarstwo zaniedbane, nieład, ludzie rozpuszczeni, jak dziadowskie bicze. — Wielmożny dziedzicu, przepraszam... — Co mi z tego. — Do słowa pan przyjść nieda. — Nie chcę słuchać żadnych tłómaczeń, od dzisiejszego dnia zaprowadzam zmiany, sam wszędzie będę i wszystkiego dojrzę. — Owszem, panie dziedzicu. — Za godzinę Kulbacki niech tu przyjdzie i przyniesie z sobą rachunki i kassę. — Nie ciężar, panie dziedzicu... przyniosę. — Porządek ma być taki począwszy od jutra. — Słucham. — Rano o godzinie czwartej przyjdzie Kulbacki po klucze. — Niby do kogo? — Do mnie. — Pan dziedzic będzie jeszcze spoczywał. — Nie będę. Wyda Kulbacki obroki... O szóstej ma być przed gankiem koń osiodłany. — Niby jak? — Osiodłany, powtarzam, dla mnie. — Trudno to będzie. — Dla czego? — Wielmożny dziedzic nigdy takich rozjazdów nie praktykował, siodło, co niby jest w spichrzu, angielskie, szelmy szczury zdezelowały, z puśliska zrobiłem naszelniki. — Więc niema u nas siodła. — Jest wielmożny dziedzicu tylko gapa i też zdezelowana. — Niech będzie gapa tymczasowo, dopóki nowego siodła nie sprowadzę. — Dobrze tylko proszę pana dziedzica. — Bez żadnego gadania. Tak chcę i tak ma być. — No, niby owszem, ale konia takiego, żeby był podobny nie mamy. — Konia nie mamy?! — Fornalne w robocie i prawdę mówiący, sama skóra i gnaty, a z wyjazdowych kasztan kuleje, a łysy mało co widzi. Chyba że swoją źrebicę dla wielmożnego pana osiodłam. — Niech będzie i tak. Codziennie objeżdżać będę pola, dopilnuję roboty, nie dam nikomu pić, ani spać. Rozumiesz, panie Kulbacki. — Rozumiem, rozumiem. — Za godzinę czekam, proszę przynieść rachunki. Tu wszystko musi być inaczej. Ekonom wyszedł, i na dziedzińcu spotkał Mordkę. — Ny, panie Kulbacki, — zapytał żyd — cóż nasz kochany dziedzic? — Albo ja wiem. Odmienili go, czy urzekli, czy może szaleju się najadł. Pan Bolesław pośpiesznie wypił kawę i przeszedł do drugiego pokoju, który mu służył za sypialnię i za gabinet zarazem. Przy oknie stało duże, staroświeckie biurko, na niem kałamarz bronzowy, przybory do pisania, nóż do rozcinania książek, lichtarze. Wyjął kluczyk z kieszeni, otworzył szufladę biurka, wydobył ztamtąd pudełko papieru i koperty, usiadł i z wielkim zamachem pogrążył pióro w kałamarz; ale wnet zerwał się z krzesła rozgniewany, kałamarz bowiem był pusty. — A niechże was! — zaklął, — ładnie gospodarują; kropli atramentu w domu niema. Zadzwonił tak gwałtownie, że przybiegła nie tylko Agata, ale jeszcze dwie dziewczyny z kuchni i zamorusany chłopak. — Czegoż chcecie? Co za zbiegowisko, zawołał pan Bolesław, wynoście się, dzwoniłem na Agatę. — Myślałam. — Nie myśl nic, tylko odpowiadaj na pytanie, gdzie się podział atrament. — Proszę pana, odrzekła Agata, ja nie pisarz, na atramencie się nie znam; nie był on tu nikomu potrzebny. — Ale mnie jest potrzebny, do licha! szukać zaraz, może jest we flaszce. — Nie wiem, ale zkądby zaś, są flaszki, ale z czem innem. — To pójdź do Kulbackiego i przynieś, ale zaraz. Agata pobiegła, pan Bolesław zaczął chodzić po pokoju i mówił sam do siebie. — Jak ja mogłem tak żyć, jak mogłem? Nieład, nieporządek, rozprzężenie, wszystko licho wie po jakiemu, atramentu nawet niema w domu... Okropność... Agata przyniosła wielki kałamarz drewniany i postawiła go na stole. — Toć jest, rzekła z tryumfem, jest cała maźnica, a Kulbacki powiedział, że panowy atrament wziął i wysechł. — No, no — idź już. — Co mam się wdawać w długie wstępy, mruczał pod wąsem pan Bolesław, odrazu przystąpię do rzeczy. Ciotka jest dobra kobieta, zrozumie o co mi idzie. List brzmiał tak: «Kochana Ciociu! Już dawno miałem zamiar prosić, aby Ciocia raczyła zamieszkać w Rudawce i objąć zarząd mego domu, atoli różne okoliczności nie pozwalały mi zająć się zmianami, jakichby przybycie Cioci wymagało. Teraz powróciłem do Rudawki i już nie mam zamiaru wyjeżdżać, zajmę się więc natychmiast urządzeniem odpowiedniego apartamentu dla Cioci. Kochana Cioteczko, mam nadzieję, że jako osoba wolna, nie mająca obowiązków rodzinnych, nie odmówisz prośbie swego siostrzeńca. Upraszam o odpowiedź, a jeżeli ta będzie przychylną, natychmiast po Ciocię przyjadę. Przywiązany siostrzeniec».

Skończywszy pisanie tego listu, właściciel Rudawki zaczął natychmiast drugi tej treści: «Kochany Olesiu! Zawsze od Ciebie, że źle robię — otóż chcę Cię przekonać, że jesteś w grubym błędzie i w tym celu proszę, abyś raczył przyjechać do mnie na kilka tygodni. — Wyjednaj sobie urlop, co jak sądzę, nie jest niemożliwem — i przybywaj. Dołożę starań, żebyś się nie nudził i żeby pobyt na wsi nie zapisał się źle w Twej pamięci. Twoja obecność, Twoja dobra rada, jest dla mnie bardzo pożądana i potrzebna. Czekam wiadomości, kiedy mam przysłać konie na stacyę».

Gdy pan Bolesław drugi list włożył w kopertę, w stołowym pokoju dało się słyszeć kaszlnięcie. — Kto tam? — To ja, Mordko. — Bardzo dobrze, żeś przyszedł. Proszę wejść — zapewne wybierasz się do miasta? — Ja się zawsze wybieram. — Ale dziś zaraz? — Oj, oj. Czy w naszym stanie jest czas na bałamuctwo? U nas, panie dziedzicu, zawsze dziś i zawsze zaraz. Dopiero człowiek śpi, już jedzie, dopiero jedzie, już handluje, ledwie ukończył handlować, znów włazi na biedkę. — Ciężkie życie, a mały zarobek. Czy wielmożny pan co potrzebuje z miasteczka? — Trzeba te dwa listy oddać na pocztę. — Za co nie. Ja i to potrafię. Nie pierwszyzna mi, abym tylko się pokazał, to poczmajster zaraz szuka listów do Rudawki... Więc tylko oddać, więcej nic? — Nic więcej. — Dobrze, ja za godzinkę jadę. A może jakie sprawunki potrzebne? Cukier, herbata, świece, cygary, może jakie trunki? Wszystko może być, co tylko pan każe. — Zobaczymy później. Co słychać w okolicy? — Stara bieda, nie ma żadnej nowości. Zboże zawsze jednakowo, wełna wielmożny pan wie. Pewnie Kulbacki pisał, że musieliśmy sprzedać taniej niż zeszłego roku. — Jednak w Warszawie stała drożej. — Co wielmożny pan równa!! Warszawa co inszego, nasze miasto co innego. Niech pan na przyszły rok posyła do Warszawy. Owszem, ja nie będę miał przynajmniej zmartwienia.. Czy to łatwo sprzedać wełnę? Wcale nie łatwo. Zdrowie można stracić. — Mniejsza o to, stało się już. Słuchaj no Mordku. — Co wielmożny pan każe? — Czy nie miałeś jakich wiadomości z Osin? — Widziałem pachciarza tamtejszego temu tydzień... Spotkałem też i państwa z Osin, jechali do kolei. Pan, pani, panicz i panienka. Cała familia. Jechali dużą bryczką w cztery konie. Aj, jakie konie, bardzo ładne konie mają. — Dawno to było? — Temu tydzień. — To zapewne już wrócili? — Nie wiem, ale wiedzieć mogę, choćby dziś. Zapytam w mieście... — Dobrze. Mnie potrzeba koni. — Jakich? — Do wyjazdu, choćby parę tymczasem i jednego pod wierzch... — I to może być. Wszystko może być, co tylko potrzeba. Od tego moja głowa. Jak ja powiem, że będzie, to choćby ta rzecz wcale nie była, też musi być. Wielmożny pan mnie zna. — Oczywiście, że znam, — zabierz że te listy i jedź — to pierwsza rzecz, o innych interesach będziemy mówili wieczorem. Nie zapomnij tylko o listach, są one bowiem ważne. — Za pozwoleniem, pana, chciałem o coś zapytać. — No? — Gdzie wielmożny pan był i dla czego w panu taka odmiana jest? — Nie ma o czem mówić... Byłem w Warszawie, chorowałem ciężko. — Chorował pan? — Tak. Jedną nogą byłem już na tamtym świecie. — Aj waj. Niech nasze wrogi. — No, ale jakoś wygrzebałem się. Naturalnie, że po takich przejściach musiałem się trochę zmienić. Nie ma w tem żadnego cudu, ani nadzwyczajności.

II.

Na drugi dzień pan Bolesław wstał o piątej rano, o szóstej wsiadł na źrebicę Kulbackiego i pojechał w pole. Zwiedził szczegółowo całą swoją posiadłość, był na łąkach i w lesie. Nie zadowolnił go widocznie ten przegląd, gdyż powrócił do domu w najgorszym humorze, zawołał Kulbackiego, zamknął się z nim i konferował do samego południa. O dwunastej Kulbacki nie wyszedł, ale wyleciał ze dworku, zirytowany, zły, czerwony na twarzy jak rak. Wpadł do swego mieszkania, odtrącił żonę i przyskoczył do szafy. Tam w ogromnym gąsiorze znajdowała się wódka, nalewana na «siedmiorakie zioła». Był to wynalazek własny Kulbackiego, osobliwy trunek, miał on podobno tę własność, że pocieszał w utrapieniu, leczył choroby już istniejące i zarazem zabezpieczał od nowych. Kulbacki długo kombinował, przez wiele lat wysilał swój umysł, zanim tę wódkę wymyślił. Sam zbierał zioła do niej, sam układał proporcję, a składała się ta kompozycja z dzięglu, mięty pieprzowej, piołunu, tysiączniku, macierzanki, kwiatu lipowego, kwiatu i z okowity. Kulbacki wypił trzy kielichy, jeden po drugim. — Co robisz Józiu, zawołała żona, upijesz się. — Uratuję życie, bo mało brakuje, żeby mnie paralusz nie chwycił, odrzekł Kulbacki. — Cóż to się stało, mój drogi? — Ano widzisz Kasiu, krótko ci powiem. Wypiłem jeden kieliszek, żeby mi krew od głowy odeszła, drugi, żeby we mnie żółć nie pękła, trzeci żebym miał siłę wytrzymać, czwarty wypiję, żebym trochę usnął, a piąty, żeby naszego kochanego dziedzica dyabli wzięli! Przyrządź mi co do zjedzenia, jagodo moja, gdyż ze zmartwienia, z żałości, ze zgryzoty wszystkie wnętrzności się we mnie skurczyły. — Ale powiedz-że co to takiego, co on ci ? — Powiem, powiem... tylko się trochę pokrzepię, bo siły nie mam nic i żeby nie kropelka gorzałki.. to nie wiem, coby się ze mną stało. Obiad był gotów, pani Kulbacka postawiła na stole misę kapuśniaku i drugą kartofli. Przez chwilę panowało milczenie, Kulbacki wzmacniał nadwątlone siły, kobieta zaś przeczuwając, że coś niedobrego się stało, nie mogła jeść, tylko niespokojnym, pytającym wzrokiem wpatrywała się w twarz swego małżonka. pan Kulbacki położył łyżkę, obtarł spocone czoło i — Teraz ci Kasiu powiem... Nie mamy już co robić w Rudawce. — O mój Boże, cóż będzie? — A no, przedewszystkiem pójdę spać, żeby ze mnie doreszty zmartwienie wyszło. — I będziesz mógł usnąć nie wiedząc co cię czeka, gdzie się podziejesz? — Ma się rozumieć... Kiedyż mam spać, jeżeli nie teraz, jak obowiązku nie mam? Powiedział, że jestem próżniak, pijak, że go okradam, że znajdzie sobie innego człowieka. — Takto powiedział? — więcej. — A ty? — A ja mu w dubelt tyle. — Bój się Boga, człowieku, trzeba było w pokorę, tłómaczyć się, że mu ktoś , że to wszystko plotki i fałsz, złe języki, zazdrość ludzka. — Myślisz, żem nie mówił. Mówiłem z początku, ale zobaczywszy, że się to wszystko na nic nie zda, powiedziałem mu słowa prawdy: że porządny oficyalista zawsze miejsce znajdzie i nie tylko w takiej głupiej Rudawce, ale w znacznych dobrach, gdzie jest robić czem, na czem i koło czego... Co on mi będzie wydziwiał?! Taki ja sobie dobry pan Kulbacki, jak i on pan Michalski. W końcu splunąłem, trzasnąłem drzwiami i poszedłem. Niech go marność! — Józiu, Józiu, rzekła żona, tyś nie dobrze zrobił. Zasiedzieliśmy się tu, zagospodarowali i trochę w pierze porośli — zawszeć i źrebica jest i trzy krówki ładne i dwa wieprzaki i drób. — Gdzie indziej nie pozwolą tyle chować. — O, akurat! będę o pozwolenie kogo prosił! — A jakże? — Moja kochana, bez grosza nie jesteśmy, albo to koniecznie trzeba się za służbą oglądać: Dzierżawkę weźmiemy. — Masz tyle? — A cóż to, nie pracowałem, nie zabiegałem, nie odejmowałem sobie od ust?! Dziedzic powiada, żeśmy go kradli na strony. Fałsz, nieprawda, że się czasem od jakiego kupca dostało parę groszy to swoja rzecz. Gdzieindziej rządcy tantyemy biorą, ja nie brałem, więc radziłem sobie inaczej. Złodziejstw żadnych nie było, czasem tylko porękawiczne, albo tak oto, za grzeczność, jako, że ręka rękę myje. Nie bój się, Kasiu, wszystko będzie dobrze, jak złe minie. Ot wiesz co, jeszcze wypiję kieliszek tej ziółówki i usnę. Niech go licho, niech się sam z ludźmi ujada, niech do dnia wstaje, parobków budzi, niech się piecze na słońcu. Co mi do tego. Odprawia mnie od kwartału, ja na złość, rzucam wszystko dziś zaraz w tej godzinie, — jeżeliby przysyłał po mnie, powiedz że mnie nie ma, że jestem, że jestem chory... co chcesz, co uważasz. Jutro raniutko wyjeżdżam. — Dokąd? — Trochę w świat, między ludzi, trzeba przecież pomyśleć o sobie, zawczasu co upatrzeć; przyrządź wcześnie śniadanie i na drogę w kobiałkę co włóż, bo może kilka dni zabawię, zresztą nie frasuj się o przez dziesięć lat zabiegało się, pracowało, to nie zginiemy. Kulbacki rzucił się na łóżko i wkrótce usnął, ale przewracał się niespokojnie z na bok i mruczał jak niedźwiedź. Widocznie majaczyło mu się we śnie, że dziedzic przysyła po niego, że prosi, aby chociaż na jakiś czas dopóki się nowy oficyalista nie znajdzie, zechciał pilnować folwarku i pełnić nadal obowiązki. Pan Bolesław nie miał tego zamiaru. Czynności Kulbackiego powierzył starszemu parobkowi i postanowił że nadal sam będzie rządził i ekonomował. Był już prawie zmrok kiedy się Kulbacki obudził; ledwie oczy otworzył, zwrócił się do żony z zapytaniem. — Cóż, Kasiu, przysyłali ze dworu? — Przysyłali, odrzekła z westchnieniem kobieta. — Widzisz, jagodo, że na moje wyszło! Ja mówiłem przyjdzie koza do woza — ale będę twardy jak kamień. Niech się pan dziedzic nauczy, że trzeba szanować uczciwych honorowych ludzi. Ma się rozumieć, powiedziałaś, że jestem chory, że sobie spoczywam. — Nic nie powiedziałam. — Co? — A nic. — Ej Kasiu, coś ty kręcisz. Dopiero mówisz, że przysyłali, że czegoś chcieli. — A no juści przysyłali i chcieli, ale nie pytali co ty robisz. — Jakże! — Zapowiedzieli tylko, słowo w słowo powtarzam, żeby się pan Kulbacki z żoną i z całym swym dobytkiem wyniósł z Rudawki we dwadzieścia cztery — Co? — I żeby jutro do wieczora, mieszkanie nasze było puste. — I nie wydrapałaś mu za to oczów. — Komu! — Temu kto przyszedł z takiem głupiem słowem. — Agacie? ona sama zmartwiona jest, zbolała, zęby ją bolą, mało nie płacze. Zdaje ci się, że ją co lepszego czeka? I ona tu nie wieczna. Dziedzic zły, ciągle się odgraża, że wszystkich porozpędza, nowych ludzi przyjmie, nowe porządki zaprowadzi, to ma się rozumieć i ją oddali. Biedna kobieta, ale cóż robić, jak komu do głowy złe przystąpi, bo juści nie co innego tylko złe. Teraz, kochanie, co zrobimy? — Co zrobimy! Albo ja wiem.. Pójdę na wieś, furmankę zamówię. — I wyprowadzimy się. — Łaski prosić nie będę. Wyprowadzimy się do miasteczka. — Koszt duży. — To jeszcze lepiej, jagodo, im większy koszt, tem lepiej. — Jakto! — Nie znasz ty się na rzeczy. Ja mu sprawę wytoczę, zapozwę go o stracone korzyści, o wszystko. Popamięta mnie on dobrze.

III.

Upłynęło dwa tygodnie od rozstania się z Kulbackim, pan Bolesław zawzięcie gospodarował, wstawał wcześnie, kładł się późno, pilnował roboty, wglądał w każdy szczegół i rzeczywiście zaprowadził ład lepszy... kupił kilka koni, kilka krów, kazał połatać dachy na budynkach. Sprowadzeni z miasteczka majstrowie wyporządzali dwór, przestawiano piece, naprawiano podłogi, w gościnnych pokojach dano nowe obicia, pobielono wszędzie sufity, szyby łatane zastąpione zastały nowemi. Mordka miał z tego powodu dość ambarasu, musiał jeździć, sprowadzać rzemieślników, starać się o pieniądze, bo w gospodarstwie, jak wiadomo, czasem jest grosz, czasem go nie ma; częściej nie ma, niż jest, a gdy potrzebny na czas i w trochę większej ilości, to go nigdy nie ma. Mordka był od takich słabości doktór, specyalista, a gdy się zdarzyło, że zaszła jakaś komplikacya, powikłanie, to nie poprzestawał na swem własnem zdaniu, lecz zwoływał konsyljum. Zapraszał swego brata, szwagra, wujaszka, zięcia, niekiedy dalszych krewnych i powinowatych; mężowie ci, wysilali swoją inteligencyę i wiedzę aż dotąd, dopóki nie wynaleźli lekarstwa. Wśród tych czynności i kłopotów zajmowało Mordkę pytanie: — na co ten cały kram? Tyle lat było dobrze przy dziurawych dachach, dychawicznych koniach i zaniedbanym domu; dziedzic coś miał, Kulbacki trochę miał i Mordka cokolwiek miał. Nagle zachciało się nowości i zmian. Czy dziedzic będzie z tego co miał — to pytanie; nie przyda się reforma na nic, gdyż został oddalony; jeden Mordka może liczyć na jaki drobny zysk, ale też on fatyguje się i dostarcza wszystko, co do zaprowadzenia zmian jest potrzebne. Jako człowiek domyślny z natury, nie dzisiejszy i doświadczony, Mordka miarkuje, że bez kobiety ten interes nie jest. Dziedzic jeszcze człowiek stosunkowo dość młody, może się ożenić i prawdopodobnie ma ten zamiar. Z kim? Mordka i tego się domyśla, przecież dziedzic dnia po przyjeździe do domu zapytywał się o państwa z Osin, przecież przed kilkoma dniami jeździł tam.. I jak jeździł! Nowymi końmi, odświeżoną bryczką, a jak był ubrany! Mordka niby nie uważał, ale widział doskonale, jaki to był surdut, z jak drogiego materyału, jaki krawat, rękawiczki, kapelusz! Takie paradne stroje może nosić tylko człowiek, który ma zamiar starać się o pannę. Co prawda panna z Osin, warta, żeby się o nią starać, żeby nawet w tym celu ponieść pewne koszta na garderobę, kapelusz i rękawiczki, gdyż w razie pomyślnego skutku, zwróciłby się wydatek z sowitym procentem. Osiny ładny majątek, długi na nim nie ciążą, a gotówka podobno jest. Nawet na pewno jest, bo żydkowie o tem mówią, a skoro oni mówią, to nie bez zasady. Chcąc się upewnić, że przypuszczenie jego jest trafne, Mordka delikatnie indagował pana Bolesława, ale ten odpowiadał niechętnie i nieszczerze, właśnie tak, jak potrzeba, aby Mordka mógł powiedzieć sobie w duchu, że ma słuszność i że się wcale nie myli. — Pan dziedzic jedzie? pytał, gdy pan Bolesław miał siadać na bryczkę. — Jak widzisz. — Do Osin? — Może. — Pan dziedzic prędko powróci? Zapewne koło północka? — Nie wiem. — Życzę panu dziedzicowi szczęśliwej drogi. Na wyraz «szczęśliwej» Mordka położył szczególny nacisk i spoglądał na pana Bolesława z uśmiechem. Nie wywarło to jednak pożądanego wrażenia, dziedzic kiwnął tylko głową i rzekł obojętnie. — Dziękuję. Wrócił do domu po północy. Nazajutrz humor miał trochę lepszy, ale robotników bardzo przynaglał, szczególniej tych, którzy pracowali przy odnawianiu dworu, obiecał im nawet poczęstunek, byle prędzej skończyli. Mordka przywiózł z poczty dwa listy i z nich dowiedział się pan Bolesław, że ciotka zgadza się na propozycyę objęcia zarządu domu, oraz że kochany Oleś ma obiecany urlop i przyjedzie do Rudawki w celu orzeźwienia się czystem powietrzem wiejskiem i spędzenia kilku tygodni w towarzystwie zacnego i zawsze kochanego przyjaciela. Przyjaciel odpisał krótko i zwięźle, ciotka, jako kobieta i życzliwa krewna, dłużej i serdeczniej. «Jakże się cieszę, kochany Bolciu, pisała ta matrona, że nareszcie głupstwa wywietrzały ci z głowy, że duch lepszy wstąpił w ciebie. Oby to tylko było trwałe, bo wybacz mi, drogi siostrzeńcze, ale w siłę twoich postanowień nie bardzo wierzę. Wypraktykowana to rzecz, że czem skorupka nasiąknie za młodu, tem trąci na starość, że każdy mężczyzna, choćby się nawet z wierzchu ozłocił, osrebrzył i obrylantował, zawsze w gruncie rzeczy jest łotrem. Nie bierz tego do serca, gdyż za prawdę obrażać się nie trzeba nigdy i na nikogo, a tym bardziej na ciotkę, która ci życzy, abyś raz nareszcie utemperował się, i do rozumu przyszedł. — Przyjedź po mnie i przyślij, jeżeli nie możesz trzech to przynajmniej dwa wozy drabiniaste, ale duże gdyż wybierając się do ciebie na czas dłuższy, muszę zabrać z sobą trochę niezbędnych drobiazgów. Nie wiele tego będzie i jako kobieta niemłoda, jako wdowa nie mająca już żadnych pretensyj do świata, nie wiele potrzebuję. Ciemna suknia na codzień, czarna od wielkiego dzwonu, parę czepeczków, siakie takie trzewiczyny, książka do nabożeństwa, parasolka, rękawiczki — oto cała moja wyprawa! Juściż zgodzisz się na to, że nie mogę chodzić jak czupiradło choćby z tego względu, że jestem twoją ciotką, co jak mniemam uwzględnić i uszanować. Oczekuję twego przybycia mniej więcej za tydzień, albowiem tyle czasu potrzebować będę, na uporządkowanie i upakowanie różnych drobiazgów. Całuję cię serdecznie, kochająca cię ciotka

«P. S. Pamiętaj jednak, żebym nie zastała w domu nic podejrzanego, gdyż jedno z dwojga, albo bym umarła, albo wyjechała natychmiast, powiedziawszy ci przedtem słowa prawdy». Przeczytawszy ten list, pan Bolesław zaczął szybkiemi krokami chodzić po pokoju, nareszcie, jakby powziąwszy nagłe postanowienie, zadzwonił. Weszła Agata i zwróciła na niego swe duże, jakby porcelanowe oczy z niemem pytaniem. — Słuchaj-no Agato, rzekł, chciałem się z tobą stanowczo rozmówić. — Jeżeli według obiadu, to może być zaraz. — Nie, o co innego idzie. — Może według godziny. — Ależ nie... przerwał niecierpliwie, daj że mi przyjść do słowa. — Ja przecież. — Znowuż! Otóż przyjedzie za tydzień moja ciotka i obejmie zarząd domu. — A to niech przyjedzie. Cóż mi pańska ciotka przeszkadza? ona sobie pani w pokojach, a ja sługa w kuchni i na folwarku. — Tak widzisz nie może być. — A dla czego? Pani nie będzie gotowała, nie pójdzie do obory, ani do chlewa, od tego są sługi. — Proszę cię nie przerywaj, właśnie chciałem ci powiedzieć, że musimy się rozstać, zrozumiałaś? — Nie, nie mogę zmiarkować, co pan odemnie żąda. — Przynieś swoją książkę; obliczę ile ci się należy do końca roku, zapłacę, a jutro dam ci furmankę i jedź sobie dokąd chcesz. — Niby kto? — Ty. — Ja? — Przecież mówię wyraźnie. Agata mięła w ręku rąbek fartucha, oczy jej zaszły łzami, głos drżał. — To widać ekonomka prawdę mówiła, a ja jej rzekłam wtedy, że... łże. — Co za związek ma gadanie ekonomki z tem co ja ci mówię. — Powiedziała, że pan jest teraz odmienny, że w pana wstąpiło złe, że pana opętało i to wszystko jam sama teraz widzę; święta prawda. Kulbackiego pan wyrzucił sprawiedliwie, dawno mówiłam i nieraz , że kradnie dobro, że pijak jest i próżniak, ale co ja panu złego zrobiłam? Niech pan powie tak uczciwie, po sprawiedliwości, co? Czy nie pilnowałam pańskiego, czy nie , jak o swoje własne, czy nie strzegłam domu, jak pies. Niech pan powie? — Nic ci nie zarzucam. — No to dla czego mnie pan odprawia? — Bo widzisz, jesteś dla mnie za młoda. — O la Boga! dziesięć lat temu nie byłam zamłoda, a teraz nagle odmłodniałam! Słonko zwaryowało, zamiast iść ze wschodu na zachód, to idzie od zachodu na wschód, woda w rzece zgłupiała i nie leci w dół bez stawidła, na koła młyńskie, jeno ucieka do góry, krowy idą ogonami naprzód, a tyłami po bokach się bija i od much oganiają. Młoda ja dla pana, za młoda, po dziesięciu latach! Żeby mnie pan jeszcze jaki czas nie odprawiał, tobym może zmalała całkiem i do kołyski wróciła. — Ty tego nie rozumiesz. — Dyć nie rozumiem, bo i nikt nie zrozumie takiej mowy. — Człowiek z każdym rokiem jest starszy, ale nie młodszy. — Widzisz ja nie chcę, żeby była obmowa, ludzie mogą pleść różne rzeczy. — Teraz, dziś, tak nagle? Co mieli pleść, to już wypletli, już i zapomnieli, a zresztą cóż to, nie wolno panu mieć sługi, sam pan sobie ma jadło gotować, stanąć do balii, albo do żelazka do prasowania? Co mają pleść, a choćby pletli, to niech im języki popuchną i tyle! — Ja z tobą nie mogę dojść do ładu — a jednak tak jak powiedziałem być musi... Zapłacę ci zasługi do końca roku, oprócz tego, żeś była życzliwa i wierna dam ci wynagrodzenie oddzielne, ale tu dłużej być nie możesz i trzeba koniecznie, żebyś wyjechała, jeżeli nie jutro to w tym tygodniu koniecznie. Tak musi być. — Musi? — Tak. Agata zwróciła się ku drzwiom. — Zaczekajże — weź pieniądze. — Nie wezmę. — Dla czegoż to? — Bo nie. Rzekłszy to wyszła. Pan Bolesław chodził długo po pokoju, potem kazał podać obiad. Usługiwała Katarzyna. Po obiedzie poszedł w pole, zkąd wrócił dopiero wieczorem. Na dziedzińcu spotkał Mordkę. — Co chcesz? zapytał z gniewem. — Nic nie chcę, tylko mi trochę jest dziwno. — Z jakiego powodu? — Wracałem z miasta, na drodze spotkałem Agatę. — Cóż nadzwyczajnego? — Nic... ma pan dziedzic racyę, to była zwyczajna Agata, tylko na plecach miała wielki tłomok i to mnie zadziwiło. Dla czego ona niesie tłomok, dokąd ona go niesie i co w tym tłomoku jest? — Cóż cię to obchodzi? — Nic, tylko lubię wiedzieć. Ja zapytałem... i dostałem odpowiedź. — No? — Powiedziała mi, żebym sobie poszedł do wszystkich dyabłów. Bardzo teraz ten prosty naród ordynarny jest, nie ma w sobie delikatności, bez żadnej przyczyny zaraz wyjeżdża z gębą. — Ciekawym jednak, dokąd ona mogła pójść? — Ja miarkuję, ona ma krewnych w Walentówce, pewnie tam poszła. Pan jej chyba pozwolił. — ją. — Pan dziedzic odprawił, to co innego... Ona była dobra sługa, życzliwa... no, ale co mnie do tego, wola pańska. — Masz racyę. Jakże teraz krowy — więcej dają mleka? Lepiej są dozorowane i żywione niż za Kulbackiego. — Pewnie, że lepiej, tylko proszę pana dziedzica, żadne bydlę nie ma tyle fanaberyi, co krowa. Czy jej dać lepiej jeść, czy gorzej, ona zawsze tak kombinuje z mlekiem, żeby pachciarz był stratny. — A więc porzuć pacht — któż cię przymusza. — Ja jeszcze trochę poczekam, może się odmieni, może lepszy czas przyjdzie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…