(R. 1863.)
'
(R. 1863.)
Prolog Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI
(R. 1863.)
'
(R. 1863.)
W pewien wieczór zimowy, długi i samotny, rzekła do mnie dawna, bliska znajoma moja. Dobrze; życzenie twoje spełnię. Opowiadać ci będę o tych dziejach dawnych, widzianych, słyszanych, odczutych, przeżytych, na dnie pamięci i na dnie serca wiecznie żyjących. Strumień czasu po nich płynął i pod wartkiemi jego falami bladły niekiedy ich obrazy, lecz nie znikały nigdy; dziś powstają tętniące pulsem chwili, która je zrodziła, rozlegające się krzykami tragedji, pomalowane barwami poezji tak głębokiej, jak głęboką była ta otchłań ofiar i mąk... Dobrze; ja tobie w ciszy i zamknięciu ścian samotnych opowiadać będę dzieje te i pokazywać postacie, które je stworzyły, a ty szeroko rozemknij ściany i dzieje powtórz, a postacie pokaż szerokiemu światu. Chwila sposobna nadeszła. Chwila potrzeby nadeszła. Niech serca ostygające dla ojczyzny przybliżą się do tego żużla, który niegdyś spadł był na jej drogę — niech odetchną wonią jego, piekącą i gorzką. To woń samego miąższu drzewa, spalonego na ofiarnym stosie. Kto ją w płuca swe wciąga, tego oczy napełnią się łzami i serce uderzy mocno, a w tych łzach i w tem uderzeniu wskrześnie Miłość. Nie dla potęgi żelaza i złota Miłość, ani dla rozkoszy pychy, ani dla trjumfalnego wołania na świat cały: Ja! Ja! Ja! gdy drudzy grzęzną w pogardzie i nieszczęściu. Inna Miłość. Ta, której zakochane oczy obejmują ziemię ojczystą, jak nad wszystko w świecie rdzeńsze, milsze oblicze matki; której przywiązane oczy wpatrują się w naród ojczysty, jak w nad wszystkie inne bliższe, milsze grono rodzonych braci; której wierne oczy towarzyszą braciom na drogach cnót, nad któremi rozpalają pochodnie radości; której uwielbiające oczy wznoszą się ku dwom wielkim gwiazdom, noszącym imiona Sprawiedliwość i Wolność; której mądre oczy dostrzegają, że bez światła tych dwóch gwiazd ciemna musi być ziemia i nieszczęśliwemi muszą być jej narody. Opowiadać ci będę o ludziach, którzy mieli w sobie miłość z takiemi oczyma i dlatego byli miąższem swojego ojczystego drzewa. Dlatego również zgorzeli na ofiarnym stosie. Opowiadać ci o tem będę w ciszy i zamknięciu ścian samotnych, a ty szeroko rozemknij ściany i do tych, którzy zaprzeczają istnieniu w narodzie swym miłości ku wielkim gwiazdom, krzyknij, że kłamią! I pokaż im tych, którzy z miłości dla wielkich gwiazd ginęli wtedy, gdy na przestrzeni rozległej, ogromnej, nikt jeszcze samych imion ich z miłością wymawiać nie umiał lub nie chciał. Oni miłość tę wzięli razem ze krwią poprzedników swoich i razem ze swoją krwią przeleli ją w swych następców. Więc byli i są w narodzie naszym czciciele gwiazd. Wówczas, pełnym ich był nasz kraj, ja z pomiędzy nich garść jedną tylko znałam. O niej tobie opowiadać i ją pokazywać będę. Lecz nie z porządku, nie z kolei, nie według dostojeństw nie według dat. Co powiew chwili do pamięci przyniesie, co wyobraźnia najwyraźniej wymaluje, co wyszepcze do ucha ten głos tajemniczy który skądciś, z niepojętych głębin czy wyżyn, myśli i słowa nam dyktuje...
I.
Dwór to był stary, ze starym dużym, niskim, białym domem ze starym, wielkim cienistym ogrodem, z dziedzińcem rozległym, drzewami, krzewami, kwiatami. Dwór to był poleski, więc dookoła i zbliska, otaczały go stare, głębokie i wysokie lasy. Od tego dworu niedaleko blękitniał na zielonych łąkach pas wody, niegdyś tu dla celów handlowych wykopany, i nie wiele dni minęło, odkąd partja powstańcza pod wodzą Romualda Traugutta przebyła ten kanał Królewski i pogrążył się w głębokości tych starych, wysokich lasów. W pochodzie swym, dla wytchnienia i posiłku zatrzymała się była w tym dworze, a wkrótce potem, o sinym brzasku jednego z pierwszych dni czerwcowych, mieszkańcy dworu zbudzeni zostali nadpływającym ku domowi szumem głosów ludzkich, z tętentu kopyt końskich, z turkotu wozów złożonym. Wojsko nadchodziło. Miało zapewne w ślad za partją pogrążyć się w głębie ciemnego lasu, lecz przedtem jeszcze zatrzymać się w tem miejscu, które tamtej posiłku i odpoczynku udzieliło. Nie wszyscy jednak we dworze spali, bo zanim czarny w brzasku porannym sznur ludzi i koni ku bramie dziedzińca się zbliżył, dwaj młodzi mężczyźni z domu wybiegli i bardzo śpiesznie skierowali się ku miejscu, gdzie u sztachet otaczających dziedziniec stał osiodłany koń. Biegnąc, zamieniali się krótkiemi słowy. — Czy wielu ich jest? — Niewielu! Rota piechoty, secina lub dwie kozaków. — Widziałeś dobrze? — Oho! Z tego dachu i przez lunetę możnaby prawie ich przeliczyć... Były to więc czaty, z lunetą na najwyższym z dachów dworu czuwające. Sprawiał je młodzieniec dwudziestokilkoletni, niewysoki, lecz silnie i zgrabnie zbudowany, w ruchach i mowie niezwykle żywy. Drugi równie młody, ale wątlejszy i powolniejszy, był właścicielem tego dworu. Obaj nie znajdowali się tam w ciemnych głębiach lasu, dlatego, że obecność ich tu właśnie była potrzebną. U samego już osiodłanego konia dopadła ich młoda dziewczyna, zaledwie w bielizny poranne ubrana, z rozrzuconą na plecach gęstwiną długich włosów. — Olesiu, krzyknęła, tylko ostrożnym bądź! Proszę cię... W ręce im nie wpadnij! Chłopak z nogą w strzemieniu zaśmiał się świeżo, młodzieńczo. — Cha, cha, cha! Czy myślisz, że jak zając jednem okiem na koniu spać będę? Dziewczyna zaśmiała się także. — Zmiłuj się, otwieraj dobrze oczy i uszy! W śmiechu jej i głosie drżały łzy. Z konia już podał jej rękę. — Bądź zdrowa! Nie lękaj się! Przeniesie mię mój Piorun choćby przez piekielne drogi. Właściciel domu mówił śpiesznie. — Najgorsze to że lasu dobrze nie znasz. Gdy wyjedziesz z obozu, o pół wiorsty dwie drogi będą... — Wiem, wiem! już mówiłeś... jedna na prawo, druga na lewo... — Pamiętaj wziąć się na lewo... gęstwina tam zaraz będzie i za nią moczar, który okrążysz... pamiętaj, drogą na lewo... Tą, co na prawo... — Oni iść będą... — Niewątpliwie!... — Bylebym się nie spóźnił... — Oho! zabawią tu... Wszakże rewizja... — A prawda! — To potrwa długo! Wypuścił konia bocznemi wrotami dziedzińca, na drogę przez drzewa przysłoniętą i bliskim kresem dotykającą lasu, a brat i siostra śpiesznie zwrócili się ku domowi, którego drzwi, na ganek obszerny wychodzące, cicho i szczelnie za nimi się zamknęły. W tej samej chwili, czoło nadchodzącej kolumny wojskowej dotykało już szerokiej bramy dziedzińca i nad otaczającemi go sztachetami, wzniosły się w sinych błękitach świtania, czarne ostrza kozackich pik. Po niewielu minutach dziedziniec napełnił się tłumem ludzi, koni i wozów. Z wozów, z karabinami na ramionach, zsiadali żołnierze, gdy wśród szumu krzyków i poruszeń ludzkich, donośnie rozlegały się rozkazy dowódców i przed każdym oknem, oraz przed każdemi drzwiami domu, stawał na koniu w wysoką pikę uzbrojony kozak. Otworzyło się jedno, drugie, trzecie okno domu, wyjrzały przez nie i wnet ukryły się głowy kobiece i męskie. Rozwarły się ciężkie, staroświeckie drzwi, na ganek z czterema grubemi słupami wychodzące i na czele kilkunastu żołnierzy uzbrojonych, w obszernej sieni przez młodego gospodarza spotkani, weszli do domu dwaj oficerowie. Rewizja. Szukali broni, kul, prochu, ludzi ukrytych, papierów zabronionych, odzieży podejrzanej, wszelkich śladów i dowodów współdziałania i współczucia z tymi, za którymi niebawem udać się mieli w tajemnicze i nienawistne im głębokości leśne. O współdziałaniu i współczuciu wątpić nie mogąc szukali śladów ich i dowodów, może też dla siebie samych jakichś wskazań i świateł, a nie znajdując, coraz głębiej, coraz popędliwiej rozkopywali, rozkruszali, rozorywali dom. Z ust oficerów wypadały zwracane do żołnierzy rozkazy: — Oderwać podłogę! Rozbić zamek! Rozporywać pokrycie sprzętów! Wysypywać ziemię z wazonów! Przebić ścianę, która przy uderzeniu wydaje dźwięk głuchy! Wysadzić drzwi, od których klucz kędyś zaginął! Stukały młoty, rozlegały się i w coraz większą wrzawę wzrastały grube głosy, z pod ciężkich butów, z pod odrywanych posadzek, z rozdzieranych ostrzem pałaszy materyi, wzbijały się pod nizkie sufity pokojów krztuszące i żółte kurzawy, obrazy ze ścian padały na szczątki sprzętów, ktoś kolbą strzelby uderzył w zwierciadło, które z trzaskiem błyszczące okruchy po ruinach rozsypywało, ktoś inny z grubym śmiechem rozbijał dach fortepjanowy aż roztrzaskiwał się na drzazgi i klawiatura wydawała pod ciosami przeraźliwe krzyki i zgrzyty, u okien, waliły się na oderwane części posadzek, wysokie oleandry, begonje, kalje, pozbawione ziemi, w której wzrastały. Wszystko to sprawiali żołnierze zrazu w milczeniu i tylko rozkazom dwóch oficerów posłuszni, z coraz głośniejszemi wybuchami głosów rozjątrzonych, albo drwiących, z coraz zamaszystemi rozmachami ramion, ubranych w grube i grubemi błyskotkami połyskujące rękawy mundurów. Oprócz tych, którzy za przywódcami swemi tu weszli, wsuwać się zaczęli inni, zrazu wahający się i cisi, potem coraz głośniejsi i śmielsi. Tu i owdzie, w pewnem oddaleniu od oficerów, wybuchać poczęły grube śmiechy; te i owe usta przeżuwały przysmaki we wnętrzach sprzętów znajdowane, gdy głodne oczy z połyskami chciwości biegały po kątach i sprzętach pokojów upatrując pożądanych łupów. W powietrzu czuć było rozpoczynającą się swawolę żołdactwa. Nie poskramiali jej, nie zdawali się jej spostrzegać dwaj oficerowie. Byli to ludzie zupełnie do siebie niepodobni. Setnik kozacki, z wysmukłą postacią urodziwego młodzieńca, ze smagłą cerą i kruczemi włosami południowca, ruchy miał spokojne i usta najczęściej milczące, niekiedy tylko pod czarnym wąsem uśmiechnięte ironicznie, lub od znudzenia skrzywione. Ogniste oko jego odrywało się często od rozglądanych miejsc i przedmiotów, a biegło tam, kędy przesunęła się suknia kobieca, szczególniej tam, gdzie u boku siwej kobiety w czarnej sukni, ukazywała się piękna, biała dziewczyna, ze łzami nieruchomo stojącemi w błękitnych oczach. Starszy rangą i wiekiem dowódzca roty pieszej, już może czterdziestoletni, dość wysoki, ale pleczysty i ciężki, o grubych członkach ciała i , choć dość kształtnej twarzy, blondyn, z czołem bielszem od policzków ogorzałych i rumianych, objawiał w poruszeniach, mowie, w wydawanych rozkazach popędliwość tak gniewną i gorliwość tak głośną, ruchliwą, zawziętą, że zdawały się go one wprawiać w chwilowe obłędy. Były chwile, w których własnemi rękoma wyrywał ze sprzętów zamki, rękojeścią szabli ostukiwał podłogi i ściany, biegał, miotał się, krzyczał, wydając coraz nowe i coraz surowsze rozkazy, a siwe źrenice jego, pod rudawemi brwiami, nabierały obłędnych niepokojów i połysków. Często też, niespokojne te oczy z wyrazem niemych zapytań, zatapiały się w obojętnej i niekiedy tylko ironicznej lub znudzonej twarzy młodszego towarzysza. Zdawały się one wtedy do twarzy tej wołać: Czy widzisz? Czy spostrzegasz? Patrz! czynię wszystko, czego potrzeba, więcej, niż potrzeba, więcej, niż ty czynisz... ja wierny służbie, gorliwy! Na dziedzińcu rozległ się, a raczej wśród gwaru obozującego wojska jak grzmot potoczył się ogromny wybuch krzyków i śmiechów. Młody gospodarz domu w okno spojrzał i zwrócił się do oficerów. — Panowie — rzekł — żołnierze kufy z wódką z gorzelnianego składu wytaczają... — ż? — z pogardliwem na mówiącego spojrzeniem, ostro zapytał kozacki setnik. Młodzieniec odpowiedział. — Upiją się, a ludzie pijani palą i zabijają... Zastanawiali się chwilę w milczeniu, poczem z ust kozaka, z przeciągłem syknięciem wypadło słowo: — st'! Ale tym razem, na twarzy popędliwego i krzykliwego kapitana ukazał się wyraz wahania i niepewności. Do ucha prawie rzucił towarzyszowi pytanie: — Jak myślicie?... Zabronić? Może być o... tam... Palcem poruszył ku stronie, w której za oknami widniał las. Kozak z uśmiechem na czerwonych ustach odrzucił: — t'i-t! t! Za lasem słońce już wschodzić musiało, bo nad różaną wstęgą jutrzenki, wystrzeliło na pogodne niebo kilka smug złotego światła. Rewizja domu była skończona; pozostawał ogród rozległy; cienisty, w którym więcej jeszcze, niż w ścianach domu, rzeczy i ludzi ukrywać się mogło. Oficerowie ze znaczną liczbą żołnierzy obu broni udali się do ogrodu; w pokojach domu zapanowała swawola. Z krzykami i śmiechami żołnierze wypróżniali wnętrze sprzętów i naczyń, zawartość ich ukrywając w odzieży lub wyrzucając przez okna z trzaskiem otwierane, na otaczające dom trawy i kwiaty. Teraz prawie wszystkie te grube usta coś jadły, albo piły i wszystkie ramiona były czynne, rozmachane, wzajem ze sobą mocujące się, wyprężone, albo chwytne. W tupocie stóp ciężkich rozlegały się trzaski i brzęki rzeczy łamanych, rozbijanych, z pomiędzy śmiechów i swawolnych krzyków wybuchały niecne słowa karczemnych przekleństw i łajań. Trwało to dość długo; poczem wnętrze domu opustoszało, a wzamian na dziedzińcu wrzał coraz wrzaskliwszy i swobodniejszy gwar. Czuć było, że w mrowiącym się tam tłumie ludzi więzy, zazwyczaj go opasujące, rozluźniać się i pękać poczynają, że siły jakieś wewnętrzne, nieposkromione, gaszą w nim pierwiastek człowieczy, a ze sfory spuszczają zwierzęcy. Sił tych dwie było: palący wnętrza klatek piersiowych trunek i budzący rozjątrzenie widok bliskiego lasu. Gdybyż to było pole otwarte, jasne, pospolite, wszystkim widzialne i znane! Ale ta ściana tajemnicza, ta zagadka, te nieznane drogi wśród śmierci niewidzialnie zaczajonej w mrocznym cieniu... w gęstwinach, dla wzroku nieprzebitych... Łaskotało to piersi i rozogniało mózgi, zadymione oparami wódki... Słońce weszło z za lasu i stanęło nad nim tarczą wypogodzoną, złotą. Część dziedzińca zajmował natłok koni osiodłanych i zaprzężonych do wozów. Gdzieindziej pod staremi lipami i topolami, broń w kozły złożona tworzyła wały, żelaznemi ostrzami najeżone. Promienie słońca wesoło igrały na powierzchni bagnetów i figlarnie mrugały w oczach karabinowych luf. Na trawnikach i na zdobiących je klombach kwiatowych blask słońca wybielał do śnieżystej białości koszule żołnierzy, którzy, z mundurów , mniejszemi lub większemi tłumikami leżeli dokoła kotłów z warzącą się strawą i dokoła kuf wysokich, napełnionych wódką. Kotły wybuchały gęstemi kłębami pary, a kufy z wonią, która gasiła w powietrzu jaśminowe i rezedowe zapachy. U stóp rozkwitłych krzaków jaśminowych i różanych tęczowemi blaskami iskrzyły się szczątki porozbijanych szkieł i kryształów. Mnóstwo rąk ciemnych niosło ku ustom pełne trunku naczynia, aby je potem rzucać na podeptane trawy i kwiaty, gdzie, subtelne i wyrzeźbione, rozsypywały się rojami brylantowych iskier. Jeziorem wyiskrzonem, zbałwanionem, pełnem groźnych pomruków, nad któremi wzbijały się swawolne pogwizdy i pokrzyki, zdawał się być ten dziedziniec, szeroko rozłożony przed domem niskim, długim, białym, ze wszystkiemi drzwiami i oknami szeroko rozwartemi i ukazującemi wnętrze zburzone, pełne żółtej kurzawy i nierozpoznawalnych form rzeczy zrujnowanych i zbitych. Na ganku zaś... O jeden ze słupów ganku oparty plecami stał młody gospodarz domu pośród żołnierzy, którzy trzymali w rękach strzelby, z osadzonemi na nich bagnetami. Na warcie tu postawieni, otoczyli tego, ku któremu pchały ich ciemne instynkty, przez moment niebezpieczeństwa obudzone i wzbudzone. Wypity trunek zaczerwieniał ich policzki i rozżarzał źrenice pod groźnie marszczącemi się czołami. Z ust padały słowa groźb, przekleństw, natrząsań się, łajań, coraz głośniejsze, grubsze; i wśród coraz rozmachów ramion, coraz szybciej poruszały się w rękach bagnety. Wysmukły młodzieniec stał wśród tej groźnej wrzawy nieruchomy, z bezbronnemi ramionami skrzyżowanemi na wątłej piersi, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Trochę płowych włosów spadło mu na pobladłe czoło i kropla krwi wystąpiła na cienką wargę, wśród męki przygryzioną. Na mękę tę składały się uczucia rozmaite. Oczy gorzały mu z pod spuszczonych powiek gniewem tem krwawszym, że niemym, bo do milczenia zmuszonym przez własną niemoc i bezbronność. Wzamian, dwie wciąż ku niemu przeciskające się i wciąż przez żołnierzy odpychane kobiety były całe trwogą, tą trwogą szaloną, która oczy rozszerza, wszystką krew rzuca do serca, nogi wprawia w drżenie. Gdy coraz zwężało się i zaciemniało otaczające młodzieńca koło żołnierzy i bagnetów, siwa kobieta w czarnej sukni z wysiłkiem nadludzkim przedarła się ku synowi i, odpychana, ramionami objąć go nie mogąc, roztaczała je za nim, jak drżące skrzydła, które to opadały, grubijańskim pchnięciem w dół strącane, to podnosiły się znowu, gdy usta targane konwulsją postrachu wyszeptywały jedno tylko, wciąż jedno słowo. — Zmiłujcie się! Zmiłujcie się! Zmiłujcie się! Nagle, przeraźliwym głosem krzyknęła. — Zabijają! Bo kilka naraz bagnetów już ostrzami oparło się o pierś i skrzyżowane ramiona młodzieńca. Lecz w tejże chwili, piękna dziewczyna, w , porannej odzieży, wysoka i silna, przedarła się przez las uzbrojonych ramion i obu rękoma chwytając mordercze bronie, usiłowała od piersi brata je usuwać. Nie zdołałaby tego dokonać, lecz rozsypały się jej od głowy do kolan, niedbale przedtem zwinięte włosy złote, i z szerokich rękawów odzieży wychyliły się przedramiona, jak alabaster białe. Kilka grubych głosów śmiać się i wołać zaczęło. — h,a!a!t'a!i! Dostanie się i tobie!ś,u! Wtedy stało się coś nadzwyczajnego. Siwa kobieta w czarnej sukni jak ptak zleciała z ganku i leciała przez dziedziniec ku ogrodowi, z rozpostartemi ramionami, z twarzą jak chusta białą, z jednostajnem wciąż, ustawicznem, coraz głośniejszem wołaniem. — Gdzie kapitan? Gdzie kapitan! Przed tem krzyczącem widmem rozstępowały się lub uchylały z drogi gromady pijanych ludzi, aż u wejścia do ogrodu przed dwoma nadchodzącymi oficerami stanęło i ze splecionemi u piersi rękoma powtarzać zaczęło po wiele razy, nieskończenie. — Panie kapitanie! Moje dzieci! Moje dzieci! Teraz i oni już zdala dostrzegli. Rozpalone od trunku i wzburzonych namiętności twarze żołnierzy, ostrza bagnetów ze wszech stron skierowane ku opartemu o słup ganku młodzieńcowi, piękna dziewczyna, cała w splątanych, złotych włosach, szarpiąca się w ramionach, rękawami mundura okrytych... Dwaj różni ludzie, dwa różne wrażenia. Po smagłej twarzy kozackiego setnika przeleciały błyskawice uśmiechów swawolnych i srogich, czerwone usta niedbale rzuciły do towarzysza słowa. — a! a! Ale dowódca roty pieszej słów tych nie słyszał. Szerokiemi ramionami jego wstrząsnęło drgnienie i krew falą gwałtowną rzuciła się mu do bielszego od policzków czoła. — h! i! ś! t! — wykrzyknął i z twarzą na której gniew walczył z przestrachem, kroku przyśpieszył. Przyśpieszał go ciągle, aż biedz zaczął, biegnąc wpadł na wschody gankowe i zaryczał. Bo ryczenie to było raczej niż krzyk, grzmot to był głosu przeciągły i wyrzucający z piersi grad wyrazów obelżywych i grożących. Jedną ręką pałasz z pochwy do połowy wysuwając, drugą ku dziedzińcowi wyprężał. — Precz! precz! precz! do wozów i koni! Gotować się do odjazdu! Minuta, dwie minuty i ganek opustoszał. Po twarzy kapitana ściekały strugi potu, ocierał je chustką, mrucząc jeszcze niezrozumiałe połajania i przekleństwa. Wzruszenie, którego doznał i wysiłek, którego dokonał, musiały być wielkiemi. — Siwa kobieta, kryjąca dotąd u czarnej swej sukni wzburzoną i rozpłakaną twarz córki, zbliżyła się teraz do człowieka, który uratował życie i cześć jej dzieci. Drżąca jeszcze i jak papier blada szepnęła. — Dziękuję. On oburkliwie zamruczał. — o! o! To moja powinność! Potem ruchem porywczym zwrócił się do młodego gospodarza domu i głosem szorstkim, ale nie podniesionym, nie gniewnym, mówić zaczął. — y! co wy narobili! Ot nieszczęście! Ale sami... sami... sami wy winni... y wy! ślepcy! obłąkańcy! Wstrzymał się, obejrzał za siebie i, ujrzawszy stojącego w pobliżu setnika kozaków, na niego i innych zawołał, aby żołnierze gotowali się do odjazdu, aby za minut dziesięć byli na wozach i na koniach, rozkazywał. Setnik, niższy rangą, podniósł rękę do czoła, salutował, lecz w celu spełnienia rozkazu nie odszedł, kobieta zaś w czarnej sukni, już nieco uspokojona, znowu do kapitana przemówiła. — Panie! Uratował pan dzieci moje... od rzeczy strasznych. Pragnę wiedzieć, komu wdzięczność jestem winna... jakie jest pana nazwisko? Rzecz dziwna! Słowa te, głosem łagodnym i od wzruszeń doznanych drżącym wymówione, jakby czemś twardem czy ostrem w kapitana ugodziły. Znowu pod suknem mundura zatrzęsły się jego szerokie ramiona i znowu fala krwi aż po brzegi płowych włosów zalała mu czoło. Z ponurym błyskiem oczu, szorstko i szybko odrzucił: — a? Co wam do tego? Setnik kozacki, zamiany słów tych słuchając, miał na ładnej, smagłej twarzy uśmiech zagadkowy i przez ogniste oczy jego, utkwione w twarzy kapitana, przemknął błysk zjadliwego szyderstwa. Potem, znowu przed starszym rangą towarzyszem stanął w wyprostowanej postawie, z ręką do czoła podniesioną. — Mam honor donieść, że żołnierze strawy jeszcze nie zjedli i że należy się im... — Na konie wsiadać! Do wymarszu! t' — krzyknął kapitan i setnik z ganku zawołał: — Na koń! Marsz! Kapitan na gospodarza domu, ani na dwie stojące przy nim kobiety nie spojrzał, czapki jednak, posępnie w ziemię patrząc, uchylił, ciężkim krokiem z ganku zszedł i na przygotowanego mu konia wsiadłszy, zwolna pomiędzy ruszający się tłum żołnierzy wjechał. W kilka minut potem, dziedziniec był już pusty. Jeszcze jakiś zapóźniony wóz szybko pod stajniami przejechał, jeszcze za sztachetami, za budynkami, przebiegły jedne, drugie straże kozackie, z posterunków zjeżdżające, jeszcze od oddalającego się i sznurem na drodze wyciągniętego wojska dochodził poszum głosów ludzkich, z turkotem wozów i tętentem nóg końskich zmieszany — ale dziedziniec pusty był i nie było w nim nic i nikogo, oprócz zdeptanych muraw, połamanych krzewów i kwiatów, błyszczących okruchów porozbijanych naczyń, kałuż rozlanego trunku i podnoszących się nad tem wszystkiem smrodliwych, ohydnych wyziewów. Piękna dziewczyna z roztarganemi włosami i nabrzmiałą od płaczu twarzą rzuciła się ku matce, ręką na las wskazując. — Mamciu! Oleś tam! I oni tam poszli! W ręce im wpadnie! zabiorą... może zabiją!...
II.
Aleksander Awicz miał lat 25, budowę ciała kształtną i silną, wyraziste rysy twarzy i wśród smagłej cery ciemnego blondyna piękne, szafirowe oczy. Przed rokiem wrócił ze stolicy państwa, gdzie ukończył jakieś nauki wyższe, do swej niedużej, lecz ładnie, pomiędzy las i jezioro rzuconej wsi rodzinnej, w której zamieszkał. W rodzinie i szerokiej okolicy nazywano go wesołym Olesiem. Słusznie go tak nazywano; bo i teraz nawet, gdy obóz powstańców opuścił, a w drodze, którą miał przed sobą, spotkać go mogły niebezpieczeństwa poważne, na twarzy jego, ocienionej daszkiem małej czapki, malowało się gorące, wezbrane mową obfitą i uśmiechem wesołym wybuchnąć gotowe życie. Rad był, że pomyślnie i w porę spełnił włożone na niego zadanie; rad był z tego, co widział i w obozie; z upału uczuć, który rozlał się po świecie i gorącym strumieniem wlewał się mu do piersi, z różnorodnych nadziei, które w tej piersi wygrywały radośne hejnały, z tej pięknej dziewczyny, która dziś o dnia brzasku żegnała go z trwogą serdeczną, ze swoich lat 25-ciu, z wielkiego koła tworów świeżych, wonnych, cichych, które go otaczało, gdy na swym ulubionym koniu wąską drożyną leśną jechał. Są natury ludzkie podobne do wód stojących, które wszystko, co je otacza, odbiją w postaciach sennych, mdłych, nudnych, martwych, i takie, w których, jak w wartkich potokach, świat rozłamuje się na tysiąc świetlistych, barwistych obrazów, na tysiąc ognisk, tryskających promieniami i tęczami. On miał naturę wartkiego potoku; świat tysiącem czarodziejskich widzeń odbijał się w jego silnej młodości i wrażliwem sercu, krzesząc w nich wesołość. Widzeń rozwiać i wesołości zgasić, życie czasu jeszcze nie miało. Las w to letnie przedpołudnie cichy był i chodziły po nim tylko szmery lekkich wiatrów. Drożyna w długich zakrętach biegła pomiędzy leszczynami, z pośród których ciekawie wyglądały białe i żółte oczy kwiatów. O giętkie pręty leszczyny i jej chłodne liście ocierały się boki konia, który czasem wesoło parskał. Nad leszczynami, daleko wzwyż i wgłąb wzbijały się iglaste i liściaste drzewa. Żywica pachniała, ptaki szczebiotały pośród drzew. Po głowie jeźdźca przewijał się różaniec , którego każdy paciorek miał inną barwę i z coraz innej strony trącał o serce. Dobrze tam dzieje się w obozie. Zuchy chłopcy! jak oni dzielnie te wielkie trudy i niewygody znoszą, jak nie żałują niczego, co porzucili, nie tracą zapału i odwagi! Tęgo też w ręku trzyma ich Naczelnik! Ciągłe musztry, ćwiczenia. I — karność! Przecież tam już dla kogoś nieposłusznego dół byli wykopali i rozstrzelanym miał zostać... tylko mu inni wyprosili życie. Co za człowiek! Jak stal hartowny, a czasem tkliwy jak kobieta. Za sprawne przywiezienie wieści, — dziękował mu dziś oczyma więcej, niż ustami i można było wtedy przez te oczy zobaczyć, że dusza jego stoi w ogniu męki... Cóż? nie dziw! Pułkownik wojsk regularnych, w rzemiośle wojennem uczony, wie zapewne, jak będzie trudno. Partyzantka... No, cóż robić? Tak krawiec kraje, jak materjał staje... Tu drożyna, którą jechał, w gąszcze zarośli wpadła i przepadła. Wstrzymał konia, rozejrzał się dokoła. Las, las i tylko las. A gdzież ten moczar, nad który miał , aby, okrążywszy go, znaleźć się na drodze, szerokim i trudnym objazdem prowadzącej ku dworowi. Czy tylko po opuszczeniu obozu nie wziął się był na prawo, zamiast na lewo? Głowę miał tak pełną tego, co w obozie widział i słyszał, że kto wie, czy nie omyłki kapitalnej? Trzeba zorjentować się, pomyśleć... Stanął na strzemionach, aby dalej wzrokiem sięgnąć. Jakieś tam w oddaleniu niedużem prześwietlenie pomiędzy drzewami, które rozstępują się przed jakąś smugą żółto-zieloną. Może to właśnie ta łąka błotnista... ten moczarek? Zwolna, wśród wysokich sosen, po sprężystych mchach jechał ku prześwietlonemu błękitem nieba punktowi lasu i rozwinął się w nim znowu różaniec myśli. Gorzka szkoda, że nie jest tam z nimi, w obozie i czasem nawet aż wstyd. Ale nie jego w tem wola. Takim był rozkaz. Trochę ludzi młodych i oddanych musiało zostać na swobodzie, aby partji służyć w inny sposób. Ale i na niego pora przyjdzie... Gdy partja przechodzić będzie w okolice inne, wtedy... Czy tylko przechodzić będzie? Czy dotrwa? Czy się nie rozproszy? Naturalnie, że prędzej lub później musi rozproszyć się, lecz zgromadzi się znowu gdzieindziej i wtedy... Ale co dziś będzie? co dziś się stanie? dziś... za godzinę... za dwie... Gdy wyjeżdżał z obozu wrzały tam przygotowania. Poleje się krew... padną trupy... czyje? Kto z przyjaciół, krewnych, towarzyszy jego, dożyje jutra? Jaki będzie wieczór dnia dzisiejszego, tego pięknego dnia? O Boże! Ty stwarzasz takie jak dzisiejszy dnie piękne, całe błękitne i złote, a ludzie rzucają na nie czerwone plamy! Smutek, jak ciężki kamień spadł mu na serce, w którem zakipiał niepokój o wynik bliskiej bitwy zrazu, a potem o daleki koniec tego wszystkiego... Młoda wiara w ostateczne zwycięstwo sprawy, silna wiara w powinność, którą, bądź co bądź, pełnioną być musi, jak kolumny złotych domów przez podmuch wiatru targnięte, zachwiały się w wątpienia, które ostrzem strasznie bolącem przeszyło serce. Życie nad gaszeniem wesołości młodzieńczej pracować zaczynało... Ale już przybył tam, dokąd pomimo zadumy ciągle kierował konia i stanął u brzegu niedużej łączki leśnej. Nie jest ona tem mokrzadłem, które spodziewał się tu znaleźć. Gdzie tam! Sucha i kwiecista, iskrzy się od tysięcy żółtych jaskrów, a brzegiem jej biegną białe szlaki poziomkowego kwiecia. Wybiega też z niej w głąb lasu parę drożyn wąskich i cienistych. Ze zniecierpliwieniem dłonią w czoło się uderzył. Głupstwo stało się kapitalne! źle pojechał! Odrazu pewno po opuszczeniu obozu zmylił drogę. Rozgniewany na samego siebie zastanawiał się, rozglądał po horyzoncie. Jedna z dwóch dróg, do lasu z łączki wbiegających, bardziej od drugiej zwracała się w kierunku dworu. Wybrał ją i pojechał znowu wąskim pasem zielonym, pośród gałęzi drzew, które co chwilę obijały się mu o pierś i głowę, smagając boki jego konia. Rozłożyste, pełne wielkiego liścia ramiona grabów, klonów, dębów, zarzucały mu przed wzrokiem zasłony nieprzeniknione, tak, że niekiedy o parę kroków przed sobą nic widzieć nie mógł. Z dołu drogi za to z pomiędzy traw, które ją porastały, z pomiędzy przedzierających się przez gałęzie smug słonecznych uśmiechały się ku niemu poziomki dojrzałe, bujne, lśniące wilgotnym połyskiem jak krople czerwonej rosy. Zapach bił od nich świeży, jak poranek, dziki jak ten las. Hej, hej, żeby tu była teraz jego Tosia, tożby zbierała te poziomki, tożby to była radość! Jak żywa, stanęła mu przed wyobraźnią, dziewczyna kochana, cała w śmiechu i słońcu chyląca się nad poziomkami, i znowu uśmiech promienny rozlał się mu po twarzy. Gdyby tak teraz, w morzu zieleni, w tej ciszy i w tej samotnej dziczyźnie znaleźć się z nią razem, we dwoje... bez tego niepokoju, który jak świder wkręca się w serce, bo... Co tam z nią dzieje się teraz, z nimi wszystkimi, z tym dworem, w którym dzieckiem, pacholęciem, młodzieńcem, przeżył tyle godzin szczęśliwych? Gdy odjeżdżał, tamci nadjeżdżali. Co uczynili? Czegóż uczynić nie mogli? W takich jak ten momentach złe sny stają się jawą, baśnie prawdą, niepodobieństwa — rzeczywistością. Co się tam dzieje teraz? Może płomienie... może kajdany... może trupy... Nie zdarzałoż się to gdzieindziej... niedaleko, niedawno? Pochylił nisko twarz i wpadł w otchłań zadumy dręczącej, jak zły sen... Piękny koń gniady stąpał pod nim zwolna, równo, cicho po miękkich trawach. Dłoń jeźdźca głaskała go niekiedy po lśniącym, zaokrąglonym grzbiecie, wtedy parskał wesoło, zgrabną głowę jakby w znak przyjacielskiego porozumienia podnosząc, to opuszczając, i znać było, że pomiędzy tym człowiekiem, a tem zwierzęciem panowała zażyła przyjaźń... Wtem, do słuchu jeźdźca przedarło się coś niewyraźnego, lecz wyraźnie obcego leśnym szmerom i odgłosom. Jakby turkot słaby, jakby głuchy w oddaleniu tętent. Wiatr ani drzewa tak nie szumią. Nie był to żaden z głosów lasu... Minuta, dwie i umilkło to, ustało. Ptaki wzamian, nie wiedzieć dlaczego, zaświergotały nad wąską drogą chórem prawie ogłuszającym, lecz niepodobna było zgadnąć, czy rozweselonym lub strwożonym. Zatrzymał konia i począł wsłuchiwać się w ciszę. Nic już w powietrzu nie było, oprócz lekkich szmerów wiatru po gęstwinach i tego szczebiotu ptactwa, który uciszać się poczynał. Może to oni, kędyś, niedaleko stąd przechodzą, przejeżdżają? Po raz pierwszy uderzyła mu do głowy myśl, że może się z nimi spotkać. Uderzenie to było zrazu podobnem do wrzątku, któryby człowieka od stóp do głowy oblał. Ale prędko ostygać zaczęło. Przypuszczenie nie zdawało się bardzo prawdopodobnem, bo las był ogromny i tamta droga musiała znajdować się stąd daleko. A jeżeli... Cóż? Gdzie drzewa rąbią, tam trzaski lecą! Na wojnie, jak na wojnie! Uczynił to, co do niego należało i jedno tylko głupstwo popełnił, drogę w lesie zmylił... Ale przecież i koń, mający cztery nogi, potyka się czasem; cóż więc on, który ma jedną tylko głowę i w dodatku aż gotującą się od różnych myśli i niepokojów! Jechał dalej i myślał, co w wypadku spotkania uczyni. No, przedewszystkiem poprosi pięknie Pioruna, ażeby go, jak na skrzydłach wiatru, odniósł jaknajdalej... jeżeli będzie można, a jeżeli nie będzie można, to... to powie... cóż powie? Na polowanie wyjechał... jakto? bez strzelby i nijakiej broni? Więc na przejażdżkę... niby tak sobie... spaceruje konno po lesie, dla przyjemności, czy, jak mówi stary wuj Klemens dla „mocjonu"... Uśmiechnął się na wspomnienie o poczciwym wuju, trochę też z pomysłu konnego dla przyjemności spacerowania po lesie, w tej erze dziejów lasu, ale zaraz ogarnęło go przykre uczucie niesmaku. Kłamać, zapierać się, wykrętów używać! Wstrętne! I najlepiej nie myśleć o tem, co się prawdopodobnie nie stanie. Koniec drożyny, którą jedzie, już widać. Dotyka, jak się zdaje, koniec ten jakiejś szerokiej drogi, której jednak dostrzedz niepodobna. I nic wcale, o parę kroków naprzód, wyraźnie dostrzedz niepodobna, z za tych zasłon gałęzistych, co chwilę nad drożyną opadających. Znowu odgłos jakiś, obcy odgłosom lasu. Jakby w pobliżu powolne stąpanie konia, a dalej, dalej, jakby poszum przyciszony, ale nie drzew i nie wiatru... Hej! źle z nami! Tam ludzie są! Ale jacy? Kto? No, cóż robić? Raz kozie śmierć! Piękny gniadosz szeroką piersią roztrącił, rozerwał gęsty uploć giętkich gałęzi grabowych, za niemi ukazała się droga szeroka i jeździec, wychylający się z wąskiej drożyny, oko w oko spotkał się z drugim jeźdzcem, który nadjechał drogą szeroką i szybkim, wprawnym ruchem, konia swego przodem ku niemu obrócił. Spotkanie to było tak nagłe i niespodziewane, że oba konie jak wryte stanęły i obaj jeźdzcy wzajem w sobie zatopili wzroki zmieszane, lecz niemniej przenikliwe i bystre. Człowiek pleczysty, na twarzy rumiany, w mundurze oficera rosyjskiego, bystro, podejrzliwie, posępnie patrzał z pod brwi zjerzonych, na młodzieńca, który w postawie wyprostowanej, siedząc na pięknym koniu, zatapiał w nim roziskrzone oczy. Dwa rozłożyste klony wznosiły nad ich głowami głęboką arkadę, z prześwietlonego przez słońce liścia. Milczenie trwało krótko: sekundy; poczem, basowy i oburkliwy głos oficera zapytał. — j? Z wielkim spokojem młody jeździec imię i nazwisko swoje wymówił. — a? Wymienił nazwę rodzinnej wsi swojej, niedalekiej stąd, w której przebywał stale.. Siwe oczy oficera roztropnem, badawczem spojrzeniem ogarniały go całego, od stóp do głowy. mógł mylić się; w zwykłem, codziennem ubraniu, bez broni, bez śladów zmęczenia w powierzchowności własnej i konia, na którym jechał, nie mógł to być powstaniec. Więc czegóż w okolicznościach... takich, włóczy się po lesie? Ten jakiś dziwny gniew, posępny i nieustanny, który zdawał się być stałą jego cechą, wezbrał mu w oczach i na twarzy. — Czego ś po lesie? Rozum postradaliście, czy nigdyście go nie mieli? Ej ty, Boże mój, i! A potem, z wybuchem głosu i rozkazującym gestem ramienia. — k'u! Do domu jedź! j! j! Młody jeździec, ukłonem grzecznym czapki uchylił, poczem konia na tę drożynę, która w to miejsce przywiodła go, zawrócił. Oj, ty, Piorunie mój kochany, przenieśże ty mię teraz przez piekielne drogi! Bo oto, na szerokiej drodze, w pewnem jeszcze oddaleniu, lecz bliżej już, niż przedtem, tentent koni słychać, turkot wozów... Posłuszny głosowi i dotknięciu pana swego poniósł go Piorun po drożynie leśnej, przez zasłony gałęziste, które za nim rozwierały się, to zamykały, i niósł coraz prędzej, ale krótko... bardzo krótko. Tuż, tuż w pobliżu, rozległ się tętent biegnących koni, wśród zieleni liścia zamigotały czerwone ozdoby ubrań i długie piki zarysowały czarne linje. Kozacy przedzierali się przez las, ku dostrzeżonemu jeźdzcowi, drogę mu zajeżdżając. Na czele ich pędził setnik, wysmukły, zgrabny, piękny w czerwonych pasach ubrania, z czarnemi oczyma, rozgorzałemi wśród śniadej twarzy... Jakaż słuszność tkwiła w dwa razy powtórzonym wykrzyku oficera: j!j! , gdy go wydawał, przemknęła mu przez głowę myśl o tamtych, jak ptaki chyżych. Ale już czasu na pośpiech nie było. — j! j! rozległo się i echami rozbiegło się po cichym, zielonym lesie. Ze wszechstron otoczony stanąć musiał. Oficer pleczysty i nieco na swym ciężkim koniu przygarbiony ku najeżonej pikami grupie jeźdźców powoli nadjeżdżał. Teraz setnik kozacki zapytywał. — j? Czy brzmienie głosu, w którym obok srogości czuć było wzgardliwą drwinę, czy namiętne oczy południowca, w których błyskała iskra złowroga, — coś w tem człowieku i coś w tem pytaniu targnęło dumę pojmanego młodzieńca i dmuchnęło na żarzącą się w niem iskrę gniewu. Głosem spokojnym, lecz z okiem rozpłomienionem odpowiedział. — Jestem człowiek! Kozak z uśmiechem dzieląc sylaby wyrazów, zażartował. — nie małpa? Ale dokąd jedziecie? — Przed siebie... w świat. — W świat! o! Ale skąd? — Ze świata. Dwa odmienne typy, dwie rasy, dwie różne, lecz równe sobie młodzieńcze urody. U obu wzrastało, coraz goręcej kipiało to, co starzy latyni wyrazili w przysłowiu: t. Oczy ich, jak sztyletami pojedynkujące się spojrzeniami, nabierały połysków wilczych. — Ze świata? Nie; nie ze świata, ale od w... od w, do których z ostrzeżeniem... Mówił zwolna, dzielił sylaby wyrazów, słowa syczały mu w ustach, których uśmiech urągał, wyzywał. — Tak; odpowiedział tamten; to prawda. Byłem w obozie powstańców i stamtąd jadę. Słowa te wypadły mu z piersi od burzy uczuć wzdętej; szafranowe oczy, roziskrzone, patrzały prosto w stronę przeciwnika. W tej że chwili zbliżył się ku niemu dowódca roty pieszej i ze zjeżonemi brwiami przemówił. — Jesteście aresztowani! Zsiądźcie z konia! Miał na rozkaz ich zsiąść z konia! O! gdyby broń w ręku, lub pod ręką, toby w nich naprzód... potem w siebie... miał broni... i był jeńcem. Kiedy zeskoczywszy z konia, gestem pożegnalnym kładł dłoń na jego szyję, usłyszał słowa powoli i ze świstem z ust kozackiego setnika wychodzące. — o! Znacie drogę do w to i nam ją pokażecie. Usiądźcie na pierwszym wozie i drogę pokazujcie! Jeniec odwrócił się i znowu w twarzy kozaka wzrok zatopił. Nie wyglądał teraz wcale na wesołego Olesia. Blady, jak płótno, czoło miał zmarszczone i wargi drżące. Temi drżącemi, zbladłemi wargami, głosem od wzburzenia więznącym w gardle, wymówił. — Zabić mię — możecie, ale nie macie prawa lżyć mię przypuszczeniem, że mogę zostać — zdrajcą. Czy złudzenie to było, czy rzeczywiście usłyszał, że kapitan roty pieszej, cicho pod najeżonym wąsem mruknął: — c! A na czarne oczy setnika kozackiego, zwolna ciemne powieki opadły i z ustami, których piękna linja wykrzywiła się w uśmiech niby drwiący, niby zmięszany, chyżego konia swego zawróciwszy, pomknął na nim szeroką drogą, ku nadciągającym wozom. Na tę drogę wszedł również, z konia zsiadłszy, pleczysty kapitan i obok jeńca, przed żołnierzami, którzy dwa konie prowadzili postępując, wciąż ku niemu twarz obracał. Nie mówił nic, tylko co chwilę na niego spoglądał, odwracał się i znowu spoglądał; brwi i wąsy jego stawały się mniej najeżonemi, zarys ust mniej twardym... I nie było wcale złudzeniem to, co z pod rudawych wąsów, cichym pomrukiem wyszło. — Ach, y... i... y!... Doszli do wyciągniętego na drodze taboru wozów. Kapitan oczyma po wozach powiódł i jeden z nich wskazał jeńcowi. Siedziało na nim paru żołnierzy. Twarz swą grubą i rumianą, od upału spotniałą, nad jeńcem pochylając szepnął. — ś! Nie e ich... bo... może być bieda! Ostatnie słowa wymówił po polsku.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Oficer.
