I
Jeżeli o jakimkolwiek poecie trudno jest mówić z tak zwanego ogólnego stanowiska poezyi, tedy o Bohdanie Zaleskim prawie niepodobna. Jest bowiem w tej duszy śpiewaczej coś, co się cofa od biegu wielkiej, tysiącem żywych zdrojów spotężniałej rzeki natchnionego słowa; coś, co przeciw jej prądowi wstecz idzie, aż do źródeł samych. Jest w duszy tej coś, co się nie zlewa, nie może zlać z ogromnym ciekiem wód, niosących pieśń naszą do oceanu wszechludzkiego piękna. Coś, co przyzostaje i trzyma się u jej pierwszego wybuchu. A jeśli się i rozstrumieni, roztęczuje przebystrym ruczajem, to tylko na czas i na ściśle zakreśloną przestrzeń. Których gdy domierzy, rzuca się skroś ziemi, przepływa niewidzialne, zatajone żyły, i znów u świeżych, u najświeższych źródlisk pieśni pierworodnym wytryskiem uderza. A czyni tak nie raz, nie dwa, ale przez cały ciąg żywota swego i zgoła niezależnie od miejsc, w jakich pieśniarz przebywa, i zgoła bez względu na czas, w jakim żyje, albo na ogrom skoku, choćby ten był od samego nieba i przez wszystkie światy. I czyni tak bez obliczeń, bez zamierzonego planu, mocą natury swojej i nieprzepartego instynktu, tą mocą nieukróconą, która sama sobie panuje i sprawia, iż coś jest, bo jest. Na nic tu tedy krytykowi śluzy i tamy ogólnych poetyckich reguł, w których każdy wiosenny wylew świeżego natchnienia tyle czyni szkód i wyłomów. Na nic mu piony i sznury miernicze, któremi próbuje głębi i wartkości prądów. Na nic mu nadewszystko naładowane przewoźnemi porównaniami stare i trzeszczące promy, które, przeciągane mozolnie od brzega różnic do brzega podobieństw na zwijanej i rozwijanej skrzypiącą korbą linewce, udają, że płyną naprzód swoim własnym ruchem. Ta bowiem pieśń pomija wszelkie i tamy i śluzy, przeskakuje, lub podpływa sznury, a tak bardzo jest w sobie osobna, iż również zawodną rzeczą byłoby wskazywać jej różność, jak i jej podobieństwo z innemi. Gdy jednak — a wiemy o tem wszyscy — Bohdan Zaleski silną indywidualnością poetycką nie był; gdy nie miał tej dużej ręki, co to piętno swoje na wszystkiem, czego tknie, wyciska; gdy ani w tem, co było jego słabością, ani w tem, co było jego siłą, pęd twórczości samodzielnym nie jest, — powstaje pytanie: czem się to dzieje, że pieśń jego nie łączy się, nie zlewa w jedność z ogólnym prądem naszej poezyi, i że się oku patrzącemu za drżeniem i skrzeniem prądu tego, ani właściwie ująć, ani ocenić nie daje? Mniemam, iż najistotniejszym powodem tego zjawiska jest potężna indywidualność ukrainnej ziemi, która poetę wydała. Indywidualność potężna nietylko w porównaniu do innych owoczesnych dzielnic kraju, ale — i to jest sam rdzeń tej kwestyi — przeważająca nieskończenie odrębność i siłę osobowości samego poety. A to w takiej mierze, iż poeta nie wyzwolił się nigdy ze stosunku przynależności duchowej do swojej Ukrainy; że duch jego nigdy nie wyszedł ze stadyum współżycia z jej przyrodą, współczucia i myślenia z jej dziejami; że nigdy nietylko nie dorósł do podmiotowej pełnoletniości, że się tak wyrażę, ale nie osiągnął tego nawet stopnia usamowolnienia, na którym dziecię odłącza się od matczynej piersi. Jakoż, jakakolwiek pomiecie nim fala, jakiekolwiek miody poda mu życie i jakiekolwiek zgotuje gorycze, zawsze on odwróci się od nich do tej piersi, która go przez cały wiek jego przykarmiać będzie »mlekiem dum i mleczem kwiecia«, najpierw w żywej rzeczywistości Zujowego futoru w »śnie na jawie« i w »śnie złotym«, a później w jego tęczowych, coraz bledszych a bledszych odbiciach. Bo ten pokarm mistyczny nie wysechł nigdy dla Bohdana. Bywała dusza jego w spiekocie obcego nieba, a rzeźwił ją; bywała w upragnieniu i suchości wnętrznej, a poił ją. Zaprawdę, żaden z pieśniarzy naszych nie był tak biernie, tak dziecięco przytulony do tej piersi karmicielki, jak był do niej przytulony Bohdan. Bo inni pieśniarze, rosnąc duchem na różną wysokość, zawsze jednak wyrastali tak, iż czas im było zerwać się z kolan matki-ziemi w lot własny, w świat własny, szeroki. A czynili tak nawet ci, których dola nie gnała precz od niej. Ale Bohdan nigdy takiego własnego lotu i własnego osobnego świata ducha, poza Ukrainą nie miał. On, który się i na zaziemski żywot przymawiał o nią Bogu. Bo inni pieśniarze miłowali ziemię-rodzicielkę, jak miłuje matkę syn-mąż, syn-człowiek, który, choć sercem poczuwa się do niej, choć się zastawia za nią pieśnią i ramieniem, przecież i po za nią ma »takie rzeczy, w których mu być trzeba.« Zaczem przychodzi chwila, że odłącza się od niej i przyzostaje w świątyni ducha swego, i mówi onej zafrasowanej, onej szukającej: »Niewiasto, co mnie i tobie?« Ale Bohdan, jakiekolwiek »prazniki« życia szły, i do jakiegokolwiek wędrował Jeruzalem, zawsze się pilno wzorzystych rańtuchów Ukrainy trzymał, a »rzeczy, w którychby mu bez niej być trzeba«, nie uznawał zgoła. Kiedy więc inni ogarniali ziemię pieśnią i porywali ją ku sobie, Bohdan sam był ogarnięty Ukrainą swoją i sam w jej słodkiem jeństwie pieśń swoją ku niej wyśpiewał. I kiedy inni ukochali w ziemi rodzinnej — ojczyznę, Bohdan ukochał w niej — matkę. Ojczyzną była mu Polska, którą chętnie z ukraińska »Polszczą«, albo »Laszą« zwał; ale Ukraina — matką. Rzecby można, iż dlatego miał je obie, aby w pieśni jego rozbrzmieć mogły conajmiększe, najsłodsze, najpieściwsze tony na rzecz Ukrainy właśnie. Tony, jakich Polska, ze swojem owoczesnem burzliwem i pociemniałem obliczem, nie natchnęła nigdy temu śpiewakowi szerokiej ciszy i wolnej pogody. I rzecby można, iż dola dlatego tylko osierociła Bohdana w samym progu życia, iżby serce jego umiłować mogło bez podziału jedną tylko matkę-Ukrainę. A stosunek ten jest obustronnie całkiem wyjątkowy. Bo i Ukraina, nietylko, że wydała pieśniarza swego, jak wydaje trawy stepowe i stepowe kwiecie, ale i zhodowała go tak samo, jak one hoduje, w najtkliwszem przytuleniu, wprost na swojem łonie. Ten futor Zuja znachora, ta miodna a wonna pasieka, to tylko zamówka, żeby pacholę jak najbliżej przy sobie zatrzymać. Jakoż nakryła je burzanami tak, że ani ono świata, ani świat jego długi czas nie widział. I póty nie puściła, póty nie powierzyła »Laszy«, póki go na amen nie zaczarowała. Póki go nie zaczarowała tak, że stał się wskroś jej obrazem, jej dźwiękiem, jej echem. Śmiało rzec można, iż żaden z naszych poetów nie miał duszy tak zupełnie roztopionej w rosach, tak pachnącej kwieciem, tak strumieniącej potokami, tak ufnie oddającej siebie ziemi-rodzicielce, bez innego pragnienia nad rozpłynięcie się w niej, zagubienie, zatracenie. Jakoż, wsłuchawszy się w Bohdanowe pieśni, słyszymy w nich bezpośrednio prawie głosy przyrody ukrainnej, tak, jakbyśmy słuchali szumu wiatru, szeptu traw, furkotu skrzydeł ptasich, huku wód Dnieprowych, lub szerokiego uciszenia stepu. Stąd muzyczność pieśni tych wibrująca, rozstrzenna, falista, wyprzedzająca w swoim wszelką teoretyczną zasadę takiego właśnie tworzenia. Stąd ich rozlewność prześpiewna, ich dopełnianie się westchnieniami jakby, temi charakterystycznemi »och« i »ach« Bohdana, które, jeśli nie zawsze odpowiadają istotnej potrzebie czytanego wiersza, znajdują za to nieomylne swe usprawiedliwienie w potrzebie chwycenia tchu, lub wyrzucenia tchu! z rozśpiewanej piersi. Stąd ich gubienie się, rozśpiewanie w echach różnogłosych, podawanych do wtóru od nieba do ziemi. Stąd i to czarodziejstwo, które sprawia, iż jedno zaniesienie się głosu, jeden dech pieśniowy rzuca nas w jakieś bezbrzeża, w jakieś nieobjęte, nieprzejrzane dale. Spróbujmy-no głosem, zaciągnijmy-no piersią:
Hej, step mój ojciec, sicz moja matka, Orłowie ci — rodzina! —
a otoczy nas, widomie niemal, taka siność powietrzna, takie morze wolnych, szerokich błękitów, że tylko skrzydła na nie kłaść — i lecieć, lecieć, lecieć... Ale i plastyka Bohdana ma w sobie coś muzycznego. Ma rytm i ton linii, jaki tylko przyroda sama z dzieł swoich dobywa. Ton — jest półtonem raczej. Nigdy nie zabrzmi surowem, twardem, bezwzględnem odgraniczeniem się od wielkiej, przepłynnie zharmonizowanej całości. Linia — określa zjawisko w najwyższym stopniu zmienne, rozlotne, jednochwilowe, ledwo że wzbudzone, a tuż wsiąkające w ogromne tło wiecznego stawania się. Rytm — nie znajduje sam w sobie skończoności swojej. Domaga się on koniecznie współwzbijania się i współspadania jakiej wielkiej, żywej, ciągle pracującej fali wszechkształtu, wszechbytu, wszechruchu. Stąd przedziwna miękkość tej plastyki, która wprost nie może utrwalić się i stwardnieć, zalewana ciągle muzycznością własną tak, że o sile jakiegoś rysu nie stanowi u Bohdana uderzenie dłuta, ale — napięcie tonu. A to w takiej mierze, iż postacie jego oglądamy zawsze w pierwszym narzucie gliny, a nigdy w spiżu, i nigdy w marmurze. On je lepi i śpiewa. A gdzie się w śpiewie silniej pierś zaniesie, tam i rzut ręki silniejszy; a gdzie śpiew mdleje i opada, tam i kształt zaciera się, gaśnie. Stąd żadna z tych postaci nie jest i nie może być posągiem, ale każda ma coś żywego, ma coś drgającego w sobie. Coś, co nie zdołało, zda się, ostygnąć jeszcze po dotknięciu ręki poety. Przyjrzyjmy no się tym jego panom Czepichom, panom Hołowatym, Jazłowieckim, Swierczowskim; tym jego panom Koszowym, panom Sahajdacznym, jak się to rusza, jak gra wszystkiemi fibrami konia i człowieka; jakie to lekkie, sprawne, polotne, a spostrzeżemy, że postacie te dźwięczą poprostu jakimś wnętrznym rytmem. Otóż ta to muzyczność Bohdanowej pieśni, nietylko z rytmu tonu, ale i z rytmu linii płynąca, nadaje pieśniom tym szczególnie świeżą i pierwotną krasę, podpatrzoną w naturze jakimś szóstym zmysłem, który jest i widzeniem razem, i razem słyszeniem i czuciem, zaostrzonem niebywałą wrażliwością na muzykę słowa. Przyczyny wszakże tego próżnoby szukać w rozmyśle artystycznym: w tym rozmyśle, który z całego mnóstwa barw, linii, , wybiera i grupuje obrazy wedle własnego planu i własnego rozumienia piękna. Zgoła! W pieśni Bohdanowej czynnik refleksyi jest niezaprzeczenie najsłabszym czynnikiem twórczym, co się odbija zarówno w niedoskonałej budowie jego większych poematów, jak i w cudownie rozkwitających wonią i blaskiem drobnych jego pieśniach. Owszem, przeważnym czynnikiem w twórczości Bohdana jest instynktowność, jest wpółświadome jakby podanie się pieśniarza na tony i dźwięki, na tęczowe i echowe odbicia otaczającej go przyrody; jest rozśpiewanie się w niej, z nią i przez nią. Zaczem idzie, że w pieśni Bohdana widzimy Ukrainę nie w poetyckim ładzie i układzie, i nie w poetyckiej rozmaitości skończonych i odrębnych momentów, ale w ruchomej, wibrującej, bardzo żywej i bardzo rozlewnej przypadkowości zmiennego w formie, a przecież jednolitego w treści podłoża momentów takich. Widzimy w pieśni tej Ukrainę, nie odtworzoną rymami, ale wprost biernie odbitą. Jak się to stało? Czyja w tem była sprawa? Jaki udział miały w tem księżycowe »na młodziku« noce, a jaki »Dniepr, Iwanhora«, trudno to dziś orzec. Od tego ma Ukraina swoje czary, żeby czarowała. Owe pierwsze »chwilki latka« pozostaną też na zawsze, — nawet dla samego poety, — »uwikłaną w cud zagadką«, — a wpływ ich uczuwany syntetycznie i z wielką wyrazistością w całej Bohdanowej pieśni, może nigdy szczegółowej analizie poddać się nie zechce. To pewna, że niemałym cudu owego i owej zagadki czynnikiem była ogromna i skroś źwierciedląca płynność, rozlewność, niemal bezosobowość duszy samego poety, w której pełne żywej, silnej krasy oblicze »matki-Ukrainy« odbiło się z taką jasnością i mocą, iż mu po latach i aż na samym skraju wieku swego, dość oczy zamknąć, żeby za górami, za rzekami oglądać oblicze to, jak żywe. Bo nie trzeba składać wszystkiego na okoliczności. Prawda, sam poeta potwierdził nieraz wagę faktu, iż z ust teorbanisty słyszał »żywą dumę«. On mówił nawet, iż dumę »połknął«; wziął w siebie. Prawda, iż rzeczy składały się tak, iż z dzieciństwa zaraz i przed wszelkiem doświadczeniem życiowem postawiony był pod czarem stepu, pod strażą mogił, pod mocą podań, pod urokiem bezpośredniego odczuwania z przebujną przyrodą i fantazyą ludu. A i to prawda, że wypadki krajowe pomiotły poetą, jak liściem, wpierw, niżby zażywiony mógł być i pchnięty współczesnym sobie kierunkiem serc i umysłów. Ale przeciw tej prawdzie staje inna, bardzo jasna i bardzo prosta prawda. Nigdy owa żywa duma nie byłaby uderzyła z taką mocą w serce Bohdana, gdyby to serce nie było w jakiś szczególny sposób otwarte na jej przyjęcie. Nigdy poeta nie byłby wyżył samem »mlekiem dum i mleczem kwiecia«, gdyby jego organizm duchowy wymagał innego, tęższego pokarmu. Nigdy też czar mogił i urok podań nie chwyciłby z taką siłą tej duszy chłopięcej, gdyby dusza ta sama w sobie nie była w najwyższym stopniu echową, i na czar taki cudownie wraźliwą, gdyby się sama ku niemu nie rwała. Ale się rwie, ale go szuka, ale się oddaje pod władzę jego całkiem . Jest w tym stosunku coś mistycznego, coś fatalnego prawie. Jest jakieś wzajemne przyciąganie się, jakaś moc wyroczna. Ta ziemia chce przemówić, chce dostać głosu. Jest ciężka od »niewyśpiewanej dumy«. Ten step chce mieć swojego pieśniarza. »Słowik dawnych lat«, Bojan, zamilkł, rozechwiał się w szerokich błękitach, nie budzi już echa. Trzeba Ukrainie »Bojanicza« choćby. Trzeba jej takiego pieśniarza, którego »całe wnętrze« byłoby »ostrunione« na gęśl czarodziejską, iżby ta ziemia sama siebie wygrać na niej mogła. Swoją krasę, swoją tęskność i swoje wesele. »Step szumi sieroco...« Oto niepokój, odpowiadający tej żądzy matki-Ukrainy, nurtuje duszę pacholęcia i gna ją precz z Zujowego futoru, na pagóry mogił, na bezdroże stepu, na instynktowne szukanie swej śpiewaczej doli. Trzy dni błąka się »Lasze-ptaszę« po rucianem wybrzeżu Siniuchy, po konwaliowym łęgu Taśminy, i słucha sierocego stepowego szumu. Trzy dni idzie naprzeciw przeznaczeniu swemu, aż po »Wał Żmii«, co step na dwoje przecina. Trzy dni błądzi »trzema szlachy«, tym złocistym, bursztynowym od słonecznej starej chwały; tym koralowym od krwi, co tu wsiąkła niegdyś w ziemię, a teraz w bodziakach odkwita; tym sinym, od zanoszącej się, nieukojonej, bezbrzeżnej zadumy stepowej. Trzy noce nocuje na mogiłach stepowych, pod wróżebnym blaskiem gwiazd ukrainnych, przytulony piersią do szepczących podmogilnych prochów, zapatrzony w wielki, czerwony, ukrainny księżyc. A nad nim siwy orzeł kracze, a przed nim trzy sokoły lecą, a za nim szum stepowy płynie. Aż dostaje kwiat-cudu, rusałczany kwiat paproci, co wyrósł pod palącem się mistycznemi blaski »Sen-Drzewem«. A wtedy uczuwa nagle, że mu pióra u barków się łuszczą, widzi wszędzie, słyszy wszędzie, rozumie, co śpiewa kwiat wszelki i zioło. Bo ten krok za próg futoru, to błąkanie się trzydniowe w stepie, to było wyższe wtajemniczenie poety w ukrainne czary. W takie czary, których dusza dostać nie może przez świat ludzki, pośrednio; po które musi nietylko sama ku przyrodzie żywej iść, ale, , musi się w niej zagubić, zatracić, musi się obłąkać w jej dziwach. A wtedy dopiero dostaje cudowny kwiat pieśni. Dostaje go nie z ręki człowieka, choćby też znachora, ale od wędrownego żórawia, od »latawca za morza«, za bajeczne morza czarodziejskiej fantazyi. Poczem natychmiast uczuwa moc lotu, słyszy i rozumie wszystkie głosy ziemi. Widzi wszędzie. Wielka pieśń stepu przenika mu duszę i ostrunia ją sobie na zawsze. Otrzymuje wysokie poetyckie święcenie, otrzymuje chryzmat prawdziwej poezyi: czucie całości, syntetyczne czucie przyrody. Oto jest to wierne, to bardzo realne w psychicznej prawdzie swojej odtworzenie momentu inicyacyi w tajemnice pieśni. Wszelako sam wiek pacholęcy, równie jak instynktowność tęsknoty, nie wyrywa momentu tego czynnie z biernego stosunku poety do przyrody. Jakoż pacholę ulega prącemu je za futor niepokojowi całkiem instynktownie. Ani drogi obranej, ani wytkniętego celu nie ma przed sobą. Idzie, nie wie gdzie i nie wie po co. »Chodzi, brodzi«, jak we śnie, za szumem stepu, za orłowym skwirem. Cała czynna inicyatywa jest właśnie po stronie stepu, który chce mieć śpiewaka swojego. Cudownego kwiatu paproci też pacholę nie zdobywa, nie znajduje nawet, ale ma go w sobie samym. A tak cały ten epizod nie usamowalnia duszy jego w najważniejszej chwili, w chwili poczucia siły lotu, nie wyzwala jej ze stanu biernej zależności od czarów Ukrainy; nie jest też aktem świadomej siebie woli i nie zaznacza żadnym energicznym rysem duchowej indywidualności poety.
II
Ale jeżeli w stosunku do przyrody dusza Bohdana Zaleskiego była niemal że dalszym jej ciągiem; jeśli była tylko odbiciem Ukrainy, to, w stosunku do ludzkiego świata, miała swój indywidualizm. Tu była granica jej bierności i tu się zaczynał jej stan czynny. Ten stan czynny tem się przedewszystkiem objawił, że z ludzkiego, współczesnego sobie świata czerpał Zaleski znacznie mniej, niż jakikolwiek poeta. Przeciwstawił on, owszem, bieżącym wpływom chwili i ludzi, nieobszerny może, lecz zwarty i pełny w sobie całokształt uczuć i pojęć, które powstały z innego wątka i na zupełnie różnym postawie zasnowane były. Miał w tem Bohdan czucie odrębności swojej bardzo żywe, bardzo wybitne i bardzo zdecydowane. Miał w tem konserwatyzm prawdziwie ludowy. Nie rozumował, czy coś jest lepiej, czy gorzej, ale niemylnem czuciem oceniał, że jest »inaczej« — i zaraz stawał sztorcem. U nas »inaczej«, to była u Bohdana nietylko poetycka przyśpiewka; to był wyraz bardzo istotnego odgrodzenia i bardzo stanowczego zastrzeżenia się przed wszystkiem, coby tę inszość, tę różność, zetrzeć i osłabić mogło. Okoliczności złożyły się tak, iż życie tułacze zacieśniło jeszcze tę sferę wyłączności, przez brak odpowiedniego środowiska, którego czynniki mogłyby działać na nią rozkładowo. Gdy wszystko, co nas otacza, jest cudze, dusza zamyka się tembardziej w sobie, i zwija, i tuli, żeby nie uronić nic z tej treści, którą nosi w sobie, a która na obczyźnie jest właśnie tym szczupłym zasobem powietrza, jakim oddycha nurek, zapuszczony w morze. Ale dusza, która się zamyka szczelnie, iżby z siebie nic nie uronić, jest szczelnie także zamknięta na wszystko, coby jej z zewnątrz przybyć mogło. Jakoż istotnie, Bohdanowi prawie że nic z zewnątrz nie przybywa, jako przyrost duszy. Czem ona rośnie, to ma sama w sobie i z siebie tylko siły swe dobywa. Prąd emigranckiego żywota potrąca Bohdana zblizka, i twardo potrąca; ale go nie unosi z sobą. Owszem, cofa się od niego poeta w głębokiem, nieomylnem czuciu, że do żadnej z fal prądu tego przylgnąć nie potrafi. Nie jest ani »Demokratą«, ani »Centralistą«, ani »Czartoryszczykiem«. Jest wprost — Ukraińcem. Ma swoją wybitną indywidualność, nie psychofizyczną, ale psychoetnograficzną, że się tak wyrażę. Zawierucha opinii, niezgód, zawiści, zostawia go chłodnym. Bardzo przezornie, a także trochę obojętnie trzyma się od nich Bohdan na uboczu, oddalony od wrzątku emigracyjnego nietylko tą odległością, jaka dzieli Paryż od Fontainebleau, ale tą, znacznie większą, i jak się okazało, prawie nie do przebycia, jaka dzieli jego stepową, zadumaną naturę kozaczą od burzliwej »Laszy«. Mickiewicza nazywa »wieńconośnym Adamem«, »Namaszczeńcem« i »Słowomocarzem«. Gdy jednak przychodzi zetrzeć się na dusze, nie idzie za nim w progi »nowego kościoła«, nie poddaje się wpływowi jego biernie; owszem, przeciwstawia mu niezwykłą energię, najpierw odporną, a potem nawet zaczepną. Prosty i daleki od subtelności, zamyka się w takiej niezdobytej twierdzy, w jakiej żaden filozofujący umysł zamknąćby się nie potrafił. Kiedy Mickiewicz wyzywa go — słowiczka swego — na lot, na pieśń »wyśnionym snom«, »minionym łzom«, Bohdan w lot się nie zrywa i w śpiew nie uderza, ale wychyla głowę z gęstwy stepowych burzanów, w których się dusza jego kryje, i zupełnie jakby to uczynił kozak, na czatach stojący, rozgląda się ostrożnie i pyta: — »Kto? Z jakich stron?« A to: »z jakich stron?« pokazuje wyraźnie tę etnograficzną domieszkę do psychicznej natury Bohdana. Owszem, etnograficzną w naturze tej przewagę. Więc choć zaraz spostrzega, że to »bliźni duch«, spostrzega zarazem, że strony — nie swoje. A jak strony nie swoje, to tam i robić co niema. Chociaż tedy wezwanie ono »niewoli słuch«, nie niewoli duszy. Jakoż się od pieśni i lotu, a Towiańszczyźnie przystępu nie daje do siebie. Poleca się wprawdzie w liście, do Mickiewicza pisanym, »opiece Izraelskiego Dawidowego ducha«, bo widzi w nim »tę mądrość i powagę, o jakich się innym, mniejszym duchom, nie śni«, ale widzenie to ma z Kochanowskiego Jana, ma z Dawidowego Psałterza, a nie z Towiańszczyzny. W stosunku do Towiańszczyzny jest wyczekujący, podejrzliwy, chytry. Jest podejrzliwy i chytry nawet w stosunku do »wieńconośnego Adama«. On, który »Księgi Narodu« i »Księgi Pielgrzymstwa«, na kolanach czytał, i Ewangielią je zwał, trzyma się teraz prosto, twardo, lęka się spaść »między poronieńce«. Owszem, od taktyki odpornej przechodzi wkrótce do zaczepnej. Bierze Mickiewicza na spytki, na próby. Żąda, aby przystąpił do spowiedzi, aby odbył rekolekcye. Odczynia mu — że tak powiem — Towiańskiego, jak na Ukrainie odczyniają zły urok. A gdy Mickiewicz i rekolekcye odbywa, i do spowiedzi przystępuje, znów mu tego nie dość. Jeżeli Towiański ma istotnie wysokie posłannictwo do spełnienia, to niech je »znakami poprze«. Chce znaku. Chce widomego objawienia. Chce — a jakie to przedziwnie ludowe! — chce cudu. Niema cudu, niema wiary. Takie sobie ultimatum stawia. I to nie jakiegoś opowiadanego cudu chce; takiego dostarczałaby mu wstrząsająca opowieść Mickiewicza o uzdrowieniu żony; ale widzianego naocznie, doznanego bezpośrednio, własnemi zmysłami. Jeśli zresztą czyni ustępstwo, to tylko z naoczności i zmysłów, nigdy z bezpośredniości i osobistego przeświadczenia. Narzucić sobie nic nikomu nie da: ale niech ma jakieś wewnętrzne objawienie, jakieś wstrząśnienie, jakieś olśnienie Szawłowe w drodze do Damaszku, jakąś, jak miecz przeszywającą piersi, błyskawicę prawdy, to — zobaczy. Nie argumentuje, nie dysputuje — czeka. Ma w sobie niemylne czucie własnych dróg duszy i własnego świata duszy. Na niebie Bóg, a na ziemi ksiądz, — oto jej autorytety. — »Nie wiesz, czy to herezya? — pisze do Witwickiego w sprawie Towiańszczyzny — spytaj księdza«. A jakie to znowu przedziwnie ludowe! Niech tylko nie mniema nikt, że wszystko to szło na zimno i bez żadnej walki. Owszem, była walka. Samo już owo czekanie to na cud, to na znak, to na objawienie wewnętrzne, walką być musiało. Bo jeśli czekał, to przypuszczał, że jednak coś przyjść może. Coś, czemu nawet »spytanie księdza« zaradzić nie zdoła. A jeśli tak, to uznać trzeba, iż tam, w tej duszy jego, o której sam mówił, że ma w sobie »coś z kantyczek i coś z wiary gminu«, musiało się porządnie burzyć. A potem, żeby przeciw tej fali , potrzebował użyć dużego wysiłku, bo z nią — szli najmilsi. Jakoż jest »blady i drżący«, gdy na pamiętnem zebraniu Batignolskiem, wykluczającem Towiańczyków z prawa nauczania w szkole, przeciw »gromadzie« staje. Ale jednak — staje. Taką ma w sobie twardość ta przepłynna, ta bierna i echowa w stosunku do przyrody dusza, kiedy jej przyjdzie uderzyć się o świat ludzki, choćby bardzo blizki. A iż z tem drżeniem i z tą bladością żyć mu niepodobna, puszcza się do Rzymu, aby tam, jak chłop Bożej Męki, chwycić się Piotrowej opoki i przetrwać wichurę. Taka była ta próba, z której, bądź co bądź, wyszedł cało ze swoją prostą, ukraińską duszą; próba prawdziwie ogniowa, bo mu w sercu zostawiła znaczne popielisko. A gdy ją przebył, gdy się od zmory ostatecznie odżegnał, gdy »księdza spytał« i o Adamie powiedział sobie: »Herezya i obłąkanie zupełne«, uczyniło mu się dużo wprawdzie puściej na świecie, lecz dusza jego wydała ten dzwon, jakiego się w niej dosłuchiwał zawsze, dzwon prostej, ludowej wiary. Ale indywidualność Bohdana w stosunku do ludzkiego świata objawia się i w tem, że pieśń jego nie ulegała, albo prawie nie ulegała wpływom współczesnych pieśni. Inaczej też być nie mogło. Bo właśnie fakt, że tak pieśń, jak i dusza Bohdana, była biernem odbiciem matki-Ukrainy, że, owszem, już w zaraniu dni swoich pieśniarz połknął żywcem zasłyszaną z Iwanhory dumę stepową, fakt ten musiał mieć i miał istotnie swój odpowiednik w tem, że cała silna i w najwyższym stopniu oryginalna indywidualność Ukrainy stanowić będzie o bardzo wybitnej indywidualności pieśni, która ją odbiła — biernie, to raz. A drugi raz: że w pieśni tej, wypełnionej po ostatni rozbrzęk tonów nutą Ukrainy, na nic obcego, innego, miejsca już nie będzie. Powiadają nam o znacznym jakoby wpływie Brodzińskiego na twórczość Bohdana. Ale to powiedzenie istotnemu stanowi rzeczy mało odpowiada. Bo jeśli dostrzedz można w kilku słabszych utworach Zaleskiego, jak naprzykład »Ludmiła», »Śpiew Tarły«, »Tryolety«, te same braki, co i w pokrewnych utworach Brodzińskiego, a mianowicie to samo przepieszczenie i przesłodzenie jakby, zostawiające w słuchaczu uczucie ckliwości, to pochodzą one niewątpliwie z tej jeszcze epoki, o której Bohdan mówi, że jego Duch-ptak porastał dopiero »w puch i w pałki«, i nie śpiewał, lecz »piszczał« zaledwie. Co stosuje się także i do powiedzenia Michała Grabowskiego, który upatrywał w Bohdanowej pieśni pewne podobieństwo do sielanek Karpińskiego. Jakoż ani Karpiński, ani Brodziński nie wywarł na Bohdana żadnego decydującego wpływu. I nie dla tego, że to był talent pieśniarski, bez porównania wyższy od nich obu, ale przedewszystkiem dlatego, że był inny. On do ludowej pieśni nie przez teoryę i nie przez ducha czasu szedł; on w niej i z niej wyrósł i ta pieśń była przyrodzonym twórczości jego żywiołem. Jemu nie trzeba było Herdera ani Lessinga, żeby mu pokazali drogę. On ją znał instynktem, przeczuciem, mocą natury swojej tak, jak zna drogę ptak do własnego gniazda. On był w poezyi naszej tak różny i tak osobny, — i tu dotaczam kręgu pierwotnego założenia mego — jak różną i osobną od reszty ziem polskich była Ukraina. A różność ta, warująca się samą istotą swoją przeciw obcym wpływom, które, jeśli działają, to działają zawsze na mocy podobieństw, na mocy pokrewności jawnej, lub ukrytej, — różność pieśni tej przetrwa nietylko krótkie i wypadkowe zetknięcie się z Brodzińskim, ale nawet zetknięcie się ze »Słowomocarzem« , jakkolwiek ściślejsze, bezpośredniejsze i długi szereg lat trwające. Ona się nie da ni ludziom — geniuszom nawet, — ni czasom, złym, czy dobrym, ni miejscom, blizkim, czy dalekim. Ona tak samo brzmieć będzie ukrainną nutą w Fontainebleau, w Molsheim, w Endoume, jak brzmiała nad Rosią, Rasawą. Ona zawsze będzie pełna Dnieprowego szumu i zadumy stepowych kurhanów. Ale jeżeli tak jest, nie należy zgoła dziwić się pewnej ograniczoności sfery, w której grało natchnienie Bohdana. Dał on w pieśni cały swój świat, a więcej, niż swój świat, żaden poeta dać nie może. Świat ten może być ogromny, niebosiężny, docierający do granic stworzenia, może być światem Danta i Improwizacyi Konrada, i może być mały, szczupły w swym zakresie. Jest wszakże zawsze pełny w sobie, jeżeli jest własny. Ta wrzekoma przestrzenność, a nawet bezkresność, w jaką się przyoblekają pomniejsze dusze śpiewacze, nietyle idzie z ich rozprężliwości, ile z braku kotwicy mocnego , którąby w jakiś drogi sobie, własny grunt zatkwić byli zdolni. Unoszą się oni na falach pieśni szeroko, daleko, ale obojętnie. Zaraz też poznać można, iż czucie ich przestrzeni tych nie wypełnia sobą i dna ich nie sięga. Że mają serca mniejsze, niżeli na objęcie ich byłoby trzeba. Bo mówić można o wszystkiem, ale śpiewać tylko o tem, co serce płomieniem miłości swojej wypełnić jest zdolne. I właśnie granice przesięgania płomienia tego są światem, są ojczyzną twórczości poety. Ilekroć rzuci się on poza nie, dla jakichkolwiek względów, ekspatryuje pieśń swoją.
III
Lira Bohdana Zaleskiego nie była wielostrunną lirą. Był to ten stary tetrakord, przy którym śpiewywały aojdy greckie jeszcze, a który mógł dać wyraz tylko prostym a natchnionym duszom. Mówi wprawdzie Zaleski, że gęśl jego ma strun pięć i pięciorakie dźwięki. »Bóg, świat, słowiaństwo, Polszcza, Ukraina«, ale dodaje zaraz, że właściwy ton pieśni podają dwie skrajne, Bóg i Ukraina, trzy zaś środkowe są tylko jej wtórem. Jakoż przysłuchując się tej gęśli baczniej, przekonywamy się, że dźwięki jej istotnie są nierównomierne i do owej »kwinty« nie dociągają jakoś. Przedewszystkiem dwie pierwsze struny: Bóg i świat, pokrywają się wzajem niemal całkowicie. Bóg uwidomia się poecie przez świat, a świat pojmuje on tylko w Bogu. Bóg, »Duch duchów«, »Słońce słońc«, źródło, rdzeń i wszechsprawca światów. Z niego moc, z niego ruch, z niego wszechżycie, wszechprawo. Bóg, to nie materya do filozofowania; to nawet nie materya do dogmatyzowania. To jest materya do hymnu, śpiewanego na klęczkach, z ukorzonem czołem. — »Bóg! — Na wiek wieków cześć Jemu i chwała!« Przyroda, świat, to widome objawienie się Boga. To »przeczyste zwierciadło, w którem się odbija jego »jarzące oblicze«. »Świat«, to »Niezmierzony dwór Boga«, »Przestworze, milionami uiskrzone bryłek«, to »Nieskończoność«. To także nie materya do filozofowania, lecz do uwielbienia. Jakoż »Na kolanach i w bieli, jak pokorni anieli«, wpatruje się poeta w przyrodę, w tę »złotą powierzchnię«, zwierciedlącą w sobie oblicze Boga, którego »jarzenia się« nie zniósłby twarzą w twarz i bez miłościwej osłony wszechzjawisk. To wpatrywanie się na klęczkach w przyrodę jest wszakże nietylko hymnem; jest ono także źródłem wszelkiego poznania. Bo przyroda, to i cud, i także — prawda. »Wszelki kwiat, wszelkie ziółko, trawa«, ma swoją »wewnętrzną prawdę«. »Wszystko to służki są bożego prawa« i »myśli bożej odbicie«: »Ptak, co w niebo leci« i »kwiat, co wonią wieje«. »Cud boży i ład boży w źdźble każdem widomy«. Stąd owo zadumanie się głębokie, to oczarowanie w przyrodzie; stąd żądza, żeby w niej zagubić i zatracić siebie. »Człowiek chciałby zawiekować w cudzie«. Poznanie wszakże ładu bożego i myśli bożej w przyrodzie nie ma nic wspólnego z owem ludzkiem poznawaniem, co to wpierw cud rozłoży, zniszczy, zabije, zanim go określić zdoła. Nie jest też rezultatem ludzkich dociekań, które oną »złotą powierzchnię« »okopcić« tylko i zaciemnić mogą. To jest wprost objawienie się widome Boga, to jest prześwięte »jarzenie się oblicza jego« bezpośrednio w ukorzoną przed cudem tym duszę. Bo między Bogiem a przyrodą jest dusza. Dusza — »dech Ducha, tchnienie to Boga« »z głębin wieczności tchnione w glinę i na żywot krótki«. Dusza — »Skra słońc«, przyćmiona gliną, w której się »szamota«. »Dusza senliwa«, śniąca na ziemi jakiś sen na jawie, ma w sobie cudowne zapamiętanie inszego żywota, cudowne czucie swojej przepłynności »przez Czasy-Rozstrzenie«. Im prostsza, im głębiej w sobie rozrzewniona, tem silniej pałająca w swej ziemskiej lepiance ku niebu, gdzie miała »żywot czysty i skrzydlaty«, »pierworodny swój początek«. Bóg, przyroda i człowiek, oto troiste widzenie »Ducha«. W jego istocie i pełni, w jego »jarzącem« odbiciu, i w jego tchu, skrze, cząsteczce, oczarowanej, natchnionej odbiciem onem, ową miarą Boga, jaką znieść może w swej glinie, a wybuchającej tęsknotą ku nieskończonej pełni, ku nieobjętej istocie Ducha. Oto jest »widzenie Ezechielowe« i »Księga genezy« — Bohdana. Oto jest ten »błyskawicowy jeden promień prawdy«, co mu duszę nawskroś i nazawdy«. Oto jego wiara i wiedza zarazem. Oto ta przedziwna metafizyka serca, która mu tłumaczy wszelkie tajemnice. Oto ten punkt najgórniejszy, z którego poeta rozgląda się po świecie i po zaświecie; ten prawdziwy dział wód, strumieniących jego pieśni, które stąd »wiały w niebo, w ziemię wiały«. Czy była to filozofia? Nie sądzę. Ten całokształt pojęć o Bogu, świecie i człowieku, jako troistym aspekcie Ducha duchów, Słońca słońc, nie opiera się na żadnej spekulacyi myślowej. Jest to raczej ogromna uczuciowa synteza, zrodzona z nieprzepartej potrzeby patrzenia w wieczność i w świat zjawisk, nie od strony człowieka, lecz od strony Boga. Jakoż nie nazywa nigdy Bohdan Zaleski tego całokształtu pojęć swoich — filozofją. Nazywa go »prawdą, którą ma po Chrystusie«, »mądrością, którą ma po Salomonie«. Wiemy już, że »prawda« jest łaską, udarowaniem, objawieniem, jest błyskawicą, która »przeraża duszę, nawskroś i nazawdy«. Co do »mądrości«, to jest ona przedewszystkiem prostotą i otworzystością duszy na przyjęcie błyskawicowego promienia prawdy. Powstaje też jako ciche, pogodne światło w głębi zadumanego w przyrodzie i ukorzonego przed jej pięknem ducha. Jest oraz słodkim owocem gorzkości serca, a »nie ma jej ten, kto niepożywał we łzach swego chleba«. Ta mądrość królewska jest mądrością prostaczków i proroków razem. Jest mądrością tych, którzy »nie nadymają się światową pychą«, lecz »po anielsku biją Panu czołem«. Nie można jej nabyć u żadnych mędrców, na żadnem miejscu świata i za żadne skarby. Tak właśnie jak za czasów Salomona, który wiedział, że próżno jej szukać jako perły, albo ją chcieć kupić jako bisior drogi, albo wyprawiać się po nią za najdalsze morza. Stanowczo też odróżnia ją poeta od »mądrości świata«, której służą »zmysły-mędrki, nasze wrogi«, i z którą, tylko »do trzeciego nieba dostać się można«, ale — nie wyżej. Tę dopiero mądrość filozofją zowie. Filozof, to ten »wieczny lunatyk«, który »drze się w otchłanie, zachciewa na wieże«, a nie miarkuje tej najprostszej jawy, że »człowiek tutaj stoi nizko, a Pan Bóg wysoko«. Filozofja?... Chuda to macierz i nie karmi ducha. »Filozof znajdzie czasem ziarnko zboża w plewie, lecz do pełnego brogu, biedak, drogi nie wie«. Filozofja — to marny ogarek, którym ludzie »okopcili to zwierciadło, kędy jarzył Bóg obliczem«. Wybranem naczyniem mądrości Bożej i prawdy jest wieszcz, pieśniarz, »Pan z Pana i namiestnik Boży«. Poeta, chociaż sam »maluczki zawdy, cichy, prosty zawdy«, wie, że »wyhodowan został na proroka«. Wie, że jest »oźwierciedlony promieniami łaski«. Wie, że »sam Pan wnętrze jego ostrunił na lutnię«, że na rzeczy ziemskie i niebieskie »dał mu przecudowne oko«. Wie, że mu wcale nie potrzeba »wyswabadzać ducha, bo w nim inszy pierwiastek, niebieski — przemaga«. Ma on niezmiernie żywe »zapamiętanie« »pierworodnego początku« swego, gdzie wiódł »żywot czysty i skrzydlaty«. Czuje, iż w jego jest »wiedza pierworodna, wszechmogąca, co naukę w lot wyprzedza«. Czuje, że ma wzrok, co strzela »to skroś-niebnie, to skroś-ziemnie, niby odblask słońc tysiąca«; co »jednym rzutem wieczność zwiedza, i w kończyny światów trąca«. Czuje, że duch jego »mocen jest cud sprawić«. A czucie to jest tak silnie »oparte o Boga«, iż nigdy i nigdzie nie staje się aktem pychy, tam nawet, gdzie poeta woła: Est Deus in nobis! Że owszem, tak samo po tem zawołaniu, jak i przed niem, ma on prawo powiedzieć o sobie:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of O Bohdanie Zaleskim.
