Read here

T. Lenartowicz

Maria Konopnicka · 1898 · Free in the US

24,528 words · about 1 h 43 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1898 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=T._Lenartowicz_(Konopnicka,_1898)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Maria Konopnicka
Language
Polish
Published
1898
Length
24,528 words · about 1 h 43 min
Sections
7 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (7)
  1. całość about 52 min
  2. I about 5 min
  3. II about 10 min
  4. III about 8 min
  5. IV about 7 min
  6. V about 6 min
  7. VI about 16 min

Continue:

całość

I.

d wielu już lat stosunki rodaków z poetą, oddalonym od kraju tak znaczną przestrzenią, luźne tylko i dorywcze być mogły. Ktoś do Florencji zabiegł i przywiózł stamtąd wieść jaką, ktoś listy od niego miał, po słówku blizkim rozdzielił, i takeśmy go tem obcowaniem przygodnem trzymali miedzy sobą żywym. Dla większości wszakże jakby już nie istniał. Dla większości pieśni Lirnika Mazowieckiego były wprawdzie zawsze jeszcze rzeczywistością i pełną czaru prawdą, ale sam pieśniarz stawał się już mytem. A co się dziwić? Rozlej morze, postaw góry pomiędzy sobą a rodzoną bracią, a obaczysz, jak mgłą zajdziesz i jak spełzniesz z barwy. Bo nie była to obojętność, ani niedocena: to było oddalenie. Poeta przypominał się rzadko. Dwa, trzy razy do roku spotykałeś tu, to tam, wiersz silnego stempla, mocny czuciem, piękny formą, i taki jakiś odmienny od dzisiejszych, jakbyś go czytał z owych dawnych psałterzów duszy, co to były razem pieśnią i modlitwą. Dziś się już takich nie tworzy. Tedy jeden się dziwił, drugi i łzę otarł; ale większość prawie że nie rozumiała. Tak jest. Zaczęto Lenartowicza nie rozumieć u nas. Struny, nawiązane między duchem pieśniarza a nami, rozciągnęły się nadmiernie, zwątlały, i od strony serc naszych odrywać się i pękać zaczęły. I znowu nie była to ani niechęć, ani niedocena, tylko — oddalenie. Lirenkę, Zachwycenie, Błogosławioną i inne pokrewne znaliśmy i kochali zawsze. Te żyły z nami; ale z późniejszych pieśni, tylko niektóre weszły nam w krew i w kość. Inne przewiały nad nami skrzydłem, szumiącem wysoko, zbyt wysoko może. A i drogi też nasze odbiegły od siebie. Jak żył w tem oddaleniu, co czuł, co myślał, o to nie pytał nikt, prócz najbliższych, którychby na palcach policzył. Nagle przychodził list, papier byle jak złożony, bardzo drobnem zapisany pismem, i pokazywał ci duchowe oblicze oddalonego tak wyraźnie, iż oczy dostrzegały na niem ślady niezbytych tęsknot i gorzkiego chleba. Wtedy biegłeś, i poruszony do żywa, zaczepiałeś tego, owego, temu, owemu chciałeś rzucić słowo: — Lenartowicz pisał! — A! I cóż tam nowego? Co nowego?... Ależ właśnie cała paląca gorycz takiego listu szła z rzeczy które nowemi nie były, nie mogły być, szła z rzeczy niezapomnianych starych. Ale trafiłeś i na takich, którzy, usłyszawszy, że pisał, z całą dobrą wiarą pytali: — To on jeszcze żyje? Mnie samej zdarzyło się pytanie takie po wielokroć słyszeć. Najmłodsi zwłaszcza zadawali je z przedziwnym akcentem zdumienia. Tak prędko jadą — dalecy!

Dziesięć lat minęło, jak z rąk Adama Pługa — Lenartowicz nie znał jeszcze wówczas mojego adresu — otrzymałam pierwszy list taki, ową charakterystyczną ćwiartkę, na której rozmach pióra nie zawsze pozwalał skończyć zaczęty wyraz, a linja pisma szła to w dół, to w górę, rzadko tylko i przy obojętniejszych materjach trzymając się prostego szlaku. Ten pierwszy list nosił na sobie wszystkie naczelne rysy duchowego oblicza poety: ogromną bezpośredniość psychiczną, genjalną zdolność łączenia się z duszą ludzką i przenikania jej sobą; zdolność komunji, że tak powiem, pod obiema postaciami — myśli i uczucia, tudzież nieporównaną rzewność, prostotę i idącą z niemi w parze ludowość, w takiem głębokiem znaczeniu, o jakiej my, rozprawiający na zimno i na gorąco retorzy, nawet pojęcia nie mamy. Co my! Ludowości takiej, jaka przenikała nawskroś całą istotę Lenartowicza, nie miał ani Syrokomla, ani Bohdan, ani żaden z poetów naszych! Bo każdy z poetów naszych, na ludową nutę gęśl strojąc, wychodził z siebie, ze swojej duchowej sfery, z głównego ogniska myśli i uczuć, bądźto uniesiony, porwany, jakimś momentem psychicznym, jak Syrokomla, bądź gwoli zdybanemu z tej strony pięknu, jak Bohdan. Lenartowicz przeciwnie. Lenartowicz, gdy pieśń ludową śpiewał, wchodził właśnie w siebie, w przyrodzoną sferę swych najgłębszych wzruszeń. Jego ludowość nie była nigdy chwilowym, od zewnętrznych pobudzeń zależnym nastrojem ale była samą treścią jego natchnień, była jego naturalnym prądem twórczym, właściwą muzyką jego. Inszym pieśni ich ludowe grała lutnia, jemu — dusza. Z biegiem czasu listów takich zebrało się sporo, lecz ani jeden nic zaprzeczył wrażeniu, jakie mi zostawił pierwszy. A dziś, kiedy tak patrzę na nie, równo mi, na którym oczy zatrzymam, lub który do ręki wezmę: w każdym bije to samo rzewne, proste serce. Florenckie mieszkanie Lenartowicza skromne było i niemal ubogie; mówiło wszakże raczej o prostocie gustów poety, niżeli o braku. Stanowiły to mieszkanie dwa pokoje, odsadzone od siebie na cala szerokość dużego domu, tak, że jeden miał okna od ulicy, drugi, przeciwległe im, na podwórze; pokoje te połączone były korytarzem niezbyt jasnym, który przechodząc, słyszałeś świergot trzymanego tu w klatce szczyglika. Pierwszy był sypialną, pracownią i salonem, drugi — rzeźbiarskim warsztatem. Trzy rzeczy uderzyły mnie w tym pierwszym od proga: czarny krzyż i sodalisowski wizerunek z Częstochowy nad żelaznem łóżkiem, wielki pęk anemonów, na stół rzucony, i szczerozłoty promień, od okna po podłodze bijący. Ulica Montebello, przy której poeta od wielu lat mieszkał, leży w stronie miasta wschodniej, na lewym brzegu Arna, niedaleko ogrodów Prato, i w połowie przestrzeni pomiędzy Ponte Sospeso a Ponte Carraia, tworzy z ulicą Borgo Ogni Santi kąt ostry, którego wierzchołek opiera się o cichy plac Daniela Manina. Ulica to ani piękna, ani ożywiona, ani bogata, powiem nawet: mało włoska. Domy proste, surowe, w dwa jednostajne szeregi zrównane. Naraz szczerba. Mur to jakiś poklasztorny z sygnaturką, chwiejącą się jeszcze u bramy, w głębi ocieniona zielonością bluszczów dzwonniczka stara, czy też oratorjum jakieś, a z poza muru akacya sypie na chodnik kwiat biały, przewonny. Na co ja, patrząc z daleka, zaraz pomyślałam sobie, że wprost tej szerby właśnie okna poety być muszą. Jakoż były. Z niej też rzucała się i owa struga światła tak żywa, jakby kto wiąź kłosów pszenicznych złotem po ziemi słał. Jak tam co było, gdzie i którym kształtem stało, nie objęłam tego pamięcią, może nawet nie objęłam wzrokiem. Ale ogólne wrażenie zdawało się mówić, że upływa tu wpółzakonne Przedewszystkiem brak wszelkiego literackiego kramu. Wązkie biurko z twardym stołkiem nie świeciło żadnym z tych wyszukanych przyborów, w jakie się u nas lada pismaczek rad funduje. Papierów na niem tak, jakby nic, mały kałamarz, parę listów, wytarta teka — i tyle. Owego rozpościerania się, owej wystawy darów i pamiątek wielbicieli, owych to elegancyi szyldowych literackiego zawodu, owego wmawiania w ludzkie oko i w siebie, że się jest po uszy pogrążonym w poezy i poetą, — ani na lekarstwo. Wielka prostota niecodziennej duszy we wszystkiem. A potem w całej atmosferze izby czuć jakby pogotowie długoletniego wędrowca: jakiś kufer jeden i drugi, jakaś paka z książkami, jakaś torba podróżna, jakiś płaszcz na poręcz stołka rzucony. Coś, jakby ztąd człowiek zaraz chciał wstać i iść, nie zahaczony o nic, nie zatrzymywany niczem.

II.

Wydał mi się Lenartowicz młodszym nad wiek swój istotny. Patrząc na jego jasne i wymowne oko, na żywość ruchów, na twarz nerwową, smagławą, na piękny wąs męzki, niktby mu nie dał i lat 60. Także i głos, pełen silnie wibrujących tonów, o niezwykle bogatym, ciepłym kolorycie i bardzo obszernej skali, młodszym był, niżli wiek poety. Nie umiem i nie kuszę się opisać tego serdecznego czaru, który zdawał się promieniować z całej postaci jego. Nie czas też i nie pora mówić, o czem się potoczyła „ta nagła rozmowa, w której dzieje lat wielu chciano zamknąć w słowa“. Tyle tylko powiem, że takiej żywości uczuć, takiego ognia w sądach, takich szczerych uniesień i oburzeń gorących, nie spotkałam ani przedtem, ani u ludzi, których czas i przestrzeń oddzieliły od ogniska bezpośrednich wrażeń. Tu znać było, że z ogniska tego uniesiona iskra, płomieniem pali się w piersi, i że z życiem dopiero ugaśnie. Trąciliśmy w tych rozmowach strun wiele a struny wydały wiele harmonji, ale i wiele zgrzytu. Lenartowicz, pochylony przez stół, z podpartą na ręku głową, rozgorączkowany, z pociemniałym wzrokiem, słuchał i mówił z tą chciwością duszną, z jakąby głodny chleb jadł, albo pił — pragnący. A w tem słuchaniu, w tem pochyleniu się samem, była taka wymowa, taka żarliwość czucia, jakiej też nie widziałam ni przedtem, ni potem. Charakterystycznym rysem rozmowy poety to mi się wydało, iż, zatoczywszy zrazu szeroki jej widnokrąg, nagle uderzał słowem w punkt jakiś drobny, w szczegół, zbierał w nim promienie duszy, jak w soczewce, i z tego ziarna piasku czynił dyament, roztęczony cudnemi Dawało to mowie jego i widzeniu rzeczy ogromną dotkliwość i bardzo żywą barwę, świadcząc zarazem, że umysł ten, w sferze abstrakcyi, uogólnień, czuł się nieswojsko i długo w niej przebywać nie nawykał. Owe słoneczne kłosy dawno już przygasły, a woń akacyi płynęła szeroko przez otwarte okna, kiedy Lenartowicz po tekę sięgnął, aby mi dać poznać „Nieszczęsnych“ swoich. Dramat ten jeszcze w 86 roku był gotów. „Napisałem rzecz p. t. „Nieszczęśni“ — donosi mi Lenartowicz w lutym owego roku — którą wydrukuję i — addio! Są tam gorzkości. Ano, trudno. Niezawsze można być miodowym. Rzecz ta stanie się głośniejszą, a wielu powie, że nie ja pisałem. Niech idzie. Od sfer „Błogosławionej“ odbiegłem w głębokie cienie.“ W marcu tegoż roku pisze: „Proszę o nowy adres, a przeszlę coś z moich Ponure to malowidelko!“ W maju zaś dodaje: Moi „Nieszczęśni“ jest to coś bardo drastycznego, na co edytora pewniebym nie znalazł; a ponieważ własna kieszeń dość pusta, pozostanie to zatem, jak i „Sokrates“ ad feliciora tempora w mojej starej tece. I może lepiej tak, bo zakończę żywot pod szarą sukmaną lirnika, a nie w płaszczu z iskier i z płomieni, w które mnie moja dziwaczna proteowa natura przestrajała.“ Poeta namyślał się, wahał, i tak zeszło do 92 roku. A było to przed samą lwowską zamierzoną podróżą, której nie doczekał. I tak, nie miał pociechy oglądania w książce dzieła, które mu ulubionem było i na którem wielkie nadzieje budował. — „Co wy o mnie wiecie? — pisał mi kiedyś — Lirenka i Lirenka! Ale najżwawsze moje ptaki nie wyleciały jeszcze w słońce, i może nie wylecą nigdy!“ Czy się w tem powiedzeniu poeta nie mylił — sąd zawczesny. To pewna, że z swojej natury lirnika w dramacie wyzuć się nie zdołał, i że najpiękniejsze fragmenty „Nieszczęsnych“, są właśnie fragmentami lirycznemi. Więc kiedyśmy się tak, kartka po kartce, w czytanie owo wgłębili, przyszła kolej i na drobne, ostatniemi czasy pisane, a pełne jakiegoś bolesnego naprężenia uczuć rzeczy, o których tu nie zamierzam mówić. Wymienię tylko odę, przeznaczoną do międzynarodowej księgi, którą de Gubernatis ku czci Kolumba wówczas właśnie składał. Miał Lenartowicz wielki dar czytania. Jego giętki, podatny ulotnym odcieniom głos, wyrazista mimika ruchliwej twarzy, gest mówiący, wstrzemięźliwy, skromny, składały się na zobrazowanie poezyi owych przed duszą słuchacza. Zcicha czytał, właśnie jakby mówił, mało co pomagając sobie ruchem pięknej ręki a nie było, rzec można, wyrazu, któryby wyrazu nie miał. Przy czytaniu owem zauważyłam jednak znaczne zdenerwowanie poety. Głos chwilami się łamał i łkaniem nabrzmiewał, a ręka drżała tak, że papier w niej szeleścił, jak na mocnym wietrze; co w tej wielkiej ciszy przedzachodniej, jaka nas otaczała, dziwnie dotkliwem było. Chcąc tedy przerwać to oczarowanie, które wyczerpywało poetę, zwróciłam uwagę jego na stojący w pobliżu posążek ks. Adama Czartoryskiego, i to nas przerzuciło w świat inny. Z góry zaznaczyć trzeba, iż rzeźby Lenartowicza szerzej są znane i wyżej cenione we Włoszech, niż u nas. U nas uważa się je niemal za kaprys poety; tam za istotną sztukę, za równoległy do poezyi prąd twórczości jego. Za co je uważał sam poeta? Czasem za jedno a czasem za drugie. „Błogosławiona zdolność zajęcia palców — pisał kiedyś do mnie — bo ona daje wypoczynek duszy. Lekarstwo moje na nic się ludziom nie przyda; ale mnie bardzo. Nie mogę żyć w świecie rzeczywistym, tworzę więc sobie inny i żyję w nim, jak ów wyśmiewany rycerz smutnej twarzy. Prócz rzeźby, nauczyłem się, a raczej przypomniałem grać na drumli, i skracam sobie tą cygańską muzyką zimowe wieczory.“ Były więc chwile, w których rzeźbę swoją narówni niemal stawiał ze swojem graniem na drumli, a oboje to miał za lek na tęskliwe godziny, na zmęczenie duszne. „Wolałbym kopać glinę, niż ją lepić — pisze dalej — wszakże łatwiej o miskę gliny, niż o grzędę, i przeto „benwenutuję“ potrosze.“ Innym jednak razem chwytał za swoje rzeźbiarskie narzędzia w chwilach podniecenia energii artystycznej, rozbudzonej potrzeby działania, plastycznego uzewnętrznienia namiętnej żądzy ideału, to znaczy w chwilach, które po wszystkie czasy uważane były za momenty twórczych Jeśli więc wtedy imał się gliny, nie pióra, to dowód, że pewna sfera aspiracyj jego w taki tylko sposób zaspakajaną być mogła; że zatem owo oddanie części sił rzeźbie nie było w Lenartowiczu kaprysem, ale wynikiem głębokich, nieprzepartych podniet. Podniet takich były całe szeregi; ja wskażę z nich jedną. Od wielu już lat Lenartowicz mało z tego, co mu się pieśnią dobywało z duszy. „Śpiewam sam sobie“ — pisał mi kiedyś z goryczą, bardzo zrozumiałą i bardzo dotkliwą. „Przestałem się liczyć, nie wywieram wpływów“ — pisał innym razem z tym smutkiem, który ma beznadziejne dźwięki. To było prawdą. Jego „Śmierć Sokratesa“, jego „Mefisto“, jego „Jan III“, jego „Branka“ pozostały prawie że wcale nieznane. — „Gdyby się te prace moje zatułały do was, imienia autora nie stanowiłoby kilka strofek wiersza, powtarzanego przez artystki z teatru... Dziś nie wiedzą nawet, czy żyję, a to do tego stopnia, że, czytając nazwisko, zapytują Kurjera, czy Lenartowicz nie jest pseudonimem Kondratowicza...“ skarży się poeta w jednym ze swoich listów, jak człowiek skrzywdzony i głęboko krzywdę swą czujący. Jak na to zaradzić? Jak przemówić znów głosem żywym, budzącym echa, donośnym? Jak znaleźć drogę do serc dalekich a drogich, jak ukoić pragnienie podziału myśli i uczuć, które umie być tak niezbytem i tak dojmującem, że najsilniejszych przeraża. Jedyną radą na to było stworzenie nowego języka do wysłowienia uczuć tych i myśli, stworzenie nowych znaków, nowego wyrazu na życie duszy i na siły duszy. Językiem tym i tym wyrazem stała się dla Lenartowicza rzeźba. Okoliczności raczej, niż wybór, tę właśnie sztukę ze wszystkich podsunęły oglądającemu się za nową formą twórczości poecie. We Florencji przebywał podówczas Wiktor Brodzki, — a mam ten szczegół od niego samego, i on to pierwszy pokazał Lenartowiczowi, jak się z gliną obchodzić należy. Im obu zdawało się zrazu, że to rozrywka tylko; wprędce jednak duch poety rzucił się, jak płomień, w tę nową, otwartą sobie drogę artystycznych kreacyj, a rozrywka stała się umiłowaną pracą. Razem z poczuciem osiągnięcia pewnej doskonałości w kunszcie, przyszła fantazya, rzeźwość myśli, rozmach, coś, jakby druga młodość. W listach Lenartowicza znajduję niejeden urywek, pełen zapału, wskrzeszonej wiary w siebie i rozbudzonych nadziei. Było to coś, jakby nowe życie, owa „Vita nuova“ wielkiego florentczyka, w której duch utęskniony znalazł też sobie swoją „gentile donna“ i z uniesieniem oddawał się rozkoszy wnikania w jej istotę. I nie dziw. Poezya podawała cierpkie, gorzkie. Była to biesiada samotnika, który przy stole swoim nie ma, komuby rzekł: W ręce twoje, bracie! Rzeźba uśmiechała się urokiem plastycznej skończoności, dla której osiągnięcia twórca nie potrzebował pośrednictwa żadnego „edytora“ i której droga za góry, za morza na ściężaj była otwarta. — „Wyprawiam do Warszawy — pisze mi Lenartowicz w jednym z listów — dwie małe moje figurki bronzowe, które cyzelując, opasany fartuchem, ręce mam oliwą pomazane. Mali moi koledzy (chłopaki bronzowni) kręcą się koło mnie, i to mi przyjemność sprawia. Wszystko ma swój rytm: i obracanie koła, i stukanie młotków, a fabryka, to także lutnia, i to seryo gadająca o poezyi pracy. E’ viva Dio....“ A w innym: — „Siedzę po całych dniach z garścią wosku w ręku, z którego ulepiłem Danta, figurę, jak mi powiadają włochy, bardzo udaną: ja wiem, że lepsza od wszystkich moich poprzednich. Przez cały czas żyłem z tym wielkim wygnańcem i dużo mi naopowiadał.“ W słówku tem, rzuconem od niechcenia, uchwycony jest szczęśliwie cały charakter rzeźb Lenartowicza: opowiadają, mówią, są mówiące. Jeśli na zdobywanie techniki przez długie i studya nie zawsze pozwalała gorączka tworzenia, jeżeli stawał temu na przeszkodzie i wiek poety, i dwoisty prąd jego twórczości; jeśli w rzeźbach jego nie dość wytłómaczony jakiś szczegół anatomiczny, jakaś linia, jakiś fałd draperyi, to psychiczna, wyrazowa strona kreacyi nie szwankuje nigdy, albo prawie nigdy. Rzeźbom Lenartowicza daleko do wykończenia, na jakie się dziś pierwszy lepszy szkolarz ale ich duch prosty, surowy ustrzegł je od tego wymuskanego modernizmu i szyku w formie, a od banalności i konceptu w treści, które to oboje rozpanoszone są wszechwładnie w klasycznych niegdyś Włoszech. Dość przejrzeć choćby tylko florenckie pracownie, aby się o tem przekonać, a i na rzymskiej via Marguta to samo obaczyć można. Przedmiot rzeźby Lenartowicza jest zawsze silnie, choć często naiwnie odczuty. Gdyby mi wolno było wziąć porównanie, pod rękę leżące, powiedziałabym, iż rzeźbił on tak, jak malowali starzy mistrze umbryjskiej szkoły, w rozmodleniu się do ideałów nieziemskich i w pokornej wierze, iż to anioły Pańskie rękę im prowadzą. Starzy mistrze! To było i zakochanie oczu jego i zapatrzenie się duszy. Od nich też w prostej linji szła jego twórczość artystyczna i jego niezrównana prostota. On sam czuł się chwilami ich uczniem. To pewna, że Lenartowiczowskie rzeźby nie mają w nic współczesnego, mimo to, że temat ich nieraz współczesnym bywa; a ta archaiczność, ta ich pierwotność, ten brak szkoły, samouctwo i szukanie na własną rękę środków wypowiedzenia się w plastycznej formie, obok wybuchającej z nich poezyi żywej, mocnej, osobliwy urok nadaje tym bronzom, tym gipsom i tym marmurom, na których duch jego piętno swe położył, zapewniając im zupełnie odrębne miejsce w sztuce. — „Wymajstrowałem — pisze poeta w jednym z listów swoich — figurkę św. Pawła, podobno, że najlepszą z moich dotychczasowych, a na odpoczynek biegałem do Giotta i Fra Angelica... Uczyniłem też do Danta piedestał à la Benvenuto. (Bagatela!).“ Podżartowywał tedy sam z siebie w punkcie, na którym mniejszy artysta i ciaśniejszy umysł pawiłby się w sto oczu, obróconych ku ludziom, czy go podziwiają. Ale tak to już było u tego „małego mazura od Warszawy“, jak się sam żartobliwie przezywał w swych listach. Żadnej pretensyi, a wysokie aspiracje, dech w niebo poprostu; żadnej pozy, a wmarzenie się w piękność nieginącą; żadnej egzaltacyi, a zapał i ogień aż do strawienia się duszy — oto czynniki jego istoty, jako artysty i jako człowieka. Przedmiotu rzeźb swoich nie pojmował Lenartowicz inaczej, jak w oświetleniu jakiegoś szczególnego psychicznego momentu, który mu go widnym czynił w całości i we wszystkich częściach. Nadawało to postaciom jego pewne skoncentrowanie, pewną jednolitość, pewną także jednostronność — zgoda, ale i niezwykłą wyrazową siłę. Jego Dante, naprzykład, niewielki posążek, o którym wspomniano wyżej, nie jest to Dante z jakiejkolwiek godziny swego życia lub z jakiejkolwiek chwili wielkiego zaświatowego eposu. Chwila ta bowiem i ta godzina ściśle są określone w sobie. Jest to Dante, który tak, jak stoi, tylko co wyszedł z otchłani mąk wiecznych i oczadzony jest jeszcze ich piekielnym ziewem. Lekki ruch rąk przed siebie, lekkie odchylenie w tył głowy, przedziwnie oddają ten zawrót, jaki w nim po widzeniu siedmiorga okręgów potępieńczych został. — La testa mi torna — zdają się mówić jego usta, szukające tchu, i jego ciężkie powieki. Tak samo ks. Adam Czartoryski. Mała ta statuetka, wielkiej, jako portret, wartości, jest wcieleniem ściśle określonego momentu psychicznego. „Chciałem zrobić dobrze, nie udało się. Oto jak sobie Lenartowicz moment ten przedstawił, i co wyraźnie czytasz nietylko w wydłużonem cokolwiek obliczu dyplomaty, nietylko w trochę ciężko opuszczonej na fotel postaci, ale nadewszystko w rękach, które mają przedziwną, że tak powiem, fizyognomię, pełną wyrazu i rozczarowania. Nie zdarzyło mi się poprostu widzieć rąk, z którychby biła taka abdykacja czynu. W zakresie właściwej rzeźby, oprócz biustów portretowych naturalnej wielkości, tworzył Lenartowicz pomniejsze tylko grupy i posążki, w których i owo niewykończenie, i szkicowość, i usterki techniczne, przy drobnej skali, nikną prawie dla oka; większe natomiast kompozycye swoje wykonywał w płaskorzeźbie, której przecudnych, do rozpaczy mogących doprowadzić wzorów, Florencya tyle dostarcza na każdym kroku. Nie mówię już o jej klejnotach. Nie mówię o wielkich odrzwiach Ghibertiego, o bareljefach Donatella, Andrzeja z Pizy i Łukasza Della Robbia z Campanilli Giotta, nie mówię nawet o Bandinellim. Mówię o pierwszym lepszym starym fryzie z placu Signorii, o pierwszych lepszych drzwiach jakiejś zakrystji, o pierwszym lepszym kawałku muru z Palazzo Vecchio, czy z Loggiów Arcagna. Płaskorzeźby też dały przewaznie poznać włochom naszego artystę. Znajdzie się pewne pióro, które kiedyś ciekawe w tym przedmiocie relacye ziomkom poda; co do mnie, chcę zaznaczyć tylko, że w Santa Croce, tym Panteonie grobowców florenckich, widziałam trzy płaskorzeźby Lenartowiczowskie. Dwie z nich, w kaplicy Nowicyatu, jeśli się nie mylę, czy może w kaplicy Baroncellich, dzisiaj Giugni zwanej, zamykające, niby odrzwia krypt, wpuszczonych w ścianę, popioły dwóch rodaczek naszych: Zofji z Cieszkowskich Kickiej tudzież Zofji z ks. Czartoryskich ordynatowej Zamojskiej, mają w sobie wiele poezyi i wiele uczucia. Szczególniej ów anioł ulatujący i na skraju bronzowych odrzwiów widny, ma piękną linję i dużo prostoty. Trzeci bareljef jest tablicą pamiątkową Stanisława Becchi. Ten nie w kościele samym, ale jest wmurowany na prawo od wejścia, w dziedzińczyku cmentarnym... — „Wykończyłem wielką płaskorzeźbę, którąśmy oglądali u mnie — pisze już późną jesienią ubiegłego roku — i mam coś, jakby nadzieję, że ją miasto kupi. Fiu, co za nadzieja! Ale też włożyłem w to dość oczu i pracy.“ Oczu i pracy — tak. Ale owa z Santa Croce silniejsze robi wrażenie w swej jednolitości. Ta „wielka“ zaś skomponowana jest tak, jak rzymianie z epoki Antoninów komponowali bareljefy swoje, traktując rzeźbę, jak obraz wieloplanowy. Jest tu i pożegnanie Becchiego z młodą żoną, i wyjazd, i boje, i śmierć. Sceny te, pojedynczo piękne, i umiejętnie pod względem perspektywy rozłożone, zawsze są przecież tem, czem rzeźba z natury swojej być nie może i być nie powinna: są poematem epickim o wielu pieśniach i wielu fragmentach. Dlatego ja myślą chętniej wracam do owego florenckiego „Chiostra“ i do owych drzwi grobowych, które zawarłszy, anioł odlatuje na dalekie gwiazdy. A kiedy to piszę, patrzy na mnie z niewielkiego, ciemnego szkicu w gipsie chłop w sukmanie, z rozciągniętemi rękami pod krzyżem stojący; dar, który czekał mnie na Montebello dwa, trzy lat może, aż i doczekał się wreszcie.

III.

Wiele się u nas mówiło i dawniej i w ostatnich czasach o rozgoryczeniu poety. Miał się Lenartowicz jakoby zapomnianym czuć, jakoby niedość cenionym widzieć, miał się jakoby uskarżać na obojętność ogółu cierpko i Nie przeczę, iż tak było. Momenty takie przychodziły, musiały przychodzić na ten umysł nad miarę wrażliwy. Ale były to tylko momenty. Podstawowy jego nastrój to była pogoda, harmonijne czucie z czuciami owego, o zapomnienie pomawianego ogółu i jakiś rodzaj smętnej rezygnacyi, który melancholią swoją pokrywał i łagodził cierpkość dysonansów. — Jestem kowalem własnej doli... Faber sum... — ta zwrotka, często powtarzana w listach poety, kończy zazwyczaj skargi jego i jego rozżalenia. A i to pod uwagę wziąć trzeba, że odległość powiększa zazwyczaj każde nieporozumienie możność bezpośrednich, natychmiastowych wyjaśnień. W tej perspektywie, jaką tworzyła odległość owa pomiędzy nami a poetą, najmniejsze zaniedbanie wyrastało na złą wolę, najmniejsze zapomnienie na krzywdę. Co mówię, często nawet mniej do miary zastosowana pochwała przybierała pozory szyderstwa, ironii, tak dalece wzrok oddalonego zaostrzał się, i samem wytężeniem zmęczony, w barwach nieistniejących widział stosunki życia. Oto dowód. — Do pism warszawskich, że nie pisuję — pisze Lenartowicz w styczniu 86 r. — powód najważniejszy omyłki drukarskie, które tak parodyują każde słowo, że to do rozpaczy doprowadza — czasem wszakże nietylko bywa zecerów wina, ale i złośliwości kolegów I tak, proszony przez redakcyę X, posłałem na nowy rok wiersz, naśladowany z greckiego (Homera) następny:

— Owóż co z tego zrobiono, przeczytaj najłaskawiej, a przekonasz się, że korektor, widać, źle usposobiony dla autora, a sam znający się na miarach wiersza, poprawia, i zamiast:

Drukuje:

Znaczy, lokai, kamerdynerów i t. p. ma siedzieć owa młoda synowica możnego pana! Jest to parodya, obmyślana nie przez zecera! Ale skądże taka niechęć i taka złośliwość podawania mnie na pośmiewisko — nie pojmuję! Ręce opadają i chociaż dźwigam się, jak mogę, ani wiem, do kogo się zwrócić. Ot, za długo żyję i wyraźnie stałem się zawalidrogą. — Czy pracowałem i jak, pokaże się kiedyś, a wtedy osądzą, czy zasłużyłem na traktowanie, jakiego od warszawskich współziomków doświadczam. Jednej godziny nie straciłem, a zawsze z myślą zwrócony ku wam; za to dziś odbieram szyderstwa i parodye — lepiej nie mówić. A oto drugi, z innej sfery działalności. — „Racz najłaskawiej sprostować wiadomość kroniki „Kurjera“, co do figurki Brodzińskiego, że o żadnej wystawie takowej w Paryżu nic nie wiem i że jeśli znalazła dobre przyjęcie, to chyba w kółku znajomych współziomki naszej, mieszkającej w Paryżu, właścicielki tej małej robótki. Ja myślę, że to także na szyderstwo, wiadomość tę „Kurjer“, wyczytawszy coś w „Bibliotece Warszawskiej“, przesadnie odmienił. Napisałem ja im ostre słówko i po chłopsku!“ I jeszcze, z ostatniego, na tydzień jaki przed śmiercią pisanego listu: — „Do Galicyi, wyrwałem się, że pojadę, a ci rozkrzyczeli po gazetach... Głupi nie jestem do tyla, żebym nie znał siebie i wagi swojej. Dziwię się więc i podejrzywam, że to pisanie o moim przyjeździe jest pewnym rodzajem ironii, i doprawdy nie radości, a przykrości doświadczam. Za co, za co, za co? Za książeczkę nie bardzo poprawnych wierszów? Nie, to chyba ironia!“ Ale były i inne, bardziej uzasadnione gorycze. Oto urywek listu z r. 1887. — „Dla Boga, racz się dowiedzieć, co się stało z moim listem do hr. K., czy odebrał go, czy nie odebrał. Interes jest ważny dla mnie, bo idzie o odpowiedź, czy mu się podoba moja grupa (Stargane struny lutni), której fotografię przesłałem, i czy zgodzi się, żeby była odformowana w bronzie za cenę choćby tylko odlewu. Szkoda byłoby, gdyby się zmarnowała, a zmarnieje, gdy stąd, na co się zanosi, wyjadę. Nic mi się nie wiedzie i każda przędza rwie się w ręku... Tyle pracowałem w ostatnich czasach, i żeby też najmniejsze poparcie... nic i nic. A cóż za kraj taki? Ha, trudno. Za to mi kiedyś napiszą epitaphium, pełne użaleń“... A owo jeszcze: — „Wiersze moje, jak „Modlitwa“, „Hymn do Bogarodzicy“, wydrukowano, jako pozostałość po Wacławie... Jeden z moich wierszy: „Cztery rzeczy do rzeczy“ wydrukowano w wydaniu pośmiertnem Pola, (widać tak zła rzecz ta nie była!). Kiedyś znów użyto mojego imienia dla jakiejś złotej księgi. A co chcesz? Wina leży na nieobecnych. Faber sum...“ I jeszcze: — „O wpływie liry mojej niema co i mówić. Lira moja żadnym wpływem się nie cieszy. Wieś, lud, jak w kalejdoskopie przesuwający się przed oczami duszy mojej, nic o mnie nie wie; inteligencya zaś policzyła mnie pomiędzy jątki, efemerydy, które powstają nad wodą przed wschodem słońca i w jedną minutę po wschodzie zdychają. Trochę to podrażniło moją miłość własną; ale w końcu powiedziałem sobie: a może to i prawda!... — Więc kiedy mnie o wiersze zaczepiają, czemu nie , złość mnie porywa i niecierpliwość, którą na samego siebie obracam. Bo na cóżby się zdała ironia odpowiedzi tam, gdzie, jak się pięknie wyraża Juliusz Słowacki: „Skończona wielka tragedja powagi.“ Jest też o czem mówić! O gawędach nędznika, braciszka zmartwychwstańców, głupca, nie posiadającego żadnych kwalifikacyi, intryganta, odepchniętego przez młodzież. Wszakże lat temu trzy (pisze w 1887 r.) Wielmożny W w ten sposób podał mnie na wzgardę — Że jednak jest coś we mnie, nad czem zamyślał się Chenier przed pójściem na gilotynę, więc niespokojna dusza rządzi się zdaniem Imci pana Zabłockiego, i nie dbając na chmury panów krytyków, górne płodzi kalembury. Bez żartów! Z wpływem moim, z miłością braci dla mojej liry, dawno się pożegnałem. Piszę, cieszy mnie czasem słówko udane, ale już nie mam chęci biegania z dziećmi mojemi po jałmużnę serc. Kocham pieśń, jak za młodu, ale słuchacze moi — na mogiłach. Dziśby mnie nie słuchano, ja za długo żyję; może po śmierci będą łaskawsi. Chociaż wątpię.“ Ale po tym wielkim wybuchu oburzenia, sarkazmu i goryczy, przychodzą skargi ciche, niemal że dziecięce, i przeciągają długim korowodem, podobne owym żałobnym, ze starych fresków postaciom, z których każda niesie czarę łez pełną, ze zdroju własnej boleści nabraną. Nie sam się już pieśniarz w nich skarży. Skarży się w nich i ludzkie serce samotne a tęskniące, żywe a zranione głęboko, skarży się i owa zawiedziona ufność i nadzieja, którą, po wszystkie dni swoje chowając, tak często poeta na szwank narazić musiał, i owa melancholia wieczornej zorzy, która na zmierzchy dnia i na zmierzchy życia jednakie cienie kładzie. — „Czasem — pisze Lenartowicz w 1888 r. — wywłóczę z moich pożółkłych z przed lat 38 i 40 papierów wiersz jaki, który się tam dziwnie wpośród was wydawać musi. Gdybym był w swoim czasie drukował, powiedzieliby: romantyk — i miałbym jakieś miejsce w literaturze, a jest tego sporo, jak widzę. Ale cóż, zdawało się, że drukując swoje gminne, trwalsze sobie imię zapewnię, aż tu pokazało się inaczej. — Pracowałem dużo w glinie, w ziemi, a dziś jestem stary, ślepy włóczęga... Ktoś odezwie się z kraju, list przywiezie okazyą, pisany przed 6 miesiącami — bo u nas zwykle przez okazye piszą — ot i cala pociecha! ... Z rodaków nie mam tu nikogo, z kimby słowo zamienić. Żaden pustelnik na Tebaidzie nie czuł się tak, jak ja, samotnym. Mówię o swoich, bo z włochów prędzej się znajdzie jaka życzliwa dusza. A w kraju czyby mi było lepiej? I tam byłbym obcy. Rówieśni moi wymarli... Na moją marmurową pustynię zabiegają czasem niegodne wróble, sroki, papugi złośliwe, zawłóczą się bestye gryzące... Sokoły prawie nigdy. Lecz gdy się pojawi kto z przejezdnych, choć odwykłem, cieszę się, jak głupi bech, i każdemu wierzę, a z tego potem rosną przykrości, żale i sny niespokojne. O, ludzie są złośliwi, każdy sędzią drugiego się stawia... — Tak mi gorzko, i ciężko, i samotnie, i nieznośnie — pisze dalej w owym liście — że już mi chyba cienie wieczne nie pomogą... Od kilku dni oka nie zmrużyłem, tak jestem cierpiący na piersi i wnętrzności... Wrastam oto w ziemię, z której nie wyrosnę... — Na dobre ślepnę... Oczy okropnie bolą, a co dalej, łatwo przewidzieć: los to Bohdana, Pola Wincentego i innych dziadów z lirą i bez liry. A no, dziej się, dolo!... — Gdyby nie niedomagania na zdrowiu, pojechałbym do Paryża na Szwajcaryę, żeby sobie świat przypomnieć. Grosz, ot, znalazłby się może, choć mi moją pensyjkę miesiącami wstrzymują: ale siły brak. Jakieś zawroty głowy, jakiś smutek niewypowiedziany, wyrzuty sumienia, że wiek przeszedł niepożytecznie... Ej, niedługo już chyba będę się błąkał po dniu i po dziennikach..." Ostatnie słowa odnoszą się do owej wzmianki o zdrowiu i losie poety, którą w 86 r. podała „Gazeta Polska”, a zanią „Kurjer Warszawski”, — Lenartowicz nie był rad temu. — „Na co? Po co? — pisze w owym czasie. Ja do współczucia publiki nie roszczę żadnej pretensyi, tem bardziej, że ta publika nie wie nawet, czy ja żyję. Nieznany i nikogo nieobchodzący, co się mam żalić przed ludźmi, którzy narzekań nie lubią. Wszakże i gorzej bywa. Wielu z naszych poetów uznanych i wysoko cenionych, cięższego doświadczało losu, a kto się tem rozczulał? Olizarowski, Wolski, Zmorski, umarli po szpitalach w nędzy. W biedzie i w opuszczeniu umarł także Goszczyński, w nędzy Gosławski. Cóż się więc mnie żalić?... Czym ja lepszy? Czy może ludzie lepsi, niźli byli? Ej, alboż się zobaczymy kiedy w życiu i nagadamy o tych gorzkościach naszych!” — Kiedy mnie pytają — pisze w dwa lata później — czemu nie jadę do kraju, uśmiecham się i milczeniem odpowiadam. Wolę, że mi oddalenie rzuca czarowne zasłony na to, co jest szarem, ostrem. Ale kiedy sam zostanę, wytężam słuch, wytężam wzrok i mam duszę rozdartą na dwoje. Samotnym może być tylko anioł, albo szatan; na człowieka zaciężko, a mnie tak przeszły lata... Mniejsza o własne, acz dolegliwe szpilki i żądła; gorzej z nieosobistemi, z atmosferą, której piersi potrzebują, a której niema. Oddechu! Oddechu! A tu ani rusz.” ...„O sobie cokolwiekbym powiedział — pisze Lenartowicz jesienią 89 r. — będzie to zawsze powtarzaniem jednej i tej samej litanii: „Refugium afflictorum — Ora pro nobis! Stella matutina — Ora pro nobis! Czasem mi się zdaje, że ją ze mną mówią tłumy ludów.... Nie związany z nikim w kraju, kiedy naturalna siła magnetyczna (sen) znieruchomi mnie i podobnym ziemi uczyni, mowa ziemi, z prądami idąca, uderza mi w serce i wtedy zdarza się, że poduszka moja bywa, jakby ją z wody wyżął...” Dość. Nie mam odwagi poruszać więcej tych strun, których jęk jest zamogilny. Dwie rzeczy dodam tylko. Pierwsza, iż to, co tu z listów poety przytoczyłam, nie wyczerpuje bynajmniej całej goryczy skarg jego. Poszłam w tem za zdaniem samego poety, który mówi o swej pieśni:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…