Read here

Księżna Jurjewska

Stefan Napierski · 1928 · Free in the US

18,238 words · about 1 h 17 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1928 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Księżna_Jurjewska&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Stefan Napierski
Language
Polish
Published
1928
Length
18,238 words · about 1 h 17 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 38 min
  3. I about 3 min
  4. II about 5 min
  5. III about 3 min
  6. IV about 4 min
  7. V about 4 min
  8. VI about 3 min
  9. VII about 5 min
  10. VIII about 4 min
  11. IX about 2 min
  12. X about 2 min
  13. XI about 4 min

Continue:

Front matter

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 111 BIBLIOTECZKA Nr. 111

CYKL „SŁYNNI KOCHANKOWIE“

całość

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 111 BIBLIOTECZKA Nr. 111

CYKL „SŁYNNI KOCHANKOWIE“

ST. NAPIERSKI

KSIĘŻNA

JURJEWSKA

Nie nudzić — ucząc. | Nie kłamać — bawiąc.

T-wo Wyd. „Rój“, s. z o. o.

Warszawa, Kredytowa 1. P. K. O. 9880.

-

Sp. Akc. Wyd.-Druk. „Praca“, Kredytowa 2/4

MIŁOŚĆ NA TRONIE CARÓW:

KSIĘŻNA DOŁGORUKI-JURJEWSKAJA.

W niedzielę, dn. 13 marca 1831 r., zelektryzowała stolice Europy wieść, która spadła na wszystkich jak grom, o gwałtownej śmierci rosyjskiego autokraty: car Aleksander II padł z ręki morderców. Szczególniejsze poruszenie zapanowało w kołach dyplomacji: na wszystkie strony krzyżowały się złowróżbne depesze. Pod wrażeniem pierwszej chwili generał Chanzy, ówczesny ambasador francuski w Petersburgu, donosi swemu rządowi: „Straszliwe nieszczęście dotknęło Rosję, cesarz umarł o godzinie w pół do czwartej, padając ofiarą haniebnego zamachu. Po paradzie wojskowej powracał Jego Cesarska Mość z wizyty u wielkiej księżnej Katarzyny, kiedy wybuch rozniósł je- go powóz. Cesarz, nie odniósłszy rany, chciał wysiąść, aby zdać sobie sprawę z tego, co zaszło. W tej chwili druga eksplozja oderwała mu nogi. Umieszczony na saniach, przewieziony został do pałacu, gdzie skonał w godzinę potem. Udało mi się widzieć go na łożu śmierci, otoczonego przez osłupiałą rodzinę”. Te lakoniczne słowa wytrawnego dyplomaty malują dostatecznie całą grozę owego wstrząsającego wydarzenia. Rząd francuski, zdając sobie sprawę z powagi nowoutworzonej sytuacji, pośpieszył natychmiast z wysłaniem do Rosji w specjalnej misji jednego z urzędników ministerstwa spraw zagranicznych, młodziutkiego pod’ ówczas Maurycego Paléologue‘a — późniejszego długoletniego ambasadora w stolicy carów. Pociąg pośpieszny, idący bezpośrednio z Paryża do Petersburga, był niemal pusty: granice Rosji zamknięto dla ruchu pasażerskiego i pilnie strzeżono. Na stacji pogranicznej, w Wierzbołowie, młody urzędnik — pomimo swego dyplomatycznego paszportu — starannie został przeszukany i wybadany o cel swej podróży przez nieskazitelnie zresztą poprawnego oficera żandarmerji: z okien wagonu dostrzegł, jak trzej wielcy książęta w żało- bie, powracający z Riwjery, przechodzą przed frontem wyprężonej kompanji honorowej; widział, że przed każdemi drzwiami budynku stacyjnego stoi wartownik w pełnym rynsztunku; a w oddali, na mglistej posępnej równinie, tam i sam galopują oddziałki kozaków, strzegąc granic otwartych olbrzymiego imperjum... Niemniej steroryzowana była sama stolica, gdzie Paléologue dotarł po dalszych 24 godzinach jazdy. Na ulicy spotyka wystraszonych przechodniów, udzielających sobie cichaczem alarmujących pogłosek. Najfantastyczniejsze wieści znajdują wiarę. Mówiono o sensacyjnych aresztowaniach, o wytropieniu tajnych drukarń, o rewolucyjnych plakatach, rozlepionych na budynkach publicznych, a nawet na samym Pałacu Zimowym; szeptano o listach z pogróżkami, wystosowanemi do najwyższych dostojników państwa, o zasztyletowaniu w biały dzień oficerów żandarmerji przed Gościnnym Dworem... Pod ulicą Sadowaja na rogu Newskiego Prospektu odnaleźć miano straszliwy pocisk, zawierający 32 kilogramy dynamitu... Słowem, opinja publiczna szalała z przestrachu. Nazajutrz, w chłodny pochmurny dzień, w całkowitym porządku i ze wspaniałą pompą, odbył się pogrzeb zmarłego monarchy. Trzy strzały armatnie dały początek ceremonii; na cytadeli Piotra i Pawła zjawia się czarny i żółty sztandar o znakach cesarskich; gdy w całem mieście bić zaczynają dzwony, na wybrzeżu admiralickiem pojawia się orszak żałobny, poprzedzany przez szwadron gwardyjski. Mistrzowie ceremonji niosą oznaki władzy zmarłego samowładcy, berła, jabłka, chorągwie, miecze: Moskwy, Kijowa, Nowgorodu, Astrachania, Finlandji, Kurlandji, Gruzji (a nie brak między niemi symbolu ujarzmionej Polski). Poczem stary ks. Suworow z trudem dźwiga na złotolitej poduszce ciężką i wysoką koronę cesarstwa, kapiącą od djamentów, rubinów i topazów. W niewielkiem oddaleniu, Wśród chmur dymiących świec, kroczy rozśpiewany, intonujący psalmy, kler, z dostojnym bizantyjskim przepychem, w czarnych szatach liturgicznych, dzierganych srebrem, — niby ruchome ikony. Za nim wreszcie sunie wolno wóz żałobny, przybrany w białe pióropusze, zaprzężony w osiem karych rumaków w czaprakach z krepy. Trumna pokryta jest złotem i gronostajem, otacza ją trzydziestu paziów z płonącemi pochodniami. Kroczy za nią rodzina cesarska, dygnitarze, ciało dyplomatyczne. Świetny ten pochód dociera do katedry. Podczas uroczystego nabożeństwa trumna — wedle obrządku greckiego — pozostaje otwarta. Pod drgającem światłem świec dramatycznie rysuje się sina twarz nieboszczyka, pozbawiona kropli krwi, pod gazą, mającą skryć śmiertelne rany. Rozbrzmiewa patetyczny chór, śpiew o „wiecznej pamięci“. Duchowny w szatach pontyfikalnych wygłasza formułę odpuszczenia grzechów i okala czoło nieboszczyka długiem pasmem pergaminu ze słowami rozgrzeszającej modlitwy. Oto pozostaje jeszcze pożegnanie ostatnie. Aleksander III z oczami pełnemi łez wstępuje na stopnie katafalku, pochyla się i składa ostatni pocałunek na rękach ojca. Kolejno naśladują go inni członkowie rodziny. Poczem ambasadorowie mocarstw obcych i personel poselstw postępują naprzód, zmierzając ku trumnie. Lecz, nagle, na znak, dany przez ks. Lievena, wielkiego mistrza ceremonji, wstrzymują się. Z głębi cerkwi, z drzwi, prowadzących do zakrystji, wsparta o ramię ministra dworu, wyłania się sylwetka młodej szczupłej kobiety, zawoalowanej krepami. To — morganatyczna małżonka Aleksandra II, księżna Katarzyna Michajłowna Jurjewskaja, z domu księżniczka Dołgoruki.

II.

Aleksander II od najmłodszych swych lat był wielce kochliwego usposobienia. W roku 1837 z rozkazu ojca, Mikołaja I, przedsięwziął dwudziestoletni następca tronu podróż po dworach europejskich celem „dokończenia edukacji“; zatrzymuje się w Berlinie, Monachjum, Wiedniu, Turynie, Florencji, Rzymie, Neapolu. Wraca przez Szwajcarję i, chcąc jak najprędzej dostać się do wymarzonego Londynu, wykreśla ze swej marszruty szereg pomniejszych księstewek niemieckich. Lecz władca jednego z nich, stary Ludwik II, elektor Hesji, nalega tak długo i usilnie, że wielki książę nie może się wreszcie uchylić od jego gorących zaprosin. Przybył więc wreszcie do Darmstadtu i tu — niezwłocznie — zapłonął miłością ku księżniczce Marji, najmłodszemu dziecku swego gospodarza. Adjutantom przybocznym wyznał: „Oto ta, o której marzyłem. Poślubię ją — albo nikogo“. W Petersburgu to samo powtarza rodzicom, dodając, iż raczej zrzeknie się tronu, niżby miał się wyrzec ukochanej. Lecz Mikołaj I, także w życiu rodzinnem dumny i samowładny despota, sprzeciwił się stanowczo wprowadzeniu do carskiej rodziny córki jakiegoś tam niemieckiego książąt- ka. Nic jednakże zachwiać nie zdołało uczuć Aleksandra. Wreszcie wyjawiono następcy tronu główny szkopuł. Było publiczną tajemnicą, że stary książę Ludwik od lat kilkunastu żył w separacji ze swoją małżonką: dwoje ostatnich swych dzieci uznał za swoje tylko ze względów przyzwoitości, ale jawnie wskazywano palcem prawdziwego ich ojca. Lecz nawet wzgląd na skandal dynastyczny nie mógł powstrzymać rozkochanego cesarzewicza; Mikołaj I zmuszony był wreszcie ustąpić; ślub młodej pary odbył się w kwietniu roku 1841. w Pałacu Zimowym. Księżniczkę Marję — pomimo tajemnicy jej pochodzenia — przyjęto w rodzinie carskiej z wylaną serdecznością; dworacy mieli jej, co najwyżej, do zarzucenia zbytek powściągliwości, odrobinę za wiele ceremonjalności. Małżonek natomiast trwał w swem uczuciu, był pełen względów i czułości; gdy wstępował na tron w roku 1855, miał z nią już sześcioro dzieci. Częste te porody źle jednak wpływały na zdrowie cesarzowej; surowy zaś klimat Petersburga nie służył wątłej jej naturze, zwiększając skłonności do chorób piersiowych. Skazana przez lekarzy na życie wyłącznie domowe, wkrótce spostrzegła, iż cesarski jej małżonek zaniedbuje ją coraz bardziej; zczasem pogodziła się ze swym losem, pomna, iż dzięki niemu z nieznanej drugorzędnej księżniczki wyniesiona została na stanowisko imperatorowej Wszechrosji. Tymczasem Aleksander Mikołajewicz, ulegając ciągłym kaprysom, bezustannie gonił za miłosnemi awanturkami. Wreszcie zjawiła się ta, która miała się stać wielką miłością jego życia, namiętnością, przesłaniającą mu obowiązki męża i ojca, przenikającą w najtajniejsze sekrety polityczne jedynowładztwa, władnącą nim niepodzielnie aż do śmierci.

Ojcem tej, która całkowicie zapanować miała nad sercem cesarza, był ks. Michał Dołgoruki, magnat, pędzący beztroskie życie między Petersburgiem a dobrami swemi w okolicach Połtawy. Zdarzyło się tak, iż w sierpniu 1857 r. Aleksander II, udający się na manewry, odbywające się na Wołyniu, zatrzymał się we dworze Tiepłowka; tak zwało się latyfundium owego arystokraty. Cała jego rodzina, chcąc pozostawić swobodę dostojnemu swemu gościowi, zamieszkała w jednem ze skrzydeł pałacowych. Któregoś popołudnia, gdy car w otoczeniu adjutantów zażywał wyczasu na cie- nistej werandzie, małe dziewczątko przebiegło tuż przed nim. — Kto ty jesteś i co robisz tutaj, moja maleńka? spytał się jej łaskawie. Wyksztusiła cała w ponsach: — Jestem Katarzyna Michajłowna i chciałam zobaczyć cesarza. Car, rozweselony i zachwycony, wziął ją na kolana, gawędząc z nią chwil W rok potem wypadło mu zająć się jej losem. Ks. Michał Dołgoruki bowiem, nie potrafiąc opanować hulaszczej żądzy zbytku, stracił całą swą wielkopańską fortunę. Car jednak nie opuścił oddanego sobie służebnika: celem uchronienia go od czyhających zewsząd wierzycieli kazał Tiepłowkę wziąć „pod nadzór cesarski“, a tem samem uczynić ją nienaruszalną, a jednocześnie wziął na wychowanie jego dzieci, w czem obie córki. Zostały one umieszczone w Smolnym Instytucie, arystokratycznym pensjonacie, położonym pięknie na wybrzeżu Newy. Od czasu założenia go monarchowie rosyjscy zaliczali do swych rodzinnych niejako obowiązków częste odwiedzanie swych pupilek, interesowanie się ich wychowaniem, ich nauką i zabawami. Często zdarzało się, iż Aleksander II zostawał na herbacie wśród młodych panienek; wkrótce za- uważono, iż szczególnie zdawał się zajmować księżniczkami Dołgoruki, wyróżniającemi się urodą wśród swych koleżanek, i że specjalnemi względami otaczał starszą z nich, Katarzynę. 17-letnia Katarzyna zamieszkała, po ukończeniu Smolnego Instytutu, u brata swego, Michała, żonatego z piękną markizą neapolitańską. Zimę spędzano w Petersburgu, a lato w Peterhofie, gdzie zjeżdżał także na wywczasy dwór carski, — owym Peterhofie, cacku, wystawionem przez Piotra Wielkiego na brzegu fińskiej zatoki z sekretną myślą zakasowania Wersalu. Któregoś dnia wczesną wiosną — znać jeszcze było ślady śniegu — spotkała młodziutka księżniczka, spacerując po parku, cesarza, odbywającego swą codzienną przechadzkę w towarzystwie adjutanta. Cesarz, nie zważając na obserwujących ich przechodniów, wziął ją pod ramię i zaprowadził do ustronnej alei. Tu poczynił tej młodej niedoświadczonej dziewczynie wyznania, które nią wstrząsnęły do głębi. Odtąd, spotykając ją często, czy to w parku letnim, czy też na cienistych wyspach Newy, ponawiał zapewnienia gorącej miłości, lecz ona pozostawała chłodna, skryta, nieufna. Tak upłynął rok. Aleksander nastawał coraz silniej, opór Katarzyny topniał. W lipcu 1866 znów znaleźli się w Peterhofie. Tam, na krańcach parku, w miejscu, okolonem zielenią i kwiatami, wznosi się nad czarną marszczącą się wodą prześliczny pawilonik z kolumienkami, zwany Bahygone, wystawiony niegdyś przez Mikołaja I dla żony swej, Aleksandry. Tu wreszcie uległa Katarzyna dostojnemu swemu kochankowi. Odtąd pawilon widywał ich częściej, a Aleksander za każdym razem ponawiał solenne swe obietnice: — Dzisiaj, niestety nie jestem wolny; lecz przy pierwszej okazji poślubię cię; gdyż od teraz i już na zawsze uważam cię za swą małżonkę w obliczu Boga... Kiedy chłodne wrześniowe podmuchy zmusiły dwór do powrotu do Petersburga, kochankowie widywać się zaczęli regularnie. Kilka razy na tydzień piękna księżniczka Katarzyna skrycie zjawiała się w Pałacu Zimowym. Miała klucz, otwierający zaciszny parterowy pokój, tajnym korytarzem łączący się z apartamentami cesarskiemi. Ich miłość miała za scenerję ponure tło surowych mebli, obrazów, książek, z pośród których nieubłagany autokrata, Mikołaj I, przez lat trzydzieści rządził swem państwem. Jednak związek ten niedługo mógł pozostać utajony. Wkrótce szeptać zaczęto o nim w salonach petersburskich, ale szeptać cichutko, gdyż wówczas osoba cara była niemal święta, a przytem hr. Szuwałow, naczelnik straszliwej III sekcji kancelarii przybocznej, miał wszędzie swoich zauszników i lepiej było groźnych tajemnic nie powierzać nawet ścianom, które słyszały. Wreszcie pogłoski dotarły do bratowej Katarzyny — Michajłowny, którą w pewnych kołach dworskich oskarżać zaczęto o patronowanie stosunkowi; dotknięta i przerażona uwiozła nagle Katarzynę do Neapolu, do swej rodziny. Kilka miesięcy wcześniej środek ten okazałby się może skuteczny, dzisiaj było już za późno: kochankowie codziennie wymieniali listy. W kołach arystokracji największe oburzenie, skrywane zresztą, budziła znaczna różnica wieku między cesarzem a jego faworytą: Aleksander II liczył już podówczas 47 lat i mógł być ojcem młodziutkiej księżniczki. Trudno jednak przypuścić, aby uległa mu ona wyłącznie jako wszechwładnemu cesarzowi. Car był to bowiem w całej pełni piękny mężczyzna. Teofil Gautier następujący kreśli jego portret w roku 1865: „Włosy cara są przycięte krótko i uwydatniają jego czoło duże i pięknie uformowane. Rysy jego o doskonałej zdają się wykute jakby w bronzie medalu, Zarysy ust mają ostry i wydatny zakrój niby rzeźby greckiej; niebieskie oczy odbijają pięknie od smagłej cery twarzy, ogorzałej dzięki częstym ćwiczeniom pod gołem niebem. Wyraz oblicza posiada majestatyczną, acz łagodną, powagę, którą rozjaśnia niekiedy uśmiech pełen wdzięku“. Jeśli sądzić wolno, Katarzyna Michajłowna, powierzając swój los w ręce cara, usłuchała nie tylko swej dumy, ale także zmysłów i serca.

III.

W czerwcu 1867 roku Aleksander II, przynaglony usilnem zaproszeniem Napoleona III, udaje się do Paryża, aby zwiedzić wystawę międzynarodową. Przyjmowany jest tam z wielkiemi honorami: w towarzystwie obu synów staje w specjalnych apartamentach Pałacu Elizejskiego. Wkrótce jednak pryska nastrój idylli; podczas zwiedzania Sainte-Chapelle grupa adwokatów paryskich rzuca carowi prosto w twarz okrzyki: „Niech żyje Polska!“, a nazajutrz, 6 czerwca, na cara, powracającego wraz z Napoleonem z rewji wojskowej, strzela do otwartego powozu emigrant polski, Berezowski, i — cudem chybia. Podobnie roku nie trafiła go kula anarchisty, Karakosowa; lecz był to dopiero początek długiej serji, uwieńczonej wreszcie tragicznem powodzeniem. Wizyta Aleksandra II w przewidywaniach rządu francuskiego miała za sobą pociągnąć doniosłe skutki polityczne, miała zapewnić przychylność Rosji cesarstwu Napoleona III, nad którem tymczasem zewsząd zbierały się chmury: właśnie otrzymano wiadomość, iż powstańcy meksykańscy zablokowali w Quenturo nieszczęsnego cesarza Maksymiljana, protegowanego przez Napoleona III, a także Prusy rosły w potęgę i zbliżał się już dzień Sedanu. Lecz rachuby Francji całkowicie zawiodły: Aleksander nie mógł zapomnieć, iż chwiejny cesarz Francuzów przed czterema laty popierał drogą dyplomatyczną powstanie polskie, utopione wreszcie we krwi. Odwiedziny pod złemi rozpoczęły się auspicjami, a zresztą cara bardziej od polityki absorbowały sprawy sercowe.... Strzegący go ajenci tajnej policji francuskiej wkrótce mieli sposobność zauważyć częste jego zamyślenia, jego wzrok pełen roztargnienia, jego przymus. Zapewne też zdawali sobie sprawę z powodów tego usposobienia... Bo oto po 6 miesiącach mimowolnego wygnania zjawiła się w Paryżu. Zamieszkała w ustronnym pałacyku i każdego wieczora udawała się do Pałacu Elizejskiego, przemykając dyskretną furtką żelaznego ogrodzenia. Każdą chwilę wolną, jaką mógł wyłowić zpośród niezliczonych uroczystości, urządzanych na jego cześć, poświęcał cesarz swej faworycie. Pod cieniem tych samych drzew, gdzie niegdyś błądziła pani de Pompadour, słuchała ks. Dołgoruki namiętnych zaklęć miłosnych. „W ciągu roku, kiedy tak okrutnie mnie odpychałaś, — zapewniał ją Aleksander — i w ciągu pobytu twego w Neapolu nie pożądałem żadnej innej kobiety, żadna nie istniała dla mnie! Tyś jest jedyna, odkąd ciebie kocham!“

Odtąd, po powrocie do Petersburga, związek ich przybrał charakter definitywny. Katarzyną Michajłowna zamieszkiwała śliczną willę na „pobrzeżu angielskiem“, miała własną swą służbę i pojazdy. Gdy car zmieniał miejsce pobytu, jechała w ślad za nim: do Carskiego-Sioła, Peterhofu lub Liwadji. Prowadziła życie zamknięte, udzielała się mało, nigdy nie odwiedzała teatru. Conajwyżej można ją było spotkać na balach, w których brał udział sam cesarz, gdyż tańczyła cudownie, a on lubił zachwycać się jej tańcem. Mianował ją też damą honorową cesarzowej, aby umożliwić jej dostęp do dworu i branie udziału w oficjalnych przyjęciach. Wyniosła i niedostępna, opuszczona carowa z chłodnym nieprzeniknionym uśmiechem przyjmowała głęboki, przepisany ceremonjałem, ukłon młodej swej rywalki. Najzupełniej zresztą nie zdawała sobie sprawy z całej powagi nowej zdrady swego małżonka; uważała ją za równie banalną przelotną awanturkę, jak poprzednie. Nigdy nie domyśliłaby się przysięgi świętokradczej, złożonej w pierwszych dniach tej miłości, w pawiloniku Babygone: „Przy pierwszej okazji poślubię cię!“ Przecież pierwszą tą okazją była przewidywana jej śmierć!... Tymczasem węzły, łączące cesarza z kochanką, coraz bardziej się zacieśniały. Aleksander był autokratą do szpiku kości; poczucie godności monarszej tworzyło wokół niego barjerę, oddzielającą go od świata. Wprawdzie długo konferował z ministrami, wysłuchiwał ich zdania, lecz nigdy nie zdradzał przed nimi swych wątpliwości, swych niepewności i wahań, i decyzje jego odbierali oni wyłącznie w formie nieodwołalnych rozkazów. W obecności Katarzyny-Michajłowny nareszcie folgował sobie; przed nią, oddaną wyłącznie miłości, za którą nie stały żadne koterje, mógł wreszcie nie mieć tajemnic. Wkrótce stała się jedyną jego powiernicą. Odtąd, nie mogąc się obejść bez niej, pragnął, by towarzyszyła mu we wszystkich jego podróżach, zwłaszcza do Ems, gdzie corocznie udawał się na kurację. Tutaj, w czerwcu 1870 r., rozegrały się w ustronnej willi sceny, za informacje o których szpiedzy francuscy zapłaciliby góry złota. Zaś Księżniczka Dołgoruki natychmiast była powiadamiana o decydujących rozprawach, które cztery dni z rzędu toczyły się między Aleksandrem II a Wilhelmem I, królem pruskim, oraz ich kanclerzami, ks. Gorczakowem i Bismarckiem. Tułaj car wznowił tradycyjną swą przyjaźń z Prusami i wydał im na pastwę — wzamian za kilka drobnych korzyści uzyskanych na Bliskim Wschodzie — całą Francję. Dzięki temu w dwa miesiące później cesarstwo francuskie zdruzgotane zostało pod Sedanem a losy Europy rozstrzygnęły się na lat kilkadziesiąt.

IV.

W ostatnie dni tej samej pamiętnej jesieni ważne, acz całkowicie prywatne wydarzenie zmąciło spokój obojga kochanków. Katarzyna-Michajłowna poczuła się brzemienną. Ona — odczuwała radość i dumę macierzyńską, lecz cesarz faktem tym głęboko był wstrząśnięty. Związek ich stawał się odtąd publiczny, a ukochana jego — zbezczeszczona na zawsze. Wprawdzie strach przed tajną kancelarją zdoła powstrzymać opinję od niewczesnych plotek, lecz cóż szeptać będą za zamkniętemi drzwiami? Przyczem Aleksander wielbił urodę swej kochanki i obawiał się dla jej młodziutkiego ciała ciężkich przejść macierzyństwa. Wszystko jednak miało przebieg jak najpomyślniejszy. Nikt aż do ostatnich dni nic nie zauważył, gdyż — dziwnym trafem — odmienny stan nie zniekształcił księżniczki. Wreszcie, wieczorem 11 maja 1872 roku poczuła pierwsze bóle. Cesarz zawczasu już zarządził, aby, przy pierwszych objawach zbliżającego się rozwiązania, udała się do owego sekretnego pokoiku w Pałacu Zimowym, gdzie kochankowie zwykli się spotykać; cały system korytarzy, przejść zamaskowanych, oddanej służby — całkowicie izolował go od reszty apartamentów. Młoda kobieta, nie uprzedzając nikogo, nawet swej bratowej, ani przybocznej pokojowej, sama jedna pojechała powozem do pałacu i kluczem otworzyła znajomą furtkę na parterze. Cesarz, uprzedzony, nadbiegł niezwłocznie, lecz bóle nagle ustały; po upływie godziny księżniczka usnęła spokojnie na staroświeckiej kanapce, pokrytej niebieskim rypsem. Aleksander, upewniwszy się, że nie cierpi dłużej, powrócił do swojej sypialni na górze. Katarzyna została sama. Tylko przed drzwiami sprawował wartę stary weteran-grenadjer. Ten to oddany żołnierz zbudził cara koło godziny 3-ej nad ranem: bóle porodowe wróciły ze straszliwą siłą. Posłano po lekarza i akuszerkę, lecz mieszkali oni daleko, a stan księżniczki, wijącej się na wąskiej kanapie, pogarszał się z minuty na minutę: Aleksander, bez kropli krwi w twarzy, trzymał ją za rękę i czułemi słowami dodawał odwagi. Kiedy zjawił się wreszcie dr. Krasowski, car zlecił mu tonem nie znoszącym sprzeciwu, w jakim zwykle wydawał rozkazy: — Jeśli trzeba, niech pan poświęci dziecko; lecz ją niech pan uratuje za wszelką cenę! Nareszcie, po długich dręczących godzinach, przyszedł na świat syn. Zaraz potem cesarz zmuszony był opuścić oboje z najwyższym pośpiechem: była to niedziela i cały dwór czekał nań z porannem nabożeństwem. Chłopiec otrzymał imię Jerzego; tego samego dnia, natychmiast po chrzcie, przewieziono go potajemnie do jednego z domów w Moskiewskim Pereułku, gdzie wziął go pod opiekę generał Rylejew, szef wydziału bezpieczeństwa osobistego przy boku cara. U drzwi domu postawiono żandarmów, którzy nie dopuszczali nikogo; obecność ich w pobliżu groźnego generała nie budziła zdziwienia. Dziecko powierzone zostało pieczy mamki rosyjskiej i francuskiej guwernantki. Pomimo tych krańcowych środków ostrożności porodu nie udało się długo zataić. Rodzina cesarska — a zwłaszcza otoczenie cesarzewicza — była w najwyższym stopniu zaskoczona i skonsternowana. Najbliżsi krewni, a wśród nich ulubiona kuzynka cara, w ks. Helena Pawłowna, ukryć nie mogli swych obaw ze względu na komplikacje, jakie pociągnąćby mogło wprowadzenie tego „bękarta“ do dynastji Romanowych! Jedna tylko cesarzowa Marja jak zwykle nie dawała nic poznać po sobie: nadal pozostawała chłodna i niedostępna; lecz od tej chwili choroba, trawiąca ją skrycie, poczyniła gwałtowne postępy. Także wiernopoddańcze koła arystokratyczne nie kryły się ze zdumieniem; dziwiono się powszechnie, że 54-letni mężczyzna, będący już dziadkiem, nie potrafi powściągnąć swych namiętności. Niezadawolenie to wzmogło się jeszcze, kiedy przy końcu roku 1873 gruchnęła wieść, że faworyta wydała na świat drugie dziecko, dziewczynkę, która otrzymała imię Olgi. Tym razem do samego cesarza dotarły wymówki, jakich nie szczędzono mu obecnie z racji publicznego jego wiarołomstwa. Hr. Szuwałów, naczelnik osławionej III sekcji, „wielki inkwizytor cesarstwa“, opierając się na swym obowiązku czuwania nad opinją publiczną w kraju, ośmielił się zwrócić uwagę swemu panu na cichy ferment, wywołany temi faktami. Lecz Aleksander — wbrew zwyczajowi — wysłuchał go niechętnie i pożegnał oschle, dając do zrozumienia, że nikomu nie pozwoli mieszać się do swego życia prywatnego. Skutki niełaski nie dały długo na siebie czekać. W lipcu roku 1874, gdy cesarz, jak zwykle, zażywał kuracji w Ems, przyjął któregoś dnia wyróżniająco serdecznie Szuwałowa, składającego mu codzienny raport: — Winszuję ci, Piotrze Andrejewiczu! — Czy wolno wiedzieć, Sire, czemu zawdzięczam gratulację Jego Cesarskiej Mości?. — Mianowałem cię właśnie moim ambasadorem w Londynie. Głosem łamiącym się nieco hr. Szuwałow rozpływał się w podziękowaniach. Na jego miejsce otrzymał nominację skromny oficer, całkowicie pozbawiony indywidualności, — ślepe narzędzie w rękach cesarza.

———o———

Car nie przestawał myśleć o losie swych nielegalnych dzieci. Aby nie zdradzić sekretu ich urodzenia, kazał je ochrzcić potajemnie, a nawet, dla większej ostrożności, własnoręcznie podarł akt ich chrztu. Lecz trzeba im było stworzyć bądź co bądź jakiś ślad „stanu cywilnego“... O to nie było znów tak trudno. Statut bowiem cesarstwa przewidywał w § 70: „Rozkaz cesarski, wydany w poszczególnym wypadku, zawiesza przepisy praw ogólnych, dotyczące tego wypadku.“ W zasadzie wprawdzie rozkazy cesarskie winny były być komunikowane „senatowi rządzącemu“, który, wbrew swemu szumnemu tytułowi, był zresztą bezwolnem ciałem doradczem, — lecz zależało to tylko od woli panującego, czy ten lub ów z rozkazów zechce ukryć przed oczami świata całego. Przez czas dłuższy Aleksander wahał się, jakie nazwisko przyznać ma swym z lewego łoża; arystokratyczne nazwisko Dołgorukich byłoby hańbiące dla matki, a przytem świetny ten ród mógł się z czasem wyrzec nielegalnych swych potomków. Przeważyły wreszcie względy historyczne. Ród bojarów Dołgorukich sięgał XII wieku i spokrewniony był z rodem samych Rurykowiczów; jednym z najświetniejszych tych antenatów był Juryj, ósmy syn Włodzimierza Monomacha, założyciel Moskwy w r. 1147. Powołując się tem pełnem chwały wspomnieniem, Aleksander nadał dzieciom swej kochanki nazwisko Jurjewskich, dodając tytuł książęcy i przydomek wysokości. W lipcu 1874 r. wydał z Carskiego Sioła odpowiedni ukaz do senatu, który jest zarazem oficjalnem przyznaniem się do ojcostwa, gdyż w urzędowym tym reskrypcie mówi o Jerzym i Oldze Aleksandrowiczach Jurjewskich.

V.

W ciągu r. 1876 wielka fala nacjonalizmu przeszła przez Rosję. Cały półwysep bałkański był w ogniu i krwi. Od Dunaju do morza Egejskiego Bułgarzy, Bośniacy, Serbowie, Czarnogórcy walczyli rozpaczliwie, aby wstrząsnąć jarzmem tureckiem. Kwiat rosyjskiej inteligencji: Aksakow, , Tiutczew — głosił hasła panslawizmu. Wszystkich wzrok zwrócony był ku Złotemu Rogowi, ku św. Zofji, gdzie po kilkuset latach niewoli znów zajaśnieć miał złoty ortodoksyjny krzyż; wspominano testament Piotra Wielkiego i nakaz zawarty w nim: opanowanie Carogrodu, — wieczny sen rosyjskich samowładców. Car przez długie miesiące opierał się wytrwale powszechnemu ruchowi, wreszcie i on ulec musiał. W pierwszych dniach kwietnia r. 1877 zniknęły ostatnie szanse pokoju; między Petersburgiem a Konstantynopolem rokowania toczyły się już tylko dla pozoru, a tymczasem koncentrowano dwie armje rosyjskie; w Besarabji i u południowych granic Kaukazu. 24 kwietnia rosyjski poseł w Stambule wręcza wielkiemu wezyrowi deklarację wypowiedzenia wojny. Jednocześnie w. ks. Mikołaj przekracza Prut, w. ks. Michał usiłuje wtargnąć do tureckiej Armenji. Tego samego dnia car wyda je z Kiszyniowa pierwszy manifest wojenny do swych żołnierzy. Tutaj też czeka, aż armje jego przekroczą Dunaj, postanawiając, zgodnie z tradycją, odziedziczoną po Mikołaju I, wtedy dopiero znaleźć się pośród swych wojsk. Dunaj tymczasem, na skutek ulewnych deszczów, uniemożliwia przeprawę. Wreszcie, po kilku tygodniach daremnego oczeki- wania, dn. 27 czerwca armja rosyjska po gwałtownej walce przechodzi na drugi brzeg. Car, uszczęśliwiony, staje po raz pierwszy na ziemi bułgarskiej, którą zamierza oswobodzić. W 10 dni później Rosjanie w niepowstrzymanym marszu wkraczają do Tyrnowa, dawnej stolicy Bułgarów. Car widzi już w marzeniu sztandar swój powiewający nad muzami Adrjanopola. W korespondencji swej z Katarzyną, trwającej poprzez wszystkie wypadki tej wojny, daje obecnie wyraz swemu entuzjazmowi i nadziejom, nie kryjąc się jednocześnie z obawą, jaką wytwarza w nim dwuznaczne stanowisko Anglji; ówczesnego kierownika brytyjskiej polityki, lorda Israeli de Beaconsfield, nazywa poprostu „świnią“, lub wymyśla mu od żydowskich intrygantów. Szanse Rosjan tymczasem chwiały się istotnie; wprawdzie generał Hurko (osławiony potem jako wielkorządca w Warszawie) w słynnym ataku zdobywa ufortyfikowani pozycje niedostępnego wąwozu górskiego Szypki, ale w kilka dni potem Rosjanie ponoszą dotkliwą klęskę pod murami Plewny. W 10 dni później ponawia się ta porażką, tym razem bardziej jeszcze krwawa, Aleksander zmuszony jest odwołać tak świetnie rozpoczętą ofensywę, cofnąć za Dunaj swą kwaterę główną, i — co najwięk- szym było ciosem dla narodowej dumy rosyjskiej — zawezwać pomocy korpusu rumuńskiego, liczącego 40.000 ludzi, aby wzmocnić siły, oblegające Plewnę. 12 września Osman-Basza czyni wycieczkę z zamkniętej twierdzy i przyprawia Rosjan o olbrzymie straty: w ciągu dwóch godzin pada 14 tysięcy ludzi. Aleksander bliski jest rozpaczy. Pisze wtedy do swej kochanki: „O, mój Boże! Przybądź nam z pomocą i zakończ tę ohydną wojnę na chwałę Rosji i dla dobra chrześcijan! To jest krzyk serca należącego do Ciebie, jedyna, którego nikt lepiej nie pojmie od Ciebie, moje bożyszcze, mój skarbie, moje życie!“ Sytuacja armji rosyjskiej w tych warunkach naprawdę stawała się niełatwa; zwołano tedy walną naradę wojenną, aby zdecydować, co uczynić dalej? Istniała możliwość wycofania całej armji za Dunaj — na leża zimowe — lecz tego nikt nie odważył się zaproponować ze względu na opinję świata i... Rosji: przecież stracono 60.000 żołnierzy, a teraz mianoby uciekać przed Turkami? Musiano więc koniec końców pogodzić się z myślą o kampanji zimowej, ale Aleksander nie miał złudzeń co do tego, jak olbrzymie jeszcze czekały go trudności. Wyszedł z narady trawiony niepokojem, i wobec kochanki nie kryje swego rozdrażnie- nia. O swych codziennych wizytach w ambulansach pisze: „Widok ten męczy mnie straszliwie, wprost nie mogę powstrzymać łez“.

W październiku srożyć się zaczynają mrozy, a z niemi burze śnieżne, opadające na łańcuch Bałkanów. Car przeżywa okropne dni niepokoju; tylko wieczorami, zamknięty w brudnej wiosce Gorny-Studena. przy lichym ogarku doznaje chwil ulgi, wpatrzony w fotografję swej kochanki, i pisuje do niej listy, pełne tęsknoty. W końcu miesiąca trzeba było wreszcie przyznać, że twierdzy nie uda się wziąć siłą: nic innego nie pozostawało, jak czekać na skutki bombardowania, siejącego codziennie spustoszenie, i głodu, dokuczającego obrońcom. Wśród Turków szalał tyfus i dezynterja, rację dzienną zmniejszono dla każdego z oblężonych do 50 gramów chleba, garści ryżu i odrobiny kukurydzy, a jednak nie ustawali w bohaterskim oporze. Na propozycję poddania się odparł Osman-Basza, iż zdecydowany jest walczyć wraz z całą armją „do ostatniej kropli krwi“. Jedyną pociechą dla Aleksandra były wieści z Armenji, gdzie gen. Loris-Melikow zdobył fortecę Kars. Wreszcie, 10 grudnia, w gęstej, mrożącej do szpiku kości nagle zauważyły forpoczty rosyjskie niezwykły ruch w okopach tureckich: to garnizon twierdzy, liczący niespełna 40.000 ludzi, atakował pozycje rosyjskie, by z bronią w ręku utorować sobie drogę poprzez wroga. Po sześciu godzinach zaciętej walki istotnie zdobyli pierwszą linję oblężniczą; lecz z trzech stron miażdżyła ich przeważająca ciężka artylerja. Wtedy, wyczerpawszy wszystkie środki obrony, zwątpiwszy w możność ocalenia, Osman-Basza, wraz z resztą swej armji, oddał się w ręce zwycięzcy; jednak, ufając jego wspaniałomyślności, nie podpisał kapitulacji. Nazajutrz Aleksander II kazał odprawić uroczyste Te Deum w głównej reducie zdobytego miasta. Osmana-Baszę, którego początkowo wywieziono pod konwojem w kierunku Bukaresztu, zwrócono z drogi: car zażądał, by mu osobiście doręczył swą szpadę. Na okrutne to żądanie dzielny Turek odparł z prostotą: „Nie wiedziałem, że zasłużyłem na to ostateczne upokorzenie“. Lecz cesarz czekał już nań w otoczeniu całego sztabu i wielkich książąt, świeżo ozdobionych orderami z racji zwycięstwa. Dwaj żołnierze wynieśli z powozu generała; pomimo utraty krwi własnoręcznie — szlachetnym gestem — wyciągnął szablę z pochew i podał ją swemu zwycięzcy. Car dotknął ją dwoma palcami i natychmiast oddał pokonanemu wrogowi.

VI.

Po tem tak ciężko okupionem zwycięstwie cesarz powrócić mógł wreszcie do Petersburga. Przyjmowano go tam, jak triumfatora: na stacji powitał go dwór, senat, kler, ministrowie, a na „Newskim Prospekcie“ zalegały milczące skupione tłumy, które, z chwilą, gdy się ukazał, wzniosły entuzjastyczne wiwaty. Wkrótce jednak czar prysł: przyglądano się z osłupieniem zmienionej jego postaci, wynędzniałej jego twarzy; jeden ze świadków naocznych w ten sposób opisuje powszechne wrażenie: „Kiedy cesarz wyruszył na wojnę, był to wysoki i piękny oficer, o prostej postawie, z lekką skłonnością do otyłości. Kiedy powrócił, opadał w sobie, miał oczy bez blasku, szedł pochylony, z ciałem tak wychudzonem, iż zdawało się, jakby kości miał powleczone samą skórą. Starczyło kilka miesięcy, aby uczynić zeń starca“. Tymczasem na terenie wojny rozgrywały się decydujące walki. Dnia 1 stycznia w. ks. Mikołaj, jako głównodowodzący, rozpoczął przeprawę przez pasmo Bałkanów. Po przezwyciężeniu niesłychanie ciężkich warunków klimatycznych — pochód odbywał się przy 20 stopniach mrozu — i rozpaczliwego oporu przeciwnika, który obwarował każdy przesmyk i każdy żleb górski, Bałkany zostały sforsowane, a droga do Konstantynopola stanęła otworem. Forpoczty kawalerji rosyjskiej docierały już do morza Marmara. Wkrótce potem traktatem w San-Stefano przymuszono Turcję do uznania hegomonji rosyjskiej na całym półwyspie bałkańskim, od Dunaju aż po granice Grecji. Ale Anglja czuwała: nie mogła dopuścić do tego, aby bez niej rozstrzygano sprawy wschodu; eskadra brytyjska zarzuciła kotwicę w Dardanelach, a w kilka tygodni później zarządzono ogólną mobilizację sił lądowych i morskich. Była to wyraźna groźba; Rosja zawrzała. Ale car Aleksander wiedział dobrze, iż armja jego zdziesiątkowana jest tyfusem, a skarb pusty. Nic też dziwnego, że konwencja sekretna, podpisana 30 maja, a w dwa miesiące potem kongres berliński, pozbawiały Rosję jej najpiękniejszych zdobyczy. Triumfator z pod Plewny, „oswobodziciel Słowian“, wycofywał się z wojny cichaczem, gorzko upokorzony, — jak bankrut. Tem większą odczuwał teraz potrzebę czułości, gdy troski polityczne przywaliły go całym ciężarem, tak, iż przeżywał okresy tępej melencholji i zniechęcenia. Rola panującego przestała go niemal interesować; stawał się człowiekiem prywatnym, spragnionym osobistego szczęścia, które odnaleźć już tylko potrafił w towarzystwie tej, która poświęciła mu kobiecy honor i wyrzekła się dlań przywilejów swego urodzenia. Osoba księżniczki stawała mu się oto tak nieodzowna, iż odważył się na zainstalowanie jej w Pałacu Zimowym, pod tym samym dachem, pod którym mieszkała cesarzowa Marja. Zatem urządzono dla niej na II piętrze pałacu trzy wielkie pokoje, które okno w okno i drzwi w drzwi odpowiadały apartamentowi, o piętro niżej zajmowanemu przez cara: winda łączyła bezpośrednio oba te mieszkania. Carowa Marja dowiedziała się niezadługo o dziwnem sąsiedztwie, jakie jej narzucono; tę nową obrazę, jak tyle poprzednich, przyjęła bez słowa skargi. Raz tylko, wskazując palcem apartament szczęśliwej swej rywalki, wyniosła ta kobieta zwierzyła się najbliższej przyjaciółce, hrabinie Tołstoj: „Wybaczam obelgi, których doświadcza cesarzowa; ale jest to nad moje siły wybaczyć torturę, wyrządzaną małżonce“. Natomiast instalacja faworyty w tym „Dworcu“ nad brzegami Newy, który zdawał się skupiać całą świetność dynastów rosyjskich, wywołała nieskrywany skandal w kołach arystokracji. O niczem innem nie mówiono obecnie w salonach; wszak było to oficjalne przyznanie się do wiarołomstwa, usankcjonowanie go niejako, gdyż Katarzyna Michajłowna z natury rzeczy musiała, chcąc nie chcąc, korzystać z usług szambelanów dworu, dworskich lokajów, kuchen, ekwipażów. Skrywany poufnie związek stawał się odtąd związkiem publicznym. Biednej księżniczce nie szczędzono najgorszej obmowy. Obwiniono ją, iż odciąga cesarza od jego obowiązków jako panującego; iż usypia go pieszczotami; iż pozbawia go woli i decyzji. Jakże był zmieniony! Wystarczyło nań spojrzeć: postać pochylona, oko bez wyrazu, gest niepewny, oddech astmatyczny! Oto do jakiego stanu go doprowadzała! To też, gdy we wrześniu 1878 r. dała życie drugiej z kolei córce, Katarzynie, nie znajdowano dla niej dość ostrych słów potępienia.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…