Dalsze losy pani Dubarry
LEO BELMONT.
KRÓLEWSKA A
DALSZE LOSY PANI DUBARRY
POWIEŚĆ
Instytut Wydawniczy
Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Z CYKLU:
OD KOLEBKI DO GILOTYNY
(CZĘŚĆ DRUGA).
CZĘŚĆ PIERWSZA UKAZAŁA SIĘ
P. T.
PANI DUBARRY
WIOSNA MIŁOSTEK
Copyright by Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich w Warszawie Krak.-Przedmieście 66.
Spis treści
Dalsze losy pani Dubarry
LEO BELMONT.
KRÓLEWSKA A
DALSZE LOSY PANI DUBARRY
POWIEŚĆ
Instytut Wydawniczy
Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Z CYKLU:
OD KOLEBKI DO GILOTYNY
(CZĘŚĆ DRUGA).
CZĘŚĆ PIERWSZA UKAZAŁA SIĘ
P. T.
PANI DUBARRY
WIOSNA MIŁOSTEK
Copyright by Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich w Warszawie Krak.-Przedmieście 66.
ROZDZIAŁ I.
Szalała z gniewu i rozpaczy. Czuła obrzydzenie do tego towarzystwa, do króla, który — tak się jej zdawało — publicznie wobec dworaków swoich ją zelżył. A zarazem brała ją rozpacz: Ludwik oprzytomnieje dziś, jutro, nie przebaczy jej despektu, zuchwałej ucieczki — przepędzona będzie z dworu; jej sen królewski pierzchnie, czeka ją nicość... Popędzała konia spicrutą. Biegł coraz prędzej. W głowie zawracało się jej od tego pędu — i od szampana, który teraz wywierał swój spóźniony wpływ. Poweselała naraz w biegu, puściwszy cugle koniowi i mknąc na przełaj łąki w świetle słońca, śród aromatów wiosennego powietrza. „Ej! wszystko mi jedno... Jest życie i poza tym zdechlakiem“ — pomyślała o królu... Naraz przypomniały się jej czarujące blaskiem oczy Aiguillona. Nigdy nie patrzył tak na nią. Potrzebował jej łask. Był korny, uniżony. Obawiał się widocznie króla, który już raz go wygnał z dworu za uwiedzenie mu temi magnetyzującemi oczyma kochanki. Był przy niej, jak trusia. Polubiła go za jego cichy, słodki głos. Asystował jej często w parku Wersalskim na spacerach; uchodził za jej rycerza, kawalera. Był bardzo brzydki — poza czarem tych oczu. Powiedziała nawet królowi: „Co za brzydal! czy to możliwe, że była kobieta, która przełożyła go ponad... Ludwika!“ To króla uspokoiło. A dziś — jak on spoglądał na nią! Aż król to spostrzegł. Dżgały ją te płomienne oczy we wspomnieniu. To jest mężczyzna! Nie to, co król, który ją zamęczył ostatnich nocy, rozdrażnił, nie dał ukojenia. Zbliżała się do niebezpiecznego 30-letniego okresu. Król miał sześćdziesiąt. D‘Aiguillon był o lat piętnaście młodszy. Ach! musi być namiętny!... Nie chciała myśleć o tem — zawstydziła się samej siebie. Wszakże swoją przeszłość przekreśliła. Przyrzekła sobie nie zdradzić króla, dotąd wiernie dotrzymała słowa. Cnota jej i takt trzymały mężczyzn w pełnem szacunku oddaleniu... Czy król wart jest tej miłości? Zwodzi ją, daje obietnice, których nie spełnia, pozwala ją obrażać — zatrzymał Choiseul‘a, nie ukarał pani de Gramont. Sto myśli wichurą przelatywało przez jej głowę — sto cierniów kłuło w sercu. Smagnęła rasowego konia mocno... mocno... choć już pędził co sił! Szlachetne zwierzę, nieprzywykłe do bicia, jakoby oburzyło się — rozdęło chrapy, parsknęło, wspięło się na powietrzu. Koń poniósł... Czuła, że się chwieje w siodle. Jedna noga wypadła ze strzemienia. Zakołysała się... objęło ją przerażenie... Zsuwa się... Spadnie... — O, Boże! — wydarł się jej okrzyk... Cugle umknęły jej z rąk... Uczuła ból w głowie... Koń wlókł ją po ziemi. Jedna noga została w strzemieniu... Straciła przytomność.
Kiedy obudziła się, ze zdumieniem ujrzała nad sobą wielkie belki pochyłej powały i gdzieś w kącie duży piec z zielonych kafli, jakie widywała w izbach włościańskich. Zmrużyła oczy, sądząc, że śpi i namacała rękoma sierć baraniej skóry. Zdziwiona, ponownie otworzyła oczy i skierowawszy je w bok, dopiero teraz spostrzegła, że na niskim drewnianym stołku siedzi ktoś — mężczyzna w sile wieku — w bluzie robotniczej i obserwuje ją bystremi szaremi oczyma. Miał czoło wysokie, inteligentne, twarz otwartą, prostacką, poczciwy uśmiech na ustach, bujną junacką czuprynę, która czyniła go młodszym, barczyste ramiona i ręce w tej chwili splecione modlitewnie. — Niech pani nie lęka się... Wszystko dobrze, choć mogło być źle. Zatrzymałem konia w czas, nim zawlókł panienkę na kamienie gościńca. Uwolniłem nogę pani jedną ręką ze strze- mienia. Ale koń mi się wyrwał. Przeniosłem panienkę tu... Czy głowa nie boli? — Trochę... lekko... nic prawie! — uśmiechnęła się na jego określenie „panienka“. Kto jesteście, poczciwy człowieku? — Węglarz... Ot, mieszkam sam w tej chatce. Dozoruję składu węgli. Tu blisko. — Czysto tu u was — rzekła. — A, tak! lubię schludność. — Łóżko trochę twarde... — Podłożyłem pani skórę baranią. — A, tak, dziękuję... Słuchajcie człowieku, ja was skądciś znam... — Nie może być. Skąd-że? — Byliście w Paryżu? — Dawno... Będzie z lat dwadzieścia temu, służyłem w składzie węgli wprost pałacu Dumonceau. Zerwała się z tapczanu. Klasnęła w ręce. — Słuchajcie! pamiętacie dziewczynkę, której lokaj nie chciał wpuścić do mieszkania pana Dumonceau? Skrobał się w głowę. Nagle twarz mu rozjaśniła się. Z kolei on klasnął w dłonie: — Ta dziewczynka... i panienka — to samo? — To samo! Kręcił ze zdziwienia głową. — Są dziwy na świecie!... Nie myślałem, podnosząc... panicza... — Jakto panicza? — A bo ten ubiór. Myślałem, że panicz. Potem, kiedym próbował uchem, czy serce bije — bo byłaś panna bez tchu — to... okrągłe... Zarumienił się. Był piękny z tym rumieńcem na twarzy. Z kolei i ona zarumieniła się. Spojrzała po sobie: — Oj! jakże zabłociłam się. — Bo koń niósł w bagno... A panna niezwyczajna tego... przynajmniej tera... Uśmiechnęła się gorzko: — Mylicie się, przyjacielu. Błoto jest na górze! — A jest!... — odpowiedział. I dodał chmurnie: Nie brak i na dole... Jeżeli kiedy błoto z dołu tryśnie i zaleje błoto w górze, to z tego może być... krew... Uderzyła ją ta myśl, w oryginalną ujęta formę. — Jesteście filozofem. — Nie wiem, co to znaczy. — Myślicie! — A tak, myślę... Choć jestem człowiek prosty i... spokojny. Ale jest dużo krzywd... Widzę. Lud zły a ma czego być zły. Drą ci z góry. Ja znoszę wszystko. Nie wiele mi trza... Ale inni... Coś gotuje się we Francji, panienko. — Co? — Sam nie wiem... Coś złego! Z każdą chwilą podobał się jej bardziej. W prostocie jego słów odczuwała myśl głęboką. W szarych oczach widziała duszę poczciwą. — Żal mi, żem odeszła od was — rzekła z westchnieniem. — Ej-że?! — roześmiał się. — Pomóż mi zdjąć ten ubiór. Nie znoszę błota. Trzeba, żeby to wyschło. Nie żenowała się jego pomocy. Wielkie damy rozbierały się często wobec lokajów. Nie uważały ich za mężczyzn. I dla tamtych były czemś po za płcią — niedosiężnem. Przynajmniej nie zauważały, aby budziły żądzę w tak niskich istotach. Nie ruszał się. Skrzyżował ręce na piersiach. — No! nie chcesz mi pomódz?... Proszę! — rzekła. Zdecydował się. Znalazła się wkrótce w bieliźnie. Widziała, jak mu ręce drżały, kiedy zdejmował z niej cząstki kostjumu i rozwieszał je w środku izby na skórze. Oczy paliły mu się, jak u żbika. Odwrócił się od niej i zaklął: „sacrement!“ — Czemu klniesz? Nie odpowiedział. Powtórzyła pytanie. Odparł zmienionym głosem poetycką metaforą: — Klnę, że gwiazdy są daleko. Nie można wziąć. — Gdzie jest gwiazda? — Pani! Trwało długie milczenie. Nagle Joanna rzekła: — Jak się nazywacie? — Jan! — Posłuchajcie, Janku! — winnam wam wdzięczność dwukrotną. Raz dopomogliście mi wejść na schody do pana Dumonceau — otworzyliście mi drogę do wielkiej karjery. Dziś... zawdzięczam wam życie. Chcę was wynagrodzić. — Ja nic nie wezmę. Jam i tak rad! — A mnie? Spojrzał na nią, jak na obłąkaną... Cofnął się. — Głupi! gwiazda jest blisko... Chodź bliżej... Weź! Rzucił się na nią, jak zwierzę. Zamknęła oczy. Była szczęśliwa. Czuła, że za zniewagę pomściła się na Ludwiku!
Nagle ktoś zapukał w szybę. Węglarz pośpieszył na próg. Powrócił zmieszany. — Jakiś szlachcic zapytuje, czy nie widziałem kobiety, która spadła z konia? — Coś powiedział? — Zgłupiałem. Powiedziałem, że zapytam. — Idź! powiedz temu panu, że... ocaliłeś mnie... Niech nie wchodzi — zaraz wyjdę.
Za chwilę wyszła ubrana. Przed progiem stał d‘ Aiguillon. Trzymał za uzdę dwa konie. — Miałam wypadek! — rzekła. — Wiem. Ogier pani powrócił do kobył... Król przeląkł się o panią... Ja też... Rozjechali się wszyscy szukać. Wziąłem dwa konie — byłem najszczęśliwszy z wszystkich, bo znalazłem panią!... — Gdzie mój ogier? — Sądziłem, że pani się bez niego obejdzie!... Weźmie pani mojego... Zapewniam panią, że idzie dobrze. Lepiej, niż królewski. Zatem wracamy do króla. Patrzył, na nią zagadkowo. Odparła, odwracając oczy: — Nie! pojadę do Wersalu. Już teraz mnie nie poniesie. A pan pojedź do króla i powiedz mu, że... znalazłam się i jestem spokojniejsza.
ROZDZIAŁ II.
Tego dnia wieczorem d‘Aiguillon odwiedził hrabinę Dubarry w Wersalu. Zastał ją niespokojną z gorączkowemi wypiekami na twarzy. Nie brała sobie za złe swojej przygody. Czuła w niej piękno i uprawnienie: była córką ludu — wróciła doń na moment; nie ona zdradziła — zdradziła ją starość Ludwika i jego obrażająca, niesprawiedliwa niewiara w jej wierność! On sam wywołał „wszystko“! Ale dręczyły ją dwie zagadki. Czy książę d‘Aiguillon widział coś przez szybę i dlaczego nie wszedł; mówił do niej jakiemiś aluzjami; wyczuła to dobrze. A jeżeli widział i doniesie? To nie jest niemożliwe; jest intrygantem mimo słodkiego głosu. Co wówczas?... Jej stosunek z królem pękał... Skruszy się — i to w sposób hańbiący. D‘Aiguillon przybył jej zakomunikować, że król nie przybędzie dziś do Wersalu. Czuje się źle. Wino zaszkodziło mu. A jej wypadek z koniem wstrząsnął jego nerwami. — Czy mi nic nie grozi z powodu mego postępowania? — zapytała hrabina. — To zależy! — mruknął. — Od czego? — Od pani dalszego postępowania... zemną. — Nie rozumiem. Wówczas postąpił ku niej i rzekł stłumionym głosem: — Widziałem wszystko! Jęknęła. Zakryła twarz rękoma. — Boże! co sobie pomyślisz o mnie, książę? — Już pomyślałem. — Co?! — Że cię kocham!... kocham oddawna!... że jestem szczęśliwy z przypadku, który odkrył mi, że można wziąć Ciebie i który... oddał Cię w moje ręce. Była jak sparaliżowana. Czuła się w jego mocy. Jął obsypywać ją namiętnemi pocałunkami. Nie broniła się. Rozumiała, że zjawił się mężczyzna, który ją objął w posiadanie — władniej, niż król, niż wszyscy jej przygodni kochankowie. Powalił ją na sofę i wziął. Oplotła rękoma jego szyję. Czuła się niewolnicą jego brutalnej namiętności.
Niewątpliwie d‘Aiguillon‘a w tej chwili poniosła namiętność. Był jak samiec, podrażniony widokiem szczęścia innego. Zresztą kurtuazyjny: — nie wszedł przecie, nie zburzył „sielanki“ z węglarzem, nic nie rzekł tamtemu, czekał swojej minuty do wieczora. Ale pod żarem chwili kryły się inne namiętności: intryganta-polityka. Wobec swojego dłużącego się bez końca procesu z Choiseul‘em — acz narazie wygranego przed sądem parów — zdawna czuł potrzebę zagwarantowania sobie opieki pani Dubarry. Znawca obyczajów czasu, ułożył sobie, że uczyni z hrabiny swoją kochankę, bo na tej drodze trafnie spodziewał się najwyższego poparcia przez nią swych ambitnych planów. Jeno, że dotąd był ostrożny — lękał się oczu króla, oraz jej sztucznej pruderji i oficjalnej cnoty. Widział, że jest mu przyjazna, ale cofa się przed jego brzydotą. Dziś dopiero pod wpływem trunku, ośmielił się czarować ją spojrzeniami... kusiciela. Wiedział od kobiet, że jego brzydota ma urok; niknie, o ile uda mu się sparzyć serce kobiety żarem swych oczu. Podczas uczty usiłował oplątać ją na chłodno — aż król to zauważył. Teraz dzięki przypadkowi rozżegł się i wywołał w jej zmęczonej duszy pożar wzajemności.
Siedzieli po burzy zmysłów na sofie, przytuleni do siebie. — Jesteś szczęśliwa? — spytał. — Tak... lękam się tylko króla. — Głupstwo!... Ludwikiem wstrząsnął twój wypadek. Prosi cię o przebaczenie przezemnie. Uczuł skruchę. Kazał ci powiedzieć, że wydał rozkaz wygnania hrabiny de Gramont o 15 mil od Wersalu. — Ach! czemuś mi tego wcześniej nie powiedział? — Czemu?!... Gdybyś była pewniejsza łask króla, nie oddałabyś się teraz mnie. — Może! — przytuliła się doń. A ty jesteś szczęśliwy? — Niezupełnie! — Jakto? — Widzisz, Joanno! — już ją tykał — przed chwilą, idąc do ciebie, spotkałem Maupeou, który zakomunikował mi wiadomość fatalną; parlament pod naciskiem Choiseul‘a zniósł wyrok parów w moim procesie o roztrwonienie funduszów państwowych. — Jakto?!... Przecież jesteś niewinny! — Ba! nie o to chodzi — roześmiał się. Winny, czy niewinny? Najważniejsze to, że wyrok sądu został zniesiony, a tem samem parlament wypędza mnie z hańbą moją ze dworu, może z perspektywą stryczka. — Na Boga!... Co teraz będzie?! — Teraz... moja słodka Dubarry musi potrafić odegrać swoją wielką rolę... zbawczyni monarchji. Musi wywrzeć nacisk na wolę króla — dzień i noc trąbić mu w uszy, że parlament wywyższa się ponad ważne prerogatywy tronu, że dowodem tego jest zniesienie wyroku sądu parów na mnie, że Choiseul zagrzewa parlament do zagarnienia najwyższych praw sędziowskich monarchy, słowem, że... Choiseul musi ze swem ministerstwem pójść precz. Nie dość tego! musisz go przekonać, że... ja winienem być pierwszym ministrem. — Oho! czy nie za wiele żądasz? spytała figlarnie. — Nie!... bo jako pierwszy minister podsunę Maupeou myśl, że król Ludwik XV powinien uczynić dla pięknej pani Dubarry to, co król Ludwik XIV uczynił dla swej wiernej miłośnicy, pani Maintenon — poślubić ją!... Ucałowała go serdecznie. Przyrzekła od jutra przystąpić do dzieła...
Od progu zawołała go jeszcze okrzykiem: — Ach! Zapomniałam... Mam przecie męża... Jak mogę zaślubić Ludwika? — To nic... Rozwód!... Znam dobrze nuncjusza. Wystara mi się u papieża o dyspensę dla pani. — Ale pozór... Potrzebny jest pozór kanoniczny. — Ten jest... Bardzo prosty. Napisze Pani do Ojca Świętego list pełen skruchy, że wyszłaś za mąż za człowieka, który był bratem twego kochanka. — A to grzech? — W życiu — nie!... Ale w kanonicznem prawie okropny. Unieważnia małżeństwo... Przyrzekał starania kłamliwie. Mimo głupoty Ludwika, nie sądził, aby ten posunął się tak daleko, jak „mądry“ Ludwik XIV względem starzejącej się nabożnisi. Ale d‘Aiguillon znalazł przynętę na wpływową u króla złotą rybkę!
ROZDZIAŁ III.
Pani Pompadour przez potęgę rozumu, osnuwającego Francję i Europę pajęczyną subtelnej dyplomacji — wkroczyła do historji, do jej tekstu. Życie pani Dubarry zapisane jest na marginesie dziejów, rzuca światło na obyczaje epoki. Tamta była więcej władczynią Francji, niż miłośnicą króla... Ta raczej kochanką. Jest ciekawym typem kobiety, może indywidualnością niezwykłą przez wdzięk nadzwyczajny. Jedynym jej czynem historycznym — przytem ujemnym — jest utrącenie ministerstwa Choiseul‘a. Ale i tu była narzędziem obcych złośliwych rąk, w pierwszym rzędzie mściwego i pyszałkowatego d‘Aiguillona, działającego w zmowie z Maupeou, kopiącym dołki pod obu: czynnym pierwszym ministrem i jego promowanym następcą. Właściwie dotąd jej zleniwiała w zbytku i wygodach główka obojętną była na wielką politykę. Ludzie na dworze przesuwali się przed nią, jak zajmujący aktorowie zabawnej komedji. Wolała być widzem, niż występować na wielkiej scenie dyplomatycznej. Wybór króla zadowolnił jej próżność. Dopiero d‘Aiguillon rozgrzał jej dalsze ambicje, rozwiał obojętność na intrygi polityczne dworu — przestraszył ją groźbą utraty stanowiska faworyty, podniecił nadzieje perspektywą zaślubin monarchy, nadewszystko związał jej los ze swoim, jako kochanek, rekompensujący jej żarem zmysłów fikcję namiętności królewskiej. Pociągnął ku sobie, zmusił ją do myślenia o własnej sławie i interesach. Dla niego zamęczała słabego króla wiecznem memento o „niebezpiecznym Choiseul‘u“ — i wygrała w tej cierpliwej walce.
Piszemy dzieje serca pani Dubarry. Nie mamy, niestety, dość miejsca na politykę epoki. W pożądaniu skrótu sprawy historycznej uciekamy się do malujących z wybornym lakonizmem wypadki tego okresu dwóch listów cudzoziemca, obracającego się na ówczesnym dworze hrabiego Lorenzo di Belmonte, informującego o życiu francuskiem swego stryja (dziada kardynała). List pochodzi z r. 1770. „Drogi stryju! Dzieją się tu świństwa na większą skalę niż u nas, gdyż Francja jest wielką monarchją. 3.go września król udał się do tej starej rudery, jaką jest parlament tutejszy, bo mu wmówiono, że ta instytucja sądowa, ostatnio mieszająca się do haniebnych nieporządków w niszczonym przez wszystko i wszystkich skarbie, chce utrącić przywileje sądowe korony i mierzy bardzo daleko. Podobno Dubarry przeraziła go, zawieszając mu na oczach obraz Van-Dycka: sąd nad Karolem I. Ludwik przypomniał, że jest najwyższym sędzią i poprostu zniósł wyrok parlamentu, skazujący d‘Aiguillon‘a. Ten matacz Dubarry (pono już jego kochanica) triumfują. Parlament ma być rozpuszczony! Tak mówią... Choiseul miota się na wszystkie strony. Ciągle wyjeżdża, aby król poczuł brak jego rady. Ale to nie pomaga. Królowi wmówiono, że to „drugi Guise“ — skryty buntownik! Nadto wystraszono go, że Choiseul chce narazić Francję na niebezpieczną wojnę z Anglją i Hiszpanją! On, który utwierdził pokój, tak potrzebny Francji z jej zardzewiałością wojskową i rozszarpanym skarbem! Za radą Dubarry, natchnioną jej przez d‘Aiguillona król wezwał sekretarza , opata de la Ville, poduczonego przez Maupeou, co ma mówić. Kupna szelma wystawiła zamiary Choiseul‘a z taką pozorną dobrodusznością, a tak niekorzystnie dla Choiseul‘a, że król uwierzył, iż pierwszy minister oszukuje go i spekuluje na wywołanie wojny. Dziś król przerwał posiedzenie rady, nie dosłuchawszy Choiseul‘a i nie przemówiwszy doń słowa. Wszystko to jest arcydziełem szatańskiej intrygi.
P. S. A propos, d‘Aiguillon uczynił pani D. książęcy upominek za wyzwolenie: powozik angielski z dewizą: „Boutez en avant“ z malowanemi na różowem drzewie przebitemi sercami, gołąbkami, pochodniami — symbolami miłości. Skrzydła ozdobione perłową macicą. Dar ten zakasował powóz Delfiny. Cały świat o nim mówi. Kosztuje 52000 liwrów. Czy król jest ślepy? Albowiem patrzy, a nic nie widzi. Nowy jeneralny kontroler opat Terray zasypuje złotem tę Dubarry za zgodą króla. Jest to ostatecznie tylko najlepiej utrzymywana dziewka we Francji (i w całej Europie). Ale przyznać trzeba, jest tak piękna... że warta jest deszczu złota!“
Drugi list nosi datę 24 grudnia 1770 r. Brzmi: „Drogi stryju! Fakt przepowiedziany przez ślepą panią Dudevant przed dziesięciu miesiącami... urodził się! Ministerstwo Choi- seula prysnęło przez jedną noc. Wczoraj król przy podpisywaniu jakiegoś aktu cisnął z gniewem pióro, miast podać je zwyczajem Choiseulowi. Ten wyszedł urażony w milczeniu. Król zapytał księcia Condé: „Będzie pan tu jutro rano?“ „Tak, sire!“ — odparł książę. Został przez noc w Wersalu i traktował z protegowanymi pani Dubarry w sprawie portfelu. Nazajutrz król, udając się na polowanie, napisał poprostu suchy liścik do Choiseula: „Pańskie usługi będą mi nadal zbyteczne — racz się pan udać do Chanteloup aż do dalszych rozkazów“. Tak się to tutaj robi. Minister Praslin także wygnany. Na dworze gwar, szepty, podsłuchiwania za drzwiami. „Panuje tu piekło i sejm polski“. Książę dziś był u Dubarry podczas uroczystości jej rannego wstawania, gdy ciżba dworaków i dostawców napełnia sąsiadujące z sypialnią salony. Wymówiła sobie jakieś obietnice dla swoich protegowanych. Książę natomiast przyrzekł udzielić portfel ministra spraw zagranicznych d‘Aiguillon‘owi.
„Nie wysłałem listu onegdaj, aby skreślić dalszy bieg wypadków. Ministerstwo już sformowane z kreatur tej Dubarry. Stało się to w dziwaczny sposób, możliwy tylko przy Ludwiku. Król na wszystkie pytania księcia co do osób pożądanych przezeń w nowem ministerstwie nie odpowiedział ani słowa: ani „tak“, ani „nie“. Ministrowie otrzymali portfele za milczącem zezwoleniem: róbcie co się wam podoba. Była tylko kwestja z Monteynard‘em, którego król dotąd cenił i lubił za jego zdolności. Ale M. wzdragał się pójść i przedstawić się Dubarry. „To nie wypada!“ — rzekł. Dubarry rozkrzyczała się wobec króla. Ludwik uczynił w powietrzu gest przekreślający w stosunku do już obranego przez Condé ministra i M. wyleciał na łeb i szyję. „Ona jest wysoce zabawna. De Condé upomniał się wobec króla o wysokie stanowisko wojskowe dla kogoś ze swoich protegowanych. Powiada do niej wobec milczącego króla: „Pani mi to obiecała!“ A ona: „No, to odobiecuję panu! (Je vous le depromets)“ i pokazała język!...“ Namówiła króla do dania d‘Aiguillon‘owi nadto komendy w szarży szwoleżerów, skusiwszy go tem, że d‘Aiguillon (obecnie minister) gotów jest zapłacić za to stanowisko podwójną sumę t. j. 12000 liwrów. Tak się urządzają sprawy wielkiej monarchji. Myślę, że to wszystko musi kiedyś iść do djabła!“
Dodajmy do zajmujących rysów, zaznaczonych w korespondencji pana di Belmonte, odnalezionej w archiwach Watykanu, śród papierów po kardynale — że pani Dubarry na cześć nowych ministrów urządziła świetny festyn w podarowanym jej przez króla zamku Luciennes, czarodziejskim przybytku sztuki, Sezamie arcydzieł malarstwa, rzeźby i złotnictwa epoki. W festynie brali udział książęta krwi. Nadto zasiadły przy nim nadspodziewanie dwie osoby: przybyła dla uczczenia męża przez zajęcie przy nim miejsca, zapomniana w ukryciu, nieco zwarjowana ateistka księżna d‘Aiguillon; oraz znalazła się przy boku córki... mama Rançon!
Oddajmy pod jednym względem sprawiedliwość pani Dubarry. Nie pozwoliła d‘Aiguillon‘owi skrzywdzić Choiseul‘a na odchodnem. Wbrew jego opinji skłoniła króla do udzielenia mu wspaniałej pensji: 60000 liwrów rocznie i 100000 talarów, jako nagrodę jego zasług i rekompensatę za przykrość dymisji. Ale zarazem przyznać wypada, że i on, odchodząc, potrafił być kurtuazyjnym. Opuszczając Wersal na rozkaz króla, ujrzał w jednem z okien zamku panią Dubarry. Skłonił się jej z galanterją i posłał jej całusa ręką od ust. Nie była to jeno duma, pokrywająca żal, i chęć pokazania, że przegrana partji nie dotknęła go boleśnie. Było w tem trochę obojętności, w duchu epoki, która nic nie brała na serjo, trochę przekonania, że próżno męczył się nad poprawą tego, co zgniło i prędzej zgnić powinno. Nadewszystko był to pewien dowód uznania dla wdzięku pani Dubarry, o którym mówił, oglądając jej portrety i korząc się, cały świat ówczesny!
ROZDZIAŁ IV.
Ledwo d‘Aiguillon otrzymał władzę, okazał swoje mściwe oblicze. Pod słodyczą jego głosu kryły się nieubłagane gromy. Z czarujących ócz sypały się mściwe błyskawice. Rozkazy gabinetowe wygnania zawisły nad głowami arcybiskupa Tuluzy, księcia de Gontant, pana de Malesherbes, prezydenta trybunału Tradain‘a, dyrektora policji Sartine‘a. Nawet niemściwa z natury pani Dubarry przyklasnęła wyrokowi na tego ostatniego, wyrzucając mu, że pozwolił na rozpowszechnianie paszkwilów, pamfletów, pikantnych satyr i drwiących piosenek, które „godząc w nią, pośrednio trafiały w Majestat Królewski“. W ciągu kilku miesięcy wszyscy przyjaciele Choiseul‘a znajdowali się w śmiertelnym dreszczu. Ich kreaturom odbierano urzędy. Kobiety niepokoiły się o losy swoich mężów i bardziej jeszcze o karjery kochanków. Terror panował przez kilka tygodni. Na szczęście swoje, wrogowie d‘Aiguillona prędko przycichli, uderzyli w pokorę. Zbyt byli zadłużeni, aby porywać się do walki, i wyżebrali sobie przebaczenie. Przed faworytą królewską, po kapitulacji domu książęcego Condé, skapitulował dom Orleański. Pani Dubarry interesowała się tem wszystkiem mało. Zwolniona od grozy — Choiseul‘a, mając oporę w kochanku d‘Aiguillon‘ie i w jego kreaturach, tonęła teraz w zbytku, który zaćmiewał pałace kalifów Bagdadu i zamki wróżek z bajek „Tysiąca i jednej nocy“. Jej ręce były przetakiem, przez który przesypywały się miljony. Ogarnął ją szał trwonienia. Deszcz złota lał się na tłoczących się w jej przedpokojach dostawców, krawców, modystki, hafciarki. Suknie jej piętrzyły się koronkami, szumiały jedwabiem, głaskały oczy aksamitem i atłasem. Wpółnaga, pod lekką gazą, przyjmowała za obudzeniem artystów mody i handlarzy dzieł sztuki, służących arcydziełami kaprysom jej wymyślnej fantazji. Nie było dnia bez drogiego kupna, lub imponujących zamówień. Jej biografowie zadali sobie trud przej- rzenia w archiwach Skarbu rachunkowych ksiąg, które starczą za życiorys z lat, gdy była faworytą. Poświęcili cały rozdział opisom misternych drobiazgów, w których się lubowała, szczegółom jej strojów i liberji jej służby, przytoczeniu cyfr, od których w głowie się zawraca, cudom jej umeblowania. Wysadzany djamentami zegar nabyty od hrabiny Lepaux kosztował 5400 liwrów. Jej suknie kosztowały do 5000 liwrów każda. Były to arcydzieła. Dwie doszły nawet do ceny 10000 i 10500 liwrów — posiadały tło mozajkowe ze złota i drogich kamieni, były malowane przez pierwszorzędnych mistrzów pędzla. Odpowiadała im kosztowność biżuterji. Jej kunszt rozrzutności wyraził się w gromadzeniu figurek i serwisów ze złoconej porcelany Sèvrskiej. Mówiono, że posiadała kaprysy Kleopatry, która drogocenną perłę rozpuściła przez kaprys w winie. Miała mnóstwo waz, tac, imbryków, naczyń srebrnych. Ale wkrótce srebro przestało ją zadawalniać. Zamówiła sobie stolik tualetowy ze złota. Nad ozdobieniem lustra koroną i amorkami pracowano całe miesiące. Paryż zbiegł się, aby obejrzeć to arcydzieło podczas roboty. Kosztowność jej wywołała skandal. Wypadło odwołać zamówienie, tracąc olbrzymi zadatek. Jej wspaniałe meble, sięgające wartością wielu miljonów wymagały pomieszczenia w świątyni. Król nabył dla niej Luciennes. A raczej w miejscowości tej na życzenie monarchy zna- komity architekt Ledoux dźwignął pałac — pieścidełko. Był tu szereg salonów, składających się na czarodziejski buduar. Boazerje z rzeźbami, malowidła, rzeźby, dzieła sztuki snycerskiej i złotniczej, materjały: marmur, jaspis, malachit, kość słoniowa, wszelakie rodzaje drogiego kamienia i przywiezionego zza dalekich mórz drzewa — wszystko to nie poddaje się opisowi. Bolesnem jest pomyśleć, że te czary, które stworzyli słynni mistrze czasu, zaprzepaściły się bez wieści; cząstka tylko ocalała i budzi podziw znawców, świadcząc o swoistym geniuszu i wielkim smaku owej epoki. Wskrzesił te cuda czarodziej pędzla Moreau, malując uczty u pani Dubarry: na wspaniałem tle pałacowej sali Luciennes bawi się wesoło strojne towarzystwo wokół pięknie zastawionego stołu i liczna służba uderza świetnemi barwami liberji. Zwraca na tym obrazie szczególną uwagę mały murzynek Zamore — rodzaj dwunogiego mopsa, towarzysz zielonej papugi — w turbanie wschodnim z pióropuszem, w różowym kaftanie i różowych spodeńkach. Ów Zamore, przywieziony przez księcia Conti, jako chłopiec dziesięcioletni stanowił podarek książęcy dla faworyty. Wydawał się ciemnym ptakiem afrykańskim w złoconej klatce Luciennes. Bawił gości. Był ulubieńcem hrabiny. Z pazia wyrósł na... małoletniego zarządcę pałacu. Mianował go nim w chwili kaprysu rozbawiony monarcha, wyznaczając sutą pensję 6000 liwrów!
ROZDZIAŁ V.
Mały negr wziął rolę swoją na serjo. Opowiadają nawet, że wziął ją zbyt poważnie. Rządca zamku sięgnął po prawa do W jakimś z pamiętników epoki opisano ten pikantny szczegół z opowieści d‘Aiguillon‘a. Hrabina nie liczyła się z tem, że gorąca krew afrykańska wcześniej dojrzewa. Nie krępowała się wobec swojej „czarnej zabawki“. Pewnego dnia, rozebrana po kąpieli, rozkazała, aby okrył ją kołdrą. Jedenastoletni chłopiec nie zrozumiał rozkazu. Słowo francuskie „kołdra“ — było mu obce. Chciał wykonać rozkaz w zgodzie z pojęciem nieświadomego swoich instynktów afrykańskiego zwierzątka. Skoczył na łóżko i wpił się pazurami w ciało swojej pani. Przestraszona wyrwała mu się. Ugryzł ją w palec — oczy mu się iskrzyły. Dubarry wyskoczyła z łóżka — narobiła krzyku. Murzynek dopadł do niej znowu. Szczerzył białe zęby. Chciał ją gryźć. Na szczęście w sąsiednim pokoju znalazł się d‘Aiguillon, który powrócił właśnie z polowania. Wpadł do sypialni — porwał chłopca za czuprynę — i oburzony wysmagał go bezlitośnie spicrutą, wołając: — Za wcześnie, czarna małpko! za wcześnie!... Hrabina była tak wystraszona i oszołomiona tym niespodzianym napadem, że nie broniła swego pupila. Albo raczej ujęła się za nim, dopiero wówczas, kiedy d‘Aiguillon zadał mu już sporo ciosów i rzuciwszy na posadzkę, dotkliwie kopał nogami. Znęcanie się nad murzynkiem sprawiło jego złośliwej naturze przyjemność. Nauczka poskutkowała. Dubarry odtąd nigdy nie dopuszczała „czarnego do gotowalni; ale i on sam przycichł. Miał na zawsze w pamięci spicrutę i polowe buty d‘Aiguillona. Hrabina nie cofnęła mu swoich łask. Gdy dorósł, darzyła go luidorami na zabawy w towarzystwie dziewcząt fabrycznych z okolicy Luciennes. Czy Zamore gdzieś na skrytem dnie swojej dzikiej duszy zachował pamięć swojej krzywdy — niewiadomo. Należy domyślać się, że zachował. Łasił się do niej po dawnemu — ale kiedy pewnego dnia ktoś ze służby wypomniał mu tę obrazę, doznaną przed laty, murzyn ścisnął pięści i rzekł: „Ona mi za to zapłaci!“ — „Ona?! przecież to d‘Aiguillon cię obił!“ — zdziwił się lokaj. „Gdyby nie ona, nie obiłby mnie. Ona nie broniła!... A kto mi o tem teraz przypomni, to go pogryzę!“ Błyskał tak zębami, że wolano go nie drażnić przypomnieniem... Może tedy jego fatalistyczna rola w procesie pani Dubarry, w roku 1793-im, była późnym owocem, wyrosłym z ziarna owej krzywdy dzie- cinnej, posianego w grunt mściwego barbarzyństwa!...
Ale nie uprzedzajmy wypadków... Zapytajmy raczej, skąd pani Dubarry czerpała dochody na swoje bezbrzeżne wydatki. Oczywiście, aby im sprostać potrzeba było kasy odpowiednio obfitej — napozór niewyczerpanej i bez dna. Była to poprostu kasa państwowa. Jej lekkomyślności — ukaranej tak okrutnie przez czas przyszły — dopomagała bezczelność najbezwstydniejszego z ministrów finansów wszystkich krajów i epok, opata Terray. Oddał jej skarb monarchji do rozporządzenia — on, kontroler jeneralny! — jakby został jeno w tym celu mianowany stróżem finansów, aby zadawalniać kaprysy królewskiej faworyty. Wprost podżegał króla, aby jej czynił dary z olbrzymich sum. Nazywało się to dodatkiem „na puder“. Przypominał monarsze jej „wierność“, dowodził, że nie była dostatecznie wynagrodzoną, wyrachowywał, że podwojenie jej wcale znacznej pensji usunie potrzebę płacenia niespodziewanych dodatkowych rachunków, niezbędnych wobec niewystarczalności obecnej gaży faworyty. Ale gdy znikły owe rachunki, przedstawiane królowi, odkrył jej tajny kredyt w bankach, opłacał jej weksle i czeki narówni z królewskiemi, nauczył ją mówić, gdy stawiano kwestję drożyzny jej nabytków: „Ach! co takiego?... Pan generalny kontroler zawsze znajdzie pokrycie!“ Nie umiała liczyć. Miała wrażenie, że pieniądze są śmiećmi, że obdarowuje Francję swemi wydatkami, jest mecenaską jej geniuszu, że... złote monety bije się w mennicy z własności króla, asygnacje robi się ze szmat, że lud nie cierpi z powodu jej przepychu, a oczy wszystkich jej zbytkiem są uszczęśliwione! Gdyby jej powiedziano, że od roku 1769 do roku śmierci Ludwika, 1774-go — jak wyliczyli później jej biografowie — wydała 6.427,803 liwrów, zapytałaby: „Czy to dużo“... Zatraciła miarę cyfr, psuta przez wszystkich dokoła... Że miała własną ekonomję polityczną, że nie rozumiała, iż wiedzie skarb państwa do bankructwa — to daje się wytłomaczyć; była tylko śliczną istotą, tylko panią Dubarry. Ale minister finansów — ale Terray?!... Czy on także nic nie pojmował?!... Czemu rozpętał tę burzę trwonicielstwa funduszów państwowych? Zdaje się, że upodobał sobie panią Dubarry bezinteresownie. Nie słychać nic o tem, aby z nią romansował. Ale sam zachwyt estetyczny nie tłomaczy szału generalnego kontrolera. Prawda, że wysługiwał się tak na swój sposób królowi, uszczęśliwiając go szczęśliwością opływającej w zbytki faworyty. Ale poniekąd krył przed królem nadmiar wydatków — więc i ten motyw nie jest wystarczającem tłomaczeniem. Bawił go może złośliwie ten potop złota w myśl tezy: „après nous le déluge“? Ba! zdaje się, że główny powód jego dobroczynności względem pani Dubarry tkwił w tem, że okradał skarb przez zręczne okrawanie wypłacanych jej sum na swoją korzyść. Dzielił się z nią w sekrecie przed nią; przedewszystkiem korzystał z jej podpisów i protekcji. Drobny przykład. Umiera pan Clermont, któremu Ludwik XV przyrzekł wypłacić rentę 300.000 liwrów. Terray proponuje królowi wspomniany system oszczędnościowy — zdwoić pensję Dubarry przelaniem 1/3 renty, boć król jeszcze na tem „skorzysta 200.000 liwrów, zwolnionych przez śmierć Clermonta.“ Król się godzi. Wdzięczna Dubarry upomina się o 1/3 dla Terray‘a w nagrodę jego zasług. Król się godzi, gdyż zdaniem pani Dubarry, jeszcze robi na śmierci Clermont‘a dobry interes: „zarobił 100.000 liwrów!“... Tak rachowano na dworze Ludwika XV!...
ROZDZIAŁ VI.
Powaga pani Dubarry rośnie. Jej stanowisko faworyty, wprzód tolerowane przez pokorę względem woli króla, staje się szanownem przez przedawnienie, poparcie potężniejącego d‘Aiguillon‘a, oraz Maupeou, który wyrósł ponad tamtego zręcznością i wpływem, przysługującym kanclerzowi państwa. Jednak jest cierń w jej życiu — tama, opierająca się wszystkim jej atakom. Jest nią „mała ruda“, małżonka „młodego, źle wychowanego grubasa“. Tak nazwała Marję Antoninę i delfina, wnuka Temi terminami określa ich w rozmowie z królem, uskarżając się na oboje, że jej nie szanują. Przyszła królowa, odkąd przybyła z Austrji i zaślubiła następcę tronu, nie raczyła przemówić do niej ani słowa. Jeszcze surowa w cnocie, nie rozumiejąc swobody francuskiego obyczaju, uczuwa wstręt do miłośnicy królewskiej, da jej w listach do matki jedyne określenie: „najgłupsze, najzuchwalsze stworzenie, jakie sobie można wyobrazić“. Niechęcią swoją zaraża cnotliwego zawsze małżonka. Nigdy nie uczyniła nawet gestu konwencjonalnej grzeczności, wskazującego, że mogłaby zaliczyć taką Dubarry między damy swego dworu. Napróżno Marja Teresa rozkazuje córce w listach pozbyć się tej przekorności, gdyż „nie należy rozdrażniać monarchy, którego Austrja jeszcze musi przeprosić za pierwszy podział Polski“. Sytuacja trwa bez zmiany i Ludwik XV czuje się umęczony łzami Dubarry z powodu jej poniżenia; on pragnąłby widzieć jej liljowe czoło zawsze bezchmurnem, wiecznie uśmiechniętemi jej różowe usteczka. Przybywa nowy poseł austrjacki Mercy-Argenteau. Lecz i ten boczy się na myśl złożenia hołdu „królewskiej dziewce“. Monarcha Francji chce skorzystać ze sposobności, pogodzić małżonkę wnuka z panią Dubarry. Puszcza się w ruch arsenał dyplomatycznych wybiegów. Król zawiadamia posła, że zmuszony jest przyjąć go w apartamentach pani Dubarry, gdyż w wersalskiej sali audjencjonalnej robi się remont. Poseł zniewolony jest poddać się tej wskazówce. Król spóźnia się niby przypadkiem. Gospodyni wyręcza go chwilowo w przyjęciu gościa. Korzysta ze sposobności, aby oczarować posła, wyłuszczyć mu, że nigdy nie żywiła w sercu swojem niechęci do „przemiłej następczyni tronu“, i ubolewa nad brakiem oceny jej życzliwych uczuć ze strony młodej królewny. Przychodzi król. Dobrze nastrojonego rozmową z Dubarry posła Marji Teresy uprasza, aby teraz ów został jego posłem do Delfiny; jako że częściej ją widuje i łatwiej zdoła przemódz upór młodości. Zręczny poseł w istocie przełamuje lody. Dubarry, olśniona, dowiaduje się, że Marja Antonina przystała na projekt przemówienia do niej po spektaklu, który nazajutrz ma się odbyć w teatrze królewskim. Niestety! szyki miesza cnotliwa i nabożna siostra królewska, Adelajda. Żyje ona marzeniem o zerwaniu niegodnego związku brata z ex-ulicznicą. W chwili gdy Dubarry zbliża się, aby usłyszeć przyrzeczone grzeczne słówko z ust Marji Antoniny, Adelajda wkracza między obie panie, woła; „Widowisko skończone, chodźmy!“ — i uprowadza następczynię tronu. Siostra królewska jest tedy nową tamą, trudnym do zgryzienia orzechem, częstym powodem żalów . I tu król nie może poradzić; może jeno prosić kochankę, aby nie oglądała się na nic, posiadając jego cześć, a zwłaszcza miłość bezwzględną. Ale pani Dubarry wie, że prawda tego zapewnienia jest właśnie względna. Królewska skorupka zbyt nasiąkła skłonnością do niewiernostek, aby nie miała nią trącić na starość. Dokoła starego „don Juana na tronie“ uwija się przytem zbyt wielu intrygantów, pochlebnisiów, niewolniczych dworaków, marzących o zrobieniu karjery przez podsunięcie smacznych owoców jego niewygasłym chuciom, iżby stanowisko jej mogło być całkiem pewne. Czasem jej wesołe serce ściska się niepokojem o przyszłość. Nadomiar jasne jej czoło chmurzy się troskami, które wdzierają się poprzez pręty jej złoconej klatki... Obaj bracia Du Barry są dla niej powodem licznych zmartwień. Opowiedzmy coś o tem...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Królewska miłośnica.
