Read here

Matka Boleściwa

Karol May · 1913 · Free in the US

26,451 words · about 1 h 51 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1913 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Matka_Boleściwa&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Karol May
Language
Polish
Published
1913
Length
26,451 words · about 1 h 51 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 56 min
  3. Rozdział 1 about 14 min
  4. Rozdział 2 about 14 min
  5. Rozdział 3 about 12 min
  6. Rozdział 4 about 16 min

Continue:

Front matter

BIBLIOTEKA DOMOWA

Dodatek do tomu X-go „Dzwonka Częstochowskiego”.

1913 roku.

całość

BIBLIOTEKA DOMOWA

Dodatek do tomu X-go „Dzwonka Częstochowskiego”.

1913 roku.

Matka Boleściwa.

Przygody w podróży.

CZĘSTOCHOWA.

Nakładem Redakcyi „Dzwonka Częstochowskiego”

1913.

Matka Boleściwa.

Przygody w podróży.

──────

Rozdział 1.

Fatima Marryah.

szalonym, effendi (urzędnik turecki), dziesięćkroć szalonym, stokroć szalonym, i nikt cię z tego szaleństwa uleczyć nie zdoła, jeżeli nie zaniechasz twego zamiaru. Czyż chcesz uczynić mą żonę wdową, a dzieci sierotami? Czyż mają twe żony (Turcy bogatsi mają po kilka i więcej żon) i dzieci utonąć w strumieniach łez? Jeżeli podróż tę podejmiesz, to w krótkim czasie znajdziemy grób nasz w żołądkach sępów, szakali i . — Nie mam żon ani dzieci, — odpowiedziałem — za mną nikt łez wylewać nie będzie. — Allahi, Wallahi, Tallahi (zaszczytne przydomki u Arabów). I chociaż nikt za tobą płakać nie będzie, nie jest to jeszcze powodem, ażeby opłakiwano mą duszę! Wiesz, iż jestem mężem odważnym, ale iść pomiędzy tych Kurdów, znaczy tyle, co narażać się na śmierć niechybną! — Więc pozostań w domu, tchórzu! — zawołał w gniewie mój mały, kochany Hadżi Halef Omar. — Mówisz, że jesteś odważnym, a serce kołacze ci z trwogi w ciele, jeżeli chcemy zboczyć z szerokiej drogi. Dano nam ciebie do obrony, a ty trzęsiesz się z przestrachu, skoro obcą ujrzysz flintę. Wstyd! Dalej naprzód, Sihdi (panie), jedźmy dalej, a tego tchórza pozostawmy tutaj. Ale któż to jest, zapytają czytelnicy, ten Hadżi Halef Omar? Otóż towarzyszył mi on w dawnych mych podróżach, okazywał zawsze odwagę i przytomność umysłu w największych niebezpieczeństwach, był do mnie szczerze przywiązany, a ja go też z całego serca polubiłem. Po ostatniej naszej podróży udał się do Konstantynopola, ażeby tam żyć spokojnie. Żona jego Hanneh (Anna), „najmilsza pomiędzy córami tej ziemi“, przyjechała tam do niego. Mimo to Hadzi nie mógł wytrzymać w tem wielkiem mieście i powrócił z lubą swą żonką do Arabii. Wiele przyczynił się do tego Rih, prawdziwy ogier arabski, którego mu podarowałem. Koń ten wspaniały biedniał w mieście, był on dzieckiem puszczy i żyć też w niej powinien, — i tam go też Hadżi zaprowadził. Gdy później przybyłem razu pewnego do Kairu, opanowała mnie tęsknota za nim, postanowiłem więc poszukać go. Udałem się tedy kanałem Suezkim do Bureikah; wyszedłszy na ląd, wsiadłem na wielbłąda, ażeby ujrzeć tego najszczęśliwszego z mężów i koczowników. Radość jego była nie do opisania. Mówiliśmy naturalnie wiele o naszych przygodach doznanych w dawnych podróżach; zapragnęliśmy też wkrótce zajrzeć w oczy w innych miejscowościach. Miał on czas i ja go miałem, więc nie namyślając się długo, kazaliśmy konie okulbaczyć i dalej w drogę. Rih, skoro mnie ujrzał, poznał mnie natychmiast; musiałem wsiąść na niego, gdyż Hadżi uważał go za mą własność w czasie podróży, a sam wziął innego konia. Ruszyliśmy do Sindżaru, następnie do Mossulu, odwiedziliśmy Arabów ze szczepu Haddedihn, którego naczelnik darował mi tego ogiera; potem przybyliśmy do Kerkuku, gdzie stanęliśmy gościną u mutessarifa (wysoki urzędnik turecki), który gwałtem dal nam do posługi i obrony zbrojnego sługę, którego poznaliśmy na wstępie i którego Hadżi nazwał tchórzem. Nie miałem wprawdzie ochoty brać sobie na kark takiego nieużytecznego ciężaru, bo wiedziałem z góry, że nie on mnie, ale ja będę musiał go strzedz i bronić, ale mutessarif oświadczył mi, że bez tego człowieka zginę pomiędzy Kurdami, i napierał tak długo na mnie, dopóki nie zgodziłem się na tę przysługę, ażeby nie okazać się niewdzięcznym. Co przewidywałem, stało się. Kasem, tak zwał się ów sługa, okazał się mężem o zajęczem sercu, który nie znał nawet dokładnie mowy kurdyjskiej. Gdybyśmy nie mówili biegle językiem Sazawów i Kurmandżidów, bylibyśmy musieli zaniechać naszej podróży. Na szczęście miał Kasem i dobre swe przymioty, które łagodziły jego tchórzostwo: miał dobre serce i przyjmował zarzuty, jakiemi go obsypywał Hadżi, tak spokojnie i z takim , jakgdyby go one wcale nie dotyczyły. Z Kerkuku pojechaliśmy do Suleimaniah, a stąd do Rewandis i chcieliśmy właśnie dostać się na obszary perskie, ażeby dotrzeć do jeziora Urmiah. Nasz Kasem zaproponował nam, ażebyśmy w tym celu jechali wzdłuż mniejszej rzeki Sidaka, którą to drogą w krótszym czasie przejść mogliśmy granicę. Kasem nie chciał jechać tą drogą, bo obawiał się Kurdów szczepu Khosnaf, którzy w tym czasie rozbili namioty swe na brzegach Sidaki. Kurdowie ci słyną z łupiestwa i ślepej zagorzałości w swej wierze, ale takimi są wszyscy wogóle koczujący Kurdowie; dlatego też uparłem się na swojem i stąd to, jak to powiedziałem na wstępie, nazwał mnie Kasem szalonym, stokroć szalonym. Hadżi Halef poparł mnie, jak już powiedziałem, zarzucił Kasemowi tchórzostwo, i skierował na prawo, kędy płynęła rzeka Sidaka. Uczyniłem to samo; chcąc nie chcąc, musiał i Kasem jechać za nami, ale to nie przeszkadzało mu ciągle nas przestrzegać i na cały głos wołać: — Zginiecie, jeżeli przestrogi mej nie usłuchacie. Znam dobrze tych rabusiów Kurdów. Panuje pomiędzy nimi wieczna zemsta za krew; mordują się i zabijają zobopólnie. Rozpadają się oni na dwa szczepy, na: Mir­‑Mahmalli i Mir­‑Yussufi, z których pierwsi pasą trzody swe po lewym brzegu rzeki, a drudzy po prawym. Te dwa szczepy prowadzą z sobą ciągłą wojnę; skoro zaś chodzi o to, ażeby złupić obcego, to łączą się razem. A więc cofnijcie się, cofnijcie, gdyż władza moja wobec nich nic nie znaczy. Nie mów o władzy swojej! — rzekł Halef. — Władza mutessarifa nie rozciąga się na dzikich Kurdów, nie boją się oni nawet padyszaha (sułtana tureckiego), więc jakąż ty chcesz mieć nad niemi władzę? Ciebie nie słuchają nawet w Kerkucie. Władza twoja równa się władzy komara, którego tchem mym odpędzam od siebie. Rychło rano opuściliśmy Rewandis; posuwając się w górę rzeki, nie jechaliśmy równą drogą, gdyż jej nie było, konie nasze szły w szlamie, który pozostawiła wiosenna powódź po obydwóch stronach rzeki. Do szlamu tego dotykał tuż bór dębowy, wznoszący wysoko swe konary ku górze po obydwóch stronach. Jazda była nużąca dla zwierząt, ale później wjechaliśmy na dolinę rzeki, okrytą trawą, na której szły już lepiej konie. Czasami napotykaliśmy krzaki i przez nie musieliśmy się przedzierać. Ja i Halef jechaliśmy przodem, Kasem spory kawał za nami. Miał bardzo kwaśną i przestraszoną minę. Ponieważ nie widziałem na trawie śladów ludzkich ani zwierzęcych, przeto nie sądziłem, że spotkamy się z Kurdami. Omyliłem się przecież, gdyż zapomniałem o tej okoliczności, że oba szczepy, które tu rzeka rozgraniczała, w ciągłej żyły z sobą wojnie. Wskutek tego nie spędzały też swych trzód do doliny rzecznej. Miały one swe obozy i namioty w lesie, a trzody w miejscach przerzedzonych, gdzie łatwiej było można nad niemi czuwać. Przedzieraliśmy się właśnie przez gęstą krzewinę, gdy nagle przed sobą w oddaleniu usłyszałem głos, wołający, o ratunek. Był to głos niewiasty. Musiało jej widocznie grozić wielkie niebezpieczeństwo. Dałem koniowi ostrogi i popędziłem szybko przez krzaki. Halef pędził tuż za mną. Kasem, który usłyszał także ów głos, wstrzymał konia i pełen trwogi odezwał się do nas: — Wstrzymajcie konie, wstrzymajcie! Effendi, proszę cię na Allacha, ukryj się tu w krzach. Niechaj tam wzywa o pomoc, kto chce. Kto rzuca się w widoczne niebezpieczeństwo, tego ono pożre z skórą i kośćmi! Nie zważałem naturalnie na tę przestrogę i coraz szybciej pędziłem naprzód. Wołanie o pomoc stawało się coraz trwożliwszem i coraz wyraźniej je słyszałem. Gdy dobiegłem do brzegu krzewiny, ujrzałem brzeg przeciwległy i ciągnący się po za nim wąski pasek trawy, który otaczał z prawej strony bór, z lewej lesiste wzgórza, z przodu nizkie krzewy, które przebiegłem. Pas ten był może długi ośmset kroków. Niewiasta nie biegła, ale formalnie pędziła po nim co sił starczyło, wołając o pomoc, jakoby goniła ją jaka nieprzyjazna istota. A jednak, jak daleko sięgnąć mogło me oko, nic nie widziałem. Niewiasta ta wybiegła z przeciwległych krzów i oddaliła się już może o jakie sto pięćdziesiąt kroków. Siły dodawał jej przestrach; zwróciła się wreszcie ku rzece, ażeby ją przebyć i ocalić życie. W tej chwili ujrzała mnie i Halefa, skierowała ku nam kroki, wołając ciągle o pomoc. Kasem ośmielił się zbliżyć ku nam aż do samego brzegu krzów, w których się ukrył. Ujrzał pędzącą niewiastę i śmiejąc się, odezwał się: — Allahi, Wallahi, Tallahi! Niewiasta ta szalona, woła o pomoc, a nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo. Ale wkrótce pokazało się, że przestrach jej nie był bez powodu, gdyż z krza, który za nią leżał, wyskoczył pies, a za nim drugi i trzeci. Były to olbrzymiej wielkości, szare, kurdyjskie psy gończe z rasy, którą Kurdowie zowią tazi. Pies taki wysoki jest jak cielę, nie ma dobrego węchu, ale skoro wpadnie raz na ślad, już go nie straci, a tak jest tresowany, że tego, na kogo go puszczą, chwyta za gardziel i rozrywa ją. Niewiasta ta znajdowała się więc w jak największem niebezpieczeństwie. Gdyby ją psy dosięgnęły, nie byłoby dla niej ocalenia. Biegły, skacząc, jak pantera. Musiałem jej więc szybko przybyć z pomocą i popędziłem, co koń wyskoczy. — Wstrzymaj się, wstrzymaj, na Ałłaha! Psy ściągną cię z konia i rozedrą! — wołał na mnie Kasem. Nie zważając na głos jego, pędziłem coraz szybciej, ażeby stanąć w miejscu, skądby strzał nie chybił; następnie zatrzymałem spienionego rumaka, sięgnąłem po mój karabin, koń kiedy przyłożyłem kolbę, stanął jak mur; wiedział on, że chcę strzelać i nie ruszył się. Karabin mój, dający kilka strzałów raz po razie, znany był już na Wschodzie, drżeli przed nim ci, co mieli sposobność poznać go. Mogłem się na niego spuścić. Dałem z niego trzy strzały, a psy, które mogłem wziąć na cel, padły na ziemię, tarzając się w trawie. Niewiasta pędziła mimo to naprzód. W towarzystwie Halefa podjechałem ku niej, i gdy się ku niej zbliżyłem tak, że mogła usłyszeć głos mój, rzekłem do niej: — Stój, jesteś ocalona! Psy zabite! Wymówiłem te słowa w mowie Kurmandżi, która była jej ojczystą, gdyż mnie zrozumiała; stanęła i obejrzała się po za siebie i zawołała, ujrzawszy, że psy leżą na ziemi: — Gheine Chodeh kes nehkahne — Bóg jest wszechmocny! Ocalił mnie, Jemu dzięki i cześć! Mówiła szybko, co tchu starczyło. Kładąc obydwie ręce na piersi, usiłowała uspokoić się. Nie była już młodą, miała może lat czterdzieści, widać było bruzdy na jej twarzy, wyorane więcej zapewne przez kłopoty życia, aniżeli przez wiek. Biedny jej ubiór stanowiła długa, na kształt koszuli zrobiona suknia z biało­‑niebieskiej materyi. Na głowie miała starą chustę w zawój skręconą. — Czyś psy podrażniła, albo czy je na ciebie puszczono? — zapytałem ją. — Puścili je na mnie, —odpowiedziała, nie mogąc dotąd tchu dostać; — miały mnie rozszarpać. — Do kogo one należą? — Do Szir Saleka, naczelnika Mir Mahmalli, do tego rabusia i mordercy, który nikogo nie oszczędza, nawet biednej niewiasty. — Czem tego człowieka obraziłaś? — Obraziłam? On morduje, kogo schwyci, gdyż morderstwo sprawia przyjemność. Zaginęła mi koza, moje kochane , z której żyjemy, gdyż jesteśmy biedni i mamy tylko to jedno zwierzę. Szukałam jej i przyszłam do rzeki. Właśnie chciałam ją zabrać ze sobą, gdy wtem nadszedł Szir Saleki, ten człowiek bez litości, ten najokrutniejszy zbójca z gromadą wojowników Mir Mahmalli. Prosiłam go o litość, gdyż my jesteśmy w wojnie z jego szczepem; wyszydził on mą prośbę i przebił oszczepem moją ulubioną kozę. Następnie naradzano się, co zrobić ze mną. Te potwory nie chciały wprawdzie broni swej zmazać krwią niewieścią, ale mimo to miałam śmierć ponieść. Postanowili zatem puścić na mnie psy i zaszczuć mnie niemi. Miałam zatem pobiedz w najbliższe krzewy; tyle bowiem pozwolili mi ubiedz naprzód drogi. Pobiegłam więc, a potem pędziłam coraz dalej, a dalej, wołając na głos o pomoc Boską. Usłyszał On mą prośbę i ocalił mnie przez ciebie, o panie. Imię Jego niechaj będzie błogosławione po wieki! — Zdążają więc za tobą wojownicy? — Tak jest, pędzą za mną, ażeby widzieć rozszarpane me ciało. Przestała mówić, patrząc mimowoli poza siebie; dostrzegła gromadę jeźdźców, jadącą ku nam przez najbliższe krzaki, którzy, dostrzegłszy nas, stanęli na chwilkę. — Tam są, tam! — krzyknęła z przestrachem. — Uciekaj, inaczej zginiesz. Pobiegła w jak największym pędzie ku rzece, ażeby dostać się na drugi brzeg i w ten sposób życie ocalić. Kasem pozostawał zawsze zdala za nami, a teraz zaryczał formalnie ku nam: — Ałłah niechaj się zlituje nad wami! Cofnijcie się, musimy uciekać, czemprędzej uciekać! Kurdowie ujrzeli leżące psy na ziemi i popędzili ku nam, straszliwy podnosząc krzyk i bronią wywijając. Mój mały Halef zdjął z pleców swój dwururny karabin i odezwał się do mnie: — Przecież uciekać nie będziemy, Sidhi? — Nie! Odstąp tylko nieco odemnie i pal, jeżeli nie staną, ale strzelaj tylko do koni. Nie możemy pozwolić się otoczyć! Włożyłem trzy nowe naboje do mego karabina w miejsce wystrzelonych i trzymałem go w pogotowiu. Kiedy zbliżyli się do nas na sto kroków, zawołałem na nich gromkim głosem: — Stój! Ani krok dalej, bo strzelać będziemy! — Dwunastu przeciw dwom! — zawołali, śmiejąc się szyderczo i popędzili ku nam. Siedmiu z nich, jak uważałem, mieli broń palną. Tych nie obawiałem się tak bardzo jak długich lanc, które miało pięciu i które ku nam skierowali. — Pal do koni dwóch przodkowych jeźdźców z lancami! — zawołałem na Halefa. Usłuchał on mego rozkazu, ja dałem trzy strzały. Pięć koni runęło na ziemię, jeźdźcy pospadali; dwa albo trzy następne konie obaliły się przez leżące na ziemi konie; cała gromada zatamowała się w swym biegu. Pozostali w siodle zatrzymali się na trzydzieści kroków od nas, podczas, gdy reszta to łatwiej, to trudniej stawała na nogi, klnąc i wyzywając. Widok tych zbójów nie budził zaufania, ale uzbrojenie ich nie mogło mnie przestraszać. Lance ich nie mogły nam teraz szkodzić, a uzbrojeni w broń palną mieli stare flinty ze skałką, dwóch z nich nawet flintę z lontami bardzo dawnej konstrukcji. Co się tyczy ich ubioru, świecili wszystkiemi kolorami; Kurdowie lubią się stroić w wszelkie możliwe barwy. Jeden z nich, który trzymał w ręku pistolet, miał na głowie turban, mający w średnicy najmniej trzy stopy. Był to dowódzca, podjechał kilka jeszcze kroków ku nam i grzmiącym odezwał się do nas głosem: — Ałłah niech gromy spuści na was! Czyście rozum postradali, iż ośmielacie się strzelać do nas? Coście za jedni? — psy! — Jesteśmy cudzoziemcy, — odpowiedziałem, udając, że nie dosłyszałem ostatniego słowa. — Rozumie się to samo przez się. Gdybyście byli tutejsi, tobyście nie byli się odważyli narażać się na widoczną śmierć. Dusze wasze pochłonie piekło. Gińcie przeklęte psy! To rzekłszy, podniósł pistolet; ja wziąłem go na cel, wołając: — Spuść broń na dół, bo inaczej kula moja roztrzaska ci łeb. — „Głupi gaduło!“ zaśmiał się. — Toć wasze naboje wystrzelane! — Mój karabin strzela zawsze; uważaj jeno! To rzekłszy, dałem kilka strzałów, do jego konia. Biedne zwierzę runęło na ziemię, i naczelnik padł i stracił swą flintę. — Ałłaha, Ałłaha, — zaryczał w wściekłości, podnoszą się z ziemi. — Skąd ty masz taką broń? Czy ukuł ci ją djabeł? Jak się nazywasz? — Jestem chrześcijaninem z dalekiego kraju i nazywają mnie Kara Ben Nemsi effendi. — Psie chrześcijański! Niechaj Ałłah spuści na cię gromy! Giń z mej ręki! Porwał za karabin, aby zmierzyć do mnie, gdy wtem chwycił go za ramię jeden z mających lancę i zawołał do niego w jak największym przestrachu: — Wstrzymaj się! Sprowadzisz na nas wszystkich śmierć! Broń tego chrześcianina daje sto, tysiąc kul jednę po drugiej, a nie potrzeba jej nabijać. Wystrzela on nas wszystkich, zanim my dotkniemy się naszej broni. — Co, co mówisz? — zapytał naczelnik, spuszczając broń ku ziemi i patrząc jakby skamieniały i z otwartemi ustami na tego, co wyrzekł te słowa. Ten opowiadał mu coś po cichu, iż nie mogłem go zrozumieć. Mówił on przez pewien czas do naczelnika i innych w wielkim zapale, wskutek czego mógł Halef włożyć do dwóch luf swego karabina nowe naboje. Kurdowie spoglądali na mówcę w zdumieniu, śledząc bacznie mą twarz i ruchy ciała, jakobym był ósmym nowo odkrytym cudem świata. Sam byłem ciekawy, gdzie ten człowiek mógł mnie poznać. Gdy przestał mówić, się Kurdowie naradzać po cichu, a potem odezwał się do mnie naczelnik: — Panie, czyś nie przebywał niegdyś pomiędzy szczepem Zibar­‑Kurdami? — Byłem pomiędzy nimi — odrzekłem. — Byłeś gościem naczelnika tego szczepu? — Zwykłem tylko stawać gościną u naczelników, — odrzekłem dumnie. — Jesteś tym samym cudzoziemcem, który ocalił od zguby szczep Hoddedihin przez to, żeś zdołał zwabić podstępem do doliny Deradż trzy szczepy, które poddać się i broń złożyć musiały? — Jestem tym samym cudzoziemcem. — A ten mały człowiek, który ci towarzyszy, nie zowież się on Hadżi Halef Omar, który to wszystko wraz z tobą przebył? — Jest on tym samym. — Ponieważ jesteście tymi samymi, jesteśmy gotowi przebaczyć wam winy wasze, jeżeli uczynisz to, czego od ciebie żądamy. — Powiedz, czego żądasz! — Zapłacisz nam nasamprzód konie, któreś pozabijał. — A może i psy? — rzekłem. — Naturalnie! Powtóre dacie nam w upominku całą którą macie z sobą. — A po trzecie? — Więcej nie żądamy. Jak widzisz, bardzo mało od was żądamy. Jeżeli zgodzisz się na te warunki, to będziesz mym gościem i przyjacielem i możecie pomiędzy nami tak długo żyć, jak wam się będzie podobało i tak bezpiecznie mieszkać, jakbyście do naszego szczepu należeli. — A jeżeli nie przyjmę waszych warunków? — To uważać będziemy was za wrogów śmiertelnych, a słońce dnia tego będzie ostatniem, które wam świeci w oczy. Radzę ci przyjąć me warunki. — Nie wystarczają mi one, odrzekłem. — Dowiodę wam, że otrzymam od was jeszcze lepsze. — Nie wierz w to, — odrzekł. — Kto dal ci prawo do zabijania psów moich? — A czyż miały one rozszarpać biedną kobietę? — Tak jest. Panuje zemsta za krew pomiędzy jej a naszym szczepem. Nadto jest ona przeklętą szyitką, która nawet mówi o Zbawicielu chrześcijan. Krew jej należy się psom. Nazywa się ona Fatima Marryah i wyć będzie w najgłębszej otchłani piekła. A więc szyitką była ta niewiasta. Sunici nienawidzą szyitów, obchodzą się oni z nimi daleko gorzej, aniżeli z „niewiernymi“ (chrześcijanami). Mówi ona nawet o Zbawicielu. Mogłem się zatem podwójnie z tego cieszyć, że ocaliłem jej życie. Odpowiedziałem też naczelnikowi: — Jestem chrześcijaninem; ona mówi o mym Zbawicielu, dlatego cieszę się bardzo, żem twe bestye zastrzelił. Gdybyś nie był ich puścił na tę biedną niewiastę, byłyby dotąd żyły. Sameś więc winien swej stracie. A czyż konie mam zapłacić? Czyż nie kazałem wam stanąć? Czyż nie groziłem wam, że strzelać będę? Nie usłuchaliście, dlatego strzelaliśmy. Któż więc sprawcą śmierci waszych koni? — Ty, a nie my, — odrzekł zapalczywie. — Kto dał wam prawo do strzelania? — Dałem je sam sobie, — odpowiedziałem. — Podziękujcie Ałłahowi, żem jest chrześcijaninem. Gdybym był mahometaninem, to strzelalibyśmy nie do koni waszych, jeno do was. Broń naszą mieć chcecie? Ażebyście potem mogli nas pozabijać! Ani mi w głowie postało by gościem i przyjacielem człowieka, który każe psom rozszarpywać bezbronną niewiastę; niechaj hańba i zguba padnie na głowę twoją! — Milcz! — zaryczał naczelnik. — Rzekniesz słowo jeszcze, a gryźć cię będą jutro robaki. — Niemoc twoja nie pozwala ci wykonać groźby. Moja broń zabiła trzy psy i trzy konie, i twój koń otrzymał pięć strzałów. A czyś widział, abym tę broń nabijał? Czyż mam dwanaście razy jeszcze pociągnąć za cyngiel i porozbijać wam wszystkim czaszki! — Sam dyabeł te broń ci zrobił! — zgrzytał zębami naczelnik, hamując wściekłość. — Któryż wyznawca Mahometa oprzeć się może dyabłu! A więc nie chcesz nam nic zapłacić? — Ani grosza! — I nie chcesz z nami iść? — Ani myślę o tem. — A dokąd chcesz jechać? — Dokąd nam się podoba; nie potrzebujesz o tem wiedzieć. Nasamprzód zostaniemy tu jeszcze pięć minut. Bezpieczeństwo nasze wymaga tego, ażebyście się oddalili. Kto po upływie tego czasu nie oddali się, ten kulą w łeb dostanie. — Żartujesz. — Wcale nie żartuje, mówię prawdę! — Musimy zabite konie odciągnąć, przynajmniej zdjąć z nich uprząż. — W tym celu możecie przyjść później. Daję ci słowo, że ani jednej zgłoski do was nie przemówię. Co rozkażę, musi być spełnione. A więc precz z wami, bo strzelać będę! Skierowałem lufę mego karabinu ku naczelnikowi, a Hadżi poszedł za mym przykładem. Strach przed mym karabinem poskutkował. Kurdowie rzucili na mnie dzikim wzrokiem, nie śmieli się jednak oprzeć. Poszeptali pomiędzy sobą i poszli ku domowi, jedni pieszo, drudzy na koniach. Gdy przybyli do krzewiny, z której nadbiegli, obrócił się ku nam naczelnik, podniósł groźnie w górę swą flintę i zawołał: — Krew jest czerwona; strzeż się wężów! Była to nieostrożność z jego strony, gdyż zdradził się z swym zamiarem; wypowiedział dość otwarcie, że ścigać nas będzie tajemnie, by pomścić się. Musieliśmy więc mieć się na baczności.

Rozdział 2.

i.

Gdy się Arabowie oddalili, puścił wodze wesołości Hadżi Halef Omar i rzekł do mnie, śmiejąc się: — Otóż dwunastu zuchów, pierzchających przed dwoma mężami! Czyż nie muszą oni, Sihdi, wstydzić się samych siebie, a na przyszłość i dzieci ich! Myśmy ani o jednę piędź ziemi nie ustąpili. Pokonaliśmy ich jednak strachem przed twą bronią. Człowiek, który cię znał, musiał być z nami u szczepu Kurdów Zibarskich. Bylibyśmy źle wyszli na tem, gdyby on nie był zwrócił uwagi naczelnika na twój karabin. — Nie bylibyśmy gorzej na tem wyszli, kosztowałoby tylko więcej krwi ludzkiej, ale nie naszej. Dopóty stali przed nami, nie byli dla nas wcale niebezpiecznymi. Ale teraz będą oni jak węże czyhać na nas, jak to wyrzekł ich naczelnik, a to jest dla nas daleko niebezpieczniejsze. — Sądzę raczej, — rzekł Hadżi, — wypadną na nas z zasadzki, gdy teraz ruszymy w dalszą drogę. Zdaje się, że będziemy musieli przejeżdżać przez ich obszary. — Czy mniemasz rzeczywiście, — odrzekłem, — iż tą drogą będziemy mogli dalej jechać? Sądziłem, że znasz mnie lepiej. Tutaj mieszkają Mir Mahmallowie, z tamtej strony Mir Yussufowie, do których szczepu ta Fatima Marryah, jak się zdaje, należy. Ponieważ wyrządziliśmy jej tak wielką przysługę, to spodziewać się należy na pewno, że ziomkowie jej szczepu przyjmą nas przyjaznie, a w każdym razie bronić nas będą przed Mir Mahmallami. A więc przebędziemy teraz rzekę. To rzekłszy, obejrzałem się za naszym sługą. Nie było go; cofnęliśmy się więc, śladów na trawie, by go znaleźć. Tchórz ten wprowadził konia swego w krzewinę, tam go przywiązał i ukrył się w gęstwinie, ażeby nie spostrzegli go Kurdowie. — Czy już odeszli? — zapytał się, gdy go ciągnąłem z krza za nogi. — Żyjesz effendi! Czy ciebie nie zabili? — Tak, zabili mnie. — Ale przecież stoisz tu przedemną. — Jest to duch mój, który cię ścigać będzie dzień i noc za twe męstwo, z jakiem nas osłaniasz. — I duch mój będzie cię straszył i na plecy właził co godzinę dziesięć, dwanaście razy, ty dziadzie i pradziadzie trwogi, — odezwał się do niego głośno Hadżi. — Czemuż pozostałeś w tyle, czemu się ukryłeś! — Tylko ze względu na wasze dobro, Kurdowie nienawidzą żołnierzy sułtańskich; gdyby byli mnie ujrzeli, nie bylibyście uszli ze zdrową skórą. — Więc na to daje nam ciebie mutessarif do obrony? Niechaj cię Ałłah przemieni w jeża z kolcami na wewnątrz, ażeby żgały twą duszę i niepokoiły ją przez całe twe życie. Rzekłszy to, machnął Halef pogardliwie ręką i podążył ku rzece, do której skierowałem i ja swego konia. Była ona w tem miejscu zaledwie na półtorej stopy głęboka; mogła więc ją łatwo przejść kurdyjka, która nam znikła z oczu. Przybyliśmy na drugi brzeg, jechaliśmy w górę, ale strzegliśmy się, by nie zostać w pobliżu wody. Kurdowie mogli się byli ukryć na przeciwległej stronie i do nas . Jechaliśmy zatem brzegiem doliny, skrajem boru pod drzewami, których gałęzie zasłaniały nas. Że konieczną była ta ostrożność, przekonaliśmy się niebawem. Nie ujechaliśmy jeszcze daleko, a już z tamtej strony padł strzał z krzewów, chybiwszy celu. Kilka minut później usłyszałem drugi strzał; padł on za mną. Obejrzałem się w tył, i ujrzałem Kasema, który, ażeby pewniej celować, zeszedł z konia i wystrzeloną flintę spuścił ku ziemi. Z tamtej strony rzeki podnieśli Kurdowie wściekły krzyk. Kasem, ażeby mnie uprzedzić, prędko zawołał: — Ubiłem im jednego, effendi! Stał on między krzami i strzelał do nas; wtedy to posłałem mu kulkę, która go na tamten świat przeniosła. — A któż to z nich padł? Czy czasem nie naczelnik? — Nie, inny. Przekonujesz się teraz, że mam odwagę i dzielnym jestem wojownikiem. — Nie jesteś nim. Nie jest to sztuka do kogoś strzelać z zasadzki. Twój pośpiech może nam największą szkodę wyrządzić. Z krzyku Kurdów wnosić można, żeś trafił. Czy nie pomyślałeś o zemście za krew? — Zemsta za krew! Ałłahu! zapomniałem rzeczywiście o niej. Czy sądzisz, że przyjdą, ażeby wziąć zemstę za tę krew? — Nietylko sądzę, ale wierzę w to. Żaden lud nie przestrzega tak mocno tego prawa zemsty krwi, jak Kurdowie. Gdy ci będą chcieli przerznąć gardło, nic nie będę miał przeciwko temu. Nie myślałem wprawdzie tak, jak mówiłem, ale gniewałem się rzeczywiście na niego. Zagrażało nam już i tak niebezpieczeństwo, a jego krok nierozważny ściągnąć mógł na nas jeszcze większe, zwłaszcza, że rzeka w tem miejscu skręcała się i tak blizko płynęła około stoku góry, iż oba brzegi przedzielał bardzo wązki pas trawy, na którym posuwaliśmy się naprzód. To właśnie miejsce mogło stać się dla nas zgubnem, gdyż byliśmy tu wystawieni na kule ukrytych w krzakach Kurdów. Dlatego wolałem szukać osłony w lesie, ciągnącym się na stokach góry, choć przez czas krótki. Byliśmy zatem zmuszeni zwrócić się ku górze, i z tego powodu byliśmy zniewoleni zsiąść z koni, gdyż droga była skalista i stroma. Prowadząc konie za uzdy, wdrapywaliśmy się ku górze i ku memu wielkiemu zdziwieniu napotkaliśmy ścieżkę, która zdawała się ciągnąć wzdłuż przełęczy górskiej. Szliśmy więc tą ścieżką, nie uważając na spotkanie się tu z nieprzyjacielem, gdyż na tym tu brzegu mieszkali Mir Yussufowie, o których sądziłem, że nie wystąpią przeciw nam jako nieprzyjaciele. Doszliśmy do skały, która w miejscu, gdzie kończyła się ścieżka, zdawała tworzyć bramę. Nie można było w żadną zboczyć stronę, gdyż po lewej spadała stromo skała, a po prawej szła tak w górę, że nie było można jej przebyć. Otwór ten, który nazwałem bramą, zamknięty był bardzo silnie utkaną plecionką z ciernia. Zapytałem tedy silnym głosem, czy niema tam kogo na drugiej stronie, na co odpowiedziano mi: — Jest tu ktoś. Co wy za jedni jesteście? — Jesteśmy cudzoziemcami i przybywamy z Rewandis. — Dokąd chcecie się udać? — Chcemy przebyć granicę. — Jakiej jesteście wiary? Czy szyici, czy sunici? — Jestem chrześcijaninem: moi towarzysze są sunitami mahometańskimi. Czy możemy tej nocy być waszymi gośćmi? — Otworzę, przywiążcie tam konie wasze. Usunięto drzwi cierniowe, i przed nami stanął mąż olbrzymiej wielkości ciała, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Był daleko wyższy i szerszy odemnie; miał na głowie długie, cienkie warkocze, spadające na plecy. Szerokie jego spodnie były czarne z czerwonemi paskami i u góry rzemieniem spięte. Bose jego nogi większych były rozmiarów, aniżeli potężne jego ręce, których mógłby mu pozazdrościć irlandzki majtek. Około ramion wisiał skórzany rzemień, pokrajany tak w długie pasy, że górną jego część ciała mocno kosmatą było można tak samo dobrze widzieć, jak uderzająco silne muskularne ramiona. Trzymał nóż w ręku, którym był właśnie zajęty. Zmierzył nas ponurym wzrokiem i rzekł: — Chodźcie tu i zaczekajcie. Doniosę o waszem przybyciu najstarszemu we wsi. Zniknął nam potem z przed oczu po za drugiemi drzwiami cierniowemi, które z tamtej strony zatknął, a my weszliśmy, pozostawiając konie na wolności. Ujrzeliśmy się w czworokątnym, nieregularnie zbudowanym budynku, w którym mogło się dobrze pomieścić dwudziestu ludzi i którego cztery ściany tworzyły takie same plecionki cierniowe. Do czego używano tych kolczastych pokryć? o tem dowiemy się niebawem. Za stoły służyło kilka wielkich kamieni. Usiedliśmy na nich. Zresztą nic tam nie było można dojrzeć, tylko trzonki lanc, nad któremi pracował właśnie Kurd, gdyśmy przybyli. Miałem ochotę wedle mego zwyczaju rozpatrzeć się dokładnie w tej miejscowości, ale ze względu na ostrożność, nie uczyniłem tego, mogli tu być ukryci szpiedzy i nie chciałem dać znaku mego podejrzenia i zmusić ich do czujności. Jedno tylko zrobiłem, ażeby być na wszelki wypadek uzbrojonym. Napełniłem mój magazynowy karabin nowemi nabojami w miejsce wystrzelonych. Skończyłem właśnie mą robotę, gdy tylne drzwi otworzyły się i wszedł Kurd nasz z człowiekiem, którego przedstawił mi jako najstarszego we wsi. Wyglądał on na zuchwałego i przebiegłego, był średniego wzrostu. Na głowie miał olbrzymi turban, ciało jego okrywał ubiór turecki, zrobiony z czerwonej materyi przeszywanej niebieską. Za pasem miał nóż i pistolet. Tę ostatnią broń posiadają zwykle tylko naczelnicy. Spojrzał na nas badawczo, i o ile mogłem dostrzedz, się i zapytał potem: — Dwaj ci mężowie są sunitami? — Tak jest. — My wyznajemy święty szyizm i świecimy uroczystość Husseina, męczennika. Ty jesteś chrześcijaninem, a nosisz przecież hamail! Hamail jest to w Mecce napisany koran, który mogą sobie kupić przybyli do Mekki pielgrzymi, jeżeli są majętni i nosić na szyi jako pamiątkę. Dlatego odpowiedziałem: — Kupiłem go sobie w Mecce. Rzucił na mnie wzrokiem, którego znaczenia nie mogłem odgadnąć, obejrzał mnie raz jeszcze i poszedł do wyjścia, ażeby zobaczyć nasze konie. Jak tylko padło oko jego na konia mego, zajaśniało mu ono z radości i wyrzekł głośno: — Na Hassana, na Huseina! Jest to koń najczystszej krwi! Jak go zowiesz? — Rih, — odrzekłem. — Rih? Od kogo masz go? — Darował mi go Mohamed Emin, naczelnik Haddedihnów ze szczepu Szammar. — Znam Haddedihnów i wszystkie ich losy. To zapewne jesteś chrześcijaninem, któremu on tego konia darował za to, żeś szczep jego ocalił od zguby przed nieprzyjaznemi mu szczepami? — Tak jest. — Przebiegłeś potem Kurdystan i walczyłeś z wyznawcami dyabła? — Pomagałem im, gdyż mieli po swej stronie słuszność. — Ale walczyłeś przeciw wyznawcom proroka! — zawołał prawie z gniewem. — Dzięki mej obronie zapobieżono wielkiemu krwi rozlewowi, tak odrzekłem w mej obronie. — Słyszałem, iż o tobie opowiadają, — mówił głosem umiarkowanym, — posiadasz broń, która strzela, choć nie nabita? — Tak jest, oto ona, — rzekłem, wskazując na karabin. — Daj mi ją. Chcę ją sobie obejrzeć. — Wydaję ją wtedy tylko z ręki, gdy wiem, że ją chce widzieć przyjaciel. Chcesz nas przyjąć jako gości? Broń ta z swemi dwudziestopięciu strzałami była mą najlepszą obroną, ale i niebezpieczeństwem, gdyż każdy chciał ją mieć. — Pokaż mi ją, — wtedy odpowiem. — Odpowiedz wprzód, a pokażę ci ją wtedy. — Nie ufasz mi, — mówił dalej rozgniewany, klaszcząc w obie ręce. — Dowiedz się więc, jakie ta nieufność pociąga za sobą następstwo. Klaśnięcie było hasłem; usłyszałem niebawem po za sobą szelest, jakoby wejście cierniowe usuwano. Obejrzałem się prędko. Bramy nie było już, a przez nie wchodziło szybko dziesięciu do dwudziestu zbrojnych Kurdów. Ci, co weszli najpierw, stanęli odrazu blizko nas. Chciałem odskoczyć i przyłożyć mój karabin, ale było już za późno, gdyż Kurd ten, który nas wpuścił i do którego stałem tyłem, uchwycił trzon lancy i tak mię nim w głowę uderzył, ze padłem bez zmysłów na ziemię. Co teraz się stało, nie mogłem ani wiedzieć, ani widzieć, ani słyszeć, gdyż cios olbrzyma obezwładnił mnie. Gdy przyszedłem do przytomności, nie znajdowałem się już tam, gdzie mnie powalono na ziemię, ale leżałem, mając ręce i nogi skrępowane w koszuli i spodniach na dworze. Obok mnie leżeli tak samo skrępowani Halef i Kasem i obrani z rzeczy, jak ja. Wszystko nam odebrano. Był jeszcze dzień, mogłem więc dobrze obejrzeć moje otoczenie. W środku lasu było wolne miejsce czworokątne. Wycięte w niem drzewa z wierzchołkami i korą pokładziono przy brzegu tego wytrzebionego miejsca tak obok siebie i jedno na drugie, że powstało stąd ogrodzenie nie do , w którem jako wejście taki tylko otwór, że jeden tylko jeździec mógł przezeń wjechać. Ten to otwór zamykano na noc i w czasie niebezpieczeństwa. Później dowiedziałem się, że jedno jeszcze było wejście, to jest owa brama, przez którą weszliśmy. Tę osłoniono ową wspomniana plecionka cierniową, prowadzącą do izby, a otwierającą się w stronę lasu; było to powodem, że i mnie oszukano. Brama ta otwierała się ku trzem stronom. Jedną stroną my weszliśmy, drugą starszy gromady, a trzecią ci, co nas uderzyli. W tem przetrzebionem miejscu stały chaty Kurdów, zbudowane z pni i gałęzi. Wnętrze ich było można na tyle podzielić miejsc przez posuwanie plecionki, na ile się tylko chciało. Wewnątrz tego ogrodzenia było około trzydziestu mężczyzn, z których dziesięciu nas otaczało. Dzieci i okryte zasłoną na twarzy kobiety kręciły się naokół w większej liczbie, ciekawe gapiąc się na nas i okazywały nam swą nieprzyjaźń. Konie nasze przywiązane były do pali. Pomiędzy owymi dziesięcioma znajdował się starszy we wsi i Kurd, który nas wpuscił. Ten ostatni, sądząc z jego ubrania i uzbrojenia, miał tylko nóż za pasem, zdawał się być najbiedniejszym. Gdy pierwszy, którego nazywam dla krótkości naczelnikiem, dostrzegł, iż mam oczy otwarte, natychmiast przemówił do mnie i to w stanie nieprzyjaznym: — Przekonujesz się, jak daleko doprowadziła cię twa nieufność. Musicie umrzeć. — Chociażbym był ci i zaufał, leżelibyśmy także tutaj — . — Chcieliście odebrać nam naszą własność, zwłaszcza mego konia i broń: więc zarówno było, czyśmy wam ufali, czy też nie. W żadnym jednak razie nie umrzemy. — Mylisz się. Skoro tylko nadejdzie wieczór, nastąpi wasza śmierć. Jesteście chrześcijanami i sunitami, którzy nie mogą spodziewać się łaski. Kto was zabija, temu Ałłah stokroć wynagradza. — A ja mówię ci, że nikt z was nie będzie miał odwagi położyć na nas swą rękę. — A ja przysięgam ci na Ałłaha, na Hassana i Husseina... — Stój! nie przysięgaj, bo przysiągłbyś krzywo — przerwałem mu szybko. — Jeżeliś rzeczywiście słyszał o mnie, to wiesz, że znajdowałem się już w większych niebezpieczeństwach, aniżeli teraz. Mnie nie można tak prędko zgładzić z tego świata. Na cóż ci się przyda broń ma, którą odebraliście nam. Koń mój nie będzie ci posłuszny, a z bronią moją nie umiesz się obchodzić. Ręka twa ani jednego nie da z niej strzału. Miał on przed sobą mój karabin. Na nim oparłem mą nadzieję i plan. Chciałem wolność sobie samemu zawdzięczać; spotkanie się nasze z Kurdyjką chciałem jako ostatni użyć środek. Halef, który leżał związany po mej prawej stronie, rzekł do mnie w swym arabskim języku, którego nie rozumieli Kurdowie: — Sihidi, kiedyś ty leżał bez zmysłów, próbował on ciągle, czy może strzelić, ale nie powiodło się mu. Bądź mądry, i udaj, że chcesz mu pokazać; przez to ocalisz nas! — Jest to właśnie mój plan — odrzekłem mu w tej samej mowie. — Milcz! — zawołał naczelnik. — Nie możecie nie mówić, czego my nie rozumiemy. Co się tyczy karabinu, to musisz mi powiedzieć, jak trzeba palcami nacisnąć. — A jak ci nie powiem. — To ukaranym zostaniesz dziewięcioraką karą. Macie być rozstrzelani, a jeżeli mnie nie pouczysz, jak się strzela, to przywiążemy cię do drzewa i od dołu ku górze zwolna cię będziemy palić. Kurdowie zdolni byli dopuścić się takich okrucieństw. Udałem, jakobym bardzo się przestraszył, ale pozornie wzbraniałem się zadość uczynić jego żądaniu, dopóki nie powtórzył swej groźby; wreszcie postanowiłem pokazać mu tę sztukę strzelania, ale zrobiłem uwagę, że z zawiązanemi rękoma nie mogę mu pokazać, jak trzeba uchwycić za karabin. — Rozwiążę ci ręce, — odpowiedział uradowany — rozetnę rzemień. Nadszedł pośpiesznie i uwolnił mi ręce i podał mi karabin. Teraz wygrałem. Powstałem na nogi, zmierzyłem i rzekłem: — Baczność! uważaj, jak strzelam. Czy widzisz tę tam najdłuższą gałęź dębowa przy drugim drzewie. Są na niej cztery dębianki (robi się z nich atrament). Zestrzelę je; uważaj! Dąb ten stał o siedmdziesiąt kroków od nas. Siedzący przy nas Kurdowie powstali na nogi i pobiegli ku dębowi. Tylko naczelnik pozostał przy mnie. Mogłem z radości głośno się zaśmiać. W tem oddaleniu miały dębionki wielkość ziarnek pieprzu. Zdawało się niemożliwem zestrzelić je. Strzeliłem czterykroć. Okrzyk radości oznajmił trafny cel. Ja lotem błyskawicy odłożyłem na bok karabin, pochwyciłem naczelnika, przyciągnąłem go do siebie, uchwyciłem za gardziel ręką, wyrwałem mu prawą ręką nóż z za pasa, oderżnąłem rzemień, który krepował me nogi, potem rzemień, który krępował ręce Halefa, i odezwałem się do niego: — Bierz nóż ten i przerznij pęta swoje i Kasema, potem odwiąż konie od pala. Halef wziął ode mnie nóż. Miałem teraz wolne ręce, powstałem z miejsca, podniosłem do góry naczelnika, puściłem go następnie, schwyciłem za karabin, zmierzyłem i odezwałem się do niego: — Złóż ręce do ciała i nie ruszaj się, gdyż inaczej dostaniesz sto kul z tej dyabelskiej flinty! Usłuchał mego rozkazu, trzęsąc się cały. Działo się to w przeciągu jednej minuty. Kurdowie patrzeli na to z daleka; nadbiegli ku nam, wrzeszcząc; ja odezwałem się do nich: — Stójcie, bo inaczej strzelę do waszego naczelnika, a kto z was skieruje broń swą ku nam, temu puszczę kulkę przez mózg. I oni usłuchali; stanęli, tak wielki był ich przestrach przed naszym karabinem. W tem przyprowadzili konie Hadżi Halef i Kasem. — Przekonujesz się teraz, — rzekłem do naczelnika — że byłbyś krzywo przysiągł. Nie jesteśmy tymi ludźmi, z którymi można robić, co się podoba. Teraz każesz nam przynieść wszystko, coście nam odebrali, a potem... — Boże, o Boże, co się tu robi, — przerwał mą mowę głos niewieści po za mną. Obejrzałem się i ujrzałem Fatimę Marryah, która właśnie przybiegła przez bramę ciernistą. — Wzięto nas do niewoli i obrabowano, ażeby nas potem zamordować — odrzekłem. — Aleśmy się oswobodzili i zastrzelimy wszystkich, gdyby nas na wolność nie puszczono. — Wzięto was do niewoli i obrabowano — chciano was zabić, was, mych oswobodzicieli i zbawców, którym życie moje zawdzięczam? Ani włos z głowy waszej nie spadnie; zapewniam was o tem! Nadeszła jak najbliżej i mówiła z takim zapałem i tak prędko do naczelnika i ludzi jego, iż nie mogłem myślą podążyć za jej słowami, chociaż dość dobrze znam język Kurmandżi. Mowa płynęła jej formalnie z ust. Jeszcze nie skończyła i jeszcze mówiła, gdy nadszedł Kurd, który mnie na ziemię powalił i rzekł do mnie: — Panie, tyś ją ocalił, nazywam się Yussuf Ali, a ona jest mną żoną. Pozwól, że stanę przy twym boku i będę waszym obrońcą. Na Hassana i Husseina, ręczę mem życiem za was i waszą własność. Że to była najuroczystsza przysięga szyity, pozwoliłem więc mu na to, aby stanął obok mnie. Kiedy żona jego przestała mówić, zaczął i on za nami przemawiać i to w sposób, że przekonałem się, że dotrzyma swej przysięgi. Sadziłem, ze mowa jego będzie miała ten skutek, iż Kurdowie poczną naradzać się, ale się omyliłem i to szczęśliwie, gdyż gdy Yussuf skończył, zwrócił się do mnie naczelnik i rzekł: — Panie, tego nie wiedziałem; dlatego musicie nam przebaczyć. Ocaliliście życie jednej z naszych niewiast, dwóch was pokonało dwunastu tych przeklętych Mir Mahmalli, jakżeż więc moglibyśmy być waszymi nieprzyjaciółmi! Nie, wy jesteście naszymi, a my waszymi; jesteśmy braćmi, przysięgam na Mahometa, na Hassana i Husseina, którzy padli pod nożami sunitów. Chodźcie z nami do domu, tam znajdziecie wszystko, co do was należy. — Nie! — zawołał Yussuf Ali. — Ocalili oni moją żonę, dlatego muszą być mymi gośćmi, a nie waszymi. Mam największe prawo do nich. Mieli nas naprzód zabić, a teraz sprzeczali się ci ludzie o zaszczyt, ażeby mieć nas u siebie. Gdy się zgodzić nie mogli, poprosili mnie, ażebym spór rozstrzygnął, i ja zawyrokowałem, że Hadżi i nasz towarzysz będą w gościnie u naczelnika, a ja u Yussufa, wyrok ten podobał się obydwom stronom. Tymczasem począł zmrok zapadać i pasterze przypędzili trzody. Nie były one liczne. Mir Yussufowie koczują raz na tureckim, drugi raz na perskim obszarze, a że Persowie są szyitami, tem się tłómaczy, że kilka rodzin szczepu wyznają także szyityzm i oddzieliło się od szczepu. Szyickim był właśnie ten oddział, u którego się znajdujemy. Żył on z małych trzód, ze zbierania owych dębionek, które stanowią znaczny wywóz i poszukiwane są w handlu, żył on nadto z rabunku, co u Kurdów jest rzeczą naturalną, gdyż rabunek uważają za rzecz rycerską. Gdy pasterze dowiedzieli się, co tu zaszło, obsypywali nas pochwałami, przyczem puszczali wodze swej wściekłości przeciw szczepowi Mahmalli, wznosząc dziki okrzyk, który oni słyszeć musieli, jako zamieszkujący takie samo ogrodzenie z tamtej strony rzeki na wysokości przeciwległej góry. Kiedy był jeszcze dzień, widziałem, jak ci Mahmallowie tam leżeli i mogłem wyraźnie widzieć palące się ich ognie. I u nas rozniecono przed każdym domem stos drzewa, u którego zebrali się mieszkańcy, ażeby przy ogniu sporządzić wieczerzę. Dom Yussufa Aliego był najmniejszy, nazwać go było można tylko chatą, rozdzieloną na dwie części przez posuwającą się plecionkę z cierni, z których jedna stanowiła izbę dla niewiast, tak zwany harem, a którą dzisiaj dano mi za mieszkanie. Gospodarz mój miał jedną tylko kozę, która mu zabili Mahmallowie. Żywił się on jej mlekiem i dębionkami. Otrzymywał nadto mała cząstkę z rabunku, za stróżowanie bramy ciernistej. Cóż miał więc dać do jedzenia tak dostojnemu gościowi, za jakiego mnie uważał? Rzecz ta nie wprawiała go jednak w kłopot. Jeżeli biedny koczownik bądź to Beduin, Kurd, czy Kirgis, ma gościa, a nic mu jeść dać nie może, to idzie po prostu do pierwszego lepszego sąsiada, albo raczej do najbogatszego i dostaje natychmiast to, czego potrzebuje. Yussuf udał się do naczelnika i przyniósł , ryżu i ubitego tłustego barana, przez co zapobiegł jak najzupełniej głodowi.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…