Front matter
OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM
Nr. 93 BIBLJOTECZKA Nr. 93
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
całość
OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM
Nr. 93 BIBLJOTECZKA Nr. 93
HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA
BORYS SAWINKOW.
Z cyklu: „ROSJA NA RUBIEŻY“.
Jak zabiliśmy ministra Plehwego?
Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.
T-wo Wyd. „Rój“ s. z. o. o.
Warszawa, Kredytowa 1. P. K. O. Nr. 9880.
Sp. Akc. Wyd.-Druk. 2-4.
orys Sawinkow — to symbol ducha — rewolucjonisty Rosji. Życie całe walcząc z caratem, z równą pasją, następnie zakłada miny pod tron czerwonych carów. W 1920 r. z wojskami naszemi ramię w ramię, z karabinem w dłoni, walczy pod Radzyminem. Wciągnięty przez bolszewików w zasadzkę, ginie w ich więzieniu śmiercią zagadkową i tragiczną. Pozostałe po nim pamiętniki publikują bolszewicy; podajemy z nich fragment. O ile otrzymamy od czytelników słowa zainteresowania, będziemy mogli podać dalsze ustępy: 1) zabójstwo w. ks. Sergjusza, 2) sprawa Azefa i t. d.
UCIECZKA.
W początkach 1902 roku byłem zesłany administracyjnie do Wołogdy z powodu sprawy sądowej z procesu grup socjalistycznych „Socjalista” i „Sztandar Robotniczy”. W Wołogdzie wstąpiłem do miejscowej partji socjalistów — rewolucjonistów i wtedy po raz pierwszy zaznajomiłem się z ideą terroru. W czerwcu 1903 roku uciekłem zagranicę. Przyjechawszy do Archangielska, pozostawiłem walizę na przechowanie na dworcu i skierowałem się pod wskazanym mi przez organizację adresem. Miałem tam otrzymać informacje w jaki sposób można się przeszmuglować do Norwegji. się, że za godzinę właśnie wyrusza do Norwegji parowiec „Cesarz I“. Nie miałem już czasu wracać po swoją walizę i, tak jak stałem, bez paszportu i bez rzeczy, przemknąłem się nieznacznie do kajuty 2-ej klasy. Na piątą dobę, kiedy okręt zawijał do przystani Waranger, podszedłem do młodszego szturmana. — Jadę do Pieczeńgi (ostatni port przed granicą norweską), ale chciałbym być w Warde (pierwszy port norweski), czy możnaby to urządzić? Szturman spojrzał uważnie na mnie. — A czy pan z rybnej branży? — Z rybnej. — Pewnie, że można. Czemużby nie? — Nie mam zagranicznego paszportu. — Poco panu paszport? Zeszedłszy z pokładu, przenocuje pan w moim domu, a świtaniem wróci pan wraz z nami do Pieczeńgi. Niech pan tylko bilet kupi. I w ten oto sposób niebawem się w Genewie, gdzie poznałem całe środowisko rewolucyjne. Pewnego dnia, kiedy mego szlafkamrata nie było w domu, wszedł do naszego pokoju człowiek, mogący liczyć 33 lata, otyły, o szerokiej, martwej, niby z kamienia ciosanej i nieruchomej twarzy, o wielkich czarnych oczach. Był to. Eugenjusz Azef. Przyszedł mnie wybadać i zapytać o to, co sądzę o akcji terrorystycznej. Od tego czasu nawiedzał mnie niejednokrotnie. Małomówny — słuchał zwykle uważnie. Pewnego dnia rzekł: — No, czas już jechać do Rosji. Wyjeżdżajcie z drugim towarzyszem gdzieś z Genewy, pomieszkajcie w jakiemś małem miasteczku i zaobserwujcie, czy też was nie śledzą. Następnego dnia wyjechaliśmy do Fryburga. Po upływie dwóch tygodni odwiedził nas Azef i po raz pierwszy zakomunikował nam plan zamachu, nie wymieniając zupełnie kto w nim będzie uczestniczyć. Plan był następujący: wiadomem było, że Plehwe mieszka w gmachu departamentu policji (Fontanka 16) i codziennie jeździ z raportami do cara do Zimowego Dworca, do Carskiego Sioła, albo też do Peterhofu, co zależało od pory roku i od miejsca pobytu cara. Ponieważ zabić Plehwego na ulicy było wiele łatwiej niż w domu, postanowiono roztoczyć nad nim nadzór nieustający. Nadzór ten miał nas doskonale zorjentować co do rozkładu dnia Plehwego, godzin jego wyjazdu i wyglądu jego karety i otoczenia. Mając te dane, mieliśmy przystąpić do ostatecznego aktu — rzucenia bomby. Ponieważ minister był strzeżony nadzwyczaj gorliwie, do jego śledzenia potrzebni byli ludzie, znajdujący się z powodu swoich zajęć stale na ulicy, naprzykład gazeciarze, dorożkarze, handlarze uliczni i t. d. Postanowiono więc, że jeden towarzysz kupi dorożkę i konia i zacznie cyrkulować po Petersburgu jako dorożkarz, drugi zaś wykupi patent na sprzedaż uliczną papierosów. Mnie było poruczonem zbierać od nich informacje i kierować całym nadzorem. Plan powyższy powstał w głowie Azefa; był on niezwykle prosty. Ale właśnie dzięki swojej prostocie dawał nam wielkie fory wobec policji. Obserwacja uliczna nigdy jeszcze nie była stosowana przez rewolucjonistów. Trudno było przypuścić, żeby policja wpadła na myśl, że członkowie bojowej organizacji jeżdżą jako dorożkarze po mieście, albo też handlują papierosami. To też, kończąc rozmowę ze mną, Azef wyrzekł z przekonaniem: — Jeśli nie będzie prowokacji, Plehwe będzie zabity. Jeden z towarzyszy, wziąwszy ze sobą rtęć piorunującą, wyjechał do Rosji. W początkach listopada i ja się znalazłem w Petersburgu, nie znając ani składu organizacji, ani haseł partyjnych, ani adresu. Czekałem na Azefa: obiecał przyjechać bezpośrednio po mnie.
DZIEŃDOBRY — PANIE SIEMASZKO!..
W Petersburgu stanąłem w hotelu „Północnym“, zameldowawszy się paszportem na imię niejakiego Siemaszki. Tegoż samego dnia wieczorem poszedłem na umówione spotkanie z towarzyszem, który wyruszył do Rosji przede mną. Miał on o czekiwać mnie codziennie na ulicy Sadowej, na odcinku pomiędzy Newskim Prospektem i Grochową. Kiedym już zaczynał tracić nadzieję, jakiś głos odezwał się za mną: — Barin kupcie papierosy „Gołąbek“ — po pięć kopiejek dziesiątek. Obejrzałem się. Ten, kogo szukałem, stał przede mną w półkożuszku, opiętym białym fartuchem, niemyty, niegolony, o pobladłej twarzy. Na ramionach dźwigał kramik z papierosami, zapałkami, portmonetkami i różnemi drobiazgami. Niby to coś kupując, szeptem rzuciłem mu adres traktjemi i godzinę, w której mieliśmy się spotkać. W dwie godziny później siedzieliśmy już w brudnej garkuchni. Opowiedział mi, że wspólnie z „dorożkarzem“ śle- dzą dom Plehwego i raz już udało się im widzieć jego karetę: czarne konie, stangret z medalami na piersi, przy nim lokaj w liberji, za karetą zaś ubezpieczenie — dwuch szpicli, pomykających karym rysakiem. Mój towarzysz był zadowolony z rezultatów, ale uskarżał się na „fach papierosiarza“. Pędzała go policja z miejsca na miejsce i musiał staczać boje z konkurentami. Zazdrościł „dorożkarzowi“ którego nikt się nie czepia. Tamten jednakże, kiedy się z nim zobaczyłem, uskarżał się że musi być ciągle do rozporządzenia publiczności, co go odciąga od obserwacji. Minęło sześć tygodni i Azef wciąż nie przyjeżdżał. Obserwacje swoje prowadziliśmy sumiennie, ale nerwy nasze były coraz bardziej napięte (okazało się później, że Azefa zatrzymały sprawy związane z techniką dynamitową zagranicą). Jeździłem dowiedzieć się czegoś o Azefie do Wilna, ale tam również nic się nie dowiedziałem. Zrezygnowany, wróciłem do Petersburga i stanąłem w pokojach umeblowanych „Rosja“ na ulicy Mojka. Pewnego dnia ktoś otworzył zlekka drzwi mego numeru, w których ukazała się jakaś głowa, cofnęła się szybko, poczęta zapukano. Do numeru wszedł brudny, nędznie ubrany żyd, mogący liczyć lat czterdzieści. Wyciągnąwszy ku mnie rękę, powiedział: — Dzieńdobry, panie Siemaszko!... Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Po chwili milczenia, widząc że się nie odzywam, kontynuował: — Jestem wilnianin: ja też przyjechałem z Wilna. Zrozumiałem, że mógł wiedzieć o mojej podróży z Wilna, albo obserwując mnie w drodze, albo spostrzegłszy na moim paszporcie wileńską wizę. Paszport mój był u portjera, który pokazać go mógł jedynie policji. Dlatego nie miałem żadnej wątpliwości, że mam przed sobą szpicla. — Niech pan siada. Czem mogę służyć? Przybysz usiadł za stołem, plecami do okna. Musiałem więc siąść twarzą do światła. Gość oparł głowę na dłoni i uśmiechając się, uważnie wpatrywał się we mnie. Powtórzyłem więc zapytanie. — Czem mogę służyć? Odpowiedział mi, że nazywa się Haszkes, jest redaktorem i wydawcą gazety handlowo-przemysłowej i prosi mnie o współpracownictwo. Odpowiedziałem ostro: — Nie jestem dziennikarzem. Jestem reprezentantem domu handlowego. — Co to potrzebuje znaczyć, że pan nie dziennikarz? Co potrzebuje znaczyć, że pan jest przedstawicielem firmę? Nu — od jakie firmę ma pan reprezentacje? Wstałem. — Przepraszam pana, panie Haszkes, ale nie widzę, czem mógłbym być panu pożyteczny. Wyniósł się; podążyłem za nim. Na ulicy spostrzegłem Haszkesa, pochłoniętego oglądaniem wystawy jubilerskiej. O dom dalej dwóch zuchów w wysokich butach i czapkach karakułowych kontemplowało witrynę z damskiemi okryciami. Wziąłem na prawo i zdecydowanym krokiem minąłem Haszkesa. Ten ostatni odlepił się od okna wystawowego i uśmiechając się bezczelnie, podążył za mną. Wsiadłem do dorożki; Haszkes niezwłocznie wsiadł do drugiej. Zrozumiałem, że zaraz będę aresztowany. Więcej niźli trzy godziny kursowałem po Petersburgu, przerzucając się z dorożki na dorożkę, z tramwaju na tramwaj. Wieczorem znalazłem się daleko za rogatkami, pośród ogrodów i pustaci. Naokoło nie było ani żywego ducha. Zdecydowałem się zakomunikować towarzyszom o tem, co mnie spotkało i nie wracać już do hotelu. Postanowiłem również nie oczekiwać już więcej Azefa: paszport Siemaszki, najwidoczniej, był już znany policji, in- nego nie miałem, a przemieszkiwać czas dłuższy bez paszportu było zbyt wielkiem ryzykiem. Przeszedłem ulicą Sadową i mijając papierosiarza, rzuciłem mu, że jestem śledzony. Tejże nocy wyjechałem z Petersburga. Jeden z towarzyszy uprzednio jeszcze podał mi na wszelki wypadek adres jednej żydówki w Suwałkach, przy pomocy której można było przeszwarcować się przez granicę. Kosztowało to 13 rubli, w czem był już opłacony żołnierz straży pogranicznej. W ten sposób po raz już drugi zameldowałem się u władz partyjnych w Genewie. Wyraziłem zdziwienie, że nie mogliśmy się doczekać Azefa w Petersburgu, stwierdziłem, że, pozostawieni własnym siłom, nie jesteśmy w stanie wykonać zamachu, że o wielebym wołał pracować samodzielnie w jakiejś mniejszej sprawie, naprzykład przy przygotowywaniu zamachu na kijowskiego generał-gubernatora Klejgielsa. Odpowiedziano mi, że Azef już się udał do Rosji, że jeśli nie miałem wiadomości, to z mojej własnej winy, dałem bowiem niedokładny adres, pod którym nie dochodziły wieści. W konkluzji — kazano mi jechać do Rosji zpowrotem. Replikowałem, że nie znając ludzi, nie mając adresów, haseł i t. d., znowu narażę siebie i dwóch moich towarzyszy na bezpłodne oczekiwania. Wtedy zaznajomiono mię ze stanem organizacji bojowej; dowiedziałem się, że oprócz mnie i dwóch moich towarzyszy należy do niej jeszcze niejaki Pokotiłow i dwaj byli studenci: Szwejcer i Sazonow. Szwejcer (pseudonim partyjny „Paweł“) i Potokiłow („Aleksiej“) oczekiwali, będąc już zaopatrzeni w dynamit, na Azefa. Szwejcer czekał w Rydze, Pokotiłow w Moskwie. Sazonow („Abel“) mieszkał w Twerze, ucząc się rzemiosła dorożkarskiego: miał zostać dorożkarzem w Petersburgu. Nie znałem osobiście ani Szwejcera ani Sazonowa, ale uświadamiałem sobie wyraźnie, że jest niemożliwością z takiemi małemi siłami wyśledzić i zabić Plehwego, zwłaszcza że Szwejcer i Pokotiłow nie mieli uczestniczyć w obserwacji ulicznej. Wtedy na moje prośby dodano mi bawiącego w Genewie młodego rewolucjonistę, niejakiego Kalajewa.
NIEUDANY ZAMACH.
W Moskwie minęło mi kilka dni na oczekiwaniu Azefa. Kalajew i ja, mieszkaliśmy w różnych hotelach i spotykaliśmy się tylko zrzadka wieczorami. W końcu stycznia przyjechał do Moskwy Azef. Ujrzawszy mnie, zapytał: — Jakeście śmieli wyjechać z Petersburga? Odpowiedziałem, że wyjechałem dlatego, że nie miałem od niego wiadomości i dlatego, że mój paszport został wsypany. Azef zmarszczył się i powiedział: — A pomimo to nie mieliście prawa wyjechać. — A wyście mieli prawo, obiecawszy swój przyjazd w ciągu trzech dni, pozostawać zagranicą z górą miesiąc? — Zatrzymały mnie sprawy partyjne. — Nic mnie to nie obchodzi; w każdym razie porzuceni byliśmy przez was w Petersburgu. — Obowiązkiem waszym było śledzić Plehwego. Czyście śledzili? Opowiedziałem mu o rezultatach naszych obserwacyj. — To bardzo niewiele. Bądźcie łaska wie jechać natychmiast zpowrotem do Petersburga. Odpowiedziałem, że w tym tylko celu wróciłem do Rosji. Dodałem, że przyjechał też ze mną Kalajew i że jeszcze jeden zdecydowany towarzysz oczekuje na wezwanie w Genewie. Postanowiliśmy, że Kalajew odnajdzie dwóch towarzyszy, z którymi pracowałem uprzednio w Petersburgu i że obydwaj zostaną tam dorożkarzami. Azef delegował mnie do Moskwy i Rygi dla ściągnięcia Pokotiłowa i Szwejcera. Postanowiono również ściągnąć towarzysza oczekującego w Genewie, narazić do Nowogrodu. Pokotiłow mieszkał w hotelu „Paryż“, na ulicy Twerskiej. Posłałem mu list, naznaczający spotkanie w restauracji „Jar“. W „Jarze“ ledwo go poznałem. Zamiast typowego genewskiego emigranta stanął przede mną bogaty rosyjski barin o bladej twarzy z długą wypielęgnowaną złocistą brodą. Nawet egzemy, na którą cierpiał, nie znać było. Opowiedział mi tego wieczora swoją biografję. — Wiecie — mówił — chciałem zabić Bogolepowa, Karpowicz mnie uprzedził... Potem — Bałmaszow... Powiedziałem, że nie mogę więcej czekać, że pierwszy zamach należy do mnie. Przyjeżdżał do Połtawy Gerszunin. Było postanowione, że Oboleńskiego ja zabiję. Szykowałem się do tego... Wtem dowiaduję się, że nie ja, a Kaczura... Kaczura — robociarz, więc mu dali pierwszeństwo. Strzelał on, a nie ja... A teraz Plehwe. Nikomu nie ustąpię. Pierwsza bomba — należy, do mnie. Za długo czekałem. Mam na to prawo. Mówił z wielkiem podnieceniem i na czoło wystąpiły mu drobne kropelki krwi; egzema. Pił dużo, ale się nie podchmielał. Mówił tylko z coraz większem przejęciem: — Wierzę święcie w powodzenie. Ale strasznie ciężko czekać. Ileż czasu czekam już w Moskwie i przechowuję dynamit. To jest niemożliwość tak się ciągle męczyć w oczekiwaniu. Już dłużej nie wytrzymam. W odpowiedzi zakomunikowałem mu rozkaz Azefa, ażeby jechał z dynamitem do nadbałtyckiego kurortu Zegewolt i tam oczekiwał dalszych instrukcyj. W początku lutego, zajechawszy wprzód do Rygi, gdzie już nie zastałem Szwejcera, który już wyjechał do Petersburga, znalazłem się i ja w stolicy. Azef polecił mi przyjść w nocy na bal kostjumowy w Klubie Kupieckim, gdzie miał mnie zaznajomić z nowymi towarzyszami. Azef zawsze kazał nam się spotykać w miejscach publicznych, gdzie łatwo było utonąć w tłumie, nie zwracając uwagi szpicli. Niesłychanie śmiały w swoich planach, był jeszcze bardziej ostrożny w ich przeprowadzaniu. O naznaczonej porze zjawiłem się na maskaradę. Zobaczyłem, jak wszedł Azef i przywitał się z niewysokim, muskularnym, wykwintnie ubranym młodzieńcem, mogącym mieć 25 lat. Młodzieniec miał podstrzyżone wąsy i przypominał wyglądem cudzoziemca. Był to Szwejcer, który zamieszkiwał Petersburg za angielskim paszportem. Szwejcer od pierwszego wejrzenia robił wrażenie człowieka zrównoważonego i skupionego w sobie. Nie było w nim tego zapału, który promieniował z Pokotiłowa i Kalajewa, ale jego zrównoważony sposób mówienia, powolność i spokojna pewność siebie sądów, zyskiwały mu zaraz przy pierwszem spotkaniu uznanie otaczających. W kilka dni później poznałem po raz pierwszy Sazonowa. Było umówione, że towarzysze Maciejewski i Sazonow, jako dorożkarze, obaj będą oczekiwali mnie na rogu Wielkiego Prospektu i „Szóstej Linji” Wasiljewskiej Wyspy, przyczem, ażebym mógł poznać Sazonowa, stanie on bez- pośrednio za dorożką Maciejewskiego. Już zdala ujrzałem Maciejewskiego na koźle. Miał elegancką dorożkę, sytego konia, piękną uprząż. Wraz ze swemi podkręconemi i czapką na bakier doskonale grał rolę petersburskiego franta — „lichacza“. Za nim stała nędzna drynda, zaprzężona w zbiedniałą szkapę. Jej właściciel miał młodą, wesołą twarz i czarne śmiejące się oczy. Sposób jego pochylenia na koźle, wygląd szkapy, liberji i dorożki — były tak typowe, że miałem wątpliwości, czy ów poczciwiec jest tym „Ablem“, o którym słyszałem od Azefa. Wpatrywał się we mnie wesoło i uważnie, a Maciejewski nieznacznie uśmiechnął się do mnie i kiwnął głową. Wtedy podszedłem do dorożkarza i powiedziałem umówiony parol: — Jedźcie na Znamienkę. — Takiej ulicy, barin, niema. Taka ulica jest w Moskwie, — odpowiedział Sazonow, śmiejąc się oczami. Pojechaliśmy, gdzie oczy poniosą. Konisko ledwo powłóczyło nogami. Sazonow obracał się ku mnie z kozła i w sposób żartobliwy opowiadał o swojem dorożkarskiem życiu. Młoda jego dzielna twarz tchnęła spokojem i wesołością. Kiedym się z nim rozstał i dorożka skryła się za rogiem, poczułem silną chęć ujrzenia raz jeszcze tych wesołych oczu i posłyszenia tego równego, pewnego siebie głosu. Obserwacja nasza stwierdziła, że Plehwe codziennie o godz, 12 w południe jedzie z raportem do cara, który wówczas zamieszkiwał w Pałacu Zimowym. Powracał albo tą samą drogą, albo wzdłuż ulicy Pantelejmonowskiej. Projektowaliśmy sobie przyłapać go w drodze. Pokotiłow, zaopatrzony w dwie bomby, miał wystąpić pierwszy, Boryszański, również z dwiema bombami, lokował się bliżej Newy. Sazonow z bombą pod fartuchem dorożki, wartował nawprost gmachu Departamentu Policji zwrócony twarzą ku Newie. Również twarzą ku Newie, po drugiej stronie placyku przed gmachem Departamentu Policji stał Maciejewski. Miał on widok na perspektywę ulicy Pantelejmonowskiej i, zdejmując czapkę przy zbliżaniu się karety Plehwego, powinien był przez to dać znak Sazonowowi. Wreszcie, na „Cepnym” moście, mając również otwartą perspektywę na Pantelejmowską, stał Kalajew, będąc widocznym zarówno przez Pokotiłowa, jak i Sazonowa. W jego obowiązkach leżało dać znak obu, o ileby Plehwe powracał wzdłuż Litejnego Prospektu. Szesnastego spotkałem się dla ułożenia ostatecznego wszystkich szczegółów z Pokotiłowem i Szwejcerem. Naznaczyliśmy sobie spotkanie na cmentarzu. Szwejcer we właściwy sobie spokojny i zrównoważony sposób omawiał szanse zamachu. Miał on trudne zadanie przed sobą — w ciągu jednej nocy powinien był przygotować 5 bomb i rozdać je rano zamachowcom. Pokotiłow, jak zwykle, gorączkował się. Wyrażał pewność, że Plehwe „wyjdzie” (mówiąc myśliwskim językiem), nie na Boryszańskiego, a na niego. Nastawał na to, a. żeby Boryszański, gdyby, na niego wyjechał Plehwe, rzuciwszy bomby, uciekał nie w zaułek, a wprost na niego; że on swojemi bombami potrafi obronić zarówno Boryszańskiego; jak i siebie. W czasie naszej rozmowy wkroczył na cmentarz oddział policji. Pokotiłow wyjął rewolwer i szybkiemi krokami ruszył w jego kierunku. Szwejcer czekał spokojnie na miejscu, z ręką w kieszeni, w której miał rewolwer. Z trudem dogoniłem Pokotiłowa. Odwrócił się ku mnie i szepnął: — Uciekajcie wraz z Pawłem, ja ich przetrzymam przez kilka minut. Schwyciłem Pokotiłowa za rękę. — Co robicie? Schowajcie rewolwer. Chciał mi coś odpowiedzieć, ale w tejże samej chwili policjanci skręcili w inną stronę; widocznie sprowadziła ich jakaś zupełnie inna sprawa. Noc z 17 na 18 marca aż do samego ra- na spędziłem z Pokotiłowem w kabarecie. Rozstaliśmy się około 8 rano; o 10 zaś już rano, na szesnastej linji Wasiljewskiej wyspy Szwejcer powinien był wręczyć bomby zamachowcom. Miał podjechać do umówionego domu w dorożce Sazonowa. Do dorożki powinien był wsiąść Pokotiłow, przejechać do mostu Putkowa, tam zaś, zabrawszy swoją bombę, wysiąść z dorożki. Na jego miejsce miał wsiąść oczekujący na moście Putkowa Boryszański, ten, również, zabrawszy bombę, miał wysiąść razem ze Szwejcerem, w dorożce zaś miała zostać ostatnia bomba — dla Sazonowa. Boryszański punktualnie o oznaczonej godzinie zjawił się na moście Putkowa. Widziałem, jak Szwejcer podjechał do Pokotiłowa i jak Pokotiłow wsiadł do dorożki. O godzinie 12 wszedłem do Letniego Ogrodu, i siadłszy na ławeczce, w alejce równoległej do Fontanki, jak to było umówione, zacząłem oczekiwać Sazonow, Pokotiłow, Boryszański, Maciejewski i Kalajew rozstawili się na swoich stanowiskach. Minęło długie pół godziny oczekiwania. Nagle rozległ się huk. Poderwałem się na nogi. Na tamtym brzegu Fontanki życie uliczne płynęło normalnym trybem i przechodnie nie okazywali zaniepokojenia. Okazało się, że to strzał armatni w fortecy Petropawłowskiej obwieszczał południe. W tejże samej chwili w bramie ogrodowej ukazał się Pokotiłow. Był przeraźliwie blady i szybko szedł ku mnie. W kieszeniach jego futra wyraźnie rysowały się kontury bomby. Podszedłszy do mojej ławki, ciężko siadł na niej. — Nic z tego: Boryszański uciekł. — Kto uciekł? — Boryszański. — To niemożliwe. — Widziałem sam: uciekł! Wyszedłem z Pokotiłowem z Letniego Ogrodu. Na „Cepnym“ moście, oparłszy się o poręcze, ze wzniesioną wysoko głową i z oczami, wbitemi w Pantelejmonowską ulicę, stał Kalajew. Spojrzał ze zdziwieniem na nas, ale nie ruszył się z miejsca. Dotychczas nie mogę zrozumieć, jakeśmy się nie wsypali wtedy. Kalajew do tego stopnia rzucał się w oczy, tak jego naprężona poza i skoncentrowane wpatrywanie się w Pantelejmonowską wyróżniało go z pośród publiczności, że nie mogę zrozumieć, w jaki sposób szpicle, od których roiła się Fontanka i most, nie zwrócili na niego uwagi. Później on sam nam się zwierzał, że był pewny, że go aresztują, że nie mogą nie aresztować człowieka, przez całą godzinę wystającego przed domem Plehwego i obserwującego jego drzwi wejściowe. A jednak, aczkolwiek myślał w ten sposób, ze- szedł ze stanowiska ostatni, wtedy, kiedy już i Sazonow z Boryszańskim odjechali swojemi dorożkami. Zaledwośmy wraz z Pokotiłowem przechyli most, gdy stójkowi i szpicle poczęli się miotać i od Newy ku Fontance ostrym kłusem przejechała kareta zaprzężona w czarne konie, z lokajem w liberji na koźle. W oknie jej zamajaczyło oblicze Plehwego pełne namaszczenia. Pokotiłow porwał za bombę, ale kareta była już daleko i zbliżała się do Sazonowa. Znieruchomieliśmy, oczekując wybuchu. Kareta jednak, zawróciwszy tuż koło dorożki Sazonowa, wpadła w rozwartą bramę pałacu i znikła nam z oczu. Wtedy powróciłem do Kalajewa, i poleciłem mu iść na miejsce, na którem już uprzednio umówiliśmy się spotkać, w razie niewypełnienia zamachu. Pokotiłow podszedł do Sazonowa i chciał zająć jego dorożkę. Widziałem, że Sazonow kręci głową przecząco. Wtedy i ja zbliżyłem się do nich: — Dorożkarz! — Zajęty. — Dorożkarz! — Zajęty. Zamilkłem, patrząc ze zdumieniem w twarz Sazonowa. Był bardzo blady. Szepnąłem: — Zabierajcie się stąd! Ale on znowu poruszył przecząco głową. Minąłem go i skierowałem się do Maciejewskiego, od którego posłyszałem ta samo: — Zajęty. Obejrzałem się na „Cepny“ most: Kalajew wciąż jeszcze tkwił na nim. Tak oto oczekiwali oni, już bez wszelkiej nadziei, jeszcze przez pół godziny. Gaffa Sazonowa wynikła z takiego drobnego zbiegu okoliczności, którego nigdy nie można ominąć z całą pewnością. Jak to było umówione, Sazonow stanął o godzinie 12-ej na swojem miejscu, twarzą ku Newie, tak, żeby widzieć Maciejewskiego oraz jezdnię Fontanki. Ciężki siedmiofuntowy pocisk trzymał na kolanach, pod fartuchem dorożkarskim, ażeby rzucić bombę, należało odpiąć fartuch, co wymagało kilku sekund czasu. Stojąc na vis-a-vis pałacu Plehwego i odmawiając publiczności, Sazonow ściągnął na siebie kpiny innych dorożkarzy. Z całego ich długiego szeregu wyróżniał się tem, że stał zwrócony w inną stronę, podczas gdy głowy wszystkich innych koni zwrócone były w stronę cyrku. Wreszcie owe kpiny zmusiły go do ustawienia dorożki tak jak i inni, inaczej bowiem ściągnąłby na siebie podejrzenie, ale w ten sposób stracił z oczu Maciejewskiego i nie miał go kto . Kareta Plehwego przemknęła koło niego tak szybko, że, nim zdążył wydobyć bombę, już było za późno. To pierwsze niepowodzenie wiele nas nauczyło. Zrozumieliśmy, że na przyszłość trzeba się będzie siedem razy przymierzyć, nim się raz odetnie.
ŚMIERĆ POKOTIŁOWA I NOWY PLAN.
Było umówione, że po akcji spotkamy się na ulicy Sadowej w restauracji „Biegun Północny“. Idąc do niej, już po drodze spotkałem Boryszańskiego. — Towarzyszu Abramie — uciekliście? — zapytałem. Podniósł na mnie wielkie marzące oczy. Powtórzyłem pytanie. Wtedy odparł: — Tak jest, uciekłem, — Jakżeście mogli zrobić cóś podobnego? Boryszański nic nie odpowiedział. Patrzyłem długo na jego spokojną, niby z kamienia, twarz. Wreszcie spytałem: — Mówcie, dlaczegoście uciekli? — Co za pytanie... Jeżeli was śledzą, to nie będziecie uciekać? — Śledzili was? — Jeżeliby nie śledzili, tobym nie uciekł. W tejże chwili wszedł do restauracji Kalajew. Wzburzony, spytał: — Dlaczegoście uciekli? Boryszański spojrzał na niego: — Cobyście zrobili, gdyby was otoczyli szpicle? Kalajew zamilkł. Nie mieliśmy wątpliwości, że Boryszański mówi prawdę. Tkwić z bombą pomiędzy szpiclami dłużej, znaczyło to narażać na pewną zgubę i siebie i towarzyszy i całą sprawę. A więc zamach się nie udał. Mieszkać dłużej w Petersburgu, było dla członków organizacji bojowej niecelowe i niebezpieczne. Szwejcer tegoż samego dnia wyjechał wraz z dynamitem do Libawy, Boryszański do Berdyczowa, Kalajew do Kijowa, Pokotiłow do Dynaburga, w którym miał oczekiwać na rezultat zamachu Azef. Ja pozostałem jeszcze na jeden dzień w Pe tersburgu, a wieczorem spotkałem się z Sazonowem. Pojechaliśmy razem na Wyspy. Na wybrzeżu morskiem zdecydowałem się wreszcie przemówić. — Słuchajcie, dlaczegoście nie chcieli odjechać od domu Plehwego? Sazonow odwrócił się z kozła ku mnie; — Bo miałem nadzieję, że on znowu — Wiedzieliście przecie dobrze, że tego nie należało oczekiwać? — Tak... naturalnie.. — i machnął ręką. Pojechałem do Dynaburga. Ma dworcu spotkał mnie Pokotiłow. Okazało się, że Azefa w Dynaburgu nie zastał. Dopiero później Azef objaśnił, że zauważył w Dynaburgu, że go śledzą i, zacierając ślady, trzy tygodnie jeździł po Rosji. Naówczas nieobecność jego w tak ważnej chwili mogliśmy tłumaczyć sobie tylko tem, że został aresztowany. Uważając, że bez Azefa aparat bojowej organizacji jest zbyt słabo zlutowany, uważałem, że nie należy teraz porywać się na duże rzeczy, a należy zorganizować jakiś mniejszy „prowincjonalny“ zamach i dopiero nabrawszy wprawy, powrócić do sprawy Plehwego, Kalajew i Szwejcer podzielali moje zdanie, ale Boryszański i Pokotiłow rwali się do powtórzenia próby petersburskiej. Wówczas przyjęliśmy decyzję kompromisową, jak zwykle najgorszą. Szwejcer i Kalajew wraz ze mną udali się do Kijowa, ażeby polować na Klejgielsa, zaś Boryszański i Pokotiłow udali się do Petersburga, ażeby łącznie z Sazonowem i Maciejewskim w dalszym ciągu próbować zamachu na 31-go marca, nocą w hotelu „Północnym“, przygotowując po raz drugi bomby (bo raz już napróżno je naładowano i zamachowcy bez rezultatu zeszli ze stanowisk), Pokotiłow zginął od wybuchu. Na- sze bomby miały nadzwyczajnie subtelny przyrząd zapalający: były zaopatrzone dwiema na krzyż położonemi rurkami, mieszczącemi w sobie materjały zapalne i eksplodujące. Pierwsze — były to rurki szklane wypełnione kwasem siarczanym, zaopatrzone w wydęcia, na które były nasunięte ciężarki ołowiane. Te ciężarki przy upadku pocisku druzgotały szklane rurki, na skutek czego kwas siarczany wylewał się, zapalając mieszaninę soli Bertholeta i cukru. Zapalenie się tej mieszaniny powodowało najpierw wybuch rtęci piorunującej a wreszcie i dynamitu, którym wypełniony był pocisk. Niebezpieczeństwo, przed którem nie można było się ubezpieczyć polegało na tem, że przy nabijaniu bomby cieniuchne szkło rurek mogło łatwo prysnąć w rękach, powodując eksplozję. O śmierci Pokotiłowa dowiedzieliśmy się z gazet kijowskich. Był to dla nas cios stokroć większy, niźli niepowodzenie z 18-go marca. Z naszych zapasów dynamitu po śmierci Pokotiłowa została zaledwie czwarta część. Miał ją na przechowaniu Szwejcer, ale cóż, kiedy można z tego było zrobić zaledwie jedną bombę.. Uważaliśmy, że jedna bomba wystarczy dla zabicia Klejgielsa, ale że nie wystarczy jeden miotacz dla za machu na Plehwego. Po naradzie ze Szwejcerem i Kalajewym, postanowiliśmy kontynuować sprawę Klejgielsa we trójkę, zaś towarzyszom petersburskim — Maciejewskiemu, Boryszańskiemu, i Sazonowowi postanowiliśmy nakazać wyjazd zagranicę. Nagle zjawił się w Kijowie Azef i spotkawszy mnie na kwaterze konspiracyjnej, zagadnął obcesowo: — Cóż to wymyśliliście nowego? Co za sens ma ten zamach na Klejgielsa? Dlaczego nie jesteście wszyscy w Petersburgu? Jakiem prawem pozwalacie sobie samowolnie zmieniać decyzje Centralnego Komitetu Partyjnego? Azef wysłuchał z wielkiem niezadowoleniem moich tłumaczeń: — Jakto, nie rozporządzamy dostatecznemi siłami dla zamachu na Plehwego? — wybuchnął — śmierć Pokotiłowa? musicie przecież być przygotowani na wszelkie ewentualności. Powinniście być przygotowani do wyginięcia całej organizacji bojowej, aż do ostatniego człowieka. Czegóż wahacie się dłużej? Jeżeli niema ludzi, — należy ich znaleźć. Jeżeli niema dynamitu, należy go zrobić. Ale rzucać sprawy nie należy nigdy. Plehwe musi być zabity bądź co bądź. Jeśli my go nie zabijemy, nikt tego nie zrobi. Niechaj „poeta“ (Ka- lajew) jedzie do Petersburga i każę Maciejewskiemu i „Ablowi“ (Sazonowowi) pozostać na dawnych stanowiskach. „Paweł“ (Szwejcer) przygotuje dynamit, a wy z Boryszańskim pojedziecie do Petersburga na robotę. Postaramy się zwerbować jeszcze kilku. Tegoż samego dnia jednakże powrócił z Petersburga Szwejcer i zakomunikował, że, zgodnie z naszem poleceniem, Maciejewski i Sazonow sprzedali konie i dorożki i że Maciejewski pojechał do swej rodziny na prowincji, a Sazonow przez Suwałki wyrusza zagranicę. Kalajew ruszył niezwłocznie do Suwałk, ażeby go zatrzymać i skierować do Charkowa, gdzie miały odbyć się narady ostateczne. Szwejcerowi dał Azef adres partyjnego inżyniera. Przy pomocy tego inżyniera powinien on był w laboratorium samorządowem spreparować pud dynamitu. Miał on przed sobą trudne zadanie. Należało w sposób nie rzucający się w oczy nabyć potrzebne materjały; przy robocie należało zachowywać jaknajściślejszą konspirację; wreszcie było koniecznem dawać sobie radę z urządzeniem laboratoryjnem, zupełnie nieprzystosowanem do tego rodzaju roboty. Szwejcer dał sobie radę z tem wszystkiem. Dzięki podrobionemu certyfikatowi, niby to dla samorządu zakupił potrzebne materja- ły i sam jeden, raczej za wiadomością, niż przy pomocy owego sympatyka-inżyniera, przygotował niezbędną ilość dynamitu. Przy tej robocie omal nie zginął i uratował się tylko dzięki swojej zimnej krwi. Mieszając żelatynę, spreparowaną z krajowych nieczystych chemicznie materjałów, zauważył w niej symptomy rozkładu, co zapowiadało natychmiastowy wybuch. Nie myśląc wiele, schwycił stojący obok dzban z wodą i pośpiesznie począł lać, wprost trzymając go w ręku, wodę na żelatynę z wysokości kilku centymetrów. Strumień wody rozpryskał masę wybuchową, bryzgi żelatynowe pokryły prawą stronę jego ciała i wybuchiwały na nim. Cierpiał na silne popalenie, ale zadania swego nie rzucił i dopiero przygotowawszy odpowiednią dynamitu, pojechał do Moskwy, gdzie go położono do szpitala. W czerwcu przetransportowaliśmy cały ten dynamit do Petersburga. Tak więc zjechaliśmy się obecnie w Charkowkie. Zebrał się komplecik ludzi wypróbowanych i gotowych na wszystko. Azef opracował plan następujący: i Dulebow, rewolucjonista, któregośmy wówczas jeszcze nie znali, a który w 1903 roku zabił w Ufie gubernatora Bogdanowicza — mieli podjąć obserwację uliczną; Kalajew i jeszcze je- den nowozwerbowany — jako papierosiarze, a Dulębom i Maciejewski jako dorożkarze. Ja miałem wynająć komfortowy apartament w Petersburgu, z żoną — towarzyszką Dorą Brylantówną i ze służbą: lokajem — Sazonowym i z kucharką — starą rewolucjonistką Iwanowską. Mieszkanie to miało cel podwójny. Po pierwsze, Sazonow i Iwanowska mieli być użyci dla ulicznych, a poza tem miałem nabyć automobil, niezbędny, według zdania Azefa, dla przygotowania zamachu. Szoferki miał się nauczyć Boryszański. Sprawa rozwijała się doskonale. Azef tchnął w całą organizację nowego ducha. Dulebowa poznałem w Moskwie; wręczył mi sześć niewielkich bomb typu macedońskiego, które z polecenia Azefa miałem zdeponować w safesie jakiegokolwiek banku. Kwit na ten safes znalazła następ nie policja przy aresztowaniu Leontjewej i w maju 1905 roku skonfiskowała go. Niebawem wszyscyśmy wyjechali z Moskwy: Azef w sprawach ogólno-partyjnych nad Wołgę, Brylantówna, Dulębów i ja — do Petersburga. Dulębów nabył dorożkę i konia i przeistoczył się w dorożkarza, ja zaś wraz z Brylantówną stanąłem w hotelu „Francja“ i przedewszystkiem ruszyłem na poszukiwanie Iwanowskiej. Iwanowska zamieszkiwała na 5-em piętrze, w olbrzymiej kamienicy w robotniczej dzielnicy. Tam wynajmowała t. zw. „kąt“ w robociarskiej rodzinie, meldując się jako Darja Kiryłowa. Windując się do niej po schodach, spotkałem jakąś starowinę, w chustce. Wyglądała tak typowo, że nie mogło mi przemknąć przez głowę, że to jest Iwanowska. Zatrzymałem staruszkę i zapytałem: — Matulu, a gdzie tu mieszka Darja Kiryłowa? — A toż ja jestem, kochaneńki — odpowiedziała. Nie wierzyłem wciąż jeszcze. Staruszka mówiła gwarą ludową Petersburga. Sądziłem, że może wypadkiem natknąłem się na kobietę tego samego nazwiska. Iwanowska, widząc moje wahanie, uśmiechnęła się: — Tak. tak — to ja. Chodźmy pogadać...
PRZYGOTOWANIA NA SZEROKĄ SKALĘ.
Wynająłem mieszkanie na ulicy Żukowskiego u jakiejś Niemki. Odgrywałem rolę bogatego Anglika, Dora Brylant — byłej śpiewaczki kabaretowej. Podawałem się jako reprezentant wielkiej angielskiej firmy rowerowej. Do tego stopnia odgrywaliśmy dobrze swoją rolę, że gospodyni nasza kilkakrotnie czyniła Dorze propozycje wiele lukratywniejszej „posady“, dziwiła się, że nie widzi na niej biżuterji i pytała, jakie też sumy zdeponowałem w banku na rachunek Dory. Dora odpowiadała niezmiennie, że żyje ze mną z miłości, a nie z wyrachowania. Teraz więc, zbliżywszy się bardziej, poznałem moich towarzyszy. Brylantówna — była to dziewczyna milcząca, cicha, zamknięta w sobie; nienawidziła morderstwa, trwogą i wstrętem przejmowała ją myśl o zabijaniu bliźniego, a przecież uważała zamach za niezbędny i prosiła, ażeby wręczyć jej bombę. Sazanow był młody, zdrowy i silny. Jego błyszczące oczy i zarumieniona twarz promieniały energją. Iwanowska spędziła swoje męczeńskie lżycie na katorgach i zsyłkach. Na jej bladej, starczej i pomarszczonej twarzy jaśniały jasne, dobre, macierzyńskie oczy. Wszyscy bojowcy byli niby jej rodzone dzieci. Kochała ich wszystkich jednakowo. Cicho, sprawnie i w sposób nie rzucający się w oczy pełniła swoją robotę konspiracyjną w sposób artystyczny, pomimo swej starości i schorzenia. Jako kucharka, Iwanowska weszła w dobrą komitywę ze stróżką i co rano starszy dozorca pijał u nas kawę w kuchni. Sazonow, jako nasz lokaj, czuł się jak u siebie w domu, w pokoiku portjera. Chwytał on każdą plotkę, która cyrkulowała w kamienicy. Ja sam miałem wygląd człowieka interesu, a Dora — śpiewaczki. Codzień rano otrzymywałem przez szwajcara pocztę — przeważnie katalogi różnych firm technicznych, które sprowadzałem z Anglji, Francji i Niemiec. Potem wychodziłem „do zajęcia“ — i włóczyłem się po mieście w nadziei zobaczenia Plehwego, co udawało mi się dosyć często. Nasza „służba“ też zajęta była obserwacją uliczną. Regularny tryb życia i sute napiwki stworzyły nam reputację pierwszorzędnych lokatorów. O wszystkiem, co mówi kamienica, byliśmy informowani przez Sazonowa. Trzeźwy, umiejący pisać, mający dobrą pensję, był on wymarzonym kandydatem na męża dla służących w całej kamienicy i przyjaźnił się z jej arystokracją — portjerem i starszym dozorcą. W końcu maja przyjechał Azef. Wślizgnął się wieczorem, niespostrzeżony przez szwajcara i stróża i mieszkał w naszem mieszkaniu przez 10 dni, nie wychodząc wcale, W czasie jego bytności zaszedł wypadek następujący. Od kilku już dni spostrzegaliśmy, że po ulicy, nawprost naszego domu, krążą szpicle. Byliśmy pewni, że ściągnęła ich obecność Azefa. W takim razie lada chwila powinniśmy byli oczekiwać rewizji. Tymczasem stosunek do nas stróża i szwajcara nie ulegał zmianie. Zachodziliśmy w głowę, tem bardziej, że szpicle nie ceremonjowali się wcale i obstawiali nasz dom w sposób zupełnie widoczny... Pewnego dnia Sazonow sterczał w bramie domu ze stróżem i szwajcarem, plot kując wedle zwyczaju. W tym czasie podjechała dorożka, z której wysiadł adwokat Berensztam. Natychmiast za nim wślizgnął się szpicel, do którego podbiegli stróż i szwajcar. Sazo- now chciał przysunąć się również, ale go odpędzono. Nie było wątpliwości — to Borensztam, a nie my, był śledzony. Daliśmy o tem znać petersburskiemu komitetowi, nie wiem jednak czy Berensztam został uprzedzony. Tymczasem obserwacja nasza biegła swoim torem. Obserwatorzy nasi do najdrobniejszych szczegółów poznali powóz i świtę Plehwego. Zwłaszcza często Plehwego spotykał Kalajew, który jako papierosiarz mieszkał na przedmieściu kątem wraz z innymi pięciu papierosiarzami i pędził tryb do złudzenia przystosowany. Plehwe w tym czasie mieszkał także na letnisku, na Aptekarskiej Wyspie i w czwartki wyjeżdżał porannym pociągiem z raportem do cesarza do Carskiego Sioła. Główna nasza uwaga była skoncentrowana na tych jego jazdach, ale dosyć nas zajmowały inne regularne wyjazdy Plehwego, mianowicie we wtorki do Marijskiego pałacu, na posiedzenie Rady Ministrów. Wszyscyśmy stale wartowali na ulicach, ale do największej wprawy doszedł Kalajew, który z ilości szpicli, z rozstawienia policji i t. p. nauczył się już przewidywać gdzie pojedzie Plehwe. Było to w czerwcu. Azef, upewniwszy się, że akcja nasza rozwija się dobrze, wyjechał z Petersburga. Car przeniósł się do Peterhofu i Plehwe zaczął jeździć we czwartki już nie na Carskosielski dworzec, a na Bałtycki. Sprawa dojrzałą już zupełnie i wszyscyśmy rozumieli, że zamachu dłużej odkładać nie należy. W tym czasie Sazonowa odwołały sprawy rodzinne, postanowiliśmy więc go „zwolnić“... W tym celu uciekliśmy się do fortelu. Rozbiłem wypadkowo lustro. Sazonow poszedł do portjerni i głośno się użalać na swój los: — Dobre było miejsce — i klapa!... Wyrzucają... — Za co? — Rozbiłem lustro. Portjer zdziwił się. — Czyżby za lustro? nie może być? Sazonow chwycił się z rozpaczą za głowę: — Żebyż to!... Rozbiłem to lustro i sprzątam... Pani posłyszała i jak wrzaśnie: ty, psubracie, lustroś rozbił, kanaljo.. — A ty co na to? — Co ja na to? A ja jej powiadam, sama taka jesteś, jak na mnie mówisz. Portjer załamał ręce: — Ależ z ciebie szalona pałka! Takie coś powiedzieć pani... No, i cóż dalej było? — Pani zaczęła płakać i krzyczeć... przybiegł pan, nie ani słowa, tylko dał po karku i wyrzucił za drzwi. Tedy na konwentyklu w portjerni po wzdychaniach i eksklamacjach, namówiono Sazonowa, ażeby przyszedł prosić o przebaczenie. Ale nie wybaczyliśmy mu i wyjechał tegoż samego dnia. Zaraz potem i ja pojechałem do Moskwy. W mieszkaniu została Brylantówna i Iwanowska. Do Moskwy miał również przyjechać Kalajew i Szwejcer. Mieliśmy wspólnie omówić ostateczną organizację zamachu. Szwejcer jednak spóźnił się do Moskwy i naradę odbyliśmy bez niego. Z Moskwy Azef i Sazonow wyjechali nad Wołgę, a ja z Kalajewem wracałem do Petersburga. Na dworcu mikołajewskim, tuż przed odejściem pociągu, zauważyłem na peronie muskularną postać Szwejcera. Zawołałem na niego. Wsiadł do nas do wagonu, położył na siatkowej półce pakunek, poczem wyszliśmy razem na korytarz wagonu. — Co słychać? Zakomunikowałem, że obserwacje nasze całkiem dojrzały i że przystępujemy do wykonania. Uśmiechnął się z zadowoleniem: — Ja też mam już wszystko gotowe. — Przywieźliście dynamit? — Więcej, niż pud. — Gdzież on jest? Ruszył głową w kierunku przedziału. — Na półce? — Tak jest. Jeśli wybuchnie — nie posłyszymy: my pierwsi wyfruniemy „do lali”. Wróciwszy do Petersburga, nie zajechałem już do swego wspaniałego mieszkania. Zamach był naznaczony na 8-go czerwca. Należało wykończyć ostatnie szczegóły, porozumieć się co do różnych Zdecydowaliśmy, że pierwszy bombę będzie rzucał Boryszański, drugi — Sazonow, trzeci — Kalajew i wreszcie czwarty — Sikorski, młody robotnik, Żyd z Białegostoku, znajomy Boryszańskiego, wciągnięty przez tego ostatniego do akcji. On już oddawna, jak o specjalny zaszczyt, błagał o pozwolenie uczestniczenia w zamachu na Plehwego. Ów Lejba Sikorski miał 20 lat, bardzo źle mówił po rosyjsku i z trudnością się wyznawał w wielkim Petersburgu, który go przyprawiał o zawrót głowy. Boryszański chodził za nim jak niańka, kupił mu jakiś morski płaszcz pod którym łatwo było ukryć bombę, udzielał rad i wskazówek. Pomimo to Sikorski wciąż nic mógł się oswoić z nami; zobaczywszy mnie po raz pierwszy, po czerwieniał jak rak. Dałem mu 100 rubli na kupno płaszcza i ubrania. Wtedy poczerwieniał jeszcze bardziej: — Sto rubli! Nigdy jeszcze w rękach nie miałem tak dużych pieniędzy... Sprawił na mnie jednak wrażenie dzielnego i zdecydowanego chłopaka. Obawia łem się jedynie, żeby go nie wsypał brak znajomości języka i Petersburga. Było umówione, że na wypadek niepowodzenia wszyscy miotacze, którzy ocaleją zwrócą swoje bomby Szwejcerowi, który ma je rozładować i przechować; o ile by zaś zamach się udał, każdy powinien był utopić swoją bombę. Postanowiliśmy tak dlatego, że zarówno rozdawnictwo, jak i, odwrotnie, zabieranie bomb przez Szwejcera zpowrotem, było połączone z niebezpieczeństwem, a jeszcze większem niebezpieczeństwem groziło rozładowywanie bomb. Każdy miotacz otrzymał dokładną wskazówkę, gdzie ma utopić bombę. Kalajew miał ją rzucić do stawów przy szosie Petersburskiej, Boryszański do stawu we wsi Wołynkinoj, Sikorski — w Newie, wynająwszy łódkę bez łódkarza w Petrowskim parku. Prosiłem Boryszańskiego, ażeby mu specjalnie pokazał Petrowski park, co też ten uczynił.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Jak zabiliśmy ministra Plehwego?.
