Read here

Jak zabiliśmy W. Ks. Sergjusza

Boris Sawinkow · 1928 · Free in the US

18,966 words · about 1 h 20 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1928 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Jak_zabiliśmy_W._Ks._Sergjusza&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Boris Sawinkow
Language
Polish
Published
1928
Length
18,966 words · about 1 h 20 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)

Continue:

Front matter

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 98 BIBLJOTECZKA Nr. 98

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

całość

OPŁATA POCZTOWA RYCZAŁTEM

Nr. 98 BIBLJOTECZKA Nr. 98

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

BORYS SAWINKOW

Z cyklu: „Rosja na rubieży“.

JAK ZABILIŚMY W. KS. SERGJUSZA

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wo WYD. „RÓJ“ s. z. o. o.

Warszawa, Kredytowa 1. P. K. O. Nr. 9880.

Sp. Akc. Wyd.-Druk. „Praca“. Fr. Bogucki, Kredytowa 2-4.

Pamiętniki Sawinkowa, wydane właśnie w Rosji, są sensacją dnia. Nieugięty szermierz w walce z caratem, socjal-rewolucjonista, potem równie nieprzejednany wróg czerwonej dyktatury bolszewickiej, aljant Polski, człowiek nieugiętego czynu, wyznawca walki do końca — był Borys Sawinkow przyczyną wielu kłopotów władzy sowieckiej, dyrygując szeroko rozgałęzioną akcją konspiracyjną. Erenburg w „Mikołaju Kurbowie“ daje wyrazistą sylwetę Sawinkowa. Co i jak skłoniło Sawinkowa do wydania się w ręce Sowietów — pozostanie na zawsze tajemnicą. Osadzony przez nich w więzieniu, znaleziony został na podwórcu z roztrzaskaną czaszką. Mówiono o samobójstwie, mówiono, że został stracony; przyszły historyk zdoła rozsupłać tę zagadkę. Pamiętniki, które po jego śmierci wyszły, zawierają ciekawy i bogaty materjał do historji walk rewolucyjnych w Rosji. Tomik 93-ci „Roju“ podał z nich „Jak zabiliśmy Plehwego“. Tomik niniejszy ściśle łączy się z poprzednim, ale jest zamkniętą w sobie całością.

NOWE PLANY.

W dzień zabójstwa Plehwego wieczorem (15 czerwca) wyjechałem z Petersburga do Warszawy. W Warszawie mieli mnie oczekiwać Azef i Iwanowska. Jednakże Azefa już nie znalazłem: dowiedziawszy się z gazet o zabiciu Plehwego, wyjechał zagranicę. Iwanowska wyjechała do Odessy, ja zaś do Kijowa, w którym miałem naznaczone spotkanie z Kalajewem. Dowiedziałem się od niego, że chodzą wersje o zaaresztowaniu w Petersburgu Sikorskiego. Postanowiliśmy z Kalajewem pojechać do Białegostoku — rodzinnego miasta Sikorskiego: chciałem osobiście przekonać się o prawdziwości tych wieści. W Białymstoku jednakże niceśmy się nie dowiedzieli i pojechaliśmy do Suwałk, skąd, jak zwykle przy pomocy szmuglerki żydówki mieliśmy się przeszwarcować do Niemiec. U pomienionej szmuglerki przyjęto mnie gościnnie jako starego klienta. Tejże samej nocy przekroczyliśmy w towarzystwie żołnierza pogranicznej straży granicę, a rankiem siedzieliśmy już w pociągu niemieckiej kolei. Kiedyśmy ujechali już sto wiorst od granicy rosyjskiej, na stacji Insterburg podszedł do nas niemiecki żandarm: — Dokąd panowie jadą: — Do Berlina? — Do Berlina? — Tak jest. — A czem się panowie trudnią? — Jesteśmy studentami. — Czy panowie jadą z Rosji? — Naturalnie, że z Rosji. — Proszę o paszporty. Paszportów zagranicznych nie mieliśmy. Miałem tylko poświadczenie tożsamości, uprawniające do cyrkulacji wewnątrz Rosji. Byłem przekonany, że zostaniemy aresztowani i znając niemieckie zwyczaje nie wątpiłem, że zostaniemy wydani w ręce żandarmów rosyjskich. Ale nie miałem nic do stracenia; z determinacją wyjąłem owo poświadczenie tożsamości. — Paszport? Proszę bardzo. Ujrzawszy jakiś dokument, żandarm nie zadał sobie nawet fatygi wzięcia go w rę- ce. Wygrzeczniał odrazu i salutując powiedział: — Proszę o wybaczenie. Omyliłem się. Rozumieją panowie, że rozmaici ludzie szwendają się nad granicą. Po upływie trzech dni znaleźliśmy się w Genewie. Do Genewy przyjechali także Szwejcer, Boryszański, Dora Brylant i Dulębów. Zebrała się tu cała kompanja z zamachu na Plehwego. Jedynie Maciejewski został w Rosji. W Genewie panował radosny nastrój z powodu zabójstwa Plehwego. Znaczenie partji w oczach rządu urosło ogromnie i sama partja nabrała dużej pewności siebie. Płynęły liczne ofiary na rzecz organizacji bojowej, zjawiali się ludzie, zaofiarowujący swoje usługi. W Genewie również spotkałem Borysa Wasiljewicza Mojsiejenko, byłego studenta Instytutu Górniczego, mego towarzysza zarówno w konspiracyjnej grupie „Sztandar Robotniczy“, jak i w późniejszem wygnaniu w Wołogdzie. Zaznajomiłem go z Azefem i został przyjęty do naszej organizacji. W Genewie pracowałem nad sformułowaniem regulaminu bojowej organizacji oraz redagowałem wraz z Gocem i Czerno- wem czwarty numer „Biuletynu Rosji Rewolucyjnej“, poczem wyjechałem do Paryża. Organizowaliśmy tam właśnie pracownię dynamitową. Szwejcer, nasz znakomity dynamitard z zamachu na Plehwego osiedlił się jako przekupień śmietany, obywatel grecki Dawużogro, na ulicy Gramme w dzielnicy Grenelle. Zamieszkał na tej ulicy razem z Dorą Brylantówną i młodszym bratem Azefa, Włodzimierzem, który miał chemiczne wykształcenie. W pracowni tej wyrabiano dynamit, mający służyć dla wszystkich zamachów oraz kształcono kadry dynamitardów. Przeszliśmy taki kurs wszyscy — Kalajew, Dulebow, Boszaski i ja. Ucząc nas i wyrabiając dynamit, Szwejcer równocześnie studjował nowe wynalazki z dziedziny chemji i elektrotechniki. Miał to przekonanie, że tylko wszechstronne wyzyskanie najnowszych zdobyczy wiedzy postawi terror na odpowiedniej stopie. W tymże czasie w Paryżu odbył się szereg narad w naszym komitecie na temat dalszej taktyki. Postanowiono podjąć równocześnie trzy przedsięwzięcia: w Petersburgu — zamach na petersburskiego generał-gubernatora, Trepowa, w Moskwie — na moskiewskiego generał gubernatora, wielkiego księcia Siergieja Aleksandrowi- cza i w Kijowie — na kijowskiego generał-gubernatora, Klejgielsa. Komplet zamachowców, a przynajmniej jądro przyszłego kompletu, stanowili spiskowcy, będący wówczas zagranicą; Maciejewski był w Rosji i co do niego nie wiedzieliśmy, czy mamy prawo na niego liczyć. Okazało się w następstwie, że nadal nie brał udziału w naszej robocie bojowej: wstąpił do polskiej partji socjalistycznej. Za wyjątkiem jego i Azefa, który miał pozostać zagranicą, bojowa więc organizacja składała się z Dory Brylant, Dulebowa, Boryszańskiego, Kalajewa, Szwejcera, Mojsiejenko, mnie i Tatjany Leontjewoj. Tatjana Aleksandrowna Leontjewa, przemieszkując w Genewie, za pośrednictwem Breszkowskiej zaofiarowała swoje usługi bojowej organizacji. Zarówno na mnie jak na Kalajewie wywarła doskonałe wrażenie. Z każdego jej słowa bił zapał i gotowość do poświęceń. Córka jakuckiego wice-gubematora, mająca matkę arystokratkę, a przez nią stosunki z dygnitarskiemi sferami Petersburga, mogła liczyć na to, że będzie wprowadzona na dwór cesarski i że nawet otrzyma godność damy dworu. Nie była wcale jeszcze podejrzana przez policję, nigdy nigdzie nie była wplątana w najmniejszą aferę polityczną. Posta- nowiliśmy więc oszczędzać jej, ograniczając jej rolę do charakteru wywiadowczego w wysoko postawionych kołach. Zostało zdecydowane, że do Petersburga pojedzie Szwejcer i obejmie kierownictwo zamachu. Z dawnych bojowców miał otrzymać do pomocy Dulebowa i Iwanowską, a z pośród nowych — Leontjewą i szereg towarzyszów, bądź oczekujących już w Rosji, bądź takich, których Szwejcer miał dopiero skooptować. Petersburska grupa bojowa później, istotnie, otrzymała nowych członków: Basowa, Szyllerowa, Podwickiego, Trofimowa, Zagorodnego, Markowa, Barykowa i pewnego robotnika z Białegostoku, znanego pod pseudonimem „Sasza Białostocki“. Zadanie Szwejcera, skomplikowane samo przez się, komplikowało się tem bardziej, że jego ludzie nie znali się pomiędzy sobą. Kijowską grupę bojową prowadził, na żądanie Azefa, Boryszański. Mając również prawo kooptacji, skooptował on małżeństwo nazwiskiem Kozak. Mnie powierzono zorganizowanie zamachu na wielkiego księcia Siergieja Aleksandrowicza. Wraz ze mną do Moskwy miała wyjechać Dora Brylant, Kalajew i Mojsiejenko. Polecono mi dokooptować do swej grupy jednego tylko człowieka, wska- zanego przez Azefa. Był to stary rewolucjonista, robociarz, którego miałem odnaleźć w Baku. Dla wszystkich trzech grup bojowych wypracowano jednakowy plan działania — taki, jakim posiłkowaliśmy się przy zamachu na Plehwego. Projektowano zarządzić obserwację uliczną Trepowa, wielkiego księcia Sergjusza i Klejgielsa i dokonać zamachu na ulicy. Jak i przy zamachu na Plehwego, obserwację mieli pełnić bojowcy, ucharakteryzowani na dorożkarzy i przekupni ulicznych. W Moskwie dorożkarzami mieli zostać Mojsiejenko i Kalajew. Powodzenie, jakiem został uwieńczony zamach na Plehwego pozwoliło nam rokować sobie najlepsze nadzieje. Nie zastanawialiśmy się ani nad tem, że grupa kijowska składa się z ludzi niedoświadczonych, ani nad tem, że kijowska grupa Boryszańskiego jest zbyt nieliczna. Byliśmy pewni, że o ile nie zdarzy się prowokacja, zamierzenia nasze muszą być uwieńczone powodzeniem. Po opracowaniu powyższego planu Kalajew i Mojsiejenko wyjechali do Brukseli, a ja pozostałem w Paryżu w oczekiwaniu na paszport i dynamit. Ja i Szwejcer otrzymaliśmy paszporty angielskie, ja — na imię Jamesa Halley‘a, zaś Szwejcer — na imię Artura Mac-Cullona. Potem już, po śmierci Szwejcera Mac-Cullon został pociągnięty do odpowiedzialności sądowej za nielegalne wręczenie paszportu rewolucjonistom rosyjskim. Obaj Anglicy byli zasądzeni na grzywny po sto funtów szterlingów i sumy te wypłaciła im bojowa organizacja. W owe czasy organizacja bojowa rozporządzała dużemi środkami: ofiary na jej rzecz po zamachu na Plehwego szły w dziesiątki tysięcy rubli. W początkach listopada bojowcy wyruszyli do Rosji. Dynamit był gotów i przewieźliśmy go pod ubraniem. Po upływie kilku dni Kalajew, Mojsiejenko, Dora Brylant i ja spotkaliśmy się w Moskwie. Boryszański i Szwejcer rozdzielili pomiędzy siebie dynamit w Warszawie.

PIERWSZE KROKI W MOSKWIE.

Aczkolwiek, przy przystępowaniu do organizowania zamachu na wielkiego księcia mogły być nam pomocne informacje miejscowego komitetu socjalistów rewolucjonistów, to jednakże postanowiliśmy sobie nie wchodzić absolutnie w kontakt z tym komitetem w obawie wsypy. Dlatego też przez długi czas centralny komitet moskiewskiej partji socjalno rewolucyjnej nie podejrzewał nawet, że pod jego bokiem pracuje organizacja bojowa. Musieliśmy więc liczyć wyłącznie na własne siły. Przedewszystkiem należało się dowiedzieć, gdzie mieszka generał gubernator. Było to wiadomem każdemu mieszkańcowi Moskwy, ale żaden z nas, niestety, nigdy w Moskwie nie mieszkał. Wahaliśmy się, który z pałaców wielkiego księcia należy poddać obserwacji. Mojsiejenko rozstrzygnął tę kwestję. Wdrapał się na dzwonnicę Iwana Wielkiego i począł rozpytywać oprowadzającego go dozorcę o budynki, widniejące w panoramie miasta. Pomiędzy innymi zapytał, gdzie mieszka generał-gubemator. Dozorca wskazał na plac Twerski i zakomunikował, że wielki książę mieszka tam właśnie. W ten sposób uzyskaliśmy potrzebny adres. Teraz należało poinformować się o godzinach wyjazdów wielkiego księcia. Mojsiejenko i Kalajew zakupili konie i sanki i zarejestrowali się jako dorożkarze. Nie miałem żadnej wątpliwości, że Kalajew da sobie doskonale radę w swojej nowej roli: jego doświadczenie jako handlarza ulicznego powinno byłoby mu się przydać również i w stanie dorożkarskim. Natomiast Mojsiejenko nie miał żadnego doświadcze- nia. Prócz tego pochodził on z zamożnej rodziny i nie przywykł ani do pracy fizycznej, ani do ciężkich warunków życia. A jednak, bez względu na to, bardzo szybko zżył się ze swojem nowem stanowiskiem. Mojsiejenko i Kalajew kupili sanki w tymże samym czasie, za konie zapłacili też same ceny, a jednak w ich wyglądzie zewnętrznym była ogromna różnica. Mojsiejenko jeździł chudym, zamęczonym konikiem, który skończył tem, że padł gdzieś za Twerskiemi rogatkami. Sanki jego były brudne i zdezylowane, fartuch dziurawy i wypełzły. Tymczasem Kalajew miał doskonale utrzymanego mocnego konia, fartuch obramowany futrem. Sam on opasywał się czerwonym pasem i miał wygląd zamożnego dorożkarza — właściciela. Ale zato w zajazdach, gdzie trzymali swoje konie i dorożki, role ich zmieniały się całkowicie. Mojsiejenko zupełnie nie zadawał sobie fatygi z maskowaniem się. Na zapytania kolegów dorożkarzy co do jego życiorysu nie raczył odpowiadać; na całe niedziele wyruszał na miasto; dla mycia dorożki i dla doglądu konia najmował parobka; właściciela zajazdu traktował wyniośle i dawał do zrozumienia, że posiada pieniądze. To jednało mu szacunek dorożkarzy. Kalajew postępował zupełnie inaczej. Miał wygląd cichy i bojaźliwy, godzinami potrafił opowiadać swój rzekomy życiorys — lokaja w jednej z garkuchni petersburskich, był bardzo pobożny i skąpy; uskarżał się nieustannie na brak pieniędzy i robił głupiego w chwilach, kiedy bywał przyparty do muru i nie był w stanie dać dokładnej i wyczerpującej odpowiedzi. W zajeździe odnoszono się do niego z lekceważeniem i zaczęto go poważać dopiero później, kiedy pozyskał wszystkich swoją wyjątkową pracowitością: sam on doglądał konia, mył sanki, pierwszy wyjeżdżał na robotę i ostatni powracał. Tak czy owak, zarówno Mojsiejenko jak i Kalajew różnemi drogami osiągnęli ten sam rezultat: koledzy dorożkarze, rzecz prosta, nie mogli powziąć podejrzenia, że obaj oni nie są zwykłymi proletarjuszami, że są to byli studenci, członkowie bojowej organizacji socjalistów rewolucjonistów, śledzący każdy krok wielkiego księcia Siergieja. Na robocie obaj oni prześcigali się we współzawodnictwie. Kalajew, tak jak i w swoim czasie przed zabójstwem Plehwego, wydyżurowawszy się ze swą dryndą przez określone w naszym planie godziny na wyznaczonej ulicy, nie zaprzestawał i potem obserwacyj. Całą resztę dnia poświęcał również na nie, tutaj już całkowicie powodując się własnym instynktem. I, istotnie, udało mu się niejednokrotnie spotykać wielkiego księcia na takiej ulicy i w takiej godzinie, w jakich mogło to być najmniej oczekiwane. Mojsiejenko również miał swój system. Wypełniał go niezależnie od Katajewa. Ale przytem wszystkiem mało się tułał po ulicach. Dedukował sobie drogą logicznych rozumowań, że wielki książę bezwzględnie wyjedzie w określonej godzinie i starał się być jak raz na tę chwilę na ulicy Twerskiej. W ten sposób jego obserwacje dopełniały się z obserwacjami Kalajewa i odwrotnie. Trudną sprawę systematycznych widzeń ze mną, — widzeń gentlemana anglika z dryndziarzami — obaj oni rozwiązali, również każdy po swojemu. Kalajew przekładał widzenia w sankach, aczkolwiek z kozła trudno mu było zdawać sprawozdanie i mróz nie pozwalał na dłuższe rozmówki. Zaledwie rzadko tylko zgóry obmyśliwszy preteksty, jakiemi wyłgiwał się w zajeździe dorożkarskim, Kalajew w niedziele przemykał się na rozmówki ze mną do traktjerni Bakastowa przy wieży Sucharewskiej. Były to dla nas prawdziwe święta; mogliśmy spokojnie spędzać ze sobą kilka godzin, rozważyć wszelkie szczegóły i po- marzyć o przyszłości. Kalajew mówił, wiele o swojej pracy i niejednokrotnie powtarzał, że czuje się szczęśliwy i że czeka niecierpliwie na dzień zamachu. Mojsiejenko prawie się ze mną nie widywał na ulicy. Poprostu, nie racząc wcale dawać jakichkolwiek informacyj w swoim zajeździe nakładał swoją świąteczną „poddiowkę“ i szedł wieczorem na spotkanie ze mną do traktjerni, albo do cyrku. Zdawał relację z niezmąconym spokojem, pod maską którego jednakże dawał się wyczuwać niemniejszy niż u Kalajewa entuzjazm. O zamachu mówił w sposób powściągliwy i przypuszczał zawsze, że rola bezpośredniego wykonawcy przypadnie jemu w udziale. Z tymi obydwoma bojowcami byłem w owym czasie najbliżej i omawiałem z nimi każdy szczegół naszej roboty. Kalajew tak opowiadał o swojem życiu: — Sprawiłem ja sobie paszport na nazwisko podolskiego chłopa, „chochła“, Józefa Kowala. I omal nie wpadłem. Wieczorem pyta mnie stróż w zajezdzie: — Ty z jakiej gubernji? — Zdaleka, z podolskiej. — Ee — powiada — to my krajanie! Ja sam z podolskiej. A z jakiego powiatu? — Z uszyckiego. Ucieszył się stróż: — Toż i ja też z uszyckiego powiatu. Jakże nie zacznie mnie pytać, z jakiej gminy, z jakiej wsi, a czy słyszałem o wsi Głodówce, a czy bywałem na jarmarkach w Niedojadłowie? Ale nie dałem się nakryć. Na szczęście, otrzymując taki paszport, zaszedłem uprzednio do bibljoteki publicznej, przeczytałem o uszyckim powiecie. — Jakże nie znać — powiadam — bywałem; w powiatowym też bywałem; a fajny tam sobór, pamiętasz? Okazało się nawet, że pamiętam lepiej od stróża nasze rodzinne kąty. A oto opowiadanie Mojsiejenki: — Podchodzi do mnie na podwórcu jakiś oberwus: skąd bracie pochodzisz? Popatrzyłem na niego i powiadam: z Portu Artura. Wytrzeszczył na mnie oczy: z Portu Artura? A ja nawet nie patrzę na niego i nakładam chomont. Stoi, stoi, przestępuje z nogi na nogę, drapie się po łbie: — a co ty — powiada — golony? Jak widzicie, głowę mam krótko strzyżoną, nie dorożkarską modą. — Golony — powiadam. — W wojsku byłem, na tyfus w szpitalu chorowałem, a teraz z durniem rozmawiam... Widzę, że z respektem patrzy na mnie, drapie się po kudłach jeszcze zawzięciej i powiada: — Widzę, że ty ptak nie byle jaki; i w wojsku byłeś i z Portu Artura pochodzisz, i na tyfus chorowałeś... Od tego czasu stale czapkę przede mną zdejmuje.

KOMPLIKACJE.

Bez względu na nieliczność naszej grupy bojowej, obserwacja uliczna, dzięki poprzedniemu naszemu doświadczeniu, szła raźno. Wkrótce znaliśmy jak najdokładniej rozkład dnia wielkiego księcia. Kalajew potrafił z takiemi detalami mówić o jego entourage, jak niegdyś o karecie Plehwego. Cechami charakterystycznemi powozu wielkiego księcia były białe rzemienie uprzęży oraz oślepiające, jaskrawe światło acetylenowych latarń. Takich latarń nikt inny w Moskwie nie posiadał. Tylko wielki książę i żona jego, wielka księżna Elżbieta jeździli z takiem światłem. To nieco komplikowało nasze zadanie — można było omylić się i wziąć karetę wielkiej księżnej za karetę jej męża. Ale Kalajew i Mojsiejenko

doskonale nauczyli się rozróżniać osoby stangretów i z tego zawsze bezbłędnie wnioskowali, kto się znajduje w karecie. Ale nauczyć się poznawać karetę, to nie było wszystko. Koniecznem było doskonale wiedzieć gdzie i kiedy wyjeżdża wielki książę. Wkrótce już wiedzieliśmy, że ze swego generał-gubernatorskiego pałacu dwa, trzy razy w tygodniu wyjeżdża on na Kreml. W ten sposób po upływie miesiąca, z początkiem grudnia, obserwacja w głównych rysach była zakończona. Uprzedziłem o tem Dorę Brylant, która przechowywała w Niżnim Nowgorodzie dynamit. W tymże czasie, w początkach grudnia, wyjechałem do Baku, ażeby spotkać się tam z zaleconym mi przez Azefa robociarzem. W Baku odszukałem członków miejscowego komitetu, w ich liczbie Marję Aleksiejewnę Prokofjewą, narzeczoną Sazonowa, sądzoną następnie w 1907 roku w procesie o spisek na życie cara. Dowiedziałem się od niej, że poszukiwanego przeze mnie robociarza już niema w Baku i że jest rzeczą wątpliwą, czy zgodzi się on wziąć udział w akcie terorystycznym. Równocześnie jednak zwrócono moją uwagę na Piotra Aleksandrowicza Kulikowskiego, byłego studenta seminarjum nau- czycielskiego w Petersburgu, w owym czasie członka komitetu rewolucyjnego w Baku. Zakomunikowano mi, że Kulikowski dawno marzy o zaliczeniu go w poczet bojowców; zewsząd otrzymałem o nim jak najlepsze opinje. Kulikowski, był to człowiek wysoki, w okularach, z wielkiemi dobremi, nieco wyłupiastemi oczyma. Z punktu mi oznajmił, że chce „robić w terorze“. Po kilku rozmowach umówiłem się, że niezwłocznie wyjedzie do Moskwy. Powróciwszy z Baku dowiedziałem się od Mojsiejenko i Kalajewa co następuje: piątego i szóstego grudnia miały miejsce w Moskwie demonstracje studentów. Komitet moskiewski wydał z tego powodu enuncjację, która zawierała groźby pod adresem wielkiego księcia. Komitet, jakem już wyżej powiedział, nie podejrzewał wcale naszej obecności w Moskwie i w ten sposób inicjatywę zamachu brał na siebie. Myśmy nic nie wiedzieli o zamiarze wydania tej enuncjacji. Oto jej brzmienie:

Bezpośrednio po ukazaniu się tej enuncjacji wielki książę nagle i nieoczekiwanie wyniósł się z pałacu generał gubernatorskiego. Musieliśmy ponownie odkryć jego miejsce pobytu. Zaczęliśmy obserwować pałace Mikołajewskich, Nieskucznych, a nawet Basmannych. Kalajewowi udało się spotkać karetę wielko-książęcą przy Kałuskiej bramie. Wywnioskowaliśmy stąd, że wielki książę zamieszkuje w pałacu Nieskucznym i nie myliliśmy się. Nie wiem dotychczas, czemu należy zawdzięczać nagle przesiedlenie się wielkiego księcia, — zwykłym wypadkiem, jakiemiś informacjami o przygotowaniach organizacji bojowej, albo też faktem wydania pomienionej enuncjacji. Przypuszczam, że to ostatnie. Wielki książę nie mógł nie liczyć się z pogróżkami potężnej partji, a w Nieskucznym pałacu czuł się bezpieczniej, niż w pałacu na Twerskim placu. Mylił się jednak grubo. W ten sposób tylko poszerzyło się pole naszych obserwacyj, — zamiast krótkiego odcinka od placu Twerskiego do Kremla, a wielki książę musiał przejeżdżać przestrzeń kilkuwiorstową: od Nieskucznego pałacu do bramy Kałuskiej, poczem przez rzekę Moskwę, wzdłuż ulic Piatnickiej, Wielkiej Jakimanki i wzdłuż Polanki lub Ordynki. Na tej długiej drodze można było dyżurować przez dzień cały nie ściągając na siebie żadnych podejrzeń. Wkrótce Mojsiejenko i Kalajew twierdzili, że wielki książę kontynuuje wyjazdy do Kremla i aczkolwiek dnie i godziny ciągle zmienia, to jednak podąża zwykle tą samą marszrutą — wzdłuż Wielkiej Polanki. Tymczasem pieniądze, któreśmy otrzymali przy wyjeździe z zagranicy wyczerpywały się. Kilkakrotnie przychodził nam z sukursem adwokat Zdanow, kolega mój jeszcze z wołogockiego zesłania, który następnie wnosił obronę Kalajewa, a w 1907 roku sam został skazany na cztery lata katorgi za przynależność do partji socjaldemokracji. Pisałem do Azefa do Paryża o pieniądze. Pieniądze jednakże nie przychodziły. Zwracać się do Komitetu Moskiewskiego nie chcieliśmy za nic. Wtedy wpadłem na następujący pomysł: Wiedziałem, że Zdanow przyjaźni się z adwokatem Malantowiczem, którego jednak nie znałem osobiście. Zgłosiłem się do mieszkania Malantowicza w czasie przyjęć i kazałem się zameldować jako obywatel ziemski Krzesiński. Wyczekawszy dwie godziny w poczekalni pomiędzy innymi klientami, byłem wreszcie poproszony do gabinetu. Wtedy wyjaśniłem Malantowiczowi, że jestem dobrym znajomym Zdanowa i że wiem, że on, Malantowicz, jest także dobrym jego znajomym; że mi trzeba pieniędzy i że proszę o pożyczenie mi dwustu rubli na tydzień, przyczem Zdanow za mnie zaręczy... Malantowicz wysłuchał mnie, nie tając zdumienia. — Ależ kiedy Zdanowa niema w chwili obecnej w Moskwie — powiedział. Odpowiedziałem, że jeśliby Zdanow był w Moskwie, to zwróciłbym się do niego, a nie do człowieka nieznajomego mi zupełnie. Malantowicz słuchał z wciąż rosnącem zdziwieniem. — Pan się nazywa Krzesiński — zapytał. Odpowiedziałem: — To jest wszystko jedno, jak się nazywam. Malantowicz uważnie mi się przyjrzał. Poczem powiada: — Dobrze. Nie mam teraz pieniędzy ale niech się pan zjawi za parę dni. I po paru dni istotnie otrzymałem od niego dwieście rubli. W następstwie, podjąwszy moją obronę sądowej w Sewastopolu, Malantowicz przypomniał sobie ten wypadek; opowiedział mi, że długo się wahał, czy dać mi pieniądze: nie domyślał się wcale, że jestem bojowcem i nie rozumiał, jak sobie tłumaczyć moje zwrócenie się do niego, zupełnie obcego sobie człowieka. W końcu grudnia przyjechał do Moskwy inżynier Uspienskij, sympatyk partji i przywiózł pieniądze. Od Azefa również otrzymałem czek. Pożyczkę, zaciągniętą u Malantowicza, spłaciłem. W tymże czasie do Moskwy przyjechał członek centralnego komitetu Tiutczew. Po rozmowie z nim zdecydowałem rozkonspirować się wobec komitetu moskiewskiego, gdyż uważałem, że po wydaniu jego enuncjacji, nasze prace mogą się krzyżować. Z wielkiemi ostrożnościami spotkałem się z jednym z członków komitetu, Włodzimierzem Zenzinowem, który pracował w następstwie również jako bojowiec. Zapytałem, czy moskiewski komitet przy- gotowuje się do zamachu na wielkiego księcia. — Tak jest — odpowiedział Zenzinow. — Czy komitet ma jakieś informacje tyczące się życia wielkiego księcia i czy są prowadzone jakieś obserwacje? Zenzinow wtajemniczył mnie we wszystkie przygotowania komitetu. Komitet, rzecz prosta, nie był w stanie zabić wielkiego księcia i jego robota mogła tylko zaszkodzić naszej pracy. Powiedziałem o tem Zenzinowowi i w imieniu organizacji bojowej prosiłem przerwać wszystkie przygotowania. Następnego dnia Zenzinow został aresztowany, co po raz nie wiem który stwierdziło pewnik, jak ważnem jest dla powodzenia aktu terorystycznego zupełnie jego odosobnienie. Zenzinowa, naturalnie, śledzono już w dniu widzenia się ze mną i przy większej spostrzegawczości szpicli mogła wsypać się cała nasza grupa. W tymże samym czasie mniej więcej przyjechał zwerbowany przeze mnie w Baku, Kulikowski. Postanowiliśmy, że będzie on pełnił obserwacje jako uliczny sprzedawca. Ale w tej roli nie okazał się na wysokości zadania. Brak mu było doświadczenia, a w dodatku był krótkowidzem. Zarzucił więc zawód handlarza i bez niczego poprostu wystawał całymi dniami u bramy kałuskiej. Nauczył się niebawem rozróżniać karetę wielkiego księcia i w ten sposób nadawał się do wzięcia udziału w zamachu. Dora Brylant, mieszkająca częściowo w Moskwie, częściowo zaś, ze względów konspiracyjnych, w Niżnim Nowgorodzie, strasznie sobie uprzykrzyła swoją bezczynność. Istotnie rola jej była zupełnie pasywna. W samotności doglądała swego dynamitu. Stała się jeszcze bardziej skryta i w skupieniu wyczekiwała chwili, kiedy jej osoba stanie się znowu potrzebna.

MOSKWA CZY PETERSBURG? ZAMACHY, CZY POWSTANIE?

Dziesiątego stycznia doszły do Moskwy pierwsze wieści o zdarzeniach w Petersburgu. Wielki książę przeniósł się z Nieskucznego do Mikołajewskiego pałacu. Przez to znowu pokrzyżował nasze plany. Obserwowanie Nieskucznego pałacu dało nam już określone wyniki: było nam wiadomem, że wielki książę jeździ do Kremla zwykle w środy i piątki i w każdym razie nie rzadziej, niż dwa razy na tydzień, pomiędzy godziną drugą i piątą. Jużeśmy mieli zamiar przystąpić do wykonania zamachu. Teraz należało rozpoczynać obserwacje odnowa i, co gorsza, prowadzić je w samym Kremlu. Nie wiedzieliśmy, kiedy i jak przejeżdżać będzie wielki książę, to znaczy, przez którą z bram Kremlu. Nasza grupka była tak nieliczna, że nie byliśmy w stanie tropić za murami Kremla. Musieliśmy więc obserwować wewnątrz tych murów, pętając ciągle w oczach wielkoksiążęcej „ochrany“. Mojsiejenko ze zwykłą swoją bezczelnością od pierwszego dnia obrał sobie stanowisko przy wielkiej armacie („Car Puszka“) przy której nie miały zwyczaju stawać dorożki. Stamtąd miał wspaniałą perspektywę na pałac Mikołajewski, a więc i żaden wyjazd wielkiego księcia nie mógł się odbyć bez zwrócenia uwagi. Ta bezczelność jakoś uszła na sucho, stójkowi i szpicle nie zwrócili uwagi, dryndziarz zainstalował się na dobre i na stałe przy onej pomnikowej armacie i od tej chwili zyskaliśmy cudowny punkt obserwacyjny. Obserwacja nasza stwierdziła wkrótce, że wielki książę często jeździ przez bramę Nikolską. Wyjazdy te odbywały się w różne dni, ale zawsze mniej więcej w tychże samych godzinach: między drugą i piątą. Powoli dowiedzieliśmy się dokąd jeździ wielki książę: jeździł mianowicie do swoich biur w domu generał gubernatorskim na Twerskim placu. Kalajewowi uda- ło się pewnego razu zaobserwować jego przyjazd. Wielki książę podjechał nie do głównego wejścia, wychodzącego na plac, a od zaułka Czernyczewskiego. Pomimo tak dokładnych danych, według naszego zdania, mieliśmy jeszcze zbyt mało informacyj. Było niemożliwością śledzić wielkiego księcia z nabitemi bombami przez kilka dni z rzędu, było niemożliwością oczekiwać go codzień, dźwigając bomby, przez dwie, trzy godziny na ulicy Twerskiej i w Kremlu. A tymczasem wyjazdy jego wciąż były nieregularne i pozostawała nam jedyna nadzieja — dowiedzieć się zawczasu z gazet o której godzinie i dokąd on się udał. Wielki książę często jeździł na oficjalne uroczystości: do teatru, na galówkowe nabożeństwa, na poświęcenie jakichś szpitali, instytucyj dobroczynnych i t. d. Ale gazety niezawsze informowały dokładnie. Musieliśmy za wszelką cenę zdobyć źródło pewnych i w swoim czasie dostarczonych informacyj. W trakcie obmyślania przez nas szczegółów zamachu przyjechał do Moskwy niespodziewanie inżynier Rutenberg. Znałem go jeszcze z — ławy uniwersyteckiej. Należał on wraz ze mną do grup „Socjalista“ i „Sztandar Robotniczy“, był sądzony razem ze mną i razem ze mną dzielił areszt śledczy. Sprawa jego zakończyła się oddaniem pod nadzór policji, poczem otrzymał stanowisko w zakładach Putiłowskich. Pozyskawszy tam miłość i zaufanie robotników, dziewiątego stycznia prowadził razem z popem Haponem tłum demonstrantów na pałac Zimowy. Przy rogatce Narwskiej był pod ogniem salwy karabinowej, podniósł leżącego na ziemi Hapona, zabrał go z szosy Narwskiej, a po kilku dniach wysłał z Petersburga na wieś, ukrywając od oczu policji. Sam on był, naturalnie, również poszukiwany przez policję i przyjechał nielegalnie do mnie do Moskwy. O moim adresie dowiedział się w Komitecie Rewolucyjnym. Rutenberg spotkał mnie słowami: — W Petersburgu powstanie. Opowiedział mi ze wszelkiemi szczegółami o tem, co zaszło w Petersburgu, opowiadał i o Haponie i o tem że ten ostatni chce wyjechać zagranicę. Ofiarowałem mu mój zapasowy paszport wewnętrzny i obiecałem zaopatrzyć go w zagraniczny. Rutenberg oba paszporty odesłał Haponowi, ale ów już przedtem uciekł zagranicę. Wypadki petersburskie wywarły ogromne wrażenie. Nieoczekiwane wystą- pienie robotników petersburskich, z kapłanem na czele, w istocie sprawiało wrażenie zaczynającej się rewolucji powszechnej. Rutenberg opowiadał o barykadach na Wasilewskiej wyspie, o coraz rosnącem wzburzeniu mas robotniczych i wyrażał pewność, że rewolucja potoczy się niepowstrzymanym pędem. Dlatego też zachęcał mnie do niezwłocznego wyjazdu do Petersburga dla poczynienia prób połączenia organizacji bojowej z masami proletarjackiemi. — Macie przecież kogoś w Petersburgu? — zapytał. Dałem mu odpowiedź wymijającą, nie mając prawa informować o robocie Szwejcera. — Ale bomby macie? — Mamy. — No to jedźmy... z bombami wiele można sprawić. Po naradzie z Kalajewem i Mojsiejenko zdecydowałem się posłuchać Rutenberga i pojechać do Petersburga, ażeby sprawdzić na miejscu, czy się da co zrobić. Rutenberg prorokował, że nastąpią decydujące starcia z wojskiem. Dwunastego stycznia przyjechałem do Petersburga i niezwłocznie odszukałem Szwejcera. Ten był zdania, że w najbliż- szej przyszłości trudno myśleć o jakiejś akcji powstańczej na szerszą skalę, bo masa robotnicza jest steroryzowana. Poza tem informował mnie o toku prac organizacji bojowej. Stanowisko Tatjany Leontjewej w „sferach“ na tyle się umocniło, że zaproponowano jej sprzedawanie kwiatów na jednym z tych balów dworskich, na których bywał obecny cesarz. Bal ów powinien był się odbyć 20 grudnia. Leontjewa zaproponowała, że zabije cara na balu i Szwejcer zgodził się na to. Bal jednakże odłożono. W sprawie zabicia cara jeszcze nie debatowano wówczas w centralnym komitecie i organizacja bojowa nie miała co do tego żadnych dyrektyw. Szwejcer, dając swoją aprobatę Leontjewej, naruszył bezwzględnie dyscyplinę partyjną. Zapytywał mnie, jak ja patrzę na jego pozwolenie i czybym postąpił na jego miejscu tak samo. Odpowiedziałem na to, że dla naszej moskiewskiej grupy bojowej kwestja ta jest zupełnie jasna: cara zabić trzeba i jeśli są tu jakie trudności to tylko natury technicznej, nie zaś politycznej. Dodałem, że według mego zdania zabićby należało cara nawet wbrew formalnemu zakazowi partji. Oprócz tego Szwejcer opowiedział mi co następuje. Śledząc Trepowa, nasza pe- tersburska bojówka wypadkowo skonstatowała dzień, godzinę i marszrutę przejazdów ministra sprawiedliwości Murawjewa. Szwejcer, w sprawie zabójstwa cesarza decydujący samodzielnie, nie wiadomo dlaczego w tym wypadku zwrócił się do władz partyjnych o aprobatę. Oprócz członka centralnego komitetu, Tiutczewa, w Petersburgu znajdowała się w tymże czasie i Iwanowska, nie biorąca udziału w przygotowaniach zamachu na Trepowa; brała ona natomiast bliski udział w pracach centralnego komitetu. Szwejcer zakomunikował mi, że obserwowanie Murawjewa zakończono i że w środę 12-go stycznia można będzie dokonać zamachu. Ale Tiutczew i Iwanowska w stanowczy sposób wypowiedzieli się przeciwko temu. Dowodzili, że będzie to akt podrzędnego znaczenia i że organizacja niema prawa na tego rodzaju akty zużywać swych sił i energji. Uważałem, że stało się źle, że zabicie Murawjewa bezpośrednio po masakrze 9-go stycznia wywarłoby wrażenie kolosalne. Wysłuchawszy Szwejcera, spytałem. — Jeśli wywiad co do Murawjewa jest zakończony, to czemu nie zabijecie go w następną środę, 19-go stycznia — prze- cież on znowu pojedzie z raportem do cesarza? — A zakaz centralnego komitetu? — odpowiedział mi Szwejcer. — Po pierwsze, Tiutczew — to nie cały centralny komitet, a po drugie — nie możemy przecież teraz komunikować się z Genewą. Szwejcer się zamyślił. — Czy pan myśli, że zabójstwo ministra sprawiedliwości będzie miało większe znaczenie? Odpowiedziałem mu, że skoro raz się zdarza okazja zabicia Murawjewa, to nie należy jej marnować, tem bardziej, że nie wiemy, jak się udadzą zamachy na Trepowa i wielkiego księcia Siergieja. Szwejcer podzielił moje zdanie. 19-go stycznia odbył się zamach na Murawjewa, ale zakończył się niefortunnie. Wydelegowani zostali z bombami „Sasza Białostocki“ i Zagorodny. Pierwszy z nich w przeddzień zamachu znikł, tłumacząc się tem, że rzekomo jest śledzony. Drugi spotkał Murawjewa, ale nie mógł rzucić bomby, bo oddzielały go od karety ministra wozy ciężarowe. Tymczasem w parę dni potem Murawjew otrzymał dymisję i zamach na niego stracił rację bytu. Wypadek z „Szaszą Białostockim“ raz jeszcze zaświadczył, jak ważnym jest staranny dobór bojowców. Gdyby na miejscu „Saszy“ był Dulębów, albo Leontjewa, rzecz prosta, że Murawjew byłby zabity. Petersburska bojówka w owym czasie przedstawiała się mniej więcej jak następuje: kierował nią Szwejcer, dynamit przechowywała Leontjewa, Podwicki i Dulębów byli dorożkarzami, Trofimow — posłańcem, „Sasza Białostocki“ — papierosiarzem, zaś Basow, który właśnie przyjechał z zagranicy i Marków nie mieli jeszcze przydziału. Nie mieli go również dwaj nowicjusze, Szylerow i Baraków, 11-go stycznia w Siestrorecku był wypadkowo aresztowany pod nazwiskiem Zacharenko Marków. Znaleziono przy nim list, z którego widać było bez wszelkiej wątpliwości, że jest członkiem bojówki. Basow, który z polecenia Szwejcera przyjechał do Siestrorecka do Markowa, był aresztowany pod nazwiskiem Dornidontowa. Szwejcer strasznie się przejął obydwoma aresztami, ale był to człowiek zawzięty, który zamknął się tylko w sobie i tem intensywniej pracował. też mi zakomunikował Szwejcer, że jeździł do Kijowa do Boryszańskiego, że bojówka już przystąpiła do roboty. Przekonawszy się, że mój pobyt w Petersburgu nie zda się na nic, 15-go stycznia wróciłem z Rutenbergiem do Moskwy, a za nami pojechała Iwanowska. Rutenberg, który dotychczas był tylko sympatykiem, obecnie zgłosił swój akces do partji, otrzymał od nas hasła i odezwy partyjne oraz partyjne adresy zagraniczne i wyjechał z Rosji. Opowiedziałem Iwanowskiej o tem, jak stoją sprawy w Moskwie i prosiłem o wskazanie mi kogoś dobrze postawionego w sferach towarzyskich ktoby zechciał donosić nam o zamiarach wielkiego księcia. Iwanowska wskazała mi na księcia N. N. Poradziła mi zajść do pisarza Leonida Andrejewa, który dobrze znał osobiście księcia N. N. i mógł nas zapoznać, udałem się do Andrejewa. Iwanowska nie zdążyła go uprzedzić, to też wydawał się bardzo zaskoczony. Byłem zmuszony podać mu swoje istotne nazwisko i dopiero wówczas zgodził się zaznajomić mnie z N. N. Mieliśmy się z nim spotkać w restauracji „Ermitage“, poznał zaś mnie N. N. z umówionego znaku: na stoliku przede mną leżał numer „Nowego Wremieni“ i wiązanka kwiatów. Książę N. N. był wypielęgnowany, wielki, różowy jak krew z mlekiem magnat ro- syjski. Zajmował w Moskwie tego rodzaju stanowisko, które mu pozwalało wiedzieć o każdym kroku wielkiego księcia. W późniejszych latach stał się wybitnym członkiem partji kadetów. Kiedy wchodził do restauracji, poznałem z jego trwożliwego oglądania się, że obawia się, czy nie jesteśmy śledzeni. To już nie wróżyło nic dobrego, ale bądź co bądź, nawiązałem z nim rozmowę. Powiedziałem mu, że wiele słyszałem o jego sympatjach dla ruchu rewolucyjnego i zapytałem czy tak jest istotnie? — Tak jest — odpowiedział, — ale czy pan myśli, że tu jest bezpiecznie? Mówił ze wzburzeniem, że w „Ermitage’u“ wiele osób go zna, że sprawy konspiracyjne należy załatwiać i że prosi, abym go odwiedził w jego mieszkaniu. Chciałem zauważyć, że wybiera najmniej konspiracyjny sposób spotkania, ale dałem spokój i zgodziłem się na jego propozycje. W mieszkaniu księcia powtórzyło się kropka w kropkę to samo, co w „Ermitage’u“. Najwidoczniej, bał się panicznie stosunków ze mną i o jedno Boga prosił — abym się wyniósł jak najprędzej. Jednakże z wielką gotowością ofiarował się dostarczać potrzebnych informacyj. Stwierdzał, że otrzymywać je będzie bez trudności, że zabójstwo wielkiego księcia jest aktem politycznym wielkiego znaczenia, że on całą duszą jest z nami i że w najbliższej przyszłości dostarczy dokładnych i pierwszorzędnych informacyj. Niebardzo tam wierzyłem w to wszystko, ale nie przypuszczałem nigdy, że obiecując tak wiele, nie zrobi absolutnie nic. Zawód, jaki mnie ze strony księcia N. N. spotkał, upewnił mnie raz jeszcze, że w sprawach terorystycznych nie można liczyć nawet na bardzo, zdawałoby się pewnych ludzi, jeśli nie są to członkowie organizacji. Upewniłem się, że powinniśmy polegać na własnych siłach, następne moje doświadczenie tylko potwierdziło tę tezę. Zbliżał się koniec stycznia. Do Moskwy przyjechał Tiutczew. Opowiedział mi, że obstawienie Trepowa idzie tępo, ale że doskonale obstawił przejazdy wielkiego księcia Włodzimierza. Z tego powodu Szwejcer chciał dać za wygraną w sprawie zamachu na Trepowa, a postarać się zabić wielkiego księcia, który był jednym z winowajców „krwawej niedzieli”.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…