Nowele
JÓZEF JANKOWSKI
HISTORJE
NIEZWYKŁE
NOWELE
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA — KRAKÓW — LUBLIN — ŁÓDŹ
PARYŻ — POZNAŃ — WILNO — ZAKOPANE
Drukarnia Wł. Łazarskiego
Warszawa, Złota 7|9.
1928
Nowele
JÓZEF JANKOWSKI
HISTORJE
NIEZWYKŁE
NOWELE
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
WARSZAWA — KRAKÓW — LUBLIN — ŁÓDŹ
PARYŻ — POZNAŃ — WILNO — ZAKOPANE
Drukarnia Wł. Łazarskiego
Warszawa, Złota 7|9.
1928
ZAGRÓB.
Porucznik Witold Z. opowiadał: „Podczas ostatniej tej wojny oblężniczej, gdy jeszcze walczyłem, jako zwykły szeregowiec-ochotnik, los zdarzył, że towarzyszem mym w schronie okopowym przez dłuższy czas był niejaki Jan Zagrób Kozłowski, również ochotnik-szeregowiec, człowiek o wysokiej inteligencji, lecz zgoła osobliwy. Osobliwość jego polegała naprzód na tem, że był to człowiek, który się nigdy nie śmiał, ani nawet się nigdy nie uśmiechał. Piękną jego twarz ściągłą, o głębokiem, gorącem, pełnem wymowy tajemniczej, spojrzeniu zdobiły nieruchome i niezmienne trzy wielkie fałdy: jedna na czole pomiędzy oczyma, ściągając mu tężnie i chmurząc brwi, dwie drugie — z dwóch stron kątów ust. Fałdy te, jak w marmurowym posągu, zdawało się, były wręcz nie do wygładzenia. Dla fałd tych, dla tajemniczego wyglądu, dla przydomku, jaki nosił, koledzy zwali go poprostu Zagrobem. Następnie, był to człowiek, który żył zupełnie samotnie, aczkolwiek był uczynny i ofiarny; nie wiązał się z ludźmi, niczego od nich nie pragnął; był prawie za- wsze milczący, lecz milczący treściwie; chodził zawsze miarowo, i nikt go nigdy nie widział, by w największych opałach przyśpieszył choć na chwilę kroku, chociaż powiadano, krokiem tym, na dalszą metę, prześcigał wszystkich, nie znając nigdy zmęczenia. Na wojnie i w niebezpieczeństwach był nieustraszony; mało nawet jest powiedzieć: nieustraszony, gdyż nieustraszoność i odwaga jest pewnym stanem emocjonalnym, jest, bądź co bądź, reakcją w stosunku do wzruszeń; on zaś nigdy się nie wzruszał i w największych niebezpieczeństwach był tak samo równy i obojętny, jak i w powszednim toku życia. Strach i niebezpieczeństwo nie istniały wręcz dla niego. Opowiadali o nim koledzy na wojnie, że, gdy raz, podczas obiadowania na polanie, padł w odległości paru kroków od nich niespodzianie pocisk armatni, odbity jeszcze bez eksplozji od ziemi, i gdy oni wszyscy zamarli z przerażenia, oczekując wybuchu, Zagrób wstał z pieńka, na którym siedział, i, przeżuwając w ustach strawę, krokiem swym miarowym zbliżył się do pocisku — ruchem potężnym nogi wymierzył cios i odrzucił pocisk, jak piłkę foot-ballową, na kilkadziesiąt metrów. Zaczem, tak samo przeżuwając, tym samym krokiem powrócił do swego obiadu. I to, powiadał kolegom, którzy go otoczyli, uczynił nie dla siebie, lecz dla nich, gdyż dla niego, wyraził się: „to obojętne“. Koledzy lubili go. Pociągała ich wielce piękna i niepospolita twarz jego, pełna tajemnicy, jak księga o siedmiu pieczęciach, tudzież wielka jego dobroć, pobłażliwość i delikatność w obejściu: byli jednak zawsze w jego towarzystwie onieśmieleni, zarówno jego milczeniem, jak i spojrzeniami głębokiemi i wymownemi, które ich poprostu w ich wesołości rubasznej wstydziły. Stąd stosunki z nim były rzadkie. Był on dla nich „Zagrobem“, zagadką nierozwiązaną. Miał on jeszcze jedną osobliwość, i ta dotyczyła rzadkiej jego mowy. Oto wtrącał wtedy często, niesprzymierzalne wręcz, zda się, z treścią reszty słów, zdanie: „Co za ohyda!“, jak inni wtrącają nałogowo inne powtarzanki czy łatanki mowy, w rodzaju: „że tak powiem“, „więc tego“, „właśnie“ i t. d. Mówił naprzykład: „Była to piękna kobieta... co za ohyda!“ Miałeś wrażenie, że zdanie to, tak jak jego fałda na czole, przylgnęło niezgładzalnie do niego w sposób tajemniczy, i że, pomimo inteligencji, nie może się od niego uwolnić. Takim był w zarysie mój towarzysz schronu okopowego, z którym od kilku tygodni przebywaliśmy, urządziwszy się już nawet nieco po domowemu: mieliśmy stolik, książki, przybory do pisania, karty do grania, maszynkę do gotowania i t. d. Rozmawialiśmy z sobą niewiele, wymianą słów tylko najniezbędniejszą, ale zawsze bardzo przyjaźnie i usłużnie. Zagrób czytał, palił fajkę, myślał i milczał. Ja też go naśladowałem. Tak przywykliśmy do siebie. Naraz, sygnalizowano nam, że nazajutrz o świcie pójdziemy do ataku. Byliśmy, oczywiście, wyspani i wypoczęci aż nadto. Gdy więc noc nadeszła, siedzieliśmy w oczekiwaniu świtu, wprost nudząc się i nie- cierpliwiąc (przynajmniej ja), żeby jak najprędzej wyjść z tego schronu. Koło północy, ku wielkiemu memu zdziwieniu, zagadał do mnie pierwszy — Zagrób. — Wiecie co, kolego? Spać się wam nie chce. Uwarzcie więc czarnej kawy. Pogawędzimy trochę. Będzie to ostatnia moja z wami rozmowa. Zaczem odejdę już. Spojrzałem na niego pytająco, dorzucając słowo oględne: — Dokąd? — Tam — odrzekł — dokąd wszyscy, wcześniej czy później, odejdą. Ja, na szczęście, już o tym świcie najbliższym... Przyrządziłem, oczywiście, pełną maszynkę kawy, nalałem Zagrobowi i sobie — zapaliliśmy fajki, i Zagrób tak począł mówić: — Nie nazywam się — uważacie — ani Jan, ani Zagrób, ani Kozłowski. — Co za ohyda! — Imię moje właściwe jest Klemens. Nazwisko — ale mniejsza o nazwisko; wykreślone już ono bezpotomnie z księgi żywych. Przydomek „Zagrób“ sam sobie nadałem dla odróżnienia do nazwiska i imienia nie swego — co za ohyda! — które zmuszony byłem nosić, zaś to — w jakich okolicznościach, dowiecie się za chwilę. — Zatrzymał się, paląc, a potem tak ciągnął dalej: — Przed kilku laty byłem w Warszawie znanym w sferach towarzyskich — no, powiedzmy, zawodowcem i pracownikiem — znanym zarówno ze swej działalności, jak i z posiadania najpiękniejszej na świecie — co za ohyda! — żony — kobiety, o jakiej marzył na pewno całe życie Tycjan, ale jakiej nie zdołał nigdy namalować — kobiety, pochodzącej, jak sądzę, w prostej i najczystszej linji rodowej od matki rajskiej, Ewy: tyle w niej było kuszących uroków kobiecości, tyle niepochwytnej zagadki duszy kobiecej, która zbliżającym się do niej i pragnącym ją posiąść zmysły na popiół spala i życie opak wywraca. Kochała mnie — co za ohyda! — (tu się zaciągnął sutym kłębem dymu, i głos jakgdyby zelżał mu na chwilę, gdy kończył zdanie) i ja ją kochałem. Trzymałem ją w mocnych ramionach na szczycie piramid i w dżungli afrykańskiej, gdy tygrys malowniczy obok nas przebiegał, i na pokładzie, zalanym walącego się w otchłań okrętu, i w wyżynie niebieskiej, rozchwianej warkotem aeroplanu, i w namiotach dzikiego plemienia wysp Polinezyjskich, gdzieśmy po ślubie przez całe dwa lata bieżeli społem, ręka w rękę, chłonąc oddechy wolnej, jak wszechświat, miłości! I byłbym poszedł za nią na skraj drogi mlecznej — co za ohyda! Powróciliśmy do Warszawy, i zająłem się pracą. Po pół roku począł bywać w domu naszym przyjaciel mój dawny, lekarz słynny, nazywający się właśnie Jan Kozłowski — co za ohyda! Bywał często i stał się przyjacielem domu. Po pewnym czasie spostrzegłem kilkakrotnie zamieniane i pochwycone przeze mnie niechcący spojrzenia przelotne, ukryte, pomiędzy doktorem i moją żoną. Coś mnie tknęło, ale, uważając to za pomyłkę mego sądu widzenia i za podszepty kuszącej mnie ślepej zazdrości, stłumiłem to rychle i nawet wyrzuciłem z pa- mięci. Zanadtom przecie ufał miłości mej żony i czci przyjaciela, by cień najlżejszy podejrzenia do głowy móc przypuścić! Co za ohyda! W czerwcu, w rok po powrocie, zachorowałem na najgłupszą w świecie chorobę — na hiszpankę. Leczył mnie nasz przyjaciel. Był przecie słynnym lekarzem. Co za ohyda! Po tygodniu choroby przyplątały się jakieś „komplikacje“. I wtedy właśnie ujrzałem przyjaciela i moją żonę, całujących się przy mem łóżku. Co za ohyda! Po kilku jeszcze dniach leżałem już w agonji. Nie możecie sobie wyobrazić, kolego, jaką męką nad wszystkie męki jest leżeć tak w agonji, z ciałem bezwładnem, które nie reaguje na żadne władze duszy, z oczyma, jak szkło, w słup utkwionemi bez drgnienia — być klocem, rzeczą, łachmanem martwym, który się nie poruszy — i jednocześnie całą przytomną duszą widzieć, czuć, dotykać, oglądać, słyszeć — do najdrobniejszych szczegółów, najprzenikliwej — co się dzieje nazewnątrz. Chcesz krzyczeć, wyć, szarpać, kopać, zaporę dwóch światów rozwalać — i musisz leżeć martwy, podwójną męką nieopisaną wciąż umierający: męką duszy poza ciałem, wszystko widzącej i stan swój ogarniającej, i męką duszy w ciele, nie mogącej już poruszyć ciała! Kto takie chwile przeżył, ten wszystkie już przebył piekła. Wtedy to dusza, ujrzawszy ich w uścisku, krzyknęła bezgłośnie, jak niebios straszne rozdarcie przez błyskawicę okrutną, za którą, niestety, nie poszedł już żaden grom ciała, owo zdanie: „Co za ohyda!“, które do mózgu mego na zawsze już przylgnęło. Co za ohyda! I tak trwało prawie przez całe trzy dni. Com widział i słyszał, com przecierpiał, tego nie opowiedzą wszystkie dzieje tortur. Trzeciego dnia — a było to południe — lekarz ów z żoną moją przystąpił do łóżka mego, ujął mą rękę martwą, jak kawał zimnego mięsa, zbadał puls, potem przyłożył słuchawkę do serca mego i słuchał dłuższą chwilę, wreszcie przyłożył lusterko do zimnych moich warg, odjął je i obejrzał jego powierzchnię — aż wkońcu wyrzekł głośno: „Już skończył“. Jeszczem widział, jak żona moja, nieco drżąca — co za ohyda! — osunęła się na ramię doktora, przyciskając się mocniej do niego, ale to już widziałem mgliściej, miłosierniej, jak w jakimś męcie mlecznym — potem uczułem na mych gałkach ocznych palce męskie brutalne — co za ohyda! — naciskające me powieki, i dusza wreszcie w otchłań czarną i w sen niepamiętny zapadła. Nałożył sobie świeżą fajkę w milczeniu, zapalił ją i mówił dalej: — Dusza ma, nie wiem po jakim czasie, obudziła się pierwej, niż ciało. Uczuła, w przerażeniu najwyższem, że się dusi, że nie ma czem oddychać. Nie wiem, jakim wysiłkiem konwulsyjnym szarpnęła ciało i zerwała tamę, ale raptem, jak potok wgórę wyrzucony, siadłem w pościeli — a jednocześnie nieopisany szczęk jakiś, jakgdyby walących się na kamienną posadzkę stropów blaszanych, zalał mój mózg falami. Zbudzony, spojrzałem przed się w okno, które miałem zawsze na linji mego wzroku. Ale okna nie było, tylko jakaś szarzejąca, nieznana mi przestrzeń. Wsparłem ręce i poczułem jakieś zawady pod niemi. Jeszcze przeciągnąłem ręką, rozglądając się w szarym mroku — i wtedy zobaczyłem, że siedzę w trumnie. Jednocześnie pierwszy obraz, jaki mi w myśli zbudzonej stanął, był to obraz mej żony, przytulonej — co za ohyda! — do ramienia doktora. Wraz reszta była już jasna. Umarłem. Złożono mnie do trumny. Przeniesiono do kościoła. I oto obudziłem się. Co za ohyda! Mrok począł się rozrzedzać. Przez małe okienka dolnego kościoła przesączał się już świt. Rozejrzałem się. Leżałem na niskim katafalku, ostatni w szeregu, naprzeciw drzwi wejściowych, w znacznem oddaleniu. Za mną, na takichż katafalkach, rzędem stały trzy inne jeszcze trumny. Kościół był wąski, ciasny, w rodzaju korytarza. Przy katafalkach stały duże, czarne, drewniane, ordynarnej roboty, lichtarze bez świec. Należało pomyśleć o ratunku. Wyszedłem z trumny, chwiejąc się i czepiając zrębów katafalka, jak bluszczu opadła łodyga. Nie wiem już jakim wysiłkiem, po trudach wielokrotnych, udało mi się podźwignąć z kamiennej posadzki strącone przeze mnie przy zbudzeniu się wieko metalowe trumny i zamknąć niem trumnę. Uporządkowałem lichtarze dookoła, zacierając wszystkie ślady, rozejrzałem się po pustym kościele i skierowałem się ku drzwiom głównym, które, zresztą, widać było, że były jedyne. Były, oczywiście, zamknięte. Trzeba było się ukryć, gdyż świt już urastał i kościelny mógł wejść lada chwila. Była naprzeciw mego katafalka, z bocznej prawej strony, długa ławka kościelna, stojąca blisko ściany, z przednią zasłoną i deską wewnątrz pulpitową do składania książek, z siedzeniem i oparciem deskowem na plecy, dochodzącem aż do siedzenia. Za ławką była do ściany wąska przestrzeń, przez którą z trudem można się było przecisnąć, i nisko framuga w ścianie. Wcisnąłem się za ławkę i ukryłem się we framudze. Tył ławki zasłaniał mnie zupełnie. Ułożyłem sobie taki plan: gdy kościół otworzą, i będzie już w niem kilka osób, przecisnę się z framugi pod siedzeniem ławki do jej wnętrza, będę tam jakiś czas klęczał z pochyloną głową i ukrytą w dłoniach twarzą, udając zamodlenie, i w odpowiedniej chwili wyjdę niepostrzeżony z kościoła. Spytacie mnie, zapewne, kolego, dlaczego nie postąpiłem prawnie i nie okazałem się, komu należy, po tym letargu. Mogę was zapewnić, że wstręt do tego, com widział w agonji, był tak wielki, że nie mógłbym już stanąć przed żoną i jej gachem. Zanadtom się wstydził za nich. Nie chciałem im przeszkadzać. Wstręt do ludzi wypełnił całą mą duszę. Po upływie mniej więcej kwadransa usłyszałem otwieranie drzwi z zamka. W kościele było już dość widno: drzwi otwarte wpuszczały sporo światła. Weszło kilka osób, zamaszyście i bezceremonjalnie stąpając po kamiennej posadzce. Wkrótce usłyszałem głos ściszony mej żony i głośny, rezolutny doktora. Usiedli na ławce, za którą byłem ukryty. Jednocześnie na poręczy ławki zwisło rzucone na nią palto letnie, górną swą połową opadając naprzeciw framugi, w której siedziałem skurczony. I razem od rzutu tego coś wypadło z bocznej kieszeni palta na ziemię tuż koło mych nóg. Spojrzałem. Był to duży pugilares. Los, iście, jest czasem dziwnie ciekawy. W tejże chwili doktór dał znać ludziom, którzy z nim przybyli: — Lutować! Żona moja odezwała się zcicha: — Możeby jeszcze zobaczyć... Ale doktór na to głośno i stanowczo: — Daj-że spokój! Jest co oglądać! Snać dał znak blacharzom, gdyż po chwili usłyszałem syczenie ognia i gładzenie z postukiem narzędziem po metalu. Robota trwała krótko. Po dziesięciu minutach byłem już zalutowany. Doktór rzekł do żony mojej: „Chodźmy!“, wziął palto z poręczy, coś tam rzekł jeszcze blacharzom i kościelnemu, zaczem wszyscy wyszli. Przeczekałem jeszcze chwilę, potem leżący u nóg portfel schowałem do kieszeni i — jak to ułożyłem sobie — przecisnąłem się pod siedzeniem ławki do jej wnętrza. Tam, klęcząc, ukryłem twarz w dłonie i bocznym kątem obserwowałem. Drzwi, na szczęście, już pozostały otwarte. Po kilku minutach wszedł ktoś do kościoła, potem jakaś para, potem jeszcze kilka osób. Skorzystałem z odpowiedniej chwili, wyszedłem, chwiejąc się na no- gach, z ławki i, trzymając się poręczy, a miejscami ściany, wyszedłem na światło. Powietrze mnie odurzyło. Zatoczyłem się. Myślałem, że upadnę. Uczepiłem się ściany z prawej strony drzwi — i stanąłem przed własnym mym nekrologiem. Oprzytomniawszy, począłem czytać: Umarłem 7-go czerwca, o godzinie 11 w południe, „po krótkich, lecz ciężkich cierpieniach“. 8-go o 12-ej — pogrzeb. — Co za ohyda! — Zaprasza żona i krewni. Spojrzałem na pobliski zegar. Była godzina 7-ma. Odwróciłem się i skierowałem się wprost naprzestrzał w boczną i bezludną uliczkę. Szedłem środkiem ulicy, rzec muszę, niebardzo pewien swych nóg. Gdym był już w znacznej odległości, i gdy nikogo nie było naokół, wyjąłem portfel z kieszeni i zbadałem jego zawartość. Było w nim 2000 marek (suma na owe czasy duża), banknot pięćsetfrankowy francuski i paszport Jana Kozłowskiego, lekarza. Los jest dziwnie łaskawy. Co za ohyda! Wytrząsnął fajkę, oczyścił, znowu ją nałożył, zapalił i tak rzecz dalej prowadził: — Rozumiecie, że dodało mi to otuchy. Pewniejszym już krokiem bocznemi uliczkami skierowałem się ku stronie sklepowej miasta. Właśnie otwierano sklepy. Wszedłem do lichszego magazynu przyborów męskich i zażądałem kapelusza, tudzież laski. Przestraszyłem się własnego głosu. Brzmiał, jak z podziemia głuchego. Sklepowy spojrzał na mnie, i w oczach jego odbiło się przerażenie. Powtórzyłem żądanie, oswajając się z dźwiękiem. Podał mi w milczeniu, rzucając trwożne spojrzenia, stos kapeluszy. Wybrałem jeden, dopasowałem laskę do ręki, zapłaciłem i miałem już wychodzić. — Pan gdzieś się bardzo zawalał! — rzekł sklepowy. — A tak! — odrzekłem — upadłem na ulicy. Zawołał chłopca i kazał mnie szczotką oczyścić. Stanąłem przed lustrem. I wtedy zrozumiałem przestrach sklepowego. Wyglądałem jak trup chodzący. Włosy na głowie, wąsach i brodzie stały się matowe, martwe. I ta fałda na czole, i dwie te z dwóch stron ust fałdy, których już rozgiąć nie mogłem. Co za ohyda! Krawat miałem zawiązany najniedbalej. Ubranie dano mi pośledniejsze, wyszarzane. Guziki zapięte nie na odpowiednie dziurki, a w kroku zupełnie niezapięte. Buty podniszczone. Cały w pyle, wapnie i trocinach. Z pomocą szczotki i chłopca doprowadziłem się do możliwego porządku, podziękowałem i wyszedłem ze sklepu. Udałem się, przecinając ulice, do oddalonej dzielnicy miasta, w której nikogo nie znałem i w której nikt mnie nie znał. Wstąpiłem naprzód do podrzędniejszego zakładu fryzjerskiego i kazałem sobie zgolić całkowicie włosy, wąsy i brodę. Fryzjer, na widok mój, stropił się tak samo jak sklepowy, posmutniał jakoś grobowo, a pełniąc, co mu zleciłem, widziałem, że drżał. Może czuł ode mnie ów zastanawiający, czadzący swem memento zapach trupi... Po zgoleniu się całkowitem, kazałem mu zmyć głowę, zlać suto wodą kolońską i upudrować. To mnie odświeżyło. Wychodząc, przejrzałem się w lustrze. By- łem już prawie nie do poznania — nawet dla samego siebie. Wyglądałem już nie jak trup, lecz jak śmierć sama. Udałem się do cukierni, żeby pokrzepić organizm. Musiałem nie jeść, przypuszczam, z tydzień. Głodu jednak nie czułem, tylko ogromne wycieńczenie. Kazałem sobie podać filiżankę mocnego buljonu z żółtkiem i czarnej kawy. Byłem tyle przezorny, by stopniowo wzwyczajać organizm. W gazecie, jaką mi podano, znów przeczytałem własny swój nekrolog i w tekście nawet wzmiankę pochwalną. Posiliwszy się, zbadałem raz jeszcze zawartość pugilaresu. Oglądając, przyszło mi na myśl, czy nie ma on skrytki za podszewką, gdyż wiedziałem, że niektóre z nich zawierają to niepostrzegalne ukrycie pod całą powierzchnią skóry. Przewidywanie moje okazało się całkiem słuszne. Ludzie są naprawdę przebieglejsi od zwierząt, gdyż zwierzęta nie mają przy sobie kieszeni ani skrytek. Za podszewką pugilaresu znalazłem banknot tysiąco-dolarowy. Co za ohyda! Los brał mnie w opiekę wyraźną. Miałem spory zasób pieniędzy. Wyszedłem z cukierni już raźniejszy i udałem się do większego magazynu przyborów podróżnych, gdzie nabyłem suty płaszcz nieprzemakalny, walizkę ręczną, ubranie, trochę bielizny i niezbędnych przedmiotów tualetowych. W płaszczu i z walizką w ręce opuściłem magazyn, wyglądając już, jak niezgorszy dżentelman. Rozumiałem, że nie mogę pozostawać w kraju. Przedtem atoli należało trochę wypocząć. Postanowiłem udać się do hotelu na przedmieściu. Paszport miałem przecie w porządku. Chodziło o to, żeby nikt mnie nie poznał i nie skonfrontował z prawdziwym jego właścicielem. Było już po dwunastej. U wylotu ulicy, którą szedłem, natrafiłem niechcący na własny swój pogrzeb. Żona szła za trumną pod rękę z doktorem. Dziwnie wyglądała czarno ubrana i czarnym welonem okryta. Orszak pogrzebowy był bardzo ożywiony, rzekłbym nawet, figlarny. Czytałem z twarzy, że rozmawiano o moim niespodziewanym zgonie — i o akcjach giełdowych. Porównywano zapewne życie ludzkie z losem akcyj. Wnioskowano może, patrząc na moją żonę, przytuloną do swego towarzysza, że małżeństwo jest jednak najniepewniejszą akcją. Przepuściłem orszak przed sobą, nie mając, oczywiście, ochoty odprowadzania siebie na miejsce — wątpię, czy wiecznego spoczynku. Przerżnąłem ulicę i podążyłem w kierunku mego celu. W hotelu na przedmieściu, po ciepłej kąpieli, położyłem się do łóżka i spałem snem kamiennym kilkanaście godzin. Nazajutrz udałem się do biura żeglugi i nabyłem bilet podróżny do Ameryki. Statek, na szczęście, odpływał za parę dni. Tegoż dnia jeszcze wyjechałem do Gdańska, a po tygodniu już fale oceanowe niosły mnie w kadłubie dużego statku transatlantyckiego na swym grzbiecie grzywiastym.
II.
Spuścił głowę i zamilkł, wdumany w te dzieje niezwykłe. Po dłuższej chwili dźwignął ją powoli, spojrzał i, jakgdyby przypomniawszy sobie moją obecność, zapalił świeżą fajkę, i tak mówił dalej: — Nie będę opisywał wam, kolego, moich przygód w Ameryce. Nie zawierały one nic osobliwego zewnętrznie. Jako zdolny zawodowiec, znalazłem wkrótce robotę i nawet dorobiłem się trochę pieniędzy. Udało mi się paszport polski zamienić na amerykański, a raczej równorzędnie z polskim uzyskać legitymację amerykańską, w której zostały zmienione szczegóły miejsca urodzenia i rodowód, zaś do zawodu lekarza dodano mój prawdziwy — inżyniera. Miało to nawet pewną zasadność, gdyż trzeba wam wiedzieć, że, przed wstąpieniem na politechnikę, byłem już na ukończeniu studjów lekarskich, i tylko fantazja moja zlekceważyła dyplom doktorski. Wtedy to również w nowej legitymacji dodałem sobie do nazwiska przydomek „Zagrób“. Miałem wogóle w Ameryce szczęście do ludzi. Coś ich pociągało ku mnie. Nie wiem — może poświata jakaś tajemnicy z tamtego świata, która, zda się, do mojej twarzy przylgnęła. Zwłaszcza kobiety interesowały się moim wyglądem i moim obojętnym smutkiem. Zabiegały usilnie, żeby — jak to się u nas nazywa — „rozkrochmalić“ mnie. Trzymałem się, oczywiście, zdaleka od nich, nie chcąc być już ponownie prasowanym przez nie gorącem żelazkiem. Jedna atoli kobieta stanowiła wyjątek. Była to wdowa — jak ja, zupełnie samotna i niezależna. Dla wielkich zalet jej ducha, a głównie skromności i czystości uczuć, polubiłem ją, jak siostrę. Miała ona fermę sporą, w której, jako jej przyjaciel, spędzałem wszystkie dni wypoczynkowe. Sama pierwsza nagliła mnie do zawarcia z nią związku małżeńskiego; ja jednak, nie mogąc powiedzieć jej właściwych powodów i nie chcąc być dwużeńcem nawet poza grobem, zwlekałem. Minęło już pół roku od mego przybycia do Ameryki i poczęcia nowego życia. W tym czasie wyczytałem raz w Kurjerze, który prenumerowałem z Warszawy, zawiadomienie w kronice towarzyskiej o ślubie mojej żony z doktorem Janem Kozłowskim. W pół roku po mojej śmierci!... „Nim jeszcze zdarła trzewiki, w których szła za trumną“... Co za ohyda! To mi rozwiązało ręce. Ożeniłem się z wdową. Wyznać muszę, uczyniłem to raczej dla niej, niż dla potrzeby, czy nawet ochoty własnej. Pożycie nasze, bardzo zgodne i bardzo łagodne, jak ostatni poblask jesienny, trwało bardzo krótko, gdyż zaledwie parę miesięcy, i rozwiązało się tragicznie. Druga żona moja zginęła w sposób prawdziwie przypadkowy. Oto, podczas zwykłej przeprawy łódką przez rzekę, przy najspokojniejszej wodzie, utonęła wraz z kilku innemi osobami wskutek tego, że ktoś, wychyliwszy się zanadto, wpadł do wody, a uchwyciwszy się , przechylił łódź. To spowodowało popłoch wśród kobiet, i łódź wywróciła się. Zostałem znowu sam, odziedziczywszy po żonie spo- rą fermę — jakgdyby poto tylko los chciał mnie z nią połączyć. Jeszcze rok zgórą w ciszy wiejskiej porałem się ze smutną marą, wreszcie sprzedałem wszystko i przyjechałem do kraju. Co gnało mnie — nie wiem. Może tęsknota do jakichś możliwości ducha, do jakiegoś ideału, który tu, w Polsce, pod kupą przeolbrzymią śmieci, zda się, gdzieś skryty się żarzy, oczekując chwili, gdy płomień buchnie i śmieci te wszystkie spali... Może tęsknota do grobu rodzinnego na Powązkach, w którym symulacyjnie leżałem... gdyż nie sądzę, by jakaś nadzieja osobista wiodła mnie jeszcze w życiu. Osiadłem w Warszawie. A mogę was zapewnić, że nie było najmniejszej obawy, by mógł mnie kto poznać. Dwuletni prawie pobyt w Ameryce, a głównie ta noc jedna w trumnie, odmieniły mnie całkowicie. Przez fałdy nieruchome na twarzy odmieniły się rysy mej twarzy, odmienił się chód, głos, usposobienie i mowa, i postać, i ruchy. Nie sądzę, by najbaczniejsze oko nawet z barwy źrenicy i iskry w niej ukrytej mogło mnie poznać. Osiadłem tedy w Warszawie. Żyłem zupełnie samotny, stroniłem od ludzi. Posiadałem znaczną fortunę i byłem niezależny. Żywi nie interesowali mnie zgoła, ani ich życie zaciekłe, niepomne samo siebie. Jedną z pierwszych moich czynności było odesłanie mężowi mojej żony pugilaresu z całą jego zawartością ówczesną. Uczyniłem to, oczywiście, bezimiennie. Nie wątpię, że zdziwił się wielce. Tak mi życie płynęło na patrzeniu w świat smutnemi oczyma. Pewnego dnia, siedząc w rzędach krzeseł w teatrze, ujrzałem moją żonę wraz z jej mężem, doktorem — co za ohyda! — w loży parterowej, oddalonej o pięć tylko kroków od miejsca, gdzie siedziałem. Doktór siedział w głębi, zły i nadąsany, jak po niedawnej sprzeczce z żoną. Ona natomiast była rozkoszna, przychylna, uśmiechami zalotnemi wkoło darząca. Skierowałem na nią lornetkę i długo ją obserwowałem. Co za ohyda! Zdała mi się być duszą całkiem na pochyłości. Nie znalazłem już na twarzy dawnych śladów czystości moralnej, owego srebra tchnień. Zastąpiła ją żądza próżna wrażeń i podboju. Była damą światową, nie była już kobietą. Spostrzegła, że ją lornetowałem, gdyż potem kilkakrotnie, nawet podczas przedstawienia, zwracała na mnie zaczepnie swą lornetkę. A kiedym w antrakcie przechodził mimo ich loży, rzuciła mi wprost wiele znaczące, długie spojrzenie. Gdy odjeżdżali z teatru, wsiadłem w dorożkę i kazałem jechać w pewnej odległości za nimi. Snać to przeczuła, gdyż, kiedy ich dorożka stanęła przed domem, a moja przejeżdżała mimo, zwróciła się ku niej i, wychylona nieco, przeprowadzała ją wzrokiem. Po paru tygodniach, włócząc się pod wieczór w stronach, gdzie mieszkała, spotkałem ją na ulicy. Poszedłem za nią, jak cień mimowolny. Weszła do kamienicy, gdzie mieściła się uczelnia języka angielskiego, założona przez metodystów. Domy- śliłem się, że musi tam chodzić na kursy. Wstąpiłem i zapisałem się również na lekcje publiczne. Poznała mnie i pierwsza zbliżyła się do mnie pod pozorem jakiejś informacji. Następnego dnia zbliżenie się już było naturalniejsze. Siadła na lekcji obok mnie. Po lekcji wyszliśmy razem. Poprosiłem ją o pozwolenie odprowadzenia jej, na co ochotnie przystała, i przedstawiłem się jej. Gdy powiedziałem jej moje nazwisko, wykrzyknęła radośnie: — Ach, jak to się oryginalnie składa! Nazywa się pan tak samo, jak i mój mąż, doktór. Może ma pan nawet na imię Jan? — Owszem, pani — odrzekłem — istotnie mam na imię Jan, ale mam też i drugie imię... Kozłowskich jest tylu, a i Janów też... Ale mój przydomek jest Zagrób. — O, to bardzo dobry ród, — odrzekła z przekonaniem. — Ale to inna linja, niż mego męża. Mój mąż ma w herbie Pobóg. Odprowadzania już trwały regularnie. Ton się wywiązał poufny, przynajmniej z jej strony. Zda się, zaciekawiałem ją, zaś powolność moja jeszcze bardziej ciekawość jej nieciła. Raz na rozstanie rzekła mi: — Poco pan chodzi na te lekcje angielskiego, kiedy pan włada angielskim lepiej od wykładających. — Żeby nie stracić akcentu — odrzekłem. — Przyjechałem tu z Ameryki i wrócę tam prawdopodobnie. — Ależ pan ma wyborny akcent — oświadczyła. — Mnie właśnie także chodzi o niestracenie akcentu, bo język posiadam dobrze. Wie pan co! — zawołała nagle. — Zamiast włóczyć się do tych metodystów, będę brała lekcje u pana! Tak! tak! wybornie! Nie odmówi mi pan przecie!... Ale prędko! od jutra!... — nagliła kapryśnie, między szóstą a ósmą... Wtedy męża niema w domu... Onby nam przeszkadzał... A więc... Zgoda? prawda, że zgoda?... Uśmiechnąłbym się, gdybym mógł się uśmiechać. Ukłoniłem się tedy tylko i rzekłem: — Jestem na pani rozkazy. Nazajutrz poszedłem do niej. Co mnie ciągnęło jeszcze do tej kobiety? Czego chciała od niej ma dusza z za grobu miłości? Jakie włókno fatalne wiązało mnie z nią jeszcze? Widzieliście, oczywiście, nieraz, kolego, jak mgły się rozwłóczą po polu. Czasami zdarza się, że strzęp jakiś uczepi się, zawiśnie nad jakiemś miejscem, nad zwiędłych kwiatów czy bodjaków grządką, nad kałużą błotną — i trwa tak smużką, choć inne dawno odpłyną. I czasem niebieszczeje nawet... Tak strzęp duszy mojej czepiał się może fatalnie grobu szczęścia mojego. Ohydy grobu... Rozpoczęły się tedy lekcje, a na trzeciej już złożyła, niby niechcący, głowę na mojem ramieniu. Nie reagowałem. Wzięła to za moją nieśmiałość, i to ją jeszcze bardziej wznieciło. Postanowiła, bądź co bądź, pokonać moją powolność. Zaciekawiała ją chmura moja. Chciała w nią wpłynąć, jak gwiazda. Raz z zalotnem przekrzywieniem głowy rzekła, patrząc w twarz moją zmrużonemi oczyma: — Wie pan co? Przypomina mi pan trochę — trochę — kogoś, kto był mi bardzo drogi... — Cóż się stało z tą drogą osobą, jeśli wolno wiedzieć? — spytałem. Odrzekła z minką żałośnie figlarną — Umarł... O, to smutna historja!... — Wszyscy umrzemy — wtrąciłem sentencjonalnie. — Ach, tak! — westchnęła. — Ale tymczasem używajmy życia! — trysnęła ochoczo, jak raca. — Tylko że pan taki nieśmiały — dodała. Przypuściła wreszcie atak ostateczny. Rzekła mi raz po ukończonej lekcji, z planem — widać było — dobrze ułożonym: — Niech pan przyjdzie jutro o dziesiątej — a, żeby nie potrzebował pan dzwonić na dole, niech pan weźmie ten klucz i otworzy sobie drzwi wejściowe. (Mieszkała w domu narożnym, gdzie jedno wejście boczne było wprost z ulicy, zamykane na klucz i otwierane przez lokatorów.) Zadzwoni pan tylko nagórze. Gdyby zaszła jaka zmiana, zatelefonuję do pana o dziewiątej. Wziąłem klucz i pożegnałem ją w milczeniu. Nazajutrz wieczorem wahałem się chwilę, czy pójść. Ale poszedłem. Coś mnie pociągnęło znowu tym strzępem mgły... Otworzyła mi drzwi sama, ubrana w szlafrok wspaniały, powabem i wonią tchnąca, szyi obnażeniem głębokiem rozkosze przepastne zapowiadająca... — Jakto dobrze, żeś pan przyszedł! Mąż mój właśnie wyjechał na 2 dni do Lwowa, na zjazd lekarzy, a służącej wypadło wesele jej siostry — aż na Pradze. Zwolniłam więc ją na całą noc. Jesteśmy sami. Ma pan zupełną władzę nade mną! — Nie wiem, czy potrafię wywiązać się z niej należycie... Jest pani tak czarująca... — wypowiedziałem mimowoli, pół żartem, pół serjo. Kolację przyrządziła sama. Spożywaliśmy ją w atmosferze jakiejś pojącej, ziskrzonej gwiazdami jej oczu, nieconej zalotnością jej misterną i, rzec muszę, dobrocią i czułością jej serdeczną, niewolną nawet chwilami od wzruszeń prawdziwych, śród których opadały jej pęta lwicy światowej i ukazywały się rysy raczej owieczki zbłąkanej. Po kolacji zaprowadziła mnie do swego buduaru, posadziła na kanapie i przytuliła się do mnie miękkiem swem, tajemniczem, pajęczyną jedwabiów okrytem, ciałem. Uczułem u boku swego dawne ciepłe ciało mej żony — co za ohyda! — jak sen przypomniany — ciało, grobu oddzielone przestrzenią i pamięcią żywą śmierci i szczęścia mojego... Razem rozbrzmiał jej głos proszący, poczciwy: — Obejmij-że mnie pan! Nie jestem znowu taka zła — jestem biedna tylko! O tak! O, tak! — I, plecami wtulając się w piersi moje, brała ramiona moje i oplatała niemi szyję. — Ach, nie, nie! Nie chcę tych szorstkich rękawów na szyi — kaprysiła. I, zdjąwszy ramię moje, odpięła miękki mankiet koszuli i obnażyła rękę po łokieć, za- rzucając ją znowu na szyję i szyją się w nią wtulając. — Nie, nie, jeszcze niedobrze — skarżyła się pieszczotliwie. — Zrzuć pan ten wstrętny żakiet! Ściągnęła mi żakiet z pleców, odrzuciła go i obnażyła mi całą prawą rękę. Zarzuciła ją sobie na szyję, poczęła obnażać lewą rękę. Poznałem potem w pełni moją żonę. Tego rodzaju pieszczoty były jej dziwacznem upodobaniem, nabytem z tych czasów, kiedy we włóczęgach naszych poślubnych po krajach podzwrotnikowych tak często ręką obnażoną okalałem w podróży jej szyję, kiedy na niej usypiała nieraz, jak dziecko... Zarzuciwszy tedy i lewą obnażoną rękę, nie patrząc na swoją szyję, naraz, skośnem promieniem oka wejrzawszy na nią, chwilę patrzała — aż raptem, jak obłąkana, krzyknęła. Tu muszę wam, kolego, przytoczyć jeszcze pewien szczegół z naszych poślubnych wędrówek. Oto, w jednem z obozowań naszych na wyspach polinezyjskich natrafiliśmy na jakiegoś niezwykłego, głośnego śród tamtych ludów artystę-tatuownika. Żonie mojej przyszła fantazja, żebyśmy dali sobie wytatuować jednakie znaki, na ciele. Sporządziłem mu tedy wzór, zawierający napis po angielsku z tych słów: BEHIND THE TOMB (co znaczy właśnie: ZA GRÓB, skąd mój późniejszy przydomek) i datę naszego ślubu: 14. XI. 1913. Ornamentykę i wybór barw pozostawiliśmy jego kunsztowi. Zrobił z tego istotne arcydzieło: żonie na nodze powyżej kolana, zaś mnie na górnej po- wierzchni lewego ramienia. Litery i ozdoby mieniły się prześlicznemi barwami, jakgdyby drogocennemi kamieniami wysadzane arcydzieło jubilerskie. I dziwna rzecz, barwy te były zawsze żywe i świeże, jakby krwią ludzką ciągle ożywiane, promienne. Żartowaliśmy nieraz z żoną, że po znaku tym poznamy się — wedle treści napisu — nawet poza grobem. Gdy tedy ujrzała i poznała ów znak wyroczny, który codziennie widziała nad swem kolanem, wrzasnąwszy jak obłąkana, z oczyma pełnemi przestrachu śmiertelnego, trząść poczęła rękoma przed sobą, potem szarpnęła się, odsądziła ode mnie i, patrząc na mnie oczyma osłupiałemi, z twarzą, jak w skurczach obłędu, krzyknęła przeraźliwie: — Ktoś ty taki?! Zaś ja, patrząc w jej oczy zmienione, odrzekłem zcicha, ze smutkiem: — Twój mąż. Odgarniać mnie poczęła rękoma struchlałemi i wołać w najwyższej rozpaczy: — Trup! trup! Ratunku! Kara! Ka-ra!... Ale mocne ramiona moje, nieszczęsne i współczujące, jak ogień objęły ją, przeciągnęły, i na usta jej — och, takie kochane i takie przeklęte, takie słodkie i takie zabójcze! — jak pieczęć zapomnienia, jak wieczność niecofniona, sępa władaniem spadły już usta moje, zlepiając się bez ratunku. Zrazu czułem jeszcze wstrząsy jej ciała i rąk trzepanie, i krzyk, i odmęt z piersi pod ustami memi pluskotem się rwący, potem wszystko ucichło, i ust tem spojeniem, i słodyczą uśmiechów zawrotnych spadałem w toń upojenia. Oprzytomniałem wreszcie — rozgiąłem ramiona i usta od ust jej oddarłem. Opadła bezwładna. Próżno ją cuciłem — zabiło ją przerażenie. Rozpiąłem jej koszulę i raz jeszcze głowę moją i ucho złożyłem na jej piersi, och, takiej znanej, i takiej już innej! — by zbadać, czy serce jej bije — serce, które tyle bólu sprawiło. Nie biło już — dla nikogo. Zatarłem wszystkie ślady mego pobytu i wyszedłem, niepostrzeżony przez nikogo, tąż drogą, którą przyszedłem. Nazajutrz zaciągnąłem się, jako ochotnik, do wojska“.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Historje niezwykłe.
