Read here

Hyperion

John Keats · 1907 · Free in the US

12,328 words · about 52 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1907 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Hyperion&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1907
Length
12,328 words · about 52 min
Sections
5 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (5)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 26 min
  3. Księga I about 10 min
  4. Księga II about 12 min
  5. Księga III about 4 min

Continue:

Front matter

N.

całość

N.

KSIĘGA I.

W głębokich mrokach posępnej doliny, Zdala od świeżych oddechów poranka, Żarów południa i gwiazdy wieczornej, Usiadł Saturnus, jako głaz, spokojny I tak milczący, jak owo milczenie, Co go otacza wokoło; nad głową Las mu się zwieszał na lesie, jak ciemna Chmura na chmurze. Ani jeden tutaj Nie wkradł się powiew, tyle sił mający, Ile ma cichy dnia letniego podmuch, W dal unoszący źdźbła pierzastej trawy: Liść tu umarły zostawał, gdzie upadł, Samotny potok wlókł się oniemiały I coraz bardziej malał i pochmurniał Z żalu nad bóstwa swojego upadkiem: W trzcinach i łozach wylękła Najada Usta swe zimnym zamykała palcem.

W piasku nadbrzeżnym ślady stóp szerokich, Ale idące do tego-li kresu, Dokąd on dotarł, by spocząć i zasnąć. Dłoń jego stara, zgrzybiała, olbrzymia, Legła na ziemi darnistej, bezwładna, Martwa, bez berła; oczy mu przywarły Ciężkie powieki, a głowę obwisłą Tulił do ziemi, jakby nadsłuchiwał, Czy przyjdzie pomoc od Matki odwiecznej. Zdawałoby się, iż żadna go siła

Z miejsca nie ruszy, gdy w tem ktoś się zbliżył I, ze czcią wielką schyliwszy się nad nim, Przyjazną ręką łagodnie się dotknął Jego barczystych, przepotężnych ramion. Pierwszego świata była to bogini. Przy jej postaci rosła amazonka Równałaby się pigmejce. Za włosy Pochwyciłaby Achilla i zgięła Kark mu ku ziemi; lub też jednym palcem Iksyonowe wstrzymałaby koło.

Lica jej były ogromne, prawdziwie, Jak to oblicze memfijskiego Sfinksa Co gdzieś w dziedzińcu stanął pałacowym, Kiedy mędrcowie, szukając mądrości, Zwracali oczy swe ku Egiptowi. Lecz do marmuru jakże niepodobnem Było to lice! Jakże było pięknem, Jeśli ból wielki nie uczynił bólu Jeszcze piękniejszym od samej piękności! W jej wzroku czyhał jakiś strach wylękły, Jak gdyby klęska zaczęła się właśnie, Jakby w dniu burzy przednia straż chmur ciemnych Już rozpoczęła swój posiew nieszczęścia, A czarny hufiec jął nagromadzonym Pracować grzmotem. Jedną rękę swoją Do bolesnego przycisnęła miejsca, Gdzie u człowieka słychać serca bicie, Jakby tam właśnie, chociaż nieśmiertelna, Czuła ból krwawy. Drugą na Saturna Złożywszy karku przegiętym, otwarte Zbliżyła wargi w stronę jego uszu

I uroczystym, głębokim, organnym Rozbrzmiała dźwiękiem w żalne, smutne słowa, Które w akcentach naszego języka — O jakże słabych, ażeby wyrazić Pierwotnych bogów rozlewną wymowę! — Takieby miały znaczenie: «Saturnie! Otwórz swe oczy! — jakkolwiek dla czego, Ty stary, biedny mój królu?! Pociechy Nie mam ja żadnej dla ciebie — nie, — żadnej! Nie mogę rzeknąć: «Czemuś zasnął, panie?» Albowiem niebo już cię opuściło, I ziemia boga nie widzi w pobitym, I morze z swoim uroczystym szumem Odbiegło berła twojego, i wszystkie Wokół przestwory przestały ulegać Twej osiwiałej, dawnej królewskości. Grzmoty, nowego świadome rozkazu, Opornie tylko huczą ponad naszym Upadłym domem, a twa błyskawica, Niedoświadczoną kierowana ręką, Niszczy i pali te, ongi spokojne Nasze dzierżawy. O czasy bolesne, O chwile długie, jak lata! Przechodząc, Tak wydęłyście tę potworną prawdę, Tak ją do naszych trosk i ciężkich zgryzot Przycisnęłyście, że niedowierzaniu Zabrakło miejsca na oddech, Saturnie! Śpij-że, śpij dalej! o lekkomyślności! Jakże ja mogę zakłócać tę ciszę, Tę snu twojego samotnię! Jak mogę-ć Otwierać oczy, pogrążone w smutku? Śpij, a ja płakać u stóp twoich będę».

Jak kiedy w letniej, w sen zaklętej nocy Potężnych lasów dumne senatory, Wyniosłe dęby, w zielonych delijach, Oczarowane przez gwiazdy żarliwe, Śnią, śnią noc całą, nie drgnąwszy ni razu, Chyba, że jakiś powolny, samotny Przypłynie powiew, by skonać w te tropy, Jak gdyby tylko jednę miało falę Przypływające powietrze: — tak samo Przyszły i przeszły jej słowa; a ona, Zalana łzami, schyliła ku ziemi To swoje piękne i szerokie czoło, Tak, że jej gęste, spadające włosy Podścieliły się przemiękkim jedwabiem Pod wielkie stopy Saturna. Już księżyc, W leniwych płynąc odmianach, swe cztery Srebrzyste pory rozsiał pośród nocy, A owych dwoje widać wciąż bez ruchu, Podobnych rzeźbom w sklepieniach katedry: Ten bóg skostniały leżał wciąż na ziemi, A u stóp jego płacząca bogini. Nareszcie przyszedł czas, gdy Saturn stary Podniósł powieki nad zblakłą źrenicą I ujrzał stratę swojego królestwa I wielki smutek i mrok tego miejsca, I te na klęczkach uroczą boginię, I trzęsąc brodą, jak osika trzęsie Swojem liściwiem, zaczął bełkoczącym Szeptać językiem: «Theo! złocistego Hyperiona nadobna małżonko! Czułem cię przedtem, nim jeszcze ujrzałem

Twoje oblicze: spojrzyj na mnie! spojrzyj, Abym nasz wyrok zobaczył w twych oczach! Spojrzyj i powiedz, azali Saturna Widzisz tu postać; azali Saturna Głos tutaj słyszysz; azali to czoło, To pomarszczone, z królewskiej korony Odarte czoło jest czołem Saturna? Któż posiadł władzę, aby mnie tak zgnębić? Skąd moc ta przyszła i jak mogła wyróść W takie nadmiary, gdym ja Przeznaczenie Zdawał się trzymać w mych żelaznych garściach?! Lecz tak się stało... I otom zduszony — Otom niebieskiej pozbawion potęgi Oddziaływania na blade planety, Rozkazywania morzom i wichurom, Nad żniwiarzami spokojnego władztwa — Wszystkich tych czynów, któremi najwyższe Przynosi bóstwo ulgę swemu sercu. Odbiegłem łona własnego, zgubiłem Własną istotę, swój byt rzeczywisty, Gdzieś między tronem, a tym kątem ziemi, Na którym siedzę. Patrzaj, Theo! patrzaj! Rozewrzyj oczy wieczyste i wlep je Hen! w te okręgi! wlep je w te przestworza, Takie gwiaździste, a przecież tak ciemne, Tak pełne życia oddechów, a przecież Takie bezpłodne i puste — w płomienne, Lecz takiem piekłem ziejące przestworza! Patrz, patrz, o Theo! i powiedz, czy widzisz Postać, lub cień jej, torującą drogę Na dumnych skrzydłach lub płomiennym wozie,

Aby nanowo opanować niebo, Które przed chwilą straciła!... Posłuchaj! Dojrzali muszą iść naprzód! Saturnus Musi być królem! Tak, złote zawitać Musi zwycięztwo, paść muszą bogowie, A zabrzmieć surmy spokojnych tryumfów; Nad mej stolicy złociste obłoki Przeuroczyste muszą płynąć hymny, Tony łagodnych odezw i obwieszczeń I srebrne muszli wyżłobionych dźwięki! I nowe piękna stworzymy rodzaje, Aby się niebios radowały dzieci... Ja wydam rozkaz... Theo! Theo! Theo! Ach! gdzie jest Saturn? Słuchaj gdzie jest Saturn?»

Z wielkiego bólu dźwignął się na nogi, Ściśnięte pięści wytężył do góry I druidycznym jął potrząsać włosem, Że aż kroplistym ociekał mu potem; W źrenicach jego rozgorzały ognie I głos mu w krtani uwiązł ze wzruszenia. Stał i nie słyszał Thei westchnień długich; Potem, za chwilę, te mu się poczęły Wyrywać tony: «Ale mogę-ż życie Innym dać światom? tak! innym istnieniom, By przezwyciężyć i zniszczyć dzisiejsze? Gdzie drugi chaos?... Gdzie?!...» Ku Olimpowi Znalazło drogę to słowo i dreszczem Przejęło trójkę buntowników. Thea Zadrgnęła z trwogi, ale w jej wyrazie Przebłysły jakieś nadzieje, i głosem Żywym, lecz pełnym wielkiej czci, wyrzekła:

«To nam pokrzepi ten nasz ród upadły: Chodź do przyjaciół, dodaj im otuchy! Znam ich ustronie, boć stamtąd przybywam». I tyle słów jej; a potem z błagalną Prośbą w źrenicach wstecz zwróciła kroki Wskroś mrocznej puszczy; Saturn poszedł za nią: Ona go wiodła, skierowawszy drogę Wśród starych gąszczy, co się poddawały, Jak mgła, gdy orły wzlatują nad gniazda.

Tymczasem w innych dzierżawach roniono Łzy przeogromne, i jeszcze tam krwawszy Ból się wylewał, i żal był tak wielki, Że nie wyrazi go ni język ludzki, Ani też pióro; groźny ród tytanów, Sam się ukrywszy, albo w pętach leżąc, Nad utraconem jęczał panowaniem I w męce srogiej ciągle nadsłuchiwał, Zali się Saturn nie ozwie. Lecz jeden Z tego plemienia mamutów wciąż jeszcze Dzierżył swe władztwo, swą moc, swój majestat: W kręgu swych ogni wciąż jeszcze płomienny Siedział Hyperion, wciąż wdychał kadzidła, Z męża na boga rosnąc słonecznego — Ale niepewnie: Bo jak w nas śmiertelnych I dreszcz i trwogę straszne budzą znaki, Tak i on również drżał, lecz nie jak człowiek Na głuche wycie psa lub krzyk puhacza, Lub gdy przyszedłszy do kogoś ze swoich, Usłyszy naraz jego dzwon pogrzebny, Lub modły księży, w północ, przy gromnicach: Tylko przestrachy, owładnąwszy każdym

Nerwem olbrzyma, częstokroć dręczyły Hyperiona. Jego gmach, okolon Piramidami z jarzącego złota, Cieniem bronzowych przyćmion obelisków, Krwawo się żarzył w tysiącach podworców, Łuków i kopuł i lśnistych galeryj; A wszystkie chmurek jutrznianych przesłony Płonęły gniewnie; orle bowiem skrzydła, Niewidne dotąd bogom ni zdumionym Oczom człowieka, od czasu do czasu Rzucały pomrok na pałac; rumaków Słychać też było rżenie, niesłyszane Dotąd ni bogom ani zdumionego Uszom człowieka. A kiedy Hyperion Pragnął piersiami swemi chłonąć kłęby Wonnych kadzideł, z świętych wzgórz płynące, Jego olbrzymie czuło podniebienie Zabójczej miedzi jadowity posmak.

Toż po spełnionym dniu, gdy znalazł przystań W usypiającym zachodzie, nie szukał Boskiego wczasu na łożu wyniosłem, Ni snów rozkosznych w objęciach melodyj, Tylko odpędzał godziny spoczynku, Niezmierzonemi od hali do hali Chodząc krokami. A zasię skrzydlate Jego rumaki stały w zbitych stadach Zdala od schronisk zacisznych, zdumione I pełne trwogi, tak, jak się wylękłe Skupiają tłumy na wielkiej równinie, Kiedy ich zamki i warowne grody Padły od ziemi trzęsienia... W tej chwili,

Kiedy Saturnus, przebudzon z letargu, Trop w trop za Theą podążał lasami, Hyperion, zmierzchy zostawiwszy w tyle, Przybył, schylony, ku progom zachodnim I, jako zwykle, bramy jego zamku Rozchyliły się w przełagodnej ciszy, Tylko poważne zefiry poczęły Z tub uroczyste wydobywać tchnienia Przesłodkich dźwięków, cichych, przytłumionych, Rozpływających się wokrąg melodyj. I, niby róża, cała w karmazynach, Skąpana w woniach, a zimna dla oka, Stało to wejście, rozkwitłe, rozwiane, Oczekujące majestatu boga. Wstąpił, lecz wstąpił przepełniony gniewem. Wokół stóp jego płomieniste suknie Syk wydawały wzdętymi fałdami, Jakby z ziemskiego pochodzący ognia, A który płoszył niebiańskie Godziny I dreszcz w ich skrzydła przelewał gołębie. I tak w iskrzących kroczył błyskawicach Od jednej nawy wspaniałej do drugiej, Pod wiązaniami sklepień, pośród altan, Powyplatanych wonnem blasków liściem, Wskroś djamentami wysadzanych arkad, Pokąd nie dotarł do głównej kopuły. Stanąwszy pod nią, gniewnie tupnął nogą, Że aż od posad do najwyższych szczytów Gmach jego zagrzmiał złocisty. Lecz zanim Zdołał ucichnąć ten grzmot wibrujący, Głos jego strzelił do góry i huczał Gromom na przekór: «O sny dnia i nocy!

Kształty potworne! Obrazy boleści! Zjawiska, w zimnych żyjące pomrokach! Widziadła bagnisk, czarnem krytych zielskiem! Czemum was poznał? Czemum was zobaczył? Czemuż ta moja wieczysta istota Tak oszalała, że mogłem was ujrzeć, Że mogłem patrzeć na te strachy nowe! Upadł Saturnus, więc i ja mam upaść? Mam i ja rzucić tę przystań spokoju, Tę chwały mojej kolebkę, ten cichy A bujny zbytek niebiańskiej światłości, Tę schroń uroczą, te lśniste przybytki, Te kryształowe moje pawilony, To moje całe jaśniejące władztwo? Dziś ono puste, sieroce, nikt z moich W niem już nie gości. O biada! Nie widzę Blasku, ni ognia, ni kształtów harmonii, A tylko ciemność widzę, śmierć i ciemność! Tutaj, w sam środek mojego schroniska Wtargnęły widma ponure i władną, I znieważają i tłumią i gaszą Wszystką mą chwałę... Upaść?! Nie! Na Tellus I na jej słone suknie! Nad płomienne Granice mego królestwa wyciągnę Straszliwe ramię i precz, precz odpędzę Gromowładnego młodzieniaszka, zgnębię Zbuntowanego Jowisza i każę, Aby na tronie siadł znów Saturn stary». Rzekłszy to, zamilkł, albowiem mu w gardle Ciężka uwięzła groźba, nie mogąca Dobyć się na jaw. Bo jak w ciżbie ludzi, Na widowisku jakiemś zgromadzonych,

Hałas się wzmaga i rośnie, im bardziej Krzyczy ktoś: «cicho»! — tak też i na słowa Hyperiona zbiegły się widziadła, Potrzykroć zimne i straszne i blade, A z zwierciadlanej powierzchni, gdzie stały, Podniósł się opar, jak z bagien spienionych. A on, przygniecion swym bólem ogromnym, Wlókł się, miarowo od stóp aż do głowy — Tak wąż olbrzymi, muskularny, giętki, Zwolna toruje sobie drogę, skronią Trzęsąc i karkiem z nadmiaru wysiłku. Wyswobodzony, dobiegł wschodniej bramy I, przez rosistych sześć godzin, nim zdołał Świt się zrumienić w swej właściwej chwili, Groźnym oddechem dął w uśpione wrota, Zwolnił je z ciężkich oparów i nagle Rozwarł na oścież ponad zimną falą Oceanową. Krąg ów płomienisty, Na którym codzień toczył się wskroś niebios Z wschodu na zachód, obracał się w kirach Obłocznych opon, lecz przez to nie bywał Nigdy przyćmiony całkiem i zakryty, Gdyż jaśniejące sfery i kolura, Łuki i koła, przeświecały zawsze Przez te przesłony, od głębin nadiru Aż do zenitu tworząc przecudowne Kształty błyskawic — dawne hieroglify, Które uczona mądrość bystrookich, Ongi żyjących tutaj astrologów, Umiała, w długie zapatrzona wieki, Odczytać myśli wytężoną pracą: Dzisiaj ich nie ma — zabytki zostały

W czarnych marmurach i głazach; ich wiedza Zgasła i przeszło dawne ich znaczenie. Krąg dwa miał skrzydła, dwa srebrzyste skrzydła, Co się wznosiły, skoro bóg się zbliżał. I dziś ich pióra olbrzymie zaczęły Wyrastać, jedno po drugiem, z pomroków, Pokąd się wszystkie nie rozpięły; glob zaś Oślepiający stał pośród ciemności I na rozkazy czekał Hyperiona. Chętnie ten byłby wydał swe zlecenie, Chętnieby zajął tron i rad nakazał, By dzień się począł — ale nadaremnie: Nie mógł, jakkolwiek był z pierwotnych bogów — ; Pór uświęconych porządku zakłócić On nawet nie mógł; w narodzinach swoich Świt się powstrzymał, jak tu powiedziano. Siostrzana para owych skrzydeł srebrnych Stała rozpięta, ażeby nareszcie Krąg swój poruszyć; przedsionki — otwarte Ponad ciemnemi dzierżawami nocy; I oto Tytan promienny, szalony Z nowego bólu, dotąd nieprzywykły, By się naginać, teraz, koniecznością Zmuszony twardą, ugiął ducha swego Pod troską chwili: i, przepełnion żalem, W słabym oblasku legł, wzdłuż poszarpanych Strasznie obłoków, na dnia rozgraniczu I mrocznej nocy. A kiedy tak leżał, Niebo gwiazdami swojemi litośnie Spojrzało k’niemu i z dali bezmiernych Do uszu jego spłynął głos Coelusa W tych uroczystych i cichych poszeptach:

«Najpromienniejszy z moich drogich dzieci, Urodzon z ziemi, spłodzony przez niebo, Synu tajemnic, niepojętych nawet Dla sił, co były przy twem powstawaniu! Oto ja, Coelus, sam zdumiony jestem, Skąd i jak przyszły te radości twoje, Ta słodycz dreszczów rozkosznych; w zdumienie I mnie wprawiają te ich mnogokształtne, Widne owoce; te boskie symbole, Te objawienia życia, rozlanego Po głębiach wiecznych przestworów: o słuchaj, Wśród nowych kształtów braci twych i bogiń Najpromienniejszem ty jesteś dziecięciem! Spór między wami dziś powstał i rokosz Syna przeciwko ojcu. Jam go widział Padającego; jam widział, jak z tronu Mój pierworodny się walił. Ramiona Wyciągał ku mnie; poprzez wszystkie gromy, Które szalały mu naokół głowy, Do mnie przedarło się jego wołanie. Zbladłem i w chmurach ukryłem oblicze. Czyś i ty bliski takiego wyroku? Czuję tu jakiś strach nieokreślony, Albowiem widzę, że moi synowie Już nie podobni do bogów. Boskimi Byliście z swego poczęcia, w spokoju I uroczystej władnęliście dumie, Bóstwa wyniosłe, i nikt nie zakłócał Waszego życia ni waszej potęgi; Dziś we was widzę strach, gniew i nadzieję; Objawy bólu i złości; prawdziwie, Jak u śmiertelnych, żyjących tam! w dole.

Gorycz tu dzisiaj, mój synu! Ponure Znaki zaniku, rozpaczy, upadku! Lecz ty zbierz siły, jakoś mocen tego, Jako że możesz ruszać się naokół — Bóstwo widzialne — i możesz wszelakiej Krnąbrnej godzinie natychmiast urągać Swoją w eterach jawną obecnością! Jam tylko głosem, me życie jest tylko Żywotem fali i wichru — wydołam Jedynie tyle, co wicher i fala — Ale ty możesz! Na czoło wypadków Stań więc i strzałę schwyć za opierzenie, Nim naciągnięta wyda świst cięciwa. Dalej! Na ziemię! Tam znajdziesz Saturna Wraz z jego bólem. Ja będę tymczasem Strzegł twego słońca jasnego, opiekę Będę miał baczną nad twemi porami».

Zanim połowa tych szeptów przestwornych Dotarła na dół, Hyperion się podniósł I hen! ku gwiazdom zwrócił swe powieki I wciąż je trzymał otwarte, dopóki Nie umilkł poszept; i wciąż je otwarte Trzymał, a gwiazdy były wciąż tak samo Jasne, milczące. A potem, powoli Skłoniwszy głowę na szerokie piersi, Jak nurek, w morze idący perliste, Pokroczył naprzód powietrznem obrzeżem I cicho w nocy utonął głębinach.

KSIĘGA II.

A na to samo uderzenie wielkich, Szerokich skrzydeł Czasu, gdy Hyperion Utonął w falach powietrznych, Saturnus Dotarł wraz z Theą do posępnej schroni, W której Cybelę i innych pobitych Szarpał tytanów żal nad straszną klęską. Była to grota, gdzie światło zuchwałe Nie mogło padać na ich łzy, gdzie oni Czuli swe jęki, lecz ich nie słyszeli, Bo je tłumiły grzmoty wodospadów I ciągłe szumy ochrypłych potoków. Urwiste granie i podarte turnie, Jak gdyby ze snu strzeliwszy do góry, Potworne swoje wysuwały wierzchy I fantastycznych tysiącem załomów Dziwnie stosowne tworzyły sklepienie Dla tego gniazda boleści. Tytani, Zamiast na tronach, siedzieli na twardych Piargach krzemiennych, albo spoczywali Na ostrych głazach i na najeżonych Kruszcami złomach łupkowych. Nie wszyscy Byli tam razem; jednych udręczały Ciężkie kajdany, inni gdzieś błądzili. Coeus i Gyges oraz Briareusz, Porfirion, Dolor i Tyfon i inni, Najodważniejsi, najzuchwalsi w szturmie, Znosili karę straszliwą w regionach, W których zamierał im oddech. Więzieni W żywiołach mroków, zgrzytali zębami, A wszystkie członki ich, podobne żyłom

Jakiegoś kruszcu, leżały bez ruchu, Powykręcane albo wyprężone; Tylko ich serca, strasznym żarte bólem, Febrycznych ogni pełne, głośno biły Pulsem krwi wrzącej. Po świecie szerokim Gdzieś się błąkała Mnemosyne; Febe Błądziła zdala od swego księżyca; I wielu innych nawykło wędrować Po różnych stronach, lecz dzisiaj znaleźli Schron tutaj straszny. I porozrzucane Leżą naokół te obrazy życia, Ogromne, martwe, niby druidyczne Głazy na smutnych, opuszczonych bagnach, Kiedy w posępny czas listopadowy Deszcz zacznie padać pod wieczór, a niebo W mrok swe ołtarne otula sklepienia. Każdy miał tutaj swoją ustroń własną I ni spojrzeniem, ni słowem, ni jakimś Rozpacznym czynem, nie zwracał się wcale Do swych sąsiadów. Jednym z nich był Kreus. Jego potężna, żelazna maczuga Leżała przy nim, a głaźne, strzaskane Żebro opoki świadczyło wymownie, Jaką miał w duszy przewspaniałość siły, Nim padł, zwyciężon, w smutku i żałobie. Drugim był Japet, trzymający w garści Śliski kark węża: temu żądłowaty Z gardzieli zwisał język, zasię kręgi, Wzdłuż rozprężone, opadły zdrętwiałe: Dziś już ten potwór nie mógł bryzgać jadem W twarz zwycięzkiego Jowisza. Tuż obok, Twarzą do ziemi, leżał Kottus, czaszką

Bijąc straszliwie o krzemienne głazy, Usta z cierpkiego wykrzywiając bólu I przewracając oczyma. Opodal Widziałeś Azyę, Kafa olbrzymiego Potężną córkę, co, chociaż niewiasta, O wiele więcej matce swej, Tellurze, Sprawiła cierpień, niż który z jej synów. Więcej zadumy było w jej obliczu, Niźli męczarni, gdyż wzrokiem proroczym Widziała przyszłą swą świetność: w palm cieniu Przez jej szeroką wyobraźnię rosły Na świętych wyspach Oksu i Gangesu, Współzawodnicząc w mocy i ogromie, Wielkie przybytki, wspaniale świątynie. Jak się Nadzieja wspiera na Kotwicy, Tak też i ona, aczkolwiek mniej wdzięczna, Stała oparta na zębie, wypadłym Przenajwiększemu z jej słoni. Ponad nią, Na stromej turni, leżał wyciągnięty, Wsparty na łokciach, chmurny Enceladus. Dawniej łagodny był on i spokojny, Jak wół pasący się na kwietnych błoniach, Nierozsierdzony przez nikogo; teraz, Wściekły jak tygrys, jak lew, knowający, Myślał i dumał, snuł jakoweś plany; On to niedawno rzucał naokoło Góry na góry w długiej wojnie bogów, Młodsze smagając bóstwa, że, spłoszone, Kryły się w zwierząt i ptaków postacie. Obok był Atlas; przy nim ojciec Gorgon, Forkus, na wznak się położył. W sąsiedztwie Był Oceanus i Tethys. W spowiciu

Włosów na łonie jej łkała Klymene. A śród nich wszystkich Themis — u stóp Opsy, Onej królowej, osłoniętej mgłami, Nie więcej oczom widzialnej, niż ciemne Wierzchołki świerków, gdy je noc głęboka Otuli w chmury. Było-ci tam jeszcze I wielu innych, których nie wymienię. Bo kiedy Muza wzniesie się na skrzydłach W wyże powietrzne, któż wstrzyma jej loty? A teraz śpiewać musi o Saturnie I towarzyszce jego, którzy chwiejnym Wydobywali się krokiem z głębiny Straszliwej puszczy. Ponad ciemną turnią Pojawiły się ich głowy; ich postać Rosła i rosła, aż się krok ich zrównał Z poziomem szczytu i spoczął. I wówczas Thea, ramiona rozpostarłszy drżące Wkrąg nad tem gniazdem katuszy i z boku Wlepiwszy oczy w oblicze Saturna, Ujrzała ciężką w niem walkę. Najpierwszy Z pomiędzy bogów zmagał się z wszelaką Słabością bólu, gniewu, przerażenia, Zemsty, wyrzutów, żalu i nadziei, Ale najbardziej z rozpaczą. Daremnie Walczył przeciwko tym plagom, albowiem Na głowę jego polało już Fatum Olej śmiertelny, jad, co mu odbierał Piętno boskości; i Thea, przelękła, Dała mu spokój, puściwszy go naprzód Między olbrzymów zwyciężone plemię.

Jak między nami, śmiertelnymi ludźmi, Serce, dotknięte bólem, jeszcze bardziej Rwie się i szarpie, jeżeli się zbliża Do progów domu, gdzie serca boleją Równem cierpieniem, tak i Saturn, wszedłszy Między pobitych, o mało nie upadł. Ale się spotkał z okiem Encelada, A wyraz mocy i czci, w niem zawarty, Przejął go niby natchnieniem. I krzyknął: «Patrzcie, tytani, na boga waszego!» I na to jedni zajękli, a inni Z miejsc się porwali na nogi, znów inni Ten sam ze siebie wyrzucili okrzyk, Lub wybuchnęli płaczem albo skargą, A wszyscy z czcią się skłonili przed bogiem. I Ops, zasłony uchyliwszy czarnej, Skroń ukazała bladą, zgasłe lica, I wielkie łuki brwi, i głębię oczu. Szumy powstają w ciemnych wierzchach świerków, Gdy Zima głos swój rozpuści; szmer idzie Po nieśmiertelnych. kiedy Bóg do góry Podniesie palec na znak, że w tej chwili Obciąża język swój ciężarem myśli, Muzyką grzmotów i błyskawic: szmer ten Jest jak ów poszum w ciemnych wierzchach świerków. Gdy ten zamilknie w swoim górskim świecie, Żaden już podźwięk nie nastąpi po nim; Ale gdy tutaj, między pobitymi, Szmer ów przystanął, począł głos Saturna Rość niby organ, który wraz na nowo Brzmieć rozpoczyna, kiedy przygłuszone Przestaje drżeć już powietrze od srebrnych,

Nagle urwanych brzmień poprzednich... Oto Jak głos ten zwolna wzmagał się: «W mem sercu, Które jest własnym swym sędzią, nie mogę — Nie umiem znaleźć przyczyny, dla czego To nas spotkało. Nie mogę jej znaleźć Ani w legendzie o pierwszym dniu świata, Zawartej w księdze o stronicach z ducha, Którą Uranus gwiaździsty swym jasnym Zratował palcem od brzegów ciemności, Kiedy ją chciały lekko wzdęte fale Pogrążyć w swoich półmrokach — w tej księdze, Którą wy znacie, a którą dla siebie-m Za silny wybrał podnóżek: niestety, Jak mało silny! — w znakach, ni symbolach, Ani we wróżbach żywiołów, powietrza. Ognia, i wody, i ziemi, — w pokoju, Wojnie czy sporze wzajemnym jednego Przeciw jednemu, dwom, lub trzem, lub wszystkim, Albo gdy każdy poszczególnie walczy Z trzema drugimi, jak ogień z powietrzem Głośno się zmaga, kiedy strumień deszczu Zalewa obu i obu przyciska Do twarzy ziemi, przyczem, skoro znajdą Siarkę, poczwórna już tym biednym światem Wstrząsa i szarpie nawała, — w tej nawet Potwornej walce, z której potrafiłem Głęboką czerpać naukę, nie umiem Znaleźć powodu, przecz to nas spotkało: Nie, nie! Choć śledzę, choć ślepię, nieomal Omdlewający, nad księgą natury, Nad rejestrami wszechbytu, nie mogę Dotrzeć do przyczyn, dla których wy, bóstwa,

Wy pierwsi z widnych, dotykalnych bogów, Tak-eście marnie ulegli tej sile, Co, gdy ją z waszą porównać, nie wzbudza Żadnego strachu... A jednak leżycie Przezwyciężeni! pobici! w pogardzie! Mówię: «powstańcie, tytani!» — jęczycie. Mówię: «w proch z wami!» — jęczycie! Cóż czynić? O wielkie niebo, Ojcze niewidzialny! Cóż ja wydołam? O bracia bogowie, Wskażcie mi drogę, jak bojować mamy, Jak mamy gniew swój ukoić szalony! Podajcie radę! łaknie jej zgłodniałe Ucho Saturna. W tobie, Oceanie, Mieszka rozwaga, szczytna i głęboka; Z podziwem patrzę, jak na licu twojem Myśl natężona rodzi pewne siebie Zadowolenie: dopomóż! dopomóż!».

Tak skończył Saturn; a wówczas bóg morza, Mędrzec-solista, nie z gajów ateńskich Czerpiący wiedzę, lecz z mroku wód swoich, Wstał, z nieociekłym naokoło włosem, Aby poszeptem, który język jego Chłonął, w swych pierwszych wysiłkach, jak dziecko, Od tych pieniących się piasków nadbrzeżnych, Taki rozpocząć rozhowor: «Bogowie, Wy, którzy własnym dławicie się żalem, Szarpani gniewem, pożerani złością, W kurczach ginący z tej bolesnej klęski, Przytępcie zmysły, ten swój słuch przytłumcie, Gdyż w moim głosie nie grzmi zapalczywość! Przecież, kto pragnie, niechaj mnie wysłucha:

Albowiem chcę wam dać dowód, jak chętnie Każdy się ugiąć powinien; a wiedzcie, Że w tym dowodzie niosę wam pociechę, Jeżeli czerpać chcecie ją z tej prawdy. Prawo natury zmogło nas, nie siła Gromu lub Zeusa. O wielki Saturnie, Wszechświat atomów tyś przejrzał najlepiej, Ale żeś królem i że ślepym jesteś Właśnie przez swoją królewskość, dla tego Jedna twym oczom zakryta jest droga, Którą ja szedłem ku prawdzie wieczystej. Więc przedewszystkiem: jak nie byłeś pierwszą, Tak też nie jesteś potęgą ostatnią I być nie możesz. Nie jesteś początkiem Ani też końcem! Chaos to i Ciemność Stworzyły światło, ten najpierwszy owoc Wewnętrznych bojów, ponurych zaburzeń, Dojrzewających dla celów przedziwnych. Nadeszła chwila dojrzenia, z nią światło — I światło, z własnym skojarzone stwórcą, Wydało wszystką bezmierną materyę. I objawili się nasi rodzice — Niebo i Ziemia — w tej samej godzinie, A potem świata objęliśmy władzę — Ty, pierworodny, i my, ród olbrzymów. Teraz ból prawdy idzie, jeśli komu Będzie on bólem! Szaleństwo! Boć przecie Z spokojem znosić wszystką prawdę nagą I wszystkie losy to szczyt wspaniałości! Baczcie, co mówię: Jak Niebo i Ziemia Wżdyć doskonalsze, niż Chaos i Ciemność, Choć i te ongi miały panowanie;

Jak zasię po nich widzimy Niebiosa I Ziemię w kształtach potężne i piękne, W woli i czynach wolne, a łączliwe. Oprócz tysiąca innych, jawnych znaków Czystszego życia, tak dziś w nasze ślady Wstępuje świeża, piękniejsza potęga, Z nas urodzona i na to, ażeby Wzbić się nad nami, jako myśmy ongi Zmogli chwalebnie dawną moc ciemności. A przeto klęska nasza nie jest większą, Niż bezkształtnego upadek Chaosu, Sprowadzon przez nas. Czyż ta bryła gleby Może urągać lasom, które sama Wyhodowała i ciągle hoduje, A które od niej tyle czarowniejsze? Czyż może ona nie uznać przewagi Zielonych gajów? Albo czyliż drzewo Śmie gołębicy zazdrościć, że grucha I że na śnieżnych polatuje skrzydłach, Kędy jej wola, gdzie ma rozkosz swoją? My to jesteśmy jak te drzewa w lesie. Tylko że z naszych wspaniałych gałęzi Nie wyszły blade, samotne gołębie, Lecz złotopióre orły, co szybują W swojej piękności wysoko nad nami I przez to muszą panować, albowiem Takie jest prawo: Kto pierwszy pięknością, Ten ma być pierwszy i władzą. Zapewne, Przez to odwieczne prawo tak się stanie, Że nowe plemię wtrąci kiedyś w smutek Naszych zwycięzców, jaki nas dziś gniecie. Czyście widzieli wóz młodego boga,

Co moje zabrał dziedzictwo?... Słuchajcie, Czy widzieliście to jego oblicze? Ten wóz, naokół bryzgający pianą, Zaprzężon w lotne, skrzydlate rumaki, Stworzone przezeń samego? Jam widział, Jak mknął po gładkiej, spokojnej przestrzeni, Z ogniami takiej piękności w źrenicach, Żem smutne zaraz rzucił pożegnanie Swemu królestwu. Smutnie-m się pożegnał I oto-m przybył, ażeby zobaczyć, Jak bezlitośne przemogły was losy I czy nie mógłbym dodać wam otuchy W tym strasznym bólu. Przyjmijcie tę prawdę I niechże ona będzie wam balsamem».

A kiedy przebrzmiał szept Oceanowy, Umilkli wszyscy — z gniewu, czy dla tego, Że ich przekonał i zawstydził? Jakaż Myśl to odgadnie, choćby się najgłębiej Zastanowiła? Przecież tak się stało, Że nikt doraźnej nie miał odpowiedzi, Oprócz Klymeny, na którą nie zważał Żaden z obecnych. Lecz i ta nie na to Poczęła mówić, aby odpowiadać, Tylko, z przedziwną łagodnością w oku Na zasmuconych spoglądając bogów, Taką wargami poczerwieniałemi Zaniosła cichą, bojaźliwą skargę: «Ojcze! jam tutaj najsłabszym jest głosem i wiem jedynie to, że znikła radość I że ból wpełznął do naszego serca. Aby w niem zostać, ach! może na zawsze!

Nie chcę być wróżką złego, jeśli mniemam, Że takie słabe mogłoby stworzenie Odwrócić pomoc, która się nam z prawa Od bóstw należy wszechwładnych. Pozwólcie Wyjawić przecież mą troskę, pozwólcie Powiedzieć sobie, co doszło mych uszu, Co mi wyciska łzy i przekonywa, Że nas już wszystkie odbiegły nadzieje! Stałam na brzegu, na uroczym brzegu, Dokąd z krainy ciszy, drzew i kwiatów Zalatywały przewonne powiewy. Wszystko spokoju pełne i rozkoszy, Jak ja cierpienia — tak pełne radości I rozkosznego, łagodnego ciepła, Że serce moje poruszyła żądza, By lżyć samotność, aby jej złorzeczyć Pieśniami skargi, muzyką tych naszych, Nieszczęsnych bolów. Siadłam, wzięłam konchę I jęłam szepty przelewać w jej wnętrze I snuć melodyę — o, już nie melodyę! Bo gdym śpiewała, głuche muszli echa Śląc nieudolnie na tchnienia powietrzne, Z przeciwnej strony, od wyspy lesistej, Oblanej wodą, dźwięk przypłynął ku mnie Z pogwarem wiatru — dźwięk tak czarujący, Że mi zagarnął słuch i porwał całą. W piasek rzuciłam swą konchę, a fala Wraz napełniła jej wnętrze, jak moje Napełniał zmysły pogłos tej złocistej, Nowej melodyi. W każdym rajskim dźwięku Śmierć była żywa, — w każdym ich strumieniu, Które płynęły wciąż, jeden za drugim,

I znów się razem zlewały, jak perły, Kiedy się sypią z przerwanego sznura. I potem znowu jedna pieśń za drugą Poczęły krążyć naokół mej głowy, Niby gołębie, które, pofrunąwszy Z swoich gałęzi oliwnych, muzykę Mają w swych skrzydłach, zamiast piór milczących, I o chorobę wnet mnie przyprawiły — Razem: z zazdrości i bólu. Ból przemógł, I odurzone zatkam sobie uszy, Gdy wtem, pomimo drżących rąk oporu, Przedarł się ku nim głos przenajdźwięczniejszy, Głos wołający: «Młodzieńczy Apollo! Apollo! młody, jutrzniany Apollo!» Chciałam uciekać, lecz głos mnie doścignął, Głos wołający: «Apollo! Apollo!» O ty, mój Ojcze! o bracia! gdybyście Czuli mą boleść, gdybyś ty, Saturnie, Czuł, co ja cierpię, nigdybyście moich Nie potępili słabych słów, że śmiały Mieć uroszczenie, by je wysłuchano».

Głos jej popłynął, jak potok lękliwy, Który, krzemiennem wlokąc się łożyskiem, Boi się spotkać z morzem; ale morze, Wraz go spotkawszy, zadrżało: potężny Głos Encelada wielkim wezbrał gniewem: Jak głuchy łoskot fal w napół ukrytych Jaskiniach turnic, huczały bałwany Ciężkich wyrazów, które z swego łona Wylewał, wsparty na łokciach — nie wstawał Z wielkiej pogardy: «Mamy-li, bogowie,

Słuchać tu dzisiaj olbrzymów przemądrych, Czy też przegłupich? Piorun za piorunem, Do ostatniego wyrzucan z zbrojowni Zdrajcy Jowisza, jeden świat za drugim Na moich piętrząc ramionach, niewiększą Sprawił mi boleść, niż dziecinne słowa Śród tych straszliwych pogromów. Tytani! Zbudźcie się ze snu! krzyczcie! drżyjcie! ryczcie! Zapomnieliście o tych ciszach krwawych? O tych hańbiących policzkach? Was wszystkich Zmiażdżyło ramię dzieciucha! Słyszycie?! A ty, wrzekomy władco wód, czy dzisiaj Już zapomniałeś płomiennych błyskawic, Które smagały twe morza? Co? jakto? Więc z odrętwienia mogło was obudzić Te kilka prostych słów mych? O radości! Teraz ja widzę, żeście nie zgnębieni! Teraz już widzę, jak oczu tysiące Goreją żądzą odwetu!» To mówiąc, Wyprężył w górę swą postać olbrzymią I, wstawszy z miejsca, tak przemówił dalej: «Teraz jesteście płomieniami, ja was Nauczę palić, ja wam dziś pokażę, Jakby od wrogów oczyścić powietrze, Jak porozżagwiać kręte ognia groty, I jak spopielić wzdęty obłok Zeusa, Jak młodzieniaszka tego w jego własnym Zdusić namiocie. O, niechaj odczuje Zbrodniczą krzywdę, którą nam wyrządził. Bo chociaż gardzę słowem Oceana, Ja nad czemś więcej boleję tu dzisiaj, Niż nad utratą królestwa: minęły

Chwile spokoju i senliwej ciszy — Chwile, tak obce niweczącym walkom, Gdy wszyscy niebios nadobni mieszkańcy Schodzili ku nam z rozwartą źrenicą Słuchać słów naszych. Było to, gdy jeszcze Nie marszczyły się gniewnie wasze czoła, Gdy usta wasze znały li jedynie Solenne dźwięki; było to, gdy jeszcze Nie było znane skrzydlate zwycięztwo, Bądź utracone, bądź też odniesione. A pamiętajcie, że dotąd Hyperion Nie uległ hańbie, brat nasz najjaśniejszy, O, tak, Hyperion — oto jego promień!»

Wszystkich się oczy zwróciły ku licom Enceladowym, i gdy z ust tytana Ku szczytom turnic popłynęło imię Hyperiona, spostrzegły, jak bladym Przebłyskiem światła drgały jego rysy. Nie było w rysach tych gniewu, bo widział, Że inne bóstwa tak samo płonęły Żądzą pomszczenia. Spojrzał po nich wszystkich I w twarzach wszystkich dostrzegł promień blasku. Ale najbardziej gorzał Saturn stary; Włos jego siwy lśnił się jako piana, Obryzgująca wokół piersi statku, Kiedy północą wjeżdża do zatoki. I tak w tej bladej, srebrnej stali ciszy, Gdy światło jakieś, by odbrzask poranku, Przenikło naraz wszystkie strome skały, Wszystkie posępne schronie Zapomnienia, Wszystkie cieśniny, wszystkie przepadliska,

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…