Read here

Księga Monelli

Marcel Schwob · 1907 · Free in the US

31,845 words · about 2 h 14 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1907 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Księga_Monelli&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Marcel Schwob
Language
Polish
Published
1907
Length
31,845 words · about 2 h 14 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 7 min
  3. I about 9 min
  4. II under 1 min
  5. Samolubna about 4 min
  6. Namiętna about 3 min
  7. Przewrotna about 4 min
  8. Zawiedziona about 4 min
  9. Dzika about 4 min
  10. Wierna about 3 min
  11. Ostrzeżona about 3 min
  12. Marzycielka about 3 min
  13. Wysłuchana about 3 min
  14. Nieczuła about 3 min
  15. Poświęcona about 5 min
  16. III under 1 min
  17. O jej zjawieniu about 3 min
  18. O jej życiu about 3 min
  19. O jej ucieczce about 4 min
  20. O jej cierpliwości about 4 min
  21. O jej królestwie about 3 min
  22. O jej zmartwychwstaniu about 3 min

Continue:

Front matter

KSIĘGA MONELLI

A.

7.

całość

KSIĘGA MONELLI

A.

7.

I.

P.

I.

SŁOWA MONELLI.

Monella spotkała mię na równinie, po której błądziłem i ujęła mię za rękę. Niechaj cię to bynajmniej nie zadziwia, rzekła, to ja i to nie ja. Odnajdziesz mię jeszcze i utracisz mnie, bowiem niewielu ludzi mię widziało, a nikt nie zrozumiał. I zapomnisz mnie i poznasz, i znowu zapomnisz. I Monella rzekła jeszcze: Będę ci mówiła o małych dziewczętach ulicznych, a tak poznasz początek. Bonaparte krwawy, mając lat osiemnaście spotkał raz pod żelaznemi bramami Pałacu Królewskiego dziewczynę uliczną. Była blada i trzęsła się od zimna, ale »trzeba żyć« powiedziała mu. Ani ty ani ja nie znamy imienia tej małej, którą Bonaparte w listopadową noc zaprowadził do komnaty swojej w Hotel de Cherbourg. z Nantes w Bretanii. Była zmęczona i słaba, a właśnie porzucił ją kochanek. Była dobra i prosta. Głos jej miał dźwięk bardzo łagodny. Bonaparte pamiętał to wszystko, i sądzę, że później wspomnienie jej głosu poruszało go aż do łez, i że szukał jej długo, nigdy nie mogąc odnaleźć, w długie wieczory zimowe. Bo widzisz, małe dziewczęta uliczne wychodzą tylko raz z nocnego tłumu dla dzieła dobroci. Biedna Anna podbiegła ku Tomaszowi de Quincey opiumiście mdlejącemu na szerokiej ulicy Oksfordu pod światłem wielkich latarni. Z wilgotnemi oczyma przytknęła mu do ust czarkę słodkiego wina, uścisnęła go i obdarzyła pieszczotą. Później wróciła w noc. Może niezadługo umarła. Quincey mówił, że kaszlała ostatniego wieczoru kiedy ją widział. Może błąkała się jeszcze po ulicach; ale mimo usilnych poszukiwań, mimo lekceważenia szyderstw ludzi, do których się zwracał, Anna zginęła na zawsze. Później, gdy już miał własny, ciepły dom, myślał nieraz ze łzami, że biedna Anna mogła była żyć przy nim: wyobrażał ją sobie chorą, zrozpaczoną lub konającą w mętach Londynu — uniosła z sobą całą litośną pamięć jego serca. Widzisz, wołają na cię ze współczuciem i pieszczą ci dłoń swą ręką wychudłą. Rozumieją cię tylko wtedy, gdy jesteś bardzo nieszczęśliwy. Płaczą wraz z tobą i pocieszają cię. Mała Nelly przyszła do uwięzionego Dostojewskiego ze swego ohydnego domu i ginąca z gorączki długo patrzyła na niego swemi czarnemi płochliwemi oczyma. Mała Sonia (boć i ta istniała jak i inne) uścisnęła zabójcę Rodiona po jego wyznaniu zbrodni. »Zgubiłeś się« rzekła z rozpaczą i rzuciwszy mu się na szyję, pocałowała go. »Nie, teraz niema na świecie nieszczęśliwszego od ciebie człowieka!« wykrzyknęła w wylewie litości i nagle rozszlochała się głośno. Jak Anna i jak ta bez imienia, co podeszła do młodego i smutnego Bonapartego, i mała Nelly zatonęła we mgle. Dostojewski nie mówi co stało się z Sonią bladą i wychudłą. Ani ty ani ja nie wiemy czy zdołała aż do końca wspierać Raskolnikowa w jego pokucie. Ja nie sądzę. Wysunęła się pewnie powoli z jego ramion, bo zbyt wiele już przekochała i przecierpiała. Żadna z nich, widzisz, nie może zostać z wami. Byłyby nazbyt smutne i wstydzą się zostać. Kiedy już nie płaczecie, nie śmią na was patrzeć. Uczą was, czego nauczyć mają i usuwają się. Przychodzą skroś chłody i deszcze pocałować wam czoło, otrzeć oczy, i noc zagarnia je znowu. Bo może mają pójść gdzieindziej. Znacie je tylko wtedy gdy wam współczują. Nie trzeba myśleć o reszcie. Nie trzeba myśleć o tem, co mogły robić w ciemności. Nelly w okropnym domu, Sonia pijana na ławce bulwaru, Anna odnosząca pustą szklankę winiarzowi w ciemnej uliczce, były może okrutne i wstrętne. To są istoty z ciała. Wyszły z ciemnego zaułku, by złożyć pocałunek litości pod dużą, zapaloną latarnią szerokiej ulicy. W tej chwili były boskie. Trzeba zapomnieć o reszcie. Monella umilkła i popatrzyła na mnie: Wyszłam z nocy i powrócę w noc, bo i ja jestem małą dziewczyną uliczną. I rzekła jeszcze: Żal mi ciebie, żal mi ciebie o ukochany! A przecież wrócę w noc, bo trzeba, żebyś mię utracił zanim odnajdziesz. A jeśli mię odnajdziesz, raz jeszcze odejdę. Bowiem jestem tą, która jest sama. I Monella rzekła jeszcze: Że jestem sama, dasz mi imię Monelli, lecz będziesz wiedział, że ja noszę wszystkie imiona. Że jestem tą i tamtą i tą bez imienia. I zaprowadzę cię do moich sióstr, które są mną, podobne do bezrozumnych dziewcząt ulicznych. Zobaczysz je gnębione samolubstwem i namiętnością, okrucieństwem i dumą, cierpliwością i litością, jak nie mogą jeszcze odnaleść się w sobie. Zobaczysz, jak daleko idą szukać siebie. Lecz ty odnajdziesz mię sam, i ja odnajdę siebie; ty mię utracisz i ja się sama utracę. Bowiem jestem tą, którą utraca się, zaledwie odnalazłszy. I Monella rzekła jeszcze: Tego dnia kobieta dotknie twojej dłoni i ucieknie. Bowiem pierzchliwą jest rzecz każda, ale Monella pierzchliwszą jest jeszcze. A zanim mię odnajdziesz, będę nauczać cię na tej równinie i napiszesz księgę Monelli. I Monella podała mi małą pochodnię, świecącą różowym płomykiem. Weź tę pochodnię, rzekła, i pal. Pal wszystko na ziemi i na niebie. I strzaskaj ją i zagaś kiedy spalisz, bowiem nic nie powinno pozostać. Bądź jak ten, który niszczy ogniem, i niechaj ogień, który zeszedł z nieba, do nieba wróci. I Monella rzekła jeszcze. Będę ci mówiła o zniszczeniu. Oto moje słowo: niszcz! niszcz! i niszcz! Niszcz w sobie, niszcz naokół siebie. Rób miejsce dla swojej duszy i dla innych dusz. Niszcz wszystko dobro i wszystko zło. Szczątki są jednakie. Burz dawne siedliska ludzi i dawne siedliska dusz; rzeczy umarłe są zwierciadłami, które zniekształcają. Niszcz, bowiem wszystka twórczość płynie ze zniszczenia. Dobroć wyższa zabija dobroć niższą. A tak nowe dobro zdaje się wyrastać ze zła. Ażeby stworzyć nową sztukę potrzeba zburzyć dawną a tak sztuka nowa staje się rodzajem obrazoburstwa. Bowiem każda budowa powstaje z odłamów i tylko kształty nowe są na świecie. Lecz kształty trzeba niszczyć. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o kształtach. Samo pragnienie nowości jest tylko żądzą duszy, która chce się kształtować. Dusze zasię zrzucają kształty dawne tak, jak węże zrzucają dawną skórę. A cierpliwi zbieracze tych skór, uzyskują nad wężami magiczną władzę poskromienia. Gdyż ten, który posiada stare skóry węży, nie dopuszcza do nowych zmian u młodych. Dlatego to węże zrzucają swoje skóry w zielonym cieniu głębokiego parowu, a co roku zbierają się w krąg i palą stare skóry. Bądźże podobny czasom tworzącym i niszczą cym. Zbuduj sam sobie dom i spal go sam. Ale nie rzucaj szczątków poza siebie; niechaj każdy ma własne ruiny. Nie buduj nic wśród nocy, która przeszła. Daj prądowi unieść budowę twoją. Nową budowę twórz każdem poruszeniem twej duszy. A każdej żądzy nowej twórz nowego boga. I Monella rzekła jeszcze: Będę ci mówiła o bogach. Daj umrzeć starym bogom i nie siadaj na grobowcach ich podobny płaczce. Bowiem starzy bogowie ulatują ze swoich mogił. Ani opiekuj się młodymi otulając je w powijaki. Niech każdy bóg uleci zaledwie stworzony. Niech każdy twór zaledwie stworzony, ginie. Niech stary bóg stworzony będzie dla młodego boga, który przyjdzie. Niech każdy bóg będzie bogiem chwili. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o chwilach. Patrz na wszystko poprzez pryzmat chwili. Na los chwili oddaj twoje ja. Myśl chwilę. Wszelka myśl, która trwa jest bezmyślnością. Bądź szczerym wobec chwili: Każda szczerość, która trwa jest kłamstwem. Kochaj chwilę. Wszelka miłość, która trwa jest nienawiścią. Bądź sprawiedliwym wobec chwili. Sprawiedliwość, która trwa jest niesprawiedliwością. Czyń w chwili. Wszelki trwający czyn jest królestwem umarłem. Bądź szczęśliwym chwilą, szczęście, które trwa jest nieszczęściem. Szanuj wszelkie chwile i nie czyń łączności pomiędzy rzeczami. Nie opóźniaj chwili, przedłużyłbyś konanie. Wiedz: każda chwila jest kolebką i trumną. Niechaj nową i dziwną będzie ci wszelka śmierć i wszelkie życie. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o życiu i o śmierci. Chwile podobne są do czarno białych klocków. Nie układaj życia we wzór złożony z samych białych stron. Bo znajdziesz później wzór złożony z części czarnych. Niechaj każda czerń przerwana będzie oczekiwaniem przyszłej białości. Nie mów, żyję dziś, umrę jutro. Nie rozdzielaj rzeczywistości pomiędzy życie i śmierć. Mów teraz żyję i umieram. Wyczerpuj w każdej chwili całość ujemną i dodatnią rzeczy. Róża jesienna trwa całą porę roku; co ranka się otwiera; zamyka się co wieczora. Bądź podobny różom. Niechaj żądze targają płatki twoje, niechaj je depce ból. Niech każdy zapał umiera w tobie, niech każda żądza pragnie umrzeć. Niech każdy ból twój będzie jako owad przelotny, który ma odfrunąć. Nie zamykaj w sobie toczącego owada. Nie ukochaj nazbyt tych czarnych grabarzy. Niech każda radość twoja będzie jako owad przelotny, który ma odfrunąć. Nie zamykaj w sobie łagodnego owada. Nie ukochaj nazbyt tych złotych motyli. Niechaj każda rozwaga błyśnie i zagaśnie w tobie jak błyskawica. Niechaj twe szczęście podzielonem zostanie na ciche błyskania. A tak twój dział radości równy będzie innym. Miej atomowe wpatrzenie się w wszechświat. Nie opieraj się naturze. Nie depc po rzeczach stopą duszy swojej. Niech dusza twa nie odwraca twarzy jak złe dziecko. Idź w spokoju czerwonem światłem ranka i szarą poświatą wieczoru. Bądź świtem i zmierzchem zarazem. Zmieszaj życie i śmierć i rozdziel je na chwile. Nie czekaj śmierci. Ona jest w tobie. Bądź jej towarzyszem i trzymaj ją u boku; ona jest jak ty. Umieraj śmiercią własną i nie pragnij innych, życiem odmieniaj śmierć. Za żywą miej każdą rzecz niepewną; każdą rzecz pewną za umarłą. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o rzeczach umarłych. Pal gorliwie umarłych swoich, a popioły ich rozwiej na cztery strony świata. Pal gorliwie umarłe czyny swoje i zadepc ich popioły; bowiem feniks, któryby z nich powstał, byłby znów ten sam. Nie igraj z umarłymi i nie pieść ich oblicza. Nie śmiej się z nich ani płacz nad nimi — zapomnij. Nie ufaj rzeczom przeszłym, nie buduj pięknych trumien dla chwil co minęły: myśl o zabiciu tych, które nadejdą. Nie dowierzaj trupom. Nie całuj umarłych: oni duszą żywych. Dla rzeczy, które zmarły, miej cześć należną kamieniom do budowy potrzebnym. Nie brukaj rąk twych na zmąconych prądach. W nowych wodach obmyj palce swoje. Wyrzuć dech piersi swojej a nie wciągaj oddechów umarłych. Nie zapatruj się w żywoty minione jak i we własne życie co już przeszło. Nie zbieraj kopert próżnych. Nie noś w sobie cmentarza. Umarli niosą mór. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o twoich czynach. Niech każda czara gliniana przekazana tobie skruszy ci się w ręku. Strzaskaj wszelką czarę, z której będziesz pił. lampę życia, którą ci skłania los. Bowiem wszelka lampa stara jest dymna. Sam nie przekazuj sobie nic — radości ni bolu. Nie bądź niewolnikiem żadnej formy: ciała ani ducha. Nie uderzaj nigdy jednakim ruchem dłoni. Nie przeglądaj się w śmierci, daj, by woda bieżąca uniosła twój obraz. Uciekaj od ruin i nie płacz pośród nich. Kiedy porzucasz odzież twą wieczorem, rozodziej się z twojej duszy dziennej. Nagim bądź, chwili każdej. Wszelkie zadowolenie wyda ci się śmiertelnem; biczem je gnaj. Nie traw minionych dni, karm się rzeczami, które mają przyjść. Nie spowiadaj się z przeszłości twojej — ona już umarła, wyznaj sam sobie rzeczy, które przyjdą. Nie zstępuj kwiecia rwać wzdłuż drogi swojej. Ciesz się każdem zjawiskiem. Ale je rzuć i nie odwracaj się za niem. Nie odwracaj się nigdy: za tobą biegnie łopot płomieni Sodomy i zamieniłbyś się w posąg stężałych łez. Nie patrz za siebie. Ani patrz zbyt przed siebie. Jeżeli w siebie spojrzysz, niech wszystko będzie białem. Nie imaj się wspomnień w podziwie swoim: niechaj cię wszystko zdumiewa nowością niewiedzy. Dziw się wszystkiemu. Bowiem różnem jest wszystko w życiu jednakiem w śmierci. Buduj na różnicach, podobieństwa niszcz. Nie szukaj ciągłości. Niema jej na ziemi ni na niebie. Gdyby rozwaga twoja była ciągłą, zniszczyłbyś ją i stępił wrażliwość swoją. Nie lękaj się sprzeczności. Niema sprzeczności w chwili. Nie kochaj swego bolu; bowiem nie będzie trwał. Pomyśl o paznokciach, które ci odrastają o drobnych łuskach skóry, która się ściera. Zapominaj o wszystkiem. Ostrym rylcem będziesz cierpliwie zabijał wspomnienia, jak niegdyś stary cesarz zabijał muchy. Nie daj szczęściu wspomnienia trwać aż do przyszłości. Nie wspominaj i nie przeczuwaj. Nie mów: pracuję by zdobywać, pracuję, by zapomnieć, zapominaj o zdobyczy i o pracy. Powstań przeciwko każdej pracy, przeciwko każdemu działaniu, które przeżywa chwilę. Powstań. Niechaj droga twoja nie wiedzie od jednego kresu do drugiego, tego bowiem niema na świecie; lecz niechaj każdy twój krok będzie oddzielnym wybuchem. Lewą swą stopą zatrzesz ślad prawej stopy. A niechaj nie wie lewa ręka twoja co uczyniła prawa. Nie znaj sam siebie. Ani się troszcz zbytnio o wolność swoją. Zapomnij siebie. I Monella rzekła jeszcze: będę ci mówiła o moich słowach. Słowa słowami są, póki się je mówi. Słowa przechowane są martwe i niosą mór. Słuchaj słów moich póki mówię, ale nie żyj według moich słów zapisanych. A powiedziawszy to wszystko na równinie Monella umilkła i stała się smutna; bowiem musiała wrócić w noc. I rzekła mi z daleka: Zapomnij o mnie, a będę ci wróconą. A ja patrząc ujrzałem, jak na równinie jawiły się przedemną siostry Monelli.

II.

SIOSTRY MONELLI.

Przez nizki parkan otaczający szary dom szkolny na szczycie nadbrzeżnej skały, wyciągnęła się rączka dziecinna z zawiniątkiem związanem różową wstążeczką. — Weź najpierw to, odezwał się głosik dziewczynki. Uważaj, to się tłucze. Później mi pomożesz. Drobny deszcz padał miarowo w szczeliny skalne, w głęboką przystań i siekł wodne wiry pod skałami. Chłopak w ubraniu majtka, zaglądający przez szpary do ogrodu, podsunął się i powiedział szeptem: — Przechodźże raz, spiesz się! Dziewczynka krzyknęła. — Nie, nie, nie! nie mogę. Trzeba schować ten papier; chcę zabrać moje rzeczy. O, , samolub! Przecie widzisz dobrze, że już cała przemokłam przez ciebie. Chłopak zwrócił głowę i wziął zawiniątko. Zmoczony papier pękł mu pod ręką i posypały się w błoto ścinki żółtego i brunatnego jedwabiu w kwiaty, skrawki aksamitu, batystowe maleńkie majtki lalczyne, próżne złote serduszko z zawiaskiem i nowa szpulka czerwonych nici. Dziewczynka wdrapała się na płot. Pokłuła sobie ręce o twarde sztachety i wargi jej się zatrzęsły: — Masz, widzisz teraz, rzekła. Byłeś bardzo uparty, zepsuły się wszystkie moje rzeczy. Nosek jej się wyciągnął, brwi namarszczyły, odęła usta i zaczęła płakać. — Zostaw mnie, zostaw! Już ciebie nie chcę! Idź sobie! Przez ciebie płaczę. Lepiej wrócę z panią. Potem smutna pozbierała swoje rzeczy. — Moja śliczna szpulka zginęła. A tak chciałam wyhaftować suknię dla Lili. Z niemiłosiernie rozdziawionej kieszeni krótkiej spódniczki widać było małą porcelanową główkę z niezwykłą blond czupryną. — Chodź, szepnął chłopak. — Z pewnością już twoja pani cię szuka. Pozwoliła mu się uprowadzić obcierając wciąż oczy dłonią poplamioną atramentem. — A cóż się znów stało dzisiaj? — pytał. — Wczoraj już nie chciałaś. — Wybiła mnie szczotką od kurzu, powiedziała dziewczyna zaciskając wargi, a potem zamknęła w schowku na węgle razem z pająkami i robakami. Jak wrócę, włożę szczotkę do jej łóżka, podpalę jej dom węglem, a ją zabiję własnymi jej nożyczkami. Tak. Ściągnęła usta. Oh, zaprowadź mnie daleko, żebym jej już nie zobaczyła. Boję się jej ostrego nosa i okularów. Ale się dobrze zemściłam przed odejściem. Wyobraź sobie, ona ma portrety swoich rodziców w aksamitnych ramkach na kominku. Starzy. Nie tak, jak moja mama. Ale ty nie możesz wiedzieć. Pomazałam je solą szczawikową. Będą straszni. To się dobrze stało. Mógłbyś mi odpowiedzieć przynajmniej. Chłopak podniósł oczy na morze. Było ciemne i zamglone. Opona z deszczu przesłaniała całą zatokę. Nie widać było raf ani ostrzegających znaków. Chwilami wilgotny całun utkany z lecących kropel rozdzierał się na pękach czarnych porostów. — Nie można będzie jechać tej nocy — powiedział chłopak. — Trzeba pójść do budki celnika, gdzie jest siano. — Nie chcę, tam brudno! krzyknęła dziewczynka. Bądź co bądź, powiedział chłopak. Czy chcesz zobaczyć twoją panią? — Samolub! zawołała dziewczynka, wybuchając płaczem. Nie wiedziałam, że jesteś taki. O gdybym wiedziała. Mój Boże. Ale ja ciebie nie znałam! — Możesz przecie nie jechać. A któżto mnie wołał wtedy rano, kiedy przechodziłem drogą. — Ja? Oh kłamca! Nie poszłabym nigdy, gdybyś mi nie powiedział. Bałam się ciebie. Chcę wrócić, nie chcę spać w sianie. Chcę swego łóżka! — Jesteś przecie wolna, rzekł chłopak. Szła dalej wzruszając ramionami. Po chwili: — Jeżeli idę, powiedziała, to dlatego tylko, żem przemokła, z pewnością. Budka celna otwierała się na pochyły brzeg, a słoma jej dachu spokojnie ociekała wodą. Popchnęli deskę u wejścia; w głębi był rodzaj alkierza, zrobionego z pokryw od pak i pełnego siana. Dziewczynka usiadła. Chłopiec otulił jej nogi suchą trawą. — To kłuje, powiedziała. — To rozgrzewa, odparł chłopiec. Usiadł koło drzwi wyczekując. Od wilgotnego chłodu drżał na całem ciele. — Czy ci aby nie zimno? — spytała dziewczynka. — Potem się rozchorujesz i co się ze mną stanie? Chłopak potrząsnął głową. Siedzieli w milczeniu. Mimo zachmurzonego nieba czuć było zmrok. — Chce mi się jeść, odezwała się dziewczynka. Dziś u pani jest pieczona gęś z kasztanami. Oh, ty o niczem nie pomyślałeś! Ja przynajmniej przyniosłam pierożki z mięsem. Masz. Wyciągnęła rękę. Palce jej lgnęły w zimnej masie. — Pójdę poszukać krabów — powiedział chłopiec. — Są przy Czarnych Skałach. Wezmę łódź celną z dołu. — Będę się bała sama. — Nie chcesz jeść? — Nie odpowiedziała. Chłopiec otrząsnął źdźbła słomy poprzyczepiane do bluzy i wysunął się na dwór. Usłyszała odgłos jego kroków połknięty błotem. Potem była wichura i wielka rytmiczna cisza ulewy. Mrok stał się posępniejszym i głębszym. Godzina obiadowa u pani minęła. Godzina snu minęła. Tam pod wiszącemi oliwnemi lampami wszystko spało na biało zaścielonych łóżkach. Kilka mew krzyknęło na burzę. Wiatr zakręcił się i fale poczęły huczeć w głębiach jam skalnych. W oczekiwaniu obiadu dziewczynka zasnęła, potem obudziła się. Jej chłopak musiał się tam bawić krabami. Co za samolub! Wiedziała, że statki trzymają się zawsze na wodzie. Toną ci ludzie, którzy nie mają łodzi. — Dobrze mu tak! niech zobaczy, że ja śpię, pomyślała. Nie odpowiem mu ani słowa: będę udawać. Tak będzie też dobrze. W połowie nocy poczuła na sobie blask latarni. Jakiś człowiek w płaszczu pod spiczastym kapturem odnalazł ją właśnie skuloną jak mysz. Miał twarz połyskującą od wody i światła. — Gdzie łódź? — zapytał. A ona krzyknęła: — Ach! byłam pewna! Nie znalazł dla mnie krabów i zatracił łódź!

— To straszne, powiedziała dziewczynka, bo krwawi białą krwią. Obcinała paznokciami zielone główki maków. Mały jej towarzysz patrzył na nią spokojnie. Bawili się w rozbójników w alei kasztanowej, świeżymi kasztanami bombardując róże; młode owoce wyłuskiwali z zielonej łupiny, a małego miauczącego kota kładli na sztachety ogrodzenia. Ciemna głąb ogrodu z wielkiem rozłożystem drzewem była wyspą Robinsona. Rura sikawki ogrodowej służyła za bojową pompę przeciw napadom dzikich. Wysokie trawy o czarnych kitach szły do niewoli i na ścięcie. Kilka chrząszczy zielonych i modrych schwytanych na łowach leniwie podnosiło skrzydła w studziennem wiadrze. Stratowali piasek ścieżek, prowadząc tamtędy wojska swe w bojowym szyku. Teraz przypuścili właśnie szturm do wzgórka na łące, a zapadające słońce otaczało ich świetną jasnością. Zajęli pozycye zdobyte nieco zmęczeni i podziwiali dalekie purpurowe mgły jesienne. — Gdybym był Robinsonem, a ty Piętaszkiem, odezwał się, i gdyby tam na dole było duże piaszczyste wybrzeże, poszlibyśmy szukać w piasku śladu ludożerców. Namyśliła się i spytała: — Czy Robinson bił Piętaszka, aby mu był posłusznym? — Nie przypominam sobie, odpowiedział, ale bili brzydkich starych Hiszpanów i dzikich w kraju Piętaszka. — Nie lubię tych historyj, rzekła. To zabawy dla chłopców. Wiesz, robi się już noc. A gdybyśmy się zabawili w Bajki? Możnaby się bać naprawdę. — Naprawdę? — Pewnie. Myślisz, że olbrzym wilkołak nie chodzi co noc po lasach? Popatrzył na nią i kłapnął zębami. — A jak pożarł siedem małych królewien, to powiedział: mniam, mniam, mniam. — Nie, nie to, powiedziała. W tej bajce można być tylko olbrzymem albo Paluszkiem. Nikt nie wie, jak się nazywały królewny. Jeżeli chcesz, to ja będę zaczarowaną księżniczką, śpiącą w swoim zamku, a ty przyjdziesz mnie obudzić. Trzeba mnie będzie pocałować bardzo mocno. Bo wiesz, królewicz całuje okropnie. Spokorniał nagle. — Ja myślę, że już zapóźno na spanie w trawie. Księżniczka spała na łożu w zamku otoczonym cierniem i kwiatami. — Więc bawmy się w Sinobrodego — postanowiła. — Ja będę twoją żoną, a ty mi zabronisz wchodzić do jednej z komnat. Zaczynaj: przychodzisz prosić mnie o rękę. »Panie ja nie wiem. Sześć twoich żon znikło w sposób tak tajemniczy. Prawda, że masz piękną i wielką brodę siną i że mieszkasz we wspaniałym zamku. Czy nie zrobisz mi krzywdy nigdy? nigdy?« Rzuciła mu błagalne spojrzenie. — Tak, teraz tyś mi się oświadczył, a rodzice przystali. Pobraliśmy się. Daj mi wszystkie klucze. »A od czego jest ten śliczny maleńki?« Udaj gruby głos, zabraniając mi otwierać tym kluczem. — Tak, teraz odjechałeś, a ja w tejże chwili przełamuję zakaz. »Oh okropność! Sześć żon zabitych!« Mdleję, a ty przybiegasz mię podtrzymać. Dobrze. Teraz przychodzisz jako Sinobrody. Udaj gruby głos, »Panie mój! Oto wszystkie klucze, jakie mi powierzyłeś« Pytasz mię o mały kluczyk. »Panie mój, już jest, miałam go w kieszeni na samem dnie.« Teraz oglądasz klucz. Na kluczu była krew? — Tak, odpowiedział, plama krwi. — Pamiętam, powiedziała. Tarłam ją, tarłam, ale nie chciała zejść. To była krew sześciu żon? — Sześciu żon. — On je pozabijał wszystkie? Dlatego, że wchodziły do zakazanego pokoju? A jak je zabijał? Ścinał, a potem wieszał w czarnej alkowie? A krew płynęła im po nogach aż na posadzkę. Krew była czerwona, ciemno-czerwona, nie taka, jak krew maków, kiedy je drapię. Słuchaj, czy to się klęka, jak mają komu głowę ścinać? — Zdaje mi się, że się klęka, odpowiedział. — To będzie bardzo ciekawe! ucieszyła się. Ale ty mi zetniesz głowę zupełnie jak na prawdę. — Dobrze, zauważył, ale kiedy Sinobrody nie mógł jej ściąć. — To nic nie szkodzi, powiedziała. Ale dlaczego to właściwie Sinobrody nie ściął głowy żonie. — Bo nadbiegli jej bracia. — Ona się bała, co? — Bardzo się bała. — Krzyczała? — Wołała siostry Anny. — Jabym nie krzyczała. — Dobrze, mówił, ale w takim razie Sinobrody miałby czas cię zabić. Siostra Anna była wtedy na wieży patrzeć, jak trawa się zieleni. Jej bracia rycerze przyjechali galopem na koniach... — Ja nie chcę się tak bawić, powiedziała dziewczynka. To nudne. Bo widzisz ja przecie nie mam siostry Anny. Zwróciła się wdzięcznie ku niemu. — Przecie moi bracia nie nadjadą, rzekła jeszcze, więc widzisz, trzeba mię zabić mój złoty Sinobrody. Zabić bardzo mocno, bardzo mocno! Uklękła. Zebrał jej włosy, odrzucił do przodu i podniósł rękę. Powoli z przymkniętemi oczyma, trzepocąc rzęsami, z nerwowym uśmiechem w kącikach ust poddawała puch swego karku, szyję i ramiona wyprężone namiętnie ku okrutnemu ostrzu szabli Sinobrodego. — U-u! — krzyknęła. To będzie bolało!

— Magda! Głos dobiegał przez kwadratowy otwór w podłodze. Olbrzymia dębowa śruba, przechodząca przez okrągły dach, obracała się z głuchym turkotem. Wielkie skrzydło z szarego płótna przybite do drewnianego szkieletu, podlatywało przed okienkiem w kurzu słonecznym. Poniżej dwa potwory kamienne zdawały się miarowo borykać ze sobą, aż młyn cały stękał i drżał w posadach. Co pięć sekund długi i prosty cień przecinał izdebkę. Drabina wiodąca aż pod dach była cała okurzona mąką. — Magda! idziesz? — powtórzył głos. Magda oparła rękę o dębową śrubę. Nieustanne tarcie łaskotało jej skórę, kiedy tak nieco pochylona patrzała na wieś w dole. Wzgórze młyna występowało pośrodku jak ostrzyżona głowa. Obracające się skrzydła muskały prawie krótką trawę, na której czarne ich cienie goniły się wiecznie, nie mogąc nigdy dopędzić. Tyle już mułów zdało się trzeć swe grzbiety o słabo tynkowany mur, że znać już było na nim szare plamy kamieni. U stóp wzgórza wytżobiona zaschłemi kolejami wozów droga, wiodła aż do stawu zasypanego czerwienią jesiennych liści. — Magda! Odchodzimy! Krzyknął jeszcze głos. — A toż idźcie, szepnęła cicho Magda. Skrzypnęły drzwi młyna. Zobaczyła trzęsące się uszy osła objuczonego dużym worem. Stary młynarz i jego chłopiec z obu stron poganiali leniwe zwierzę. Zeszli razem wyżłobioną ścieżką. Magda została sama, głowę wychylając przez okienko. Ponieważ rodzice znaleźli ją raz wieczorem wyciągniętą na łóżku z ustami pełnemi piasku i węgla, wezwali dla niej porady lekarzy. Zdaniem tych należało Magdę posłać na wieś, zmęczyć jej plecy, nogi i ręce. Ale odkąd była we młynie, uciekała od świtu pod mały stryszek, skąd śledziła kołujące cienie wiatrakowych skrzydeł. Nagle wstrząsła się od stóp do głowy. Ktoś poruszył zasuwą u drzwi. — Kto tam? — spytała Magda przez kwadratowy otwór. Usłyszała słaby głos: — Czyby nie można dostać czegoś do picia? Tak mi się pić chce. Magda spojrzała między stopnie drabiny. Był to stary żebrak wiejski. W sakwie miał kromkę chleba. — Ma chleb, pomyślała Magda, szkoda, że nie jest głodny. Lubiła żebraków, jak lubiła ropuchy, ślimaki i cmentarze, — z pewną domieszką strachu. — Poczekajcie chwilę! zawołała. Potem zeszła po drabinie twarzą naprzód. — Jesteście już bardzo starzy, rzekła, stanąwszy na dole, i tak wam się chce pić? — Oj tak, dobra panienko, odpowiedział żebrak. — Żebrakom chce się jeść, podjęła Magda z przekonaniem. Ja bo lubię wapno. Weźcie. Odłupała biały kawał z muru i zaczęła go żuć. Potem rzekła: — Wszyscy wyszli. Nie mam kubka. Tam jest pompa. Pokazała mu zakrzywioną korbę. Stary się pochylił. Kiedy z ustami przy rurze chłonął zimny prąd wody, Magda wyciągnęła mu ostrożnie chleb z sakwy i włożyła w kupę mąki. Gdy się odwrócił, oczy Magdy biegały. — Tam, powiedziała, jest wielki staw. Biedni mogą pić z niego. — Nie jesteśmy bydłem, odpowiedział jej stary. — Nie, podjęła Magda, ale jesteście nieszczęśliwi. Jeżeli wam się chce jeść, ukradnę trochę mąki. Z wodą stawu będziecie mogli zrobić sobie ciasto. — Ciasto surowe, rzekł stary. Dostałem dziś chleb, Bóg zapłać, panienko. — A cobyście zrobili, gdybyście nie mieli chleba? Ja, gdybym była taka stara, utopiłabym się. Topielcy muszą być bardzo szczęśliwi. Muszą być piękni. Bardzo mi was żal, mój biedny stary. — Bóg z tobą, dobra panienko, odpowiedział, jestem bardzo zmęczony. — I będziecie głodni dziś wieczorem, wołała za nim Magda, kiedy schodził ze wzgórza. Trzeba będzie zmoczyć go w stawie, jeżeli macie złe zęby. Staw jest bardzo głęboki! Magda nasłuchiwała, dopóki jego kroki nie przycichły. Wyciągnęła ostrożnie chleb z mąki i obejrzała go. Był to czarny razowiec wiejski, teraz poplamiony biało. — U, ach! pomyślała. Żebym była biedna kradłabym biały chleb z wielkich piekarni. Kiedy młynarz powrócił, Magda leżała nawznak głową w mlewie. Obydwiema rękami przyciskała kromkę chleba; z wytrzeszczonemi oczyma, nadąwszy policzki, z końcem fioletowego języka między zaciśniętymi zębami, starała się naśladować obraz topielca, tak jak go sobie wyobrażała. Po wieczerzy spytała: — Gospodarzu, czy to prawda, że dawno, dawno, mieszkał w tym młynie straszny olbrzym, co wyrabiał mlewo z trupich kości? Młynarz odpowiedział: — To bajki. Ale pod pagórkiem są kamienne izby, co już towarzystwo chciało odemnie kupić. Brakuje tylko, żeby pootwierali stare groby po miastach. Dosyć tam tego gnije. — To musiało trzeszczeć co? Trupie kości, odezwała się Magda. Więcej niż wasze zboże, gospodarzu. A olbrzym piekł z nich bardzo dobry chleb, bardzo dobry. I jadł go, tak, jadł! Mały Jasiek wzruszył ramionami. Stękanie młyna zmilkło. Wiatr nie dął już w skrzydła. Kamienne, krągłe potwory przestały walczyć. Jeden cicho ciążył na drugim. — Jasiek mi mówił kiedyś gospodarzu, mówiła znowu Magda, że topielców można zawsze odnaleźć, jeżeli się ma chleb z żywem srebrem. Przedziurawia się skórkę z chleba i wsuwa się żywe srebro do środka. Potem rzuca się chleb na wodę, a on już sam stanie nad topielcem. — A czy ja wiem? odrzekł młynarz. To nie jest zajęcie dla panien. Masz o czem gadać Jaśku. — To panna Magda sama mnie pytała — tłomaczył się chłopak. — Jabym włożyła śrutu do polowania — powiedziała Magda, bo nie mamy żywego srebra. Możeby się znalazło topielca tu w stawie. Doczekała się zmierzchu przed drzwiami, z chlebem pod fartuszkiem, ze śrutem zaciśniętym w ręku. Żebrak musiał być głodny. Utopił się w stawie. Będzie mogła wyciągnąć jego ciało i jak olbrzym umielić mąkę i rozczynić sobie ciasto z trupich kości.

U zbiegu dwóch kanałów była śluza wysoka i czarna. Stojąca woda zieleniała aż pod cienie murów. Chata dozorcy śluz, sklecona ze smolnych desek, bez jednego kwiatka w oknie, łopotała okiennicami na wietrze; przez niedomknięte drzwi widać było bladą twarzyczkę dziewczynki o potarganych włosach i spódniczce obciśniętej naokoło nóg. Nad brzegiem kanału kołysały się pokrzywy; w powietrzu latały puchy nasion późnej jesieni i krótkie kłęby białego kurzu. Chata wydawała się pustą; wieś ponurą; pas zżółkłej trawy ginął w widnokręgu. Krótki dzień dogasał. Rozległ się świst holującego statku, który właśnie ukazał się poza śluzą z okopconą od węgla twarzą palacza, wyzierającego ospale z małych blaszanych drzwi. W tyle wlókł się przez wodę łańcuch, na którym sunął szeroki i płaski galar, kołysząc się spokojnie. Na nim w pośrodku stał mały, czysto utrzymany domek, o okrągłych przepalonych szybkach; czerwone i żółte nasturcye pięły się wzdłuż okien, a po obu stronach drzwi stały podłużne skrzynki pełne ziemi, gdzie kwitły konwalje, rezeda i geranje. Człowiek, płuczący zmoczoną bluzę u brzegu barki, odezwał się do tego, co stał z bosakiem: — Mahot, a nie przegryzłbyś czego. — Zgoda, odpowiedział Mahot. Położył bosak, przeskoczył zwoje lin i usiadł między dwiema skrzynkami kwiatów. Towarzysz klepnął go po ramieniu i wszedł do domku, skąd wyniósł paczkę, owiniętą zatłuszczonym papierem, bochenek chleba i gliniany dzbanek. Wiatr uniósł papier zawinięcia na kępy konwalij. Mahot podjął go i odrzucił ku śluzie, gdzie upadł pod nogi dziewczynki. — Smacznego tam na górze! krzyknął, my bo jemy właśnie. I dodał: — Indyanin, do usług rodaczko. Możesz powiedzieć, żeśmy przejeżdżali tamtędy. — Czego zawracasz głowę, Mahot. Zostaw tę młódkę. To dlatego, że ma skórę czarną, panienko: tak go nazywamy na galarach. A cienki fletniowy głosik odpowiedział: — Dokąd płyniecie barko? — Wiezie się węgiel na południe, odkrzyknął jej Indyanin. — Tam, gdzie słońce? pytał głosik. — Że aż przepaliło skórę staremu, odpowiedział Mahot. A głosik mówił dalej po chwili milczenia: — Wzięlibyście mnie ze sobą, barko? Mahot przestał żuć chleb. Indyanin odstawił dzbanek śmiejąc się: — Patrzcie-no, barko! rzekł Mahot. Panno Bareczko, a wasza śluza. Zobaczymy jutro rano. Oj! Tatuś nie byłby rad. Głosik nie odpowiedział nic więcej, i blada twarzyczka ukryła się napowrót w chacie. Noc objęła ściany kanału, zielona woda podnosiła się wzdłuż wrót śluzowych. W domku widać już było tylko blask świeczki za czerwono-białemi firankami. Woda pluskała monotonnie o spód barki, która podnosiła się zwolna. Nieco przed świtem skrzypnęły zawiasy z brzękiem łańcuchów i przez otwarte wrota śluzy barka popłynęła dalej, ciągniona przez ciężko dyszący holowiec. Kiedy w okrągłych szybkach odbiły się pierwsze czerwone chmury wschodnie, barka minęła już ponurą wieś, gdzie wiatr wyje nad pokrzywami. Indyanina i Mahot obudził głos szczebiotliwy i miękki niby mówiącej fletni i lekkie stukanie w szyby. — Wróblom było zimno tej nocy, stary, odezwał się Mahot. — Nie, odpowiedział Indyanin, to wróbliczka; mała ze śluz. Słowo daję, — jest. Nie mogli się wstrzymać od uśmiechu. Dziewczynka była różowa od świtu i mówiła swoim śpiewnym głosikiem. — Pozwoliliście mi przyjść jutro rano. Jest jutro rano. Jadę z wami w słońce. — W słońce? spytał Mahot. — Tak, ciągnęła. Ja wiem. Tam są muchy zielone i muchy niebieskie, co świecą w nocy; tam są ptaki duże jak paznokieć, co żyją na kwiatach; tam winogrona pną się po drzewach; tam chleb jest w gałęziach, i mleko w orzechach i żaby, co szczekają jak duże psy i takie... rzeczy... co wchodzą w wodę... tykwy... nie... zwierzęta, co chowają głowy w skorupę... Bierze się je na plecy, robi się z nich zupę... z tych... tykw... Nie... już nie wiem... pomóżcie mi. — E... Czart wie, rzekł Mahot. ...Żółwie może... — Tak, tak! ucieszyła się dziewczynka, żółwie... — No, niby nie wszystko to tak, rzekł Mahot. A tatuś? — Tatuś właśnie nauczył mnie tego wszystkiego. — No, no... — uśmiechnął się Indyanin. — Czegóż cię nauczył? — Wszystkiego, co mowię: muchy, co świecą, ptaki i... tykwy. Przecie tato był marynarzem, zanim otworzył śluzy. Ale tato jest stary. U nas ciągle deszcz. Rosną same chwasty. Wiecie? Raz chciałam zrobić ogród, cudny ogród u nas w domu. Na dworze za duży wiatr. Wyjęłabym deski z podłogi na samym środku. Dałabym dobrą ziemię, a potem trawę, a potem róże, a potem kwiaty czerwone, co się zamykają w nocy i cudne ptaszki: słowiki, dzwońce i czeczotki do gadania. Tatuś nie pozwolił. Tatuś powiedział, że to walałoby dom i byłaby wilgoć. Więc nie chciałam wilgoci. Więc przyszłam do was, żeby pojechać tam. Galar płynął spokojnie; na brzegach kanału drzewa uciekały szeregami. Śluzy zostały daleko. Nie można było wracać. Holowiec świstał na przedzie. — Ale ty nic nie zobaczysz, rzekł Mahot. Nie płyniemy na morze. Nigdy nie znajdziemy twoich much, ani żab, ani ptaków. Będzie trochę więcej słońca, to wszystko, Indyanin, prawda? — Oczywiście, odrzekł. — Oczywiście? powtórzyła dziewczynka. Kłamcy! Już ja dobrze wiem. No! Indyanin wzruszył ramionami. — W każdym razie nie trzeba umierać z głodu, zadecydował, chodźmy zjeść zupę Bareczko. Zostało jej to imię. Przez kanały szare i , zimne i ciepłe, towarzyszyła im na statku czekając kraju cudów. Barka mijała pola brunatne z delikatną runią a cienkie drzewa zaczęły już szeleścić liśćmi. Zboża pożółkły, a makówki wyciągnęły się jak purpurowe czarki ku chmurom. Ale Bareczkę nie cieszyło lato. Siedząc pomiędzy dwiema skrzynkami kwiatów, podczas kiedy Mahot i Indyanin pchali barkę, myślała o tem, że ją oszukano. Bo mimo, że słońce rzucało radosne krążki przez przepalone szyby, mimo, że ptactwo wodne krążyło, a jaskółki otrzepywały mokre dzióbki, nie zobaczyła ptaków, co żyją na kwiatach, ani winogron pnących się po drzewach, ani orzechów pełnych mleka, ani żab podobnych do psów. Barka przybyła na południe. Domy nad brzegami kanału były pokryte listowiem i kwieciem. Na drzwiach czerwieniały wianki pomidorów, a całe zasłony purpurowego pieprzu zwisały u okien. To wszystko, rzekł pewnego dnia Mahot. Niedługo wyładuje się węgiel i wracamy. Tatuś się ucieszy? Co? Bareczka schyliła głowę. Lecz rankiem, kiedy barka stała jeszcze na linie, usłyszeli drobne stukania w okrągłe szybki. — Kłamcy! — krzyknął głos śpiewny. Indyanin i Mahot wyszli z domku. Drobna blada twarzyczka zwróciła się ku nim z brzegu kanału. I Bareczka krzyknęła znowu, uciekając w głąb wybrzeża: — Kłamcy! Wszyscyście kłamcy!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…