Read here

Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma

Jadwiga Marcinowska · 1907 · Free in the US

48,424 words · about 3 h 23 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1907 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Eliza_Orzeszkowa,_jej_życie_i_pisma&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Jadwiga Marcinowska
Language
Polish
Published
1907
Length
48,424 words · about 3 h 23 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 42 min
  3. I about 4 min
  4. II about 13 min
  5. III about 3 min
  6. IV about 1 min
  7. V about 13 min
  8. VI about 23 min
  9. VII about 4 min
  10. VIII about 12 min
  11. IX about 21 min
  12. X about 7 min

Continue:

Front matter

J. MARCINOWSKA

Eliza Orzeszkowa,

jej życie i pisma.

całość

J. MARCINOWSKA

Eliza Orzeszkowa,

jej życie i pisma.

WARSZAWA

SKŁAD GŁÓWNY W „KSIĘGARNI POLSKIEJ” WARECKA № 14.

1907.

Druk Wł. Łazarskiego, Marszałkowska 114.

Jadąc koleją z Warszawy w stronę północno­‑wschodnią, mija się po kilku godzinach podróży fabryczne, dosyć znaczne miasto Białystok. Jesteśmy już na Litwie. Jesteśmy w tym obszernym, a sławnym kraju, który od czasów Jagiełłowych, więc od końca XIV wieku, skojarzony był z polską koroną unją, czyli połączeniem z dobrej, nieprzymuszonej woli. W następstwie stuleci niejedną chwałę i niejedną moc dała ta Litwa pospólnej Rzeczypospolitej, wspólnemu państwu, którego stanowiła równouprawnioną połowę. Dosyć będzie wymienić największe, nigdy niezapomniane imiona Kościuszki i Mickiewicza. Ci obaj wodzowie narodu, których pamięć do dnia dzisiejszego nietylko jest pokrzepieniem, ale kierownictwem niezgasłym, ci obaj urodzili się na Litwie i tu spędzili najmłodsze lata. Do głowy ciśnie się wiele myśli o tym wszystkim, co było. Gdy się tak jedzie przez kraj ów litewski, ogląda się widoki rozległe, ale dosyć jednostajne, smutnawe. Poeci nasi tak opisują przyrodę Litwy: — Wincenty Pol, który przeważnie przebywał w Małopolsce, powiada:

Władysław Syrokomla, sam z urodzenia Litwin, odzywa się serdecznie:

Nie wszędzie jednakże, nie we wszystkich swych miejscowościach ten kraj przedstawia się niepozornie lub smętnie. W pobliżu rzek znaczniejszych ożywiają się i wzbogacają widoki. Wymieniony już Syrokomla w swych wierszach tak dalej mówi:

Najpiękniejszemi słowy przemawia największy z poetów Mickiewicz, gdy zwraca się z prośbą do Matki Bożej, by przenosiła „duszę jego utęsknioną“

Ów Niemen, największa i najpiękniejsza na Litwie rzeka, płynie na dosyć znacznej przestrzeni i linją bardzo krętą; najpierw od wschodu na zachód, potym na północ, potym jeszcze na zachód. Wpada do Bałtyckiego morza. W podróży z Warszawy na Litwę, w kilka godzin po ominięciu Białegostoku, napotykamy właśnie Niemen. Z wysokiego mostu kolejowego spogląda się na rzekę, w miejscu tym jeszcze wązką, krętą, w dzień pogodny bardzo błękitną. Na brzegu rzeki miasto. Wydaje się dosyć rozległe. Jest to starożytne, już w XII stuleciu wspomniane przez kronikarzy Grodno. Przechodziło ono różne koleje. Narazie nie było to właściwie miasto; gromada lepianek tuliła się do warownego, aczkolwiek drewnianego, zamku czyli grodu. Jedynie ten gród miał znaczenie. Około połowy XIII wieku grodzieński zamek zdobyli i zniszczyli Tatarzy. Nieco później dostało się Grodno pod panowanie książąt litewskich i jeden z nich, synowiec wielkiego księcia Mendoga, zbudował tu zamek nowy. Uciążliwym i wielce krwawym był dla Grodna cały następny wiek XIV, a to z powodu kilkakrotnych napaści Krzyżaków.

Ten zakon niemiecki, z pozoru służbie Bożej a naprawdę tylko własnej chciwości oddany, siedział wzdłuż północnej granicy Litwy i corocznie najazdami pobrzeża jej rwał i kąsał. Nie poprzestając na tym, wdzierał się niejednokrotnie aż w głębie litewskich posiadłości. I w taki sposób ucierpiało od nich Grodno w latach: 1296, 1306, 1312 i 1328. Dopiero połączenie Litwy z Polską położyło tamę wzrostowi niszczycieli Krzyżaków i niebawem złamaną została ich buta w przesławnej bitwie pod Grunwaldem (w 1410 r.). Władysław Jagiełło, dziedziczny wielki książę litewski, a na skutek Unji król polski, obdarzył Grodno pierwszym przywilejem na swobody miejskie. Zaś prawo zupełnego samorządu nadał mieszczanom grodzieńskim syn Jagiełłowy, król Jagiellończyk Kazimierz. W następstwie z nie mniejszym upodobaniem troszczyli się o Grodno królowie Zygmunt Stary i Zygmunt August, z Jagiellonów ostatni. Podobnież postępował i król Stefan Batory, którego ulubionym miejscem pobytu było właśnie to miasto. Przywileje wszystkie potwierdził, nowe swobody przydał, dawny zamek na wyniosłym wybrzeżu Niemna ze zniszczenia podźwignął, odbudował, przyzwoitą obroną opatrzył. I tutaj w Grodnie zakończył życie ten król znakomity, niestety zbyt krótko panujący nad narodem, który szedł za nim drogą szeroką do sławy. Przychodziły na Grodno i dni nieszczęsne zniszczenia przez wojska nieprzyjacielskie, jak to czasu wojny z Rosją w r. 1665, za króla Jana Kazimierza. Potym zajęcie przez Szwedów w 1708 roku. Pomimo tych strat i upadków miasto należało do najznaczniejszych na Litwie. W XVII i pierwszej połowie XVIII wieku odbywały się tutaj niejednokrotnie sejmy Rzeczypospolitej, a nawet według powziętych postanowień, co trzeci sejm miał się tutaj stale odprawiać. Okres czasu między 1775 — 1790 rokiem był dobą największego znaczenia i rozwoju Grodna. Właśnie szerzył się po całej Rzeczypospolitej ogromny ruch odrodzenia narodowego. Pracowano nad podźwignięciem oświaty, siły i dobrobytu, a więc rolnictwa, przemysłu krajowego i handlu. Na Litwie wiele w tym kierunku dokonał Antoni Tyzenhauz, podskarbi nadworny królewski, oraz grodzieński starosta. Z polecenia króla Stanisława Augusta i z własnej żarliwości działał. W Grodnie założył kilkanaście fabryk; powstały kantory i składy kupieckie, urządzono w celach pożytku i nauki piękny ogród botaniczny. Dzisiaj jako ślad ówczesnego ożywienia i pracy Tyzenhauza pozostało pobudowane przezeń przedmieście Horodnica, a zresztą tylko wspomnienie. Wogóle dzisiejsze Grodno jest podupadłym, niewielkim miastem, zamieszkanym przez ludność żydowską, oraz urzędników Rosjan. Z zabytków godnych widzenia mało co się ostało. Dwa zamki królewskie, z dawnego znaczenia odarte, do użytku miejscowej administracji oddane. Zwraca uwagę kościół farny, w XIV wieku fundowany przez Wielkiego Księcia Witolda, stryjecznego brata Jagiełły. Miasto w obecnym swym stanie sprawia przygnębiające wrażenie. Smutno tu jakoś, życia mało. Są to wyniki długoletniego prześladowania; ponieważ za dawnych, lepszych czasów oświata tu była polską, kultura polską, tępiono ją starannie z powodu owej polskości. A potym nie pozwalano na żaden krok w celu obudzenia umysłowego życia, a to z obawy, by nie wróciła ta polska fala. I dlaczegoż wspomnieliśmy stosunkowo obszernie o tym — z pozoru martwym i wcale nie ciekawym mieście? Czy ze względu na dawność jego i świetne o nim wspomnienie? Nie, nietylko dlatego. Niejedną moc i niejeden pożytek przyniosła Litwa tej Rzeczypospolitej, której była równouprawnioną połową. Poza niezgaszonemi nigdy imionami Kościuszki i Mickiewicza jest jeszcze szereg długi nazwisk, oczywiście nie takich wielkich, ale przecie dość znacznych, by mieć wieczystą po sobie pamięć i wdzięczność. Ludzie, którzy nazwiska te nosili, dawali moc narodowi swemu. Właśnie w tym podupadłym dziś Grodnie mieszka od lat wielu kobieta, która z głębi duszy, myśli i troski dawała społeczeństwu naszemu moc i dobro. Obecnie Polska cała obchodzi czterdziestolecie jej nieprzerwanej pracy. Jaką była ta praca? Co uczyniła dla kraju Eliza Orzeszkowa? (takiem jest imię i nazwisko tej kobiety). W jaki sposób dawała dobro? By na to odpowiedzieć, krótkiego określenia nie wystarcza. Dzieje zasług Elizy Orzeszkowej łączą się i splatają z dziejami Litwy w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Łączą się i splatają z szeregiem bólów i smutków, i potrzeb otwartych, jak niezagojone rany. Urodziła się Orzeszkowa w roku 1842 we wsi Milkowszczyźnie położonej o sześć mil od Grodna. W Milkowszczyźnie upłynęły jej dziecinne lata. Ojciec, Benedykt Pawłowski, był człowiekiem bardzo zacnego charakteru i wielkiej nauki. Umarł wcześnie, gdy córka miała zaledwo półtora roku. Pozostawił najlepszą po sobie pamięć w rodzinie i w całej okolicy. Elizę wychowywały matka i babka. Była jeszcze druga córka, o parę lat starsza, Klementyna. Obie dziewczynki rozwijały się dobrze i wykazywały roztropność i zdolności do nauki. Tylko ze zdrowiem starszej bywało zmartwienie; chorowała często i wogóle sił jej brakło. Ówczesne życie na Litwie różniło się niepomiernie od obecnych warunków. Dzisiaj są tam, jak i wszędzie, różne powikłania i prądy wśród społeczeństwa, różne sprawy i dążności narazie ze sobą sprzeczne, zanim się wszystko ułoży i dojrzeje do nowego, lepszego porządku rzeczy. Pomimo tych zatargów i przeszkód postępuje demokratyzacja, czyli równanie się klas społecznych. Nikomu już nie przychodzi na myśl, by jakaś część narodu, jedna poszczególna klasa miała prawo za całość tego narodu działać, rozstrzygać, stanowić. Przeciwnie coraz bardziej odczuwa się i rozumie, że wszyscy obywatele, wszyscy członkowie społeczeństwa powinni być pod tym względem zupełnie równi sobie. Wówczas inaczej było. To dzisiejsze przekonanie o równości, a także rozmaite, obecnie powstające prądy i zatargi miały się dopiero pojawić. W owym zaś czasie świadomość i pragnienia całego kraju uosabiała tylko szlachta. Zwracała się coprawda nieraz, a z biegiem wypadków coraz częściej, do mieszczan i do włościan, ale tym nie mniej ciągle pozostawała przedstawicielką i kierowniczką. Pod względem ruchów politycznych, około roku 1850 zapanowało na całej Litwie chwilowe uciszenie. Niedawno jeszcze wstrząsały krajem burze wielkich uczuć i wielkich nadziei, a potym nieszczęścia i rozpaczy. Na jedenaście lat przed rokiem urodzenia Elizy Pawłowskiej Litwa brała udział w wojnie o niepodległość, zwanej powstaniem listopadowym. Był wtedy ruch, były zjazdy, narady; potym w tej starej, nasiąkniętej krwią litewskiej krainie pochody wojsk i potyczki. Powstanie upadło. Królestwo utraciło dotychczasową autonomję czyli samorząd. Na Litwie zmiany tego rodzaju nie zaszły, bowiem nie było swobód politycznych, któreby można odbierać. A jednak i ziemię litewską dotknęła niedola. Rozkazano wysiedlić 45.000 szlachty tak zwanej zagonowej t. j. małorolnej, a trybem życia nie różniącej się od włościan. Tych wysiedlonych pognano w dalekie strony, nad Czarne morze, nad rzeki Wołgę i Kubań. W tymże czasie wyszedł nakaz zniesienia obrządku unickiego. Unitów było dużo na Litwie, jeszcze więcej było na Białej Rusi (w guberniach Mińskiej i Mohylewskiej). Nastały dla nich ciężkie lata. Burza nie była jednorazową. Jeszcze przez szereg lat po powstaniu listopadowym przychodziły wstrząśnienia, aczkolwiek już nie tak powszechne i głębokie. W roku 1833 pojawiły się w Królestwie próby wzniecenia zbrojnego ruchu. Na Litwie w związku z temi próbami Michał Wołłowicz zgromadził włościan i gotował się do uderzenia na załogę rosyjską w mieście Slonimie. Dostał się jednak do niewoli i zginął na szubienicy w Grodnie. Towarzyszących mu włościan zesłano do kopalń w Sybirze. Sprawcą tych srogich wyroków był ówczesny gubernator grodzieński, głośny później i osławiony Murawjew. Około roku 1839 przybył na Wołyń, a ztamtąd na Litwę, Szymon Konarski. Był on wysłannikiem związku, który się utworzył w Krakowie (potym we Lwowie) pod nazwą: „Stowarzyszenie ludu polskiego“. Konarski prowadził szeroką działalność i zyskiwał wielu zwolenników, ale w dość krótkim czasie dostał się w ręce policji. Uwięziono go w Wilnie i tam komisja śledcza chciała przymusić go do wyjawienia nazwisk współdziałających z nim ludzi. Przetrzymał wszystko, a nie wydał nikogo. Wkońcu rozstrzelanym został na przedmieściu wileńskim Pohulance. Działo się to w 1839 roku. W kilka lat później (w 1846), gdy w zaborze pruskim, zaborze austrjackim i Królestwie gotowano się łącznie do nowego wybuchu, Litwa nie pozostała bezczynną. Wyznaczeni byli dwaj kierownicy, na Żmudź Magdziński, na właściwą Litwę — Jan Reer. W ostatniej chwili zaszły różne zmiany. W zaborze pruskim aresztowano przywódców. W Galicji (zaborze austrjackim) rząd namówił część ciemnych włościan do strasznej rzezi szlachty. Siły się rozprzęgły. Wybuch nastąpił częściowo, nie wszędzie, bo tylko w Krakowie i niektórych miejscowościach Galicji wschodniej, a w obrębie Królestwa w Siedlcach i powiecie Miechowskim. Na Litwie do wystąpień zbrojnych wtedy nie przyszło, ale pod wpływem ogólnego poruszenia umysłów utworzyło się w Wilnie stowarzyszenie młodzieży, kierowane przez braci Dalewskich. Po paru latach i wskutek przechodzących po całej wstrząśnień rewolucyjnych dojrzała w owym stowarzyszeniu myśl powstania. Stało się jednak, że policja wpadła na jakieś tropy, po których postępując, wyłowiła kierowników całego przedsięwzięcia. Braci Dalewskich oraz wielu innych osądzono i zesłano do kopalń w Sybirze. Był to w owym okresie ostatni wysiłek, zapanowała po nim cisza. Taka cisza bywa zwykłym następstwem wzmożonego ruchu i gorącej, a nieszczęśliwej, walki. Jest to naturalny objaw wyczerpania, zniechęcenia, znużenia. Na Litwie po r. 1850 był martwy spokój. I nietylko to, ale zastój. Znękanym trwoga nie dozwalała chcieć i w jakimkolwiek kierunku żywiej działać. Zresztą warunki pracy stawały się coraz trudniejsze. Przygasała oświata, zatamowane już były wszystkie źródła umysłowego rozwoju. Po upadku powstania 1831 roku rząd pozamykał wyższe zakłady naukowe, uniwersytety Warszawski i Wileński, oraz liceum w Krzemieńcu na Wołyniu. Niebawem rozwiązano Warszawskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, bogatą bibliotekę wywieziono do Petersburga. Dorastająca młodzież nie miała skąd czerpać nauki; utrudniono jej także kształcenie się zagranicą, wzbraniano wyjazdu osobom nie liczącym jeszcze lat 25‑ciu. Starsi, o ile chcieli wyjechać, płacili za pasport bardzo duże pieniądze, po 200 rubli rocznie. Oczywiście nie każdy mógł sobie na to pozwolić. Siedziano tedy w kraju jakby odciętym od szerokiego świata. Jeszcze przed tak niedawnym czasem prześwietny uniwersytet wileński rozsiewał wiedzę na całą Litwę. Teraz po światłości zgęszczający się mrok następował. Książki przedostawały się tylko z niezmierną trudnością. Cenzura nie wpuszczała do kraju dzieł historycznej, albo społecznej treści. Surowo zakazanemi były utwory Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Lelewela. Słowem smutno było, ciężko i źle, a w tej atmosferze wysychały myśli i serca. Ówczesne warunki ekonomiczne, czyli gospodarcze i majątkowe, także niepomiernie różniły się od dzisiejszych. Dzisiaj na Litwie, jak i wszędzie, wielka trudność w zdobyciu kawałka chleba, a dla rolników nietylko troski, ale nieraz niepodobieństwo utrzymania się na swoim i związania końca z końcem. W owym zaś okresie, przed laty z górą 50‑ciu, kraj, pomimo tak wielu spadających nań nieszczęść, posiadał jeszcze znaczną zamożność. Zamożność ta była przeważnie udziałem szlachty, która podówczas, jak wiemy, stanowiła jedyną wykształconą i świadomą warstwę narodu. Chleba przeto nie brakło i to smacznego, a łatwego chleba. I stała się rzecz bardzo smutna, bo gdy wysychały stopniowo myśli i serca, ludzie jakby zapomnieli o nieszczęściu pospólnym, a mając zapewniony dobrobyt, jęli go używać w sposób samolubny i bez troski: jeść, pić, zabawiać się hucznie, szumnie, wesoło. Rodzina małej Elizy Pawłowskiej należała także do bardzo zamożnych, mających na zawołanie wszelkie przyjemności i wygody. Dom w Milkowszczyznie był obszerny i ogród bardzo piękny. Na zimę wyjeżdżano czasem do Grodna. Eliza z siostrą uczyły się pod kierunkiem nauczycielki, panny Kobylińskiej. Niewiele tam było tej nauki, bo w owym czasie uważano, iż kobiecie zamożnej najpotrzebniejszą jest znajomość obcych języków, muzyki, tańca. Na to więc przy wychowaniu dziewcząt kładziono nacisk, pomijając lub zaniedbując inne, naprawdę pożyteczne rzeczy. Panna Kobylińska, jako nauczycielka niewystarczająca, posiadała jednak cenne przymioty: lubiła dzieci i potrafiła zdobyć sobie ich przywiązanie. Umiała przytym, co jest niezmiernie ważne, rozbudzać dusze dziecięce do pięknych, dobrych uczuć. Zazwyczaj o szarej godzinie opowiadała dziewczynkom o wielkich zdarzeniach dziejowych, o wzniosłych i bohaterskich czynach. Uczyła je ulubionych podówczas, a do dnia dzisiejszego nam miłych, śpiewów historycznych Niemcewicza. Niejedno ziarno musiało w ten sposób niepostrzeżenie zapaść w duszę małej Elizy. Prócz panny Kobylińskiej była jeszcze Niemka dla wprawy w tym języku. Obyczaj sprowadzania guwernantek cudzoziemek rozwielmożniony był wtedy powszechnie. Niestety, i dziś się to często zdarza, chociaż społeczeństwo zmieniło się i poprostu zmądrzało pod niejednym względem. Mała Eliza, żywa, pojętna, zdolna, niedostateczność pobieranej nauki wynagradzała sobie czytaniem: po nieboszczyku ojcu zostało dużo dobrych książek. Okazywała także wielką chęć i łatwość do układania i opowiadania różnych bajek i powieści. Nauczycielka z tego powodu wróżyła jej na przyszłość zdolności pisarskie. Tak upływało życie tym dzieciom w zaciszu, w wygodzie wszelkiej, bez chwilowego bodaj zetknięcia się z troską i nędzą ludzką. Młody wiek nie dozwalał im pamiętać i myśleć o minionych, aczkolwiek tak niedawnych burzach krajowych i klęskach. W roku 1850 Eliza po raz pierwszy odbyła dłuższą podróż, jeździła z babką do Wilna. Jeśli do niektórych miejscowości na Litwie całkiem słusznie możnaby przystosować wyrażenia Wincentego Pola o kraju „zapadłym, równym, sennym“, to rzecz ma się inaczej, gdy mowa o stolicy, o Wilnie. Z Grodna ku Wilnu trzeba jechać w kierunku wschodnio-północnym. Odległość dosyć znaczna. Dzisiaj koleją żelazną kilka godzin, ale w owym czasie jechało się oczywiście końmi, a więc daleko dłużej, z przestankami i popasywaniem. Zielone góry z trzech stron: od zachodu, południa i wschodu otaczają falistą, bardzo piękną dolinę. Od strony północnej widać płynącą skrętem Wilję, rzekę, o której pisze Mickiewicz:

Z szumem, gwarem i wód śpiewaniem wpada tu do Wilji Wilenka, wązka rzeczka, ale niezmiernie bystra i rwąca; u podnóża gór Trzykrzyzkiej i Zamkowej po kamieniach leci spieniona. W takiej to miejscowości, zaprawdę niepospolicie uroczej, powstało przed wiekami prastare Wilno. O początkach miasta nie wiemy nic pewnego. Jest podanie mówiące, że zamek obronny wystawił książe litewski Gedymin w pierwszych latach XIV wieku. W dziejach Litwy potężnemi rysami zaznacza się ta postać Gedymina. Wielki był mąż i wielki rycerz. Współczesny temu księciu panował w Polsce niemniej chrobry Władysław Łokietek. Pomiędzy dwoma władcami zadzierzgnęły się pierwsze węzły mającego już wkrótce nastąpić połączenia narodów i krajów. Przymierze Gedymina z Łokietkiem utwierdzone zostało małżeństwem królewicza polskiego Kazimierza z księżniczką Aldoną. Wilno jako stolica nie utraciło swego znaczenia w wieku następnym XV, po dokonanej już unji Litwy z Polską. Przebywali tu wyznaczeni przez królów zarządzający książęta, przemieszkiwali też bardzo często sami królowie. Ród Jagiellonów, potomków Gedyminowych, miłował litewskie stołeczne miasto. Gdyby spojrzeć na przeszłość onego miasta, ujrzelibyśmy długie pasmo dni rozmaitych, i świetnych a barwnych, i żałobnych. Ziemia tu pełna wspomnień. Jako świadectwo najdawniejszej, pogańskiej jeszcze doby, wznosi się na zielonej, dosyć wysokiej, górze szczątek książęcego ongi zamku. Po wprowadzeniu do Litwy chrześcijańskiej wiary zamczysko zamieszkiwali niejednokrotnie królowie. Dzisiaj ostał zrąb jeden ceglastego muru i dolna część potężnej obronnej wieży. U stóp Zamkowej Góry, na obszernym katedralnym placu, czasy pogańskie pamięta okrągła o grubych murach baszta, która niewątpliwie była przynależnością prastarej litewskiej świątyni. Zachowane są owej baszty dwa piętra, na których w późniejszym okresie wzniesiono kilka innych; powstała w taki sposób wysoka katedralna dzwonnica. Świadkami dziejów Wilna od chwili zaprowadzenia chrześcijaństwa są liczne kościoły. Najwięcej pamiątek zawiera w sobie katedra. Tu jest prześliczna kaplica, poświęcona czci królewicza, patrona Litwy, Kazimierza z rodu Jagiellonów. W kaplicy srebrna trumna z relikwiami świętego, srebrne posągi królów Rzeczypospolitej i cudnej roboty kazalnica, z której przemawiał człowiek wielkiego i proroczego ducha, ksiądz Skarga. W podziemiach katedry pogrzebani król Aleksander Jagiellończyk, królowa Barbara, żona Zygmunta Augusta, i dzielny bohaterski książe Witold. Osobliwsze znaczenie posiada nietylko dla Wilna, ale dla całej Litwy, niewielka kapliczka, umieszczona nad starożytną głęboką bramą w wązkiej ulicy. Kapliczka, a od imienia jej także ulica, nazywa się Ostrobramską. Wewnątrz kaplicy w ołtarzu znajduje się obraz N. Panny Marji. Jest on drogi sercom wielu tysięcy ludzi i po wszystkich ziemiach z b. Rzeczypospolitej czczony narówni z wizerunkiem Częstochowskiej na Jasnej Górze. Mickiewicz pisał: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie“... Obok starożytnego kościoła św. Jana widnieje gmach dosyć obszerny po dawnej akademji i uniwersytecie. Wilno w przeciągu wieków niejednokrotnie wrzało ruchem i życiem. Trudnoby temu dziś uwierzyć. Ostatnią a najpiękniejszą dobą takiego ożywienia były pierwsze dziesiątki ubiegłego XIX stulecia. Rozwijał się wtedy właśnie, jaśniał i działał przesławny uniwersytet wileński. Nauczali tacy mężowie, jak znakomity historyk Lelewel i głośni na całą Europę Śniadeccy, z których jeden wykładał astronomję i matematykę (naukę o gwiazdach i naukę o liczbach), drugi zaś medycynę. Uczniowie byli tacy, jak Adam Mickiewicz i grono jego przyjaciół: Tomasz Zan, Czeczott,

Domeyko, wszyscy w następstwie ludzie światłego umysłu i zacnego serca, dobrze zasłużeni krajowi. Wspomina się te czasy, w szczególności mijając kościół św. Jana. Tu bowiem w gmachu przy kościele mieściła się owa zaiste wiekopomna szkoła. W roku 1850, gdy mała Eliza Pawłowska po raz pierwszy widziała stolicę Litwy, uniwersytet, jak już wiemy, od kilkunastu lat był zniesiony. Pamięć o nim jednakże trwała, blizka jeszcze i żywa. Dziecko zapewne słyszało opowieści o słynnej szkole i dobrodziejstwach, które od niej na kraj płynęły. Musiało to utkwić w myśli, pozostać we wrażliwej duszy. Zresztą w owym roku 1850, po wywiezieniu na Sybir braci Dalewskich, zalegała już Wilno i całą Litwę czasowa umysłów i serc martwota. Doniosłym zdarzeniem i pierwszą boleścią w życiu Elizy była śmierć siostry. Nastąpiło to w 1852 r. Osamotnioną teraz, dziesięcioletnią dziewczynkę uradzono oddać na pensję do klasztoru Sakramentek w Warszawie. Odwiozła ją tam babka. Przez lat pięć nie zabierano jej wcale do domu, ze względu na odległość i uciążliwość podróży. Kolei żelaznych podówczas w kraju naszym jeszcze nie było. W klasztorze dziewczynce powodziło się dobrze. Zakonnice troskliwe były i łagodne. Z miasta przychodzili nauczyciele: historji, geografji, literatury polskiej, rachunków, muzyki i tańca. Na ogół, podobnież jak i w domowym wychowaniu, nauki było niewiele. Niektórych bardzo potrzebnych przedmiotów nie wykładano wcale, np. nauk przyrodniczych, czyli o różnych zjawiskach zachodzących w świecie, o zwierzętach, roślinach i t. d. Według ówczesnych mylnych pojęć to wszystko zbytecznym było dla kobiety. Natomiast zwracano przesadną uwagę na obce języki. Pensjonarki zmuszano do mówienia pomiędzy sobą kolejno po francusku i po niemiecku. Eliza Pawłowska uczyła się z łatwością. Szczególniej poczęła się w niej rozwijać przyrodzona zdatność pisarska. Bardzo chętnie i bez trudu odrabiała za koleżanki zadawane ćwiczenia.

Przytym czytywała dość wiele. Nauczyciel literatury polskiej umiejętnie zachęcał ją do tego. Poznała poezje Mickiewicza, jako też utwory Kraszewskiego, Korzeniowskiego, Syrokomli. Pięć lat upłynęło. Na wiosnę w 1857 roku matka przyjechała, by zabrać piętnastoletnią już wtedy córkę. Wychowanie uważało się za skończone. Nikomu nie przychodziło na myśl, że po wyjściu ze szkoły dziewczyna powinnaby w jakim obranym, a odpowiednim dla siebie, kierunku pracować. Od córek zamożnych domów szlacheckich nie wymagano podówczas żadnej pracy. Żadne troski nie otwierały dziewczętom oczu na życie i jego prawdziwe zadania. Przy istniejącej jeszcze pańszczyźnie gospodarstwo rolne szło trybem dla właściciela łatwym, nie dopuszczającym wielkich kłopotów. Chleb był obfity, a myśl, jak to wiemy, ociężała właśnie i stała się senna. W odrętwieniu uczuć obywatelskich jadła, piła i bawiła się szlachta. Eliza Pawłowska, od śmierci siostry jedyna dziedziczka wsi Milkowszczyzny, w klasztornej szkole nieraz poczciwym dziecięcym uczuciem obejmowała dolę tych włościan, o których wiedziała, że przecież na nią pracują. Układała to sobie, jak po dojściu do lat i woli własnej, ową dolę odmieniać i poprawiać będzie. Jednakże, gdy ją matka zabrała do domu, a ztamtąd na zimę do Grodna, gdzie rychło ją pogrążono w wir zabaw, wszelkie podobne myśli musiały wywietrzeć z młodej głowy. Do zastanowienia się nad czymkolwiek poważnym sposobności nie było. Czas upływał na tańcach i rozrywkach wszelkiego rodzaju. Dużo zamożnych rodzin mieszkało podówczas w Grodnie, odwiedzano i zapraszano się wzajemnie. Tejże zimy matka wydała Elizę za starszego od niej o lat dwadzieścia Piotra Orzeszkę, właściciela dużej wsi na Polesiu. Pierwsze lata małżeńskiego pożycia upłynęły w lekki, przyjemny sposób. Odwiedziny w sąsiedztwie, albo też podejmowanie u siebie licznych gości, gwar, wesołość, zabawa. Jednakże od czasu do czasu coś się przejawiało w młodej kobiecie, czego sama pojąć nie mogła. Mężowska wieś Ludwinowo położona była pośród lasów i łąk wilgotnych, z których przy końcu lata i w jesieni dobywały się białe opary. Zdarzało się dziedziczce wynijść na pole i widzieć w onej mgle ponurzone postacie oraczy — chłopów... Wówczas robiło się jej bezmiernie przykro i uczuwała chęć nagłą wstąpienia we mgłę, na te zagony, zbliżenia się do tych ciemnych, pochylonych ludzi i uczynienia dla nich — czego? Właściwie nie wiedziała sama. Serce uczciwe było i gorące, a jeno jeszcze uśpioną tak potrzebna świadomość. Nadeszło przebudzenie. Był rok 1860. Nie można powstrzymać życia. Prześladowania częstokroć ogromnie opóźniają jego rozwój, ale całkowicie zniszczyć nie mogą. Na Litwie znękanej wielu stratami i która, zda się, od lat dziesięciu zapadła była w stan bezmyślności i martwoty, pojawiły się nagle świeże, ożywcze prądy. Podobnie działo się i w tak zwanym kongresowym Królestwie Polskim. Wszędy powiew — jak wiatr wiosenny po ziemi. Poruszyły się myśli, zabiły żywiej serca. Sprzyjały temu wieści o niepowszednim wypadku. Oto w Europie południowej Włochy, od bardzo dawna na części rozdarte i w większości austrjackiemu jarzmu podległe, porwały się do broni. Przy pomocy Francji uwieńczyły walkę zwycięstwem. Posiadły jedność i niepodległość państwową. Doniosły wypadek, — zaiste, wywołujący ogromne wrażenie. Jakieś wiosenne ciepło odczuwało się, jak to mówią, w powietrzu. W państwie rosyjskim zanosiło się na pewne wewnętrzne zmiany. Chodziło o rzecz ogromnej wagi, o zamierzone nareszcie uwolnienie i uwłaszczenie włościan. Na Litwie lepsza część szlachty oddawna już odczuwała potrzebę tego kroku. Wszakże przed laty udawali się delegaci litewscy do cesarza Aleksandra I z przełożeniem i prośbą w tej sprawie. Wówczas starania ich odrzuconemi zostały, a to ze względu, że myśl uwolnienia ludu byłaby napotkała niechybny, gwałtowny opór w rdzennej, głębokiej Rosji, oczywiście ze strony tamtejszych właścicieli ziemskich. Upłynęły lata. Gdy teraz, w 1860 roku, rząd zajął się odkładaną tak długo, doniosłą sprawą włościańską, rzecz prosta, iż wśród mieszkańców Litwy poruszyło się serc i umysłów wiele. Pojawiły się także sprzeczności i zdań różnice. Toczono ożywione rozprawy. Byli, którzy samolubstwem i chciwością wiedzeni, z niechęcią odnosili się do blizkiej już zmiany, — ale nie brakło rozumniejszych i uczciwszych, wyglądających jej z upragnieniem gorącym. Do tych ostatnich całą swą młodą duszą przyłączyła się Orzeszkowa. Szczerym i kochającym swój naród ludziom nie wystarczyło sprzyjanie obiecywanej reformie. Postanowili nie zwłócząc i w miarę całej możności przyczyniać się do podniesienia wśród włościan dobrobytu i do krzewienia oświaty. Wiele natenczas uczyniono w tym względzie po całym kraju. Na nieszczęście niebawem wszystko to w niwecz miało być obróconym. Orzeszkowa pospołu ze szwagrem, młodszym bratem męża, założyła w Ludwinowie szkółkę początkową dla wiejskich dzieci. Mąż, o ile się zdaje, zapału żony swej nie podzielał, raczej niechętnym był całej sprawie. Wychodziły teraz na jaw dobitnie codzień większe między tych dwojgiem przeciwieństwa i nieporozumienia. Młoda kobieta rozwijała się szybko w ożywczym tchnieniu chwili. Rychło poznała, jak marnym użyciem czasu jest szukanie li tylko własnej rozrywki i wygody. Rychło zapragnęła kształcić się i oświecać. Więc sprowadzała sobie książki i dzienniki, czytając pilnie i zapisując myśli, które się nastręczały, oraz doznawane wrażenia. Więc gorliwie przysłuchiwała się wszystkiemu, co wkoło niej mówiono, starała się wyrozumieć potrzeby, nędze i nadzieje społeczeństwa swojego. Zmieniała się, dojrzewała. Zapał dzieło rozpoczął, ból miał go wkrótce dokonać. Przyszło powstanie 1863 roku. Trwało ono 16 miesięcy, od stycznia 1863 do sierpnia 1864 roku, a więc dłużej niż dawniejsze wybuchy. Na Litwie jako przywódca odznaczył się Sierakowski, rozstrzelany następnie w Wilnie. Obok niego ksiądz Mackiewicz, który prowadził do boju włościan żmudzkich. Ujęty przez władze rosyjskie, zginął na szubienicy. Z Litwy pochodził Romuald Traugut, jeden z członków rządu narodowego, powieszony w cytadeli warszawskiej 5 sierpnia 1864 roku. Do stłumienia powstania użyci zostali: w Królestwie Berg, na Litwie Michał Murawiew. Po paru latach rządów Murawjewa kraj litewski wyglądał jak po przejściu najstraszliwszej burzy. Ilość ofiar trudna do policzenia, krwi popłynęło mnóstwo. A z pomiędzy tych, którzy utrzymali się przy życiu, ileż serc zdruzgotanych, zwichniętych myśli, połamanych zamiarów! Zaprawdę, trzeba było niemałej siły, aby się jakoś nie dać, nie oszaleć w tej nędzy, pozostać przecie człowiekiem. Do szczupłej liczby silnych należała, aczkolwiek jeszcze wiekiem niedoświadczona, Eliza Orzeszkowa. Jeśli się do niej teraz wrócimy myślą, znajdziemy ją zamieszkałą już nie w mężowskim Ludwinowie, ale w rodzinnej wsi Milkowszczyznie. Ujrzymy ją całkiem inną, wyrobioną, świadomą celów swoich i pragnień, oddaną mądrej pisarskiej pracy, która jej odtąd wypełniać miała życie. Wszystkie okropności, na które w ciągu lat 1863 i 64 patrzała Orzeszkowa, musiały do głębi wstrząsnąć młodą i skłonną do zacnych uczuć istotą. Nadzieje, wraz z całym społeczeństwem żywione, podniosły i przetworzyły duszę, a następujące po nich straszne zawody dały jej z pewnością zaznać tego, co jest najcięższym na świecie, a więc rozpaczy. Jednakże serca miłością silne nie niszczeją nawet przez rozpacz. Po niejakim czasie podnosi je gorąca wola ratowania tego, co ukochały. I stało się to dźwignią dla Orzeszkowej na całe życie. I dlatego to dzieje jej obfitych zasług splatają się z dziejami Litwy w ciągu ostatnich lat czterdziestu. Zamieszkała u siebie, w zupełnej niezależności od męża, z którym trzeba się było rozejść, miała teraz czasu dowoli i osobistą swobodę. Jakże to zużytkować najlepiej? w jaki sposób przystąpić do służby obywatelskiej, narodowej? Przecież — zdawało się narazie, iż niema nic, tylko gruzy. Prawdziwa miłość posiada w sobie zawsze wiarę; dzielne i kochające serce Orzeszkowej umiało pomimo wszystko dopatrzeć się pod gruzami tlejących oznak stłumionego życia. Oto jeszcze jest naród i jest dla kogo pracować! Tyle ran w ciele nieszczęsnym tego narodu, tyle niebezpieczeństw wokoło jego głowy; a w nim samym zgubnych nałogów, przesądów i zaślepienia tak bardzo dużo. To ostatnie tymbardziej odczuwała Orzeszkowa, że stosunkowo niedawno i własnym gorliwym staraniem zdołała się wyzbyć podobnych niedostatków i wadliwości, narzuconych przez ówczesny tryb wychowania. Teraz posiadała już w sobie dużo światła i sprawiedliwego sądu o rzeczach. Gorąco niewymownie pragnęła wyprostować krzywizny i siać zdrowe ziarno. Jakiemi środkami i jaką mocą? W ujarzmionym kraju niemal każdy żywszy czyn był wzbroniony. Pozostawała jedyna, aczkolwiek przez cenzurę uciśniona, możność służenia społeczeństwu piórem. Ozwały się u Orzeszkowej przyrodzone zdolności pisarskie, poczęły się rozwijać. W roku 1866 drukowano jej pierwszy utwór, a odtąd pracowała niezmordowanie. W początkowych swych dziełach była jak ten, co zblizka patrzy na ogrom nieszczęścia. Z bardzo bliska, całości ogarnąć nie jest w stanie, a może i nie odważa się jeszcze dla sił niedosyć wyrobionych i zbyt świeżego bólu. Nie przedstawiała ogólnego położenia rzeczy, — narazie występując przeciwko poszczególnym, najbardziej kłującym w oczy nałogom, przesądom i wadom. A miała na to wzrok niezwyczajnie bystry. Powieści jej wytykały: niesprawiedliwość i płochość, plotkarstwo i kłamstwo, próżność i zawieranie małżeństwa bez uczciwej miłości. Są to ogólno­‑ludzkie zboczenia, ale groźniejsze, niźli gdzieindziej, w ogarniętym przez obcych narodzie. Takiemu narodowi bardziej niżeli innym potrzeba mocnego charakteru, odwagi i prawości. Niebawem dotarła Orzeszkowa do wad szczególniej właściwych społeczeństwu naszemu. Jęła powstawać na znaną u nas aż nadto dobrze lekkomyślność i leniwe powierzanie się łasce losu. Tytuły powieści w okresie tym pisanych są: „Rozstajne drogi“, „Ostatnia miłość“, „Na prowincji“, „W klatce“, „Wesoła teorja, a smutna praktyka“ i innych parę. Stopniowo coraz większy zakres ogarniała wzrokiem swym Orzeszkowa. Rozróżniała już snadnie przyczyny wytykanych przez się błędów i ułomności. Bardzo słusznie jako głębokie źródło złego przedstawiało się jej wadliwe wychowanie płci obojej, brak w nim przygotowania do życia, brak nauki o czekających obowiązkach obywatelskich i ciężkiej pracy. Myśli swoje o tym i spostrzeżenia szeroko rozwijała Orzeszkowa w powieściach p. t. „Pan Graba“ i „Pamiętnik Wacławy“. Właściwie mówiąc, rzeczy tego rodzaju wcale nie najlepiej i nie najdogodniej jest poruszać w opowiadaniu, w powieści. W innych, szczęśliwszych krajach, przy normalnych, sprawiedliwych warunkach, mogą służyć po temu artykuły w gazetach, publiczne przemowy i wykłady, różne urządzenia społeczne. Ale u nas i szczególniej wtedy? W gazetach nie można było nic nazywać po imieniu; odczyty żadne nie miewały miejsca, wzbraniano onych, zarówno jak wszelkich związków, towarzystw i t. p. instytucyj mających na celu pożytek społeczeństwa. I jakże sobie radzić w podobnych okolicznościach? Pod kształtem powieści jeszcze najłacniej można było objawić myśl krzepką, zdrową, i podać ją ogółowi. Ztąd powieść stała się dla wielu prawdziwym narzędziem działania. W liczbie ich najprzedniejsza jest Orzeszkowa. Życie jej osobiste coraz bardziej zmieniało się w pracę, która spleciona była z losami narodu. Jeżeli cały stan rzeczy ówczesny porównamy ze smutnym okresem pomiędzy 1850 a 60‑ym rokiem, ujrzymy nawet w podobnym zestawieniu przeraźliwą różnicę. Wówczas po 1850 było źle i ciężko, teraz poprostu okropnie. Wówczas był zastój, teraz niszczenie życia, wszelkich jego objawów i dążeń; ostateczna nędza narzucona umysłom i sercom. Ludzie wcale nie drętwieli i nie zasypiali, jak wtedy, ale psuli się wskutek straszliwych warunków, wyrzekali się wszystkiego, co dobre, ulegali stopniowo zgniliźnie duszy. Jakiejże ogromnej miłości dla społeczeństwa dowodzi człowiek, który, jak Orzeszkowa, nie zraził się i nie zwątpił, nie upadł na siłach, owszem nie przestawał pracować. Orzeszkowa przez całe życie nie opuszczała Litwy; czterdzieści lat przebyła najpierw w swej Milkowszczyźnie, a potym w Grodnie.

Obszerną książką jest powieść p. t. „Rodzina Brochwiczów“. Orzeszkowej, gdy ją pisała, już nie chodziło o wykazanie jakiegoś poszczególnego błędu. Tu szło o rzeczy znaczne i bardzo zagrożone. Był czas przewrotu gospodarczego, stało się tak z powodu uwłaszczenia i zniesienia pańszczyzny. Przewrót pożądany i konieczny, bo przynosił sprawiedliwsze w społeczeństwie stosunki. To było dodatnie, dobre. Ale istniała i druga, groźna strona. Mianowicie: aby taki przewrót przetrzymać, cała część narodu, dotychczasowi właściciele ziemscy powinni byli posiadać sprężystość, hart, pracowitość, umiejętność rachunku. A tymczasem tych zalet właśnie brakło. Widziała to Orzeszkowa. Rozumiała, iż ci ludzie w trudnościach wikłają się, nie umieją poradzić sobie, giną. Był to odłam narodu wychowany w łatwym dostatku i w miękkości, znanej jej z osobistego doświadczenia. Kontrybucja przez rząd nałożona przyczyniała się do ciężkości chwili. Oczywiście, zniknięcie większej własności ziemskiej samo przez się nie stanowi straty dla kraju. Wśród normalnych, sprawiedliwych warunków postęp musi prowadzić i doprowadzić do tego, by wielka własność ustąpiła kolei gospodarstwom drobnym, a dobrze postawionym. Jest to pożądanym i naturalnym, — ale, powtórzmy, wśród sprawiedliwych warunków. Nie tak było w sprawie, o której piszemy. Ziemi, wychodzącej z rąk zrujnowanego właściciela, nie mógł przecie nabyć już nikt z pomiędzy jego narodu, ani bogaty, ani mało zamożny, ani w całości, ani w części, nikt i za żadną cenę, — a rodzona to przecie ziemia. I jeszcze jedno. Do tej warstwy, która uwikłana teraz w ciężkie kłopoty, niszczała, przywiązaną była jednakże cała dotychczasowa tradycja i kultura kraju. Z upadkiem tych ludzi ponosiła wielki uszczerbek znamienna oświata dana przez Polskę Litwie. A nie powstawało jeszcze nic na to miejsce. Otwierały się ciemności i pustka. Grozę tych rzeczy odczuwała Orzeszkowa troską i . Pisała o tym w powieści „Rodzina Brochwiczów“, a potym jeszcze w wielu utworach innych, obszerniejszych i krótszych, dotykając tego mniej, albo więcej, zawsze rozumiejąc to głęboko, boleśnie, zawsze nawołując społeczeństwo do obrony, do baczności, do pracy. Jedną z najpiękniej napisanych powieści Orzeszkowej jest „Meir Ezefowicz“. Kochając naród swój tak troskliwie, musiała ta autorka ogarniać myślą wszystkie sprawy mające z tym narodem bezpośrednią styczność, zewnętrzne i wewnętrzne jego stosunki. Z tego powodu uwagę jej ściągnęła na siebie w bardzo silnym stopniu sprawa żydowska. Od wieków mieszka w kraju naszym ten lud wielotysięczny, zawsze w sobie zamknięty, zawsze obcy tej ziemi, która go żywi, a często nieprzychylny. Nie możemy pomijać obojętnością tego współmieszkańca. Jego dotyczasowa obcość i nieprzychylność to jest wielkie zło wewnętrzne w kraju naszym, a jego liczebność powiększa wagę tej sprawy. Rozmyślając nad tym, a głęboko pragnąc, aby inaczej było, Orzeszkowa starała się bliżej poznać społeczeństwo żydowskie, albowiem nie znając, nie można działać. I zajrzała w głąb bytu tego ludu, i ścisnęło się jej odczuwające wszelką nędzę serce. Obaczyła ciemność, i tyle w niej cierpienia, i tyle zła, i tyle bolesnych przesądów, a wszystko właśnie z owego braku światła. W powieści p. t. „Meir Ezefowicz“ opisane jest małe miasteczko Szybów. Leży ono w zapadłym, głuchym, najbardziej oddalonym zakątku Białejrusi. Białorusią nazywamy ziemię wchodzącą w skład dzisiejszych guberni Witebskiej i Mohylewskiej. Północna część tej ziemi leży nad rzeką Dźwiną; środkowa i południowa nad górnym i średnim biegiem Dniepru. Od prastarych czasów należała Białoruś do Litwy i razem z nią przystąpiła do unji tworzącej wielką Rzeczpospolitą Polską. Mieścina Szybów, jak to często w kraju naszym, zamieszkaną była wyłącznie przez żydów. Z ludnością otaczającą, tuziemną, mieli oni, jak prawie zawsze u nas, stosunki tylko handlowe i nieżyczliwe. Byli jakby wyspą na wodzie, albo domem szczelnie zamkniętym dla otoczenia. A co się tam wewnątrz działo? Kiedyś przed wiekami stała się w Szybowie rzecz wielkiej wagi. Była tam rodzina Ezefowiczów, jedna z tych, „które za królów Jagiellonów pod wpływem praw i zwyczajów wytworzonych niezwykle wysokim na one czasy stanem oświaty w Polsce, życzliwemi węzły połączyły się z ludnością miejscową“. Wiek to był XVI, „złoty wiek“, w którym wszystko zapowiadało się i rozwijało wspaniale dla rzetelnego dobra i chwały Rzeczypospolitej, ku istotnemu szczęściu wszystkich zamieszkujących ją ludzi. Król Zygmunt I jednego z rodu Ezefowiczów, Michała, uczynił seniorem czyli starszym nad żydami wszystkiemi zamieszkującemi Białoruś i Litwę. I wydał mu król taki dyplom: „My, Zygmunt z Bożej łaski król Polski, Wielki Książe litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podolski, podlaski, inflancki i t. d. i. t. d. wiadomym czynimy wszystkim Żydom zamieszkałym w państwie naszym, Ojczyźnie naszej. Zważywszy na wierne ku nam zasługi żyda Michała Ezefowicza i bacząc, abyście w sprawach waszych z Nami w niczym nie doznawali przeszkody i opóźnienia, według sprawiedliwości stanowimy: aby Michał Ezefowicz wszystkie wasze sprawy przy Nas załatwiał i był nad wami wszystkiemi starszym, a wy macie za jego pośrednictwem do Nas się udawać i być jemu we wszystkim uległemi“. W ten sposób wyniesiony ponad współbraci senior Michał Ezefowicz wziął na się najszlachetniejsze zadanie podźwignięcia swojego ludu z umysłowej ciemnoty i ze poniżenia. Musiał posiadać umysł bystry i jasny, skoro z za wiekowych uprzedzeń i przesądów dojrzeć potrafił ducha czasu, oraz potrzeby najistotniejsze żydowskiej ludności, wielkiej rodziny swojej. Pragnął przybliżyć ową ludność do narodu, wpośród którego obca żyła. Pragnął dla braci swoich nauki oświecającej myśli i serca, a także wspólnego z polskim narodem obywatelskiego czucia. Owe mądre i szlachetne dążenia napotkały, niestety, opór powstający ze zła i ciemności. Orzeszkowa tak o tym pisze: „Była to właśnie pora, w której na Zachodzie wśród Izraelitów osiadłych w Hiszpanij i Francji podniósł się wielki spór o to, czy nauka świecka ma im być dozwoloną, czy też wzbronioną. Zdania ważyły się, lecz długo ważyć się nie mogły, gdyż stronnicy bezwarunkowego wyłączenia się Izraela z pośród umysłowych prac i dążeń ludzkości stanowili większość ogromną. Na społeczeństwo każde nachodzą niekiedy chwile takiego zapadania w ciemność. Zdarza się to wtedy najczęściej, gdy żywotność i energia narodu zmęczoną uczuje się długim pasmem dokonanych wysileń i przetrwanych męczarni, osłabioną potokami wylanej krwi. Żydzi z Europy zachodniej po kilku stuleciach istnienia w trwodze, tułactwie, we krwi i ogniu, przebywali w wieku XVI chwilę taką. Dalekiemi już były od nich czasy te, w których z łona ich powstawali sławni doktorowie umiejętności świeckich, miłowani przez samych królów; daleką od nich, zapomnianą i wzgardzoną była szeroka i wysoka myśl mędrca Majmonidesa, który utrzymywał, że „oczy umieszczone są z przodu głowy człowieka, nie zaś z tyłu, dlatego, aby wolno mu było patrzeć przed siebie“ i przepowiadał za prorokiem Jezejaszem, „że świat cały napełni się wiedzą tak, jak wodą napełnione są otchłanie morza“... Olbrzyma (Majmonidesa) z orlim wzrokiem i płomiennym sercem zastąpiły karły o piersi zmęczonej i przesyconej goryczą, z okiem spoglądającym na świat mętnie, ciasno, podejrzliwie... Rabini i naczelnicy gmin żydowskich na Zachodzie wydali rozkaz, ażeby nikt przed skończeniem 30‑stu lat życia nie śmiał się krzątać około nauki święckiej. Stało się, jak nakazanym było... Umysły stępiły się, pamięć zmęczona omdlała, opadły siły i chęci młodości... Takież same spory w tymże samym czasie powstały i wśród Izraelitów w Polsce osiadłych; tylko że nie tyle zmuszeni udręczeniami, których doświadczali nieskończenie mniej niż współbracia ich na Zachodzie, swobodniejsi, pewniejsi praw swych do bytu i przyszłości, mniej też namiętny wstręt okazywali do „obcych płomieni“ czyli nie żydowskiej, świeckiej, powszechnej wiedzy. Owszem, pod wpływem i za przewodem Seniora Ezefowicza utworzyło się nawet wśród Żydów w Polsce stronnictwo, które „wielkim głosem wołało o naukę świecką, o pobratanie się z resztą ludności w umysłowych trudach i ... Staraniem Seniora wydaną została do wszystkich żydów polskich odezwa, której myśl główna zawierała się w następujących słowach. „Jehowa ma liczne anioły; Adam miał różne doskonałości; Izraelita też na jednej nauce religijnej przestawać nie powinien. Pierwsza jest święta nauka (Biblji i Talmudu), ale czyliż dlatego nie mamy mniej smacznego jeść jabłka? Byli Żydzi u królów na dworze, Mardocheusz był uczonym, Ester była mądra, Nehemiasz był radcą — i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie użytecznemi, a będą was szanować. Ile gwiazd na niebie, ile piasku w morzu, tyle jest żydów na świecie, ale nie świecą oni jako gwiazdy, lecz każdy ich depce jako piasek... Jednako rzuca wiatr nasiona różnych drzew i nikt się nie pyta: skąd najpyszniejsze drzewo ma pochód; czemużby i z nas cedr libański miasto tarniny powstać nie mógł?“ I oto, gdy się rozszerzała, już mając skutek, owa mądra odezwa, przybył z Hiszpanji do Polski żyd Nehemiasz Todros, jeden z najzagorzalszych przeciwników oświecenia i łączności z innemi narody, a zamiłowany w suchych, i ciemnych przepisach, które z biegiem wieków zepsowały były religją Izraela. Nehemiasz Todros osiadł w rodzinnym Ezefowiczów miasteczku Szybowie. Szlachetne usiłowania Seniora znalazły w tym zbałamuconym człowieku zawziętego, zatwardziałego wroga. Wynik starcia był opłakany dla dobrej sprawy. Orzeszkowa pisze, iż „podania, świętobliwie przechowywane w łonach rodzin, opiewają, jako w walce, która się długo toczyła pomiędzy Michałem Ezefowiczem Żydem zdawna polskim, a Nehemiaszem Todrosem, hiszpańskim przybyszem, pierwszy zwyciężonym został. Strawiony zgryzotą, którą sprawiał mu widok ludu jego zwracającego się na drogi błędne, umarł on w sile wieku. Imię jego przechowywane było w rodzie Ezefowiczów z pokolenia w pokolenie. Wszyscy oni szczycili się tym wspomnieniem, jakkolwiek z upływem czasu coraz mniej rozumieli jego istotne znaczenie“. Oddali się Ezefowicze zabiegom około powiększenia osobistego majątku i „dumni zdobytą potęgą kruszcu, przestali całkiem troszczyć się o inną, o tę potęgę wpływów na ducha i los narodu, którą posiadał pradziad ich, a którą nazawsze, zda się, wydarli im z rąk Todrosowie“. Ci ostatni żyli w ubóstwie, w maleńkiej chatce przy domu modlitwy; ale słynęli szeroko na wszystkie strony Białorusi i Litwy. Byli rabinami z ojca na syna, i to rabinami, których niezmiernie czczono. I raz już tylko w przeciągu dwu wieków jeden z Ezefowiczów pokusił się o stawienie czoła Todrosom i wydobycia na jaw zapomnianych przekonań pradziada Seniora. Było to w końcu XVIII wieku, w czasie gdy zasiadł w Warszawie wielki, niezapomniany sejm czteroletni, prawdziwy dowód odrodzenia narodowego. Na wielkim sejmie, przy poruszaniu i odnowie wszystkich stosunków i urządzeń Rzeczypospolitej, nie mogła być pominiętą i sprawa żydowska. Gorącym onej rzecznikiem był poseł piński Mateusz Butrymowicz, myśliciel, który widział „jasno i daleko“. Napisał Butrymowicz dziełko p. t. „Sposób żydów polskich w pożytecznych krajowi obywatelów“. O piśmie owym rozprawiano wiele a żywo w sejmie i w mieście. Największy nacisk słusznie kładziono na potrzebę oświaty i obywatelskiego odtąd wychowania żydowskiej młodzieży. Niebawem sejm wyznaczył „deputacją do ułożenia projektu reformy Żydów“. Można się było spodziewać zmian doniosłych i zbawczych. Ludność żydowska po całym kraju nadstawiała ucha z ciekawością, a także z pragnieniem, albo obawą. Utworzyły się znowu dwa, różniące się w swych poglądach obozy. W Szybowie na czele tych, którzy pragnęli i sprzyjali, był prawnuk Seniora Hersz Ezefowicz; na czele nienawidzących i pełnych uprzedzenia Nochim, — potomek Nehemiasza Todrosa. Gdy do miasteczka nadeszły pierwsze wieści o gotujących się w sprawie Izraela uchwałach sejmowych, o zniesieniu szkodliwej między Żydami, a miejscową ludnością różnicy i przegrody, walka nieunikniona Nuchima z Herszem zapowiedziała się w następujący sposób: Stał Ezefowicz na progu domu modlitwy, a Todros przed chatą swoją pobliską, i obaj wołali do ludu, który naprzemian słuchał ich z ciekawością i skupieniem. Więc głos Nuchima: „Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić“. A na to odpowiedź Hersza: „Rozum nam uczynią dłuższym i serce w piersiach rozszerzą“. I znowu Nuchim: „Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania“. A Hersz: „Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była“. Nuchim: „Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie“. Hersz: „Kiedy pojmią oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe“. Nuchim: „Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z Sodomskiej winnicy“. Hersz: „Przybliżą do nas święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa“. — „Herszu Ezefowiczu! Herszu Ezefowiczu! przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni“. — „Reb Nochim! Reb Nochim! przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich żydów zatopił w wielkich ciemnościach“. Niebawem po tej rozmowie Hersz Ezefowicz przystąpił do działania. Najpierwszą jego troską było odnalezienie cennej w rodzie spuścizny, testamentu pradziadka Seniora. Wiedziano, że pradziadek taki testament, w którym myśli jego najdroższe zamknione, na krótki czas przed śmiercią uczynił. Gdzie zaś go ukrył, nie wiedziano. Hersz z młodą żoną Frejdą rozpoczęli w domu swoim rodzinnym poszukiwania. Powiodło im się, ukryty skarb znaleźli. Z dokumentem tak cennym wybrał się Hersz w daleką drogę, jechał aż w głębie czarnych borów i bagnistych równin Pińszczyzny, kędy mieszkał myśliciel i poseł sejmowy Mateusz Butrymowicz. A przyjechawszy, rozumny Hersz tak mówił: „Przybyłem tu zdaleka. A po co ja tu przybyłem? Po to, żeby zobaczyć wielkiego posła i pogadać z wielkim autorem, od którego słów spadł na oczy moje blask taki jasny, jak od promieni słońca. Blask ten jest bardzo wielki, ale mnie nie oślepił, bo jak roślinka ziemska okręca się koło gałęzi wysokiego dębu, tak ja chcę, żeby myśl moja okręcała się około twej wielkiej myśli i żeby one obie rozpostarły się nad ludźmi jako tęcza, po której nie będzie już kłótni, ani ciemności“. Kiedy na tę przemowę poseł odpowiedział uprzejmie i zachęcająco, Hersz ciągnął dalej: „Jasny pan to powiedział, że trzeba zrobić wieczną zgodę pomiędzy dwoma narodami, które na jednej ziemi toczą ze sobą wojnę“? „Powiedziałem“ — potwierdził poseł. „Jasny pan to powiedział, że Żyd, porównany z Chrześcijanem we wszystkim, nigdy szkodliwym nie będzie?“ „Powiedziałem“. „Jasny pan to powiedział, że Żydów ma za obywateli polskich i że trzeba, aby oni dzieci swoje do świeckich szkół posyłali i żeby mieli prawo ziemię kupować i żeby między niemi były skasowane różne rzeczy, które ani dobre są, ani rozumne“. „Powiedziałem“. Wtedy wysoki, okazałej postaci Żyd z dumnym czołem i rozumnym spojrzeniem, pochylił się szybko i, zanim poseł miał czas obejrzeć się i obronić, rękę jego do ust przycisnął. „Ja tu przybysz, rzekł z cicha, gość w tym kraju, młodszy brat“. A potym sięgnąwszy do kieszeni: „Oto co ja tu przywiozłem. To droższe dla mnie nad wszystko złoto, perły i djamenty“. „Cóż to jest?“ — zapytał poseł. Hersz uroczystym tonem odpowiedział: „Testament przodka mego, Seniora Michała Ezefowicza“. Nad czytaniem owego testamentu społem całą noc przesiedzieli. Nazajutrz podążyli wspólną kolasą do Warszawy. Przez ciąg kilku miesięcy krzątał się Hersz Ezefowicz, jeździł po kraju. W okolicach Szybowa niezmordowanie jednał stronników dla mających nastąpić zmian doniosłych, namawiał, tłómaczył, przekonywał. Ale przyszedł dzień, w którym z podróży do Warszawy powrócił nie z rozjaśnionym jak zwykle czołem, ale smutny, złamany. Stroskanej żonie powiedział: „Przepadło! Kiedy budowa jaka rozpada się w kawałki, tym, którzy w niej mieszkają, belki padają na głowy i pył zasypuje oczy“. „Prawda“ — potwierdziła kobieta. A Hersz znowu: „Jedna wielka budowa rozpadła się... Belki pospadały na wszystkie wielkie zadania i wielkie prace nasze, a proch przysypał je... na długo!.. Pójdź, Frejdo, trzeba schować testament Seniora. Schowamy go bardzo głęboko; może go jaki prawnuk nasz szukać będzie i znajdzie“... Ową wspaniałą budową walącą się właśnie w gruzy była, jak domyślić się łatwo, Rzeczpospolita. Nieszczęście nie pozwoliło jej doprowadzić do końca dzieła naprawy. Wchwili odrodzenia się narodu rozerwali kraj nieumocniony jeszcze — sąsiedzi. Przeszło lat wiele, wiele. W domu Ezefowiczów był panem, głową rodziny syn Herszów stary Saul. Około niego dużo synów, synowych, córek i wnuków. I żyła jeszcze poważana przez wszystkich jako świętość stuletnia prababka, Herszowa ongi żona, Frejda. Ze starości niemal zawsze drzemiąca, daleka wszystkiemu, co się obecnie dzieje, posiada ona już tylko jedno wyraźne uczucie, a tym jest miłość do najmłodszego z prawnuków, Meira, w którym widzi podobieństwo wielkie do męża swego Hersza w szczęśliwych dla obojga, odległych dniach młodości. Meir istotnie podobnym jest do pradziada; ma w piersiach taką jak tamten duszę łaknącą światła, dobra, sprawiedliwości. A otaczają go jak tamtego: ciemnota, zatwardziałość, głupie, a uciążliwe przesądy, głęboka ciał i serc wielu nędza. Powieść przedstawia nam niedługie, bolesne dzieje tego młodzieńca, szereg usiłowań i tęsknot do dobrego, walkę ze złem, nienawiścią, ciemnością. Podobnie jak przodkowie, o których słyszał, pragnie Meir wyprowadzić lud swój do światła. Pożąda tego płomieniami wszystkiemi młodej duszy. Przekonania Meira podziela gromadka młodzieży mniej od niego odważnej, chociaż jednako stęsknionej do lepszego życia. Przeciwnikiem i nieprzyjacielem jest znowu członek rodu Todrosów, Reb Izaak, rabin w Szybowie. Pomiędzy Meirem a Izaakiem, ludźmi stojącemi na dwu krańcach, znajduje się, jak zawsze w takich wypadkach, tłum obojętnych albo niepewnych, gotowych przechylić się na tę albo ową stronę. Meir walczy szczerością i uczciwością, a zaś rabin i drugi nieprzyjaciel, mełamed czyli nauczyciel, Mosze, wzniecają przeciwko niemu różne podejścia, oszustwa, złość i przesądy głupie. Nie cofają się nawet przed zbrodnią. Meir z ogromną tęsknotą pragnie odnalezienia ukrytego ponownie przez Hersza testamentu Seniora. Kochająca go, sędziwa prababka, posiadaczka tajemnicy, wskazuje miejsce. Meir uszczęśliwiony czyta cenne pismo ludowi w nadziei, iż go czcigodnym zza grobu głosem przekona i opanuje, owładniętych zaś po drodze do światła i dobra poprowadzi. Pięknym jest testament Seniora, tak jak go nam Orzeszkowa podaje. W myślach, słowach i zdań ułożeniu odczuwa się wstrząśnięte głęboko serce autorki, która sama również gorzką, ostateczną boleść poznała, i wie, i pamięta. W taki sposób nie przedstawiłby tego nikt z angielskiego, francuzkiego, niemieckiego albo jeszcze innego narodu. Słowa testamentu brzmiały: „Biada ludowi, któremu zabraknie ojczyzny! „I zejdą z okrętów wszyscy robiący wiosłem i wszyscy pływający po morzu — i przylgną do ziemi“. Dusza narodu wszelkiego łączy się z ziemią swoją, jak dziecko z piersią matki i od niej bierze pokarm swój, i zdrowie swoje i lekarstwa na swoje choroby. Tak chciał i tak uczynił Bóg! Ale ludzie poszli przeciw woli Jego; duszę twoją, Izraelu! oderwali od ziemi, do której ona przylgnęła. Jako żebrak, pukałeś ty do wrót cudzych i tych, którzy plwali na cię, o zmiłowanie prosić musiałeś. Głowa twoja chyliła się pod rozkazami praw, przeciw którym krzyczała w tobie ze wstrętu natura twoja. Język twój łamał się, żeby naśladować mowy cudze; podniebienie twoje gorzkniało od goryczy, które piłeś; oblicze twe czerniało od upokorzeń i gniewu... Aż w zdręczeniach i nędzach srogich opadła z ciebie stara wspaniałość twoja i rozmnożyły się jako gwiazdy grzechy i nieprawości twoje, a Jehowa, Bóg twój, patrząc na ciebie, zapytał z gniewem: Jest że ten sam lud mój wybrany, którego zaręczyłem z sobą w prawdzie i łasce?“ Taki jest wstęp testamentu i zaiste moc w nim, a ból równy mocy. W dalszych słowach przechodził Senior do zarzutów ludowi, który obecnie „Zakon widzi tylko w ofiarach i kadzidłach, a nie we wstępowaniu na tę wielką drabinę, którą Pan objawił we śnie słudze swemu Jakóbowi, aby po wszystkie czasy wiedzieli ludzie o tym, jak wstępować trzeba do Boga, który jest poznaniem i doskonałością“. I jeszcze dalej pisał Senior: „Szumiały w głowie mojej myśli, których język mój wypowiadać już nie miał komu, bo opuścili mię wszyscy dawni przyjaciele i uczniowie moi. W piersi mej palił się płomień, przy którym grzać się nikt nie chciał. — Członki moje rozpadały się od niemocy, sen śmierci ogarniać mię zaczął, a z ust moich wychodziły krzyki: Panie świata! nie opuszczaj posłańca swego! Daj mu głos taki silny, ażeby przemówić mógł do tych, którzy nie urodzili się jeszcze, bo ci, którzy żyją, słuchać mnie już nie chcą“. I czegoż to żądał Senior od potomków swych, żydów w Polsce? Oto znamienne wyrazy jego: „Jeżeli kraj ten, z którego studni pijesz wodę i z którego roli spożywasz chleb, przyjął cię, nie jako bydlę robocze, ażeby mu ziemię orało, ale jako brata zmęczonego, ażeby na piersi jego odpoczął, jakąż ty mu nagrodę dasz, Izraelu?“ I mówi o wspólnych z narodem polskim obowiązkach dla tej Rzeczypospolitej, która była domem gościnnym pełnym chleba. „Puściliśmy taką odezwę, że rozumami i sercami Izraelitów zatrząść mogła, jak trzęsie ogrodnik drzewem, aby z niego dojrzałe owoce spadły. Powiedzieliśmy w odezwie naszej do wszystkich braci naszych: Bądźcie pożytecznemi ziemi tej, na której mieszkacie, a będą was szanowali“. „Kto jest sługą ziemi swojej, ten naje się chleba dosyta! Ale jakże dosyta nakarmi was ziemia ta, jeżeli wy z nią obchodzić się będziecie nie jak wierne i pracowite sługi, ale jak przechodnie o dzisiejszy dzień dbający?“ A jeszcze dalej woła głos testamentu: „Znikną grzechy z powierzchni ziemi. I grzeszników już nie będzie. A kiedy znikną grzechy i przed wami otworzą się bramy mądrości, wchodźcie w nie prędkim krokiem i z wesołym sercem, bo nauka jest największym orężem Pana, który rządzi światem według wiecznych praw rozumu“. Meir, czytając, wierzył, iż lud nawróci, ale, niestety, słuchacze nie zrozumieli piękności i prawdy testamentu Seniora. Owszem, za poduszczeniem małameda Moszego, rzucili się na Meira jako na grzesznika, odstępcę od Zakonu i t. d. Młodzieniec zaledwo uszedł ze zdrowiem. Nazajutrz zebrał się sąd kahalny, przewodniczył mu rabin Todros i wyrokiem onego sądu rzucona jest na Meira klątwa... Odepchnięty od swoich, których miłował, unosząc na piersiach cenne pisanie przodka, poszedł Meir samotnie w szeroki świat, aby szukać wiedzy, i aby pracować nad wypełnieniem pragnień swoich co do Izraela, a kiedyś w lepszej chwili — powrócić. Okrom tej książki pisała Orzeszkowa o żydach i ich stosunku do polskiego narodu jeszcze nieraz w utworach krótkich, a także w innej długiej powieści p. t. „Eli Makower“. W tym ostatnim dziele obok zajęcia się żydami znów silnie poruszona jest ta sama, co w „Rodzinie Brochwiczów“ najboleśniejsza sprawa wypuszczania z rąk polskich ziemi, która do nich nie mogła powrócić. Czas płynął, przynosił coraz nowe zagadnienia, wykazywał zmiany stosunków społecznych; Orzeszkowa wszystkiemu przyglądała się wytężoną myślą. Gdy z powodu coraz to trudniejszej walki o kawałek chleba, kobiety ze sfer dawniej zamożnych już nie mogły li tylko oglądać się na ojców i mężów, ale musiały samodzielnie pracować i zarobkować, Orzeszkowa napisała opowieść p. t. „Marta“. Wystawia tu ciężkie koleje młodej kobiety, którą potrzeba zmusza do zarobkowania, a ona nie umie, bowiem nie nauczono jej tego w niedołężnym wychowaniu. Powieść ta swego czasu wywarła w społeczeństwie wielkie wrażenie, przynagliła niejedną rodzinę do rozumniejszego kształcenia córek. Każdy pisarz posiada w szeregu dzieł przez siebie stworzonych jedno jakgdyby osobliwie, swoje, takie dzieło, w którym najmocniej i zarazem najpiękniej wystąpiły wszystkie właściwości autora, jego sposób rozumienia i odczuwania świata. W twórczości Orzeszkowej takim szczytowym dziełem jest powieść: „Nad Niemnem“. Przyjrzyjmy się mu bliżej. „Dzień był letni, świąteczny. Wszystko na świecie kwitło, jaśniało, śpiewało. Ciepło i radość lały się z błękitnego nieba i złotego słońca; radość i upojenie tryskały z nad pól porosłych zielonym zbożem; radość i złota swoboda śpiewały chórem ptaków i owadów nad równiną w gorącym powietrzu, nad niewielkiemi wzgórzami w okrywających je bukietach iglastych i liściastych drzew. Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącemi na nich borkami i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna, piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności ziemi, a koroną ciemnego boru oderżnięty od błękitnego nieba, ogromnym półkolem obejmował równinę rozległą i gładką, z której gdzie­‑niegdzie tylko wyrastały dzikie, pękate grusze, stare, krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole. Na świetnym tym tle, w zmieszanych zdala zarysach, rozpoznać można było dwór obszerny i w niewielkiej od niego odległości na jednej z nim linji rozciągnięty, szereg kilkudziesięciu małych dworków. Nad niektóremi dachami w powietrzu czystym i , wzbijały się proste i trochę tylko skłębione nici dymów; niektóre okna świeciły od słońca jak wielkie iskry; kilka strzech nowych mieszało złocistość słomy z błękitem nieba i zielonością drzew. Równinę przerzynały drogi białe i trochę zieleniejące od porastającej je zrzadka trawy; ku nim niby strumienie ku rzekom przybiegały z pól miedze, całe błękitne od bławatków, żółte od kamioły, różowe od dzięcieliny i smółek“. W takiej to rozegrywać się będą wypadki, o których mówi opowieść. Krajobraz przedstawiony jest, jak widzimy, pięknie, malowniczo, tak że czytając, zda się, istotnie patrzymy nań oczyma. Dwór, któryśmy dostrzegli w oddali, należy do p. Benedykta Korczyńskiego, średnio zamożnego człowieka. Małe dworki składają się na osadę szlachty zagonowej, na jeden z tak zwanych szlacheckich „zaścianków“, gęsto napotykanych w niektórych okolicach Litwy. Wszyscy mieszkańcy osady, o której mowa, nosili społem jedno nazwisko Bohatyrowiczów i mieli o początku swoim następujące podanie: „W starych czasach, w sto lat, albo i mniej potym, jak litewski naród przyjął świętą, chrześcijańską wiarę, przyszła w te strony nadniemeńskie para ludzi. Niewiadomego byli nazwiska, niewiadomej kondycji i tylko to można było poznać z mówienia ich i z ubioru, że przyszli z Polski. Z jakiej przyczyny aż tu przywędrowali? zarówno niewiadomym było. Kiedy spotykający ich ludzie pytali ich o nazwiska, odpowiadali, że przy chrzcie świętym, nadano im imiona: „Jan“ i „Cecylja“. A kiedy ktokolwiek chciał wiedzieć, dokąd wędrują, mówili: „Szukamy puszczy“. Widać było, że bali się jakiegoś pościgu i żądali skryć się przed ludźmi, a żyć tylko pod Bożym okiem. Cały tutejszy kraj zalegała po ten czas nieprzebyta puszcza; tylko Pan Bóg nasiał co niemiara jezior błękitnych i łąk zielonych, a ludzie pobudowali troszkę osad, w których trudnili się różną przemyślnością“. Jan i Cecylja, schodziwszy puszcze, wkońcu naleźli miejsce dogodne sobie na wysokim nadniemeńskim brzegu. „Podtenczas stał tam dąb taki wielki, co może i tysiąc lat miał wieku, bo w jego wydrążeniu bawoła ukryćby można. I pod tym dębem Jan i Cecylja zbudowali sobie chatę bez pieca i komina, bo odrazu inszej zbudować nie mogli“. I tak poczęli mieszkać. Cecylja „po anielsku śpiewała i grała na harfie, a jak pierwsza matka ludzkiego rodu, miała włosy złociste i takie długie, że pokryć niemi mogła siebie i swoją harfę“. Kochali się bardzo, ale „pomimo kochania i wszelkich jego rozkoszy, nachodziły ich takie potrzeby i strachy, że innym ludziom pomyśleć byłoby trudno. Po puszczy chodziły stada żubrów, turów, niedźwiedzi, dzików i wilków, w gałęziach czaiły się drapieżne jastrzębie i krogulce. Nocami wyły puszczyki, a po drzewach wieszały się rysie. I rzeka nie była taka jak teraz, głębinę i prędkość miała ogromniejszą... Jak oni to wszystko znieśli i przemogli? Bogu świętemu wiadomo; dość że znieśli i przemogli... Może dwadzieścia roków minęło im w tej męce, kroplami rozkoszy słodzonej, aż po puszczy puściły się pogłosy o tej parze ludzi, że przemyślnością swoją i krwawą pracą kawał duży lasu wyplenili, zboża nasieli, że dom sobie zbudowali widny i czysty... Poszli tedy do nich ludzie z różnych dalszych osad dowiedzieć się: jak też tam czyniły się takie cuda. Niektórzy prosili, aby już ostać się przy nich dla wspólności i pomocy. Ale Jan i Cecylja wprędce doczekali się rodzonych pomocników. Sześciu synów i sześć córek urodziło się im i wyhodowało nad brzegiem tej wody, w cienistościach tej puszczy, pod okiem jednego Boga“. Rychło pożeniły się te dzieci i powychodziły za mąż. „Zkąd synowie pojmowali żony, ztamtąd przybywali mężowie dla córek i, poślubiwszy je, nie odjeżdżali nigdzie, tylko tu sobie budowali chaty i tnąc las coraz dalej, uprawiali pola. Tak przeminęło lat 80 albo może więcej od tego dnia, kiedy Jan i Cecylja pierwszy raz na tej ziemi nogi postawili... Aż jednego razu znaleźli się tacy ludzie, którzy królowi donieśli, jakie to dziwy dzieją się gdzieściś, w kraju litewskim, w najgęstszej puszczy, nad samym brzegiem Niemna. Panował podtenczas król dwoma imionami Zygmunt i August nazwany. Zapalczywy był myśliwiec i właśnie w tej porze, kiedy mu to doniesienie zrobiono, bawił się polowaniem w swoich knyszyńskich lasach“. Że od Knyszyna do tamtego miejsca w nadniemeńskiej puszczy było niezbyt daleko, wybrał się król obaczyć. Przyjechał z orszakiem i zadziwił się wielce: „Tam, kędy dawniej panowała dzicz drzewiasta, bezludna i głucha, leżała wielka równina, żółtością ścierniska po zżętem zbożu okryta. Na ściernisku by wysokie domy stały sterty wszelkiego zboża; sto par wołów orało pod przyszły zasiewek, na gładkich łąkach hasały stada obłaskawionych koni, pasły się trzody krów ryżych i białych owiec. Lipowe gaje rozlegały się od brzęczenia nieprzeliczonych rojów pszczelnych. Sto domów przedzielonych ogrodami sznurem wyciągało się wpodłuż rzeki, a z ich kominów by z kościelnych kadzielnic sto złotych dymów podnosiło się prosto do nieba“. Król jechał, oglądając wszystko wesoło, a „łowczowie złote trąby wciąż do ust przykładali i rozgłośnym graniem rozgłaszali królewskie przybycie szerokiej równinie, długiemu Niemnu i aż zaniemeńskim głębokościom boru“. I wylegli na dźwięk uroczysty wszyscy mieszkańcy osady, a król ich zapytuje: „Czy żywie jeszcze rodziciel was wszystkich?“ „Żywie i w zdrowiu przebywa“ — odpowiedział najstarszy syn Jana i Cecylji, sam już zmarszczkami poorany i siwy jak gołąb. „A rodzicielka czy żywie?“ „Żywie i w zdrowiu przebywa“. Z najpiękniejszego domu synowie i córki, wnuki i prawnuki wyprowadzili parę rodziców. Więcej niźli stuletnie starce szli sami przez się, bez niczyjej pomocy, jedno przy drugim. A król, kołpak swój zdjąwszy z głowy, powiał nim przed starcami tak nizko, że aż z brylantowego pióra sypnęły się gwiazdy“. I zapytał ich król o nazwisko, a gdy starzec Jan wyjawić nie chciał, mówiąc, że powie dopiero na sądzie Bogu, wygłosił Zygmunt August taką wolę swoją: „Ty, starcze, według własnego żądania bezimiennym ostaniesz i jakeś się urodził, tak w grobie legniesz pospolitakiem. Ale żeś był bohaterem mężnym, który tę oto ziemię dzikiej puszczy i srogim zwierzętom odebrał, zawojowawszy ją nie mieczem i krwią, ale pracą i potem, żeś piersi jej dla mnogiego ludu otworzył, ojczyźnie przymnażając bogactwa, przeto dzieciom twoim, wnukom i prawnukom aż do najdalszego pokolenia nadaję nazwisko od bohaterstwa twego wywiedzione“. I rozkazał im zwać się odtąd Bohatyrowiczami, a na pieczęć dał im klejnot Pomian, wystawiający głowę żubra na żółtym polu, „jako rodziciel wasz pokonał żubra i z odwiecznego jego siedliska uczynił to wdzięczne i obfitością ciekące pole“. Tyle słów podania. Jako pamiątka po owych przodkach odległych, stał jeszcze pomimo lat zniszczenia grobowiec z dużym krzyżem. Znajdował się nie w samej osadzie Bohatyrowiczów, ale opodal na brzegu Niemna w lesie. Na krzyżu widniał napis: „Jan i Cecylja. Rok 1549. Memento mori“. Potomkowie, właściciele maleńkich dworków i szczupłych gruntów, wiedli życie znojne, do chłopskiego bytu najzupełniej podobne, własnemi rękami uprawiając ziemię. W przeszłości miewali może lepsze czasy, ale obecnie ciężko było. Pomiędzy Korczyńskim dworem, a Bohatyrowiczów zaściankiem oddawna i z konieczności bywały sąsiedzkie stosunki, — a nawet pamiętano okres, w którym owo sąsiedztwo braterstwem stało się i miłością. Działo się tak około 1863 roku. Korczyńskich było podówczas trzech braci: Andrzej, Dominik i najmłodszy Benedykt. Młodzi, zdolni, pełni rzeźwości i wesela, żyli z sobą zawsze w przyjaźni i zgodzie, a „teraz do życia ich wpłynął pierwiastek, który z nich uczynił niby trzy strzały równym pędem ku jednemu celowi lecące“. Gdy Orzeszkowa wspomina o chwilach powstania 1863, czyni to z musu oględnie, wpółwyraźnie. A jednak pomimo zdań urywanych, skróconych, czuć, że to pisał ktoś te rzeczy nie ze słuchu, ale z własnych najgłębszych wspomnień, świadek, który widział, przebolał całą duszą. Więc oto dalej o braciach Korczyńskich: „We wszystkich trzech ozwała się krew dziada, żołnierza z pod Somosierry; to zaś, co w pokoleniu najbliższym zadrzemało było i tylko przez sen niekiedy płakało, uderzone dzwonem czasu krzyknęło i na skrzydłach fantazji wzleciało w wysoko gorejące płomię. Hej! gorączką i burzą przeleciały im te dwa lata! Stojące wody społeczne zaszumiały, wzdęły się, wyrzucały w górę kipiące kaskady; w martwej atmosferze wichry zaśpiewały, roznosząc po ziemi złote tumany, a na niebie malując jutrzenki tęcze. Duch demokratyzmu równającym pługiem orał glebę społeczną. Wyżyny skruchą zdjęte pochylały się ku nizinom, gotowe do wynagrodzenia krzywd, żebrzące prawie o życzliwość i ufność“. Dom Korczyński naoścież otworzył się przed mieszkańcami sąsiednich Bohatyrowicz. „Hej! byłoż tam wtedy, było, ruchu i tłumu w tym nizkim, obszernym domu! rozlegałyż się tam gwary i krzyki, płynąc w dal, po falach tej rzeki. Brzmiałyż tam i huczały w głębiach tego boru i na rozłogach tej gładkiej równiny takie stuki i hałasy, jakich ani razu słychać nie było oddawna, od owego czasu, w którym powstały gęsto w pobliżu Niemna rozsiane okopy szwedzkie... Najgorętszym z braci był najstarszy Andrzej. Mężem i ojcem już będąc, zapomniał o żonie, dziecku i gospodarstwie“... W Korczynie przebywała wtedy krewna owych trzech braci Marta, młoda, pełna wesołości, zapału, życia. Ta, krzątając się około gospodarstwa, którym rządziła, i mnóstwu codziennych gości usługując, zawsze w ich gronie wyróżniała Anzelma Bohatyrowicza, przystojnego chłopca w grubym obuwiu i surducie z domowego sukna. „Brat Anzelma Jerzy znowu przyjaźnią bardzo szczególną połączył się z najstarszym Korczyńskim. Odkąd poznali się z sobą, to jest, odkąd bracia Korczyńscy, w nizkich drzwiach pochylając wysokie swoje postacie, po raz pierwszy weszli do chaty braci , Andrzeja i Jerzego zawsze prawie widywano razem“. Aż przyszła taka chwila, że razem pojechali — na wojnę. Jan Bohatyrowicz, syn Jerzego, tak o tem opowiadał w wiele lat później, przywodząc sobie do myśli wczesnego dzieciństwa wspomnienia. Znajdował się z matką i kilkorgiem innych osób na pagórku, zkąd widok na piaszczyste przyrzeczne rozłogi i na Niemen: „Patrzyliśmy na rzekę, którą przepływały czółna i łodzie, z jednej strony i z drugiej ludzi przywożąc. Od brzegu do brzegu zaś szedł i powracał promek na łodziach nieduży. Wszyscy przez te piaski przeszli, przejechali i już ich widać nie było. Wieczór zrobił się majowy. Cichość panowała na rzece, na brzegach tylko w borze słowik śpiewał. Wtenczas ojciec pocałował matkę, cóś jej poszeptał, a potym mnie z ziemi na rękach podniósł i całować zaczął... W tej samej minucie pan Andrzej Korczyński żegnał się ze swoją żoną i swoim synkiem... Stała też tam panna Marta, która w tę porę młodą jeszcze była i kiedy stryja Anzelma żegnała, medalik na szyję mu powiesiła... Dwa konie osiodłane i pod pagórkiem stojące z niecierpliwości parskały“. A potym „księżyc wprost nad piaskami świecił, a w jego światłości ojciec i pan Andrzej jeden przy drugim na koniach równej piękności jechali... Nie obejrzawszy się ani razu, piaski na ukos przejechali i z oczu naszych znikli“.. Udali się do oddziału powstańców. I nigdy już ojca swego nie oglądał Jan Bohatyrowicz. Raz o nim słyszał. Tak opowiada. „Było po świętym Janie, a może i około świętej Anny, bo zboże już na polu prawie dojrzewało. Staliśmy w okolicy (to znaczy, w zaścianku) nad samym brzegiem rzeki, gdzie na podwórku naszym lipy rosną. Niedużo nas było, może osób kilka, bo inni ludzie na swoich podwórkach zgromadzali się i tak samo kupkami stojąc, wszyscy ku stronie piasków obróceni, stuków i grzmotów słuchali, co tam toczyły się i turkotały, to dłużej to krócej, to prędko, to pomalutku“... Oczywiście bitwa to była... O końcu jej tak mówi młody Bohatyrowicz: „Dopiero przed samym wieczorem grzmoty zaczęły pomału ustawać, aż i zupełnie ustały, a po całym borze podniosły się wielkie ludzkie krzyki i zgiełki.. Potym i krzyki zamilkły. Noc nastała... Pomimo nocy ludzie wciąż kupkami na swoich podwórkach stali i siedzieli, ku piaskom patrząc. W ciemności nocnej rozeszły się szepty ludzkie, szumienie wiatru naśladujące... Posłyszeliśmy na przeciwnym brzegu rzeki wielkie pluśnięcie, a potym już ciche, ale ciągle jednostajne pluskanie. Ktoś do wody skoczył, płynął, rzekę przepłynął... Widać było cień jakiś wstępujący pod górę to prędko, to pomału, aż ostatni raz skoczył i wprost przed nami stanął. Matka krzyknęła: Anzelm! i zakręciła się na miejscu jak nieprzytomna. Jezu drogi! jak stryj wyglądał! Twarz miał czarną jak u murzyna i tylko oczami wilczemi błyszczącą, odzież calutka w dziurach, rękę jedną opuszczoną i bezwładną, a z włosów i odzienia woda mu potokami ciekła. Dyszał tak, że słowa wymówić nie mógł i tylko kiedy niekiedy stękał, jakby w nim co pękało“. Anzelm Bohatyrowicz, raniony w bitwie, wysiłkiem woli dostał się do domu, aby przynieść wiadomość o śmierci brata swego Jerzego i Korczyńskiego Andrzeja. Zginęli na polu walki. Pogrzebieni we wspólnej z trzydziestu kilku innemi żołnierskiej mogile w borze za Niemnem, pod czarnym cieniem jodeł. Drugi z Korczyńskich braci, Dominik, dostał się do więzienia, a potym zesłany w głąb Rosji. Najmłodszy Benedykt ostał w rodzinnym Korczynie. Mijały lata. Ciągnął się ten okropny okres popowstaniowy, kiedy pod ciężarem marnieli, zapominali o wszystkiem, co dobre, psuli się ludzie. Benedykt Korczyński jeszcze przez czas niejaki opierał się temu zabójczemu wpływowi, dobywał z siebie sił i dawnych pragnień. Ale cóż? gdy począł pracować nad oświatą okolicznego ludu, dążąc do , by ci jego sąsiedzi nauczyli się czytać, omijali karczmy, zakładali przy chatach owocowe sady, wnet z owej pracy uczyniono mu ciężką winę; groziła mu znaczna kara, od której zaledwo wielkiemi staraniami i wielkim kosztem wybawić się zdołał. Jeszcze parę razy usiłował Korczyński rozpocząć jakie pożyteczne dla społeczeństwa działanie, zawsze z równym wynikiem; nie wolno było i tyle! A więc nakoniec zaniechał wszystkiego, pochylił karku. Zajął się już tylko osobistemi sprawami, doglądaniem gospodarki, która w zmienionych warunkach przyczyniała mnóstwo troski i kłopotów. Z trudem i wysileniem utrzymywał w posiadaniu ten kawałek rodzonej ziemi, aby przynajmniej chociaż to ostało. Zmienił się, zestarzał, zgorzkniał na sercu i myśli. W ciągłym wysiłku około gospodarstwa, łatając wciąż nowe dziury, wchodził w zatargi z sąsiadami, którzy urywali mu częstokroć to albo owo. Owi sąsiedzi to mieszkańcy Bohatyrowicz. Oddawna popsuły się ich stosunki życzliwe z korczyńskim dworem, oddawna zapomniano o czasach pana Andrzeja. Mnożyły się kłótnie, z obu stron wyrządzano sobie przykrości, włóczono po sądach sprawy. Benedyktowi Korczyńskiemu z początku przy tych zatargach, jak sam powiadał, płakało coś w środku, ale następnie na wszystko machnął ręką. Obco więc, nawet wrogo względem siebie usposobieni byli Korczyn i Bohatyrowicze. W Korczynie oprócz Benedykta przebywa jego żona, schorowana, a jeszcze dużo bardziej kapryśna i samolubna kobieta. Ona to w znacznej części ponosi winę, że mąż tak bardzo dawnych uczuć poniechał. Nie była mu nigdy towarzyszką pracy i przyjacielem w działaniu dla społeczeństwa. Gospodarkę kobiecą wobec niezdarności żony prowadzi krewna Marta, owa niegdyś młoda, hoża, zapalna, która idącemu do powstania Anzelmowi medalik swój powiesiła na szyi. Dzisiaj zgorzkniała, jak i Benedykt. Za Anzelma pomimo ku niemu miłości, nie wyszła, obawiała się pracy w jego zagrodzie. Zestarzała. Pracę ma może równie ciężką, chociaż w szlacheckim dworze, a nie posiada ani domu własnego, ani zadowolenia, ni szczęścia. Jeszcze dużo innych postaci przewija się w Korczynie, a Orzeszkowa każdą z nich wystawia doskonale, ze wszystkiemi właściwościami, że się wydaje jak żywa. W pokoju panny Marty przemieszkuje i czasem w zajęciach jej dopomaga druga krewna gospodarza, ale młoda, piękna dziewczyna, Justyna Orzelska. Wychowanka to jest Korczyńskich. Dano jej, jak to często w szlacheckich domach bywało, wykształcenie jakieś połowiczne, że ani przypiąć, ni przyłatać. Troszkę tego, owego umie, nie bardzo dobrze, a przedewszystkim nic takiego, coby jej pozwoliło życie właściwie cenić i na chleb dla siebie, a pożytek dla społeczeństwa pracować. Justyna jednakże nie jest dziewczyną bezmyślną, albo bierną. Posiada słuszną, uczciwą dumę i dlatego pozostawanie na łasce krewnych sprawia jej ból dotkliwy. Posiada także gorące pragnienie stać się pożyteczną, usłużyć w czymkolwiek ludziom, społeczeństwu swojemu. Zachodzi przyjazny wypadek, a mianowicie zdarza się, iż Justyna zawiązuje znajomość z mieszkańcami Bohatyrowicz. Ścieżki pomiędzy Korczynem i ową wsią sąsiedzką zdają się oddawna trawą porosłe, a oto ktoś niemi chadzać poczyna. Pan Benedykt nie domyśla się nawet, że oprócz Justyny chadza jego własny syn, ukochany jedynak. Ten syn, dwudziestoletni Witold przyjechał na wakacje, do domu z wyższej szkoły rolniczej. Jest to chłopak noszący w piersiach to wszystko, co ongi nosili stryj i ojciec, a za co stryj dał życie. Gorąca, szlachetna natura, serce pragnące kochać i ukochanemu społeczeństwu służyć. Witold często odwiedza dworki we wsi, a mieszkańcy jej Bohatyrowicze lubią go szczerze pomimo zatargów z panem Benedyktem. Między ojcem i synem istnieje wielkie przywiązanie wzajemne, ale tym nie mniej coś się w ich zgodzie psuć poczyna. Witolda boli to, że ojciec teraz taki z ludźmi twardy i zda się nieużyty, że ojciec taki już obojętny dla spraw, które ongi kochał. A ojciec znowu cierpi z powodu sądu syna, gniewa się, że go ten syn nie rozumie, że przed nim swojej od tak dawna zamkniętej duszy otworzyć nie może. Czytamy tę powieść; przesuwają się przed oczyma naszemi drobne codzienne zdarzenia i ludzie wśród codziennych zajęć, a wszystko oddane tak zajmująco i wybornie, że czytelnik naprawdę jakby postacie widział i głosy słyszał i czuł wonie pól, a ogrodów, bowiem jest lato. Oto naprzykład obrazek: „W porze żniw na tej rozległej równinie ziemia wydawała się złotym fundamentem, dźwigającym błękitną kopułę i okrytym ruchliwym mrowiem drobnych istot. Właściwa barwa ziemi ukazywała się tu i ówdzie na drogach porosłych rzadką trawą i na wcześnie zoranych małych szmatach pola. Zresztą wszędzie, od wzgórz obrosłych drzewami do wysokiej ściany nadniemeńskiej, dojrzałe zboża płonęły gorąco — żółtym ścierniskiem“. Mieszkańcy Bohatyrowicz wylegli wszyscy do żniwa, jedni z sierpami, drudzy do zwożenia powiązanych już snopów. Starego Anzelma nie było, bo od wielu lat, właściwie od klęski 1863 roku, chorował prawie ciągle, jeszcze bardziej na nieuleczalny smutek duszy, niżeli na słabość ciała. Przesiadywał też doma w zagrodzie. Ale był w polu, na wozie w dwa dzielne zaprzężone konie, synowiec Jan, pozostały sierotą po poległym Jerzym. Tego Anzelm jakby najlepszy ojciec wychował. Oprócz tych dwu — Anzelma i Jana — opisuje Orzeszkowa innych Bohatyrowiczów, różnego wieku, mężczyzn i kobiety. Wybornie przedstawia, jak to w owej wsi litewskiej pracowano i schodzono się na gawędy i bawiono w chwilach wytchnienia. Rozmaite zwyczaje miejscowe są znakomicie oddane. Po żniwach na jesieni jest w Bohatyrowiczach wesele. W wieczór, po powrocie z kościoła i poczęstunku, rozpoczęły się tańce w stodole pomiędzy zasiekami, które tam nazywają torpy. Jan Bohatyrowicz tańczył z Justyną. Coraz to bardziej zbliżali się ku sobie zupełnym porozumieniem ci młodzi. Z korczyńskiego dworu przyszli oprócz Justyny Witold i panna Marta. Czas mijał naogół wesoło. Justyna w pewnej przerwie od tańca zamyśliła się głęboko nad różnemi rzeczami. Serce jej uderzało „mocno, prędko, przyjaźnie“, dlaczego? Przypomniała sobie wyraźnie doznany w ciągu lata sen, czy marzenie, w którym „zapaloną lampą świeciła z góry tym domostwom w Bohatyrowiczach i tym ludziom, a promienie jej lampy nićmi światła ślizgały się po dachach, ścieżkach, płotkach, szerokich polach, o starożytny grobowiec Jana i Cecylji, o dwór Korczyński i o leśną mogiłę poległych powstańców zaczepiając, a wszystkie te ułamki jednej całości jakby w łańcuch . Czas mijał; zmęczona tańcami młodzież powsiadała do łódek, popłynęła w tę noc pogodną po cichym, poważnym Niemnie. Pozostawali starsi. Pod lipami na wysokim wybrzeżu siedziało w rozmowie dwoje ludzi, którzy się spotkali oto po latach, Anzelm i Marta. A rozmowa ich taka była: „Czy panna Marta pamięta, jak pierwszy raz na zaproszenie panów Korczyńskich do Korczyna przyszedłszy i na panią spojrzawszy, z otwartą gębą stanąłem, aż wszyscy śmiać się zaczęli?.. Ślicznością figury i ognistością oczu pani zdziwiony i oślepiony zostałem“. „A pamięta pan Anzelm, ile to gości zbierało się w Korczynie? jakie oni plany układali, jakie sprzeczki zawodzili, jakie nadzieje mieli?“ „Jak nieboszczyk pan Andrzej wszystkim przewodził, a nasz Jerzy z narażeniem się niejeden raz pomocą i radą służył?“ „A tak, tak to było! Wieczny smutek“ — szepnęła Marta. „Wieczne odpoczywanie racz im dać sprawiedliwy Boże!“ czapkę nad głowę podnosząc, wtórował Anzelm. Umilkli. Przed niemi kilka łodzi i czółen sznurem, a cicho, sunęło po szlaku Niemna, „wiosłami szkliste tonie i krzesząc w nich złote blaski.“ Od tych łodzi płynących przyleciał śpiew chóralny:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…