Read here

Kniaź Patiomkin

Tadeusz Miciński · 1906 · Free in the US

53,194 words · about 3 h 44 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1906 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Kniaź_Patiomkin&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Tadeusz Miciński
Language
Polish
Published
1906
Length
53,194 words · about 3 h 44 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 52 min
  3. Akt Pierwszy about 16 min
  4. Akt Drugi about 33 min
  5. Akt Trzeci about 21 min
  6. Akt Czwarty about 34 min
  7. Akt Piąty about 6 min
  8. Epilog about 2 min

Continue:

Front matter

TADEUSZ MICIŃSKI

KNIAŹ PATIOMKIN

KRAKÓW 1906. — NAKŁADEM KSIĘGARNI D. E. FRIEDLEINA. RYSUNEK ART. STEFANA FILIPKIEWICZA. — CZCIONKAMI DRUKARNI LITERACKIEJ, POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO

całość

TADEUSZ MICIŃSKI

KNIAŹ PATIOMKIN

KRAKÓW 1906. — NAKŁADEM KSIĘGARNI D. E. FRIEDLEINA. RYSUNEK ART. STEFANA FILIPKIEWICZA. — CZCIONKAMI DRUKARNI LITERACKIEJ, POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO

AKT PIERWSZY.

(W oddziale maszyn pod pomostem błyszczą stalowe kotły, wrą tłoki. Mrok — przeraźliwie jasno, gdy roztworzą piece, wtedy widać maszynistów, palaczy, majtków, żołnierzy, którzy czytają broszurę.)

Zwenigorodzki (czyta): „Wasze prawo, wasza prawda, wasza sprawiedliwość nie są naszemi...“ Kilku naraz: Praw Gorkij! My inni! I między nami jest mogiła. Tam żyją uciskiem i krzywdą, my chcemy dla wszystkich szczęścia! (Wchodzi niewidzialnie feldwebel Tisaewskij.) Feldwebel: Chciała wrona przez morze, ale utonęła! (Milczenie przykre, chowają broszury i gazety.) Majtek: Uh, żar jaki! Palacz Mitienko: Spróbuj podrzucić węgla! (Majtek otwiera wielkiemi cęgami piec i gdy żar buchnął, ucieka z wrzaskiem.) Majtek: Ach. ty Gehenna paliuszczaja! Mitienko: Gołębiu wędrowny — tobie na masztach siadywać, na skrzydłach żagli bujać, na wodzie odpoczywać. Majtek: Ta gdzie gołąb, powiedzmy — niewolnik! Mitienko: Oczyma choć spoczywasz na wodzie, a my tu w piecach 16 gorzej niż w tych, gdzie płonęli Daniel i młodzieńcy. Mnie nic. Lubię ogień — żar. (Staje przy otwartym piecu.) Tak świeci jakby z rąk dopiero-co Bożych wyszedł. Bieda tylko, że ot wzrok pociemniał. Was to już nie widzę. Ale mi za to wschodzą jakieś krwawe ogromne stepy, — wodospady zielone jak gaj, — fontanny, w których pełno jest pereł, — a teraz — o! leci jakiś deszcz, gdzie każda kropla jest to miłość. Feldwebel (śmieje się): Isz ty jaki — to na ten deszcz i bez parasola lubo! Maszynista Rjeśniczenko: Mówcie dalej Mitienko! Słuchamy was, a czyja dusza leży jak świnia pod niechlujnym parasolem rządu — to niech tam czeka sądu! Feldwebel: Oho!!... Mitienko: Ten mrok pełen maszyn mieni się mi jak cerkiew w nabożeństwie nocnem — i te stalowe machiny krzyczą — wyją jakąś ogromną pieśń. Wakulinczuk: Słyszałem ją wśród lodów na zamarzłym okręcie: lody pękały tej nocy, strasznej, polarnej, długiej jak wieczność! Nasz okręt, uwięziony w lodach, miał wypłynąć. Huk przeraźliwy łamiących się brył zdał się nam wszystkim piosenką wyzwolenia. Feldwebel (ukazując na Mitienkę): Znak że oślepnie niezadługo; — nachodzą go sny! Majtek I: Matka Boska Iwierska go wyratuje! (Śmiech urągliwy kilku majtków.) Majtek II: Nie wyratuje nikt! Ta gdzie? Z cerkwi kamień zleci — zabije go, jak i cegła ze zwyczajnego domu lub kula z więzienia. Jeden mus wszędzie. Nazywa się to — kiedy świeca grzeje, kiedy mróz ziębi, kiedy wicher dmie... Feldwebel: Kiedy naczelnik bije, kiedy ty chlapiesz wódkę — (Majtkowie śmieją się.) Majtek III: Wielkie mnóstwo jest tych musów. Majtek II: Załgałem się, wybaczcie, jedna siła. Ale jaka, nie pojmę jeszcze dokładnie. Ot, czerep nierozwinięty. Majtek IV (do Mitienki): Na mnie teraz, wujaszku, będzie kolej oślepnąć! Mitienko: Czemu tak? Majtek IV: Niechaj wydechną te czudowiszcza! Rozmawiałem na warcie z zamkniętym Sidorowym i mnie na rok przysądzili — w drodze łaski — tu do tego piekła, nie licząc ośmiu lat służby flotowej. Mitienko: No nic, wrócisz, — jeszcze będziesz pracował na roli, — wrócisz Bóg da, — ożenisz się i będziesz żył śpiewając! Majtek IV (płacze): Ja już żonaty i u mnie dzieciątko zostało — rok miało, gdy mnie wzięto na tę przeklętą niewolę, — a teraz mu już trzeci roczek poszedł, będzie miał dziewiąty gdy wrócę... Feldwebel: Nie padaj duchem! Będziesz miał co opowiadać o życiu, żeś za piecem nie siedział. Majtek III: Właśnie, że za piecem, — tylko w którym niema kaszy ani bab. (Śmieją się.) Majtek IV: A jeszcze ziemliak, sukin syn! Dwanaście wiorst od naszej wsi mieszka. Feldwebel: Kto taki? Majtek IV: A unter oficer, który wydał mnie! Feldwebel: Ciszej ty, czort! Mitienko: On tobie nie tylko ziemliak, lecz i brat! Majtek IV: Jaki on mnie brat — wilk jemu brat z Briańskich lasów! Mitienko: Jakto jaki? Przecież my wszyscy dzieci jednego Ojca Niebieskiego! Majtek IV (ponuro): Wszyscy — ale nie wszyscy! Czudowiszcza przeklęte! Mitienko: Nie klnij brzydko. Majtek IV: Ta kogo szanować — oficera? który nas okrada na jedzeniu? Popatrzycie, jakie nam przywiózł leguminy Makarów, a mięso zgniłe. Ja myślę, że i sam jastrząb stierwiatnik nie chciałby go dziobnąć. Na pudzie ukradł rubla — a pudów dwieście — ot i rachunek. My wymrzemy na cholerę, ale im co? My dla nich nie ludzie — też zgniłe mięso! Majtek I (śpiewa i gra na bałałajce): Pójdę ja tajnie na wiejskie mogiły — do mogiłki mej matki ja piersią przypadnę — o matko rodzona — jakie życie zdradne — dusza moja zatruta i głazem zgniecione są me ramiona i oczy Demona w myśl mą się wświeciły! Rjesniczenko: Nie pora serce szczypać, jak struny na bałałajce. Pamiętajcie cośmy uradzili na masowej — nas czterystu — i co ta kobieta towarzysz mówiła, że jedna noc stworzyła w nas ludzi. Feldwebel: Ha, ha, ludzi tworzyć — to potrafimy! Majtek I: Ta nie o tem mowa, Wasilu Stiepanowiczu! Feldwebel (ostro): Nie ucz mię, boś dureń. Ja powiem wam anegdot! Przychodzi na popa zdający seminarist, — mężczyzna duży, mocarny. Nu, egzamin! Pytają go to i tamto. Milczy jak ryba. Wakulinczuk: Jak ryba? Z wyjątkiem makreli, która czasem też wydaje głos nie w porę! Feldwebel: Nareszcie przychodzi zapytanie: wszechmoc Boska — co to jest? Milczy jak Wakulinczuk, kiedy dostał od kapitana po żuchwie! Wakulinczuk: No tak! dostał i przemilczał. Armaty też milczą, do czasu. Feldwebel: Ale na to żebyś przemówił, armato, trzeba cię dobrze już nabić z tyłu. — No — poddaje nauczyciel — człowieka ty stworzyć możesz? — Mogu! — Ot tobie i raz! Nauczyciele przecierają szkła, nosy wycierają, widzą chłop mocny — nie wątpią. — No — poddaje jeden dobry — a konia ty stworzyć możesz? — Nie probował! (Marynarze śmieją się.) Rjesniczenko: Głupota jedna, Wasilu Stiepanowiczu, i wstyd. Feldwebel: Co? Rjesniczenko: Zabawiasz głupstwami, a tu dzieło ważne — święte! Feldwebel: Jak przyjdzie do czego — ja gotów; ja mam też uszy i oczy — wiem, co się gotuje w Rosyi... Niech-no zrzucę tę czapkę, to będę mógł myśleć, ale teraz — wara, milcz! Ruki po szwam! Nikaks niet! Słuszaju-ś! I toczno tak, wasze Błagorodie. Majtek IV: Z jednej świni cztery szynki zawsze wykroisz. Feldwebel (groźnie): Kto powiedział? (Milczenie i śmiech.) Wy nie zarywajcie ze mną, prachwosty! Ja przysięgał Cariu-Ojcu, ja znam świętość służby i pierwszego, kto się ośmieli — ja bagnetem przedziurawię aż do kiszek, pojęli? Wakulinczuk (cicho): Co to znaczy, Tiszewskij? Przysięgaliście nam współdziałać i porwać za sobą żołnierzy. Feldwebel (też cicho): Tu są szpiedzy. Tak muszę. A karku swego z wami na szubienicy dawać też nie myślę. Wakulinczuk: Bądźcie łaskawi na górę... Feldwebel: Ja starszy! Ja gwizdnę i zawołam straż! Rjesniczenko: Nie, ja tu starszy. Proszę wyjść. My tu równi a nam nie trzeba świstawek, bo piec jest napalony i tam łaźnia gotowa! Feldwebel (cofa się): Żołnierze, marynarze — w stroj! (Kilku formuje się.) A ty Matiuszenko, ty Kuriłow! Matiuszenko: Słuchaj, Wasilu Stiepanowiczu, nie męcz ty nas, — wiesz, że służba katorżna i trzeba choć z kim, choć kiedy słowo ludzkie — nie kazionne — zamienić. Siedź i ty z nami, tyś srogi, ale dobry — znamy cię. Feldwebel: Piecem mi grozicie, wy tacy? Znam i ja was. Ja przysięgał. Macie we mnie wroga. Kto wierny — ze mną marsz! Matiuszenko: Nie zatrzymujemy. (Feldwebel wychodzi z kilku marynarzami.) Serwatka się wylała! (Po chwili.) Wakulinczuk: Bieda nasza końca niema! Bieda jest jak śnieżne pola. — Pomnicie wieś zimą, — te chaty małe z poczerniałej słomy, przywalone górami śniegu — i wokoło takie morze białe, śnieżne! W chałupie dym wypala oczy — zimno — jeść niema — i głodny położysz się znów spać. Małe pacholę musisz lecieć z bosemi nogami trzy wiorsty do szkoły, gdzie uczą ciebie, bijąc i uszy targając, — uczą imion carskich, imion kuzynów domu carskiego, wszystkich książąt i frejlin. Uczą starosłowiańskiej azbuki na ogłupienie twoje. I nauczywszy się, wyjdziesz znów na tę bezbrzeżną równinę — nad zamarzłą rzekę — zacznie ci się w oczach ćmić niebo czarne — a z dalekiego lasu wilki wyją i biegniesz — biegniesz — do chaty. Krótka radość! Tam co? Piekło, dym — bat’ko pijany, matka przędzie po ciemku, zalewając się łzami, — bat’ko do niej zabiera się przy wszystkich dzieciach — strach patrzeć, a cielę na piecu beczy za mlekiem, prosięta wybierają na podłodze obierzyny, smród — i wtedy robi się jasno, bracia, że jest tylko jedna rzecz biała — ten śnieg, skrzący czarem śmiertelnym na wszystkich, aby posnęli. Matiuszenko: Nie tak, bracik! Gdy okna będą duże w chacie, rozszerzą się ściany i wyższy pułap; — gdy na ścianach nie tylko obrazy ugodników świętych, którzy zasuszyli się w pieczarach, ale i malowidło, jak wygląda ziemia i jakie są drzewa niosące owoc i jacy wielcy dobrzy ludzie oświecili nasz zwierzęcy mrok, a w oknie kwiaty, a dom duży i izby dwie albo trzy, — wtedy ludzie wyrosną w myślach po pracy nad ziemią — aż tam, gdzie świecą słońce i gwiazdy! Majtkowie: Nie rozumiemy ciebie, mów prościej. Matiuszenko: No więc tak: na kominie z dymnikiem ogień się jarzy i dymu niema; — herbatę pijesz, a przy tobie dzieci twe czyste, umyte i mądre. I wróciłeś z pracy wielkiej, pracy ciężkiej, pracy świętej, gdzie nikt ciebie nie pędził, nie bił, jeno słońce nad tobą świeciło i taka radość wielka błogosławiąca wszystkiemu! Majtkowie: Pojęliśmy! Cóż nam czynić? Matiuszenko. Jutro w lasach Tendry ogólny wiec marynarzy. Nie pohańbimy dzieła, pomnijcie bracia, że nasz „Kniaź“ więcej znaczy, niż cała eskadra. Pomnijcie też, że miał on sławę złą reakcyjnego okrętu. I dotąd wszak zarząd rewolucyi jest na „Czerwonej Kati“. Majtkowie: Wstyd „Kniaziowi“, żeby Katia wodziła jego sterem (śmieją się). Wakulinczuk: Będziemy mieli czasu dość zęby szczerzyć, gdy nam śmierć wykrzywi twarze. Majtkowie: Nam? Wakulinczuk: Nie, myślałem ogólnie. Człowiek jest roślina bagnista, życie — moczar cuchnący, dusza — to smutne czarne jezioro pod ziemią, o którem mówią bajki. Matiuszenko: Co będzie z oficerami? Wakulinczuk: Wszystko, co umiera — świętem się staje. Matiuszenko: Oficerowie muszą umrzeć. (Majtkowie milczą ponuro.) Zwenigorodzki: Nie było jeszcze rewolucyi bez krwi. Tak lat temu sto było we Francyi i wszędzie tak. Nim słońce wyjdzie z mroku, musi się zawsze zakrwawić. Wszyscy: Śmierć potworom! Mitienko: Nie, bracia, nie trzeba krwi. Chrystus dał nam światłość z góry Tabor — z nią idźmy. Do zbrodni starego świata nie dodawajmy okrucieństw tej świętej młodej Rosyi, która idzie już, a jeszcze za górami — a już w nas słychać jej modlitwę. Majtkowie: Sztundysta! Tobie i kury nie zabić, a tu potrzeba zabić smoka! Mitienko: Smok żyje w jaskini naszej ciemnej duszy! Rjesniczenko: Słuchajcie, nie jesteśmy pewni całej załogi, rekrutów należy się bać! Majtek IV: U mnie robili obysk, to zaraz te stupajki zaczęli mnie szturchać i bić. Matiuszenko: Na nich działać tylko strachem, złączyć ich z nami może tylko strach. I dlatego na oficerach musi być wykonana ta wina — nie, ten śmiały wielki czyn, za którym leży — życie narodu! Majtek IV: Nie może być inaczej. I nie jeden z rekrutów musi zginąć. Pszczół nie rozgnieść, miodu nie jeść. Mitienko: Bracia mili serdeczni — nie trzeba krwi. I rekruci ludzie. W nich tylko rozumu mało, a serce mają miększe od wosku. A i mędrcy nasi oficerowie też nie tak okrutni, jak my o tem myślimy. Dyscyplina — ot, co ich gubi, a sami oni też są dobrzy. Matiuszenko: Głaskaniem wilka nie odpędzisz. Mitienko: I ty przeciw światłu? Matiuszenko: Światłem jest moc! Wakulinczuk: Ale do światła przez mękę! Droga do niego wśród przepaści, na dnie ich ukryty jest piorun, który zwycięża. Mitienko: Ty odróżnij, Wania, że te wszystkie przepaście, o których mówisz — są w tobie samym, a dla życia już musisz być drogą cichą i równą. I chrześcijanie pierwsi znali burze serca, — a cicho szli w męczarniach do nowego życia, — a nie można przecie porównać naszego rządu z rządem poganów. Matiuszenko: Pewno, że nie! Niema gorszego i nie było niźli nasz. W Petersburgu umierający rzucani między kry wściekłej Newy! Mitienko: Więcej trzeba ofiar duchowych. Pan wspomoże, niech się nie smucą wasze serca w zgonie, mówił Chrystus. I wierzmy świętemu Janowi: „Gdzie będą trupy, tam zbiorą się i orłowie“. Trupy są, Pan i orłów ześle. Matiuszenko: My orły! Wszystko, co mówisz, dla nas jest! Trupy będą — a my orły! Majtkowie: Hura, hura! Fursajew: Wy myślicie, że krzykiem można obuch pokonać! No, jak nam przeciw nim? Przecież u nich siła, a my to samo co komary. U nich wojsko, fortece, państwo, car, religia, cerkwie — a nawet sama Trójca święta. Matiuszenko: A u nas ziemia, u nas niebo, u nas morze! Weźmiemy armaty, zdobędziemy okręty, pójdziemy na ich fortece, zwalimy ich cara, my nie potrzebujemy religii, a pop nam nie straszny, my nie baby i nie umierający. Nam życie szerokie, hej — skrzydła nam rosną — sławnie powiedział Mitienko: „Gdzie trupy są, tam i orłowie się zbiorą!“ Mitienko: Orły boże, przeżegnajcie się! Majtkowie: Orły skrzydlate — hura! Głos z pokładu przez tubę: Co tam za gwałt? Jaka schodka? Rjesniczenko: Kryć się! Ja odpowiem. Gadamy o wielkiej maszynie, gdzie kaloryi jest 140 milionów i olbrzymie kominy dla nieczystego dymu; — wielkie śruby biją równo, jak serce bohatera, w odmętach czarnych, — a moc tej maszyny jest taka, że okręt przelatuje lat tysiące — aż natrafi na ziemię nową i ludzi nowych! (Marynarze wychodzą przez maszynowy luk.) Głos: Idę do was łajdaki! Fursajew: Gazety i książki chowam do tej skrzyni. Ona cała jest ubrana obrazkami świętych i kuzynów domu cesarskiego. Pod spodem rewolucya, a na wierzchu książki w rodzaju batiuszki Czudotworca Iwana Kronsztadzkiego. Mitienko: Nie należy kłamać — daj te książki mnie. Palacze: Już idą — nie, to Wamindo — kapitan. (Zjawia się na schodach Nikiticz, czarny od sadzy, w bluzie potwornie wypchanej. Powstaje śmiech. Majtkowie wyłażą z tub do odświeżania powietrza, z pod maszyn i z otworu w ścianie.) Nikiticz (udając oficera): Co za dym? Od machorki tu można zadechnąć! Rjesniczenko: Toczno tak, wasze Błagorodje. Nikiticz: Tu była schodka? Rjesniczenko: Tylu było ilu jest, wasze Preoświaszczeństwo. Nikiticz: Pochowali się może? Rjesniczenko: Którzy byli — poszli, którzy są — to myślą o błagonadziejnych rzeczach, wasze Czudowiszcze! Nikiticz: W stroj! (Wyjmuje broszury.) Ty żebyś przeczytał i pojął Manifest cara, który każe nabijać armaty i iść na Zimowy Dworzec! Tobie „Pora uczynić koniec“ — masz wiedzieć, z urzędnikami w Senacie — ty porównaj „Dwie Europy“: wolną i katorżną; a ty tchórzu wiedz, „Kto ma zwyciężyć.“ — Tobie, żeś prostak — bajka „O cesarzu umarłym Akakiuszu“ — macie! Miałem w bluzie — wypchany jak święty w Ławrze słomą i olejem; — a tu od wyjazdu z Odessy na chwilę mnie nie odpuszczał Golikow. A wymyślał: jakiś ty brudny — co to za bluza — zrzuć mi ją zaraz, pomyjna jamo! O, tu jeszcze macie: „Śmierć tyranom“ i „Klęska pod Cuszimą“. Wiedzcie, że 40 marynarzy rozstrzelano z floty Niebogatowa w Szanghaju — we wszystkich nawet gazetach oburzenie. Matiuszenko: Mamy ginąć, bracia, wieszani — to umrzemy za wolność wszystkich ludzi, wszystkich męczenników w Rosyi! Wszyscy: Umrzemy! Matiuszenko: Cała flota czarnomorska jest już w spisku, „Czerwona Katia“, „Gieorgij“, „Sinop“, „Tri Światitiela“! Będzie razem z naszemi ośmset armat i dziesięć tysięcy karabinów. I tyle okrętów! Stworzymy dla rewolucyi oparcie zbrojne! Tu zdobędziemy Odessę, Teodozyę, Sebastopol — i powstanie wolna rzeczpospolita Małoruska. Pójdziemy na Kaukaz i powstanie tam rzeczpospolita federacyjna ludów. A wtedy wypowiemy wojnę ostatnią i na śmierć hydrze, której głowa jest w Petersburgu, tułów w ciemnych brudnych chatach, a serce w piekle. Idą z nami robotnicy — wywiesimy czerwony sztandar. To znaczy świt — słońce dla całej ziemi. Kaszuba: I krew — morze krwi. Mojżesz tak wiódł swój naród. Majtkowie: Ale kto nas powiedzie? Nikiticz: Nie oznajmiłem wam: pojawił się na ziemi ruskiej wybawiciel. Majtkowie: Kto on taki? Święty Ilja? ha ha — święty socyalista! — E, to Żydy niewierzące. — I gorzej — to Antychrysty. Nikiticz: Z nim jest Bóg i cały naród ruski — on jest wojskowy — porucznik — Zwenigorodzki: Tak jak Napoleon? Nikiticz: On — syn admirała — Majtkowie: Tfu, zgnilizna! Nikiticz: Postanawia oswobodzić flotę czarnomorską. A teraz milczcie, srogo wam to mówię. Kuryło (stary kozak): Ej, słuchałem was i uradowało się moje serce, że już Stieńka Razin wyszedł z pieczary nad Wołgą, gdzie mu kruki dwa — biały i czarny — szarpią serce. Mówią, że orły nadlecą i odpędzą kruków — a on świśnie mołojeckim rozbójniczym świstem i Car Żmij, krwawe sołnyszko upadnie na ziemię wraz z turmami swemi i Caricą — od słowiczego świstu! A wy — bumażki zjadacie, a oficer wam jest Zbawiciel — haha — tfu! (Majtkowie stropieni.) Mitienko: Bracia, oto otwieram tekst Świętej Ewangelii — co nam wywróży? Św. Jan, I. 38: „A obróciwszy się Jezus i ujrzawszy je za sobą idące, rzekł im: Czego szukacie? Którzy mu rzekli: Rabbi (co zowią wyłożywszy, nauczycielu) gdzie mieszkasz? Rzekł im: Pójdźcie, a oglądajcie. Przyszli i widzieli gdzie mieszka i zostali przy nim onego dnia“. Majtkowie: Dziś i my przy Chrystusie, — a jutro może trzeba przeciwko Niemu? Mitienko ma szczególny kolor twarzy i niezwykły blask oczu. Wakulinczuk: On w natchnieniu, — przez niego zacznie mówić moc. — Objaw nam, bracie najmilszy! (Mitienko z wyrazem zmienionym, wniebowziętym, — Matiuszenko podtrzymuje go, a Wakulinczuk kładzie mu rękę na czoło.) Mitienko: Duch nasz krąży nad wodami — a wody czarne i niebo czarne i ziemia czarna — i niema nic prócz mroku. Z morza Czarnego tworzy się jutrznia. Jeszcze my nie jesteśmy światłość, lecz tylko świadectwo damy o światłości. I głos naszego świadectwa rykiem armat, które wyrzucą 1000-funtowe pociski, uderzy o skały nadbrzeżnych więzień i rozewrzemy bramy — i wyjdą z nich starcy i młodzież z uniwersytetów i robotnicy i ci, co nie chcieli składać przysięgi na Chrystusa, że będą braci swych — synów Bożych — zabijali. Wyjdą Polacy — i Żydzi — i Muzułmanie — i Rosjanie — będzie ogromny śpiew — hymn zwycięskiej miłości dla wszystkich, którzy cierpią. — Duch narodu powstanie z głębin poniżenia, jak z mogiły. Majtkowie: Niech morze Czarne zaleje potopem mocarstwo turm! Głos przez tubę: Swołocz, a?! Majtek: Kto mówi? Głos przez tubę: Ja tobie powiem kto mówi, mołda ty żydowska! Majtkowie: To kapitan. Czort — niech przyjdzie na swą zgubę... Rjesniczenko: Rozchodźcie się spokojnie. — Jutro manewry na wyspie, po południu — zebranie w lasach Tendry. Pomnijcie — nie wybuchać przed hasłem, aż cała połączy się eskadra do wybuchu! (Rozlega się świstawka. Krzyk: łap ich!) Uciekajcie tędy — nie ujrzą was. Ja tu za was odpowiem. Wakulinczuk: My nie opuścimy Mitienki: za ręce ścisnął konwulsyjnie. (Wpada kapitan II rangi Wamindo z Kap. Wamindo: Miełzawcy! Kto tu pieł? Załobek tłacicie za pół łoku! Rjesniczenko: Mój zarobek już odjęty, — zamiast 25 rubli miesięcznie, biorę tylko jak sołdat 70 kopiejek na trzy miesiące, Wasze Błagorodje! Kap. Wamindo: To kała za błoszułę połnograficzną, któłą ci wydałł feldwebel. Rjesniczenko: Anatomia — to nie pornografia, a nauka, Wasze Błagorodje! Kap. Wamindo: Tu litełatów i mędłców nie kałmimy. Płachwosty mają płacować i modlić się, — cełkiew łobić z każdego odłuchu, niszcząc swą świńską natułę. Złozumieliście mnie? (Milczenie.) Ty czemu jesteś blady, jak głonostaj? Wakulinczuk: Chory jestem na dysenteryę od złego żywienia. Kap. Wamindo: Kapłysy. Tu nikt nie przychodzi na zwierzęce ukałmianie się. Bławy żołnierz ma głyźć co mu stałsi każą. A ty dla zilustłowania mej myśli, idź na wałtę. Fursajew (śmiejąc się): On z lazaretu — jeszcze sił nie ma. Kap. Wamindo: Matłos powinien mieć enełgię. Na trzy godzin postawić go pod kałabin i łaniec przy mojej kajucie, abym go łozglądał. (Ciszej do Wakulinczuka): Ty mi się chcesz obrzydzić chołobą? Jesteś zdłów. Lubię cię za twoje biodła. (Szczypie go): Nogi masz jak u kanguła! Mocny — a? Wakulinczuk: Toczno tak, chodziłem z rohatyną na niedźwiedzia, Wasze Błagorodje. Kapitan Wamindo (głośno): Tu kobiet niema i jeden dla długiego powinien mieć, że tak powiem figułycznie, żeńską dobłoć. Wakulinczuk: Mózg rozleciał się niedźwiedziowi od mego uderzenia — Wasze Błagorodje. Zwenigorodzki: Tu nie korpus paziów. Mitienko (podnosząc się): Kara za Sodomę — deszcz ognia! Kap. Wamindo: Co to? Co za uwaga, ja pytam! (Feldwebel Tiszewski chwyta Mitienkę za rękaw.) Mitienko: Nie śmiej ruszać i wymyślać po matce, nie śmiej! Tu pracują ludzie, dla których masz być przykładem, jeśli myślisz sobie żeś jest naczelnik! Kap. Wamindo: Widzicie, że niema bałdziej mądłego i dobłego, choć sułowego dla niegodziwych i stłasznego dla zepsutych, komandiła. Mógłbym go ukałać śmiełcią. Do kałcełu ciemnego. Trzydzieści uderzeń. Łózgi. (Feldwebel wali w kark Mitienkę. Wakulinczuk wychwytuje nóż, lecz Matiuszenko chwyta go za rękę i wyrywa broń. Wakulinczuk uśmiecha się dziwnie. Kapitan Wamindo spostrzegłszy tylko uśmiech.) Kap. Wamindo: Czego się śmiejesz? Wakulinczuk: Tak sobie. Kap. Wamindo: Tak sobie tu się nie śmieje nikt. To jest, jakże to — tak sobie? Za tak sobie u nas skółę dłą z waszego błata. — A ty bierz pod kozyłiok! Czemużeś się roześmiał? Wakulinczuk: To mnie przypomniało obraz, gdzie przedstawieni są zbóje wiodący Chrystusa. Kap. Wamindo: No, to masz dla pamięci, żebyś nie zapomniał obłazu! (Uderza go pięścią w twarz.) Matiuszenko: Ja was pomszczę! Wakulinczuk (zmienionym głosem): Zaprawdę, kapitanie, jutro będzie sąd straszny! Kap. Wamindo: Żołnierze, pod kałabinami wypłowadzić tę swołocz. Tu niech zostanie cztełech — kto z nich zaśpiewa lub krzyknie, strzelać w łeb z miejsca. Nie wpuszczać nikogo płócz oficełów. Maszyniści, pełna pała! (Ludzie krzątają się; kotły poczynają sapać straszliwie.) A ja wam jutło na mustrze przedstawię płojekt. Nasz święty kijot wielkiego męczennika Pafnutija już jest stały i trzeba żłobić żołniełską dobłowolną składkę — to będzie wzłuszający dał. (Wbiega oficer.) Oficer: Widać już Tendrę. Okręt leci ku skałom. Kap. Wamindo: Wypuścić pałę. Zwolnić. (Wybiega z oficerem.) Maszyniści (śmieją się): Chcę pały, nie chcę pały! Nas tu obstawił więzieniem, a sam okrętu o włos nie rozbił. Co to on mówił, żebyśmy jeden dla drugiego? Brawo Zwenigorodzki — tak — tu nie korpus paziów! (Żołnierze wymierzają przeciw nim karabiny.) Towarzysze! Złóżcie karabiny. Jutro wam coś powiemy nowego. Żołnierze: Małczi! Maszyniści (cofając się): Rekruty, swołocz przeklęta, chamy wiejskie, bezmózgi. Żołnierze: Małczi! Strzelać kazano w łby. Słyszeli? Maszyniści: A kto was będzie wiódł i waszych mędrców? Otwórz-no Fiedia piec — a szeroko. (Robi się żar i blask przeraźliwy.) Żołnierze: Zakryjcie, w imię Chrystusa. I my nie psy. Kazano słuchać, to musimy. Maszyniści: Kiedy tak, to stójcie, gdzie wam kazano. Ani na krok nie wolno wam się cofać. Żołnierze: Bratieńki, zmiłujcie się! (Padają zemdleni.) Maszyniści: Dosyć z nich nauki. No, macie łajdaki wodę. Zakryjcie piece. Głos przez tubę: Stop, maszina! Spuszczać kotwicę! Rjesniczenko (żegna się trzykrotnie): W Imię Ojca i Syna i Świętego Ducha. Stąd wyjdzie grzmot na całą Rosyę. Zwenigorodzki: Zaczynamy wielki dramat. (Maszyniści rozbiegają się, zakrywają piece, słychać przeraźliwy jęk łańcuchów. Tupot nóg na pokładzie.) Nikiticz: Ha, na torpedowcu podjeżdża lejtenant Szmidt — bracia, zbawienie! Rjesniczenko: Wyjrzyjmy i my na świat Boży. (Rozlega się wystrzał.) Zwenigorodzki: A, podli! Jeden z żołnierzy ocuconych strzelił w nas... Żołnierze (powstając z ziemi, wymierzają karabiny. Głuche, ciężkie milczenie.)

(Zasłona)

AKT DRUGI.

(W mroku nocy wierzchołek głównego masztu jarzy się czerwoną lampą. Z wieży opancerzonej mrocznieją gigantyczne armaty i tylko brylantami mieni księżycowe światło na bagnetach wart.

Widok morza, księżyc igra z falami i roztajemnicza wzgórza leśne wyspy Tendra. Od wschodu lekką smugą zakrwawia się przedświt. Wchodzą dwie mroczne sylwety oficerów, których brzask osnuwa opalowymi konturami, a księżyc czyni podobnymi do widm.)

Lejtenant Szmidt (ukazuje ręką na mewy lecące): Oto jedyna rzecz, której zazdroszczę: skrzydeł. Wszelkie natchnienie — egzaltacya miłości i nawet hekatomby przez Achillesa, a święty napój Soma przez Indusów wylewany bogom — czemże jest, jeśli nie drogą uskrzydlania się? Wilhelm Ton (starszy oficer): I ty masz tę myśl? Lecz ja próbowałem ją urzeczywistnić. Latałem na mej maszynie. Wznosiłem się na wyżyny Kordylierów. Noce spędzałem krążąc nad jarzącym się wulkanem, lub wzniesiony nad Ocean — ogarniałem wzrokiem całe monarchie naraz — tych wod zakrzepłych w bezmierny obłęd ametystu — z mrocznych tajni Lewiatana. W strefach Zorzy Polarnej przeszywałem delikatne wibracye nieziemnych świateł. Było to nie Wniebowzięcie, lecz dumne wspaniałe Wniebowstępowanie. Lejtenant Szmidt: I ty — żyjesz? Czemu? Zawsze mi się wydaje, że jest oczekiwaniem życie tylko na coś ogromnego. W braku — choćby tylko na śmierć. Lecz jeśli się przeżyło — to żyć dalej?... Wilhelm Ton: Ja kończę moje badanie tworzenia się śniegu w chmurach. Nic więcej nie mam do powiedzenia ludzkości — a wtedy — Lejtenant Szmidt: Nic, nic?! Ty znasz „Biesy“ Dostojewskiego? Wilhelm Ton. Si loin de mon village... I cóż — znam! Lejtenant Szmidt: Ja uklęknę u nóg twych jak Piotr Wierchowieński i będę cię błagał: ogłoś ty się Iwanem Carewiczem, zbaw tę daremną wiekową wiarę Rosyi w wielkiego, znającego tajemnicę świata i wypełniającego ją cara. Ty powiedź przez most — straszliwszy niż Piotra Wielkiego, ty bądź istotnym Pontifex Maximus Wschodu — największym budowniczym Mostu: Religii i Państwa. Dusza Rosyi jest nad otchłanią. Wiara jej w Boga Niezmierzonego i w cara-ojca, w krasne słońce wschodzące i zachodzące w niebiosach bożych — wiara jej wstrząśnięta — i biada światu od tego strasznego zapytania świętej Rusi — gdzie Bóg? Wilhelm Ton. Ja — i Bóg? Inaczej postaw — Bóg — albo ja. To nie jest nawet aut Caesar aut nihil, lecz Byt i Niebyt. Ja wykluczam Boga. Lejtenant Szmidt: A ziemia — czarna — święta — tajemnicza Demeter — matka Boża naszych ascetów? Wilhelm Ton: Ziemia — moja wielka kochanka, lecz nie matka moja, nie! Ja z innej skrzydlatej, złej, niewiadomej planety — z Jowisza wiecznie otoczonego chmurami... Lecz dość tych anamnez. Przyjechałeś tu, aby zbuntować załogę? Lejtenant Szmidt: Nie — chciałem ujrzeć tylko Ciebie. I wracam — jak Zacharyasz — teraz mnie odpuść Panie w pokoju, bo widziałem człowieka wolnego. Wilhelm Ton: Widziałeś? Cóż widziałeś poza obłokiem moich słów? Czy morze mojej niemocy, którą znam jako niemoc, — a więc jestem metafizycznie nad nią? Zaś realnie, pod wszystkiemi głębinami nicości — jak Lucifer, gdyż gradacye piekielne mierzą się miarą unicestwienia. Lejtenant Szmidt: Wyjdź z tych głębin — rozpostrzyj swe skrzydła nad ludzkością i wznieś ją — i wznieś, gdzie zechcesz: na górę Tabor Białej komunii, czy na Manfredowe Montblanc gromów i burzy, czy na prometeiczny Kaukazos, gdzie są tylko Mrok i Gwiazdy — lecz ją unieś z tego moczaru złego. Może lepiej, że jej nie kochasz, że w nią nie wierzysz, drugi Chrystus nie potrzebuje konać na Golgocie, lecz musi tylko straszliwie przemyśleć — — Wilhelm Ton: Siedząc, jak fakir, nad łajnem życia? Oh, te dziesięć konwenansów, w których się obraca lichy dramat ludzkiego istnienia. Ja byłem już fakirem. I nie chcę już wschodzenia myślami. Ja byłem już Edypem Ziemi. I nie chcę już mieć z nią wspólnej kazirodczej łożnicy. Kończę rozprawę o tworzeniu się kryształków śniegu. I ani jednej myśli nie zostanie po mnie więcej. Ty — spróbuj urzeczywistnić swe sny, które mnie chciałeś pod czaszkę wsączyć. Ty — możesz być Iwanem Carewiczem, nie kłamiąc swej istocie. Lejtenant Szmidt: Nie wiesz, że ja jestem jurodiwyj? Wilhelm Ton: No, właśnie — dlatego, że jesteś Aliosza Karamazow, który patrząc na tortury, chciałby jeszcze jeść ananas dla zupełnej doskonałej radości swej, a jest taki dobry w sobie — naprawdę dobry i prosty — i święty, i mądry nawet, i z tem wszystkiem — Lejtenant Szmidt: Mów — Wilhelm Ton: taki pastuch. Lejtenant Szmidt: Ale on może dlatego, że pastuch, to schyli się do strumienia i weźmie kamyk biały na zabicie Goliata, Dlatego, że pastuch — Ten mówi do niego, który strzeże stada gwiazd. Wilhelm Ton: Nie mów na chwilę o Tym — mów o prawdzie swej, — o nieprawdzie nawet, ale swej. Lejtenant Szmidt: Mądry wężu kusicielu, naco mi każesz myśleć o mnie? Patrz, — ile oczu śledzi za nami z poza tych Tam czeka tłum z zapartym oddechem, czy nie wyjdzie i nie powie ktoś: Ja mam zbawić Rosyę. Wilhelm Ton: Wyjdź i powiedz im. Lejtenant Szmidt: Milcz, nie szydź za daleko! Dla ciebie chusta Weroniki może być łachmanem straszliwym, bo ty jesteś owinięty śnieżnym już całunem w swoim zimnym dumnym Grobie. Ale ten łachman to me serce — błazeńskie i święte, puste i napełnione aż do bólu. Wierzyłem przeznaczeniu, gdy przysiągłem sobie kochać tylko jedyną kobietę. Koledzy mię spoili i zawieźli do takiego domu. Nazajutrz stałem się mężem takiej kobiety. I przeżyłem całą okropność praw pogwałconych — w mej tęsknocie za istotną miłością. I wtedy spotkałem na jedno oka mgnienie córkę isprawnika, ex narzeczoną popa, żonę wychrzczonego adwokata — i ja na wieki ją pokochałem. Lecz nie pragnę jej — nie urzeczywistnię, choć Platon mówi, że miłość jest przejściem od nieposiadania do posiadania — u mnie naodwrót: ja posiadam ją całą, ponieważ jej nie mam — i stracę ją, gdy spojrzę aż do dna jej nie głębokich choć czarnych oczu. Lecz naco analizuję? Jestem po ludzku biorąc, biedny psychopata. A jednak Bóg jest cały w marnej stajence mej duszy. I wszystkie gwiazdy kłaniają się mnie. I ja w tym Teatrum śmiechu niewesołego i łez nieprzejmujących, klękam u nóg twych — naprawdę klękam — całuję ręce twe — i naprawdę łzami oblewam ten pokład wojennego okrętu, mówiąc do ciebie: władaj stumilionem dusz. Ja ci je wszystkie wydam. Ja będę czerńcem w klasztorze i będę tak cicho, jasno modlił się za twoją wielkość. Wilhelm Ton: Idź więc — zgiń — i zobacz. Lejtenant Szmidt: W tem mgnieniu, gdy głowa ma toczyć się będzie z pod topora kata? Alea jacta — alea jacta — alea jacta — rozkazujesz mi, więc idę. A ty mój Boski! Ty nieznany nikomu? Świat niepodejrzywa Twego istnienia, Luciferze, tylko ja błazen Twój — cień — mam spełniać dla Ciebie, widza, rolę iluzyonisty tej krainy? Ja legenda — Iwan Carewicz — mam podjąć garstkę realnej ziemi, lecz pod tym ciężarem załamie się mój kręgosłup. A Twój — czy wytrzymałby tę próbę ciśnień 24 godzin powszedniego dnia? Nie? Więc Addio — addio — Amen. Masz tu jako wyraz mej adoracyi — flakonik perfum Maharadża Taunkoru, o jakich daremnie marzą sułtanki, a ja szukałem ich wszystkimi kablami po świecie. Wylewam je u stóp Twoich w morze które jest marną kałużą dla skrzydeł Twoich, Luciferze — jak morze Tyberyadzkie, po którem chodził Twój brat Nazarejczyk! A teraz Cię żegnam — jak Magdalena (nachyla się i konwulsyjnie zębami ściska twarz Wilhelma Tona). Wilhelm Ton: Dobrze, żeś rozlał tu aromaty, bo właśnie rozwieszają zgniłe mięso. A ty kąsając mnie, — pomyśl, że jestem tylko czasowo mięsem, wstrzymanem od rozkładu. No, cóż? Masz już dosyć mej zimnej krwi? Lejtenant Szmidt (z ustami zbroczonemi krwią): Daruj mi — nie mogłem nie upoić się krwią — eucharystją Twoją. A teraz jestem, napiwszy się krwi, prawy Hyperborejczyk: chłyszczu, chłyszczu — Christa iszczu! W takie czasy, aby zostawać człowiekiem, należy zdradzać Rozum — a zostając wiernym Rozumowi — służymy Bestyi. Nie naruszam najgłębszego prawa mego — wesoło igram krwawemi mydlanemi bańkami — Iwan Carewicz. (Nikiticz skrada się nieśmiało) Nikiticz: Gdyby choć słowo jedno do niego przemówić, że my czekamy wyzwolenia. Lękam się Tona — taki zimny straszny — Może napiszę, — a choćby i na tym świstku, który wypadł Tonowi z rąk, gdy nadjeżdżał lejtenant Szmidt... Coś nie wyczytam. (Pisze.) „Do Wybrańca Bożego! My gotowi — krzyknij hasło — i wszystkie okręty wojenne i baterje nadbrzeżne odpowiedzą ci Hura! Hura! z duszy i z armat“. Źle, — już poprawiać niema czasu — (podchodzi do Lejtenanta Szmidta) Wasze Błagorodje — mam chorą matkę, doręczcie miłościwie. Lejtenant Szmidt (chowa): Doręczą koniecznie. Nikiticz: Ale nie, to sprawa ogólna. Przeczytajcie (odchodzi). Lejtenant Szmidt: To jakiś Majtek poeta?! Morzem jest dusza moja — i gorzką jest woda duszy mojej morza — utonęło w morzu tem i niebo, i otchłań, i miłość wieczności i zorza. Wyjący Mrok. Tu niema zamku, ni królestw, ni Boga — niema snów kochanki — Zamarzłem. Gasnę. Umieram. Wyklęty — patrzę w mrok Ananki. To niepojęte, jak głęboko posępna i niezdolna do czynu jest dusza Rosyi. Prosty człowiek z ludu tak pisze — i jego smutek zaraził mnie powagą wiary. Wilhelm Ton (do siebie): Mój wiersz — widać zgubiłem — (głośno): Pozwól — niech jeszcze raz przeczytam. Ach, upadł mi do morza. Lejtenant Szmidt: Umyślnie rzuciłeś! Jak ty nienawidzisz wszelkiego objawu duszy. A tym mrocznym słowom zawdzięczam uczucie, że jestem wieczny. — Marynarze — do was będę przemawiał — nie ja — lecz Rosya — religijna, wierząca, że jedno jest Niebo, jeden Bóg i Ona na świecie całym tylko jedna! Majtkowie: Hospodi, wybiła godzina przyjścia Twojego — święty Iwan Carewicz mówi — słuchajmy! Kozak Kuryło: A każesz nam iść rozbojem przez świat, to pójdziemy — choć na Konstantynopol, wypędzimy Turkę — choć na imperatora niemieckiego — naruszymy jego Papę w Rzymie, choć na Białego cara — weźmiesz sobie jego żonę — caricę, na jedną noc dzikiej kozaczej pohulanki. Majtkowie: Milcz, ataman Kuriło — to już czasy wypełniają się świętego Joanna z Apokalipsy. Kozak Kuryło: Taj nie przerobim sia w czerńcow, i całej ziemi nie zrobim świętą pustynią — wszystkich lasów nie zmienim w krzyże. Trzeba pohulać — raz na cały żywot, a tam choć trawa nie wyrośnij. Majtkowie: O Jeruzalem... Budi — budi Carstwo niebiańskie! Milczcie — tu rewolucya, nie popowszczyzna. On jest socyal-demokrata. Wolność — zwycięstwo — precz z Carem! — Antychrysty wy — wieszać was — Wilhelm Ton: Nie mów, jesteś teraz zbyt głęboko sam ze sobą. Wierzaj mi, że zwyciężysz świat — milczeniem. Majtkowie: Przeklęty, Antychryst, kusiciel! Aspida trująca — naco wstrzymujesz Słowo? — Socyaliści, łączmy się! — Syn Boży. Lejtenant Szmidt: Ja mam serce tak pełne łez i huraganów, krwawych opadających liści w wilgotną nicość, że mógłbym tylko rzucać pioruny — lub wierszami śpiewać, jak ów povero improvisatore z Puszkina. Wilhelm Ton: Ja cię zaklinam — umilknij! Lejtenant Szmidt: Nie — chłopu nie wolno zabrać pługa, ani mnie — świętego szału. Jestem wszak na wyspie Morza Śródziemnego, gdzie są same róże i wulkany — z moją Ukochaną. Ona jest pełna ran i żebraczka. Majtkowie: To lud — słyszycie. Lejtenant Szmidt: Cudownie mnie pojęliście. Ja nie mam innej miłości, jak tej, której nie można wyrazić. Jestem umyślnie waryatem, nie chcąc być tylko królem — fałszywym pomazańcem. Na wschodzie waryat — jest to istotny pomazaniec Męczarni Nieurzeczywistnialnego. Majtkowie: Ogłosimy cię Carem Wolności i nikt już na ziemi — tylko Bóg i naród ruski w tobie jednym. Lejtenant Szmidt (śpiewa):

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…