Ze wspomnień proletarjatczyka
FELIKS KON
ETAPEM NA KATORGĘ
ZE WSPOMNIEŃ PROLETARJATCZYKA
KRAKÓW, 1908. Nakładem A. Heflicha. Drukarnia Wł. Teodorczuka.
SPIS RZECZY:
Ze wspomnień proletarjatczyka
FELIKS KON
ETAPEM NA KATORGĘ
ZE WSPOMNIEŃ PROLETARJATCZYKA
KRAKÓW, 1908. Nakładem A. Heflicha. Drukarnia Wł. Teodorczuka.
ROZDZIAŁ I.
U PODNÓŻA SZUBIENICY.
Dzień 27 stycznia 1886 roku wrył się na zawsze w pamięć wszystkich skazanych w sprawie partji „Proletarjat“. Od chwili ogłoszenia wyroków minęło już czterdzieści jeden dni! 41 dni... Tak długo trzymać skazanych pod groźbą śmierci nie mógł nawet carat. Było oczywistym, że wszystkie knowania żandarmerji, prokuratorji i sądu wojennego nie doprowadziły do pożądanego skutku. Władze petersburskie, dla których proces w Warszawie nie był pierwszym procesem politycznym, nie dały się przekonać godnemi uwagi argumentami następującej treści: Partja „Proletarjat“ zawarła sojusz z rosyjską partją „Narodnej Woli“; partja „Narodnej Woli“ jest to partja, która dokonała zamachu w dniu 1/13 marca 1881 roku. Wobec tego członkowie „Proletarjatu“ powinni być skazani na karę śmierci... Podsądnych było 29. Postawić wówczas w Warszawie 29 szubienic było nie sposób. Sąd z konieczności musiał podzielić podsądnych na „godnych“ i „niegodnych“ ułaskawienia. Trudny wybór, gdy wszyscy w ostatnim słowie wznoszą okrzyki na cześć rewolucji, gdy tego ostatniego słowa używają, by jeszcze raz, raz ostatni, przed obliczem carskich sędziów zaprotestować przeciw dokonywanym nad niemi gwałtom przez oddanie ich pod sąd tych, którzy sami na ławie oskarżonych zasiadać byli powinni. Jak łagodzić karę ludziom, którzy do tchu ostatka żądają „swobody, fabryk i ziemi“, protestują przeciwko caratowi i sprawują sądy nad swemi sędziami. Trudny wybór... Ale 29 szubienic postawić nie można... I oto carscy sędziowie, kierowani przez Hurków, Fridriksów i Strelnikowych, po długich naradach wydają wyroki, nie uwzględniające popełnionych przez podsądnych czynów, lecz zgoła inny cel mające na widoku. Tym celem była chęć steroryzowania, zastraszenia odpowiednich sfer społeczeństwa. Dla steroryzowania młodzieży uniwersyteckiej wydano wyrok śmierci na studenta instytutu dróg i komunikacji Stanisława Kunickiego; wyrok na sędziego pokoju, Rosjanina Piotra Bardowskiego, miał zastraszyć sfery urzędnicze; kara śmierci na Rosjanina, kapitana inżynierji Luri miała na widoku sfery wojskowe; wreszcie wyroki śmierci na robotników Jana Pietrusińskiego, Michała Ossowskiego i Józefa Szmausa miały na celu steroryzowanie robotników tych miejscowości, gdzie wówczas ruch robotniczy najbardziej się rozwinął. Pietrusiński pracował w Łodzi, Ossowski w Warszawie, Szmaus w Zgierzu. Dopóki wszystkim grożono szubienicą, nie sprawiało to wrażenia na nikim, ale od chwili, gdy pod groźbą śmierci znalazło się 6 ludzi, położenie się zmieniło. Pierwszy dzień był okropny. Odczuliśmy podmuch śmierci, i w X pawilonie cytadeli warszawskiej, gdzie dotąd panowała zawsze pogodna wesołość, nastąpiły czarne dni nie zwątpienia i rozpaczy, ale ciężkiego, niezwykłego smutku. Czemu oni — nie ja? — myślał każdy w duszy i obawiał się spojrzeć na skazanego, jak winowajca, świadomy swojej winy... Był to smutek wyrzutów sumienia... Ocaleni od śmierci robili rachunki życia, usprawiedliwiali się przed sobą, czemu ich nie uznano za godnych śmierci za sprawę robotniczą. Żandarmi, wielcy psychologowie, chcąc zastraszyć, osiągnęli wprost odwrotne rezultaty. Ale na czcze reminiscencje nie było czasu. Skazanych na śmierć nie można było pozostawić w samotności. Uważaliśmy to za swój obowiązek. Choć serce rwało się na kawały, nie można było dawać wodzy uczuciom. Trzeba było, by ci męczennicy nasi zawsze byli w gronie szczerze miłujących ich towarzyszy, by cień smutku nie zamroczył czoła tych, co już niedługo mieli pozostawać przy życiu. Po sądzie nie robiono nam trudności w doborze towarzyszów celi. Zajmowałem w owym czasie jedną celę z Adamem Sieroszewskim (stryjecznym bratem Wacława Sieroszewskiego); na nasze żądanie przeprowadził się do nas na trzeciego Jan Pietrusiński. Miał on wówczas 19 lat zaledwie... Ale wyrok niewielkie wywarł na nim wrażenie... Żałował, że tak prędko go zaaresztowano, mówił o tym, coby robił, gdyby mu się uciec udało, niekiedy poruszał nawet kwestję, jakie wrażenie i wpływ wywrą pierwsze szubienice na dalszy rozwój ruchu rewolucyjnego... Ta kwestja pochłaniała wszystkich... Od chwili ogłoszenia wyroków usiłowania wszystkich uczestników procesu były skierowane ku temu, by jak najwięcej korzyści z niesłychanie surowych wyroków wyciągnąć dla sprawy robotniczej. Napisaliśmy list do towarzyszy, pozostających na wolności, i wkrótce, jeszcze zanim ukradziono nam skazanych na śmierć towarzyszy, doszły nas wiadomości, że ten głos „martwych“ do „żywych“ niesłychane wywarł wrażenie. Robotnicy, czytając nasz list, powołujący do walki, płakali. Carat chciał zastraszyć ludność robotniczą, a ludność ta zaprzysięgała mu zemstę za dokonane na towarzyszach morderstwa. Ale wracam do Pietrusińskiego. Tylko jeden jedyny raz odczuliśmy w rozmowie z nim, że w samotności myśli o tej śmierci, która jak miecz Damoklesa zawisła nad nim... Żartowano z jednego z towarzyszy, którego odwiedzała narzeczona. — A jam jeszcze nigdy nie kochał — smutnym głosem przerwał te żarty Janek — nie znam tego uczucia, nie mogę go sobie nawet wyobrazić. Biedne dziecko... Nie doznał go, nie dano mu go doznać... Ale takie chwile rozrzewnienia i smutku zdarzały się bardzo rzadko. Robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by je zażegnać. W tym celu urządziliśmy wykłady różnych przedmiotów dla towarzyszy robotników, korzystaliśmy z prawa zbierania się w jednej celi i urządzaliśmy dyskusje i pogawędki. Niekiedy tworzyliśmy chóry i głośne śpiewy rozbrzmiewały w całym pawilonie. A czas robił swoje. Minął tydzień. Wyroki śmierci, wiszące nad towarzyszami, wydawały nam się już nieprawdopodobnemi. W miarę tego, jak czas upływał, zaczynaliśmy się uspokajać. Jedynie los Stanisława Kunickiego wzbudzał powszechne obawy. Był on jednym z najbardziej czynnych członków „Proletarjatu“. Oddany sprawie całą duszą, zapaleniec, dzielny organizator i agitator nie znający odpoczynku, energiczny, rzutny, odważny i sprytny, Kunicki dokonał tego, co do wściekłości doprowadzało żandarmów: wywiózł z Petersburga Degajewa w chwili, gdy go najenergiczniej szukano i gdy wyznaczono nagrodę za schwytanie go, i głównie przyczynił się do zawarcia układów pomiędzy „Proletarjatem“ a „Narodną Wolą“. Tego mu żandarmi zapomnieć nie mogli. To też o niego byliśmy najbardziej niespokojni. Ale inni? Bardowski — typowy Rosjanin — „szestidiesiatnik“ konstytucjonalista, człowiek, który jeszcze nie należał do partji, o czym wiedzieli i żandarmi i sędziowie? Za cóż jego stracić miano? Za to, że napisał odezwę do wojskowych pod wrażeniem strzelania do ludu roboczego w Żyrardowie?... Odezwę tę znaleziono w rękopisie. Nigdzie jej nie drukowano... Nie! Nawet z żandarmskiego punktu widzenia ten człowiek, już nie młody — w chwili aresztu miał 38 lat — od rana do wieczora zajęty pracą służbową, nie był niebezpiecznym. Za cóż mieliby go stracić? A Luri, w którego postępowaniu nawet sąd wojenny nie mógł się dopatrzyć innej winy prócz tej, że dawał środki na udzielanie zapomóg rodzinom uwięzionych robotników?... Za co miano ukarać śmiercią obarczonego rodziną Szmausa, którego całą winą był niefortunny zamach na szpiega? Czyż można było powiesić małoletnich, dzieci prawie, Pietrusińskiego i Ossowskiego za zabicie prowokatorów?... Nie! Ilekroć zastanawialiśmy się nad tym okropnym pytaniem: „powieszą czy nie powieszą“, odpowiadaliśmy na nie przecząco. Bo jakże inaczej odpowiedzieć mogliśmy? Czyż ludziom, mającym przeszło 50 lat, jak Bloch, Degórski, Formiński, nie złagodzono kary „ze względu na młodość“? Czyż znanemu działaczowi, filarowi rewolucji polskiej, twórcy partji „Proletarjat“, wieloletniemu rewolucjoniście, znanemu w całym świecie socjalistycznym, Ludwikowi Waryńskiemu, nie zamieniono kary śmierci na ciężkie roboty ze względu na „zaślepienie młodości“ (uwleczeńje)? Więc jakże mogliśmy wątpić, że i tych skazanych ułaskawią? A zresztą wszak już cały tydzień minął... Całych 7 dni ludzie spędzili pod groźbą kary śmierci... Czyż tego nie dosyć?... Gdyby miano powiesić, powieszonoby odrazu... A jednak... widmo śmierci spokoju nam nie dawało... Dzikim się nam wydawało, że mogą przyjść do celi, zabrać nam towarzyszy i zabić... Nie! Do tego nie można było w żadnym razie dopuścić. Musimy ich wyrwać z krwawych szponów, urato- wać... „Musimy!“ Ale jak? I oto zradza się cały szereg planów ucieczki... Szczególnie energicznym i pomysłowym był pod tym względem Mieczysław Mańkowski. Jego to pomysłem było, by przepiłować deski w suficie, wydostać się na strych, stamtąd na dach i, korzystając z ciemności, spuścić się po rynnie. Plan ryzykowny, bo gdyby się nawet to szczęśliwie udało wykonać, pozostawało jeszcze obmyślenie planu wyjścia z cytadeli, twierdzy ze zwodzonemi na noc mostami. Ale czyż dla skazanych na śmierć są ryzykowne plany? To też z całą energją, na jaką nas wszystkich było stać, wzięliśmy się do wcielenia w czyn tego planu. Napisaliśmy do towarzyszy, pozostających na wolności i otrzymaliśmy od nich piłę i... rewolwer! Tak jest, w X pawilonie posiadaliśmy rewolwer z nabojami, który potym, gdy wszystkie plany spełzły na niczym, zamurowaliśmy w jednej z cel i który po wielu latach przypadkowo dostał się do rąk żandarmów. Od chwili, gdyśmy posiedli piłę, Mańkowski energicznie wziął się do urzeczywistnienia swego planu: przepiłował deski w suficie, wydostał się na strych, ale podróż po dachu zimową porą, kiedy noga się co krok ślizga, była niemożliwa... Zrodził się nowy plan przepiłowania otworu ze strychu do sieni, prowadzącej do mieszkania zawiadowcy X pawilonu, a stamtąd już droga po scho- dach otwarta... Trudny do wykonania plan, gdy się ma jedną laubzegę, gdy jest możność pracowania tylko w nocy, bo we dnie na otwór w suficie łatwo mogli żandarmi zwrócić uwagę. Ale, gdy nad głowami towarzyszy zawisła groźba śmierci, czyż mogło cokolwiek być ponad siły? Mańkowski pracował nieustannie. Niepowodzenia go nie zrażały, niebezpieczeństwo dlań nie istniało... A czas upływał... Minął już drugi tydzień... trzeci... 21 dni... Niebezpieczeństwo wykonania wyroków pierzchło... Czyż mogli je po upływie tak długiego czasu wykonać?... Ale z drugiej strony czyż wobec tego te plany, które nie były ryzykownemi dla skazanych na śmierć, nie są zbyt hazardowne dla tych, których szczęśliwie ten cios ominął? Czyż nie lepiej będzie zająć się ułatwieniem im ucieczki z drogi na katorgę? Jeden z bodźców energicznej, na nic nie oglądającej się działalności, zniknął. Rozwaga i rozsądek, na chwilę wyrugowane hen daleko, znowu przypomniały o sobie... Fantastyczne plany ucieczki straciły urok, znajdowały coraz więcej przeciwników, aż wreszcie i niezmordowany Mańkowski dał za wygranę. Narzędzia i rewolwer znalazły się w bezpiecznym schronieniu... Czekaliśmy... I znowu upłynął tydzień... drugi... Trzeci dobiegał do końca... O jakże dobrze czuliśmy się już wszyscy wówczas! Nie powieszą! Już nie powieszą! Nie! tego uczucia nie podobna opisać. Myśmy już śmiało spoglądali w oczy skazanym... Nie przysłaniało nam ich widmo śmierci... Cieszyliśmy się jak dzieci... Radość drgała nam w duszy... Radość! A czyż wszyscy nie byliśmy skazani na śmierć cywilną, na długoletni pobyt w katordze i na wygnanie? Ale cóż to wszystko znaczyło wobec tego, że ci, których już opłakaliśmy, pozostawali przy życiu?... Czasami, jak czarna chmura w jasny dzień przysłaniała nam słońce radości myśl o Szlisselburgu, ale instynktownie odpychaliśmy ją i w stęchłym więzieniu napawaliśmy się życiem... Gdy nas wyprowadzano na spacer, bawiliśmy się jak dzieci... Ile takich scen utkwiło w pamięci każdego z nas! Jedną z nich opiszę. Nie mogę nie opisać... Było to 27 stycznia. Dzień był jasny, pogodny, ale mroźny. Zaduch cel X pawilonu dławił piersi, a słońce z zewnątrz, przez kratę więzienną, tak pociągało ku sobie... Śnieg lśnił miljonami brylantów. Zaledwie pootwierano drzwi, by wypuścić nas na spacer, gdy jak opętani rzuciliśmy się niemal jednocześnie ze wszystkich cel, skacząc po schodach i dokazując... Śnieg zaskrzypiał pod młodemi nogami, wabiąc ku sobie... Stach Kunicki pierwszy jak zwykle w takich razach ulepił gałkę ze śniegu i z odziedziczoną po matce zwinnością gruzina rzucił nią w jednego z towarzyszy, natychmiast chwytając śnieg dla następnej. Po chwili już większość, uzbrojona w gałki ze śniegu, toczyła bój. Krzyki, hałas, śmiech, zwabiły na okna towarzyszy, niedawno zaaresztowanych w sprawie Marji Bohuszewiczównej. To wzmogło jeszcze hałas. Niezgrabnych wyśmiewano, zręcznych oklaskiwano... Walka na piguły zainteresowała wszystkich. Nawet Waryński wziął w niej udział... Nawet Bardowski i Janowicz przerwali na chwilę zwykłą, a nigdy nie wyczerpującą się gawędę o kapitalizmie w Rosji, o W. W. (znanym ekonomiście, należącym do obozu tak zwanych „narodnikow“ — ludowców, autorze „Losów kapitalizmu w Rosji“). Godzina spaceru wydała nam się krótką chwilką. Wezwani do powrotu niechętnie posłuchaliśmy żandarmów i powróciliśmy do dusznych cel... Na dworze było tak dobrze, w celach tak ponuro... Wielu z nas już siedziało w cytadeli przeszło dwa lata... Ale cóż było robić? Przedłużenie spaceru pozbawiłoby innych możności oddychania świeżym powietrzem w ciągu godziny... Wróciliśmy i do cel i do zwykłych zajęć. Kunicki, wrażliwy jak mimoza, jak tylko przestąpił próg celi, już zupełnie nie był podobny do tego Kunickiego, który przed chwilą na podwórzu wszystkich zwyciężał. Spochmurniał, spoważniał... Miał właśnie mieć wykład fizyki dla robotników i robił przygotowania do lekcji. Po chwili wykład się rozpoczął. Stach posiadał dar popularyzatorski. Intuicyjnie wyczuwał, kiedy uwaga słuchaczów słabła i w porę wplatał coś takiego, co na nowo przykuwało ich uwagę do wykładu... Słuchali go też z największym zajęciem. Już się zaczynało ściemniać, wykład miał się ku końcowi, gdy nagle we drzwiach celi ukazał się podoficer żandarmski Fomin i wezwał Kunickiego do kancelarji. Nie zaniepokoiło to nikogo. Tyle razy wzywano nas do kancelarji dla jak najrozmaitszych powodów, że nie mogło to nas zaniepokoić. Ale po 5 minutach podoficer znowu przyszedł. Tym razem po Bardowskiego... To wzbudziło podejrzenie... Z celi do celi przelatywało pytanie: „Co to jest? Po co ich wezwano?“ Okropna myśl o Szlisselburgu świdrowała mózg... Czyżby... Fomin znowu powrócił i wezwał Ossowskiego... Nie! Ossowskiego nie mogli zamykać w Szlisselburgu. W tej przeklętej twierdzy żywcem grzebano, bez względu na wyrok, na ilość lat katorgi najbardziej wpływowych. Dziewiętnastoletni Ossowski nie nadawał się do Szlisselburga. Zdaje się, że Waryńskiemu pierwszemu przyszło do głowy, że nadeszła z Petersburga konfirmacja wyroków. Domysł ten uspokoił wszystkich. Nastąpiła kolej na Pietrusińskiego... On już czekał na podoficera i niemal wybiegł na jego spotkanie... Ale po odejściu Janka minął kwadrans, pół godziny, a po innych nie przychodzili... I znowu straszny niepokój nas ogarnął... Pukaliśmy do drzwi, pytali się żandarmów, ale prócz suchej, bezdusznej, urzędowej odpowiedzi: „nie mogu znat’“ — nic z tych wyschłych w służbie ludzi wydobyć nie mogliśmy. Coś się działo! ale co? Czyżby Szlisselburg?... Boże drogi! O Szlisselburgu mieliśmy zupełnie dokładne wiadomości, a jednak w głębi duszy modliliśmy się, by to był „Tylko Szlisselburg“! Grobowa cisza zapanowała w celach. Leżeliśmy na tapczanach więziennych bez ruchu, bez myśli niemal... Naraz drzwi się otworzyły... To Fomin przyszedł po rzeczy Pietrusińskiego... Zarzuciliśmy go pytaniami, ale znowu odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Wówczas oznajmiliśmy, że nie wydamy mu rzeczy, dopóki sam Pietrusiński po nie nie przyjdzie... — „On już więcej nie wróci“ — odpowiedział podoficer takim tonem, że nas dreszcz przeszedł, a zaskoczeni znienacka, zdruzgotani, zgnębieni, już mu więcej żadnych pytań nie stawialiśmy, a gdy zabierał rzeczy Pietrusińskiego, do żadnego oporu nie byliśmy zdolni... W innych celach powtórzyła się taka sama scena. I znowu nad X pawilonem widmo śmierci zawisło... W pół godziny potym odwiedził nas zawiadowca X pawilonu, porucznik Fursa. Od niego dowiedzieliśmy się dopiero okropnej prawdy. Po przetrzymaniu ludzi przez 42 dni pod groźbą kary śmierci, ukradziono ich nam, by zamordować... Trudno opisać, co się z nami działo... Cios był dobrze wymierzony. Cała nasza wola, energja były sparaliżowane. Gdyby nas kolejno, jednego za drugim na szubienicę wieść mieli, niktby chyba oporu nie stawiał. Tego stanu duszy rząd nie rozumiał. Fursa w rozmowie napomknął, że na wszelki wypadek przygotowano sznury, by nas wiązać i załogę X pawilonu podwojono! O, wielcy psychologowie!... Jeden z nich, porucznik Fursa, właśnie stał przed nami i udawał wzruszonego... Tak, udawał! Stwierdzam to z całą stanowczością. Mówił, co prawda, cichym, stłumionym głosem, ale ani jeden muskuł nie drgnął w jego twarzy, a oczy, to zwierciadło duszy, tylko przestrach wyrażały. Bał się, by ktokolwiek z nas łba mu nie rozpłatał. Wiedział, że nie mamy nic do stracenia, stanu naszej duszy nie rozumiał i rozumieć nie mógł i może się nawet dziwił, że tego nie robimy. Groza dokonywanego nad bezbronnemi ludźmi morderstwa, groza, którą odczuwało wielu żandarmów, była mu obca. Strach, zwierzęcy strach, to jedno odbijało się w jego oczach. Pod tym względem ten były huzar, który porzucił służbę w huzarach dla lepiej opłacanej służby żandarmskiej, stanowił żywy kontrast z komendantem cytadeli, gienerałem Unkowskim. Starzec ten nieraz podczas wielomiesięcznego naszego pobytu w X pawilonie stanowczo a energicznie w naszej obronie występował przeciwko prokuraturze i żandarmom. Zbrodnię dokonaną na męczennikach naszych odczuł zupełnie inaczej niż Fursa. Nie śmiał nam w oczy spojrzeć, jakby był spółwinny tej zbrodni. A gdy mu Hurko rozkazał, by był obecnym przy straceniu tych ofiar, wręcz odmówił i podał się do dymisji... Niestety, przedstawicieli władzy, którzyby takie jak Unkowski wspomnienie po sobie pozostawili, było bardzo niewielu... Większość, przeważna większość była taka sama, jak Fursa. Karjera była dla nich jedynym bożyszczem. A że dla podniesienia się po szczeblach tej karjery, trzeba było stąpać po świeżych trupach, to było dla nich obojętnym... Ludzkiego uczucia można się było jeszcze dopatrzyć u zwykłych żandarmów, ale u oficerów żandarmskich, u prokuratorów — nie. Takiego wypadku nie mogę przytoczyć ani jednego. Od zwykłych żandarmów, wiedzionych właśnie tym uczuciem ludzkim, dowiedzieliśmy się o kilku szczegółach, dotyczących ostatniego dnia życia skazańców. Przeniesiono ich do innej części X pawilonu, ale pomiędzy sobą pozwolono się komunikować. Kunickiemu dano podobno widzenie z matką, Pietrusińskiemu z rodziną. Wszystkich skazanych pytano, czy nie pragnęliby się wyspowiadać. Kunicki i Bardowski odmówili, Ossowski i Pietrusiński zgodzili się. Nad ranem przyprowadzili wszystkich na miejsce egzekucji. Ale jeszcze i wówczas żandarmi nie wyrzekli się systemu znęcania się nad skazanemi. Kunickiemu i Bardowskiemu już nic zrobić nie mogli. I jeden i drugi, idąc na rusztowanie, nie mogli nie pamiętać o młodszych towarzyszach, by w każdej chwili, jeśli się okaże potrzeba tego, moralnie ich podtrzymać... Wiedzieli o tym żandarmi, to też, chcąc wyrwać jęk z piersi tych, których uważali za bardziej słabych, za mniej zdecydowanych, ich właśnie zrobili świadkami tracenia Kunickiego i Bardowskiego. Ale Pietrusiński i Ossowski okazali się godnemi synami proletarjatu polskiego. Mężnie, jak na bojowników sprawy robotniczej przystało, spotkali stracenie Bardowskiego i Kunickiego bez jęku, bez strachu... Trzecim zawisł na stryczku Pietrusiński, czwartym dopiero Ossowski. Ossowski oberwał się. Obecni przy wieszaniu żandarmi byli przekonani, że go ułaskawią i nawet ich oburzyło to, że go po raz wtóry powieszono... Po kwadransie lekarz skonstatował śmierć i wszystkich czterech pochowano razem w jednym bratnim grobie nad brzegiem Wisły u wrót Cytadeli, o jakie 30 kroków od miejsca, gdzie stało rusztowanie. Miejsce egzekucji i wiecznego spoczynku naszych towarzyszy było na odległości 150—200 kroków od X pawilonu. O godzinie 7 z rana jeden z nas, nie pamiętam już kto, wlazł na okno, by otworzyć lufcik i naraz zdławionym głosem zawołał: — Patrzcie! Patrzcie! Wskoczyliśmy na okno. Z tamtej strony muru fortecznego krzątali się jacyś ludzie... Zakopywano grób... Wydarte nam ofiary wieszano przed naszemi oknami... Żandarmi nie chcieli nam oszczędzić tego okrutnego widowiska i tylko szczęśliwy traf zrządził, żeśmy nie byli widzami tego morderstwa. Takiego okrucieństwa nie podejrzywaliśmy nawet, i to nas uratowało.
ROZDZIAŁ II.
OSTATNIE DNI W WARSZAWIE.
Jakżeż okropnie zmienił się X pawilon! Ponura cisza... Ze wszystkich kątów wyziera przeraźliwe widmo śmierci. Pięści się konwulsyjnie ściskają i jedno jedyne słowo opanowuje umysł... Zemsta! Zemsta straszna, bezlitosna!... Dotąd to uczucie było nam obce, zwalczaliśmy je, jako spychające nas na rozdroża, tysiące argumentów mieliśmy zawsze w zanadrzu przeciwko zemście... Świeże cztery trupy jakby za jednym podmuchem rozwiały wszystkie argumenty, wszystkie rozumowania... Zemsta... Ból rozsadza pierś... Tuż, niemal że przed naszemi oczami, dokonano strasznego mordu na najszlachetniejszych ludziach, a myśmy nie mieli nawet możności opowiedzieć światu o tej zbrodni... Oparci o kratę, tuląc rozgorączkowane czoło do zimnego żelaza, wściekli, ale bezsilni, staliśmy w oknach, unikając wzajemnego towarzystwa, bojąc się nawet spojrzeć jeden na drugiego... Pod oknami jak zwykle krokiem miarowym maszerował żołnierz, obojętny na nasze krzywdy i bóle... Wtym do ogródka wprowadzono kilku księży, więzionych za sprawę unicką. Dotąd nie mieliśmy z niemi żadnych stosunków. Bo i cóż nas z niemi łączyć mogło? Teraz jednak, zobaczywszy tych ludzi, zupełnie nam obcych, spokojnie wychodzących na spacer, nie wytrzymaliśmy i krzyknęliśmy im o tym, co się stało... Stanęli, jak wryci... Po chwili zdjęli kapelusze, przeżegnali się i modlić się zaczęli... Żandarmi milcząc spoglądali na nich i ta uroczysta chwila i dla nich nie przeszła bez śladu. Wspominali o niej potym niejednokrotnie... Zmówiwszy modlitwę, księża powrócili do cel, zrzekając się spaceru... Potym już nic przeraźliwej ciszy nie przerywało, chyba jęk którego z miotających się po celi więźniów... Ile dni trwał taki stan — nie pamiętam. Długo jednak, wieczność całą... Z biegiem czasu atoli złagodziła go nowa troska, obawa o innych, o żywych. Jeżeli tamtych powieszono, to, rzecz oczywista, będą jeszcze nowe ofiary, rząd jeszcze kilku wyśle na zatracenie do Szlisselburga... Kilku!... Trudno opisać, jak okropnie nas gnębił ten krótki i nieokreślony wyraz. Pytanie: „Ilu?“ i „kogo?“ Od rządu trzymającego ludzi 42 dni pod groźbą śmierci można było oczekiwać wszystkiego. Po straceniu 4, pozostawało nas 25. Zdrajcę Pacanowskiego i dwu oficerów, Sokolskiego i Igelstroma, jako skazanych na osiedlenie, oczywiście nie braliśmy w rachubę. Ale pozostawało jeszcze 22... Co do jednych byliśmy pewni, że ich rząd żywcem nie wypuści ze swych szponów; do takich należał Waryński i Janowicz, ale co do innych, co do Rechniewskiego, Płoskiego, któż mógł mieć tę pewność? Waryński nie miał żadnych złudzeń co do tego, ani na chwilę nie wątpił, jaki go los czeka, wierzył jednak w swoje siły i żartował, że jeżeli nie pozbawią go palenia, cały termin 16-letni przetrzyma. Janowicz, przeciwnie, był pewny, że nie wytrzyma nawet roku, że zwarjuje. Tego się najbardziej obawiał, a przeszłość utwierdzała go jeszcze bardziej w tym przeświadczeniu. Gdy go zaaresztowano, nie zniósł nawet kilkotygodniowej samotności: prześladowały go okropne halucynacje. Wciąż widział przed sobą żandarma, skwapliwie rachującego uderzenia jego pulsu w skroniach i na szyi i odczytującego w ten sposób jego myśli. Próżno zasłaniał jedną ręką skroń, a drugą szyję... Żandarm wlepiał wzrok w drugą skroń i liczył, liczył, liczył... To liczenie doprowadzało Konrada (był to pseudonim Janowicza) do rozpaczy. We dnie i w nocy myślał o jednym, jak przerwać tę mimowolną zdradę. I oto jednej nocy wymyślił środek: rozbije butelkę i poprzecina kawałkiem szkła arterje... Nazajutrz plan ten zaczął wykonywać. Na szczęście spostrzegli to żandarmi i posadzono go z porady lekarza więziennego ze Szmausem. Nie wiele to pomogło. Janowicz przedtym nie znał Szmausa i był pewnym, że go posadzili ze szpiegiem. Szmaus również niezbyt przyjaźnie przywitał tego podejrzliwie nań spoglądającego spółlokatora, niedwuznacznie oznajmiającego mu, że uważa go za szpicla. Stan nerwowy Janowicza jeszcze bardziej się pogorszył. Dopiero gdy go posadzono w jednej celi z Kunickim powrócił do zdrowia. Ale wspomnienie tych kilku tygodni samotności truło mu już zawczasu życie, dawało przedsmak tego, co go w Szlisselburgu czeka... Mylił się jednak, nie znał siebie... Gdy szło o innych, gdy trapiły go obawy, że ktoś przez niego może się dostać w ręce oprawców — nerwy nie wytrzymywały napięcia, ale gdy on i tylko on był i mógł być ofiarą carskiej inkwizycji, starczyło mu sił, aby w ciągu 12 lat wytrzymać Szlisselburską kaźń... Znosił mężnie wszystko, by potym opowiedzieć światu, jakiemi środkami walczy carat z rewolucją... Dokonał tego... Po 12 latach jeden z pierwszych opisał Szlisselburg, ale już więcej energji do życia nie miał... Sześć lat później zastrzelił się na dalekiej północy nie mogąc nauczyć się żyć na nowo. O grożącym Janowiczowi i Waryńskiemu niebezpieczeństwie myśleliśmy wszyscy, ale nie mówiliśmy o tym pomiędzy sobą. Ponure milczenie zapanowało w celach, marzyliśmy o jak najprędszym opuszczeniu X pawilonu, w którym tyle czasu spędziliśmy, ale jednocześnie drżeliśmy na myśl, że to opuszczenie pawilonu dla kilku z nas będzie zwiastunem zamurowania żywcem w Szlisselburgu. Nikt z nas nie miał pojęcia, kiedy to może nastąpić. Zwykle tego rodzaju wiadomości zawczasu otrzymywaliśmy albo od przedstawicieli władzy w rozmowie prywatnej, albo przez krewnych podczas widzeń. W danym wypadku władze miały dosyć taktu, by nam się nie pokazywać na oczy, a rozmowa na widzeniu z rodzinami szła jak po grudzie. Krewni ubolewali nad losem, ich niepokoiły śnieżne sybirskie stepy, roboty w kopalniach, kajdany... nasze zaś myśli od grobów na stokach cytadeli nad brzegiem Wisły przenosiły się do... grobu nad Ładogą, który jeszcze czyhał na nowe ofiary... O sobie wówczas nikt nie myślał, bo cóż znaczyła najsroższa „katorga“ w porównaniu ze Szlisselburgiem, gdzie ludzie mówić zapominają! Nareszcie w połowie lutego oznajmiono nam, że nas przewiozą natychmiast do innego więzienia. W pawilonie zostać mieli tylko 3 oficerowie: Luri, Igelstrom i Sokolskij, nad któremi, jak oznajmił nam zawiadowca, żandarmski porucznik Fursa, miano dokonać ceremonji pozbawienia rangi i orderów. Zebraliśmy się w jednej celi i, nie zdając sobie sprawy z tego, co robimy, zaczęliśmy się ze sobą żegnać. Zdawać się to może dziwnym, niezrozumiałym: jechać wszak mieliśmy razem i do jednego więzienia... Gdyby nas kto spytał o objaśnienie, nie moglibyśmy mu go udzielić... A jednak to serdeczne pożegnanie miało sens wielki i głęboki. Staliśmy na progu nowego życia, życia ludzi pozbawionych praw, oddanych w ręce oprawców i mających jedną jedyną broń przeciwko gwałtom — własne życie, które w każdej chwili może trzeba będzie rzucić w twarz carskim oprawcom... Żegnaliśmy się w osobie towarzyszy z życiem wolnym... — Prędzej, panowie, prędzej — co chwila przeszkadzali nam żandarmi... „Prędzej!“ Nie spieszyło się nam do tego innego życia... Wleźliśmy na okna i zdala pożegnali krzykiem: „do widzenia“ tych, których sprawa jeszcze nie była przez żandarmów doprowadzona do końca i którzy długie miesiące jeszcze mieli spędzić w dziesiątym pawilonie. — Do widzenia! Do widzenia! „Do widzenia!“ Było ich kilkudziesięciu... Większości już nigdy w życiu nie spotkaliśmy, a najwybitniejsi z nich — Marja Bohuszewicz, Rozalja Felzenhardt, Konstanty Strzemiński — zginęli na sybirskich etapach. — Prędzej, prędzej! — nie dawał nam spokoju dyżurny żandarm. Spakowaliśmy rzeczy i poszliśmy do kancelarji. Przez odchylone drzwi z ciemnego pokoju sąsiedniego spoglądał na nas pułkownik żandarmski Biełanowskij — człowiek o sercu szakalim, który nie mógł usiedzieć w domu, gdy można było napawać się ludzką krwią, ludzkim cierpieniem. Zdenerwowani, trochę podnieceni, nie zwracaliśmy nań uwagi i po chwili z tłumoczkami w ręku udaliśmy się za żandarmem po schodach do oczekujących na nas w podwórzu więziennym karetek, eskortowanych przez konnych żandarmów. Zaledwieśmy usiedli, karetki ruszyły, za niemi kawalkada żandarmów. Wieziono nas literalnie, „co koń wyskoczy“. Przez małe okratowane i odrutowane okienka karetki spoglądaliśmy na ulice Warszawy. Przypadkowi przechodnie stawali zdumieni niezwykłym widokiem, nie wiele jednak mogli ujrzeć, gdyż po chwili już byliśmy daleko... Po dziesięciu minutach wrota Pawiaka gościnnie się przed nami rozwarły; karetka stanęła, żan- darmi zeskoczyli z koni i wprowadzono nas do więzienia. Dopóki zawiadowca X pawilonu był obecnym, naczelnik więzienia śledczego załatwiał formalności, związane z przyjęciem więźniów, do nas się niemal nie zwracając, ale gdy Fursa, po otrzymaniu pokwitowania z odbioru nas, opuścił Pawiak, naczelnik (nazwiska nie pamiętam) uprzejmie nas przywitał, prosił, byśmy o wszystko czego nam będzie potrzeba bezpośrednio do niego się zwracali, zapewniając, że wszystko zrobi, co tylko będzie w jego mocy. Z pierwszego słowa, z tonu, w jakim ono było powiedziane, odczuliśmy, że mamy do czynienia z dobrym i uczciwym człowiekiem i to pierwsze wrażenie nas nie zawiodło. Od tego staruszka nie doznaliśmy żadnej goryczy. Przeciwnie. Prawdopodobnie w pamięci każdego z nas tkwi dotąd obraz, gdy ten staruszek, w chwili naszego wyjazdu z Pawiaka, żegnał nas krzyżem i słowami: „niech was Bóg prowadzi, niech Bóg ma was w swojej opiece!“ Po chwili wprowadzono nas do więzienia przez długi korytarz, ponury i ciemny, „jak Lucypera podziemny pałac“ do niewielkich cel, o małych, okratowanych okienkach niemal że pod samym sufitem. Janowicza ulokowano w jednej celi ze mną, Waryńskiego z Dulębą. Zmiana miejsca pobytu dodatnio wpłynęła na zmianę nastroju, aczkolwiek obawy o towarzyszy, którym groził Szlisselburg, nie znikły. Nazajutrz z samego rana odwiedził nas w celach naczelnik i oznajmił, że otrzymał rozkaz zakucia nas w kajdany i zgolenia nam pół głowy, wąsów i brody, ale że na to golenie nas nie może się zdecydować i każe nas ostrzyc. Nieszczęśliwy! być może, że z dni młodości pozostał mu jeszcze w pamięci wiersz Mickiewicza o głowie, „z której włos przemoc odarła bezwstydna“, i uczestnikiem tej przemocy być nie chciał. Sprawę tę już uprzednio omawialiśmy i postanowiliśmy nie protestować przeciwko temu gwałtowi. Ostrzyżono nam lewą połowę głowy, wąsy i brodę i zakuto w kajdany. To ostatnie żadnego na nas wrażenia nie zrobiło. Było tylko niedogodnym, bo mocno utrudniało ubieranie się. Łańcuch, łączący okowy na nogach, utrudnia naciągnięcie spodni, to też wdziewanie tej części tualety sprawiało niemały kłopot. Po wciągnięciu jednej nogawicy, przez tę samą okowę trzeba było przeciągnąć drugą, następnie tę drugą przeciągnąć z dołu do góry przez drugą okowę i dopiero potym wciągnąć jak zwykle na drugą nogę. Gdyśmy po dokonaniu tych wszystkich operacji wracali na korytarz już w nowym uniformie, wielu brodaczy — zwłaszcza Waryńskiego, For- mińskiego i Tomaszewskiego, nie sposób było poznać. Tylko ja jeden niemal zupełnie się nie zmieniłem, bo dla braku wąsów i brody nie można mi było ich zgolić... Dokonany na nas gwałt nie mógł nie wpłynąć na usposobienie ogółu. Spostrzegszy to, Waryński, gdyśmy wyszli na spacer, schwycił najbliższego sąsiada za rękę i ze śpiewem:
rozpoczął skocznego mazura. Za nim podążyli inni i ten mazur, który kiedyś miało „pół Polski zaśpiewać“, rozlegał się po podwórku więziennym, ściągając do okien i na ganki mieszkańców ulicy Dzielnej, którzy ze zdumieniem i zaciekawieniem spoglądali na tych zakutych w kajdany pierwszych bojowników sprawy robotniczej, których wolnego ducha ni kajdany, ni więzienia carskie skuć nie były zdolne. Ożywieni, z wezbranym w sercu uczuciem powróciliśmy do cel, gdzie nas wkrótce odwiedził wice-prokurator. O nic nie pytał, o niczym nie rozmawiał... Byliśmy przekonani, że, zdjęty ciekawością, przyszedł spojrzeć na tych, o których na wszystkie cztery strony świata trąbiły pisma pol- skie, rosyjskie i zagraniczne. Myliliśmy się. Sprawnego biurokratę nigdy nie interesują, natomiast najgłębszy interes posiada dla nich I ten młody, ale gorliwy sukcesor Plewego przyszedł skontrolować, czy sprawiedliwości stało się zadość i czy „bumaga“ należycie wykonana została. Pobłażliwość naczelnika nie uszła jego baczności i nazajutrz naczelnik otrzymał nową, groźną bumagę z zapytaniem, dla czego nas podczas gdy instrukcja wyraźnie nakazuje katorżan. Nie wiem, co odpisał na swe usprawiedliwienie poczciwina-naczelnik, znalazszy się pomiędzy młotem bumagi a kowadłem własnego sumienia, ale że wykonanie rozkazu kosztowało go dużo męczarni — to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Przyszedł do nas, zgięty, złamany, z opuszczoną głową, nam oddając decyzję w tej sprawie. Uspokoiliśmy go oznajmieniem, że byliśmy na to przygotowani i że wobec tego nie widzimy potrzeby sprzeciwiania się dokonaniu na nas tego barbarzyństwa. Wahał się jeszcze, ale widać było, że szala tych wahań przechyli się na stronę otrzymanego rozkazu. I rzeczywiście na drugi dzień wezwano nas do kancelarji, gdzie już na nas czekał cyrulik... Powiedzieliśmy nadzorcy, żeśmy byli przygotowani na golenie to... Myśleliśmy rzeczywiście, żeśmy przygotowani... Nieprawda! Dopiero gdy cyrulik zaczął nam skrobać głowę, odczuliśmy całą grozę, całą ohydę dokonywanego na nas gwałtu, i trzeba było całej siły woli, by nie odtrącić tych dobrodusznych wykonawców wstrętnych rozporządzeń... Utrzymują ludzie, że do wszystkiego się można przyzwyczaić. Nie! Są rzeczy, do których przyzwyczaić się, z któremi pogodzić się nie sposób. Takim jest to szkaradne golenie głowy. W ciągu pięciu lat dokonywano nade mną tej operacji co dwa tygodnie, ale i ostatni raz, jak ongi pierwszy, podczas tej procedury wszystko się we mnie burzyło, całym swym jestestwem czułem, że w ten sposób znęcają się nad moją godnością. To samo czuli i inni towarzysze niedoli. Dzień golenia na Karze był dniem przygnębienia. Wielu, by uniknąć tej procedury z rąk obcych, sami golili sobie głowę zawczasu. Na Pawiaku oczywiście sami tego dokonać nie mogliśmy, to też znowu na chwilę zapanowało przygnębienie, od którego wszelkiemi siłami staraliśmy się otrząsnąć, szczególniej przy stykaniu się ze światem pozawięziennym, zwłaszcza z krewnemi na widzeniach. Było to niemal że koniecznym. Krewni, widząc nas w aresztanckich kubrakach, ogolonych, przy każdym poruszeniu dzwoniących kajdanami, utulić się w żalu nie mogli. Trzeba ich było podtrzymać na duchu. Zmartwieni, przygnębieni w lot chwytali wszelkie kursujące pogłoski o naszym losie i święcie wierzyli w ich prawdziwość. Podług jednej z takich pogłosek miano wysłać do Szlisselburga: Waryńskiego, Janowicza, Luriego, Mańkowskiego, Rechniewskiego, Dulębę i mnie. Zakomunikowano ją nam, ale nikt z nas nie dał jej wiary. Okazało się jednak, że niema dymu bez ognia: połączono w jedną grupę Szlisselburczyków i Karyjczyków, i tylko na tym cały błąd polegał. Po tygodniu pobytu na Pawiaku oczekiwany cios ugodził w nas. Wieczorem wszedł do naszej celi i do celi Waryńskiego i Dulęby naczelnik więzienia i oznajmił, że przyjechali po Janowicza i Waryńskiego. — „Kto przyjechał?“ — „Żandarmi!“ Wątpliwości znikły, a jednak na dnie duszy tliła jeszcze nadzieja, że może wywożą tylko partjami do Moskwy... Pożegnaliśmy ich... znowu na zawsze. Waryński żartował, zabrał ze sobą papierosy, twierdząc, że żandarmi, najszlachetniejszy naród pod słońcem, napewno pozwolą w drodze palić. Nazajutrz rano od naczelnika więzienia dowiedzieliśmy się, że odwieziono ich na kolej petersburską, a zatym do Szlisselburga. Okropne to uczucie, gdy się ludzi na pewną śmierć żegna, tym okropniejsze, kiedy wiadomo, że agonja będzie trwać lata całe, bo chociaż gienerał Orżewskij nie wypowiedział jeszcze wówczas swego aforyzmu, że ze Szlisselburga nie wychodzi się, lecz jest się wynoszonym, — o tyle naiwni nie byliśmy, byśmy mieli jakiekolwiek złudzenia. I im lepiej było nam na Pawiaku — a było nam dobrze — tym bardziej odczuwaliśmy jakieś wyrzuty sumienia, tym bardziej nam była przykrą ta różnica między naszym położeniem a położeniem tych, których uważaliśmy za najlepszych, najszlachetniejszych, najbardziej oddanych sprawie i najdzielniejszych. I znowu upłynął tydzień i znowu przyszedł na nasz oddział naczelnik z oznajmieniem, że przyjechali po Rechniewskiego, Mańkowskiego, Dulębę i mnie. — „Kto“? — „Kozacy!“ A zatym nie Szlisselburg! Poszliśmy do cel pożegnać się z pozostającemi... Ale nie chciano się nawet żegnać z nami. Za kilka dni zobaczymy się w Moskwie. Po cóż te sentymenty? Nikogo z pozostałych nie mieliśmy zobaczyć. Wszystkich z początku wysłano do Biełgradskiego więzienia centralnego pod Charkowem, a potym na Sachalin. Wziąwszy ze sobą tłumoczki, podążyliśmy za naczelnikiem do kancelarji. Znowu nas jedna strona „oddała“, druga „przyjęła“ — następnie wpakowano nas do karetki i pod eskortą pół seciny kozaków odwieziono do arsenału — więzienia transportowego na Długiej ulicy. Tu posadzono nas wszystkich czterech razem do jednej ogromnej celi z tapczanami pośrodku. Następnego dnia krewni na widzeniu zawiadomili nas, że przychodzą na każdy odchodzący do Moskwy pociąg, obawiając się, by nas nie wywieziono ukradkiem. Instyktownie przeczuwali, że żandarmi coś knują i te przeczucia najzupełniej się sprawdziły. W kilka godzin potym przywieziono oficerów Luriego i Sokolskiego. Igelstrom z powodu choroby pozostał w X pawilonie. Okazało się, że szopkę pozbawienia rangi i orderów wymyślił z własnej inicjatywy Fursa. Przywdział mundur galowy, uszeregował żandarmów i wezwawszy naszych oficerów do kancelarji, uroczyście zażądał od nich, by mu oddali epolety i ordery... — Ani myślę — odpowiedział Luri — to za moje własne pieniądze kupione... Ta odpowiedź zbiła z tropu Fursę. Uroczysty ton się urwał. Rozpoczął się jak najzwyklejszy targ o oddanie tych emblematów. Ale Luri się uparł i Fursa wcale nie uroczyście skapitulował. Nie obeszło się przy okazji i bez komizmu: Luri aż do chwili zatwierdzenia wyroków otrzy- mywał pensję. Pokwitowanie za ostatnią pensję podpisywał już będąc skazanym na 20 lat ciężkich robót. Wiedząc, z kim ma do czynienia, udając naiwnego, zapytał, jak się ma podpisać, czy jako wojskowy i inżynier, czy też jako „katorżnik“. — Jako katorżnik, jako katorżnik! — skwapliwie odpowiedział Fursa. — Jakto? Przecież ja pensję otrzymałem nie jako „katorżnik“, a jako inżynier... — Prawda... Więc podpisz się pan jako wojskowy i inżynier... — Nie jestem już inżynierem wojskowym. Jeżeli się tak podpiszę, pociągniecie mię panowie do odpowiedzialności za przyswojenie sobie już nie przysługującego mi stanu. Fursa zbaraniał, a Luri, nie wiele myśląc podpisał się: „ssylno-katorżnyj inżynier-kapitan“. Za tego katorżnika-kapitana Fursa otrzymał nosa. Nad Lurim w arsenale dokonano tej samej operacji przebierania, golenia i zakucia w kajdany, jaką nad nami dokonano na Pawiaku. Zmienił się do niepoznania i czuł się bardzo zażenowany w tym nowym uniformie. Ostatni pociąg do Moskwy odchodził o pół do czwartej po południu. Do trzeciej każde poruszenie drzwi przyjmowaliśmy za wezwanie, ale gdy godzina ta upłynęła, uspokoiliśmy się, będąc pewni, że wcześniej jak nazajutrz nas nie wyślą. W ten sam sposób rozumowały rów- nież nasze rodziny. Ta pewność jednak zawiodła. Około pierwszej w nocy, gdyśmy już wszyscy spali, do celi wkroczył naczelnik więzienia Wasiutyński, naczelnik wojskowy, kilku strażników i kilku żołnierzy; obudzili nas, zrewidowali nasze rzeczy, skontrolowali kajdany, czy nie są przepiłowane i oznajmiwszy o tym, że natychmiast wyjeżdżamy, poprowadzili nas na podwórko więzienne, gdzie już nas oczekiwała karetka więzienna, otoczona kozakami. Wiedząc, że w tym czasie niema żadnego pociągu, nie bardzo dowierzaliśmy oznajmieniu naczalstwa, ale na ten raz władze nie skłamały. Przez Długą, Miodową, Senatorską, plac Zamkowy, most i Pragę wieziono nas na dworzec terespolski. Na ulicach panowały pustki i cisza. Karetka więzienna turkotała, obok sotnia kozaków galopowała na koniach, uzbrojona w piki i nahaje... Takim było nasze ostatnie pożegnanie z Warszawą. Zdawaćby się mogło, że taki sposób wywiezienia powinienby przygnębiająco na nas oddziałać. Przeciwnie: dodał on nam otuchy. Groźny i potężny carat nie miał odwagi jawnie przez ulice Warszawy poprowadzić skazanych przez się do ciężkich robót 6 rewolucjonistów i wykradał ich, jak zbrodniarz pokryjomu, w nocy... Gdyśmy przybyli na dworzec, roiło się już tam od wojska. Karetka wjechała w łańcuch żołnierzy, poczym otworzono drzwiczki i wyprowadzano nas po jednemu. — Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć! Jeden, dwa, i t. d. — liczył nas oficer przez całą drogę od dworca do wagonu, wynoszącą zaledwie pięćdziesiąt kroków. Łańcuch żołnierski coraz bardziej się za nami ścieśniał. Na stopniach wagonu już czekał na nas oficer i feldfebel, którzy mieli poprowadzić etap... Przeliczono nas znowu i wprowadzono do wagonu... — Gotowo? — zapytał ktoś oficera. — Gotowo! Lokomotywa ruszyła natychmiast. Okazało się, że nas wywieziono extra-cugiem. W wagonie pilnowało nas 6 żołnierzy oprócz feldfebla i oficera; wagon był zamknięty i przed drzwiami z obudwu stron stali żandarmi. Okna wagonu były okratowane. Po godzinie pociąg zatrzymano, nasz wagon odstawiono na boczną linję i tu w polu, strzeżeni wewnątrz wagonu przez żołnierzy, a z zewnątrz przez żandarmów, staliśmy do 11-ej rano, do przyjścia pociągu, który wyszedł z Warszawy o 10-ej. Tym pociągiem odwieziono nas do Brześcia, gdzieśmy znowu kilka godzin czekali na pociąg, wychodzący z Warszawy o pół do czwartej, w którym przywieziono partję kryminalistów. Z niemi przyjechała żona oficera Sokolskiego... Nasze rodziny zebrały się o pół do czwartej na dworcu i tu dopiero dowiedziały się, że już przed kilkunastu godzinami nas wywieziono... Dalsza droga do Moskwy odbywała się normalnie. Poza obrębem Królestwa już nie byliśmy dla rządu niebezpieczni.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Etapem na katorgę.
