Front matter
FRANCISZEK JAWORSKI
CMENTARZ GRÓDECKI
WE LWOWIE
całość
FRANCISZEK JAWORSKI
CMENTARZ GRÓDECKI
WE LWOWIE
Z 11 RYCINAMI W TEKŚCIE
WE LWOWIE 1908 NAKŁADEM TOWARZYSTWA
MIŁOŚNIKÓW PRZESZŁOŚCI LWOWA
BIBLIOTEKA | A |
WYDAWNICTWO TOWARZYSTWA | MIŁOŚNIKÓW PRZESZŁOŚCI LWOWA | | II. | CMENTARZ GRÓDECKI | WE LWOWIE | | SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI | GUBRYNOWICZA I SCHMIDTA WE LWOWIE
Z DRUKARNI LUDOWEJ
WE LWOWIE
OD WYDAWNICTWA.
Nieprzewidziane przeszkody, a głównie trudności organizacyjne i finansowe opóźniły znacznie wydawnictwo drugiego tomika „Biblioteki lwowskiej“. Wydajemy go jednak na świat w tej nadziei, że na przyszłość P. T. Członkowie „Towarzystwa miłośników przeszłości Lwowa“ oraz wszyscy, którzy interesują, się zabytkami miasta naszego, otrzymywać już będą dalsze tomiki regularnie. Na posiedzeniu Rady m. Lwowa 27. maja br. wyrażono potrzebę wydania krótkiego opisu niszczejącego coraz bardziej cmentarza gródeckiego. Równocześnie Magistrat ogłosił wezwanie do interesowanych, ażeby w terminie jednorocznym usunęli pomniki i grobowce z cmentarza gródeckiego, z zagrożeniem, że po upływie tego terminu gmina m. Lwowa nie ręczy za dalsze ich istnienie. W takich warunkach powstał niniejszy tomik „Biblioteki lwowskiej“ i w tej myśli, aby zachować w pamięci to, co w oczach naszych niszczeje i niebawem zniknie zupełnie.
rzez lat trzydzieści trzy zionął cmentarz gródecki straszliwą pustką i zniszczeniem. Z poświęcanej jego roli nawet ciała umarłych unoszono w inne, zaciszniejsze miejsca spoczynku, a równocześnie wdzierało się życie na Boży zagon przy ulicy Szeptyckich wszystkiemi nieledwie dziurami w połamanym płocie. Naprzód otoczyły go domki coraz gęściejsze, potem piętrowe kamienice, za któremi usadowiło się pod samym bokiem cmentarnym targowisko, a gwizd lokomotyw dworca kolejowego, z gwarem poblizkiej szkoły i wrzawą całej tej, robotniczej, dzielnicy dawno już stłumiły rozpłakany szmer mogił. Przez lat trzydzieści trzy Lwów pastwił się nad cmentarzem gródeckim. Najpierw o nim zapomniał i opadać pozwolił zbutwiałym nagrobkom. Ludzie z daleka mijali gród umarłych, do którego od 1. września roku 1875 żaden więcej orszak pogrzebowy nie wchodził. Tych, którzy tam pozostali, cisza spowiła kopułą splątanych u góry konarów drzewnych, włoskich topoli rząd witał wchodzących u samego czoła cmentarza, a wśród nich chałupka grobarza i kamienne postacie płaczących muz z dala widniały. Drzewa poszły na opałowe sągi. Był czas, kiedy na całym cmentarzu gródeckim panowała niepodzielnie siekiera drwali. Koło domu grobarza stosy urastały drzewne, a droga cmentarna głęboko się wyżłobiła od wozów ciężarowych. Na Bożej roli zrobiło się nago i jasno, pustkę widać było ze stron wszystkich, a ludzie wchodzili bez ceremonii i bramą główną i przez wszystkie wyłomy w płocie. Na cmentarzu gródeckim najgorsi byli ludzie żywi. Schadzki miłosne w obliczu śmierci kochankowie czynili, zdziczała młódź nagrobki niszczyła, a co kosztowniejsze żelazo złodzieje nieśli ku miastu. I pełną się stała niebawem ziemia cmentarna po- łamanych rąk i nóg kamiennych posągów: ciosowe zwaliska, połamane krzyże, czarne od starości napisy schmurzyły ten szmat ziemi w ponurą ruinę. Tylko ruń zielona i mech litościwy szatę snuły darnistą ponad huragan szału ludzkiego, tylko gdzieniegdzie świeży jeszcze wieniec, garść kwiatów na mogile i świeczka w dzień zaduszny świadczyły, że ktoś tam pamięta o swoich, tak dawno pomarłych. Zresztą i kościom zmarłych nie darowała niszcząca dłoń. Nad czyim cieniem nie ulitowała się rodzina i nie wywiozła szczątków jego na Łyczaków lub dalej, ten z grobu jeszcze ustąpić musiał miejsca żywym, lub tylko... dogorywającym. Kiedy budowano dom dla nieuleczalnych, wiele wyprzątnięto grobów i wywieziono kości, by kłaść fundamenta. Z drugiej strony, jakby dla tem większego kontrastu, wdarł się na Bożą rolę dom zdrowia i siły, gmach Sokoła drugiego. Kontrastów zresztą nigdy nie brakło na cmentarzu gródeckim. Zapadające się pod brutalną stopą przechodnia groby, połamana i obdarta wspaniałość nagrobków, bujny chwast życia, pleniący się na pofałdowanej mogiłami ziemi, wszystko to dostarczało niewyczerpanego tematu do rozmyślań nad znikomością świata, a fejletonistom lwowskim dawało ten sam materyał, jaki mieli przed sobą grobarze w Szekspirowskim Hamlecie. W ostatnich czasach nawet już fejletoniści nie zachodzili na opustoszałe cmentarzysko. Czasami tylko student jaki z książką siadywał za dnia na stopniach pamiątkowej kolumny, a nad wieczorem i nocami słyszano dokoła cyniczny śmiech występku, który tutaj wybrał sobie bezdomne siedlisko. Było bardzo smutno i straszno na cmentarzu gródeckim. Najbardziej rozpętała się bezmyślna złość ludzka w chwili, gdy roku zeszłego przeznaczono skrawek gruntu cmentarnego pod gmach Sokoła II. Jakby w przypuszczeniu, że to już koniec i ogólna parcelacya cmentarza gródeckiego, rzucili się złoczyńcy na nagrobki, na resztę krzyżów. Wszystko, cokolwiek przedstawiało choćby najmniejszą wartość, poczęto wynosić z takim pospiechem, że aż specyalna komisya Rady miasta Lwowa, wspólnie z Magistratem, kres położyć musiała wandalizmowi. Niestety jednak upilnowanie całości okazało się rzeczą zgoła niemożliwą, wobec czego postanowiono w roku bieżącym cmentarz ostatecznie zamknąć, a pozostałe nagrobki przenieść, o ile się da, gdzie indziej. Niebawem stanie zapewne na tem miejscu szereg domów i nowe ulice — może park publiczny — a o cmentarzu gródeckim i o tych, co na nim swe kości złożyli i słych zapewne zaginie. Snać mu zgotowano los Paparówki i starego cmentarza stryjskiego, o którym mało już kto wie dzisiaj, że leżał u zbiegu ulic Zyblikiewicza, Stryjskiej i Dąbrowskiego. W chwili, gdy los cmentarza gródeckiego został w ten sposób przypieczętowany, czas zebrać wszystkie wspomnienia, które przylgły do tego kawałka ziemi i czas je utrwalić na pamiątkę tych trzech pokoleń mieszkańców Lwowa, których kości tutaj spoczęły. Wspomnień samych niewiele się dochowało w aktach Archiwum miejskiego. Oprócz sumarycznego spisu nagrobków i zwykłych grobów ostatniego dziesięciolecia przed zamknięciem, któryto spis służył dla urzędowych celów ewidencyi cmentarnej, dochowało się tylko kilka aktów z końca XVIII. i początku XIX. w., mających związek z cmentarzem gródeckim. Wspomniana księga ewidencyjna, mimo swoich braków i więcej niż powierzchowności w opisywaniu nagrobków, jest jedynem już dziś źródłem, z którego powziąć można przynajmniej nazwiska osób na tym cmentarzu pochowanych, oraz wzmiankę o grobach przeniesionych. Akta c. k. Namiestnictwa z r. 1784 l. 1779, 21.027, 21.443, 31.706, z r.1785 l. 2.821, 15.172, z r. 1787 l. 5.689, 9.415, z r. 1788 1. 19.817, z r. 1806 l. 37.337 zawierają jedynie przepisy ogólne (normalia), tyczące się urządzenia cmentarzy w Galicyi wogóle. W księgach Tabuli miejskiej wreszcie zanotowane jest tylko prawo własności gminy miasta Lwowa do realności 1. katastr. 779, stanowiącej właśnie cmentarz gródecki. Niewiele większy też plon znalazł się w literaturze drukowanej. Oprócz ustępów w broszurze W. Ciesielskiego p. t. „Pomnikowe rysy cmentarzy lwowskich“, wzmianki w dziele St. Pepłowskiego p. t. „Obrazy z przeszłości Galicyi i Krakowa“ i kilku przygodnych wzmianek dziennikarskich i fejletonowych, głucho zresztą o cmentarzu gródeckim. Czas przeto najwyższy wspomnieć o ginącym w oczach naszych grodzie umarłych.
iejsce, z którego wykrojono prawie regularny czworobok na cmentarz gródecki, jest polem historycznem. W dziejach Lwowa, a nawet Polski, wspominano niejednokrotnie pole pod wsią Biłohorszczą, jako obozowisko związków żołnierskich, miejsce tłumnych zgromadzeń szlacheckich, począwszy od Kokoszej wojny, której jeden akt odbył się właśnie na polach okalających cerkiew św. Jura i późniejszym cmentarzu, wspominano je wreszcie jako miejsce, na którem aż do ostatnich dni Rzeczypospolitej odbywało się Koło rycerskie, to jest popisy, czyli okazowanie wojenne. Pod nazwą pól biłohorskich rozumiała dawna lwowska nomenklatura topograficzna całą płaszczyznę, od cerkwi św. Jura począwszy, aż do lasów Biłohorszczy. Dotąd wyjeżdżały z miasta strojne i zbrojne kalwakaty na pożegnanie i powitanie królów i najwyższych dostojników Rzeczypospolitej. Tu witano Stefana Czarnieckiego, żegnano ostatnią waletą zwłoki Michała Korybuta. A na samym dzisiejszym cmentarzu, albo jeszcze dokładniej, na miejscu stojącej w jego środku pamiątkowej kolumny, bywał za każdem Kołem rycerskiem hetmański namiot. Za każdem też Kołem rycerskiem grzmiała równina pełnią życia obozowego. Pościągane ze stron różnych regimenta i chorągwie leżały pod namiotami, czekając przybycia hetmanów. Czas schodził na „exercerunkach i mustrach“, a za czasów saskich bardziej jeszcze na pijatyce i wzajemnych konsolacyach. Za przyjazdem hetmana wojska formowały dokoła jego namiotu ogromny „cyrkuł“, czyli koło, które hetman objeżdżał, lustrując sprawność szeregów. Przed nim niesiono buńczuk z białego końskiego ogona, za buńczucznym dwaj jańczarowie zwykle jechali, konia zaś hetmańskiego czterech prowadziło pajuków. Sam hetman w zbroi, albo tylko w mundurze husarskim, z paludamentem na plecach zawieszonym. Za nim tłoczyli się na koniach regimentarze, generałowie, pułkownicy, cały zaś ten orszak otoczony był chorągwią janczarską z muzyką. Było to więc widowisko wojenne, przechodzące, co prawda, w ostatnich czasach już w czczą tylko paradę. Największą jednak i najbardziej stylową paradę widziały błonia biłohorskie i pole późniejszego cmentarza gródeckiego w czasie koronacyi obrazu Matki Boskiej u Dominikanów w r. 1751. Dla braku miejsca w budującym się właśnie na nowo kościele akt uroczystej koronacyi odbył się na tem polu, z pompą, jakiej Lwów zdaje się nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widział. Dwanaście chorągwi hussarskich stanęło na błoniach biłohorskich i tyleż chorągwi pancernych, regiment dragonii wielkiej buławy koronnej, regiment piechoty, garnizon lwowski cały, chorągwie janczarskie, jednem słowem wielka siła zbrojna, którą w zastępstwie hetmana polnego, Jana Klemensa Branickiego, dowodził pułkownik znaku pancernego i chorąży halicki Jmć Pan Szumlański. Tuż koło obozu, na samym dzisiejszym cmentarzu, w miejscu, gdzie hetmani koronni podczas Koła rycerskiego zwykle zasiadali, wystawiono „teatrum o trzydziestu gradusach“, na którem odbyć się miał sam akt koronacyi. „Teatrum“ to okryte było z wierzchu namiotem, w środku zaś znajdował się ołtarz z bogatych perskich dywanów ustrojony, z amboną. Namiot cały był wybity makatami perskiemi, podłoga zaś i gradusy usłane suknem czerwonem. Obok, po prawej stronie, stał drugi namiot „bardzo wielki i bogaty, który szopą zwano“. Wewnątrz namiotu był baldachim kitajkowy, karmazynowy, „bardzo piękną inwencyą robiony, obok festonami per modum tronu akkomodowany“, w którym spoczywały korony ze Rzymu przysłane. Trzeci wreszcie namiot, „kotarą“ nazwany, służył za zakrystyę, „pod którą Jaśnie Wielmożni Prałaci do ubierania siebie in pontificalia wygodną mieli sytuacyę“. Namioty te zbudował własnym kosztem wojewoda wileński i hetman wielki litewski Radziwiłł, który aż z Nieświeża przysłał stosownych robotników „pod komendą porucznika regimentu konnego“. W sam dzień koronacyi, pierwszego lipca r. 1751 stanęły na polu owem niezmierzone tłumy ludu. Przy koronach wartę trzymała straż honorowa, złożona z sześciu husarzy, sześciu pancernych, dwunastu dragonów i sześciu zakonników. Ogłuszający huk dział artyleryi koronnej, „universus clerus“, dźwięk trąb, kotłów, nieustanny grzechot salw karabinowych, aplauz i tryumf dzwonów po wszystkich kościołach i cerkwiach sprawiły, że akt koronacyi obrazu odbył się „z zupełnem ukontentowaniem wszystkich przytomnych i patrzących, wśród pobożnych westchnień, jęków i łez i z niewypowiedzianą radością nieprzeliczonego ludu“. Jakoż zdaje się było na co patrzeć, gdy po uroczystości ruszył ku miastu olbrzymi pochód. Tylko gawiedź biła się o numismata, alias koronatki, które Potoccy, jako fundatorowie, rozrzucali. Były te monety, czy „metaliki“ na różny stempel bite, „ze złota, srebra i miedzi, z których były jedne jak talary bite, drugie jak półtalerki, inne jak tynfy, najmniejsze jak szóstaki“. Kto zaś nie chciał złapać żadnego półtalerka, ten szedł razem z olbrzymią procesyą ku miastu. Przodem szły wszystkie cechy miasta Lwowa z chorągwiami. Było ich blizko trzydzieści, a pod nimi kilka tysięcy mieszczan i rękodzielników lwowskich, zawsze jak widać pochopnych do brania udziału w tego rodzaju uroczystościach. Tylko, że jeszcze wówczas mieszczanie i cechy sformowane były na sposób wojskowy. W piewszym pułku pierwsza chorągiew, która się „viertelową“ nazywała, miała ludzi z instrumentami do fortyfikowania miast i fortec służącymi, na osób dwieście. Cech mieczników wystąpił w błyszczących pancerzach, inne cechy w zbrojach, jeszcze inne w skórach lamparcich na ramionach. Każdy cech ze swoją kapelą, każda chorągiew ze swymi trębaczami i kotłami. Wójt czyli hetman miejski, Jmć Pan Stanisław Nuszczyński, wystąpił jak prawdziwy hetman, z buńczukiem i błyszczącą asystencyą. Po tych nastąpił regiment konny wielkiej buławy koronnej, w czerwonych mundurach, ze swoją kapelą, za nim piechota garnizonu lwowskiego, a potem wspomnianych wyżej dwadzieścia cztery chorągwi husarskich i pancernych. Sprawozdawca nasz uznał, że nie potrzeba nawet opisywać „magnificencyi, regularności, ozdób przyzwoitych tej siły zbrojnej, bo każdy wiadomy apparencyi Ichmościów Wojskowych, domyślać się może i imaginować, jaki aplauz dla tego aktu czynili w swojej paradzie“. Nastąpiły w dalszym porządku pochodu konfraternie, kongregacye tak lwowskie, jak trembowelska, z Kamionki strumiłowej, Krotoszyna, Dawidowa, Kościejowa, Jaworowa, Żółkwi. Niektóre z nich miały własne kapele, inne trębaczów z kotłami, ustawicznie „aplaudującymi“. Dalsze ogniwo tego niesłychanie malowniczego i stylowego pochodu, który stał się do pewnego stopnia prototypem wszystkich późniejszych manifestacyi religijnych i narodowych, stanowiły zakony w komplecie, wśród których cały szereg dyakonów w dalmatykach niósł obrazy nowokanonizowanych świętych, inni nieśli chorągwie. W rzędzie tych ostatnich sensacyę pewną robiła chorągiew Matki Boskiej Loretańskiej, którą Michał Potocki, starosta trembowelski, przywiózł prosto z Loretu. Drudzy patrzyli z podziwem i czcią wielką na trumienki srebrne, misternej roboty, w których niesiono relikwie różnych świętych. Wśród tych trumienek niesiono obraz ukoronowany, w asystencyi czterystu gorejących pochodni. Za obrazem postępowało prawdziwe zbiegowisko najrozmaitszych magnatów, przy samym końcu zaś kolegiata żółkiewska, kapituła kijowska, lwowska in gremio, a za nimi w licznej asystencyi archimandryta uniowski, arcybiskup ormiański Augustynowicz, sufragan lwowski Jezierski, łucki Szeptycki, biskupi ruscy Szumlański z Przemyśla, Lew Szeptycki ze Lwowa, biskup kijowski Ożga, a po nich wszystkich arcybiskup lwowski Mikołaj Wyżycki. Wspomnienie tej niezwykłej uroczystości długo przechowywało się w pamięci Lwowa. Nawet miejsce, gdzie się odbył sam akt koronacyi, otoczono pietyzmem tak, że na długo jeszcze przed założeniem tu cmentarza stało się ono poświęcaną, Bożą rolą. Zwłaszcza aranżerowie uroczystości, Dominikanie lwowscy, z lubością wracali do tych chwil religijnej ekstazy, a upamiętniając wszystkie szczegóły koronacyi w olbrzymim foliancie pamiątkowym, noszącym tytuł „Hasło słowa bożego etc.“, postanowili i samo miejsce uczcić kolumną pamiątkową. W tym celu wniósł Konwent w kilka lat później, w r. 1756, podanie do magistratu lwowskiego, w którem oświadcza, co następuje: „Pragnący z bracią moimi, jako ex instituto Ordinis mam promocyą honoru Matki Boskiej, której tu na tem miejscu osobliwszym sposobem łaski, cuda i codzienne, od kilkuset lat, nieustannie wydają się dobrodziejstwa: Zaniosłem przez moich prokuratorów instancyę do Szlachetnych Ichmościów Panów Radnych miasta tego, jako też ogółem do wszystkich stanów secundum morem et usum civitatis huius Metropolitanae, oświadczając naszą ochotę, że chcemy in memoriam coronationis na tem samem miejscu w polu, gdzie solenny akt koronacyi cum summo plausu i wszystkiego ludu tak domowego, jako też de longiquo z różnych stron zgromadzonego, ukontentowaniem per felices et gratiosissimas manus J. O. Xięcia Jmć Mikołaja Ignacego z Wyżyc Wyżyckiego, Arcybiskupa, Pasterza i Dobrodzieja naszego, odprawił się, wymurować kolos albo kolumnę taką, jaka się na abrysie widzieć daje. Pientissimus tedy Magistratus cum suis membris jako zawsze pro Patrona, Regina et Advocata sua też Matkę Boską cudami i łaskami słynącą miał i mieć aeviterne życzy, unanimi votu na polu dziedzicznem miejskiem w zwyż pomieniony kolos in honorem tejże Matki Boskiej wymurować pozwolił i laudum in actis suis zapisał. Praecavendo jednak omnimodae securitati: ażeby ani ja, ani moi succedanei z racyi wystawionego kolosu do gruntów miejskich nullum ius uzurpować sobie mogli, postanowili in suo laudo, ażeby ja, nomine mei et succedaneorum meorum, submittował się. Do sprawiedliwej tedy Ichmościów nakłaniając się propozycyi, zupełną mając, ut patuit Nobili Magistratu tam in spiritualibus, quam temporalibus supra totam Prorinciam et omnia generaliter negotia, niniejszem pismem mojem nomine mei et conventus ac succedaneorum meorum submituję i przyrzekam, że ani ja, ani succedanei mei do pól dziedzicznych miejskich ullum ius et praetextum mieć nie mogą i nie powinni, oprócz samej kolumny, która jeśliby successu temporis psuć się miała, reparacya onej do klasztoru mego należeć będzie. Tę zaś submisyę eiusdem chcę mieć valoris roboris ac momenti, jakby coram actis competentibus uczyniona była. In casu zaś contravenitionis forum sobie civile non attento proprio, ile ex vi fundi ad respondendum naznaczam i na to się podpisuję. Datum die 24. Maji 1756 Ao in Conventu generali Leopoliensi Stissimi Corporis Christi. Contionuię M. I. Wyżycki Arcybiskup Metropolitalny Lwowski mp. X. Antonin Derjakubowicz Przeor Konwentu Lw. Wikary generalny Prowin- cyi ruskiej tegoż Zakonu mp. X. Tomasz Kasprowicz S. Teologii Doktor mp. X. Józef Kowalski S. Th. Doktor, Regent Studii mp. X. Edward Załuski S. Th. Prezentat mp. X. Hieronim Waxmański S. T. Prezentat kaznodzieja mp.“.
Powyższy dokument zasługiwał na to, ażeby go tu ogłosić w całości, tem bardziej, że kwestya restauracyi „kolosu“ oraz kto do niej jest obowiązany, stała się dziś, wobec opłakanego stanu kolumny, bardziej aktualną, aniżeli kiedykolwiek. Nie uprzedzając jednak wypadków przyznać trzeba, że natychmiast po złożeniu powyższej deklaracyi zabrali się Dominikanie raźno do dzieła, tak, że „Kolossus“ czyli kolumna na pamiątkę koronacyi Matki Boskiej stanęła bardzo rychło. W pierwotnym swym, do dziś zresztą zachowanym kształcie jest to rodzaj rokkokowego słupa, którego podstawę stanowi czworogran kamienny, około 3 metry wysoki, a po boku 2 m. 52 cm. mierzący. Na nim jest piramida o czterech kodygnacyach z wnękami kształtu płaskich tablic. Na szczycie kolumny znajduje się blaszana, niegdyś grubo wyzłacana korona, a z niej podnosi się sześciopromienna gwiazda. Obecny stan samej kolumny jest w najwyższym stopnia opłakany. Niegdyś na wspomnianych wyżej tablicach znajdowały się obrazy świętych, a to: Matki Boskiej, św. Józefa, św. Alojzego, św. Łukasza, jako też św. Jacka, św. Wincentego i św. Dominika. Z obrazów tych nie pozostało dzisiaj nawet śladu, tak samo jak z napisów i herbów Potockich, umieszczonych tu na pamiątkę, że kasztelanowa krakowska Ludwika Potocka przyczyniła się pono w znacznej części do kosztów wystawienia kolumny. Był również dawniej napis, że kolumnę tę w r. 1837 odnowił obywatel lwowski Stanisław Bernacki, ale i ten napis razem z tabliczką marmurową przepadł bez śladu. Pozostało tylko wspomnienie, że ta ostatnia restauracya odbyła się z jawnem pogwałceniem wszelkich dat historycznych. Skarży się mianowicie bezimienny autor artykułu w „Dodatku do Gazety Lwowskiej“ z r. 1851 (str. 123), że „przy odnawianiu dopuszczono się rażących usterek. Na głównej bowiem stronie jest napis, że koronacya odbyła się w r. 1753, a na przeciwnej, że kolumnę postawiono w r. 1750. Obok herbu Potockiego, hetmana wielkiego koronnego, ma być herb Mniszchów, z których domu była małżonka jego Ludwika, nie zaś ten, jaki umieszczono. Napisy mijają się także z prawdą co do historyi obrazu Matki Boskiej“. tab}W setną rocznicę rozgłośnych uroczystości koronacyjnych, w dniu 2. lipca 1851, przypomniał sobie konwent Dominikanów i cała lwowska publiczność po raz ostatni pamiątkową kolumnę. Odtworzono wówczas z możliwym przepychem te same obchody, nabożeństwa i procesye, ale sprawozdawca „Gazety lwowskiej“, porównując obie uroczystości, nie mógł się oprzeć wrażeniu ubóstwa i chłodu, który w zestawieniu z ogólnym entuzyazmem przed stu laty żywy stanowił kontrast do owych czasów religijnego prozelityzmu. Mimo to, gdy po nieszporach i procesyi dokoła rynku wieczorem już dnia 2. lipca t. r. ruszono w stronę cmentarza gródeckiego do pamiątkowej kolumny, tysiączne tłumy otoczyły prowadzącego procesyę prowincyała Dominikanów ks. Ulanowskiego, uczestniczyły aż do późnej nocy w modłach na cmentarzu i słuchały kazania ks. Józefa Nowakowskiego, późniejszego opata żółkiewskiego. Uroczystość zakończyła się dopiero o godzinie 11, a ten wieczór spędzony na cmentarzu gródeckim, przy świetle jarzących świec woskowych i pochodni, zostawił u uczestników niezatarte wrażenie. Błyszczący, wyzłocony, wymalowany „kolossus“ stał przez długie lata samotnie na polach biłohorskich. O tem, jakoby tu już od roku 1682, podczas gotującej się wyprawy króla Jana III. założono cmentarz dla pomarłych żołnierzy, a następnie, powystawieniu kolumny bezpośrednio grzebano i ludność z tej części miasta, nic bliższego nie wiadomo. Akta kościoła św. Anny, z których jakoby Władysław Z. Ciesielski zaczerpnął tej wiadomości, nie wiadomo, gdzie się obecnie znajdują, z drugiej, zaś strony faktem jest, że na wszystkich planach Lwowa z drugiej połowy wieku XVIII. niema w tem miejscu ani śladu cmentarza, a „colossus coronationis B. V. Mariae“ stoi na nich w czystem polu, bez żadnego cmentarnego otoczenia. Założycielem lwowskich zamiejskich cmentarzy lwowskich jest dopiero rząd austryacki. Pierwotnie, jak wiadomo, chowano zmarłych w kościołach, lub na Bożej roli dokoła kościoła. Każdy lwowski kościół otoczony był dawniej cmentarzem, a specyalnie dla dzisiejszej dzielnicy drugiej istniał koło kościoła św. Anny, który był wówczas w posiadaniu XX. Augustynianów, niewielki cmentarzyk od strony ulicy Janowskiej. Ludność do tego stopnia przywykła już do myśli, że po śmierci, spocznie na poświęcanej ziemi w pobliżu swego kościoła, iż cmentarze zamiejskie uważane były za zwykłą profanacyę majestatu śmierci, a specyalnie w Warszawie trzeba było wytrwałej akcyi i silnej agitacyi, ażeby ten wstręt wykorzenić i przedstawić ludności korzyść chowania zmarłych za miastem, pod względem hygienicznym. We Lwowie rząd austryacki nie liczył się wcale z usposobieniem ludności. Dnia 11. grudnia 1783 wyszedł z wiedeń- skiej kancelaryi nadwornej dekret cesarski, postanawiający krótko, że odtąd mają być zniesione wszystkie cmentarze przykościelne i grobowce w samych kościołach, a każda gmina ma dostarczyć w przeciągu czterech tygodni kawału gruntu za miastem, któryby wystarczył na pomieszczenie zmarłych miejscowych, bez różnicy wyznania (z wyjątkiem żydów) na jakie dziesięć do dwudziestu lat. Gubernium galicyjskie opublikowało dekret ten 22. stycznia 1784 r., gdy zaś w przeciągu czteru tygodni nie dało się zrobić ani urządzić wszędzie cmentarzy w myśl życzeń rządu, wyszło 9. września 1784 r. drugie rozporządzenie, naznaczające karę na opornych. Mimo to je dnak sprawa założenia i urządzenia cmentarzy ciągnęła się jeszcze lat kilka, tem bardziej, że równocześnie z wyrzuceniem zmarłych poza obręb miasta zamierzał rząd józefiński, ze zwykłą u siebie gorliwością reformatorską, zaprowadzić doniosłe zmiany w samym sposobie chowania zmarłych. Przedewszystkiem rozpoczęto w samym Wiedniu i całej monarchii agitacyę przeciwko wystawności pogrzebów. Echem tej agitacyi na bruku lwowskim jest niewielka, ale rzadka już dziś bardzo broszurka p. t. „O pogrzebach wideńskich pismo małe, w Widniu r. p. 1781 drukowane, z niem. języka na polski, dla użytku powszechnego, za pozwoleniem Zwierzchności przetłumaczone“. (We Lwowie, druk Kazimierza Schlichtyna). Nieznajomy, ale w każdym razie natchnienia u rządu szukający autor, występuje ostro przeciw pompie pogrzebowej i kosztom spadającym z tego powodu na pozostałą rodzinę, „która więcej prawie pogrzebów, aniżeli samej śmierci, obawiać się może“. „Cóż się to — powiada dalej — na świecie do dobrego imienia osobie jakiej pomagać ma, że na kilku wieżach we dzwony biją, że tłum białych, czarnych, burych i srokatych mnichów wprzód trumny dybie i że para żałośnych puzonistów z kilką nikczemnych kantorów powietrze rozbija, że tuzin srebrnych, brackich świętych trumnę obciąża?...“ Było to niejako przygrywką do wyjść mających, nowych przepisów. Do jakiego zaś stopnia nie liczyły się te przepisy z uświęconymi od wieków zwyczajami, wystarczy powiedzieć, że postanawiały one między innemi, że umarłych dla przyspieszenia rozkładu ciała chować się ma bez trumny i bez odzienia, je- dynie tylko w lnianej szmacie, w którą ma być nieboszczyk zaszyty. Inne rozporządzenie z 27. września 1787 postanawiało, co następuje: „Przy pogrzebie ma być ciało do farnego kościoła przyniesione, aby tamże zwyczajnie pokropione było, a potem stamtąd bez okazałości na wyznaczony cmentarz albo zaniesione, albo za zapłaceniem należytości, podług przepisów stuły, na wozie żałobnym zawiezione będzie. Toż samo rozporządzenie ma także miejsce przy nocnych pogrzebach; owa zaś pompa odprowadzania ciała na cmentarz z wielu powozami zupełnie ustać ma“. Urządzanie cmentarzy ukończone zostało ostatecznie w r. 1787, poczem już tylko w szczegółowych wypadkach wkraczało gubernium ze specyalnemi rozporządzeniami. We Lwowie, sądząc z braku jakichkolwiek aktów procesowych, urządzenie cmentarzy poszło zupełnie gładko. Niemiecki magistrat zastosował się w zupełności do rozporządzeń gubernialnych i niebawem powstał dla każdej dzielnicy osobny cmentarz, a mianowicie łyczakowski, stryjski, na Paparówce i cmentarz gródecki, ten ostatni w kształcie podłużnej, czworobocznej parceli, do której wejście prowadziło ulicą Cmentarną, dziś nazwaną ulicą Szeptyckich. Kolumna pamiątkowa nadawała temu miejscu charakter poświęcanej Bożej roli, a cisza tam panowała i spokój zupełny na niezabudowanem, czystem polu. Niebawem drzewa nagrobne porastać poczęły wysoko, a domek grobarza, zwany w księgach tabularnych „chaluppa“, był jedynem na całą okolicę mieszkaniem żywego człowieka. Cmentarz gródecki otworzył swą księgę i począł na niej znaczyć mogiłami najnowszą historyę Lwowa.
dniu, w którym zamykano cmentarz gródecki, to jest 1. września 1875, było tam jeszcze do trzysta nagrobków, a zatem cała prawie nieuszkodzona księga stuletniej przeszłości. Dziś, po latach trzydziestu trzech, zostało ich tylko około siedmdziesiąt, z których nie sposób byłoby odtworzyć historyę cmentarza, gdyby nie wspomniana już wyżej księga grabarska, wyliczająca przynajmniej nazwiska zmarłych. Najdawniejsze pozostałe nagrobki pochodziły z ostatnich lat XVIII. wieku, a jednymi z pierwszych, którzy swe kości położyli na cmentarzu gródeckim, byli obywatel miasta Lwowa i starszy cechu mydlarskiego, zmarły w r. 1792, adjunkt fiskalny, zmarły w r. 1792 i obywatel lwowski, a zarazem długoletni kasyer ekonomii miejskiej zmarły w r. 1799. Nagrobek Hermana, w kształcie leżącej płyty kamiennej, zachował po dziś dzień czytelny napis następującej osnowy:
D. O. M.
TU SPOCZYWA POBOŻNIE ZMARŁY
FRANCISZEK HERMANN
OBYWATEL LWOWSKI, SENIOR CECHU
MYDLARSKIEGO. URODZONY R. P. 1744
MIESIĄCA PAŹDZIERNIKA.
WSZYSTKIMI SAKRAMENTAMI ZAOPATRZONY
ŻYCIE DOCZESNE ZAMIENIŁ W WIECZNE
DNIA 25. MARCA R. P. 1792. MAJĄC LAT 47.
PROSI O ZDROWAŚ MARYA.
Zaraz w tych pierwszych nagrobkach zetknęły się na ziemi ciszy i pokoju dwa światy: wygasające polskie mieszczaństwo i butna, coraz to bardziej głowę podnosząca niemiecka biurokracya. Niebawem też, już w pierwszych latach XIX. stu- lecia cmentarz gródecki robi wrażenie „Friedhofu“ w pierwszej lepszej niemieckiej prowincyi. Niemieckie napisy, nazwiska cudzoziemskie, obce, twardo brzmiące, tytuły dziwaczne, zrodzone w kancelaryach biurowych, wypełniają całe pole cmentarne. Gdzieniegdzie tylko polskie nazwisko i polski napis nagrobny, sprawiają wrażenie takie, jak groby tułaczów na cmentarzu jakimś w obczyźnie.
Niemieckiej przeto biurokracyi należy się pierwsze miejsce w wspomnieniach z cmentarza gródeckiego, a wśród tej biurokracyi z rangi i starszeństwa prym wiedzie zachowany po dziś dzień nagrobek austryackiego ba- rona, tajnego radcy i prezydenta lwowskiego sądu krajowego, który zmarł w r. 1829 i spoczął pod kamienną kolumną, razem z pięciorgiem dzieci swoich. Przed nim i po nim kładły się całe gromady niższych i mniej znanych urzędników, kupców niemieckich etc., pod więcej lub mniej bogatymi nagrobkami. Ładny nagrobek z płaskorzeźbą, przedstawiającą cztery figury zajęte obrzędem jakimś ofiarnym, posiadał kupiec „ sammt Gattin Clara, gestorben 1820“, inny nagrobek z płaczącą figurą niewiasty skrył zwłoki von zmarłego w r. 1835; taka też postać płacze przy grobie ż napisem „ Lemberger Bürger und
zm. w r. 1837. Oprócz tego znajdowały się tu, lub znajdują jeszcze nagrobki z nazwiskami: von von zm. 1805, von zm. 1837, radca gubernialny zm. 1816, z Florencyi, zm. 1853, zm. 1807, zm. 1836, von zm. 1848, zm. 1808, zm. 1823, von zm. 1822,
zm. 1815, zm. 1832. radca gubernialny, zm. 1846, zm. 1800 i w. i. W powodzi nazwisk niemieckich znalazło się tylko kilku urzędników o polskiem nazwisku, jak n. p. dyrektor protokołu apelacyi, zm. w r. 1827, radca gubernialny, zm. w r. 1849, wraz z całą swoją rodziną. Na wzmiankę zasługuje wreszcie komisarz drogowy Magistratu lwowskiego, zm. 1854, który pierwszy może zwrócił uwagę na starożytne zabytki lwowskie, okruchy rzeźb, napisy, i
je w dwu dość obszernych kajetach, znajdujących się w Archiwum miejskiem i Bibliotece Pawlikowskich, jako ważne, niekiedy już jedyne ślady zniszczonych pamiątek. W takiem towarzystwie legł męczennik sprawy odbudowania Polski, jeden z najszlachetniejszych obywateli, towarzysz i poprzednik w śmierci męczeńskiej Teofila Wiśniowskiego. Ulatowski, dziedzic wsi Laszki pod Lwowem i jego żona Tekla z Korytowskich odznaczali się rzadką ofiarnością i poświęceniem dla sprawy narodowej, oraz niezłomną wiarą w odrodzenie Polski. Wiara ta nie pozwalała mu zwątpić ani nawet po upadku powstania listopadowego. W organizacyi znanej a nieszczęsnej wyprawy partyzanckiej Zaliwskiego w r. 1833 wziął Eugeniusz Ulatowski wybitny udział i pierwszy też padł ofiarą niesłychanych represyi rządu austryackiego, na którego czele stał wówczas osławiony baron Krieg. Więzienie pokarmelickie, przy dzisiejszej ulicy Batorego, napełniło się więźniami stanu, nad którymi srożył się radca dworu Kratter i starosta Nemethy, pod przedwodnictwem prezydenta sądu karnego Józefa Pressena. Więźniów głodzono, nękano bezsennością i zupełnem osamotnieniem, z opornych wydobywano zeznania kijami. W kaźniach więziennych działy się rzeczy straszne i okropne. Białkowskiemu przez siedm miesięcy nie pozwolono zmienić bielizny, inny znowu przez dwa miesiące siedział bez ubrania i obuwia, Psarski, Zieliński i Fiszer poszaleli z powodu doznanych katuszy, Adolf Włyński, poważany obywatel z czortkowskiego, umarł zbity kijami podczas śledztwa, umarł też Eugeniusz Ulatowski wśród okropnych katuszy w r. 1836. Wiadomość o śmierci patryoty rozbiegła się lotem błyskawicy po przygnębionym Lwowie, a żona zmarłego w największej rozpaczy wpadła do kancelaryi prezydenta sądu Pressena i wypoliczkowała go. Opowiadano sobie ze zgrozą, że Ulatowski leży w celi więziennej na pół zgniły jeszcze za życia, w zgniłej odzieży. Pod gmachem w ulicy Batorego zebrały się tłumy publiczności, pragnącej wziąć udział w pogrzebie przynajmniej. Pogrzeb miał się odbyć o godzinie siódmej wieczorem, cmentarz gródecki otoczony został wojskiem, którego też pełno było po ulicach i pod gmachem sądowym. Tłum niezmierzony czekał aż do dziewiątej godziny wieczór, a zwłok nie wynoszono. Jakiś urzędnik rozpuścił pogłoskę, że pogrzeb odbędzie się dopiero na drugi dzień, wobec czego wszyscy się rozeszli. Tymczasem o godzinie trzeciej nad ranem w największej tajemnicy wywieziono zwłoki i pochowano we wspólnym grobie i z zatarciem wszelkich śladów, tak, że nawet mogiły nie mogła odszukać rodzina.
Dopiero w parę lat później wystawiła męczennikowi rodzina nagrobek, a równocześnie rozbiegł się po kraju w licznych odpisach wiersz nieznajomego autora, który, mimo niedołężnej formy, robił duże wrażenie opisem katuszy Ulatowskiego. Pomnik sam, przedstawiający płaczącą nad urną postać niewieścią, przechował się do naszych czasów. Obecnie przed- stawia obraz strasznego zniszczenia. Obalona na ziemię leży czworoboczna kolumna, a obok niej z urwaną głową i połamanemi rękoma postać muzy, jak widać z resztek nawet, dzieło niepośledniego dłuta rzeźbiarskiego. Napis skromny brzmi, jak następuje:
EUGENIUSZ ULATOWSKI
PRZEŻYWSZY LAT 34
PRZENIÓSŁ SIĘ DO WIECZNOŚCI
NA DNIU 17. MAJA 1836
ROKU. WE LWOWIE.
Zaniedbanie pomnika jednego z najlepszych synów ojczyzny, męczennika za sprawę narodową, jest ciężkim grzechem wobec przeszłości. Grzech ten powinien być co rychlej naprawiony, tem bardziej, że przecież kosztów żadnych nawet tu nie potrzeba. Wystarczy, aby patryotyczna młodzież, grupująca się koło narodowych towarzystw, własnemi rękoma dźwignęła ten pomnik, postawiła go na swojem miejscu i otoczyła go doraźną przynajmniej opieką, aż do czasu, kiedy los cmentarza gródeckiego nie zostanie stanowczo rozstrzygnięty. Pomnik tak wybitnego męczennika za sprawę odbudowania Polski jest własnością narodową, a gorycz zbiera i żal głęboki, że własność ta w takiej strasznej znajduje się poniewierce. Inny uczestnik sprzysiężenia, mającego na celu odbudowanie Polski, współczesny Ulatowskiemu, wybitny członek tajnego związku „Węglarzy“, legł również na cmentarzu gródeckim w otoczeniu całej swojej rodziny. Był to piwowar i właściciel uczęszczanej i słynnej przez długie lata piwiarni u wylotu ul. św. Łazarza, jeden z najbardziej wpływowych mieszczan lwowskich w czwartym lat dziesiątku ubiegłego stulecia. Mimo swojego nazwiska i niemieckiej mowy, był to jeden z najofiarniejszych patryotów i krzewicieli ducha narodowego wśród mieszczan lwowskich. W odległym wówczas od centrum miasta browarze jego odbywały się schadzki i posiedzenia związkowe, on sam wybrany był do dykasteryi czyli wydziału spiskowego. Dziwny był więc człowiek ten „Johann“ Prochaska, Niemiec, co w chwilach najcięższych budził mieszczan do pracy nad odbudowaniem Polski! Ojciec jego, również Johann Prochaska i również piwowar, zmarły w r. 1821, leży także na cmentarzu gródeckim, pod pomnikiem jeszcze wcale dobrze zachowanym, z napisem rdzennie niemieckim. Dziwnego doznaje się uczucia, czytając te niemieckie napisy na grobach najpoważniejszych mieszczan lwowskich z pierwszej połowy XIX. wieku. Zdaje się, jakoby Lwów wówczas zupełnie był niemieckim. Nawet sentencye, niekiedy wierszowane, noszą na sobie wszelkie cechy sentymentalizmu Biedermajerowskiej epoki, a czasem nieukojoną tęsknotę za krainą odległego „Teutschlandu“, jak n. p. ów napis na grobie Wilhelma Müllera, cieśli, urodzonego w r. 1752 w pobliżu Frankfurtu nad Menem, a zmarłego w r. 1811, któremu syn wystawił piękny nagrobek i kazał na nim wyryć:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Cmentarz Gródecki we Lwowie.
