Read here

Kościół Święto-Michalski w Wilnie

Józef Ignacy Kraszewski · 1908 · Free in the US

67,186 words · about 4 h 42 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1908 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Kościół_Święto-Michalski_w_Wilnie&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1908
Length
67,186 words · about 4 h 42 min
Sections
20 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (20)

Continue:

opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku

J. I. Kraszewski

KOŚCIÓŁ ŚWIĘTO-MICHALSKI

W WILNIE

OPOWIEŚĆ HISTORYCZNA Z PIERWSZEJ POŁOWY XVII-GO WIEKU

Bezpłatny dodatek do Tygodnika Illustrowanego

□□□□ WARSZAWA — 1908 □□□□ NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA

I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X XI • XII • XIII • XIV • XV • XVI • XVII • XVIII

Druk Piotra Laskauera i S-ki Warszawa, Nowy-Świat 41.

opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku

J. I. Kraszewski

KOŚCIÓŁ ŚWIĘTO-MICHALSKI

W WILNIE

OPOWIEŚĆ HISTORYCZNA Z PIERWSZEJ POŁOWY XVII-GO WIEKU

Bezpłatny dodatek do Tygodnika Illustrowanego

□□□□ WARSZAWA — 1908 □□□□ NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA

Druk Piotra Laskauera i S-ki Warszawa, Nowy-Świat 41.

W roku 1639, kiedy się ta powieść zaczyna, panował Władysław IV, od lat sześciu niespełna. Kazanowscy przyjaciele jego młodości, pochlebiający namiętnościom jego, wychowani z nim razem od dzieciństwa, otrzymali z jego wstąpieniem na tron, przewagę nad wszystkimi. Kraj cały po konwulsyjnych wysileniach, w śnie odrętwiałym spoczywał. Dwór królewski był okazały, ale brakło mu wesołości i ruchu. Król już to z powodu przewagi Kazanowskich, już dla zaprzysiężonego wedle zwyczaju dysydentom pokoju, wiele miał nieprzyjaciół; a Arcybiskup Gnieznieński niepomału go z tej ostatniej przyczyny strofował. Z drugiej strony jednakże szczęśliwie odbyte wojenne wyprawy, zjednały mu imię bohatera, a pobyt acz krótki w Wilnie 1636, tytuł opiekuna nauk. Wassemberg panegirysta Władysława cytując jakiegoś księdza Jana Rywockiego, opisuje bytność jego w Wilnie dość szczegółowo. Było to w miesiącu lipcu 1636 r., król z siostrą Anną Katarzyną Konstancyą i dygnitarzami, słuchał nawet dość długiej dysputy teologicznej w kościele Jezuickim św. Jana; wkońcu kosztowny pierścień zdjąwszy z ręki, udarował nim Sarbiewskiego, którego Urban VIII laurem poetycznym przyozdobił. Ksiądz Rywocki opisujący to zdarzenie, nie wspomina, czy Sarbiewski należał także do tej teologicznej dysputy, czy tylko na czele zakonu był przytomny; rozwodzi się jednak bardzo sprawiedliwie nad cierpliwością króla JMości i jego siostry, którzy mimo tego, pewno połowę dysputy przedrzemać musieli. W rok później po tym obrzędzie, ożenił się Władysław IV z Cecylią Renatą Austryacką, 1637. Obchodzono wesele po królewsku, i dwór z przybyciem nowej pani, błysnął życiem i przepychem. Z całego tego obrzędu, to tylko godna uwagi, że na nim grano tragikomedyę św. Cecylii 23 września 1637, na której z wielkiem podziwieniem ludu, góry, lasy, rzeki, miasta, chowały się i wychodziły kolejno na scenę. To widowisko miało wielki powab nowości, dotąd albowiem widywano tylko u ks. Jezuitów dyalogi Wielkanocne wystawiane bez przygotowania, w których (jak występował laik w sutannie z gęsim skrzydłem, niby to anioł, Judasz z konopianą brodą, i dyabeł z rogami zaimprowizowanymi z piórników. Raz tylko jeszcze za Zygmunta III studenci w innym rodzaju wystawili dramat, wyśmiewający błazna królewskiego Rialta. Mimo pokątnych szemrań na króla, Władysław nierównie więcej od ojca swego był lubiany, bo wychowany w tym kraju, świadom języka i obyczajów, duszę mając szlachetną i prawdziwie królewską, łatwo pozyskał serca tych, których sobie chciał zjednać. Położenie Wilna jednakże w owym czasie, niebardzo było szczęśliwe — oddalone od króla, rzucone na łup dysydentom, rządzone przez dumnego ich naczelnika wojewodę Radziwiłła, często napróżno w sporach swoich oczekiwało sprawiedliwości, która jadąc z Warszawy, zawsze się w drodze nadpsuć musiała. Ciągłe zawichrzenia i spory z dysydentami, truły spokojność mieszkańców. Zaczęły się one od spalenia biblii Brzeskiej w roku 1563, odnowiły się w całej sile 1581, kiedy biskup publicznie palić kazał wszelkie księgi prote- stanckie, których wwożenia do kraju surowo zabronił Zygmunt August roku 1543. Powtórzyły się te niepokoje w roku 1611 z poduszczenia gorliwego różnowierców prześladowcy rektora Akademii ks. Skargi, bez ważnych jednak ukończyły skutków. Lecz w roku 1639, w którym się następna powieść zaczyna, im dłużej wstrzymane, tem mocniej wstrząsnęły spokojność mieszkańców. Wszystkim tym niepokojom jedną można było naznaczyć przyczynę — zawsze pochodziły z nienawiści ludu i młodzieży ku dysydentom, którzy postępowaniem swojem podżegali jeszcze ten płomień, który Jezuici starannie dla własnej pielęgnowali korzyści. Silne mając plecy w wojewodzie, dysydenci, już to z ludu i obrzędów religijnych naigrawali się, już z pomocą wojewódzkiej piechoty, która liczne w mieście broiła bezprawia, napastowali bezbronnych kapłanów i studentów. Młodzież zaś zawsze skora do zwady, zawsze zapalna od najmniejszej iskierki, nierozważna i płocha, szczycąc się prócz tego oddawna osobnemi prawami, wspierana od ludu i księży, którzy okropnemi klątwami strzelali z ambon na kacerzy, łatwo przy każdej okoliczności chwytała sposobność dogryzienia różnowiercom. Polska przez sąsiednie kraje prędko dostała zarazy odszczepieństwa — błędy Leliusza Socyna z Sienny i Fausta Socyna wdarły się do nas z nim razem, i nowy aryanizm, rozlał się po kraju. Mieliśmy stronników Wiklefa, dowodem pieśń stara z wieku XV, po polsku o nim pisana. Nie brakło kalwinistów, zwinglianów, lutrów, anabaptystów, starych aryan i t. d.; ani fałszywych proroków i opowiadaczów dziwnych zasad, którzy skądinąd wypędzeni, u nas szukali przytułku. Osobliwie za Zygmunta III mieliśmy ich płci obojej. Jak tylko doszły ucha Władysława Jagiełły słuchy o różnowiercach, ów troskliwy o nową wiarę, którą w obszernym kraju zaszczepił, srogi wydał wyrok na kacerzy, którym, karać ich samych, dobra zabierać i dzieci ich nawet wszelkich przywilejów pozbawiać przykazuje, dając każdemu, choćby nie będącemu w urzędzie, prawo łapania ich, i przed sąd stawienia. To jednak jak się zdaje niewiele skutkować musiało — powab, który się do każdej przywiązuje nowości, szedł w ślad i za nauką sekciarzy, a umysły ciekawe i lekkie łatwo przyjęły błędy, które cała Europa tak łakomie chwytała. Dla tego to Zygmunt August, roku 1543, wydał wyrok powtórny przeciw kacerzom, srogo zaprzeczający wwożenia do kraju ksiąg nowymi błędami zatrutych. Nie pomogło i to wszelako, rozszerzały się nowe zdania, formowały się stowarzyszenia, zwiększała się liczba dysydentów, zaczęły nowe myśli brać przewagę. Było je komu popierać, zaczęto dowodzić, jak niepodobna zatamować biegu religijnych opinii, jak każdemu wolność sumienia zostawić należy, i wydano wyrok zupełnego pokoju dysydentom. Przysiągł więc, ów to tak nie tolerujący Henryk Walezy na tolerancyę, za nim Stefan Batory i Zygmunt III nakoniec, który jakkolwiek ścisły w religijnych materyach, nie mógł się z pod raz ustanowionego prawa wywinąć, chociaż następstwa pokazały, że je nie bardzo ściśle dochował; bo sam fanatyk nie cierpiał heretyków i krótko ich trzymał nieboraków. Po jego śmierci walna stąd wywiązała się sprzeczka; uważali dysydenci że mimo przysięgi, jaką im pozornie pokój zapewniano, nie bardzo im wszelako dobrze było; zaczęli więc wielkimi głosy prosić, aby do zwykłej formy przysięgi dodano jeszcze wiele innych przywilejów, a między innemi aby ich we wszelkie przyjmowano urzędy równo z innymi. Tak w dwudziestu punktach spisawszy żądania swoje, domagali się, aby je za prawo uznano. Ale katolicy, jak pisze Piasecki, jednym głosem wołali, iż nigdy na to nie pozwolą, aby z krzywdą ich zbytnia wolność dysydentom dana była. Przeciwił się zarzutom silną mową ks. Radziwiłł, wrzeszczeli w niebogłosy dysydenci, ale im dano do zrozumienia, że jako przychodnie, a nie panującej religii w kraju wyznawcy, powinni się byli tem, co im dobrowolnie udzielono, ograniczać. Po długich z obu stron sprzeczkach, gdzie Rafał Leszczyński imieniem bełskich różnowierców stając, dowodził, że przeszłych monarchów przysięgi i nadal obowiązują, przypominając, że nie tylko król, lecz i stany w r. 1570 przysięgły na dochowanie im pokoju, ukończyło się przecie z kilku słów w rocie przysięgi odmianą; i prócz wygnania aryan, których bardzo niebezpie- cznymi uznano (??), resztę zostawiono w pokoju. W tym czasie Wilno było już miastem handlowem; liczne komercyjne stosunki łączyły je z Moskwą, Rygą, Królewcem i Toruniem. Już coraz gęstsze wznosiły się mury w mieście, liczono 40 kościołów katolickich, jeden luterski, jeden kalwiński i meczet tatarski.. Ludność była znaczna, samych Żydów do tysiąca przeszło familii liczono. Stał jeszcze zamek górny, a przy nim gruzy kościoła św. Marcina, przez Jagiełłę niegdyś fundowanego, równie jak dolny zamek, przytykający do kaplicy zamkowej św. Stanisława, zaczęty przez Zygmunta I, a przez Zygmunta Augusta dokończony, który w nim swoim kosztem zebraną uporządkowaną miał bibliotekę, wielce lubiąc pobyt w tem mieście, gdzie poznał, pokochał i pochował swoją Barbarę. Kaplica zamkowa zawierała grób Witołda i Aleksandra króla, pomiętną będąc, że zajmowała miejsce, gdzie niegdyś bałwochwalcze stały świątynie. Ulice miasta błotniste, ciemne, ciasne i brudne, rzadko gdzie spanialsze rozjaśniało domostwo; jednakże błyszczały już gdzie niegdzie piękne Radziwiłłów i Sapiehów pałace, obszerne mury Jezuitów i Akademia, przez biskupa Waleryana fundowana r. 1579. Znaczniejsze kościoły były: św. Kazimierza w rynku, do Jezuitów należący, gdzie ciało świętego Królewicza spoczywało w trumnie srebrnej, 3000 funtów ważącej, od Zygmunta III danej, i dzwon sławny zwany Smoleńskim przez tegoż króla był zawieszony. Karmelici, dwojacy, z tych jedni przy Ostrej Bramie: zakon, który się wieczną okrył śmiesznością, od czasu Bezierskiej dysputy. Wznosiły się już mury Bernardynów, a przy nich sławny z drobiazgowego gotycyzmu kościołek św. Anny, o którym u ludu dziwne chodzi podanie. Zbliżając się ku środkowi miasta, uderzał ratusz ciężką przeładowaną ozdobami gotycką architekturą, obok rozległe murowane kramy, dalej osobne obszerne gospody kupców rosyjskich i niemieckich. Daleko w góry rozciągały się mizerne drewniane przedmieścia. Poza miastem, ku Antokolowi idąc, napotykało się Wierszupkę, na której były jeszcze ślady królewskiego zwierzyńca... na trzykrzyskiej górze stały pochy- lone pamiętniki męczeństwa Franciszkanów... a na jednym z pagórków stała niedawno jeszcze zbudowana Bekieszówka, pomnik sławnemu Bekieszowi, który towarzyszył Stefanowi Batoremu w wyprawach pod Psków i Wielkie Łuki. Mało wspomnień historycznych przywiązywało się do Wilna; dwukrotne tylko oblężenie Witołda, 1390 i 1391, w których z zamkiem razem 14,000 ludzi spłonęło, lud, choć dawno ubiegłe, wspominał z przerażeniem. Pamiętano pogorzel zamku w r. 1513, 21 lutego, i głód ciężki, z którego do 25,000 ludu wymarło w r. 1571. Żyli jeszcze świadkowie niesłychanego pożaru w r. 1610, kiedy 4,700 domów i dziesięć kościołów jednym dniem zgorzało, a sama królowa Jejmość Konstancya trafem się tylko na mizernej łódce od ognia uniosła... Nie tak się poszczęściło fraucymerowi królowej Jejmości, bo wiele panien, czy to z pośpiechu, czy z nieostrożności, czy z braku ratunku, ognia unikając potonęło w wodzie. Wielka szkoda tych panienek! tylko, że to już górą lat dwieście temu!... Na ulicy Zamkowej pamiętne dwa zaszły wypadki. Tu Karol Chodkiewicz, sławny wódz, którego duma odwadze się równała, ów to, co wobec króla zuchwałemu współzawodnikowi o mało buławą łba nie rozbił, tu walczył Chod- kiewicz z jakimś współzawodnikiem o... o co? proszę zgadnąć... nie już o buławę i pierwszeństwo, ale... o kobietę! Podanie nie wymienia, jak się ta potyczka skończyła, lecz dość na tem... przy wielkich przymiotach, wielkie kryją się słabości. Lecz na tem samem miejscu, gdzie ta niezacna zaszła walka, inne chlubniejsze trafiło się zdarzenie. Tu Skargę, rektora Akademii, kiedy doma spokojnie wraca, napotkał zapamiętały heretyk, który pamiętał, że rektor lud na nich poduszczał i gromił silnie z ambony. To gorzkie przypomnienie gniew w sercu heretyka zapala; podchodzi ni z tego ni z owego ku kaznodziei i wycina mu policzek. Kto inny pewno gniew gniewemby oddał, ale Skarga z najzimniejszą krwią i całą powagą kapłana i kaznodziei ewangeliczne przypomniawszy zdanie, drugą mu stronę twarzy nastawił. Wyobraźmy sobie, jakie to zrobić musiało wrażenie? — padł do nóg świątobliwego męża i został nawrócony. Jeszcze jedno wspomnienie. — Naprzeciw tyłu kościoła św. Jana po dziś dzień jest w kamienicy bramka przechodnia i korytarzyk, prowadzący na dwa dziedzińce, na jednym z których stał zbór kalwiński. Zygmunt August w czasie pobytu swego w Wilnie, proszony usilnie od Ewangelików, chciał ich nareszcie, na silne prośby, odwiedzić. Wybrał się więc z małym pocztem poufałych — aliści w samym korytarzyku na dziedzińce prowadzącym, z krzyżem w ornatach, poselstwo Jezuitów zastępuje mu drogę. Ubodło ich, że król ich nieprzyjaciół, nieprzyjaciół wiary, bytnością swoją chciał uszczęśliwić. Klękli w prośbach, żeby tego nie czynił, i całej wymowy, na jaką się zdobyć mogli, użyli do odwrócenia króla od tego zamiaru, oznajmując, że chyba po ich ciałach i karkach przejedzie dalej... Trudno było odmówić prośbom tak usilnym. Po tłustych Jezuitach niegładka byłaby droga — więc się król wrócił, ale choć o tem historya nie wspomina, ja sądzę, że naokoło obszedłszy, drugą bramą być musiał we zborze...

Był to ranek miesiąca października, jasny, pogodny, piękny, ale zimny. Słońce wznosiło się w całej chwale swojej, ostatkiem ciepła topiąc śnieg przedwczesny bielejący na dachach, i złocąc wyniosłe dzwonnice czterdziestu kościołów Wilna. W mieście ledwie się ruch zaczynał, kupcy ziewając otwierali sklepy, słudzy szli na rynek, Żydzi przemykali się ostrożnie, korzystając z chwili, w której wojewódzka piechota nie krążyła jeszcze w mieście: ona bowiem nie przepuszczała nigdy Żydowi, studentowi i jezuicie. W kościołach posępnie odzywały się dzwony, pobożni śpieszyli na prymaryę, a kilkunastu akademików, z czapkami na bakier, przy szablach, z książkami pod pachą, z kałamarzami za pasem, śpieszyło do Kollegium i Akademii. Czytelnik myślą przenieść się powinien na plac między Zborem kalwińskim, a kościołem św. Michała... Z jednej strony wznosi się mur kościoła i klasztoru — dwie wieże — fronton ozdobny obrazami na drzewie rytymi i malowanymi trzech Archaniołów. Wzdłuż ciągnie się ogród murem opasany i zabudowania klasztorne panien Bernardynek Święto Michalskich. Cichość posępna panuje w klasztorze, nie słychać śpiewu, ni dzwonu, a oczy przechodnia ze czcią zwracają się na napis kościelny: Furta i brama klasztorna wychodzą na plac, równie jak wysoka dzwonnica, na której wierzchołku św. Michał walczy blaszanym mieczem z wiatrami. W głębi widać posępny, czerwony kościół Bernardynów, a na jego froncie obraz Chrystusa Pana. Tuż przy nim kościołek świętej Anny, pieścidełko gotyckiej Architektury, pamiętnik wykwintnego smaku naszych naddziadów. Drugą stronę placu zajmuje gmach duży, murowany, z gankiem; — jest to zbór kalwiński. Nad nim unosi się wieżyczka z zegarem i kilku okienkami. Dziedziniec zboru otacza mur obryzgany błotem, obity ręką fanatycznego pospólstwa, popisany dobitnymi koncepcikami studentów. Tam gdzie ten mur zakręca się ku św.-Michalskiemu zaułkowi, stoi osiadła, wielka czarna wieża czyli dzwonnica ubrana w floresy i zasłaniająca dalszy widok od placu. Koło dzwonnicy zatarasowana brama, wielka i niezgrabna, w desenie i napisy z Pisma Świętego ustrojona. Z dębowego drzewa, ćwiekami nabite podwoje, zawsze prawie od środka na rygiel zamknięte, ze strachu pospólstwa, gotowego bez najmniejszej przyczyny rzucić się na kalwinów, stanowią wejście; a mała furtka uchylona i ubita do niej ścieżka okazują, że w istocie ludzie tędy chodzą. Naprzeciw dzwonnicy znajduje się dom wielki, wysoki, z dachem od ścian wyższym, z półtuzinem kominów, z oknami nakształt strzelnic i ogromnym dziedzińcem. Jest to mieszkanie i własność poety nadwornego Radziwiłłów, Sędziego Grodzkiego, Daniela Naborowskiego. Na przeciwnej stronie placu stoi dom, a w nim sklep Francuza Desaus; nad którego dachem postrzegać się daje wierzchołek góry Zamkowej i Zamku. Zamek wygląda stąd jak prosta, długa, murowana budowa, z mnóstwem kominów, okien, drzwi, ganków, ganeczków, balustrad i filarów. Dalej okryta drzewy, ukoronowana jedliną, chlubna z trzech znaków zbawienia, które od wieków dźwiga na sobie, ukazuje się w mgle, ponad wierzchołkami domów góra Trzykrzyska. Za nią pagórki, dalej niebo, obłoki, a za obłokami... nic... Dom kupca Desaus nieregularnie był budowany, o architekturze i myśleć nawet nie wypadało, spojrzawszy na kominy, które na wyścigi posuwały się w górę i sterczały jak pnie na wykarczowanem polu. Okna także jakby się kłóciły z sobą, jedne szły w górę, drugie w dół, jedne były szerokie, drugie wązkie, pobite i całe... Brama ogromna, silnie była zaparta, bo ówczesny stan ciągłych niepokojów kazał się mieć na baczności. Obok bramy był sklep korzenny wspomnianego Francuza, a nade drzwiami unosił się znak objaśniający przychodniom co tu znaleźć mogli. Na tablicy odmalowane były ważki, beczki, funciki, kwarty, oznaczające sprzedaż trunków i korzeni; nad tem zaś wszystkiem, panowała wielka kufa z napisem w około — Ranek był pogodny ale dyable zimny, i właśnie pan Desaus wszedł ziewając do sklepu, zbudził chłopca i kazał otwierać. Odsunięto rygle, drzwi się sklepowe rozwarły, i dostojny kupiec usiadł dzwoniąc zębami, chociaż zimno nie było do niezniesienia, i ledwie mały posrebrzał ziemię przymrozek jesienny. Pan Desaus był to mężczyzna ogromnie brzuchaty, sapiący, nizki, owalowaty, z twarzą okrągłą, czerwoną, nakrapianą w szafirowe punkciki. Zdaleka między nim a beczką, odmalowaną na tablicy przed sklepem, wielkie było podobieństwo, bo członki jego postaci zlewały się w tak doskonałą jedną całość, że często, chcąc go zaczepić, trudno było rozpoznać, gdzie brzuch, gdzie tył, a gdzie boki. Głowa także ginęła między wyniosłemi ramionami, a czapka ogromna futrzana okazywała tylko miejsce, gdzieby być była powinna. Francuz nieoswojony z zimnem drżał jak galareta: niedość że okręcony był futrem od stóp do głowy, a nogi w ogromnych butach ciepłych ukrywał — twarz jego posiniała bardziej jeszcze jak zwykle, nos trząsł się bardzo pociesznie, a z oczu płynęły łzy rzęsiste, które on, mrucząc coś pod nosem, bez ustanku rękawem obcierał. Chłopiec, który tylko co sklep otworzył i zasiadł zaraz nad ogromną księgą rachunkową, miał minę wesołą; był rumiany, blondyn, przystojny, w oczach dość ognia, uśmiech na ustach, a wąsik tylko co z wierzchnią wargą zaczął się oswajać. Ubiór okazywał, że to stworzenie tak wesołe, tak miłe, tak ogniste, należało do krajowców. Głowę miał podgoloną, tak jak wówczas czupryną Łaszczową nazywano, kontusik wytarty na plecach, niegdyś szaraczkowy, pas skórzany, a na nogach buty z czerwonemi cholewkami, a przodkami z czarnej skóry. Chłopczyk ten zatarł ręce, strząsnął się od zimna i, chuchnąwszy parę razy w dłonie, z wielką pilnością wziął się do rachunku i pisania, ale widać było, że mu to jeszcze szło oporem, bo nie był z pracą oswojony — biedził się nieborak, drapał się w głowę, kładł pióro, a niekiedy bojaźliwy wzrok rzucał na drżącego Francuza, czyli nie widzi, że mu się tak nie udaje. Surowa mina kupca, który czołgał się z kąta w kąt sklepu, owiniony w futro, jak żółw w skorupie, jego zły humor, inne mo- że jeszcze niewiadome nam okoliczności, strachem nabawiały chłopaka, bo i sama nieumiejętność już go słusznie zatrważać mogła. Pan Desaus chodził, ziewał, brukał, mruczał, chował się w futro, a znudziwszy się nareszcie, że nikt do sklepu nie zachodził — usiadł we drzwiach, w zamiarze zachęcania przechodniów. Tylko co się był usadowił na wielkiem krześle z poręczami, aż na ulicy chód czyjściś dał się słyszeć, i głos kaszlem przerywany, odśpiewujący powoli różaniec. Desaus ziewnął i wyjrzał. Przybywający był starzec, ale rzeźwy, w popielatym kontuszu z wielkim kołnierzem z wytartego sobola, w perłowym płaszczu, z kijem w ręku, w czapce na bakier i z różańcem za pasem, którego ziarna przebierał. Twarz miał długą, chudą, ale żywą. — Odśpiewawszy ostatnie amen, stanął przed sklepem i zawołał: — O! cóżeś się to tak mości Francuzie zaszył w futro? — Umf! odmruknął Desaus z ukłonem, bo też zimno! — O! gdzie tam! jużeś to waść musiał dziś wypić przynajmniej bechereczki korzennego wina... a ja na czczo... idę do Bernardynów na mszę świętą... może wstąpię idąc z powrotem. — Bardzo proszę! proszę bardzo, proszę uniżenie, najniższy sługa — ale waszmość panie Hreźla śpiewasz sobie tak głośno swoje katolickie piosneczki — a ja jestem kalwin, i zbór kalwiński nad głowami! to nie zawsze bezpiecznie! — Ba! odpowiedział starzec, ja się tego nie lękam, nie zrobią mi nic panowie zborowi, ani waszmość panie kupcze! niech oni lepiej pilnują swego nosa... ale otoż dzwonią na mszę świętą... muszę ruszać — kto z Bogiem, Bóg z nim. To mówiąc kiwnął głową na znak staruszek i umknął z placu. Zaledwie się był parę kroków oddalił, nowi przychodnie zwrócili uwagę kupca. Z przeciwległej kamienicy pana Daniela Naborowskiego wyszły dwie osoby i zdawały się dążyć prosto do sklepu. Jedną z tych osób był krępy pachołek w kurtce, w długich juchtowych butach, w czapce na bakier, i skórzanych spodniach. Twarz jego czerwona i oczy liliową otoczone obrączką, były bardzo jasnym dowodem, że używał mocnych trunków. Szedł jak kaczka, machał rękoma i dowodził coś silnie drugiemu obok idącemu. Ten drugi był od niego wyższy postawą i lepiej ubrany. Był to młodzieniec, od lat może dwudziestu kilku, rysy twarzy miał regularne, ale oczy osłupiałe; gęba otwarta, mina wiecznie uśmiechająca się, oznaczały wyraźnie, że należał do tej klasy ludzi, którym piątej klepki brakuje. Wielkie wąsy wisiały mu pod nosem, na głowie miał aksamitną czapkę, powalaną i wytartą nieporządnem jej używaniem, na ramionach płaszcz podbity lisami także wyszarzany. Pod nim kontusz niebieski, pas piękny zawiązany od niechcenia, a na nogach kurdybanowe, niegdyś żółte buty. Ta para szła prosto do sklepu Desausa, a kiedy ów pachołek ze swoim paniczem był już tylko o trzy kroki, Francuz uśmiechnął się, i pod nosem te słowa w swoim języku rodowitym wymówił: — Nie usłyszeli tego przychodzący, a panicz śmiejąc się zawołał: — Jak się Francuzisko zawinęło od zimna, by co szklannego do drogi!... chi, chi, chi! by co szklannego! — Idziemy do waszeci, rzekł pachołek, na śniadanie! — Hm! a macież pieniądze? — Mamy! o! mamy! odparł młodzieniec, jakem Wacław Piekarski. — Mamy, powtórzył pachołek, który przywykły do tłumaczenia, podchwytywał słowa swego pana, — mamy! ja ci za to ręczę, a waść znasz mnie, kto jestem! szlachcic i dworzanin pana Wacława Piekarskiego, Józef Rakowski z Rakowa. Mina Francuza zmieniła się nagle na tak wesołą nowinę; — radość zajaśniała w oczach, wychylił resztę ukrytej twarzy z pod futra, rę- kę na znak powitania ku czapce przyłożył — a dwaj przychodnie weszli do sklepu. — P. Piekarski uśmiechając się, oblizując na widok gąsiorów, beczułek i dzbanów. — Mateuszek! hej! Mateuszek! podaj sam wina! krzyknął Francuz, i policz co ci ichmość nam winni, bo z pieniędzmi przychodzą, więc — — muszą dług zapłacić. — O! z pieniędzmi! powtórzył Piekarski, a pieniądze, takie śliczne, białe! cha! cha! cha!... Mateusz zwinął się gracko — wybiegł i powrócił z gąsiorkiem pełnym. — Postawił go na stole, a sam zaczął rachować liczby, kredą na ścianie popisane. — Umf! a! a! jak on liczy! zawołał z głupiem podziwieniem p. Piekarski. — A niech sobie liczy paniczu, a my pijmy, nie trzeba czasu tracić!! — To mówiąc, Rakowski nalał dwa kubki wina i podał jeden z nich swemu paniczowi, który łapczywie go pochwycił i wychylił, a cała twarz jego dziką zajaśniała radością. Kupiec głowę z pod szuby wyścibiwszy, także ślinkę na ten widok połykał, ale się nie śmiał przymówić, żeby go na wino poprosili. — Umf! odezwał się nareszcie, przecież mi waszmość dziś dług oddacie — naczekałem się niemało. Nie było odpowiedzi na tę zaczepkę, bo dwaj przybyli, pili na wyścigi. — Drugiby tak nie czekał — dodał Francuz po chwili. Znowu nie było odpowiedzi. — A waszmość tak niegrzeczni, rzekł nakoniec, nawet mnie nie prosicie na wino. Rakowski, ów to pachoł czerwony, który czuł mocno, jak przykro być musi patrzeć na pijących a nie pić, obrócił się nagle i rzekł: — No to waść pij — prosimy. — Mateuszu! kubka! zawołał uśmiechając się Francuz, porwał podane naczynie, nalał, do ust przyłożył, łyknął duszkiem, postawił wypróżnione na stole i zawołał: Za wasze zdrowie! — A ja piję za zdrowie waszej córki, podchwycił Piekarski ze zwykłym sobie głupowatym akcentem. Wiwat panna Justyna. Francuz odwrócił się jakby nie słyszał, lub przynajmniej słyszeć nie chciał, a z miny znać było, że gdyby był nie pił ich wina, byłby tak obojętnie nie wysłuchał tego wiwatu. Nie mógł jednak wytrzymać, żeby nie mruknąć na stronie: a Rakowski szturchnął łokciem towarzysza i pokazał mu palcem kupca wielce zaambarasowanego, który ciągle coś szepcąc pod nosem, wcisnął był już nazad głowę do szuby. Wtem chłopiec sklepowy zawołał: — Suma florenów 20! — To za wiele! — To nadto! zawołali razem dwaj pijący. — A kiedyż to już waszmość pijecie! to wcale niewiele! — A codzień po dzbanku, a czasem i po dwa, dodał Francuz suwając się po sklepie — a piliście nieraz, prosto ze Lwowa małmazyę, nieraz węgierskie stare... — Ale u nas nie kanonicka kieszeń, odezwał się Rakowski, żebyśmy tak płacili. No, cóż! zaniemiałeś panie kupcze? — Bodajbym był ogłuchł, kiedyście mnie o wino bez pieniędzy prosili, rzekł odwracając się Desaus, bo teraz żebyście popękali, nic nie odstąpię. — Nic? zapytał Piekarski — cha! cha! cha! nic? — Tak, ani szeląga, ani dydka, ani... nic!... powtórzył Francuz z pod szuby coraz silniejszym głosem. — Cha! cha! cha! Waść nic nie odstąpisz, to ja nic nie zapłacę! cha! cha! cha! — Spróbuj! wrzasnął Francuz zapalczywie, aż chłopiec sklepowy pobladł ze albo to niema sądu?! hę! ja cię tu krokiem ze sklepu nie puszczę! Dwaj dłużnicy spojrzeli po sobie z niepewnością, jakby się wzajemnie pytać chcieli, co począć w tym razie: a kupiec dopełniając swego przyrzeczenia, zaczął już nawet sklepowe drzwi przymykać. Ledwie się pierwsza ich połowa do drugiej przybliżać zaczęła, p. Piekarski mrucząc pod nosem dobył kieski i słowa nie mówiąc, rozłożył pieniądze na stole, szepcząc coś na ucho towarzyszowi. Brzęk pieniędzy obudził kupca, odwrócił się i ledwie oko jego ujrzało na stole bielejące pieniądze, które jednem wejrzeniem przeliczył, pożałował prędkości swojej, opuścił ręce i drzwi odemknął na roścież; — zmieszany jednak nie śmiał już oczu podnieść, ani ust otworzyć; kiedy pan Piekarski dopijając ostatniego kubka, zaczął cielęcym głosem śpiewać piosenkę, swojej bez wątpienia roboty:

Panna Justyna Tęga dziewczyna...

Chciał śpiewać dalej, ale kupiec, który od pierwszych dwóch wierszy o mało konwulsyi nie dostał, zbliżył się trochę ku niemu i, bełkocząc niezrozumiale z gniewu, zawołał: — Proszę mojej córki tak nie bo ja drugi raz przed waszmością sklep zamknę. Co waszmości do mojej córki? moja córka nie dla waszeci! proszę jej reputacyi piosneczkami nie (chciał powiedzieć nie brudzić) — proszę... Tu gniew zbytni mowę mu zatamował, a we drzwiach dał się słyszeć głos starca, powracającego ze mszy od Bernardynów. — O! o! już i kłótnia! zawołał trzęsąc głową, przysiągłbym że panu Desaus o córkę chodzi albo o pieniądze, bo tak wrzeszczy, że go słychać na drugim końcu miasta... o to! to mi to ogień! Francuz miał widać uszanowanie dla starca, bo się wnet obrócił i, domrukiwując już tylko pod nosem resztę litanii swojej, podał mu krzesło i zapytał, jakiego chce — Jeżeli masz jakie uczciwe, to wypiję maleńki bechereczek dla pokrzepienia żołądka; jakiego chcesz, byle dobre... — Mam przedziwny muszkatel; możeby go korzeniem przyprawić i przy ogniu zletnić trochę? hę? — A! dobrze! proszę tylko nie marudzić, bo mam dziś po uszy roboty! O! a wy to, panowie młodzi, kiedy ja o bechereczek jeden proszę, jużeście dzbanisko wychylili? — Che! che! — Che! che! odezwali się dwaj zaczepieni, bo już wino działać zaczynało i wiązało im gębę; już mina Rakowskiego błyszczała jak ponsowy but wojewody, a Piekarski z rozwartemi ustami, z uśpionym wzrokiem, byłby Bachusa doskonale gdzie w dyalogu wystawiał, gdyby mu dodano choć odrobinę rozumu, którego cała jego postać ani za grosz nie miała. — Spiłeś się waszmość jak bela, rzekł stary do pana Piekarskiego. Mój Boże! tak młody! kiedym ja był taki, byłem jeszcze pokojowcem u pana Lubomirskiego: od kieliszka, od dziewki wara było! bo bili, siekli bez miłosierdzia; za to też wyszło się powoli na człowieka! jest na starość kawał chleba! a waść co poczniesz, kiedy cię rodzice albo pokrewni opuszczą?... — Che! che! che! odpowiedział pan Piekarski, zamrużył oczy, spuścił głowę i usnął..

Pan Desaus siedział w swojej izbie, przy ogromnym kominie, na którym palący się ogień resztę mieszkania oświecał. Na zegarze kalwińskiego zboru wybiła już była dziewiąta, wiatr dojmował zimny, a kupiec chodził, chuchał w palce i ogrzewał się ze wszystkich stron przy kominie. Izba była obszerna, dwa jej okna na plac przed kościół Święto-Michalski wychodziły. Kilka sztychów: a między niemi Henryk IV i rzeź św. Bartłomieja zdobiły ściany; prócz tego stały dwie ogromne szafy, kilka stołów, stołków i łóżko, z firankami w niebieskie kwiaty. Na jednym stole, tuż naprzeciw komina, leżała rozwarta księga, a przy niej siedziała w milczeniu dziewica wysokiego wzrostu. Ciepła, długa, ciemnego koloru z galonem złotym, wedle ówczesnego zwyczaju suknia, okrywała ją. Blask ognia oświecał twarz jej piękną, lecz napojoną wyrazem jakiejś szczególniejszej surowości, którą rzadko zobaczyć w kobiecie tego wieku; bo nieznajoma więcej nad lat dwadzieścia mieć nie zdawała się. Oczy jej, pełne ognia, rzucały wejrzenia do pogardliwych podobne, a usteczka wzniesione w górę, milcząc zdawały się rozkazywać. Była to panna Justyna Desaus. Przy kominie siedział Mateuszek, z wielką księgą in folio na kolanach; czytał bardzo pilnie, a niekiedy ukradkiem rzucał wzrok szybki i przelotny na kupca i jego córkę... Panna Justyna poziewała szeroko, kupiec kaszlał i stękał, Mateuszek wzdychał półgłoskiem, zresztą zupełna cisza panowała w około. Nareszcie tonem oschłym i obojętnym odezwała się panna Justyna, wstając ze swego miejsca. — Wszakci późno... możebyś się spać panie ojcze położył?... — I nie! odpowiedział krótko kupiec, sen mnie coś nie bierze, jeszcze posiedzę. — Jak ci się podoba, odpowiedziała Justyna. Ale któż tak późno stuka do bramy? to chyba matka Marya przyszła przenocować: kilka dni jak już nie była. — Może kto po wino, dodał kupiec, bo dość mocno stuka. Nie śmiał jednak kazać otworzyć, póki Justyna, wyjrzawszy przez okno, nie odezwała się tonem nakazującym do chłopca: — No! idźże tam, otwórz. Kupiec, który tylko wyroku córki czekał, co jej we wszystkiem ulegał i nic bez jej wiedzy nie stanowił, powtórzył także za nią: — No! a idźże, otwórz! Chłopiec wyleciał, jak opętany, i w chwilę drzwi się otworzyły i głos ponury odezwał się na progu: — Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! Sama sobie odpowiadać muszę: na wieki wieków amen! bo wy kalwini tego nie zrobicie. Osoba, która te słowa wyrzekła, zasłoniona jeszcze była szerokim kapturem komina, lecz gdy parę kroków postąpiła, ukazała się przy blasku ognia kobieta wysokiego wzrostu i mocnej ciała budowy. Mateuszek poddmuchał przygasający fantastyczna jej postać błysnęła w całem świetle. Czarna wytarta suknia okrywała ją całkiem, a na głowie, dumnie wzniesionej, unosiły się zeschłe kwiatów i krzewiów gałązki; rysy jej twarzy chociaż wiek zeszpecił, nosiły jednak cechę dawnej piękności; oczy miała duże i czarne, nos mały, usta ściśnione i wpadłe, czoło wysokie, a nad niem zwijało się kilka puklów czarnych posiwiałych włosów. Wyraz jej oczu i całej postawy miał w sobie coś tak uderzającego, iż raz ją zobaczywszy, niepodobna było zapomnieć. Wejście jej, długi, olbrzymi cień postaci rysujący się na przeciwnej ścianie, jej słowa i mina, stanowiły scenę godną lepszego pióra. — Siadaj matko, odezwała się Justyna, musiałaś zziębnąć na dworze, przyszłaś przenocować zapewne... wiatr być musi dojmujący na dworze. — Dojmujący! powtórzyła przybyła, wyciągając długie wyschłe ręce nad kominem, dojmujący; ale duszy nie przejmie, a kto ogień nosi w duszy, temu taki wiatr niczem! Kiedy to mówiła, Francuz Desaus, zapewne do podobnych scen przywykły, mrugnął na chłopca i na palcach po cichu zgarbiony wyszedł z izby. — Tak! zapewne, odpowiedziała Justyna Maryi, ale ten ogień duszy gaśnie z wiekiem. — Może! może! przerwała stara, kiwając głową z powątpiewaniem, ale kiedyż moja młodość przeminie? — O! moja panno, mówiła dalej, cóżbym ja dała, gdyby moje lice różowe na zmarszczone policzki kościelnej baby zamienić, i ten ogień na chłodne serce starości... a jednak nie mogę! bo Bóg za karę skazał mię na młodość wieczną. Patrz! dodała uśmiechając się okropnie, moje oczki, moje ząbki, moja kosa kruczych włosów, tak ładne jak przed laty! a serce tak młode jeszcze, jakbym dziś pierwszy raz kochać zacząć miała!... Nie dziw też to, nie dziw, wszak dziewiętnasty mam roczek, ogień młodości napełnił piersi moje! pierwsza iskra zaświeciła w oczach, ale, ach! i to przeminąć musi. Justyna, słuchając tej mowy, ruszyła ramionami z politowania nad obłąkaną i odezwała się z cicha: — Pójdź spać matko! — O! jeszcze nie czas, przerwała stara, spoglądając w około. Czekam na Stasia, przyjedzie koło północy, jak pierwszy kogut zapieje; usłałam jedno dla nas obojga łóżeczko, z pachnących ziółek zrobiłam posłanie, poduszkę z moich włosów, a to wszystko dla Stasia. Biedny! czy mróz, wicher czy słota, on zawsze przychodzi do mnie; a ogień, co przez dzień w sercu mojem przygaśnie, pocałunkami na nowo rozpali. Dobrze to mieć Stasia! dobrze to mieć dziewiętnasty roczek!... Zegar zborowy dziesiątą w tej chwili uderzył, stara padła na kolana. — Módl się, córko mojego serca, zawołała głośno, módl się! Bóg przypomina, że się modlić trzeba; ty się módl po swojemu, ja po swojemu; teraz, kiedy świat cały w cichości spoczywa, modły nasze polecą prosto do Boga!... W imię Ojca, i Syna, i... Szelest jakiś dał się słyszeć na ulicy, stara porwała się z ziemi i zawołała: — To mój Staś idzie! chwałaż Bogu! czekałam go tak długo, z nim razem zmówimy pacierze! on taki nabożny! zawsze mi o Bogu wspominał!... — Kładnij się spać matko! bo jutro zapewne rano, jak pierwszy dzwon się przebudzi, pójdziesz obchodzić kościoły swoim zwyczajem. — Od północy do ranka, odpowiedziała stara poważnie, dwa wieki!... Można się urodzić, żyć i umrzeć w tym czasie! Jak się postarzejem, moja duszo, to będziem spać dłużej... A ja, ja dziś ze Stasiem ślub brałam! Ach, żebyś wiedziała, sto świec błyskało w kościele, muzyka brzmiała jak chór Serafinów! pełno kobiet, rycerzy, kadzidła płyną w niebo niebieskiemi wstęgami. Ksiądz nas wiąże ze Stasiem: wiąże ręce... serca kto inny powiązał przed laty, a tu... trumna w kościele, a nieboszczyk w trumnie jak miecz w pochwie rozciętej na dwoje — na ustach znać jeszcze siny pocałunek śmierci, mróz na czole, oczy jak dwa wygasłe życia ogniska, w ręku jego krzyżyk matki... Ha! wesele, wesele! łoże nasze usłane, róże w głowach, w nogach róże, rozkosz ulata nad nami, aniołowie kołyszą nas w powietrzu. I grób zasypali, i garść ziemi pokryła ciało, które najpiękniejsza dziewica życiem swojem odżywićby chciała, i za nim zamknęła się ziemia na wieki, a na grobie... cóż na grobie? we dwa wieki stało łoże małżeńskie, a proszek z jego kości stał się pyłkiem różanym, a z jego oczu drogie kamienie, a z jego ciałka łodyga różana wyrosła, a z jego serca gałąź pokrzywy...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…