Front matter
WYDAWNICTWO IMIENIA M. BRZEZIŃSKIEGO.
CZAROWNICA.
OPOWIADANIE
całość
WYDAWNICTWO IMIENIA M. BRZEZIŃSKIEGO.
CZAROWNICA.
OPOWIADANIE
skrócone z powieści
ELIZY ORZESZKOWEJ.
WYDANIE TRZECIE.
WARSZAWA. — 1917. — SKŁAD GŁÓWNY
W „KSIĘGARNI POLSKIEJ“, WARECKA 15.
Geprüft und freigegeben Presseverwaltung Warschau,
den 15 ten III 1917. T. № 4850. Dr. № 14.
Druk Klamkowskiego i Rajskiego. Warszawa, Nowogrodzka 21.
P.
Był to zimowy wieczór. W ogromnej, wysokiej sali sądowej, wśród wielkiej ciszy, prokurator głośno i wyraźnie obwieścił oskarżenie podsądnych o straszną zbrodnię. Oczy kilkuset zebranych ludzi zwróciły się ku ławie, gdzie, strzeżeni przez uzbrojonych żołnierzy, stali czterej mężczyźni w więziennych ubraniach. Zapytani z kolei o nazwiska, odpowiedzieli: Piotr Dziurdzia, Stefan Dziurdzia, Szymon Dziurdzia, Klemens Dziurdzia, włościanie, wszyscy, oprócz Klemensa, który był synem Piotra, rolnicy i posiadacze ziemi. Piotr Dziurdzia przez kilka lat był nawet w swej wiosce sołtysem. Przyznali się do winy. Piotr Dziurdzia był już niemłodym, ale silnym i krzepkim człowiekiem. Wejrzenie jego było poważne i bardzo smutne. Przeżegnał się pokryjomu, gdy stanął w ławie oskarżonych; a gdy odpowiedział na wszystkie pytania, spuścił głowę i modlił się ze splecionemi rękoma. Stefan, stryjeczny brat Piotra, nie miał jeszcze lat czterdziestu i niepodobny był do Piotra. Czarne jego oczy patrzyły ponuro, lecz roztropnie i bystro. Wyglądał na bardzo popędliwego. Szymon Dziurdzia był to człowiek niemłody, brzydki i wskutek pijaństwa ogłupiały. Ze strachu nie wiedział, co począć ze sobą; łzy spływały mu po chudych policzkach. Najmłodszym ze wszystkich, bo 22 lat mającym, był Klemens, syn Piotra. Na ładnej i świeżej twarzy tego parobka malował się wstyd. Czerwienił się, gdy mówił wyrazy: „przyznaję się,“ czerwienił się za każdym razem, gdy imię jego wymawiano. Chwilami miał łzy w oczach: myślał o chacie swojej, gdzie stara matka ręce załamuje, o polu, które orał, a słonko świeciło jasno... Wtedy był wesół i spokojny, nie tak, jak teraz — pełen wstydu i trwogi... Co to znaczy, że nie nędzarze, nie włóczęgi, lecz rolnicy, gospodarze popełnili straszną zbrodnię? Jaką i dlaczego? Kto się chciał o tem dowiedzieć, a pilnie słuchał zeznań świadków i opowiadań ludzkich, ten usłyszał następującą historyę.
ROZDZIAŁ PIERWSZY.
Sucha Dolina była to wieś, złożona ze czterdziestu może chat i ogrodów, które ciągnęły się szeregiem pośród pól i gajów. Nie brakło w niej chat z białymi kominami, sporemi oknami i porządnymi ganeczkami. W ogrodach gęste konopie stały gotowe do wyrwania, bujne głowy kapusty dojrzewały; gęsto sadzone wiśniowe drzewa dawać musiały dużo owoców. Nędza więc zaglądała tu chyba tylko do chat najuboższych. W piękny letni wieczór mieszkańcy tej wioski bardzo byli wzburzeni. Przed jednem z najdostojniejszych domostw gromada bab wrzeszczała tak przeraźliwie, że aż dokoła niej zebrały się dzieci starsze i młodsze. Na wązkim dziedzińcu chaty, przed którą tłoczyły się baby i dzieci, ciszej od niewiast rozmawiali mężczyźni, przypatrując się z ciekawością robocie właściciela tej chaty. Był to najzamożniejszy gospodarz Suchej Doliny, a zwał się Piotr Dziurdzia. Z pochyloną głową i zgiętemi plecami, z wielką powagą rozszczepiał on kloc drzewa na drobne kawałki. Za nim stali dwaj jego synowie, a dalej Stefan Dziurdzia, stryjeczny brat, zgryziony i ponury, i Szymon Dziurdzia, mizernie wyglądający, który za odetchnięciem wydawał z siebie mocny zapach wódki. Jeden tylko Szymon miał podartą koszulę i bose nogi, gdy inni odziani byli w porządne kapoty i do kolan sięgające buty. Dwaj w pobliżu stojący włościanie zapytali ponurego Stefana: — No, i wasze krowy ani troszeczkę mleka nie dają? Stefan odpowiedział: — Tak jakby nic. Kropeleczkę z siebie puści i, żeby ją zabić, więcej nie da. Wprzódy to i więcej niż garniec dawały. — To tak, jak u mnie — odezwał się mizerny Szymon — jedna tylko, a bywało nieraz garniec da. — Pietrek! hej, Pietrek! Skończysz ty kiedy, czy nie? — zawołała jedna z kobiet piskliwym i rozgniewanym głosem. Kilku mężczyzn zaśmiało się. — Oj, jak Stefanowej pilno czarownicę złapać. Hej, Pietrek! idź prędko, bo jak baba po swojemu się rozgniewa, to będzie bieda; nie poradzisz jej, wybije cię. Piotr już robotę swoją ukończył. Ujął w ramiona stos suchych, do zapalenia wybornych drewek i wyszedł z nim za bramę. Kobiety powitały go okrzykiem i wszyscy ruszyli w drogę. Wysoka, chuda, z czarnemi palącemi oczyma Rozalka Stefanowa, wyskakując naprzód i rękoma za biodra się chwytając, z niezmiernym zapałem do Piotra zawołała: — A czy to aby osinowe drzewo? bo jeżeli nie osinowe, to nic z tego nie będzie; czarownica nie przyjdzie na inne drzewo, tylko na osinowe. Przysięgnij Pietrek, że osinowe! Piotr Dziurdzia jakby nie słyszał. Targała rękaw i poły jego kapoty, dopóki mąż jej Stefan ściśniętą pięścią nie uderzył jej silnie w plecy. Byłaby upadła, gdyby nie płot, o który się oparła. Wnet przyskoczyła do męża, wycięła mu tęgi policzek i znowu pobiegła za Piotrem, krzycząc wciąż: — A osinowe to drzewo? Przysięgnij! Stefan zcicha zaklął. Stary chłop, którego zwano Jakóbem Szyszką, z gromady, przystąpił do Rozalki i z powagą przemówił: — Nie bądź głupia, Rozalko. U mnie także nieszczęście, i ja chcę czarownicy w oczy zajrzeć; czyż jabym się zgodził, żeby drzewo było insze, jak osinowe? Na te słowa Rozalka uspokoiła się i odstąpiła od Piotra. — Komedya — mówili jedni, wzruszając ramionami. — Niech taką komedyę licho porwie! — odpowiedziały gniewnie kobiety — to bieda jest, zgryzota, nie komedya. — Ciekawość, kto ta czarownica? — Przyjdzie na ogień, czy nie przyjdzie? — pytali wszyscy. — Przyjdzie! czemuż nie ma przyjść? Za dziadów, pradziadów przychodziła, to i teraz przyjść musi, — odpowiadali najstarsi. Piotr szedł wciąż naprzód zamyślony i milczący. Gromada malała. Kobiety i mężczyźni odłączali się po drodze. Dzieci odpędzono. Pozostali tylko dwaj synowie Piotra, a także Stefan i Szymon Dziurdziowie i Jakób Szyszka. Z kobiet zaś zostały trzy żony Dziurdziów i Franka, hoża dziewczyna, z wesołą miną wciąż zerkająca na młodego Klemensa Dziurdzię. Wieczór już nadchodził. Zachodzące słońce ostatniemi światłami swemi rzucało jeszcze na ściany chat i twarze ludzkie różowe łuny, ale wnet skryło się za wsią na zachodniej stronie nieba. Dymy nad kominami, wprzódy rumiane, szarzały, a ziemię powoli mrok okrywać zaczął. Ryk bydła, beczenie owiec, stuki otwieranych i zamykanych wrót cichły i milkły. W miejscu, z którego cztery drogi rozchodziły się w różne strony, stał stary, wysoki krzyż. Tutaj Piotr zatrzymał się, ciężar swój z ramion zrzucił, w niebo spojrzał, wydobył z kieszeni kapoty hubkę i w milczeniu ogień krzesać zaczął. Zbili się wszyscy w ściśniętą gromadkę i wzrok w jego ręce wlepili. Wnet suche drewienka buchnęły ogniem. Cztery kobiety na całe gardło krzyknęły: „O Jezu!“ — jakby nigdy w życiu ognia nie widziały. Czekali wszyscy zapatrzeni w ogień, którego płomieniste języki strzelać zaczęły coraz wyżej. Na polach pusto było i cicho, tylko w końcu jednej z dróg kilka uderzeń młota ozwało się w kuźni. — Albo to prawda, że czarownica na ogień przyjdzie? — z nogi na nogę przestępując, nieśmiało zauważył Klemens, — może jej całkiem na świecie niema? — Czarownicy niema! — krzyknęła Stefanowa, — a dlaczego mleko u krów przepadło? Mleka u krów ani kropeleczki — a on mówi, że czarownicy niema! — Nie dziwo! susza taka, że niech Pan Bóg broni; pasza kiepska, to i mleko przepadło, — dowodził Klemens. Ale tym razem Piotr zwrócił się ku synowi i z wielką powagą mówić zaczął: — Kiedy nasze dziady i pradziady w to wierzyli, to musi to być prawda. Może cud Boski okaże się nad nami niegodnymi, i ta, co taką krzywdę nam zrobiła, przyjdzie na ogień, z tego osinowego drzewa zapalony, na którem powiesił się Judasz psia wiara, co w żydowskie ręce wydał Pana naszego Jezusa Chrystusa, Amen. Ogień palił się zwolna, lecz coraz wyżej. Piotr rzucił weń jeszcze sporą wiązkę drzewa, płomień buchnął wysoko, aż ku ramionom krzyża. Ujrzawszy krzyż nagle w złocie stojący, wszyscy obecni pochylili głowy i przeżegnali się nabożnie. W tej chwili na drodze dało się słyszeć dalekie jeszcze, ale rozgłośne śpiewanie na nutę łagodną i tęskną... Śpiewający głos kobiecym był. Na twarzach gromadki, naprzeciw krzyża, odmalowało się zadowolenie, przerażenie, a nadewszystko ciekawość. — Idzie, idzie! — szepnęły kobiety... Śpiew się przybliżał. — Kowalowa, czy co? — szepnęła żona Piotra. — Ale! Nikt tak nie śpiewa, tylko ona — szepnęła Szymonowa. Na szczycie małego wzgórza pokazała się postać kobieca. Szybko idąc, dalej swą pieśń śpiewała. Nagle zamilkła. Spostrzegła ognisko i, jak w ziemię wryta, stanęła. Była jeszcze młoda i silna. Fartuch, dwoma rogami do pasa przytwierdzony, napełniony miała mnóstwem kwitnących ziół. Oprócz tego na ramionach niosła snop roślin taki wielki, że całą pierś i część twarzy jej okrywał. — Aa! — rzekła — co wy tu takiego robicie, ludzie? czarownicę na ogień łapiecie? W gromadce panowało grobowe milczenie. Wszyscy powyciągali szyje — i oczy, jak ostre żądła, w tę kobietę utopili. Ona tymczasem zapytała znowu: — Cóż? czy już przychodziła? Z gromadki ozwał się poważny głos Piotra: — Albo nie wiesz, że która pierwsza przejdzie około ognia, ta jest czarownicą? — A jakżebym tego nie wiedziała, — odparła kobieta, — wiem. I któraż pierwsza przeszła? Piotr Dziurdzia i Jakób Szyszka odpowiedzieli: — Ty!! — Ja? — wymówiła kobieta, i opuściła ramiona, tak że żółte dziewanny i białe krwawniki rozsypały się po trawie. — Ja! — powtórzyła i załamała ręce. Ale wnet zdziwienie minęło i głośno śmiać się zaczęła. — Ja, ja? — wołała wśród śmiechu, — ja czarownica? Oj, ludzie, coście wy wymyślili? czyście wy zgłupieli? Czy wam się pomieszało w głowach? Tfu, taką brzydką rzecz na chrześcijańską duszę powiedzieć, czy wam nie wstyd? No, stójcie tu i czekajcie czarownicy, bo jak Bóg na niebie, ona nie ukazała się jeszcze. Mnie pilno do mego i do dzieci. Bywajcie zdrowi! Zebrała upuszczone zioła i żwawym krokiem poszła drogą, wiodącą ku samotnej chacie i kuźni. Ludzie pozostali u ognia. Piotr rzekł: — Otóż pokazał nam Pan Bóg Wszechmogący krzywdzicielkę naszą. Stefan sam do siebie mruknął: — Już ja dawno wiedziałem, że ona jest czarownicą. Ogień przygasał. Na drodze, wiodącej do kuźni, rozlegał się wesoły śpiew kobiecy; zawtórowały mu uderzenia kowalskiego młota — a potem gruby głos męski.
ROZDZIAŁ DRUGI.
Dawno już mieszkańcy Suchej Doliny podejrzewali Pietrusię, wnuczkę ślepej Maciejowej, że miała jakieś stosunki z nieczystą siłą. Życie Pietrusi, jej postępowanie i charakter niezupełnie takie były, jak wszystkich innych kobiet z Suchej Doliny. Tak jak Pietrusia, żona Michała kowala, nie wyszła za mąż i nie żyła żadna... Żadna też nie wiedziała tyle dziwnych rzeczy, co ona... Przed wielu laty stara Maciejowa przywędrowała do Suchej Doliny skądciś z malutką wnuczką Pietrusią, i różne służby pełniąc, na dorosłą dziewkę ją wyhodowała. Nagle stara oślepła. Pietrusia już wybuchnąć miała wielkim lamentem nad kalectwem babki, jednak widząc, że ona nie krzyczy, nie płacze, lecz owszem uśmiecha się trochę i na pamięć wrzecionem furka, kolana jej i stopy ucałowała i rzekła: — Teraz już jestem duża i, chwalić Boga, silna. Mogę pracować i żywić was do końca życia tak, jak wyście mnie żywili od maleńkości, kiedy ojciec i matka jednego roku zmarli. Pilnować was będę, jak oka w głowie. Tak mi Boże dopomóż! — Poszła i uwijała się po zagrodzie. Była to zagroda Piotra Dziurdzi. Żona jego niedomagała od lat kilku, a że córki w domu nie było, synowie zaś byli jeszcze dziećmi, więc gospodarstwem kobiecem za strawę i przyodziewek zajmowała się wprzódy Maciejowa, a teraz trudnić się zaczęła Pietrusia. Piotr był gospodarzem dostatnim i mógł pozwolić sobie na ten zbytek, aby jego chorą żonę sługa zastępowała. Pomimo że była sierotą i tułaczką, Pietrusia bardzo była wesołą. Śpiewaniem napełniała chatę Piotra. Dziwili się ludzie tej wesołości, bo głodu i biedy zaznała w swem życiu niemało. Wiele znaczyło to, że złego obejścia nie doznała nigdy. Babka wprawdzie nie miała czasu pieścić jej i całować, ale nie zjadła nigdy łyżki strawy, dopóki wnuczki nie nakarmiła, nie kupiła sobie przyodziewku żadnego, póki jej czysto i cało nie ubrała. Zasługiwała się ludziom, żeby jej wnuczki nie krzywdzili. Pietrusia czasem do innych dziewcząt ze łzami w oczach mówiła: „Ona jak ten anioł nade mną.“ Każdej niedzieli zrana, gdy wszystko skończyła, co tylko w chacie do zrobienia było, Pietrusia myła i czesała babkę. Potem na siwe jej włosy wkładała czepiec biały, a jeśli kiedy w sobotę, mając więcej czasu, suto go szlarką obszyła, to już bardzo zadowolona powtarzała: — Oj, jak ślicznie! oj, jak ślicznie! Stara pytała: — A skąd pieniądze na szlarkę miałaś? — Z lata jeszcze schowałam, kiedy żąć chodziłam do dworu. — A nie zaleca się kto do ciebie? — zapytała znowu. Spuszczając oczy, dziewczyna odpowiadała. — A zalecają się. Już ja wam, babko, przeszłej niedzieli mówiłam, że Stefan Dziurdzia i Michałek Kowalczyk. — Aha, to nic... Na toś ty dziewka, żeby się do ciebie kawalery zalecali. Ale paciorek od nich nie brałaś, ani pieniędzy, ani nic? — Nie brałam. — Pewno? — Pewniusieńko, babulu. — Pamiętaj, żeby na tobie grzechu przed Bogiem ani wstydu przed ludźmi nie było. Kiedy który lubi, niech się żeni; a kiedy żenić się nie chce, to ty przy zbliżeniu się wszelakiem — raz, dwa, trzy, w pysk! Dziewczyna powinna być czysta, jak ta szklanka, kiedy ją w wodzie krynicznej wymyją. Pietrusia wstydliwie, lecz razem radośnie, zachichotała. — On ożeni się ze mną... — Który? — zapytała stara. — A Michałek Kowalczyk. Babka przyzwalająco pokiwała głową. — Dobrze — rzekła — czemu nie? chatę swoją ma, a także kawałek ziemi po ojcach. Przytem rzemieślnik. To tylko szkoda, że Michałowi teraz dwudziesty pierwszy roczek idzie. Jakże on się ożeni z tobą, kiedy musi iść do wojska? — Nie może być! — krzyknęła przestraszona dziewczyna. Stara głową pokiwała. — Oj, dziecko z ciebie! alboś ty o tem nie wiedziała? Co ona tam miała o wojsku wiedzieć? Michałek nie mówił jej ani razu, że do wojska pójdzie. Ot, zwyczajnie, młody, nie myślał o tem, co będzie kiedyś. — Może Michałek do wojska nie pójdzie? — rzekła. — Aby tylko dziś przyszedł! Tego dnia Michałek przyszedł do chaty Piotra, — lecz niedługo potem opuścił Suchą Dolinę: wyciągnął los i powędrował do wojska. Śmieli się ludzie we wsi: powrócić powróci — mówili, bo ma swoją ziemię i chatę we wsi; ale aż za cztery lata, a cztery lata to dla dziewczyny wiek. Albo za kogo innego tymczasem wyjdzie, albo zestarzeje się, i Michałek już jej nie zechce. Maciejowa to samo mówiła wnuczce. Ale ona wciąż powtarzała: — Powiedział: czekaj na mnie, Pietrusiu! — I ty głupia będziesz czekała? — Będę! Piotrowa namawiała ją, żeby szła za Stefana Dziurdzię, który od czasu, kiedy Pietrusia dorosła, na żadną inną dziewczynę nie spojrzał. Ale Pietrusia nie miała dla niego przychylności żadnej. Na namowy nawet nie odpowiadała, tak się uparła. Stefan, chociaż był pracowity i roztropny, i gospodarstwo miał dostatnie, za grubijańskie wymyślanie i skorą do bójki pięść nie miał miru we wsi, a dziewczęta uciekały od niego, jak od dyabła, tak się go bały. Pietrusia powiedziała mu wprost, że go nie chce, ale on ani myślał odczepić się od dziewczyny. Raz przyszedł w niedzielę, gdy w chacie oprócz Pietrusi i jej babki nie było nikogo. Ujrzawszy go we drzwiach, Pjetrusia skoczyła do komory, ale Stefan wnet znalazł się przy niej, objął ją i chciał pocałować. Wyrwała mu się z twarzą czerwoną, jak piwonia, obie ręce w górę podniosła: raz, dwa, trzy i w pysk! Stefan jak oparzony wyskoczył z komory, a potem i z chaty, bo posłyszał w sieni kroki Piotra. Pietrusia z płaczem przypadła do kolan babki. Ta rzekła: — No, Pietrusiu, już nam tu niema co popasać. Już ty tutaj dobrej woli nie zaznasz. Pokłońmy się gospodarzom za przytułek i gdzieindziej wędrujmy. We dwa dni potem Pietrusia i Maciejowa opuściły chatę Piotra. Pietrusia z łatwościa znalazła służbę, bo słynęła w okolicy całej za pracownicę wyborną. Pieczenie chleba udawało jej się tak doskonale, iż doświadczone gospodynie szeptały między sobą, że chyba jej jakaś dziwna siła pomaga. W małym sąsiednim dworku szlacheckim wzięto ją za dziewkę folwarczną i pozwolono babkę trzymać przy sobie. Za mąż Pietrusia nie szła. W rok po wyjściu jej ze wsi Stefan Dziurdzia swaty do niej posyłał. Odprawiła ich z niczem, a Stefan potem przez cały tydzień wódkę w karczmie pił i bił się ze wszystkimi. Ludzie na dobre już mówić zaczęli, że dziewka urok nań chyba rzuciła, kiedy tak zapomnieć jej nie może i desperuje po niej. Niebawem przecież Stefan ożenił się z dziewczyną z sąsiedniej wsi, i gadaniny ludzkie o Pietrusi ustały. Minęło lat cztery — i Michałek powrócił nareszcie z wojska... W niedzielę wieczorem ukazał się w karczmie, gdzie mnóstwo ludzi rozmawiało, piło i tańczyło. Był tak zmieniony, że go ledwie poznano: zmężniał, wyprostował się, czarny wąs urósł mu, oczy patrzyły śmiało i roztropnie. Chociaż dużo świata widział — wioskę swoją z radością witał. Dawnym znajomym garniec wódki zafundował, o szerokim świecie rozpowiadał, ze wszystkiemi dziewczętami żartobliwie kłótnie zaczynał. Ale o Pietrusi ani wspomniał, ani się o nią zapytał... Przypomniały mu ją starsze kobiety. — Tak i tak z Pietrusią było, — mówiły, — tak i tak... Michałek słuchał babskiego gadania i śmiał się, ale nie mówił nic. Poczęstowawszy baby wódką i serem, siarczyście tańczyć i hulać zaczął. Wtedy widocznem się stało dla wszystkich, że on już o Pietrusi ani myśli. — Z innem sercem, z innemi myślami powrócił — powiadano. Przez dwa tygodnie Michał nie widział Pietrusi, ani starał się ją zobaczyć. Roboty miał w domu niemało. Swego dzierżawcę z chaty wyprawił i zamierzał porządnie rękawy zawinąć do pracy, nie tylko rolnej, ale i kowalskiej. W parę tygodni dopiero po swym powrocie, w gorący wieczór letni, poszedł sobie drogą het daleko, pomiędzy szerokie błonia i zaszedł aż za brzozowy lasek, za którym leżał duży szmat pola, okrytego zbożem. Właśnie zboże żąć zaczęto. Kilkanaście żniwiarek pochylało się nad złocistą falą. Michał stanął u skraju lasku i patrzył na jedną z robotnic, która wielki snop żyta dorzuciła do mendla i znowu żąć zaczęła. Była to Pietrusia. Jakkolwiek schylona, dobrze widziała, że on tam stoi; nie odezwała się jednak ani słówkiem i głowy nie podniosła. Pierwszy Michałek odezwał się: — Dobry wieczór, Pietrusiu! Wtedy dziewczyna wyprostowała się, ręce z sierpem na spódnicę opuściła i rzekła: — Dobry wieczór! Ale nie patrzyła na niego. Michał przemówił znowu: — Czy to tak Pietrusia przywitać się ze mną powinna? — Kiedy kto ze mną nie wita się, to i ja witać się nie mam potrzeby. Czas był skwarny, i gęste krople potu świeciły na ogorzałem czole i policzkach Pietrusi, jak mak czerwonych. — Cóż, — zaczął znowu Michał, — pracujesz jak ten wół w jarzmie? — Jak wół. — U obcych ludzi? — U obcych. — I starą babulę przy sobie żywisz? — Tak. było iść za Stefana Dziurdzię. We własnej chaciebyś pracowała, w kupne perkale się ubierała i codzień jajecznicę ze słoniną jadła. — Niechaj jajecznicę Stefanową świnie jedzą! — odburknęła żywo dziewczyna. Kowalczyk schwycił ją za rękę. — Na mnie czekając, za Stefana nie szłaś? — zapytał. — W takiem pośmiewisku ludzkiem żyłaś? — A na kogóż? — odszepnęła. — Przysięgnij! Pietrusia palce na krzyż złożyła i oczy ku niebu podniosła. — Tak mi Boże i Najświętsza Panno dopomóż, że bez ciebie własnej duszy nie czułam. Tak na ciebie czekałam, jak na tego ptaka, co kiedy przyleci, to już słońce świeci i nowa wiosna będzie. — Toż i doczekałaś się, bo jak Bóg na niebie, tak cię za żonę wezmę i na gospodynię do swojej chaty wprowadzę. Długo potem w Suchej Dolinie ludzie gadali, że Pietrusia i na kowala też urok rzucić musiała. Bo któż kiedy słyszał, aby chłopiec na szerokim świecie cztery lata o dziewczynie pamiętał? aby taki, któremuby najbogatsze dziewczęta wieszały się na szyję, żenił się z dziewką nie tak już młodą, całkiem biedną, przybłędą... Jakieś ziele ma, czy co? — a może coś gorszego jeszcze?...
ROZDZIAŁ TRZECI.
W parę lat po ożenieniu się Michała z Pietrusią w życiu Piotra Dziurdzi zaszedł ważny wypadek: mieszkańcy Suchej Doliny wybrali go na sołtysa. Przyjemny mu był zaszczyt, jaki go spotkał. Sprawami, które sąsiedzi w ręce jego złożyli, zajął się gorliwie, ani na dokuczanie ludzkie, ani na fatygi różne nie zważając. Nastręczyła się wkrótce jakaś sprawa wielkiej dla mieszkańców wsi wagi. Z tego powodu mnóstwo ludzi zebrało się w chacie sołtysa, który ze zwykłą sobie powagą i roztropnością naradzie przewodniczył. Pomimo jednak powagi Piotra, w izbie wybuchała częsta wrzawa, taka, że ludzie jedni drugich zrozumieć nie mogli. Nagle poważną rozmowę gospodarzy przerwał rozpaczliwy krzyk niewieści. Była to Piotrowa: z komory wypadła, ręce łamała, krzycząc i zawodząc wniebogłosy: — „Jezu mój, Jezu! o Jezu najmiłosierniejszy!“ Dziewka, która w zastępstwie Pietrusi w gospodarstwie jej pomagała, za nią także z komory wybiegła i jeszcze piskliwiej wtórzyła: — „O Matko Przenajświętsza! zmiłuj się nad nami nieszczęśliwymi!“ Mężczyźni przestali rozprawiać. Sporo czasu upłynęło, zanim gospodarz chaty dopytać się zdołał, co się stało. Stała się rzecz przykra: z komory zginęły dwa sadła, dwanaście kiełbas i dziesięć ścian świeżo utkanego płótna. Złodziej okiennicę przepiłował, przez okno do komory wlazł i tyle bogactwa z niej wyciągnął. O naradzie nikt już nie myślał. Rozeszli się zwolna wszyscy; w izbie pozostał Piotr, w zamyśleniu na ławie siedzący, i trzy kobiety, które głośno o zaszłym wypadku rozprawiały. Były to trzy Dziurdziowe: żony Piotra, Stefana i Szymona. Piotrowa, uspokoiwszy się trochę, smutnie nad stratą głową kiwała, powtarzając: „ach, jacy źli ludzie, jacy niegodziwi!“ Rozalka Stefanowa, sławna złośnica, której mąż znosić nie mógł, bo go wiecznie biła lub przez niego bitą była, krzyczała i złodziejów przeklinała. Zasmucony głos Piotrowej przebił się przez wrzaskliwe zawodzenia Rozalki: — Żeby tam nie wiem co, — rzekła — ja będę wiedziała, kto to ukradł. Zwróciła się do Piotra: — Pietrek, idź do Maciejowej, spytaj się, może ona wie co takiego, żeby tego złodzieja wykryć. Piotr ani jednem słowem nie sprzeciwił się temu żądaniu; wstał, na głowę czapkę baranią nałożył i z chaty wyszedł. Wieczór był jesienny i chmurny. Zdala już widać było kuźnię, buchającą czerwonem światłem. W tem świetle pięknie przedstawiała się postać młodego kowala, który jeszcze nie przestał pracować. Pracował żwawo i wesoło. Uderzając młotem, przyśpiewywał sobie, albo niby do tańca wykrzykiwał: „Hu! ha!“ — Piotr, z zadowoleniem na tę raźną pracę popatrzywszy, uszedł jeszcze ze dwadzieścia kroków i wszedł do chaty kowala. Izba tam była takaż prawie, jak u Piotra: obszerna, czysta; tylko spostrzegać się w niej dawały pewne wymysły, jakich za dziadów i pradziadów nie bywało. Wymysły te wprowadził Michał. Prócz stołów i ław, stały tam trzy drewniane krzesła; u sporych okien zieleniało w doniczkach kilka roślin; na małej szafce z dwiema szybkami połyskiwał blaszany samowar. Według zwyczaju stara Maciejowa siedziała przy piecu i przędła, Pietrusia nosiła po izbie dziecko, usypiając je kołysaniem i śpiewaniem. — Niech będzie pochwalony! — pozdrowił Piotr kobiety. — Na wieki wieków! — z uradowaniem odpowiedziała Pietrusia. Podbiegłszy ku gościowi, w rękę go pocałowała i zapraszała dawnego gospodarza swego, aby na krześle usiadł. Piotr, oglądając się po izbie, rzekł: — No, po pańsku u was, pięknie! — Po pańsku, nie po pańsku, — odpowiedziała Maciejowa, — ale chwała Bogu chleb jest i święta zgoda jest, jak Pan Bóg przykazał. Tu i kowal wszedł do izby; na widok Piotra ucieszył się bardzo i w oba ramiona go ucałował. Ani on, ani Pietrusia nie zapominali o tem nigdy, że stara Maciejowa i jej wnuczka przez lat wiele w Piotrowej chacie chleb jadły i życzliwości obojga gospodarstwa doznały. Piotr zaczął opowiadać wypadek, który chatę jego nawiedził. Ubolewali nad nim obecni, lecz nadewszystko zajęło ich pytanie, kto jest tym złodziejem? Kowal przypomniał sobie, że, wracając wczorajszej nocy z sąsiedniej wsi, do której za interesem chodził, widział jakiegoś człowieka, który z workiem na plecach prędko szedł pod płotami. — A jakże on wyglądał? — ciekawie zapytał Piotr. Kowal odpowiedział, że był on chudy, małego wzrostu i — zdaje się — miał siwy zarost dokoła twarzy. Piotr zamyślił się, a potem rzekł: — To zupełnie tak, jakby Jakób Szyszka. Jakób nieraz w życiu swojem na złodziejstwie był złapany. Jednak było to tylko podejrzenie. Piotr wlepił oczy w ślepą twarz Maciejowej. — Ja do was z prośbą przychodzę, babko! — rzekł. — Może wy doradzicie jaki sposób, żeby tego złodzieja wykryć. — Czemu nie mam doradzić? — odpowiedziała stara. — Weźcie sito, wbijcie w nie nożyce i niech dwoje ludzi podłoży palce pod ucha nożyc, a inni ludzie niech mówią różne nazwiska. Na czyje nazwisko sito zakręci się, ten złodziej. Można i na Ewangelię złodzieja wywróżyć. To już wszystko jedno, jak kto woli. — To już ja na Ewangelię wolę, — rzekł Piotr, — zawsze to Boska rzecz jest i Boska siła. Tylko jak to zrobić? Trzeba, żeby kto umiejący zrobił. — Ja wam to zrobię — zawołała Pietrusia ze śmiechem. — Ja tam w to sama nie wierzę, ale widziałam nieraz, jak babka robiła, to i umiem. Tyle lat chleb wasz jadłam, czemużbym wam tej przysługi nie zrobiła? Ot, już idę. I zaraz na nogi trzewiki włożyła, bo nigdy do wioski nie chodziła bez trzewików, wzięła z sobą nożyce i żwawo do chaty sołtysa pobiegła. Dawną swą gospodynię w rękę pocałowała i z dwoma niedorosłymi jeszcze synami gospodarstwa gwarzyć i śmiać się zaczęła. Wiadomem już było, że, gdzie Pietrusia wpadła, tam pełno musiało być gadania, śpiewania i śmiechu. Wtem w izbie zrobiło się cicho, jakby makiem zasiał. Piotr wyszedł z komory z Ewangelią, którą oddał Pietrusi. Ona z kieszeni wyjęła nożyce, nawpół śmiejąc się, westchnęła głośno, westchnęły za nią i inne kobiety. Piotr przeżegnał się. Jednym zamachem Pietrusia rozwarte nożyce wbiła w grzbiet książki, pod jedno ucho nożyc palec wskazujący podłożyła, a drugie Piotrowej pokazała. — Trzymajcież, matko! Piotrowa uczyniła, co jej rozkazano. Książka, na nożycach wisząc, szeroko ku dołowi rozwiewała swe stare, pożółkłe karty. — Gadajcież teraz! — zawołała Pietrusia. Rozalka pierwsza wyskoczyła z pytaniem: — Antoni Budrak? — A wczoraj właśnie nad stawem przy płókaniu bielizny pobiła się z Budrakową. Ale książka ani drgnęła. Nazwiska za nazwiskami mówiły kobiety, — książka jednak wciąż nie odpowiadała. Nakoniec Piotr, który dotąd żadnego jeszcze nazwiska nie wymówił, rzekł: — Jakób Szyszka. Niedarmo przed pół godziną u kowala wyrażono podejrzenie na Jakóba Szyszkę. Na wspomnienie tego nazwiska palec Pietrusi niechcący drgnął lekko, a książka powoli się obróciła. — Aha! — zawołało siedem głosów. Pietrusia ostrożnie z książki nożyce wyjęła i nabożnie starą okładkę ucałowała. Za przykładem jej całowali książkę inni; nakoniec Piotr do komory ją znowu zaniósł. Ludzie gadali, że potem Piotr zbił Jakóba we własnej jego chacie i pociągnięciem go przed sąd zagroził, jeżeli nie przyzna się do winy i skradzionych rzeczy nie odda. Jakób rozpłakał się i wszystko przed Piotrem wyznał, bo mu się nie chciało po raz trzeci kryminał nawiedzić. Zwrócił dwa sadła i pięć ścian płótna. Zaklinał się, że resztę płótna gdzieś zgubił, a kiełbasy jakimści przypadkiem psy zjadły. Piotr nie wierzył, ale gniew przeszedł mu nieco, — wiedział zresztą, jak ubogą była Jakóbowa chata. Ręką tedy machnął, to, co mu oddano, zabrał i mruknął: — Pan Bóg Przenajświętszy tę moją krzywdę w królestwie niebieskiem wynagrodzi. I znowu dziwili się ludzie Pietrusinej mocy. Jakób długo nie zapomniał o tej sprawie. Ile razy Pietrusię spotykał, spluwał na stronę i z gniewem mruczał: — Zgiń, przepadnij, nieczysta siło! — Nienawidził jej i zarazem lękać się jej zaczął. Lękać się jej też zaczęły niektóre z niewiast, choć były i takie, co przepadały za nią. Pietrusia bowiem od babki swojej znała mnóstwo sposobów zaradzania różnym niemocom. Miała zawsze w chacie pełno suszonych ziół, z których każde służyło na inną chorobę. Był tam i tysiącznik, macierzanka i dziewanna, ślaz i mięta. Udzielała ich z wielką chęcią to na febrę, to na ból głowy lub na inne dolegliwości. Lekarką naprawdę nie była, nie mówiła, że zna się na chorobach, a tak tylko, po domowemu, kiedy niekiedy suszonych ziół ludziom dawała. Inna brałaby za to len, jaja, płótno, kury i Bóg wie co jeszcze. Ona — nic. Gdy która z kobiet przyniosła jej przez wdzięczność cokolwiek w fartuchu lub pod chustką, mówiła: — Nie chcę, nie trzeba, ja nie lekarka żadna. Ja tylko z życzliwości, co wiem, że mnie i moim dzieciom pomaga, to i wam daję. I była ludziom życzliwą istotnie. Bywało, gdy przez wieś idzie, a jaką biedną kobiecinę albo znędzniałe dziecko zobaczy, staje, rozpytuje się: — „A co to? A gdzie boli? a może to ze zgryzoty jakiej? a jaka to zgryzota?“ — i jakie ziółko albo inny sposób na biedę ludzką doradzi i dalej w swoją drogę idzie. Stara babka, słysząc ciągle, że ludzie do niej po radę przychodzą, zaniepokoiła się czegoś i na wnuczkę gderać zaczęła: — Będziesz ty podziękowanie miała, jeszcze cię kiedy czarownicą okrzyczą! Pietrusia zamyśliła się. — Ot, widzicie, babulu, mnie się zdaje, że kiedy mnie samej Pan Bóg dał szczęście, to ja ten świat kochać powinnam. Wszystko, co jest na świecie, lubię — i ludzi wszelkich, i każde żywe stworzenie.
ROZDZIAŁ CZWARTY.
Czworo już dzieci, z których najstarsze miało lat sześć, zdrowo i wesoło hodowało się w chacie kowala w porze owej, gdy mieszkańcy Suchej Doliny rozniecili wśród dróg rozstajnych ogień z osinowego drzewa. Na ogień ten pierwsza nadeszła Pietrusia... Ona więc była tą duszą złośliwą i nieczystą, która w chatach kilkunastu mleko krowom odebrała. Tak przynajmniej mówiono powszechnie. — I czy może być inaczej? — dodawano. — A toż wielkie lubienie, jakie uboga dziewczyna, przybłęda, rozbudziła w jednym z najbogatszych gospodarzy Suchej Doliny, Stefanie Dziurdzi? A to wyjście za mąż za chłopca, który cztery lata jej nie widział, a nie zapomniał? to odgadnięcie złodzieja? A wszystkie inne jej leki i porady, i cała jej mądrość, której daleko więcej posiadała, niż inni? A teraźniejsze bogactwo kowala — skąd oni je mają? Sąsiadki, szczególniej Łabunowa, która Pietrusię bardzo lubi od czasu, gdy ta ją ze srogiej febry wyleczyła, wspominają coś o tem, że Michałek podobno trochę pieniędzy z sobą przywiózł, a zarobił je swojem rzemiosłem; że i teraz pracowity jest bardzo, i ludzie z robotą jak na odpust do niego przyjeżdżają; że kawał ziemi ma urodzajny, że Pietrusia dobrą jest gospodynią. Ale Rozalka wzgardliwie głową kiwa, a stary Szyszka mówi: — „A kto przyszedł na ogień, co? Dyabeł czarownicy przez komin pieniądze nosi. Oto skąd oni mają swoje bogactwo.“ W kilkunastu chatach wrzało tego wieczora, jak w garnku. Pietrusia tymczasem, zaszedłszy do kuźni i z mężem pogadawszy, do domu wróciła, aby wieczerzę zgotować. Maciejowa dzieciom coś opowiadała, a one jej krzykami i zapytaniami mowę przerywały. — Wszyscy jesteście? — zapytała Pietrusia wchodząc. — Wszyscy. A Adamek śpi. — To chwała Bogu! Zaraz ogień rozniecę i kartofli zgotuję, com dziś w ogrodzie nakopała. Wkrótce ogień zapłonął na kominie i oświetlił izbę. Sypiąc kartofle do garnka, Pietrusia żartobliwie przekomarzała się z dziećmi, a babka aż zanosiła się od śmiechu. W pół godziny potem wrócił do domu kowal. Dzieci ku niemu się rzuciły. Michałek jedno po drugiem na ręce brał, jak piórka wysoko nad głową swą podnosił i, pocałowawszy, stawiał znowu na ziemi. Siadając na ławie, zawołał: — Zuzulu, zmachałem się przy robocie, mało mi ręce nie poodpadają. Jeść chcę. — W mig będzie wieczerza — wesoło odparła kobieta i postawiła na stole lampkę z wysokim kominkiem oraz misę dymiących kartofli; bochen chleba i nóż mężowi podała, a potem z sieni przyniosła jeszcze dzieżę z kwaśnem mlekiem. Wkrótce po wieczerzy dzieci zasnęły. Ślepa babka, nakarmiona także, zabierała się do rozciągnięcia swoich starych kości, kiedy Pietrusia, myjąc miski i łyżki, odezwała się nagle: — A! ja wam nie mówiłam jeszcze, co mi się dziś przytrafiło. — I ze śmiechem opowiedziała mężowi i babce, jakto ona nadeszła na ogień, rozłożony pod krzyżem. Kowal śmiał się także serdecznie, ale babka widocznie pomarkotniała. — To niedobrze, oj, to niedobrze, żeś ty pierwsza na ten ogień przyszła! Czemuś ty pierwsza przyszła, kiedy wiadomo, że na taki ogień zawsze czarownice przychodzą? — Czy ja wiem, czemu? — wymówiła młoda kobieta zcicha. — Ot — ozwał się kowal — szła, to i przyszła. Szkoda gęby na to marnować. Ale babka dalej mówiła: — Teraz już źli ludzie spokojności ci nie dadzą. Teraz już pewno za czarownicę cię ogłoszą... Kiedy ja z Pietrusią na ręku w świat poszłam, zaszłam raz do jednej wioski, w której żył staruszek, co o nim ludzie mówili, że ma może więcej, niż sto lat. Teraz i kosteczki się jego rozsypały w grobie i dusza przed Panem Bogiem stanęła, ale co on gadał, teraz mi jakby żywe przed ślepemi oczyma stoi. — „Była we wsi ludnej i bogatej dziewczyna taka piękna, że dziwili się jej wszyscy ludzie. Parobki młode to już szaleli za nią, a i panicze do niej przychodzili i mówili: — Choć spojrzyj na mnie, Marcysiu, choć raz mi rączkę swoją podaj! — Ale Marcysia nikogo nie chciała, ani chłopa, ani pana. Milsze jej było ziółko w lesie, niż chłop na dobrej roli albo panicz we dworze. Do lasu idzie bywało i siedzi tam dzień cały, a czasem to i dwa, trzy dni; a jak wróci, potajemnie zioła warzy, a potem już ludziom te zioła do picia daje od bólów, i od kolek, i od nudności, i od zgryzoty, i od wszelkiego ucisku, jaki tylko jest. Na nieszczęście Marcysi, polubił ją jeden dworak, pisarz czy coś takiego. A ona z niego żartowała sobie tak, jak i ze wszystkich. On długo cierpiał i ciągle ją prosił, żeby go polubiła; aż kiedy zobaczył, że nic z tego nie będzie, wpadł w straszną złość. Do miasta pojechał, przed sądem i wielkimi urzędnikami zaskarżył, że Marcysia jest czarownicą. Wtenczas we wsi zrobiło się jak w piekle. Pozjeżdżali się sędziowie i urzędnicy wielcy i zaczęli nad Marcysią robić śledztwo. Wypytawszy się o wszystko, związali ręce i nogi Marcysi, położyli ją na wozie i zawieźli do miasta. Na środku rynku nałożyli dużo drzewa, a potem kat w czerwonej sukni Marcysię za włosy schwycił i w ogień rzucił. Marcysia paliła się w nim jak trzaska, okropnie jęcząc, a wszyscy się cieszyli, że tak ukarana jest czarownica, co duszę swą chrześcijańską złemu zaprzedała“. Umilkła babka. Kowalowi przy słuchaniu opowieści o czarownicy ochota do spania odeszła. Pietrusia ze zbladłą od przerażenia twarzą słuchała opowiadania. — Babulu! czy ona naprawdę była czarownicą, czy tylko tak źli ludzie na nią wymyślili? — ozwała się głosem jękliwym. — To już niewiadomo — z namysłem odpowiedziała Maciejowa. Kowal wstał z ławy. — At, — zawołał — głupstwo! Ja już dużo świata schodziłem, a nigdym nie widział ani słyszał, żeby gdzie jakie wiedźmy palili. Może to było z pięćset lat temu, jak ludzie byli bardzo głupi. Teraz już tego niema i być nie może... Chodź spać, zuzulu! Pietrusia, blada, wstała powoli, a w oczach jej malował się niepokój. Poszli wszyscy spać. Po chwili cisza zaległa izbę. Przerywało ją tylko głośne chrapanie kowala. Nazajutrz była niedziela. Pogoda była piękna. Pietrusia wstała o wschodzie słońca, wody ze studni przyniosła i w piecu ogień rozpaliła; potem nad staw pobiegła i, przyniósłszy stamtąd pęk pachnącego tataraku, rozrzuciła go po podłodze izby, wprzódy już czysto zamiecionej i białym piaskiem posypanej. Kiedy się kowal obudził, stara babka na pościeli swej usiadła i dzieci gwarzyć zaczęły, a w chacie od tataraku pachniało, jak na łące. Do samego prawie południa krzątała się Pietrusia po chacie. Pożywieniem obdzieliła całą rodzinę, babkę i starsze dzieci myła, czesała i w czystą odzież ubierała, malutkiego Adamka piersią karmiła i na rękach kołysała; męża, na cały dzień do miasteczka wyprawiając, zaopatrzyła w zapas żywności i o tem, co miał tam kupować i sprzedawać, rozważnie i po przyjacielsku z nim rozmawiała. Po południu dopiero przed chatę wyszła i, na nizkim kamieniu usiadłszy, poczęła zioła dobierać i w osobne kupki układać. Od wsi przylatywały gwary, złożone z głosów ludzkich i zwierzęcych. Pietrusia, w stronę wsi patrząc, zmarkotniała trochę. Wązka ścieżka, która od wsi do chaty kowala wiodła, pusta dziś była. Przecież każdej niedzieli kobiety z Suchej Doliny licznie Pietrusię odwiedzały... Jedna po radę przychodziła, inne tak sobie na pogawędkę, z lubienia. Dziewczęta też w dnie świąteczne zbierały się do Pietrusi na śpiewanie. Dziś żadna nie przyszła. Słońce już zachodziło, kiedy Pietrusia zobaczyła na ścieżce postać kobiecą, ku chacie jej zmierzającą. Zdala poznała Frankę, wnuczkę Jakóba Szyszki. — Oj, biedna ty, Pietrusiu, biedna! — rzekła po przywitaniu zaraz dziewczyna. — Bardzo ludzie na ciebie nastają. Wykrzykują i wymyślają... Kowalowa żywo zwróciła się ku dziewczynie i pytać zaczęła, co mówią i kto mówi. Franka wszystko, co we wsi o Pietrusi gadano, powtórzyła, a potem za szyję ją objąwszy, przymilając się, zaczęła: — Ja do ciebie, Pietrusiu, przychodzę z wielką prośbą. Kiedy ty jesteś taką znachorką, to poratuj i mnie w mojej biedzie i zgryzocie. Pietrusia cofnęła się żywo i czerwona od gniewu i żalu, krzyknęła: — Jaka ja znachorka! Idź ty sobie ode mnie, nie dokuczaj! — Nie gniewaj się, Pietrusiu, ja nie ze złego serca. Oj, żebyś ty wiedziała, jaka ja nieszczęśliwa! — I rozpłakała się rzewnie. Wtedy już Pietrusia sama przysunęła się do niej i zasmuconym głosem rzekła: — Wiem, że tobie w dziadowskiej chacie życie nie słodkie. Ale cóż ja ci poradzić mogę? Franka coś jej cichutko do ucha szeptać zaczęła. — Nie dam, niema takiego ziela! — odpowiedziała Pietrusia, — a zresztą nikomu już w niczem doradzać nie będę. Franka znowu płakać zaczęła. Pietrusi widocznie żal się jej zrobiło. — A kocha on ciebie? — zapytała. — Bóg jeden wie, ale mnie się zdaje, że trochę kocha. Dwa lata już minęło, jak mnie Klemens pierwszy raz przy studni zaczepił. Od tej pory, gdzie zobaczy, to zaraz zaczepi; a dwa tygodnie temu z nikim w karczmie nie tańczył, tylko ze mną. — To i dobrze, — zauważyła Pietrusia, — to znaczy, że kocha. Ale ojciec jemu z tobą żenić się nie pozwoli: syn gospodarski, bogaty i taki urodziwy. — Z ojcem już łatwa sprawa; gdyby tylko on chciał: on u ojca prawe oko w głowie, — zajęczała Franka. Pietrusia zamyśliła się. Gdyby Franka za Klemensa wyszła, byłoby to dla niej takiem samem szczęściem, jakiem dla niej było wyjście za Michała... — Cóż robić? — rzekła. — Rady ci nie dam, bo nie mam, a i nikt na świecie ziela na kochanie nie zna... To nie febra, ani ból głowy. Próżno Franka prosiła ją i zaklinała. O zmroku już wracała od kowalowej, gdy wtem ktoś ją z za płota za spódnicę przytrzymał. Zlękła się tak, że aż krzyknęła, lecz w przechylonej nad płotem postaci poznała Rozalkę. — A ty skąd, Franko? Od kowalki? Nie bój się, ja wszystko widzę! Co u kowalki słychać? Zioła warzy, ropuchy hoduje, czy z czartem rozmawia, hę? Franka zrazu odpowiadać nie chciała i spróbowała iść dalej, lecz Rozalka za spódnicę ją przytrzymywała. — Czego uciekasz? — mówiła — czy ci pilno do stryjowych kułaków i dziadowego łajania? Franka została, a nie minęło i pół godziny, Stefanowa wyciągnęła z niej, po co chodziła do Pietrusi. Za nic tylko nie chciała uwierzyć, że kowalka France nie dała owego ziela... — No, no! gadaj sobie, co chcesz, a już ja wiem swoje! — mówiła. — Teraz — myślała, wracając do chaty — jeszcze nic nie powiem, dopiero jak u Piotra zrobi się bieda, kiedy Klemens z Franką koniecznie żenić się zażąda, a ojciec temu sprzeciwiać się będzie, przyjdę do nich i powiem, kto temu wszystkiemu winien.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Czarownica.
