Powieść
MARJA RODZIEWICZÓWNA
CZARNY BÓG
LWÓW—POZNAŃ
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Drukarnia Rolnicza P. G. w Poznaniu, ul. Sew. Mielżyńskiego 24
Powieść
MARJA RODZIEWICZÓWNA
CZARNY BÓG
LWÓW—POZNAŃ
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Drukarnia Rolnicza P. G. w Poznaniu, ul. Sew. Mielżyńskiego 24
I.
NOWY ROK
Szedł ktoś szybko po schodach — szedł i gwizdał. Śnieg, nazbierany na ulicy, pokrywał jego czapkę i ramiona, ręce wetknął w kieszenie, głowę wtulił w wytarty barankowy kołnierz i spieszył widocznie. Minął wszystkie porządne drzwi i piętra, wgramolił się na strych, w egipskich ciemnościach znalazł jakieś drzwi i wszedł. Powitał go gromadny okrzyk. Izba więcej zawierała dymu niż powietrza i ciepła. Nieład równał się chyba z brudem, a sprzęty nieliczne nie miały ani jednego całego egzemplarza. Jedna lampka dogorywała na oknie, więcej dając swędu niż blasku, naprzeciw niej, w żelaznym piecyku, żarzyły się węgle. Trzech mężczyzn już się znajdowało w izbie. Jeden siedział na stole i śpiewał, drugi leżał na łóżku i palił papierosa, trzeci klęczał przed piecykiem i grzał ręce, zapatrzony w błękitnawe smugi gazu. — Nowy rok idzie! Uha! — wrzasnął na widok wchodzącego ten, co siedział na stole. Chwała mu i cześć! Skąd macie ogień w piecu? — Z krzesła. A ty przyniosłeś cokolwiek? — A jakże! Całych dziewięć rubli! — Hurrah! Zeskoczył ze stołu jeden, od pieca zbliżył się drugi, tylko ten, co leżał, ani się ozwał, ani poruszył. Teraz lampka oświetliła ich nieco. Śpiewający miał twarz ładną, młodą, trochę bezczelną i cyniczną; — ten, co grzał ręce, był garbaty, szpetny, o krótkich, pałąkowatych nogach, zapadłej piersi i twarzy zalękłej, chorowitej; — ten, co wszedł, był szczupły, nerwowy, żywy, o prostem, szczerem wejrzeniu siwych oczu, trochę marzycielskim zakroju ust. Wyjął z kieszeni garść asygnat i rzucił obojętnie na stół. — Róbcie z tem, co chcecie. Ja się zmęczyłem — rzekł. — Ja chcę tytoniu — rzekł cynik. — Lampa gaśnie! — wtrącił kaleka. — Jabym chętnie coś wypił gorącego! — No — to tak. Trzeba nafty, herbaty, cukru, araku, tytoniu, chleba, kiełbasy, wódki i śledzia. Niech Maksymow idzie! Kiedy bal — to po formie! Słyszysz Gregori? — Słyszę — tylko Maksymow nie pójdzie. Żeby go Bóg stworzył na posłańca, miałby proste nogi. Ty sam idź, Sewer. powiedziawszy, leżący powstał, aby zapalić drugiego papierosa, wrócił do łóżka, ale już nie legł, tylko usiadł, rękami objął głowę i zamyślił się. Sewer wcale nie protestował, wziął czapkę i wybiegł. Maksymow wydobył samowar z kąta i wodą go napełniał. — Czyś otruty, Gregori? — spytał kapitalista. — O bestje! żebym ja ich miał w ręku! — z niedającą się opisać wściekłością tamten zamruczał. — Kogo? profesorów? — A tych wszystkich, co się władzą nazywają! — Pewnie znów heca o „Kwiatek lnu?“ — A jakże! Złodziej ma siedm paszportów, a chodzi bezkarny! Ona, dobra i cicha, niech się choć do domu rozpusty zapisze, kiedy nie ma papierów! To prawo! Trzy dni dali jej zwłoki, a potem... won z mieszkania, z miasta, może won ze świata! O psy! Podniósł głowę i pięści. Był młody, piękny, dziki. Zbudowany przepysznie, wysoki, smukły brunet, — twarzy ściągłej i smagławej, mającej w sobie dziwny, pociągający urok, a na czole i w oczach piętno rzadkiej potęgi i myśli. Tacy muszą panować, władać, rządzić, bo do tego stworzeni. Nawał myśli buchał mu na usta, więcej niż chciał wyrazić; pohamował się, twarz znowu w dłonie ukrył i znieruchomiał. — Co robić? I to minie! — smutno, z rezygnacją nad lata jego starszą, westchnął towarzysz. — Co minie? — tamten się żachnął. — Bieda! — To nie bieda, to krzywda! Masz rację, Świda — i to musi minąć! Świda głową dziwnie pokiwał. — Musi, nie musi — odparł powoli, a marzące jego oczy szły w dal nieokreśloną. — Żebyś ziemię nawylot przekopał, ta grudka, co na wierzchu, i ta, co na najgłębszym spodzie, ten wyraz ci powie: krzywda! Treść ziemi ten wyraz stanowi. — To ją zepchnąć w próżnię, niech ginie! — Tytani już skałami przywaleni leżą pobici! — Milcz, bo ci powiem, żeś i ty pies niewolnik. — Powiedz — jam jest! — zdławionym głosem szepnął towarzysz. Sewer wpadł z hałasem i śpiewem, z okrutną fantazją. — Masz, małpo! — krzyknął, obrzucając Maksymowa pakunkami. Zaczął wnet papieros kręcić i trzepał ze śmiechem: — Jak Kijów Kijowem, nie mieli studenci takiej uczty. Zaprosiłem po drodze męczenników z Ławry, niech przychodzi Chmielnicki ze swymi rabusiami, starczy dla każdego kiełbasy i wódki. Cóż wy? Śpiewacie? Wszystko głupstwo wobec wieczności, a wieczność wobec kwaszonego . Kto tu gospodarz? Mogę być i ja. Gdzie będziemy ucztowali? Na podłodze? O siedzenia nie będzie sporu. We dwóch z Maksymowem zajęli się rozłożeniem zapasów i przyrządzeniem biesiady. Dwaj tamci siedzieli na łóżku, nie wtrącali się do niczego — myśleli. — Słuchaj, Świda, jeśli mi tu zaraz nie zaśpiewasz, to cię zarżnę! — krzyknął Sewer, nalewając pierwszy kieliszek. Wypili wszyscy, i częścią leżąc, to klęcząc, otoczyli zapasy. Gregori tylko nic nie jadł, a pił za dwóch. Przy trzecim kieliszku, Sewer zaproponował: — Każdy najmilsze zdrowie! — Nie mam nikogo! — rzekł Świda. — Ja Gregora! — bąknął Maksymow. — Ty „Kwiatka Lnu“, a ja piosnki wesołej. — Masz przecie matkę — zauważył Świda. — Mogę ci ją ustąpić za byle co, nawet gratis ofiarować. Ty gdzieś rodziców podział? — Jednego dnia ich pobito w powstaniu naszem! — A ty, Gregor, i, czyś kukułczy syn, kozaczy? — Nic ciekawego — mruknął Gregor. — Owszem. Żyjemy razem, dobrze czasem pogadać o swoich stronach, o swoich ludziach. Dobrze pogadać o swoich rojeniach, ot, byle codzienną biedę odepchnąć. My ze Świdą nie daleko się rodzili. Przynajmniej tak moje papiery opiewają. Sewer Adrjanow Słowicz. Ojca nie widziałem, bo gdzieś umarł, a matki także nigdy nie widziałem, bo mnie rzuciła temu szelmie Stockiemu na opiekę. Pieniędzy podobno przysyła tyle, żem dotąd nie zdechł, a sama gdzieś zagranicą siedzi. Ot ja kukułczy syn, bracia! Ale to nic. Zobaczycie, że kiedyś het, u wierzchu będę! — To jakim sposobem? — spytał Świda. — Bo chcę! — Dobrze powiedziane! — bąknął Gregor. — Szczęśliwy, kto ma iluzje! — rzekł Świda. — Ty czemu ich nie masz? — Bo nic z tego nie będzie. Pieść myśl jaką, kochaj, noś ją w głowie i sercu — tyle twego. Kształtów ona nie przyoblecze, nie stanie przed tobą, nie wypadnie jej jedna z tobą droga, a goniąc ją, łeb roztrzaskasz! Nagle Gregor się porwał, stanął przed Polakiem i jak w kleszcze porwał jego ramię. — Ty milcz! — krzyknął strasznym głosem. — Myślisz tak, to poco żyjesz? Idź — Dniepr niedaleko. Miejże tę moc ustąpić z drogi żywym — ty, trupie. Nie zabieraj nam powietrza — nie truj. Won! Zielonawym, tygrysim blaskiem płonęły jego demoniczne źrenice. Pijany był. Świda spokojnie nań spojrzał. — Posłuchaj, Gregor! Wiesz ty kto ja! — zawołał, zapalając się. — Ja — Polak! Et nos fuimus! Tak — mieliśmy kraje od morza do morza — i pierwszą po rzymskiej republikę — równość, wolność, potęgę. Królami byli ojcowie, orłami, lwami. A ja kto? Za ideę ojciec mój skonał pod szubienicą, matka ducha oddała pod pletniami sołdactwa — kat wziął mienie — a ja kto — Polak. W gimnazjum są stypendja, na uniwersytecie są pomoce, na świecie są posady, prace, karjery — a na drzwiach do tych miejsc pomocy, na każdym szczeblu społecznej drabiny, wypisane stoi: „z wyjątkiem osób polskiego pochodzenia“. Nas, wchodzących w życie, piętnują: „katolik“, „nielojalny“ — i tak idź w świat. Poddany państwowy jesteś, podatek zapłać, służbę wojskową wypełnij, a zresztą poza tem — ty nielojalny, niepotrzebny, zawadzający tym, którzy ze Wschodu do twego kraju przyszli i na gruzach buntu, za waleczność w tej wojnie, zajęli ziemię, urzęda. Ty Parjas, nigdzie niepotrzebny. Powiedzcie mi — szczęśliwsi Czerkiesi! Wypędzono ich gromadą z własnego kraju. Pod armatami wygnano, pletniami pędzono, poco nas zostawili? Poczekaj, Gregor, nim mi i stąd won powtórzysz. Chwałę, sławę, cywilizację, dorobek, czyny wielkie tylu pokoleń ja odziedziczyłem, czuję się panem tych moich panów, a od stu lat każde pokolenie daje w klęskach moce, bohaterstwa, zdrowie, krew i marzenia. Co chcesz, ja ostatni skąd mam mieć moc, zrodzony na zgubę? w matki wnętrznościach już skazany? Teraz mi powtórz — won — Gregor! Człowiek, który nie ma dla czego żyć i pracować, tylko dla siebie jednego, zaprawdę, nie wart życia, bo nie jednostką jest wielkiej cyfry, ale zerem. To powiedziawszy, Świda ku drzwiom się skierował, ale mu Gregor drogę zastąpił i prawicę wyciągnął. — Daruj! — rzekł poważnie. Przyskoczył Sewer, przykulał Maksymow, ścisnął każdy dłoń Parjasa, ale nastrój uczty utracił niefrasobliwy ton i każdy głęboko się zamyślił. Wśród tej ciszy rozległ się głęboki głos Gregora. Głos to był przepyszny, o niewyczerpanej skali tonów, porywający, jak on cały porywający był. — A jaż co? Ja Grzegorz Romanowicz Zachareńko! Ja Małorus, co kniaziom swoim służył, gdy tam na Wschodzie, po panach moich teraźniejszych Tatarzy deptali nogami, jak bydlę po gnoju! Mnie kto pytał, czy jarzma chcę? Futor, co jeszcze Chmielnickiego pamiętał, mieli rodzice. Spodobał się gubernatorowi. Żeby go dostać, wplątali ojca w proces złodziejski o rabunek cerkiewny i poszedł w katorgę — matce, gdy z żalu i desperacji szalała, dowiedziono, że jednem słowem obraziła władcę i pognano też w Sybir. Mnie oddano do ochrony podrzutków, ograbiono z mienia i nazwiska. Zachareńko ja, co carów bizantyjskich imię noszę! Siedm lat wtedy miałem, a pamiętam, i konając, takim będę. — Tedy nam sobie dłoń podać trzeba! — rzekł Świda. — Przed nami już tylko jedna zguba — spodlenie. Ta pamięć chwały, to jedna obrona. — A czyn? Sewer słuchał zwarzony i ponury. Rękami włosy zwichrzył i desperacko się odezwał: — To otchłań. I skąd ratunek? Każdy malkontent, każdy cierpi i ginie! A zda się cierpią miljony przeciw setkom. Zda się łatwo granice skasować, wojsko, władzę wybrać, a nie znosić — i światby odżył. — To mało! — rzekł Gregor. — Dać każdemu żyć i pracować na swej ziemi, po swojemu do Boga i braci mówić! — dodał Świda. — To mało! — powtórzył Gregor. — Żeby nie było pieniędzy, a ludy nie politycznie, a etnograficznie się łączyły! — szepnął dotąd milczący Maksymow. — To mało!... Wyjałowione grunta rodzą chwasty, wycieńczone organizmy rodzą kalectwa, wyżyte społeczeństwa rodzą potwory. Siekiery i pługa! Ognia i krwi! Tę całą ziemię zrównać, zgładzić, wytępić! — a potem na odrodzonej siać nowe ziarna! — Więc mord znowu, znowu krzywda, znowu samowolna władza! — gdy tamci ze zgrozy umilkli, podjął Maksymow. — Czyś ty już zapomniał, Gregori, ten hymn do białego Boga Zendawesty? I gdy nikt się nie odezwał, kaleka swym głosem schorowanym powoli mówił: — „Ahuramazdo, jeżeli człowiek, porwany przez namiętność, podraźni się myślą, mową, lub uczynkiem, a upokorzony woła, abyś mu był przyjacielem, uczyń to, ty wielki, ty święty, ty nieśmiertelny, ty najdoskonalszy, — jako ja przyjaciel będę człowiekowi, który mnie ukrzywdzi, a przeprasza w pokorze!“ Biały Bóg, dobry Bóg! — dodał Maksymow. — Ten dobry, co da mi choć jeden tryumf. Ten mój będzie, ten wielki, najdoskonalszy! — ponuro się ozwał Gregor. — Zwarjowałeś, Maksymow! — krzyknął Sewer. — Więc ty sobie roisz, że ślepi przejrzą, a katy cię przeproszą może? — Może synowie ich przejrzą, wnuki. Im w duszę ziarna rzucać! — Apostołować ten myśli — idjota! — Więc cóż czynić? — Naprzód dłonie sobie dać, żeby pamiętać, że nas czterech było. Pójdziemy w świat, niechże choć każdy wie, że trzech braci ma, że nie sam jest. I poprzysiąc, że żaden z nas się nie spodli i krzywdy na duszę nie weźmie, gdzieby nie był, w najgorszej i najlepszej doli. Na to słowo Sewera, Świda pierwszy dłoń podał, za nim uczynili to Gregor i Maksymow. W tejże chwili gdzieś z wieży ozwał się zegar i uderzył dwanaście razy. — Otóż i Nowy Rok! — zawołał Sławicz. — Co on nam da? — Może dola kapryśna zajrzy na strych, a niedola jędza na schodach nogi połamie — z uśmiechem dodał Świda. Jeszcze mówił, gdy za drzwiami rozległy się kroki i poszukiwanie klamki. Wreszcie drzwi się rozwarły i zajrzał posługacz hotelowy wahająco. — Czy tu jest ten pan? — spytał, bilet podając. Sewer go porwał i przeczytał. — To ja sam. Czego? — spytał żywo. — Chwała Bogu! Na trzeciej kwaterze znalazłem, mogłem szukać do setnej! To jenerał, przybyły onegdaj, prosi pana do siebie. — Co za jenerał? — Z Petersburga przyjechał. Zajął trzy salony. Bogaty pan! Prosił, aby pan, nie zważając na godzinę, zaraz przyszedł. — Awantury arabskie! Słyszycie, koledzy? — Ano, może to dola! — uśmiechnął się Świda. — Idź! — rzekł Gregor. Sewer raz jeszcze na bilet spojrzał, wreszcie ręką machnął, palto na ramiona tylko narzucił i wyszedł za posługaczem. Pozostali ruszyli ramionami. — Ot i jeden już ubył! — bezmyślnie zamruczał Maksymow, sprzątając resztki uczty. Gregor począł chodzić po pokoju. Świda usiadł i zapatrzył się w próżnię. Myślał, a raczej marzył, bo po chwili śpiewać począł:
Tak się w swych wspomnieniach pogrążył, że nie spostrzegł, jak się drzwi znowu rozwarły, ale tym razem nikt nie wszedł, tylko wsunęła się dłoń czarna, mała ręka wyrostka, rzuciła na ziemię papier zmięty i znikła. Nawet Maksymow tego epizodu nie dojrzał. Gregor widział, nic nie rzekł, nieznacznie papier podniósł, i do lampy z nim podszedł. Były na nim tylko dwa wyrazy i cyfra: „Ulica Górna II“. Przewrócił na drugą stronę, znowu jeden wyraz i dwie oderwane litery: „Zaraz — Z. W.“ Nieznacznie student papier nad lampą potrzymał, i na dłoni spalił, proch pozostały starł i rzucił. Potem do Maksymowa przystąpił. — Pójdę! — rzekł. — Jeśli jutro mnie nie będzie, powiedz im, że wyjechałem ze Stefką; jeśli za tydzień nie wrócę, to i nie szukaj między żywymi, cicho siedź! — Gregor, to i ja z tobą! — Mówię — zostań — słyszałeś? — O Gregor! To Czarny Bóg! — Mówię, milcz! Słyszałeś? Maksymow jak robak na ziemi się zwinął i stęknął głucho. Nieznacznie Gregor się ubrał i wyszedł. Świda zamyślony wciąż śpiewał.
II.
WERBUNEK.
Górna ulica była jednym z najgorszych zaułków padołu. Dom, oznaczony numerem II, drewniany, niski, posiadał od frontu trzy sklepy: szynk, pełen społecznych szumowin, nędzną norę tandeciarza i kramik z tytoniem, oświetlony kopcącą lampą, brudny, zabłocony, wstrętny. Gregor zawahał się chwilę, gdzie iść, wreszcie pchnął furtkę bramy, wiodącą do ciemnych, wilgotnych sieni. Oprócz wrzasku pijanych w szynkowni i pisku rynsztokowych szczurów, nic się nie odzywało w głębi tego ponurego domostwa. Dotykając ścian, Gregor napotkał drzwi i na chybił trafił zastukał do nich. Po dość długiej przerwie, zajęczał klucz. Na progu stanął mężczyzna wysoki, w czerwonej, jedwabnej koszuli, wyglądającej z pod narzuconego niedbale surduta. Światło świecy, drżące od przeciągu, padało nierówno na twarz jego bladą, pokrytą szwami po ospie, szpetną, ostrą, z wyrazem owej martwoty i obojętności, jaką chłop pokrywa wszelkie namiętności i wrażenia. Policzki miał, mimo chudości, potężnie rozwinięte, oczy zielone, małe, schowane głęboko pod wydatnem, niskiem czołem, usta wąskie, posępnie zaciśnięte, w prawem ręku coś dzierżył, kryjąc pod koszulą. Był to jeden z tych ludzi ślepo posłusznych, jak żelazo wytrwałych, zaciętych, zimnych, niczem nieubłaganych. Spojrzał zpodełba na gościa, prawicę wyjął z pod koszuli, rewolwer błysnął i wnet zniknął w kieszeni, a on spytał przez zęby: — Gotów ty? — Gotów. Oczy kacapa błysły radością, usunął się, i za Gregorem drzwi zaryglował. Stali w małej izdebce o trzech drzwiach, zawalonej łachmanami tandeciarza, bo stanowiła komórkę, przytykającą do sklepu. U stolika, na którym tlała groszowa łojówka, wetknięta w szparę desek, stał mężczyzna średniego wieku, szczupły, wyniosły, o ruchach człowieka wyższych sfer, choć miał na sobie kożuch wyrobnika, pod nim perkalową, różową koszulę i buty koślawe na nogach. Mało co widać było jego twarzy — szary łachman miał na jednem oku, a zarost bujny łączył się ze zdziczałemi włosami. Zauważył Gregor, że w lewem uchu nosił prosty, srebrny kolczyk, a na skroni bliznę miał bardzo świeżą. Stał oparty o stół i ostre oczy wpił w twarz nowicjusza, zazierając do dna myśli. — Oto człowiek! — rzekł kacap w jedwabnej koszuli i cofnął się w głąb. — Dużo mi mówił o tobie Nikita Siemionow — rzekł starszy — wierzę ledwie w połowie, ale i tego dosyć! — Ja, co siebie lepiej znam niż Nikita — nie powiem nic — odparł student zimno. — Gotóweś z nami iść? — Dokąd? Cele bywają różne. — Do swobody i woli. Do boju z tyraństwem, władzą nieprawną, ohydą całej ludzkości. Do wolnej myśli, wolnej ziemi, nowego porządku i praw! Rozumiesz ty, jako mścić musimy miljony, jako odwet brać za wszystkie upodlenia? — Jestem z wami! — A wiesz, jak do tego świata iść nam trzeba? Krwią, zdradą, skrytobójstwem. Nie apostołem będziesz, ale mordercą, i będziesz zwierzem, tropionym przez psy, będziesz codzień o krok od śmierci, aż ją weźmiesz może na szubienicy, a malkontentów miljony cię nie obronią, bośmy pionierzy zaledwie. — To wiem i gotówem! — A wiesz ty, że z chwilą obecną targasz wszystkie człowiecze uczucia i obowiązki? Nikt pozostać nie powinien, ktoby ci mógł wolę osłabić: ani rodzina, ani druh, ani kochanka. Jednostką będziesz, jednej idei poddaną duszą, ciałem, siłą, myślą — wszystkiem. Każą ci podpalać, judzić brata na brata, ojca na syna, burzyć ustawy najpotężniejsze, może ci każą umrzeć za drugiego, potrzebniejszego nam — każą truć, dusić, kłamać, krzywoprzysięgać, kraść, przekupywać — musisz być posłusznym bez drgnienia — albo się zabić. Pamiętaj! — Dlatego dnia, co przyjdzie, takim będę! — wymówił Gregor ponuro. Podniósł głowę i patrzył na mówiącego. Oczy jego stalowe migotały czarnemi błyski. — A wieszże ty jeszcze, że rozkazywać ci może będzie podpalacz, złodziej, wyrzutek społeczeństwa, z mętów dno same! — Dlatego dnia, co przyjdzie — niech mi rozkazuje! — A jeśli zdradzisz, zabije cię jak psa parszywego ten sam, tu obecny, Nikita. — Tego nie uczyni — spokojnie rzekł. — Pamiętaj i o tem, że cię ujmą. Pamiętaj o więzieniu, śledztwie, torturach, o obietnicach raju i katuszach piekielnych, pamiętaj jak milczeć musisz! — Ja wiem, kędy moja droga iść musi. Ot, patrzcie! Pięść wyciągnął nad płomieniem i trzymał, aż całą izbę napełnił swąd spalenizny. — Co to znaczy! — mruknął z pogardliwym uśmiechem. — Maszże chęć jaką dla siebie osobistą? — Jakże! Chcę ruiny starych bogów, rządów, praw, dogmatów. Chcę zmartwychwstania pokrzywdzonych i zdeptanych, chcę nowego świata i zwycięstwa człowieka wolnego. Owego dnia chcę, owego odrodzenia! Zamilkł i chwilę myślał. — Jeszcze jedno. Nikita, znasz Stefkę? — Znam! — mruknął ospowaty. — Żona to twoja, czy kochanka? — spytał jednooki zimno. — Ani jedno, ani drugie. Sierotę wziąłem z ulicy, dziecko prawie. Teraz ją zostawię. Chciałbym jej dać spokój. Ona nie ma żadnej legitymacji! Jednooki, nie odpowiadając, otworzył tylne drzwi izdebki i zawołał: — Nikifor Iwanicz! Na to wezwanie, wąska figurka tandeciarza zjawiła się w progu. Miał na sobie wytarty mundur piechoty, twarz była uosobieniem azjatyckiej podległości rozkazom. — Masz metrykę i inne urzędowe papiery dla młodej dziewczyny? — Mam! — Podaj tu zaraz. Sołdat zniknął. Jednooki wyjął notesik z kieszeni i spojrzał na Gregora. — Student jesteś? — Tak, medyk — jako i Nikita. — Na którym kursie? — Na trzecim. — Może już tu nie zostaniesz. Nikita Siemionow — oddaję ci go pod twoje rozkazy — a ty młody u nas będziesz się nazywał Małorus. Tandeciarz wsunął się znowu i położył na stoliku parę arkuszy papieru z rządowemi pieczęciami. Jednooki czytał: „Marja Wasiljewna Achtarow, urodzona w chersońskiej gub.“ etc. etc. Dobra metryka Nikifor? — Dobra, panie. Cerkiew ta spaliła się zeszłego roku. Sam djabeł nie sprawdzi. — Dobrze — możesz iść. Małorus — weź to sobie. Gregor z gorączką zgarnął papiery. — A teraz zadam ci pierwszą próbę. Słyszałeś o zabójstwie żandarma w Tule? — Słyszałem. — Ten, co to uczynił, przemyka się zagranicę i przez nieuwagę wpadł w oko policji. Depesze z rysopisem latają wszędy. Nie można go poświęcić, bo wiezie ważne papiery — musi być w Żytomierzu jutro. Telegraficzne druty już tam zerwano, depesza idzie pocztą. Ruszaj — i żeby ta przeklęta koperta nie była przed środą w Żytomierzu. Rozumiesz? — Rozumiem. — Oto masz pieniądze na drogę — przebierz się i nie bądź trwożny! — Bądźcie spokojni. Nie mnie ginąć w takiej nędznej okazji. O świcie odchodzi pociąg — odniosę jeszcze te papiery. — W drogę zatem — tę wielką — te jedną, którą razem już iść będziemy. Hej! — tryumf przed nami! — Dożyjemy go — a nie my — to ci, co po nas przyjdą! Żegnajcie! Uścisnęli sobie dłonie. Nikita otworzył drzwi i podał mu rewolwer. — Weź! — twój gorszy! — mruknął. Gregor kiwnął głową, broń na piersi ukrył i wyszedł. — Sprawi się dobrze? — spytał jednooki. — Zapewne i to uczyni, ale to nie jego powołanie. On nie narzędzie — to będzie wódz, organizator! Setki pójdą za jego głosem — za tą jego demoniczną siłą wzroku, wymowy, pięknością. Jego — nie zdając sobie sprawy — już teraz słucha cały uniwersytet. Jego słowo masami kieruje! On nas wszystkich kiedyś przerośnie. — I pewny? — Ot — jak kamień. Wy sami nawet przysięgi od niego nie wzięliście. — Nie śmiałem. — Tak jest! — A ta dziewczyna? — Będzie jego kochanką. Piękna — ale dziecko. — Pilnujcież jej! — Będzie naszą. — A zatem ostatni interes załatwiony. Ruszam dalej. Byle już być zagranicą. — Przeprowadzić was? — Nie trzeba. Jest na rogu Iwan z dorożką. Bywajcie zdrowi! — Szczęśliwej wam drogi! Jednooki wysunął się przez drzwi w głębi. Nikita Siemionow dobył z kieszeni jakiś papier, brudną próbę drukarską, i pochylony nad stołem, robił ołówkiem znaki i uwagi. Tak go zastał Gregor po godzinie. Spojrzał na papier i rzekł: — Jutrzejszy numer „Ziemi i Woli“ ty drukujesz sam? — Nie, żona. — Twoja? — Moja. — Nie mieszkacie razem? — Nie. Ona pracuje u Karstowa w sklepie, a nocą gazety odbija. Jak mnie wezmą, ona zostanie. Jest dziecko. Gdy to mówił, nawet i wtedy twarz mu się nie rozjaśniła. Niewolnik to był swojej idei. Schował makulaturę do kieszeni i zawołał tandeciarza. Zabrano się do dzieła. Gdy noc dobiegła kresu, z bramy jedenastego numeru wyszedł na ulicę kacap młody, ryży w typowym tułubie i obdartej czapce. W kieszeni miał pasport Jakowa Samonowa z pskowskiej gubernji, starowierca, miał nóż, pieniądze, w cholewie miał rewolwer i pęk kluczyków. Jednocześnie ze sklepu tandeciarza wyszedł młody człowiek, ubrany pół po europejsku. Kacap szedł przodem, student Nikita za nim. Tak długo trwało. Wreszcie robotnik zwrócił w stronę dworca kolei, student poszedł w przeciwną stronę. Otarli się prawie o dwóch policjantów, którzy śledzili psa podejrzanego o wściekliznę. Nikita ani razu się nie obejrzał. Kim ten był, ten starszy malkontent? Czy był wyrzuconym z ziemi Parjasem, czy odartym z nazwiska potomkiem kijowskich kniaziów, czy Czerkiesem, wygnanym armatami z rodzinnego aułu? Czemże jego ten władca znienawidzony ukrzywdził? Ten władca przed kilkunastu laty ojców jego uczynił wolnymi kraju obywatelami, obdarował szczodrze w ziemię i samorząd, pieścił i dogadzał, jak ojciec najmłodszemu dziecku. Odkryte miał przed sobą Nikita: nauki, karjerę — nawet bezkarność zapewnioną względem dawnych panów... Nikita był chłopcem z mińskiej gubernji, z ojców zamożnych i urzędników gminy. Czy marzył władca ideolog, obdarzający miljony niewolników, że takiej wdzięczności dozna już w pierwszem pokoleniu? Uczynił dzieło wiekopomne, jednym zamachem pióra o sto lat naprzód pchnął ideę równości, z trzody chciał ludzi uczynić — a wyhodował sobie katów. Tygrys, zrodzony w psiarni, będzie przecie tygrysem. Nikita urodził się w chacie starszyzny. Ojciec, chytry lis, uchodził za mędrka; obłowił się też przy konfiskacie pańskiego dworu; miał pola dwie włóki, dobytku obfitość. Sam niepiśmienny, marzył o rozumnym synu, któryby kiedyś pisarzem gminnym mógł zostać, honoru i dochodu mu przysporzyć. Dwóch miał dziedziców imienia i fortuny, ale starszy, Jarmoch, zda się już w polu, a młodszy, Mykita, głupowaty i wątły, w sam raz na „pysara“! Wątłość i głupowaty wygląd zdecydowały o losie Nikity. Poszedł do szkółki, pod władzę świeżo z Rosji sprowadzonego nauczyciela, proletarjusza i socjalisty. Cztery lata spędził pod jego ręką i wpływem. Głupowatość znikła, rozbudziła się wcześnie bezczelność, krańcowość i cynizm. Przyswajał sobie prędko teorje „nastawnika“. Chaos miał w głowie, ale nie ten chaos, po którym zdrowe światło wejdzie. Jak w słońce patrzał w mistrza, pożerał jego słowa, wierzył, jak w Boga. Więc naprzód stracił uszanowanie dla starszych, zuchwale nawet o karze się odzywał, gotów ojcowskiej władzy siłą się oprzeć — wiary nie miał żadnej, a wreszcie pogardził swym stanem, marząc o świecie dalekim i użyciu. Takim już był, gdy po tych czterech latach, pewnego wiosennego wieczora, przestąpił, z patentem w ręku, próg ojcowskiej chaty. Elegant był, a minę miał hardą i cyniczną. Wszedł i zakrztusił się dymem i oparem, napełniającym izbę, gdzie mieściła się, wraz z rodzicami, rodzina ożenionego już od dwóch lat brata Jarmocha. — Zdrastwujtie! — przemówił po rosyjsku, podając ojcu chlubne świadectwo skończenia nauk. Ale stary czytać nie umiał. Wetknął świadectwo za święty obrazek na ścianie i pokazał misę synowi. — Perechrestyś, taj jesz! — rzekł. Nikita skosztował, skrzywił się i łyżkę położył. — Cóż dalej będzie, bat‘ku? — spytał. Powstała ożywiona dysputa. Ojciec chciał go oddać do powiatowego gimnazjum, brat się opierał, matka płakała, a dzieci Jarmocha w niebogłosy. Nikita słuchał i czerwieniał, wreszcie wstał i zaklął straszliwie. — Cholera na was! To wy myślicie, że ja tu wam pastuchem będę i ratajem? że ja w tej smrodliwej norze usiedzę i w tem błocie żywot zbędę? Niedoczekanie wasze! Ty, bat‘ku, pieniądze mi dawaj, a ty, durny Jarmochu, milcz, bo ja ci pokażę! Mnie co innego sądzono, niż chłopem być! Jak po woli nie puścicie mnie w świat, to i sam trafię! W ojcu miał poparcie, więc postawił na swojem. Stary Semen grosze dał, a mentor „nastawnik“ odwiózł chłopca do miasta — i wrócił z wieścią, że go do trzeciej klasy przyjęto. Minęło lat pięć i słuch o nim zaginął. Nawet o pieniądze się nie upominał, nie przysyłał wieści, nie przyjeżdżał na wakacje. Zapomniano o nim, jak o umarłym. I znowu pewnego wiosennego wieczora drzwi chaty Semena rozwarły się przed gościem obcym zupełnie i rozległo się pozdrowienie: — Zdrastwujtie! — Mykita! — krzyknęła matka jedna. Tylko przeczucie matczyne odnalazło dawnego pastuszka w tym mężczyźnie, ubranym w czarny surdut, w czerwonej koszuli. Ospa zeszpeciła do reszty ostre, brzydkie rysy. Tylko mu oczy płonęły dziko, spodełba patrzące. Wnet też zrozumiała rodzina, że wszelkie węzły życie zerwało na wieki, nie mieli o czem mówić nawet. Nikita nie słuchał prawie wioskowych i gospodarskich , krzywił się na jadło i czarny chleb, nie spojrzał na dzieci Jarmocha, nie spytał o żadnego z dawnych znajomych. Nie chciał nawet w chacie zamieszkać, ale po godzinie poszedł na nocleg do szkoły. Matka zapłakała, ojciec spojrzał za nim ponuro, a Jarmoch, plotąc łapcie u komina, mruknął: — Ja wam to przepowiedział, bat‘ku. Nikita, wyszedłszy na ulicę wioskową, zapalił papierosa i gwizdał, rozglądając się wkoło. Zajrzał do karczmy, gdzie tańczono i pogardliwie się zaśmiał; spojrzał na dwór i ponuro błysły mu źrenice ; minął cerkiew i mogiłki, bez uchylenia czapki. Wyszedł za wieś. Noc była przecudna — wszystko kwitło i pachniało — miesiąc świecił srebrzyście. Nawet Nikita odtajał i parę razy pełną piersią odetchnął, czując w sobie niebywałą błogość i spokój. Nagle zatrzymał się i słuchał. Głos dziewczęcy — smutny, niedaleko nucił:
Student podszedł. Obok drogi płot się ciągnął — za nim sad, domek bielutki i gospodarskie obejście. U furtki drewnianej, pod osypaną kwieciem jabłonią, stała dziewczyna cała w miesiącu. Ubrana była ze szlachecka, zgrabna, smukła, twarzy ślicznej, czarnooka, cud nie dziewka. Patrzyła na przechodnia bynajmniej nie zalękniona, tylko smutna. Przystanął u płotu — zapatrzony w nią. — Czemu tej pięknej nocy smutno śpiewacie? — spytał pół po rosyjsku, pół miejscowem narzeczem. — W karczmie piją i tańczą! — Ja do karczmy nie chodzę! — I tego wam szkoda? — Nie. Tak smutno czegoś! — westchnęła. — To ja was pożałuję! — rzekł łagodnie. Dziw się stał z Nikitą. Naprawdę żal mu było dziewczyny — i choć ją mógł objąć i wycałować — tylko patrzył. — A wy kto? Tutejszych znam, a was nie. — Bo ja w gościnę dziś przyjechał z Kijowa. Starszyzny syn — Nikita! — Aha — słyszałam coś o was. Mówią, że wy bardzo uczony? — A pewnie! — zaśmiał się. I znowu w nią się wpatrzył i głucho rzekł: — Nu, czy to miłowanie będzie, że mnie tak coś za piersi uchwyciło. Tyle widział i przeżył, — a ot od was na mnie przyszło. Krasa bo od was jak łuna bije! Kto wy? — Ja Józefa Kalinowskiego Helenka! Ojciec u dawnych panów lokajem był i tę ziemię za dobrą służbę dostał. Teraz jednak macochę wziął i ja gorzej sieroty. — Pozwólcie jutro przyjść, na siebie popatrzeć. Dziw, jak mi do was serce skacze! Uroki, czy co? — Nie gadajcie bredni! — szepnęła. — Wstąpcie jutro, ale do domu. Ojciec rad przyjmie. Ruszyła, aby odejść, a jego nagła gorącość objęła. Przechylił się, wpół ją obiął i pocałował. Szarpnęła się, potrąciła gałąź jabłoni. Deszcz śnieżnych płatków osypał ich głowy, a on, odchodząc, zatoczył się, jak pijany. Dwa miesiące zabawił i pokochali się z dziewczyną zapamiętale. Poszedł otwarcie do starego Kalinowskiego i o córkę uczciwie poprosił, ale natknął się na tak dumną i ubliżającą odmowę szlachcica, konserwatysty i katolika, że tylko zęby zaciął i zemstę zaprzysiągł. Przyszło mu to łatwo, bo dziewczynę opór ojca rozegzaltował tak, że oddała się kochankowi duszą całą i ognistym temperamentem. Jednak sprawy swej Nikita nie zaniedbał. Dnie spędzał w szkole i karczmie, skupiała się przy nim młodzież wioskowa, chciwie pożerając nową naukę. Propaganda rozwijała się świetnie. Niewola zaszczepiła w nich wszystkie nikczemne instynkty, ciemnota uwodziła na błędne rozdroża. Pijani byli żądzą odwetu na wszystkiem, co władzą się zwało, patrzyli na grunty dworskie, jak na swą przyszłą własność, bo Nikita przepowiadał podział równy, zniesienie podatków, darowywał im Rosję całą! Tymczasem stawali się bezczelni i hardzi. Czynili szkody i bezprawia, odgrażali się buntem i zaborem, nie chcieli zarobkować we dworze, szynkarzowi tłukli szyby i odbijali wódkę. Wieczory spędzał Nikita w wyborowem towarzystwie. Byli tam popi, diaki, nastawnicy, , niżsi urzędnicy. Tam już się dysputy toczyły, plany rozwijały, rzucano coraz krwawsze zdania i poglądy. Były to bratnie duchy studenta. Zdarzały się dla urozmaicenia „prazniki“ i festy, wieczorki demokratyczne, jarmarki, pijatyki. Wesołe to były wakacje. Nareszcie trzeba było się rozstać. Pewnego wieczora Nikita w niezwykle dobrym humorze wszedł do swego mentora. — Czas wracać, Nikołaj Antonowicz! — rzekł, oglądając przy świecy naboje rewolweru. — Żyd dał donos na mnie — a jutro ma policja aresztować! No, bywajcie zdrowi! Przeprowadźcie na trakt! Poszli bez drogi, poza ogrodami. — Na Boga, Nikita! — szepnął nastawnik — toż ciebie złowią na uniwersytecie. — Na jakim! — zaśmiał się student. — Ty wiesz, skąd ja przyjechał? dokąd jadę? A jeśli ty nie wiesz — to któż? Oni? Te durnie, policjanty? Niech szukają wiatru w polu. Niedaleko karczmy zatrzymał się — usiadł na płocie — zapalili papierosy. Nikita nasłuchiwał, rozglądał się, wreszcie zaśpiewał:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Czarny Bóg.
