Front matter
ALEKSANDER BŁAŻEJOWSKI
N
Ć
całość
ALEKSANDER BŁAŻEJOWSKI
N
Ć
I
J“
I 11. L. 190-93.
Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa"
Warszawa, Moniuszki 11, telefon 190-93.
SPIS RZECZY:
I.
„Złoty Ptak“ i tajemniczy błazen.
Dzień pracy dawno się skończył, — miasto zaczęło przechodzić w okres życia nocnego. Żyrandole i lampy uliczne rzucały silne snopy białego światła na pokryte śniegiem chodniki i jezdnie. Lekkie, drobne płatki śniegu wirowały w powietrzu, łamiąc w świetle lamp swoją biel na odcień srebra. Gdy ruch na przedmieściach i bocznych ulicach zamierał, główne arterje ożywiały się z godziny na godzinę coraz bardziej. Automobile, dorożki, prywatne ekwipaże mknęły jak strzała po białej, ubitej drodze, zatrzymując się przed rzęsiście oświetlonemi wnętrzami teatrów, pierwszorzędnych restauracyj i kawiarń. Przeważną część powozów i automobili zatrzymywano przed białym, barokowym pałacykiem, na którym widniał pomysłowy, z kolorowych lampek elektrycznych ułożony napis: „Złoty Ptak.“ Wąskie afisze zapowiadały występ czerwonego błazna. Westybul „Złotego Ptaka“ wypełniony był już mrowiem ludzkiem, cisnącem się do dwóch okienek kasy. Czerwony błazen od kilku tygodni stał się osią zainteresowań próżniaczego życia stolicy. Największą sensacją, która jak mgła otaczała osobę czerwonego błazna było, że nikt w stolicy nie wiedział, kim jest ten znakomity komik-humorysta, wykpiwający w przewybornych piosenkach życie ludzi i życie miasta. Czerwony błazen ostrzem swojej satyry ciął ludzką głupotę, zarozumiałość, kłamstwo, obłudę i manję wielkości. Czerwony błazen w swojej piosence nie oszczędzał nikogo, nawet najwyższych dostojników, kierowników państwa. Błędy i śmiesznostki tak zwanych „wielkości“ ubierał w zgrabny rym i rzucał w formie melodyjnej piosenki, jak lekki balonik, w przepełnioną widownię. Czerwony błazen! Dziwny był ten człowiek o wytwornych spokojnych ruchach, giętkiej i smukłej jak trzcina postaci, o miłym barytonowym głosie. Zawsze na scenie w tym samym kostjumie czerwonego pierrota, w czerwonej masce. Jego białe, rasowe palce przebiegały szybko po strunach gitary, dobierając dźwięczną, lekką jak pianka szampana melodję dla drwiącej piosenki. Ten tajemniczy człowiek nie posiadał w sobie nic z tej szminki i trywjalności, jaka cechuje komików kabaretowych. Publiczność uwielbiała czerwonego błazna, umiał on ją pobudzić do homerycznych wybuchów śmiechu tak, że nie pozwalała mu zejść ze sceny, zmuszając burzą oklasków do ciągłych naddatków. Bały się czerwonego błazna jak ognia wszystkie nadęte figury rozmaitego kalibru: dygnitarze—głupcy, których nielitościwie wyśmiewał. Niejednej sztucznej wielkości czerwony błazen zatruł życie, niejednemu pokrzyżował jego wysoko-ambitne plany, niejednego karjerowicza pogrzebał. Piosenka czerwonego błazna nie pozostawała nigdy w murach sali „Złotego Ptaka“, wędrowała ona z tej białej sali do miasta, a stąd do poczekalni i biur ministerjalnych, do domów prywatnych, do kawiarń; dla jednych szatańsko wesoła, dla drugich dokuczliwa, natrętna jak osa. Tajemnice gabinetów ministerjalnych, buduarów modnych kokot, dyskretne ploteczki dobroczynnych rautów i balów w salonach wysokiej arystokracji, wszystko to przedostawało się jakimś dziwnym trafem do ucha czerwonego błazna i padało pastwą satyry i śmiechu na estradzie „Złotego Ptaka“. Powoli zaczęła już urabiać się w mieście pogłoska, że czerwony błazen obdarzony jest darem nadzwyczajnej przenikliwości, że jego wzrok przebija powłokę ludzką, odczytuje tajniki duszy i mózgów, przenika ściany i mury. Czerwony błazen przemienił „Złotego Ptaka“, który przed kilku jeszcze tygodniami świecił pustką, w najpopularniejszy i najbardziej uczęszczany kabaret stolicy. Dyrektor kabaretu, Wilhelm Metzner, żałował szczerze, że ścian widowni nie może rozszerzyć, podwoić lub potroić ilości miejsc. Czerwony błazen „robił kasę“. I pomimo że dyrekcja potroiła ceny miejsc, niezrażona tem publiczność bezustannie szeroką strugą płynęła do kabaretu. I dziś, stojąc obok żelaznych drzwi, prowadzących za kulisy, gruby dyrektor Metzner aż zacierał z uciechy ręce. — A co, udał się nam hazard? — spytał Metzner kulawego inspicjenta Gładysza. — Pewno, że się udał, — odpowiedział Gładysz, wykrzywiając swoją nabrzękłą, jakby ulaną z szarej gutaperki twarz, w jakiś wesoły grymas. — A dałeś, stary Otello, czerwonemu błaznowi kopertę z pieniędzmi? — spytał Metzner. Gładysz skinął twierdząco głową, nie odrywając oczu od długiej kolejki publiczności, która uformowała się przed kasą. Gładysz od lat całych znany był za kulisami pod nazwą „Otello“. Przydomek ten zawierał krótką, ale bolesną tragedję życia tego śmiesznego o nabrzękłej twarzy kulasa. Lat temu dziesięć, czy piętnaście, — terminu z pewnością i sam Gładysz nie byłby w stanie ustalić, — Gładysz nie był ani obrzękły, ani kulawy. Wtedy był on doskonałym żonglerem i gimnastykiem, a jego produkcje na linie stanowiły szlagier programów rozmaitych „varieté“. W czasie najwyższego rozkwitu talentu swych mięśni, Gładysz zakochał się w swej koleżance, młodej, ładnej śpiewaczce kabaretowej. Wkrótce ożenił się z nią. Po kilku latach stało się to, co zawsze w tej sferze ludzi się zdarza. Mery zaczęła go zdradzać z jakimś bogatym bankierem, nałogowym bywalcem w świecie kulis. Gładysz nie dowierzał plotkom, ani docinkom, wierzył święcie w cnotę i wierność żony. Przypadek, ten najlepszy detektyw, naprowadził go dopiero na ślad wiarołomstwa. Łagodny Gładysz po odkryciu przemienił się w szakala. Jednym celnym strzałem zabił żonę, a sam z emocji omdlał, — dzięki temu kochanek Mery uszedł karze. Sąd uwolnił Gładysza. Myśl jednak o Mery i zbrodni przegryzała Gładyszowi duszę i mózg, jak ostra, paląca trucizna. Zaczął pić na umór. Coraz bardziej tracił pewność swych mięśni, coraz niżej schodził pod względem wartości swych produkcyj. Raz w trzeciorzędnym teatrzyku w czasie przedstawienia „Otello“, pijany, spadł z liny i złamał nogę. W szpitalu nogę źle złożono, Otello okulał. Metzner znał „Otella“ jeszcze z czasów jego świetności, dał kalece z łaski stanowisko inspicjenta w „Złotym Ptaku“. Otello stał się wkrótce prawą ręką i generalnym pomocnikiem Metznera i cieszył się jego nieograniczonem zaufaniem, a — tylko ciągły, niesłabnący pociąg Otella do kieliszka kłócił od czasu do czasu harmonję między nim a szefem. Za to Gładysz odczuwał w całej pełni łaskę Metznera i starał się mu odwdzięczyć psią wprost wiernością i uczciwością. Widownia „Złotego ptaka“ wypełniona już była po brzegi, choć dziesięć minut brakowało do uderzenia gonga i rozpoczęcia przedstawienia. Otello zaczął wdrapywać się na schody pierwszego balkonu, by skontrolować pracę bileterów, — a Metzner już chciał zniknąć za żelaznemi drzwiami kulis, gdy schwycił go za rękę dr. Reski, bardzo wzięty i znany w stolicy lekarz i niemniej znany bywalec teatrzyków warszawskich, adorator wszystkich śpiewaczek i tancerek bez względu na ich urodę i wiek. — Weźcie mnie ze sobą, dyrektorze, — prosił Reski — mam ważny interes do Zośki Kłobuckiej, a ona rozpoczyna program. — Dla pana wszystko, — ale teraz nie mogę... pan wie... czerwony błazen... stanowczo zakazał obcych wpuszczać za kulisy. Nie mogę, doktorze — usprawiedliwiał się Metzner i bezradnie rozłożył swoje grube jak krąglaki ramiona. — Fabrykujesz pan, dyrektorze, sensację z czerwonym błaznem, — wy doskonale wiecie, kim jest ten nicpoń. Tajemnicą robicie kasę i łapiecie na tę wędkę głupią publiczność. — Pod słowem, doktorze, nie wiem, kim on jest. — Jakżeż go pan więc, u licha, angażował? — Może to nieprawdopodobne, ale pod słowem honoru, doktorze, prawdziwe. Dwa tygodnie temu, w czasie południowej próby, przykusztykał do mnie Gładysz. Z tajemniczą miną powiedział mi, że w mojej poczekalni czeka jakiś dobrze ubrany człowiek z czarną maską na twarzy i chce koniecznie kilka słów ze mną pomówić. Początkowo sądziłem, że Gładysz po pijanemu bredzi, ale gdy spostrzegłem, że Otello jest najzupełniej trzeźwy, zszedłem do gabinetu obejrzeć tego warjata w masce. Przyznać muszę, że głupio zrobiło mi się na duszy, gdy znalazłem się z nim sam na sam w gabinecie. Pan w masce zmiejsca przystąpił do interesu. Oświadczył mi, że ma piękny, barytonowy głos, że zna cały szereg aktualnych piosenek, siadł do fortepianu, sam sobie akompanjował, odśpiewał mi kilka pieśni — byłem zachwycony. Wyjąłem blankiet kontraktu i natychmiast chciałem go angażować. Tajemniczy człowiek postawił mi jednak tak dziwne warunki, że na zwykłym blankiecie kontraktowym nie mogłem ich spisać. Najpierw żądał, by nikt nigdy nie pytał go o nazwisko, by nikt z personelu go nie śledził, nie podpatrywał, ani nie starał się dojść, kim on jest. W razie, gdyby ten punkt umowy został złamany, — tajemniczy człowiek oświadczył, że bezwłocznie zerwie kontrakt. Dalej żądał, bym przyjął na siebie gwarancję, że nikt obcy nie przedostanie się za kulisy. Za pierwszy występ pan w masce nic nie żądał, za każdy jednak następny żądał olbrzymiej sumy, bo pięćset złotych od występu. Zgodziłem się na te ciężkie i oryginalne warunki. Wkońcu kazał mi jeszcze oprowadzić się po garde- robach. W każdej garderobie badał grubość ścian, szczelność drzwi, zamki, wreszcie po długim namyśle wybrał sobie garderobę Nr. 3, — pan zna ją, panie doktorze, — tuż obok składu starych dekoracyj i rekwizytorni. Od czasu podpisania tej dziwnej umowy czerwony błazen zjawia się podobno punktualnie na pół godziny przed zaczęciem przedstawienia. Nikt nie wie, którą bramą i któremi drzwiami wchodzi, dość, że na czas jest w garderobie, i nikt również nie wie, w jaki sposób czerwony błazen z teatru wychodzi... Dziwny człowiek. ...No powiedz pan, panie doktorze, czy mogę łamać kontrakt, gdy ten człowiek ściąga mi do „Złotego Ptaka“ tyle publiczności, że aż ściany się pocą? Doktór Reski nie zdążył odpowiedzieć, bo do dyrektora zbliżył się w tej chwili jeden z bileterów i zawiadomił go, że redaktor jakiegoś poczytnego pisma chce wejść na salę, ale brakło miejsc. Metzner przeprosił doktora i szybko oddalił się z bileterem w kierunku kas. Dr. Reski chwilę stał, jakby czekając, aż obydwaj znikną mu z oczu, rozejrzał się nerwowo wokoło i nagle jak strzała zniknął na zielonemi, żelaznemi drzwiami, prowadzącemi za kulisy..
II.
Kaprys pięknej pani.
Wieczór u państwa Kleskich doszedł właśnie do najwyższego napięcia humoru i zabawy, choć początkowo wcale świetnie się nie zapowiadał. Z odjazdem jednak kilku figur reprezentacyjnych ze świata dyplomatycznego, wysokiej arystokracji i najwyższego szczebla hierarchji urzędniczej, — lodowaty nastrój zaczął topnieć, i około północy zabawa potoczyła się już na dobre. Właściwy nerw drgnął jednak dopiero wtedy, gdy służba kilkakrotnie napełniła baccaratowe tulipany francuskiem winem szampańskiem i gdy orkiestra zagrała pierwsze „shimmy“. Szampan, murzyński jazz-band, nagie ramiona i plecy niebrzydkich kobiet, dziwny krok półdzikiego shimmy i jawy wywołały wreszcie ten nastrój wewnętrznego szału, który, wtłoczony w ramy dobrego tonu, tem więcej jest oszałamiający i ponętny. Była godzina trzecia po północy, gdy pani Halina Mertinger, żona znanego na warszawskim bruku bankiera, zamierzała już wycofać się z tłoku tańczących i choć przez chwilę odetchnąć chłodniejszem powietrzem. W salonie było gorąco i duszno. Pani Halina czuła się znużona. Postanowiła więcej nie tańczyć, najpierw dlatego, że bała się w tej temperaturze o całość swej misternie zaondulowanej fryzury, dalej dlatego, że ostatnie chwile zabawy chciała poświęcić emocjonującej rozmowie z Wikiem Skarskim. Wiedziała dobrze, że teraz, tu, na tej zabawie, Wik musi być sobą, że przestanie raz wreszcie grać nieznośną komedję, że powie jej wszystko, co dotąd ukrywał pod maską ironji, obojętności i cynicznego dowcipu. Pani Halina wiedziała doskonale, że przed chwilą mocno szarpnęła nerwami Wika. Była przecież dziś wyjątkowo piękna i umiała doskonale uderzyć w tkliwą u młodego Skarskiego strunę — w... zazdrość. Komedię „del arte“ z prokuratorem Glińskim odegrała wprost znakomicie, bez zająknienia. Czuła, że Wik tracił równowagę i panowanie nad sobą, że w szybkiem tempie zmuszony teraz będzie uderzyć w obawie, by Gliński go nie ubiegł... Wspomnienie flirtu z Glińskim i widoku człowieka poważnego, znanego ze swej bystrości i zdolności prokuratorskich, który szedł na tak prymitywnie fałszywą przynętę, — tak rozbawiły panią Halinę, ze mimowoli uśmiechnęła się sama do siebie. Zaczęła szukać strusiego pióra — wachlarza. Młody Skarski błyskawicznie przebiegł salę i stanął koło niej. — Pani czegoś szuka? — Tak, wachlarza. Już późno, i chcę zniknąć po angielsku. Poczciwy Gliński obiecał odwieźć mnie do domu... Niech mu pan powie, że zaraz będę w garderobie... — Doskonale, w tej chwili odszukam najnowszą ofiarę, pani, — ale bym nie miał wrażenia, że jestem służącym i spełniam bezapelacyjnie pani rozkazy, może odszukamy go razem. Wik podał ramię pani Halinie. Przeszli do ogrodu zimowego. Piękna pani czuła, że ramię jej towarzysza drży nerwowo. Usiedli w wygodnych, fotelach wyłożonych poduszkami. Olbrzymia lampa rzucała pomarańczowe światło na ogród, dodając jakiejś tajemniczości palmom o grubych, włochatych pniach i szerokich mięsistych liściach. Pani Halina odrzuciła wtył głowę, przymknęła powieki i nadała swej twarzy wyraz rozkosznego zmęczenia. Była piękna. Blada twarz o regularnych, jakgdyby kutych misternym dłutem w alabastrze rysach, w aureoli ciemno blond włosów, upodabniała ją do mistycznej bogini greckiej. Smukła, biała szyja, nagie ramiona i głęboki dekolt odcinały się wyzywająco od czarnej dżetowej sukni, która w świetle pomarańczowej ampli mieniła się taką tęczą barw i kolorów, jak ciemna, drżąca toń wody w świetle jasnego księżyca. Siwe oczy Wika ślizgały się po pani Hali. Długo zatrzymywały się na jej ciemno-złotych włosach, na czerwonych, mięsistych, małych ustach i na głębokim dekolcie. Zdawało się, że oczy Wika chcą przebić jedwab jej sukni, że w myślach odrysowuje sobie kształty jej ciała. Twarz zaczęła mu drgać nerwowo, rasowe nozdrza nierównomiernie wachlowały... Kłopotliwą ciszę przerwała pani Hala. — Prawdopodobnie Gliński nas znajdzie, bo trudniej byłoby nam go znaleźć... — Pani Halo, na co pani w tej chwili Gliński? Dlaczego zakłóca pani ten cichy moment, na który tak dawno czekałem? — Gliński jest mi bardzo potrzebny. Ma mi zastąpić opiekę męża, który, jak pan wie, ucieka zawsze z towarzystwa, w którem mnie spodziewa się spotkać. — Więc Gliński ma otrzymać pełnomocnictwo zastąpienia męża?... Ciekaw tylko jestem, czy pełnomocnictwo ograniczy mu pani tylko do odwiezienia do domu?... — Sam pan wie, że tylko od mężczyzny zależy rozległość otrzymanego od kobiety pełnomocnictwa, — jeden potrafi wywalczyć sobie u nas, słabych istot, generalne pełnomocnictwo, — drugi tylko prawo odwiezienia do domu. — A Gliński? — Jeszcze nie zdążył walczyć. — Czy bardzo pani ciekawa, jakiemi sposobami Gliński będzie walczył? — Trochę. — Czy ciekawość pani nie byłaby naprzykład większa, gdybym tak ja zamiast Glińskiego rozpoczął tę walkę?.. — Jakto pan, panie Wiku? Nie dawniej, jak na balu u Zubrzyckich wręcz mi pan oświadczył, że ani odrobiny trudu nie poświęciłby pan dla zdobycia kobiety, bo za wiele jest kobiet, które same trud zdobycia mężczyzny podejmują... — Tak, powiedziałem to, ale dla zdobycia pani zdolny byłbym do wielkiego wysiłku, — ale tylko dla zdobycia pani... — Czy to nie chwilowy nastrój dzisiejszego wieczoru? — A może zbyt wiele szampana wywołało ten nadmiar energji? Ha, ha, ha, pan i poświęcenie, trud i wysiłek... ha, ha, ha, to zabawne... — Śmieje się pani, a może właśnie ja, ja z po- zoru wygodny, byłbym zdolny do takich ofiar, jak nikt inny, może nawet większych niż Gliński. — Niech się pani nie śmieje, — ale dziś postanawiam, że muszę zdobyć panią, choćby nie wiem jakim ogromem ofiar i trudu. Muszę!... Niech pani żąda ode mnie, co pani kaprys podyktuje, a przysięgam, że spełnię... Pani Hala roześmiała się szelmowsko, pokazując przez rozchylone drobne usta cały rząd ostrych, białych zębów, potem przez chwilę myślała. — A więc, dobrze, — początkowo żądam drobiazgu, — dowie się pan np. jutro, kim jest ten, który taką sensację robi w Warszawie, kim jest ten, no... czerwony błazen... — Dobrze. Jutro się dowiem, a w środę w południe u Loursa powiem pani jego nazwisko. Dla nasilenia jednak mojej energji w prowadzeniu śledztwa dla kaprysu pani — proszę o małą dawkę haszyszu. Pani Hala przykryła oczy długą smugą rzęs. Wik jak oszalały chwycił ją w ramiona, wpił się ustami w jej usta. Pani Hala przemocą wyrwała się z jego żelaznych młodych ramion. W drzwiach ogrodu zimowego zobaczyli prokuratora Glińskiego. Możliwe, iż słyszał całą rozmowę...
III.
Przerażenie.
Wik Skarski siedział w swojej garsonierze w głębokim fotelu i właśnie dopijał szklankę herbaty, gdy wszedł jego brat, Józef. Wik z wielkim szacunkiem, nawet z pietyzmem odnosił się do starszego brata. Józef Skarski był właściwie głową rodziny. Po śmierci rodziców Józef, borykając się ciężko z trudnościami finansowemi, wychowywał Wika i młodszą od niego o lat piąć siostrę, Wandę. Jedynie dzięki pracy i energji Józefa Wik ukończył gimnazjum i studja prawnicze, również dzięki pomocy Józefa Wik cały rok mógł spędzić w Paryżu w École des sciençes politiques. Własnym zaś zdolnościom i umiejętności obcowania z ludźmi zawdzięczał młodszy Skarski, że już w dwudziestym szóstym roku życia osiągnął poważne stanowisko w ministerstwie spraw zagranicznych, że liczono się tam z jego zdaniem, a swój wpływ potrafił Wik wywrzeć nawet i na osobie ministra. W biurze lubiano go, ceniono i poważano. Trudne warunki, w jakich Wik się wychowywał, nie potrafiły jednak wyrwać z jego usposobienia dużej dozy lekkomyślności, atawistycznej wady rodziny Skarskich. Chociaż Wik zdawał sobie sprawę z tego, że kieszeń Józefa jest bardzo szczupła, to nie dalej jak trzy miesiące temu przegrał w Klubie Myśliwskim poważną kwotę, którą oczywiście spłacił Józef pożyczkami wekslowemi i zaliczkami z firmy Hellman & Robert, w której od szeregu lat zajmował stanowisko administratora. Wik z lekkiem sumieniem zrzucał na głowę brata troskę o środki pieniężne, których sporo wymagała już sama jego służba ministerjalna. Wzamian za to w duszy i sercu Wika powstał pewien kult, pietyzm i podziw dla Józefa, który z żelaznym uporem i konsekwencją starał się z niego zrobić „wielkiego człowieka.“ Nietylko w usposobieniu, ale i w wyglądzie zewnętrznym obu braci djamentralne zachodziły różnice. Wik był pięknym, smukłym, młodym chłopcem, lekkomyślność i wrażliwość malowały się tak silnie na jego twarzy, że te dwie słabe strony jego charakteru mógł oglądać każdy, kto chwil kilka obserwował go. Józef był przeciwieństwem młodszego brata, był nie mniej przystojny od niego, ale szron wybielił już silnie jego skronie. Na twarzy Józefa malowała się nieskończona dobroć, pobłażliwość dla ludzkich błędów, poprostu kobieca słodycz, a równocześnie jednak upór i energja. Józef poświęcił się dla rodzeństwa. Przez całe życie nie miał on odrobiny czasu dla troski o własny los. Został starym kawalerem. Każdy jego zarobek szedł na potrzeby młodszego rodzeństwa. Wik był jednak jego dumą, jego chlubą. Józef wierzył w olbrzymie zdolności brata, wierzył w to, że Wik nie będzie przeciętnym człowiekiem. I teraz, gdy rozmawiał z nim, oczy Jó- zefa pełne były radości i wewnętrznego zadowolenia. — Widocznie doskonale bawiłeś się u Kleskich, jeśli dopiero rano wróciłeś do domu. — Iii, — skrzywił się Wik — musiałem Mertingerową odwieźć do domu. — Znając ją z widzenia, sądzę, że nie sprawiło ci to wielkiej przykrości. Wik znów się skrzywił, — dziś nie był w dobrym humorze. Rozmowa między braćmi przeszła z Mertingerowej na ludzi, z którymi Wik spotkał się i rozmawiał na wczorajszym raucie. Młody Skarski coraz bardziej ożywiał się, opowiedział bratu kilka facecyj biurowych, kilka dowcipnych fragmentów z wczorajszych rozmów. Józef lubił słuchać brata, podziwiał dar jego błyskotliwego opowiadania, jego zmysł spostrzegawczy i ostrą ironję. Dochodziła szósta wieczorem, gdy Wik zwierzył się bratu, iż miałby wielką ochotę przyjąć ofiarowaną mu placówkę zagraniczną, na której jako konsul zdołałby wykazać swe zdolności, niestety, brak potrzebnych do tego prywatnych funduszów staje mu na przeszkodzie w przyjęciu tego stanowiska. Józef sposępniał. Zwierzenie Wika było mu przykre, nie chciał rozstawać się z bratem. Wiedział doskonale, że jak długo Wik jest pod jego wpływem, musi lekkomyślność swą poskramiać, — gdy znajdzie się poza sferą tych wpływów, to kto wie, na jakie bocznice zjechać może... Poza tem Józef kochał brata, myśl o rozstaniu była mu przykra. Długo też milczał po wyznaniu Wika, wreszcie z ciężkiem westchnieniem powiedział: — Ha, trudno — jeśli wyjazd twój jest dla karjery istotnie potrzebny, — to jedź w imię Boże. Jeśli pieniądze znalazły się na pokrycie długów karcianych, to znajdą się i na ten cel. Wik nie zauważył wzruszenia, wyciągnął do brata rękę, dziękując serdecznie za znów okazaną pomoc. Zaledwie Józef wyszedł z pokoju, Wik szybko zaczął się ubierać. Dochodziła siódma. Przypomniał sobie wczorajszą obietnicę, daną pani Hali. Wstąpiła weń niezwykła energja. — Muszę dowiedzieć się, jak nazywa się ten głupi klown. Licho wie, o której przedstawienie w tym bałaganie się zaczyna... powtarzał Wik z uporem. Zaledwie wyszedł na ulicę, drobny zmarznięty śnieg uderzył go jak ostry śrut po twarzy. Chcąc iść dalej, musiał Skarski zasłonić twarz fokowym kołnierzem palta. Najpierw skierował swe kroki ku placowi Trzech Krzyży — wiedział, iż tam znajdzie słup lub tablicę reklamową i dowie się, kiedy rozpoczyna się program w „Złotym Ptaku“. Nie mylił się, — na każdym słupie reklamowym widniała podłużna czerwona kartka z krzyczącym napisem: „Dziś występ czerwonego błazna w kabarecie „Złoty Ptak“, początek o godzinie 8-ej.“ Skierował swe kroki ku Marszałkowskiej. W myślach Skarskiego przebiegały, jak śpiesznie puszczony film kinematograficzny, obrazy wczorajszego wieczoru u Kleskich. Dłużej zatrzymał go obraz pani Hali, jej białe jak z marmuru ramiona, jej kształtny biust i ta piękna twarz z wyrazem zmęczenia. Teraz jeszcze czuł Skarski na swych ustach żar jej pocałunku, — ulica zawirowała mu w głowie. Będzie moją kochanką, będzie, musi nią być! — powtarzał z uporem. Naraz przypomniał sobie zim- ne, stalowe oczy prokuratora Glińskiego, — tliły w nich ogniki ironji i wyraźnej nienawiści. Wik wzdrygnął się na to wspomnienie, jakby ktoś dotknął jego piersi zimnym kawałkiem lodu. — Zanadto wielkim jest jednak gentlemanem, by doniósł staremu Mertingerowi o wszystkiem — myślał Wik — ale czy słyszał, cośmy o nim mówili? — martwił się dalej. Na Marszałkowskiej Wik przestał się już martwić Glińskim, wsiadł w dorożkę i kazał się wieźć do „Złotego Ptaka“. Plan zdobycia nazwiska czerwonego błazna przedstawiał się prosto i jasno, da służącemu lub maszyniście kilka złotych, by wpuścił go za kulisy, — potem wsunie jakąś kwotę inspicjentowi, i albo ten mu powie, jak ten „czerwony idjota“ się nazywa, albo poprostu zaczai się za kulisami i będzie czekał, aż czerwony błazen opuści garderobę, będzie go tropił na ulicy aż do mieszkania i dozorcę zapyta o nazwisko. Początkowo plan wydał mu się prosty i łatwy, im bardziej jednak dorożka zbliżała się do „Złotego Ptaka“ — tem silniej Skarski klął swój plan i całą awanturę. Szczęście jednak sprzyjało mu. Zaledwie dorożka zatrzymała się przed barokowym, rzęsiście oświetlonym kabaretem, Wik ujrzał przed boczną bramą swego dawnego chłopca biurowego w czapce z napisem „Złoty Ptak.“ Skarski wysiadł z dorożki i bezzwłocznie udał się w kierunku bocznej bramy. Stanisław ucieszył się bardzo na widok swego dawnego przełożonego. — Pan do nas naśmiać się z czerwonego błazna? — Nie, krótko odpowiedział Skarski, — ale możebyście mi, Stanisławie, powiedzieli, jak się nazywa ten wasz czerwony błazen i gdzie mieszka? — Dalibóg, wielmożny panie, nie wiem. Ponoć i dyrektor, i rządca nie wiedzą. Skarski wsunął Stanisławowi w rękę pięć złotych i paczkę papierosów, prosząc go, by jakoś sprytnie przeszmuglował go za kulisy. Stanisław długo drapał się w głowę, długo obracał w ręce paczkę „Klubów“, zanim przemówił: — Proszę pana, to bardzo trudna sprawa. Jest bardzo ostry rozkaz nikogo nie wpuszczać — ale czego jabym dla pana radcy dobrodzieja nie zrobił, — tylko jakby radcę ten, tego, złapali, to ani słóweczka o tem, że to ja niby radcę szmuglował, zgoda? — Zgoda. Stanisław przeprowadził Skarskiego przez bramę sąsiedniego domu na jakieś ciemne podwórze, stąd furtką na drugie podwórze, wreszcie wzdłuż jakichś stajni przedostali się do bocznej ściany „Złotego Ptaka“. Stanisław wskazał Wikowi jakieś małe drzwi. — Tu, radcuniu, poczekajcie przed temi drzwiami, aż wam otworzę z drugiej strony. Ino papierusa nie palcie, — powiedział Stanisław i zniknął gdzieś w ciemnościach podwórka. Skarskiemu chwile oczekiwania niezmiernie się dłużyły. Zadymka nie zelżała, drobny, ostry śnieg siekł mu boleśnie twarz, przez szalowy kołnierz śnieg przedostawał się aż na gors koszuli, topniał, wywołując niemiłe uczucie zimna i wilgoci. Skarski klął, na czem świat stoi, całą awanturę. Po upływie pół godziny drzwi wreszcie cicho się otwarły, i ukazała się w nich głowa Stanisława. — Prędziutko radcuniu, bo będzie wsypa!.. Skarski szybko przekroczył próg, przedostał się przy pomocy Stanisława na jakiś korytarz, oświetlony małą, zapyloną, odrutowaną żarówką. Szybko przeszli korytarz. Stanisław pchnął małe, suknem obite drzwi wahadłowe i przeprowadził Skarskiego za kulisy. — Tu, za temi staremi dekoracjami niech radcuś czekają, tu jest garderoba Nr. 3, zaraz czerwony błazen przyjdzie, tylko laboga radcuniu, aby na was nasz kulawy rządca nie nadepnął... byłby młyn, aż niu.., Skarski wcisnął się w bardzo niewygodny kąt. Plecami dotykał jakichś starych dekoracyj, które za lada jego poruszeniem chwiały się, grożąc upadkiem. Wik podparł je ręką. Z za ściany dochodził do uszu Skarskiego dźwięk marsza. Słyszał oklaski publiczności. Przedstawienie widocznie już się rozpoczęło. Za kulisami panowała zupełna cisza. Skarski bał się patrzeć na zegarek, by jakimś niezręcznym ruchem nie trącić dekoracyj i nie zdradzić swej kryjówki. Czas oczekiwania dłużył mu się strasznie, nogi mu zdrętwiały, z kołnierza palta spływały strugi stopionego śniegu na koszulę. Naraz Skarski drgnął; usłyszał obok siebie czyjeś kroki. Jakiś mężczyzna wysoki, szczupły, z wysoko podniesionym kołnierzem palta, w czarnym kapeluszu, głęboko nasuniętym na oczy, i w czarnej masce na twarzy, szybko przeszedł obok niego i zniknął za drzwiami garderoby Nr. 3. Skarski wyczekał chwilę i wreszcie cicho na palcach zbliżył się do drzwi garderoby. Z niezwykłą ostrożnością ośmielił się Wik nacisnąć klamkę, — bez szelestu uchylił drzwi i wejrzał do wnętrza. Zaledwie jednak spojrzał, cofnął się błyskawicznie, i blady z przerażenia jak ściana zaczął uciekać w kierunku drzwi wahadłowych i korytarza. Wpadł na ciemne podwórze i biegł jak oszalały na ulicę. O kilkanaście kroków za nim biegł wysoki szczupły mężczyzna z czarną maską na twarzy.
IV.
Morderstwo.
Rozległ się ostry dźwięk dzwonka, zapowiedź końca antraktu. Publiczność szybko opuszczała foyer „Złotego Ptaka“, tłocząc się do wejść na widownię. Nastrój podniecenia stawał się coraz silniejszy i nie dziw, — bo drugą część programu rozpoczynał występ czerwonego błazna. Publiczność z niecierpliwością czekała, kogo dziś na ostrze swego języka weźmie doskonały satyryk, kogo dziś wykpi, wyśmieje i zdemaskuje. Starzy bywalcy kabaretu i adoratorzy czerwonego błazna nie mogli doczekać się chwili uderzenia gonga i przyćmienia światła. Gong wreszcie odezwał się, światła pogasły. Orkiestra rozpoczęła pianissimo walca z Fausta. Zasłona z czarnego weluru, ze srebrnemi naszytemi maskami drgnęła nerwowo i powoli, miarowo zaczęła rozsuwać się ku bocznym ścianom sceny. Już sama dekoracja sceny wywołała zachwyt publiczności. Krajobraz Warszawy w nocy z ciem- ną wstęgą Wisły, w której łamało się światło księżyca i tysiąc świateł z okien domów na Pradze. Orkiestra skończyła walca. Czerwony błazen jednak nie wychodził. Po chwili orkiestra powtórzyła walca, jakby usprawiedliwiając opóźnienie. Czerwony błazen znowu nie wychodził. Między publicznością poczęto dziwnie szeptać, wywołując konsternację. Coś się musiało stać! Niepokój rósł. W ciemnej widowni głowy ludzkie pochylały się coraz bardziej ku sobie, podając szeptem wiadomość o jakiemś nieszczęściu, które rzekomo spotkało czerwonego błazna. Upragniony komik jeszcze nie wychodził. Nagle prysł czar dekoracji. Na scenie zajaśniały pełnem światłem wszystkie lampy. Chwiejnym krokiem, blady jak ściana, wyszedł przed budkę suflera dyrektor Metzner. Drżącym głosem, zwracając się do publiczności, powiedział tych kilka słów: — Szanowni państwo! Czerwony błazen nie może dziś wystąpić. Nieszczęście nagłe i niespodziane dotknęło nasze przedsiębiorstwo, którego szczegółów narazie podać nie mogę. Zmuszeni jesteśmy w tej chwili przerwać przedstawienie. Pieniądze za bilety zwróci nasza kasa. Przypuszczam, że nieszczęście, które nas dotknęło, znajdzie należyte odczucie, i dzisiejsze przerwane przedstawienie nie zakłóci tej harmonji, jaka zawsze panowała miedzy dyrekcją naszego przedsiębiorstwa a publicznością. Po tych słowach Metznera zabłysły na widowni światła. Publiczność zaczęła cisnąć się do szatni, czarna welurowa kurtyna powoli się zasuwała. W przechodzie wypytywano bileterów: — co za nieszczęście się wydarzyło? Otrzymano krótką, suchą odpowiedź, — podobno zamordowano czerwonego błazna. — Kto zamordował? — Nie wiadomo. Przez szeroko otwarte drzwi wchodowe gęstą strugą płynęła publiczność na zaśnieżoną ulicę, podając sobie wzajemnie coraz straszniejsze i nieprawdopodobniejsze wiadomości o morderstwie.
…
Za kulisami wrzało. Przed garderobą Nr. 3 zebrał się tłum artystów i artystek. Jedni ucharakteryzowani, bo zaraz po występie czerwonego błazna mieli wyjść na scenę, drudzy rozcharakteryzowani, do połowy tylko ubrani, którzy odbyli już swoją pańszczyznę. Jakiś artysta w kostjumie arlekina starał się przez dziurkę od klucza zajrzeć do wnętrza garderoby czerwonego błazna, ciekawości jednak nie mógł zaspokoić, bo światło wewnątrz było zgaszone. Z niecierpliwością oczekiwał tłum na przybycie Metznera. Dyrektor poszedł zawiadomić policję o niezwykłym wypadku i klucz od garderoby zabrał ze sobą. Czas oczekiwania skracali sobie artyści wygłaszaniem rozmaitych przypuszczeń i podejrzeń na tle zagadkowego morderstwa. Wreszcie w drzwiach od strony widowni ukazał się Metzner w towarzystwie komisarza policji Borewicza i kilku ajentów. Borewicz rozpoczął natychmiast śledztwo. — Panie dyrektorze, czy od chwili morderstwa nikt nie mógł opuścić kulis teatru? Wysunął się Gładysz. Jego gutaperkowa twarz z przerażenia nabrała jakiegoś brudno-zielonego koloru, jak woda w dawno nieczyszczonym stawie. Szczęk nie mógł Gładysz utrzymać w spokoju, zęby uderzały silnie o zęby. — To ja właśnie pierwszy zauważyłem... Za pięć minut miał wyjść na scenę. Dzwonią raz, nic, drugi raz — nic, nie wychodzi z garderoby. Poszedłem pod drzwi, słucham... cicho. Otwieram delikatnie drzwi — zobaczyłem nieszczęście... leży trup, pełno krwi na podłodze... Zaraz zamknąłem drzwi garderoby na klucz i pobiegłem do pana Metznera. Obaj weszliśmy do garderoby. Widzimy: — trup. Kazałem zaraz wszystkie wyjścia zamknąć, aby nikt nie mógł uciec. Myślałem, że w ten sposób najlepiej schwytamy mordercę. Cały personel techniczny jest, artyści są, a nikt obcy tu nie wchodził, tego pilnowaliśmy bardzo... Komisarz Borewicz zażądał otworzenia drzwi do garderoby, równocześnie zaś zabronił komukolwiek wejść do wnętrza oprócz Metznerowi i Gładyszowi. Metzner próbował włożyć klucz do zamku, lecz ręce tak mu się trzęsły, że do otworu w żaden sposób trafić nie mógł. Wyręczył go jeden z agentów policyjnych. Weszli do wnętrza garderoby, zapalili światło, — oczom ich przedstawił się straszny widok... Na ziemi, w szerokiej kałuży już zlekka skrzepłej krwi, leżał mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, łysy, z resztkami siwych włosów na skroniach. W piersiach zamordowanego tkwił olbrzymi, długi kindżał kaukaski, wbity z taką siłą w pierś, że przeszył zupełnie ciało, a ostry jego koniec tkwił mocno w podłodze. Zabity ubrany był w drogocenne futro bobrowe, — obok, na stole, leżał twardy kapelusz. Komisarz pochylił się nad zwłokami i zaczął je szczegółowo badać. Bezpośrednią przyczyną śmier- ci było bezwątpienia pchnięcie kindżałem, który przebił mięsień sercowy. Na twarzy zmarłego było kilka świeżych blizn, pochodzących jakby od silnego drapnięcia paznogciami. Jedno drapnięcie skaleczyło mocno powiekę. Na rękach zmarłego znać było również kilka ran. Widocznie denat przed śmiercią stoczył z mordercą zaciekłą walkę. Jedno krzesło w garderobie było przewrócone — również znak walki przedśmiertnej. Na drugiem krześle, obok lustra leżało w największym porządku poskładane czerwone, jedwabne domino pierrota i czerwona maska: — strój czerwonego błazna. Komisarz Borewicz kazał przywołać ajentów i wydał im krótkie rozkazy. — Pan, panie Małkowski, przeprowadzi dokładne badanie w garderobie, — zwróci pan specjalną uwagę na ślady palców na poszczególnych przedmiotach, a zwłaszcza na przewróconem krześle i na rękojeści kindżału. Niech pan również nie zapomina o klamce. Trzech innych panów przeprowadzi badania poza garderobą i proszę bardzo, nikogo pod żadnym warunkiem nie wypuszczać z gmachu. Ajent Małkowski wyjął z kieszeni jakiś płyn, proszek i pendzelek i rozpoczął badania daktyloskopiczne. Metzner i Gładysz stali bezradni, — w oczach ich malowała się jeszcze ciągle trwoga. Komisarz Borewicz pochylił się jeszcze raz nad zmarłym, zaczął obszukiwać jego kieszenie. W kieszeniach ubrania i futra nie znalazł nic. Zmarły został widocznie doszczętnie obrabowany, bo nawet brak było chustki do nosa. Po zbadaniu zawartości kieszeni zabitego komisarz Borewicz rozpoczął śledztwo. Przesłuchano najpierw dyrektora „Złotego Ptaka“. — Więc zabity — spytał komisarz policji Metznera — należał do składu artystów pańskiego teatru i występował jako czerwony błazen. — Tego, panie komisarzu, stanowczo stwierdzić nie mogę. — Jakto? więc, czy zabity jest czerwonym błaznem, czy też nie? — Nie wiem, panie komisarzu, ponieważ nigdy twarzy czerwonego błazna na oczy nie widziałem. — Nie rozumiem... Dyrektor Metzner opowiedział, w jak oryginalny sposób angażował czerwonego błazna i jak bardzo ten tajemniczy człowiek dbał o swoje incognito. Po wyjaśnieniu Metznera twarz komisarza Borewicza wyrażała silne zakłopotanie. — Wypadek rzeczywiście szczególny. Równie więc dobrze, — pańskiem zdaniem — panie Metzner, czerwony błazen może być zamordowanym jak i mordercą, czy tak? — Tak. Gładysz nie wiele więcej wiedział od Metznera. Twierdził jedynie, że wysoką, szczupłą postacią i kształtem rąk zamordowany przypomina czerwonego błazna. W tej chwili do garderoby gwałtownie otworzono drzwi, i wpadł przez nie jeden z ajentów. — Panie komisarzu! Mamy ślady. Na starej zaprószonej dekoracji, tuż obok garderoby Nr. 3, znaleźliśmy na pyle odbicie całej dłoni. Zrobiłem już dokładny pomiar ręki i całą odbitkę śladu, przeprowadziłem również badanie palców. W drzwiach zaś wahadłowych znalazłem tę rękawiczkę męską, do której nikt z obecnych przyznać się nie chce. Tymczasem Małkowski ukończył już badania daktyloskopiczne i przez szkło powiększające oglądał drzwi garderoby od strony wewnętrznej. Wzrok jego śledził coś w okolicy klamki. Komisarza Borewicza to badanie drzwi zaczęło interesować. Zbliżył się do Małkowskiego, wpatrzył się bacznie w miejsce, które ajent niezwykle starannie badał przez szkło. W miejscu tem ujrzał Borewicz wyraźny ślad palców, wyciśnięty w kurzu na drzwiach. Widocznie ktoś zawalanemi prochem palcami dotknął drzwi od wewnątrz garderoby. To niezwykłe spostrzeżenie komisarza przerwał odgłos zgiełku na korytarzu. Po chwili dwu ajentów policyjnych wprowadziło do garderoby jakiegoś starszego, dobrze ubranego człowieka o bardzo poczciwym, ale niemniej przelęknionym wyrazie twarzy. — Panie komisarzu, ten pan nie należy do zespołu teatralnego, ukrył się przed policją w klozecie i nie chce wyjaśnić, ani co tu robi, ani poco się ukrywa. Sprowadzony przybrał śmiesznie płaczliwą minę i zaczął się tłumaczyć: — Panie komisarzu, ukryłem się, gdy usłyszałem, że kogoś tu zamordowano, — i źle zrobiłem, ale wierzaj mi pan, nikogo nie zamordowałem. Jestem się dr. Reski. Chciałem pomówić z jedną z tutejszych artystek. Bałem się skandalu, jestem żonaty... to było powodem, że się ukryłem... Panie komisarzu, na miłość boską, niech mnie pan nie aresztuje, jutro cała Warszawa dowie się o tem. Dyrektor Metzner mnie zna, potwierdzi, że nazywam się Reski, mieszkam i ordynuję przy Szpitalnej Nr. 8. Gruby Metzner kiwał głową, potwierdzając prawdziwość słów Reskiego. Widząc poczciwą twarz Reskiego, bliskiego płaczu, komisarz mimowoli uśmiechnął się. — Panie doktorze, jest pan narazie wolny i za chwilę będzie pan mógł tę klatkę opuścić. Może jednak przypatrzy się pan łaskawie zamordowanemu, może pan przypadkiem go zna. Dr. Reski zbliżył się do trupa i chwilę wpatrywał się w jego twarz. — Ależ naturalnie, znam go. To znany w Warszawie bogaty bankier, Karol Mertinger. — Czy się pan nie myli? — spytał komisarz policji. — Ależ nie, od lat kilku znam go osobiście. Twarz komisarza policji przybrała wyraz zdumienia.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Czerwony błazen.
