Read here

Bolesław Prus (Bogusławski, 1891)

Władysław Bogusławski · 1891 · Free in the US

34,894 words · about 2 h 27 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1891 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Bolesław_Prus_(Bogusławski,_1891)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Władysław Bogusławski
Language
Polish
Published
1891
Length
34,894 words · about 2 h 27 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 13 min
  3. I about 31 min
  4. II about 15 min
  5. III about 10 min
  6. IV about 18 min

Continue:

Front matter

BOLESŁAW PRUS.

całość

BOLESŁAW PRUS.

I.

Jedna z epizodycznych postaci w „Lalce“ Prusa, doktór Szuman, któremu autor zdaje się często powierzać rolę rzecznika własnych na różne sprawy poglądów, w tych słowach określa bohatera powieści: — Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk z przed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedmdziesiątego. To co dla patrzących jest sprzeczne, w nim samym jest najzupełniéj konsekwentne. Czy ta definicya dokładnie cechuje „człowieka przejściowego“, którego Prus usiłował przedstawić, i czy wykonanie dzieła odpowiada intencyi twórcy — postaramy się rozpatrzeć późniéj. Ale że określenie sceptycznego medyka może do pewnego stopnia służyć za charakterystykę talentu Prusa, na to, jak nam się zdaje, nie trudno będzie się zgodzić — idzie tylko o to w jakiem znaczeniu i w jakim zakresie brać będziemy ów romantyzm i pozytywizm. Pozytywistę dostrzedz w Prusie łatwo; sam się o to stara na każdym kroku, oświetlając życie nie z wysoka, tylko przez mnóstwo okien z różnych stron przepuszczających jasność dnia powszedniego; ale romantyk w nim utajony głęboko, wyziera tylko w pewnych chwilach, przy pewnych warunkach, a z taką częstokroć naiwnością, jak gdyby sam pisarz nie wiedział o swoim romantyzmie. Chronologicznie ten poetyczny atawizm nie miałby w sobie nic dziwnego. Prus urodził w się 1847 r., a zatém chłopięce jego lata wypadły na najpiękniejszy rozkwit romantyzmu w całéj Europie i u nas. Gdyby nie obawa, ażeby zapędy krytyki psychologicznéj niezaprowadziły nas zbyt daleko, możnaby spróbować odbudować tę młodość autora z niektórych jego utworów i szukać w jego umyśle odbicia błysków zachodzącego słońca romantyzmu. Widać np. z „Grzechów dzieciństwa“ że nie było w Prusie materyału na romantyka w miłości; chłopiec, który mdleje szukając zalęknionéj dziewczynce osy w fałdach sukienki, zapowiada już wcześnie wyznawcę takiéj filozofii uczucia: — Miłość jest rzeczą zwyczajną wobec natury, a nawet, jeżeli chcesz wobec Boga. Ale, wasza głupia cywilizacya, oparta na poglądach rzymskich, dawno już zmarłych i pogrzebanych, na interesach papieztwa, na trubadurach, ascetyzmie, kastowości i tym podobnych bredniach, z naturalnego uczucia zrobiła... wiesz co? Zrobiła nerwową chorobę... Jest hygiena miłości, któréj nietylko nieprzestrzegają, lecz poprostu gwałcą klasy inteligentne i to stanowi jednę z przyczyn ich upadku. Hygiena woła: „jedz kiedy masz apetyt“, a wbrew niéj tysiąc przepisów chwyta cię za poły, wrzeszcząc: „niewolno!... będziesz jadł kiedy my cię upoważnimy, kiedy spełnisz tyle a tyle warunków postawionych przez moralność, tradycyę, modę“... Jeżeli w „Grzechach“ niema śladu poezyi wyjątkowych uczuć, to młodziutki bohater „Omyłki“ przeczuwa heroizm wyjątkowych poświęceń. Mniejsza o to, że malec patrzący przy świetle księżyca na sunącą przez pola „olbrzymią żmiję najeżoną bagnetami, których końce dziwnie migotały w blasku miesiąca“, młodszym jest od drugoklasisty, ratującego panienkę od ukąszeń osy bardziéj niedyskretnéj niż złośliwéj; mniejsza o tę przemianę kolei lat chłopięcych w stosunku do wypadków, na których tle powinnyby na odwrót po sobie następować; czytający jednym ciągiem dziesięć tomów szkiców, obrazków i powieści Prusa, przestawia, zapewne wbrew woli autora, ale zgodnie z wewnętrzną potrzebą odtworzenia sobie fizyognomii jego talentu, daty i zdarzenia i wydaje mu się to zupełnie naturalnem, żeby ten bezimienny ktoś, komu autor w pierwszéj osobie opowiadać każe „Grzechy dzieciństwa“ i „Omyłkę“, zbijał najprzód bąki, wagusował na wsi u pani hrabiny, palił u niéj obory, strzelając do wron z klucza od bramy i hrabiance dawał ryzykowną pomoc przeciw nieszkodliwemu owadowi, a potem wybierał się „na wojnę“. Tego rodzaju ciągłość wytwarza się wśród czytania tem snadniéj, że literacki fortel autora, który dla potrzeb swego założenia przedstawia straszny dramat „Omyłki“, jako odbicie wrażeń dziecinnych, nadając naiwności chłopca znaczenie przedmiotowéj, beznamiętnéj krytyki, że taki środek, powtarzamy, odrazu bije w oczy. Przy całym, sztucznym artyzmie opowiadania, trzymanego niby w granicach pojęć, wyobrażeń ośmioletniego dziecka, czuć że mały bohater patrzy starszemi oczyma, porządkuje to co widział dojrzalszą myślą i w końcu doprowadza czytelnika do celu wytkniętego przez autora. Ten cel tak jest niefortunnie postawionym, że nikt do niego z Prusem nie podąża i każdy zatrzymuje się tam, gdzie dziecko przestaje być dzie- ckiem, a staje się narzędziem tendencyi. Jedyny to wypadek w którym Prus sprzeniewierzył się prawdzie świata a i w tym razie jeszcze zboczenie nie jest zupełnem — tak, że bądź co bądź, obu młodocianych bohaterów łączy z sobą i robi jednego dopełnieniem drugiego, wspólne głębokie poczucie natury. Prus rozkochany jest w naturze jak romantyk. Miłość to spokojna, bez gwałtownych uniesień, ale trwała, wierna nie opuszczająca go ani na chwilę. Nigdzie Prus nie czuje się tak swobodnym, tak u siebie, jak sam na sam z przyrodą. Podobny wtedy do prawdziwego kochanka, nie wiele mówi, ale patrzy w oblicze przyrody, śledzi na niem każdą zmianę, dostrzega każdy uśmiech, najlżejszą chmurkę, wsłuchuje się we wszystkie głosy i rozumie zarówno szept cichy, jak namiętne wołanie. Od romantyków różni się tem, że nie nastraja natury na nutę własnego usposobienia, że krajobraz dla niego nie jest koniecznie „stanem duszy“, — ale daje za to naturze odrębną, prawie indywidualną duszę, każe jéj z człowiekiem obcować, rozmawiać, czasem się z nim przekomarzać, niekiedy go strofować — a zawsze stać względem niego na stopie pewnéj niezależności. Natura u Prusa wie jak do kogo przemówić; inaczéj odzywa się do dziecka, inaczéj do chłopa, inaczéj do dojrzałego i rozwiniętego człowieka — a najchętniéj i najpoufaléj gwarzy z istotami zbliżonemi do siebie, z maluczkimi, z prostaczkami, którzy są z nią związani węzłami życia pierwotnego, elementarnego. Jak gdyby posiadał tajemnicę tych upodobań i słabości natury, Prus widzi dalszy jéj ciąg w stworzeniach, których świadomość nie przekracza sfery instynktów lub co najwyżéj przeczuć, domysłów, bezwiednych pragnień i ogarnąwszy ten świat jedném uczuciem sympatyi, zagląda w najskrytsze jego głębiny, odczuwa wszystkie jego drgnienia, rozeznaje wszystkie jego echa. „Nie mając z kim żyć, mówi gimnazista w „Grzechach “, żyłem z naturą. Znałem w parku każde mrowisko, w polu każdą jamę chomików, w ogrodzie każdą ścieżkę kretów. Wiedziałem o ptasich gniazdach i dziuplach, gdzie chodowały się młode wiewiórki. Odróżniałem szmer każdéj lipy około domu i umiałem wyśpiewać to co wiatr wygrywa na drzewach. Nieraz słyszałem jakieś wiekuiste chodzenie po lesie, choć nie wiedziałem czyje ono“... A ten las, wiedząc że ma z psotnym chłopcem do czynienia, sprzeciwia mu się po swojemu. „Gdy idziesz ku gąszczowi, opowiada innym razem nieletni romantyk, drzewa wyraźnie ustępują ci, niby robią miejsce. Ale sprobuj, posuwając się naprzód odwracać głowę. Podają sobie gałęzie jak ręce, pień zbliża się do pnia, potém nawet zaczynają się stykać i ani się spostrzeżesz, kiedy wyrośnie za tobą pstra ściana, głęboka, nieprzebyta... „Nic łatwiejszego jak wtedy zbłądzić. Gdziekolwiek ruszysz się, wszędzie jest jednakowo, wszędzie drzewa rozsuwają się przed tobą, a zbiegają za tobą. Zaczynasz pędzić, one także pędzą wciąż za ciebie byle ci odciąć odwrót. Stajesz — one stają i zmęczone chłodzą się gałęźmi jak wachlarzami. Poruszasz głową na prawo i na lewo, szukając drogi i widzisz, że niektóre z drzew kryją się za innemi, jakby chcąc cię przekonać że ich jest mniéj niż sądzisz. O! las to rzecz niebezpieczna. Tam każdy ptak szpieguje, gdzie idziesz, każde ziółko chce ci oplątać nogi, a nie mogąc, — przynajmniéj szelestem donosi o tobie innym. Tak mu widać tęskno za ludzką twarzą, że raz ją zobaczywszy używa wszelkich podstępów by ją zatrzymać na zawsze“. Potem gotujące się w „Omyłce“ tragiczne wypadki najprzód zwierzają się do ucha naturze, która posyła do miasteczka gońców swoich, zwiastujących chłopięciu nieznane, nadzwyczajne rzeczy. „Zazieleniły się pola, a z niektórych drzew pierwéj niż liście wyskoczyły kwiaty i patrzyły zdumione szemrząc: tu coś miało być, czy jeszcze nie było?... zdawało mi się niekiedy, że wiatr płynący z za lasu coś im szepce, a one chwieją się gałęźmi i ze zdziwienia szeleszczą: aj! aj! „Przyleciały skowronki i pionowo wzbijając się nad polami, ogłaszały coś w swoim zdrobniałym języku, a potém nagle padały na ziemię jak kamień, swiegocząc zalęknione: już! już! Przyleciały bociany i zasiadłszy w gnieździe na topoli, po całych dniach opowiadały niesłychane historye, z niedowierzaniem kiwając głowami. Przeciągały obłoki, czasem pokłębione i spieszące się gdzieś, niekiedy poszarpane i jakby uciekające. Skąd one, dokąd one? o czém bociany, czego lękają się skowronki?“ Tak rozmawia przyroda z dziećmi: zdaje się przypuszczać że te pączkujące dusze resztę sobie dośpiewają. Zupełną mistrzynią jest dla ubożuchnych duchem, którym w języku dla nich zrozumiałym tłómaczy blizkie z sobą pokrewieństwo. Małgosia w „Przygodzie Stasia“ żyła tylko z naturą, a kochała swój młyn. „Natura wydawała jéj się bardzo wielkiem jeziorem, którego zwierciadło sięgało aż do nieba, a kroplami były: wsie rozrzucone na polu, gaj olszynowy, łąka, młyn, grusze po miedzach, kwiaty jéj sadu, ptaki i ona sama... Niekiedy, przypatrując się obłokom, co wychodziły z poza czarnego płotu lasów, przeglądały się w stawie i biegły za zębate wzgórza — słuchając szumu wiatru co marszczył wodę i zboże na polach, albo jęku trzciny, chwiejęcéj się na bagnie, zapytywała: czy własny jéj byt nie jest tylko odbiciem się wszystkiego co widzi i słyszy do koła, jak te obrazy drzew i nieba, które odbijają się na falach To już zupełna filozofia natury. Kto ją wypowiada? Maryśka czy Prus?... nie rozróżniajmy i nie róbmy z tego zarzutu. Maryśka jest w téj chwili cząstką natury, przemawiającą mową wielkiéj całości, którą Prus objął syntezą jakiegoś romantycznego panteizmu. Zdawałoby się że im mniejsza odległość dzieli przyrodę od człowieka tem łatwiéj autor odnajduje struny łączące duszę natury z duszą jego bohaterów, tem chętniej wydobywa z nich zdrzemnięte harmonie. Czasem odgłosy téj harmonii dochodzą do uszu biedaka jak coś nieokreślonego, i swoją tajemniczością trwogę w nim tylko budzącego. Parobek Owczarz z „Placówki“ wyjechał do lasu po drzewo, tuląc do siebie niemowlę — sierotę, które, sam nędzarz, wziął z wielkiéj litości pod swoja opiekę. Stanęli pod stosem drzewa. Owczarz odwiązał dziecko od sani i rozejrzawszy się umieścił je na kępie jałowcu w miejscu zacisznem. „Niebo poczerniało, zerwał się mocny wiatr zachodni, przesycony wilgocią. Ujęty zimowym snem las ożył, zaczął poruszać się i gadać. Zadrżały zielone igły sosen, potém gałązki, potém wyciągnięte konary zachwiały się, podając sobie jakieś znaki; nareszcie — poruszyły się wierzby i pnie drzew. Kołysały się naprzód i w tył, jakby naradzając się albo zabierając do pochodu. Zdawało się że już dokuczyła im wiekowa nieruchomość i że lada chwilę całą gromadą wyruszą gdzieś, bodaj na koniec świata, zgiełkliwe i szumiące. „Niekiedy część lasu, gdzie stały sanie Owczarza, uspokaja się jakby nie chcąc zdradzić przed ludzką istotą swoich tajemnic. Wówczas słychać zdaleka stąpanie nieprzeliczonych nóg i marsz całych kolumn. Oto idą z głębi szeregi prawego skrzydła: idą, nadchodzą, już są narówni z nami, już przeszły... A oto rusza lewe skrzydło; słychać chrzęst śniegu, skrzypienie gałęzi, szum ustępującego powietrza: idą, nadchodzą, już są na jednéj linii z chłopem i znowu go minęły. A oto środkowa kolumna ośmielona i zachęcona, zaczyna potrząsać gałązkami, zwoływać się ogromnym szeptem. Już pochylają się wierzchołki, już olbrzymy poddają się naprzód, ruszają... stanęły... Widzą dwie ludzkie istoty, przed któremi las nie zdradzi swoich tajemnic. Więc stoi w miejscu i gniewnie szumiąc, obrzuca ich szyszkami i zeschłemi gałęźmi, jakby mówił: „Idź stąd Owczarzu, idź stąd i nam nie przeszkadzaj“. To znowu jesteśmy świadkami kompletnych dyalogów natury i ludzi, gawędzących z sobą bez ceremonii, ot... tak po sąsiedzku. Widać że znają się z sobą wybornie, że im życie upływa na utrzy- mywaniu ciągłego, zażyłego stosunku, że sobie otwarcie i żale swoje wypowiedzą i wymówkę, nie obwijając w bawełnę, zrobią, ale zawsze pozostaną w najlepszem porozumieniu. Bohater „Placówki“ Ślimak, przybiera się do bronowania. Wydobył z szopy brony i wyprowadził ze stajni kasztanki. Jeden z nich ziewał, drugi ruszał wargami i patrzył na Ślimaka przymróżonemi oczyma, mówiąc w duchu: „Nie wolałbyś chłopie sam zdrzemnąć się i nas nie włóczyć po górach? Małoż-to nabiegaliśmy się wczoraj?“ Ślimak na taką radę pokiwał głową, zaprzągł kasztanki i pojechali zwolna. Minęli zieloną łączkę za stajnią, wdrapali się na popielaty bok wzgórza, wreszcie dosięgli szczytu. Patrząc na nich przez wierzch stajni, zdawało się że krępy chłop i para kasztanków ze zwieszonemi łbami, „włóczą się po błękicie niebieskim, sto kroków tam i sto kroków napowrót“. Ile razy dochodzili granicy zoranego pola, zrywało się przed nimi gniewnie swiergocące stado wróbli, krzycząc i dziwując się Ślimak zasypuje ziemią tyle pięknego ziarna. „Głupi chłop, głupi chłop... Cóżto za głupi chłop“, wołały wróble. — Aha! — mruknął Ślimak, wywijając batem. — Żebym ja słuchał was darmozjadów, to nawet wy zmarnielibyście pod płotem. Na ziemię, kiedy mu stawia opór, oburza się chłop. — Od świni gorszaś, mówi Ślimak. Żebym tak świnię skrobał zgrzebłem, jak ciebie bronami, nietylko spokojnieby się układła, ale chrząknęłaby na podziękowanie. Ujmując się za znieważoną, słońce wtrąca się do rozmowy. „Patrz — widzisz ten płat czarny? Tak czarne było całe wzgórze, kiedy twój ojciec siewał na niem pszenicę. A teraz spojrzyj na ten żółty płat: tu już glina wychyla się z pod czarnoziemu i niedługo obsiędzie ci wszystkie grunta. — A cóżem ja temu winien? odparł Ślimak. „Nie tyżeśto winien? szeptała z kolei ziemia. Sam jadasz trzy razy na dobę, a mnie — jak często karmisz? Daj Boże raz na ośm lat. A dużo mi dajesz! Pies by zdechł na takim wikcie. — Oj! la Boga, la Boga!... — wzdychał chłop, uznając że ziemia ma racyę. Ale mimo skruchy, nikt go nie żałował w strapieniu. Owszem, chwilami zrywał się wiatr wschodni i zaplątany między zeschłe badyle na miedzy świstał mu w ucho. „Nie bój się, dam ja ci, dam!... Sprowadzę taki deszcz, taki potop że resztę czarnoziemu wypłócze ci na gościniec, albo na dworską łąkę. A potem Ślimak musi słuchać całego chóru: „Głupi chłop! Cóżto za głupi chłop!“ — świergotały wróble. „Patrzaj, jak glina wypycha ci czarnoziem — pokazywało słońce. „Głodzisz mnie, nie dajesz wypoczynku, stękała ziemia. „Durny ty, durny — warczały z gniewem zębate a leniwe brony. „Chi, chi!... — śmiał się wiatr w zeschłych badylach. Mnożyliśmy przytoczenia, bo one najdosadniéj wykazują stosunek Prusa do natury. Oczom jego przyroda przedstawia się jasno, wyraźnie, zarówno w konturach jak w barwach. Krajobrazy jego nie mają oschłości topograficznéj i obfitują nawet w zewnętrzne malarskie efekta; ale duszę w nie wlewa Prus jednym tylko sposobem: nadając pojedyńczym zjawiskom natury indywidualne życie, rozdając im role w dyalogowanych mysteryach, w których częstokroć człowiek bywa prostym statystą. Jestto środek nietyle może artystyczny ile wygodny dla wyobraźni o niezbyt wysokim polocie, potrzebującéj do wzbicia się ponad poziomy skrzydeł nieco sztucznych. W obcowaniu z naturą, Prus jest romantykiem tylko z miłości do przyrody nie ze sposobów wyrażania swego dla niéj uczucia; przypomina on tych małomównych amantów, którzy potrzebują być ośmieleni przez ukochaną tem co od niéj usłyszą. Wtedy rozpoczyna sam tak jak zaczynał często kroniki; „Powiadasz tedy łaskawa pani“... i rozgrzewa się dopiero w toku konwersacyi. Między opisami natury Prusa, jest wiele bardzo ładnych — żaden jednak nie przyniesie z sobą, jak naprzykład kilkuwierszowy krajobraz Sienkiewicza albo Orzeszkowéj, zapachu, ciepła i światła wiosny. Weźmy krajobraz na którego tle rozwija się akcya „Placówki“. Plastyka w nim niezaprzeczona; rozmaitość motywów niewątpliwa, ugrupowanie, oświetlenie i koloryt szczegółów zlewają się harmonijnie z dobrze podłożonym tonem całości. Widzi się to wszystko jak na dłoni; czytając, ma się to przeświadczenie, że możnaby tam wszędzie trafić bez wahania; życie jednak to malowidło zawdzięcza rzeczce Białce, nie dlatego że płynąc wywiera wrażenie ruchu, ale że ma indywidualne, osobiste intencye, dążenia, fortele, podstępy i całą psychologię swego kapryśnego biegu. późniéj że w podobny sposób Prus radzi sobie z psychologią człowieka, indywidualizując w nim instynkta, uczucia, myśli i nadając im samoistne, odrębne życie; tymczasem przyjrzyjmy się upostaciowaniu w naturze jéj uniesień, namiętności, gniewów i groźb tragicznych. Nad okolicą gdzie mieszka Ślimak przeciąga burza. Między chmurami kołującemi jak czarne stado wron, rozległy się złowrogie głosy „wyklutéj z jakiegoś ciemnego zarodka siły twór- czéj“, która spróbowawszy naśladować Ojca Przedwiecznego i z wiotkich chmur stwarzać jak On ruchliwe i ożywione kształty, przekonała się o swéj niemocy i zapragnęła zniszczyć wszystko co jest na ziemi. Więc gniewne wydaje rozkazy: „Widzicie rzekę, w któréj odbija się nasza hańba?“... W téj chwili coś rozdarło się od nieba do ziemi i w rzekę uderzył piorun. „Słyszycie zgiełk lasu? On nam urąga!“... Połowę nieba przeleciała błyskawica i drugi piorun uderzył w las. „Zbijcie te pola gradem!“... I posłuszne tumany rzucają się na góry i na pola. „Ha... ho... ha — ho!“... Padła na ziemię jedna wielka kropla, za nią druga... setna... tysiączna... „Ha.. ho... ha — ho!“... Jedno ziarno lodu, drugie, setne... To przednia straż. Wichry dmą pobudkę, deszcz bębni, chmury jak psy puszczone ze smyczy wyją, tłoczą się, depczą; jedna kropla popędza drugą, ścigają się, wyprzedzają, nareszcie — łączą w strumienie, płynące od nieba do ziemi. Słońce zgasło, a deszcz i grad zlały się w zbitą massę, któréj cel i kierunek pokazują migotliwe błyskawice. „Tu niszcz! tu bij!“ Mickiewicz opowiada:

Czy można prostszemi rysami z większym epickim spokojem nakreślić wspanialszy opis burzy? Na to zestawienie decydujemy się dla tego że już zestawiono „Placówkę“ z „Panem Tadeuszem“; wystarczy ono jak się zdaje do sformułowania wrażeń, streszczających się w dwóch dla obu obrazów różnych zgoła określeniach: patos i poezya. Patos napotyka się wprawdzie i u Dickensa; angielski humorysta przyobleka również w żyjące postacie martwe , siły natury i z fantazyą, spotęgowaną chwilami do natężenia hallucynacyi, rozsnuwa między niemi wątek tajemniczych dramatów. Ale fantazya, nawet hallucynacya Dickensa siłą i szczerością swoją udziela się czytelnikowi, przyprawiając go o gorączkę. Prus patetyzuje na zimno; jego wcielenia przyrody wyglądają nie jak twory poetyckiéj fantazyi, ale jak sposoby literackie; dramat w naturze wydaje się melodramatem. Jeszcze krok daléj, a spotkamy się prawie z mistyką. Stary Francuz dożywający późnych lat na guwernerce w szlacheckim domu, tęskni za swoim krajem i ciuła sobie grosz na powrót do ukochanéj Francyi, — ale fatalnym zbiegiem okoliczności, nigdy się do niéj dostać nie może. Zrozpaczony starzec przypisuje to wpływowi na swoje życie księżyca, tego patrona tułaczów, symbolizującego w sobie nieukojoną tęsknotę i śmierć. Biedny guwerner nie rozumie jak mogą lubić księżyc ludzie szczęśliwi. Cieszyć się przy jego blasku, na jedno wychodzi co tańcować przy katafalku. „Niebo to ogród pełen nieśmiertelnych kwiatów, a wśród gwiazd, kipiących życiem i światłem, w dodatku najbliżéj ziemi, wałęsa się olbrzymie cielsko trupa, który miliony lat oczekuje pogrzebu i nie może się go doczekać. Samo światło sine i zielone, wygląda jak zgnilizna, a cóż dopiero powiedzieć o przerażających widokach, które oczom odsłania teleskop! „Pustynia tam bez śladu trawy nawet, pleśń zasypana rumowiskami, podziurawiona czeluściami wygasłych wulkanów. Góry ośmiowiorstowéj wysokości, piętrzą się w niéj jak olbrzymie sople lub jak prostopadłe ściany, a nad niemi roztacza się niebo, z powodu braku powietrza, czarniejsze od kiru, na którego tle płonie słońce jak pożar i palą się gwiazdy jak grobowe pochodnie. Gry kolorów, półcieni perspektywy powietrznéj, niema w téj ruinie świata: dzikie kształty występują ostro, pełno jest złudzeń i zdumiewających kontrastów. Ludzkie oko traci wszelką miarę; odległości skurczają się i wydłużają w sposób niemożliwy. Przedmioty jasne wyskakują naprzód, blade cofają się w tył, a ztąd każdy twój krok, każda zmiana w położeniu słońca wśród téj martwéj natury, wywołuje pozorny ruch, istny taniec upiorów“. Przy świetle księżyca, ukazują się Prusowi nietylko fantasmagorye kosmiczne, ale i cienie mijających na naszéj ziemi tysiącoleci. W Puławach siadywał z pewnym botanikiem przy Sybilli, na ławce, pod olbrzymim kamieniem, porosłym mchami czy pleśnią, które od kilku lat badał uczony naturalista. — Te plamy, które pan widzisz, objaśniał autorowi towarzysz są wcale martwym brudem, lecz — zbiorem istot żyjących. Niewidzialne dla gołego oka, rodzą się one, wykonywają ruchy, których nie możemy dostrzedz, zawierają związki małżeńskie, wydają potomstwo i giną. Ale co dziwniejsza, że tworzą one jakby społeczeństwa, widoczne tu w postaci różnobarwnych plam; uprawiają pod sobą grun- ta dla następnych pokoleń, rozrastają się, kolonizują niezajęte miejscowości, nawet toczą między sobą walki. Byłoby to podobne do ludzkich zbiorowisk, gdyby nie brak mowy, świadomości, uczuć — słowem dusz i serc“. W kilka lat późniéj, śledził autor w noc księżycową zmiany w formach i rozmiarach różnych pleśni, na tym samym kamieniu. W tem ktoś mu przysłonił księżyc; był to botanik, na którego szept bezdźwięczny znikła Sybilla, ławka, znikł kamień, dokoła rozlała się mdła jasność, roztoczyła niezmierna pustka, a wśród niéj zabłysnął słabem światłem glob tak wielki, jak ów kamień i jak on pokryty plamami szaremi, siwemi, zielonemi i rudemi. Plamy téj „pleśni świata“ zmniejszały się lub rosły w nieustannym ruchu, ukazywały się na nowych miejscach, przesiąkały się nawzajem lub wypierały z zajmowanych stanowisk, a glob tymczasem wciąż krążył i zdawało się że wykonał setki tysięcy obrotów. — Czy to ma być historya ludzkości, spytał autor stojącego przy nim botanika. Skinął głową na znak potwierdzenia. — Dobrze — ale gdzie są sztuki, wiedza? Uśmiechnął się smutnie. — Gdzie świadomość, miłość, pragnienia? — Cha! cha! cha!... — śmiał się cicho. — Słowem, gdzie tu są ludzkie dusze i serca? — Cha! cha! cha! — Któż ty jesteś? zapytał wreszcie oburzony zachowaniem się uczonego. I w téj chwili znalazł się napowrót w ogrodzie obok kamienia, którego niekształtne plamy, kąpały się w blaskach księżyca. Towarzysz znikł, ale go autor poznał po szyderstwie i melancholii. I my go znamy; — rzadko on odstępuje Prusa, nietylko w świetle księżycowem ale i w blaskach słonecznych, których jasność mroczy mu niejednokrotnie. Zanim go bliżéj określimy, zaznaczmy, że jest to nie zawsze duch poezyi, że jest nim najmniéj kiedy poetyzuje popularną astronomię. Prus w stosunku do natury, jest poetą motywów prostych. Spokojny urok ubogiéj wioski, rozrzuconéj na płaszczyznie wśród zbożowych łanów, które ciągną się jednostajną równiną, aż po ciemno-siną linię lasu; naiwny wdzięk młodéj leszczyny, wpuszczającéj do siebie wstydliwie ciekawy promień słońca, który jéj to wynagradza, zapalając w każdéj kropelce rosy brylantowe ognie i strojąc kokietkę w szmaragdowe przezrocza; gra świateł i cieni w leśnych gąszczach; nęcąca perspektywa głębin posępnego boru; melancholia samotnéj gruszy dumającéj w polu nad swém odosobnieniem; krajobraz łagodnie urozmaicony, o wyniosłościach niezabardzo wysokich, o niezbyt głębokich jarach, o efektach niezanadto zbliżonych do majestatyczności, grozy, — znajdzie w nim zawsze doskonałego malarza, który obrazy na tych tematach oparte nastraja na ton sympatyi ogarniającéj całą naturę. Wobec komplikacyi motywów Prus traci równowagę wzroku i słuchu; oczom jego przedstawiają się powikłane kształty, uszy słyszą pomięszane głosy, wyobraźnia potrzebuje pomocy upostaciowanych , które im wyżej unoszą się ponad proste wrażenia, tém melodramatyczniejsze wytwarzają kombinacye i kontrasty. Na tle tak pojmowanego i tak przedstawianego świata, występują z podobném w plastyce i w odczuciu prawdy stopniowaniem istoty żywe — bo niekoniecznie i nie zawsze ludzie — które tém realniéj się rysują, im ściślejszy jest ich związek z naturą. Stopień sympatyi stanowi tu o sile charakterystyki, a dosadność jéj zdaje się być w odwrotnym stosunku do rozmaitości motywów psychologicznych. Pełne litości umiłowanie upośledzonych daje Prusowi w zetknięciu z niemi jakieś jasnowidzenie, które mu rozświeca ciemnie tych głębin, gdzie drzemią bliskie ocknienia aspiracye, gdzie świtają zaledwie pierwsze brzaski świadomości, gdzie Psyche, budząca się w chwili kiedy dzień dopiero szarzeje i stacza jeszcze walkę z nocą, jest w stanie pół snu, pół jawy. Niższe szczeble téj świadomości nie tylko Prusa nie odstręczają, ale go ciągną do siebie nieprzeparcie, jakby w nich szukał chętniéj niż w naturach skomplikowanych rozwiązania odwiecznéj zagadki duszy. Więc jest przyjacielem zwierzęcia, pilnym obserwatorem tego pogranicza, na którém instynkta zwierzęce stykają się z inteligencyą człowieka i pies naprzykład zajmuje między bohaterami opowiadań, szkiców i obrazków, wcale niepoślednie miejsce. Nic zabawniejszego nad charakterystykę Kurty w „Przygodzie Stasia“. Kazano mu pilnować dzieciaka w kołysce. „Co za świat, myślał sobie pies, na którym dzieci śpią, gospodyni bawi się rwaniem listków, drzewa zamiast uczciwie pracować, kiwają się i szeleszczą, bocian na klekotanie zrywa piersi, a gospodarz z chłopakami nie robią tylko ruszają się i kują? On małym młotkiem bije w kowadło: dyń, dyń, dyń, a chłopcy wielkiemi młotami w żelazo; łup! łup! lup! aż iskry Stałem nieraz przed kuźnią, tom widział“. Gdyby wszystko w téj filozofii Kurty polegało na pożyczaniu myśli od człowieka, sposób byłby łatwy; ale zauważmy, że w niéj największą rolę odgrywają wrażenia wzroku i słuchu, wywołane ruchami gospodyni, uginaniem się i szelestem drzew, podnoszeniem się i opadaniem młota, dźwiękiem uderzanego żelaza, błyskiem sypiących się iskier. Zmysły zwierzęcia dają podstawę Prusowi do snucia pewnéj pierwotnéj, przedziwną humorystyką zabarwionéj psychologii. Sen Kurty jest już snem psim bez domieszki ludzkich widzeń. Z rozpaczy nad powszechném lenistwem, upadł pracowity Kurta na bok, aż ziemia jękła, spłaszczył się i nogi wyciągnął przed siebie, a chcąc lepiéj uwydatnić pogardę dla świata, przymknął oboje oczu, aby na nic nie patrzéć.... „Wtedy przed wzrokiem jego niestrudzonéj duszy, rozwinęło się pole pełne kapusty, należącéj do gospodarza, wśród któréj żerowało stado zajęcy, przebierających łapkami i nastawiających uszy jak palce. A dam że ja wam hultaje! szczeknął Kurta i daléjże gonić szkodników na wszystkie strony!... Gonił, gonił, a pole przeciągało się do nieskończoności, zające mnożyły się jak krople deszczu ulewnego, a gospodarz, gospodyni i chłopcy, patrząc na tę jego bieganinę, wołali: oj! Kurta, jaki to pies pracowity, ani godzinki nie odpocznie!... A Kurta wyciągał się i cwałował, tak że aż ogon, który nie mógł podążyć za nim, został gdzieś zdaleka. Ledwie dyszał, ale gonił. „W tém nad głową marzącego psiska poczęła krążyć mucha i wymyślać mu cieniutkim głosikiem: Oj ty! ty! kundlu jakiś, próżniaku! najadłeś się osypki i kiedy cały świat rusza się na słońcu, ty leżysz jak kłoda i drzemiesz... Ocknął się pies i kłap na muchę zębami... Widzicie ją darmozjada. Ona mi tu będzie leżenie wymawiała, kiedy ja zające wyganiam z kapusty!... I nie chcąc na obronę swego honoru czasu tracić, wyciągnął się jeszcze lepiéj i — wrócił do czynności“. Wszystko w tym króciutkim a skończonym obrazku jest doskonałem: i psychologia snu oparta na pogoni za czémś niedoścignioném, co na każdym kroku na nowe natrafia przeszkody i znajomość ruchów zwierzęcia, dla którego naprzykład własny ogon wydaje się niekiedy jakimś oddzielnym przedmiotem i lekka wreszcie ironia autora, wplatająca w marzenia prostego kundla aspiracye psa myśliwskiego. A chcecie heroizmu? to macie Karusia, faworyta „Anielki“. Ojciec Anielki zbankrutował na gospodarstwie, zostawiwszy żonę i córkę na łasce Opatrzności i na pastwę pomsty chłopa, który dwór podpalił. Opuszczoną dziedziczkę uratowano i z litości umieszczono z dzieckiem u karbowego — ale o Karusiu nikt nie pomyślał. On za to wdzięczniejszą miał pamięć psiego serca; nie znalazłszy swéj panienki, zaczął niespokojnie węszyć. „Ślady Anielki wyraźne w kilku miejscach, nagle urwały się. Stał jakiś wóz; pies pobiegł do bramy za jego koleją, lecz daléj ani kroku. Koleje krzyżowały się; tyle tędy wozów przejechało, że Ka- rusek nie mógł się zoryentować żadną miarą. Począł szczekać, wyć i biegać cwałem. Obleciał ogród, sadzawkę, zajrzał pod kasztan, przegalopował pod płotem. Wszędzie były ślady Anielki dawniejsze, ale każdy kończył się pod spalonym domem. Wpadł na zgliszcza. Obiegł ciepłe jeszcze gruzy, poparzył się o tlejące głownie, pokaleczył o gwoździe. Ale oprócz spalenizny najrozmaitszéj woni, nie znalazł nic . Znowu pędził, szczekał i wył takiemi głosami, że aż się serce krajało. Wskakiwał przedniemi łapami na okna, zaglądał za drzwi — napróżno. Począł go dławić straszny żal. Żeby choć znalazł sukienkę Anielki, jaki szmatek z jéj odzienia! Żeby choć spojrzéć na nią, uczuć jéj rękę na głowie, usłyszéć dźwięk głosu. Ach, jakżeby chętnie uczył się służyć teraz, jakby się nie przewracał, jakby jéj nigdy nie opuszczał! Wszystkie te myśli nie były w nim jasno sformułowane, nie umiałby ich wyrazić. Ale za to jak on czuł! Język ludzki nie ma słów do określenia, ani serce strun do odczucia psiéj przyjaźni. Człowiek zawsze znajdzie pociechę po stracie drogich osób, pies prawie nigdy. Gdyby Karusek wiedział, że jest coś, co się nazywa śmiercią, i potrafił ją zadać sobie, niezawodnie w téj chwili popełniłby samobójstwo. Ale on nieszczęśliwszy od rodu ludzkiego, nie znał tego środka. Oddychać prawie nie mógł, łzy zasłaniały mu oczy, cierpiał niezmiernie, lecz pozbyć się udręczeń nie umiał. Wówczas w jego drobnéj, napół duszy, błysnęła myśl genialna. Zatrzymawszy się na ostatnim śladzie Anielki, postanowił biegać w koło dworu, stopniowo oddalając się od środka. W taki sposób, choćby przyszło obleciéć cały świat, trafi w końcu na jakąś wskazówkę, która doprowadzi do Anielki. Co postanowił, wykonał natychmiast. Spuścił ogon, zwiesił łeb i pędził galopem po linii spiralnéj. Przecinał w poprzek gościniec, drogi boczne, wszystkie ścieżki i miedze — szukał“. Chciałoby się przytoczyć cały dramat tego szukania, wśród którego Karuś posądzony o wściekliznę biegnie raniony kamieniem, ucieka przed pogonią ludzką, pijąc wodę z kałuż, karmiąc się padliną, odpoczywając w bruzdach, powłócząc postrzeloną nogą, dopóki w progu folwarku nie padł u nóg Anielki i nie wyzionął przy niéj ostatniego tchnienia; — ale biedne zwierzątko ustąpić musi ludziom, choćby tym dzieciom, które tak miłuje i za któremi tęskniąc — umiera. Oto jedno z nich — Staś, którego przygodę opowiada Prus z takim nieocenionym humorem. W pieluchach jeszcze ten bohater — ale co to szkodzi? Prus umie obchodzić się z takiém maleństwem jak najczulsza matka i potrafi duszyczkę jego rozpowijać ze mgieł nieświadomości. Nie wiemy czy jest w literaturze współczesnéj drugi pisarz, któryby z taką dokładnością obserwacyi wyśledził następstwo wrażeń spadających na dziecko jak uragan „po długim śnie przedbyśowym“. Staś uczuwa odrazu pewnego dnia, że powietrze drażni mu skórę i płuca, że do oczu skaczą mu barwy białe, szare, niebieskie, zielone, czerwone, we wszelkich kombinacyach i odcieniach, a wraz z niemi tysiące form ożywionych lub martwych. Słyszy rozmowy ludzi, łoskot własnéj kołyski, bulgotanie gotującej się wody, brzęk much i skomlenie Kurty; czuje ucisk powijaków, odcienia temperatury, głód, pragnienie, senność i ruch własnych członków. Po ciężkiéj pracy w chaosie dochodzi sam do wielkich rezultatów: udaje mu się pochwycić różnicę między swoją nogą a krawędzią kołyski, a nawet między łonem matki i sienniczkiem; wie, że głód morduje go od strony nóg, że w jednych punktach głowy koncentrują się wszelkie możliwe hałasy, w drugich wszelkie barwy i że trzeci punkt służy do ssania. Późniéj odróżnia już wypadki złe od dobrych, rzeczy ładne od brzydkich, śmieje się na widok matki, płacze po kąpieli. Tworzą się w nim sympatye i antypatye, obawy i nadzieje. Lubi Kurtę — bo ciepły jest i liże go. Lęka się ciemności, wśród któréj można się rozbić; tęskni za sadem, gdzie go kołyszą do snu rytmy pieśni matczynéj. Kolory szare, przypominające niezawsze suchy sienniczek nie podobają mu się, natomiast barwy czerwone i niebieskie, przedmioty błyszczące, podniecają go do śmiechu. I tak daléj, przez wszystkie fazy rozwoju głowiny i muskułów, aż do arcy-ważnéj chwili, kiedy różowe usteczka po raz pierwszy wymawiają : „tata“, „mama“, „Kurta“.... Wszystko to mieni się w blaskach słonecznych, które po całym obrazku rozlewają ton rozpromienionéj pogody. Rzecz charakterystyczna — ten wyraz wesela znika u Prusa z fizyognomii dzieci starszych, jakby życie zawczasu przygotowywało je do smutków. Że bohater „Sierocéj doli“ jest smutny, nic dziwnego; dzieje jego są historyą tułactwa opuszczonéj istoty, ale spojrzyjmy na melancholijną twarzyczkę Anielki. Powaga w niéj jakaś zastanawiająca. Skąd? wszak dzieweczka jest w latach uśmiechów i radości. I oczy zdają się być zadumane. O czem? wszak nie czas jeszcze na refleksye i rozmyślania. Po czole przemykają chmurki jakiéjś tęsknoty. Do czego? przecież ma w domu wszystko czego dzieci pragną. Tak, — ale Prus, nieprzyjaciel melancholii w ludziach dojrzałych, lubi te milczące istotki, do których rozwicia nie wystarcza słońce, otwierające pączki kwiatów. Prawdziwy poeta dusz skupionych w pół-świadomości, odgaduje ich bezwiedne pragnienia, aspiracye, których sformułować nie umieją i przeczucia, z których sprawy sobie zdać nie są w stanie. Czém jest treść Anielki? Historyą takiéj duszy, która umilkła na zawsze, zanim się wypowiedziéć zdołała. Te proste dzieje zajmują cały tom o 272 stronicach, wypełnionych opo- wiadaniem jak Anielka kocha matkę, skarżącą się ustawicznie na chorobę; jak wydaje lekcye przed guwernantką, która ją trzyma w pokoju zamiast puścić do ogrodu; jak się bawi z Karusiem, jedynym swoim nieodstępnym przyjacielem; jak się lęka ojca, który ją poważnie traktuje; jak ocala od chłosty córkę chłopa, który późniéj podpala dwór jéj rodziców i jak wreszcie przeniesiona na folwark po pożarze, straciwszy Karusia, rozłączywszy się z matką — umiera w powietrzu zatrutém wyziewami bagien. Wszystko to tak za serce chwyta, tak do głębi duszy wstrząsa, że dzieje bankructwa szlachcica wydają się tu tylko tłem — a prawdziwy dramat odgrywa się w duszy dziecka, które cierpi, nierozumiejąc jeszcze dobrze co to jest cierpienie i domyśla się że istnieje na świecie niedola, zanim pojęło dla czego samo jest nieszczęśliwém. Takich dramatów jest więcéj w opowiadaniach, szkicach i obrazkach Prusa. Tu wiejski chłopak zapędzony do pasania bydła, marzy po całych dniach, patrząc na wiatrak w ruchu i strugając różności z patyków, jakby się nauczyć takie robić „maszyny”, dopóki mu swoi jako darmozjadowi nie kazali iść w świat, gdzie mógłby może zostać wielkim inżynierem, ale prawdopodobnie umrze z głodu („Antek”); tam chłopskie dziecko takie jakieś czułe na muzykę, że w kościele płacze i śmieje się podczas każdéj procesyi, a w jego imaginacyi dźwięki przybierają postać obrazów, dopóki śmierć nie zaskoczyła go, zasłuchanego w śpiew chóralny („Placówka”); owdzie znów bezimienny małomiejski Orfeusz, którego skrzypki koją żal za domem i rodziną zgromadzonych w koszarach rekrutów a surowego feldfebla tak rozbrajają przypomnieniem lat dziecinnych, że pozwala babom pożegnać się z „wojakami” (Echo muzyczne); — wszędzie proces głuchego nurtowania nieświadomych siebie pragnień i sił zdrzemniętych, które tylko potrącenia potrzebują żeby się ocknąć, a które nigdy się nie rozbudzą. Namiętną, smętną i dziką niekiedy poezyę natur szamocących się przez sen ze zmorą życia odnajduje Prus i w istotach, które ciałem są ludźmi, duszą dziećmi. Kto jest „Michałko?” Napół idyota. Ze wsi swojéj gdzie nie mógł nic zarobić, wyszedł szukać chleba do miasta. Niepozornego przybłędę miasto przeprowadza przez różne etapy nędzy, którą Michałko nie bardzo nawet odczuwa, podobnie jak sam nie wie i prawie wstydzi się tego, że zdobył się na bohaterstwo, wyratowawszy w nowo budującym się domu mularza przygniecionego zawaloną ścianą. Kto jest głupia Zośka w „Placówce?“ Prawie waryatka. Jakiś nicpoń bez sumienia przysporzył jéj niedoli macierzyństwem, nie dbając o to, że wyrobnicy z dzieckiem nikt do roboty nie przyjmie. Przy- nosi więc nieszczęśliwa swoją córeczkę do chaty Ślimaka a tam przytula ją do siebie taki sam biedak jak matka — parobek Owczarz. Scena w któréj te trzy osierocone dziecinne dusze spotkały się w jednem uczuciu, należy do najbardziéj przejmujących jakie Prus napisał. A któż jest ów Maciek Owczarz? Ani idyota, ani waryat, ani dziecko, ale coś w rodzaju bretońskiego innocent, jakiś reiner Thor ze starogermańskich legend, pierwotna w swéj naiwności dusza, wychylająca się chwilami z mroków instynktowych ku jasności świadomego życia i zdolna wtedy do bezwiednych heroizmów. Ten niezdarny chłop snuje się wśród akcyi „Placówki“ prawie niepostrzeżenie; czasem roztkliwi, jak wtedy, gdy cudze niemowlę przygarnia; niekiedy serdecznie rozśmieszy, jak podczas swéj wyprawy po drzewo, kiedy śpiącemu w jałowcowym krzaku dziecku tłómaczy jak się szczapy na wóz układają, dopóki nie urośnie do tragicznych rozmiarów, ginąc z sierotą w śnieżnéj zadymce śmiercią tułacza, wypędzonego z chaty za niepopełnione przewinienie. Do tych istot obdarzonych jakimś tajemniczym zmysłem odgadywania subtelności nieznanych sobie uczuć, miewających prawie wizye przeczutych światów i przypominających postacie z czasów fevalowskiéj romantyki, żywi Prus czułą skłonność, posuniętą niekiedy do łzawego liryzmu. Dzieci natury — cieszą się miłością jaką budzi w nim matka przyroda. Jeszcze jeden krok daléj — a znajdujemy się w sferze, na którą Prus spogląda okiem spokojniejszego obserwatora. Fizyognomia jego wypogadza się, spojrzenie traci wyraz zadumania, uśmiech wraca na usta, rozświecając promieniem przepuszczonym przez pryzmat dobrodusznego humoru rzeczy, ludzi, uczucia i stosunki normalnego świata chłopskiego. Prus zna ten świat dobrze w jego głównych znamiennych rysach, w jego ogólnéj zasadniczej charakterystyce. Chłop u niego jest chłopem, chata jego chłopską chatą, karczma chłopską karczmą, wady i zalety wadami i zaletami chłopskiéj natury, całe życie chłopskiem życiem; jest w tem wszystkiém prawda przekonywająca i możnaby się zgodzić na zdanie p. Aleksandra Świętochowskiego, który w swojém wyborném studyum o Prusie zauważył, że „oprócz Sienkiewicza w „Szkicach węglem“ nikt tak głęboko nie zajrzał w duszę polskiego chłopa,“ pod warunkiem, że będzie mowa o „przeciętnym chłopie.“ Rozejrzawszy się dobrze w tém wszystkiém co Prus brał z tego świata za motywa do swoich obrazów, wypadnie zaznaczyć, że nowemi rysami nie wzbogacił tych motywów, do których materyał gotowy wytworzyła już obserwacya, że się tak wyrazimy „bieżąca.“ Istotnie, o przywiązaniu chłopa do ziemi, dochodzącem do zawziętéj namiętności, o jego nieufności do wszystkiego co usłyszy we dworze, o nienawiści do Niemców, o obawie przed „omentrami,“ o nerwie posłuszeństwa wyrobionym w nim wiekami, o skłonności do lenistwa dziwnie skojarzonéj z nałogiem do ciężkiéj pracy, o braku inicyatywy czekającéj zawsze jutra — krążą gotowe pojęcia mające niewzruszoną podstawę pewników. W ręku dyletantów pisujących chłopskie nowelle dla mody, takie pojęcia stają się literackiemi ogólnikami, rozrobionemi na sceny i dyalogi z przyprawą chłopskiéj gwary; talent Prusa żłobi je i uwypukla, typowym konturom nadaje plastykę i koloryt i wlewa życie tam, gdzie inni potrafili zdobyć się tylko na szablonowy konwencyonalny rysunek. Jakże wprost z natury pochwycony jest ten bohater „Placówki“ Ślimak ze swojém nieustającém znużeniem fizyczném, które ma w sobie jakąś fatalność atawizmu, ze swoją tęsknotą do wypoczynku, urzeczywistnioną wtedy właśnie kiedyby najenergiczniéj pracować należało, ze swoją systematycznie uregulowaną zachowawczą rutyną w codziennym trybie życia, na któréj straży stoi niezaradność obojętna i apatyczna w zwykłych okolicznościach, zatrwożona i bezbronna w obec wszelkiego niebezpieczeństwa. A ta jego baba!.. widzi się ją jak żywą kiedy nad chłopem przewodzi, imponując mu zawsze wyższością w powszednich sprawach życia praktycznego; kiedy obita, traci rezon, chyląc się przed siłą na chwilę tylko, bo wie, że to tylko przemijający paroksyzm chłopskiego w domu panowania; kiedy w przeddzień śmierci staje się niemal tragiczną heroiną idei ojcowizny, spotęgowanéj całą energią kobiecego konserwatyzmu. Każdy rys w tych postaciach jest na swojem miejscu z właściwém sobie pogłębieniem i w odpowiedniem oświetleniu. Nic w charakterystyce nie brakuje i nic téż nie ma zbytecznego, wszystko trzymane jest w formie powściągliwéj prostoty, którą artyzm chroni od prostactwa. W realizmie swoim Prus naśladuje życie, które tylko daltonistom przedstawia się w jednostronności fałszywego kolorytu. Jeżeli naprzykład targ z kumotrem o krowę odsłania nam chytrość chłopskiéj natury, to z drugiéj strony serdeczność w ugoszczaniu zdrożonych podróżnych, wydobywa na jaw szlachetniejsze jéj pierwiastki — i tak z wielu rysami, z których autor, baczny obserwator układa bilans wartości moralnéj. Wprawdzie sympatya ostatecznie bilans podsumowywa, ale widać, że stara się być jaknajbezstronniejszą. Dość przeczytać świetną scenę chłopskich narad o serwituty w „Anielce,“ żeby się przekonać, że Prus umie te sympatye trzymać na wodzy. Podobną miarę zachowuje Prus w charakterystyce uczuć u ludu — i jeżeli bywa sentymentalnym kiedy te uczucia przedstawiają mu się niby niewyraźna jakaś mgławica w istotach, które jak niemowlęta, nie zdołały jeszcze oderwać się od łona natury, — to trzeźwo patrzy na sercowe sprawy swoich bohaterów, stojących już na pewnym stopniu samowiedzy. Czy może być coś doskonalszego jak oświadczyny Szaraka kowala Małgosi młynarzównie w „Przygodzie Stasia?“ Pyta się dziewczyna gdzie „pan Józef“ mieszka, czy to tam na górce co do łąki idzie, co to jest płot chróśniany i trochę drzewin? Jakiby tam sad był! A chata jaka ładna! Tylko żeby tak na nią, mówi Małgosia, toby ją obieliła, jak się patrzy, w okna dałaby firanki i doniczki, w izbie zawiesiłaby wszystkie jakie ma obrazy... Kowal westchnął. — Eh! — rzekł — żebyśmy tak bliżéj mieszkali, toby mi Małgosia zaraz ochoty dodała i poradziła gdzie co zrobić! — Oj! oj!... samabym nawet zrobiła, jakby pan Józef poszedł do kuźni. — Ale na taką dalekość — ciągnął kowal, biorąc dziewczynę za palec — toby pewnie Małgosia nie chciała odejść starego. Teraz młynarzówna umilkła. — Okrutnie mi się Małgosia podobała, sprawiedliwie mówię!... Psiakość! jak człowiek teraz wróci do domu, to rady sobie nie da... Ale Małgosi nic po tem... Małgosi... toby się jaki rządca patrzył?.. — Ja przecie wiem co pan Józef jest warty! — ofuknęła go dziewczyna, odwracając głowę. — O żadnych tam rządcach nie myślę, tylko o tem żeby... I znowu umilkła, ale teraz kowal wziął ją już za całą rękę. — No — spytał nagle — a poszłaby Małgosia za mnie? Tchu jéj zabrakło. — Ja tam nie wiem!... — odparła. W téj chwili Szarak schwycił ją wpół i pocałował w odchylone usta. — I... i... i... z takiemi żartami... — syknęła obrażona, wyrwała mu się z objęć i wpadła do chaty, zasuwając drzwi za sobą. Téj nocy żadne z nich nie spało. Ani słówka w tém fałszywéj deklamacyi a uczucie odzywa się nawet w energiczném „psiakość.“ Nie deklamują też ludziska kiedy śmierć zajrzy do nich do chaty, nawet tacy, których życie nie zgnębiło jeszcze do ostatka. Ślimakom utonął syn Stasiek. — O pocóżem cię na ten świat wydała — zawodzi matka. — A pocóżeś ty się urodził!... dziecko jak złoto... tyle chorób wytrzymał i patrzajcie się... teraz utonął. O miłosierny Boże!.. za cożeś mię tak ciężko skarał? Następuje potem rezygnacya, zdanie się na wolę boską. — Nawet źwirzowi nie stanie się nic bez woli boskiéj — mówił Ślimak. — Ile to razy do inszego zająca strzelą z fuzyów, ile psiarni za nim wypuszczą, a on uchodzi zdrów, kiedy się tak Bogu podoba. Ale niech ino wybije jego godzina — zginie w czystém polu. Uciapie go lada kundel, albo pastuch trafi w łeb kamieniem i bywaj zdrów. A kończy się wszystko praktyczną filozofią dnia powszedniego. — Moja ty dziecino! moja ty pociecho!... zapłakała matka. — No, pociechy toby z niego nie było — rzekł Ślimak. — Przecie on nawet za bydłem chodzić nie mógł. — O, ni... — wtrącił Owczarz. — Ani poszedłby za pługiem. — O, ni... — I chłop z niego byłby żaden. — Jużci żaden. Siły nie miał ani zdrowia. — On już takie był odmienne dziecko — zakonkludował Wesele i śmierć jednakowo są małomówne, jak gdyby uciecha i smutek tych dusz pierwotnych zapożyczały powagi i spokoju od natury, jak gdyby lękały się wśród nieustannego znoju że nie starczy im czasu na długie panowanie. Z tych pierwiastków zgromadzonych z zapobiegliwością skrzętnego zbieracza, odczutych sercem poety i ugrupowanych ręką artysty, odtwarza Prus świat, który wiernością odwzorowania zajmuje i pociąga, który przecież przy całéj swéj plastyczności nie jest odkryciem psychologa; o tym więc tylko, kto, jak Orzeszkowa w „Chamie“ odnalazł wśród typów utrwalonych przez naturę i przez stosunki społeczne, indywidua, charaktery, — można powiedzieć, że najgłębiéj zajrzał w duszę chłopa polskiego. Chłop u Prusa jest tylko chłopem przeciętnym i jego świat chłopski tylko światem przeciętnym, — niemniéj jednak „Placówka“ rozważana w tych granicach, byłaby utworem skończonym, gdyby w nim nie psuły harmonii i spokoju socyologiczne paroksyzmy. Pomijamy wyegzaltowaną — jak o tem dziś świadczy ruch emigracyjny do Brazylii — miłość chłopa do ziemi i jego oporność na kuszenie Niemców, których zresztą zwyciężyć było nietrudno, jeżeli niemożność nabycia piasczystego wzgórka wniwecz obróciła ich plany kolonizacyjne; ale sprzedaż folwarku Niemcowi przez dziedzica podczas balu, między dwiema figurami mazura odzywającego się z sąsiedniéj sali, jest nie pomysłem — lecz konceptem. Rzecz prosta, że idzie tu o zestawienie streszczające się w słowach: „patrzcie, oto tak pozbywa się ojcowizny pan, a tak jéj na „placów- ce“ społecznéj strzeże chłop,“ ale zamierzywszy nawet wyzyskać taki kontrast, nie w ten sposób poczyna sobie psycholog, tem mniéj artysta, a już w żadnym razie nie przyjdzie do głowy ani jednemu ani drugiemu taka naprzykład scena: Parobek Owczarz wraca z lasu ze swoją znajdą. Noc już zapadła, lecz ją biedakowi rozświecają pochodnie kuligu dążącego do pałacu w fantastycznéj maskaradowéj pstrociznie. Owczarz stoi z oczami wlepionemi w mieniący się wszystkiemi kolorami orszak. Zagrzmiała żałosna melodya poloneza Ogińskiego i z gromady stojącéj na górze poczęły wysuwać się para za parą jak barwna nić wysnuta z ciemnego kłębka. — Patrzaj — mówił, wydobywszy z pod kożucha głowę znajdy — bo pewno drugi raz nie zobaczysz takich śliczności, to ci procesya, nie bój się. Widzisz tego co mu blacha wyziera z pod algiery, a na głowie ma mosiężny kociołek? To wielgi rycerz!... Tacy zawojowali pół świata dawnemi czasy, ale już dziś ich nie ma... „A przypatrz się temu z siwą brodą, i z kitą u czapki. To wielgi pan! senator. Tacy dawnemi czasy pół świata trzymali w garści, ale już ich dziś nie ma. „Ten w kołnierzu, to duchowna osoba. Tacy dawnemi czasy znali wszystko co ino jest na ziemi i w niebie a po śmierci bywali Ale już dziś ich nie ma. „Ten jaskrawy jak dzięcioł, to także wielgi pan. Nic nie robił ino pił i tańcował. Od jednego razu mógł wypić konewkę wina, a tyle potrzebował pieniędzy, że w końcu z biedy musiał ojcowiznę sprzedać. Kiedy zaś wszystko zakupiono, to i jego nieboraka nie stało. „Widzisz, widzisz, jaki idzie ułan? O! tacy dużo wojowali... Przeszli z Napolionem cały świat, zbili wszyćkie narody. Ale dziś już i tych nie ma!... A teraz proszę sobie wyobrazić na tle ciemnéj nocy mknące w krwawém oświetleniu migotliwych płomyków duchy różnych epok i czasów, a gdzieś w głębi w pół mroku, w pół jasności prostaczka wykładającego niemowlęciu w ekstazie jasnowidzenia historyozofię od wieków średnich aż do Waterloo! Nieprawdaż jaki ? Doprowadza on nas do progu, na którym żegnamy się z romantykiem natury, a mamy zabrać znajomość z filozofem życia. Pierwszy streścił w „Placówce” wszystko, co zdobył w obcowaniu z przyrodą i ze światem najbliżéj niéj stojącym; — drugi ostatnie słowo swoich socyologicznych teoryj wypowie nam w „Lalce.”

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…