Read here

Cesarz Tyberjusz

Kazimierz Morawski · 1891 · Free in the US

16,061 words · about 1 h 7 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1891 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Cesarz_Tyberjusz&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Kazimierz Morawski
Language
Polish
Published
1891
Length
16,061 words · about 1 h 7 min
Sections
5 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (5)
  1. Front matter about 1 min
  2. I about 12 min
  3. II about 9 min
  4. III about 18 min
  5. IV about 27 min

Continue:

Front matter

CESARZ TYBERJUSZ

PRZEZ

KAZIMIERZA MORAWSKIEGO.

I

Do największych rozkoszy, których człowiek w wiecznem mieście doznaje, należy niewątpliwie przechadzka po sali biustów Kapitolińskiego muzeum. Najlepiej się tam udać po zwiedzeniu Palatynu i pałacu Cezarów. Fantazja, podniecona widokami ruin, przez które, mimo całego spustoszenia, prześwieca wszechwładza i majestat, rzymskich imperatorów, spotka się tu oko w oko z głowami, przed których skinieniem i spojrzeniem drżał kiedyś i kiedyś się korzył nieomal świat cały, w których się wylęgały myśli, wprawiające naprzemian ludzkość w podziw lub osłupienie. Dynastja pierwsza Juljo-Klaudjuszów góruje nad innemi ustawieniem, typami i przeważającym interesem historycznym. Mamy tu prawdziwie świetny kamienny komentarz do jednej z najważniejszych chwil historji, a zarazem do dzieła jednego z najznakomitszych historiografów, do roczników wielkiego Tacyta. Od Augusta do Nerona, w przeciągu lat kilkudziesięciu, staczają się tu dzieje szalonemi krokami po pochyłości, od artysty, który z mistrzostwem grał swą sztukę na wielkiej arenie życia i historji, do histrjona, który po wielkim swym przodku przejął tylko w spuściźnie pozy i przybory teatralne. Augustus, Tyberjusz, Kaligula, Klaudjusz i Nero, tworzą etapy tego dziwnego i dziwacznego dramatu. Zastanawiano się już często, jaka głębsza przyczyna sprowadziła tak prędką degenerację i wyrodzenie się tych władców i tej dynastji. Przypuszczano, iż wpłynęły na to poczęści powody czysto fizjologiczne, małżeństwa częste wśród rodziny, które mogą pewne przyrodzone skłonności wystopniować do demonicznej potęgi. Ale powody moralne z pewnością głębszą tu odegrały rolę. Ta władza cesarska nie była ścieśnioną żadnemi ściśle określonemi granicami; wystawiona jest ona ciągłe na opozycję i przeciwieństwa, które jednak łamać i gnębić nie przychodziło jej trudno. Niepewność stanowiska, z pewnością własnej wszechwładzy i świadomością wszechwładnych środków, wytwarzają ten niepokój zarazem i te okrucieństwa, które tak często zaprzęgają się w jednej osobie i nawzajem wyradzają. Wyraził prawdę Nero, która leżała na dnie całego tego rozwoju, gdy upojony swemi powodzeniami powiedział kiedyś, że poprzednicy jego nie wiedzieli dokładnie, co im właściwie czynić było wolno. Dynastja ta fizycznie szczycić się mogła przepięknemi typami. Kto widział popiersie młodego Augusta w watykańskiem muzeum, ten zawsze tęsknić już będzie za tym ideałem piękności chłopięcej; kto się przypatrzył mądrej jego twarzy na statuach i biustach z wieku późniejszego, temu oczy te mądre przyświecać będą przy rozczytywaniu się w dziejach powstania cesarstwa, które bądźcobądź należało do najpotężniejszych tworów historji ludzkości. Przejdźmy na chwilę obok głowy jego następcy, aby się zatrzymać przy twarzy trzeciego z rzędu, Kaliguli. Mamy tu przed sobą młodzieńca — bo Kaligula zamordowanym został mając lat 28 — ale rysy mają coś dziwnie twardego, samowolnego, wyraz jakiejś wyuzdanej junakierji, która żadnych więzów nie ścierpi i wszelkie prawa obyczajów i tradycji z lubością łamać będzie. Szał Cezarów na żadnem czole podobnie wyrazistego nie zostawił piętna. Następuje piękna, ale już miękka, zmęczona postać dziwaka Klaudjusza. Słabnięcie energji w złem czy dobrem wypisane na jej czole, pewna hypertrofja ciała zdradza nieudolność umysłową czy kalectwo. I po tem wszystkiem zamyka ten szereg miękka, rozlana głowa Nerona, zmysłowa, że możnaby go wziąć za władcę Wschodu, z wyrazem człowieka, który całą skalę sensacji przeszedł i wyczerpał, przebył wbród całe kały rozpusty i krwi ludzkiej, a potężnemi nozdrzami wywietrzać się zdaje, coby mogło jeszcze podrażnić zużytą i znużoną wrażliwość i wyobraźnię. Wszystkie te twarze poniekąd zrozumiałe, wytłómaczone dziejami i dzieje te naodwrót wyjaśniające — prócz jednej, pełnej zadumy i powagi, która sąsiaduje z Augustem. Jestto twarz pasierba jego i następcy — Tyberjusza. Potężna, ale nie otyła ta głowa, na potężnem osadzona ciele, przykryta bujnym włosem, który spada z tyłu głęboko aż na szyję, nos orli, w oczach i ustach dużo siły, ale zarazem pewnej goryczy, która świadczy, że w tej duszy rozstrój był na dnie, że przez te oczy nigdy nie biła pogoda, że jakieś wielkie smutki postać tę przeorały, których tajników dumne i zaciśnięte usta nie wyjawiają, o których jednak twarz cała głośno, choć ogólnikowo, nam świadczy. Kilku historyków starożytności chciało z tej postaci wydrzeć jej tajemnicę. Pisał historję Tyberjusza współczesny mu Wellejusz, człowiek drobnego umysłu i pojęć, przywalony i oślepiony majestatem panującego władcy. Wśród dymu służalczego kadzidła zaciera się w jego przedstawieniu i tak ciemna postać Cezara, charakterystyka obraca się w superlatywach, które tak dużo mówią, że aż nic nie mówią. Los, panujący nad spuścizną starożytności, dziwnie igrał z powierzonemi mu skarbami, a naigrawać się zdawał z miłujących ją potomnych; poszarpał on dzieła Liwjusza i Tacyta, a z toni wyratował książeczkę drobną ciasnego , który nam daje fakty i szczególiki, ale nie daje obrazu osób i duszy, których swem zrozumieniem dorość nie potrafił, ani zdołał. Wszyscy inni dziejopisarze Tyberjusza mają tę niższość, a zarazem wyższość wobec Wellejusza, że żyli w późniejszych czasach i żadnemi względami na bohatera swojego krępowanymi nie byli. Swetonjusz, biograf Cezarów z II w., jest niewątpliwie od Wellejusza uczeńszy, ale z drobiazgowością, właściwą erudytom, goni za drobnostkami i szczegółami, jego wiadomości gubią się w powodzi wiadomostek. Swetonjusza biografje, chociaż dla obfitości materjału nadzwyczaj cenne, są najdobitniejszym przykładem, jak biografji pisać nie należy. Są tam rubryki dla cnót i występków, ale niema rubryki dla duszy i ostatecznych pobudek, z których te objawy wypłynęły. Ludzie traktowani jak martwe istoty lub medale, których naraz tylko jedną stronę widzieć można; po kartkach jasnych i promiennych następują ciemne i groźne, bez żadnego nawiązania do tego, co poprzedza. Biografja Swetonjusza, jak wogóle najczęściej biografja starożytna, rozkłada człowieka żywego na martwe części składowe, drobi go w oderwanych słówkach i faktach, zamiast żeby z tych nagromadzonych cząsteczek składać organiczną całość, w którą pisarz powinien tchnąć życie i prawdę. W późniejszych czasach, w początku III wieku, pisał o Tyberjuszu w rzymskiej historji grek, ale rzymski senator, Cassius Dio. Wiele materjału nowego on nam nie przyniósł, charakterów działających osobistości mniej mógł rozumieć, jak rodowity rzymianin. Autor, lubujący się w ogólnikowych poglądach i pojęciach, pod któremi pojedyncze fakty układa, nie ma zmysłu wielkiego dla zrozumienia osobistości i mało plastyczności w ich przedstawieniu. Pewna gadatliwość, grekom właściwa, źle przystaje do twardych faktów i twardych postaci, które się przed naszemi przesuwają oczyma. Z umysłu nakoniec pozostawiliśmy jednego historyka, który najgłębiej sięgnął w swej analizie Tyberjusza, i panuje nad całym problemem tajemniczej tej postaci. W początku II wieku spisał Tacyt swoje wielkie historyczne dzieła, w epoce, kiedy z tronu Cezarów po wielkich przewrotach pierwszego wieku jaśniejsze i pogodniejsze zabłysło światło, kiedy rządy mądrego Trajana godziły ludzi z teraźniejszością i panującym stanem rzeczy. Ale ta dusza ponura i smutna nie spoczęła na dniu dzisiejszym, lecz z lubością odrywała wzrok swój wstecz ku katastrofie upadku rzeczypospolitej, do tego pierwszego wieku, który kruszył i burzył, aby w miejsce form przeżytych nowy ustrój państwa wprowadzić. Tacyt w gruncie był przekonanym o konieczności tego przewrotu i przełomu, ale za dużo zajmował się przeszłością Rzymu, za rodowitym był rzymianinem, aby wśród złomów rzeczypospolitej tęsknem okiem nie wodzić. Przesuwały się przed jego okiem mądrość i przebiegłość pierwszych cesarzy, wyrodzenie, swywola i rozbestwienie ich następców, służalczość i spodlenie potomków wielkich rodów, — wszystko budziło jego ciekawość, podniecało uczucie, zaostrzało rylec czy pióro. Kto się rodził i lata dziecinne przepędził za Nerona, lata, młodzieńcze i część wieku męzkiego przebył pod Domicjanem, ten mógł zapewne nieco przesiąknąć goryczą i na resztę dni się zasępić. Indywidualne te cierpienia zabarwiły też z pewnością jego sposób myślenia i przedstawienia rzeczy. To, czego pod gniotącemi rządami Domicjana wypowiedzieć nie było można, wezbrało w jego duszy, aby teraz wybuchnąć głosem sądu i potępienia. Tacyt nas zapewnia, że będzie pisał sine ira et studio, bez namiętności i stronniczości, a my dalecy jesteśmy od tego, aby mu świadome i zasadnicze fałszowanie prawdy zarzucać. Ale ira towarzyszyła mimo tego jego dziełu ciągle, ta ira szlachetna, którą świętym gniewem nazywamy; w słowach drży zawsze jakiś przydźwięk współczucia czy odrazy, który wytwarza to nadzwyczajne ciepło, a nawet palący żar jego przedstawienia. Historyk też nie jest powołany do zamrażania prawdy, a najmniej historyk własnego narodu. Czy w bólu czy w radości, powinien on współczuć z pokoleniami przeszłości, przez pozornie nagą opowieść faktów wysłyszeć powinniśmy pulsację jego serca. To stanowi u nas niespożyty urok pióra Szujskiego i Kalinki, to stworzyło wyjątkowe stanowisko Tacyta wśród historyków starożytności. Bo nikogo z nim porównać nie będziemy mogli: wielki Tucydydes kryje się za swem dziełem i przysłania słowami swoje uczucia nawet tam, gdy o cierpkie przejścia własnego życia potrąca. Wytwarza to majestat i wielkość w swoim rodzaju, ale duszy nowożytnego człowieka przypadnie zawsze więcej do smaku subjektywizm Tacyta, ten subjektywizm, który tak szarpie wyrazy na myślach, jak te myśli szarpały mu duszę. Bo w formie przedstawienia ten subjektywizm przedewszystkiem się uwydatnia. Po dobrotliwej szerokości Liwjuszowej opowieści, która płynie prostem i regularnem korytem, mamy tu same zwroty niespodziane. Odcienia myśli i drgnienia serca odbijają się w niezwyczajnem ugrupowaniu wyrazów, które silić się zdają, aby nam zdradzić w całej pełni towarzyszące tworzeniu myśli i niepokoje autora. Co chwila podniecenie uczucia odmienia nagle spodziewane rozwinięcie zdania. Lapidarność i patetyczność rzymska, a z drugiej strony indywidualność autora, który dużo w życiu milczeć i przemilczać dużo musiał, złożyły się na krótkość okresów, Ale wyrazy ciężarne więcej tu mówią, niż rozwałkowane perjody. Chmura prawdziwa myśli i uczuć niewypowiedzianych uwiesiła się przy zwięzłym tekście i zapełniła puste odstępy wyrazów i linij. Z krótkich, urywanych zdań wysłyszeć możemy nieraz jęki pokoleń, przekleństwa pisarza; czasem robią one wrażenia grotu, który musiał się wrażać w serce ofiary i wierci ją po dziś dzień. Ta forma wytwarza już w części wysoką dramatyczność przedstawienia; dramatyczność ta podniesiona jest jeszcze artystycznem ugrupowaniem faktów i głęboką psychologją pisarza, który postacie działające w historji do głębi duszy odsłonić nam się stara. Czy kiedy maluje tajniki ludzi, tęskniących za wolnością utraconą, czy kiedy roztwiera przed nami wnętrza tyranów, pełne rozstroju i rozterki, mistrzem jest on nieporównanym. Psychologją zbrodni ma w jego dziełach najpiękniejsze swe karty. To też historyk ten po wszystkie czasy, obok interesu nadzwyczajnego, gorącą miłość w duszach szlachetniejszych budzić będzie. Kochamy go za jego miłości i za jego nienawiści, za wszystkie szlachetne myśli w nieśmiertelnej wypowiedziane formie, i za wszystkie przemilczenia, niemniej wymowne; kochamy go wreszcie za gromy jego rękami rzucone, które po wszystkie wieki furczeć będą nad głowami prześladowców narodów. Chateaubriand kiedyś nazwał Tacyta rzecznikiem qui s’est chargé de la vengeance des peuples, a jeden z najgłębszych filologów naszych czasów powiedział: Biada pokoleniu, które Tacyta zupełnie zrozumie. Ale wielki ten historyk znalazł w XIX wieku wielu poważnych i mniej poważnych przeciwników. Pobudki ich i powody były rozmaite i zarzuty też rozmaitej doniosłości. Jedne zarzuty wyradzały się z pewnego kultu imperjalizmu, który w XIX wieku dosyć częstem bywa zjawiskiem. Na czele tych krytyków postawić należy największego imperatora stulecia, Napoleona I, który do Tacyta czuł żywą odrazę, a na kongresie książęcym w Erfurcie, w rozmowie z Wielandem wyraził się, że Tacyt działalności i uczuć nie dosyć zbadał, aby być nieuprzedzonym. Należałoby, według Napoleona, ludzi i narody tak brać i pojmować, jakimi wśród danych okoliczności i warunków być mogli. Cesarze rzymscy nie byli tak złymi, jak ich Tacyt przedstawia. W ustach Napoleona objaw ten bardzo naturalny; ujmując się za ofiarami Tacyta, bronił on siebie i swojej sprawy. Mniej naturalnem za to, że po za Renem, w Niemczech, zapanował zwyczaj natrząsania się i naigrawania z wszelkiej opozycji, choćby ona z najszlachetniejszych płynęła pobudek. Pomijając mniejsze nazwiska, jak Stahra i Freytaga, przypominam, w jaki sposób Mommsen, posuwający kult Cezara do idolatrji, obchodzi się z jego przeciwnikami; przypominam, że uczeń Mommsena Hermann Szyller naśmiewa się z marzycieli i utopistów, których szereg poczyna się od Katona Utyceńskiego, a kończy z Traseą Paetusem. Duch pruski uznał za stosowne, aby te wszystkie postacie, które nie umiały się pogodzić z nowym stanem rzeczy, ochrzcić mianem Don Kiszotów. Szyller posunął się w swym zapale tak daleko, że nawet delatorów cesarstwa rzymskiego tłómaczy i usprawiedliwia. Wobec tego Tacyt musiał być oczywiście ogłoszonym za historjografa politycznej Don Kiszoterji. Inne źródło zarzutów jest daleko ważniejszem. W pojmowaniu cesarstwa rzymskiego nastąpił w nowszych czasach przełom stanowczy. Od czasu, kiedy Mommsen napisy i dokumenty publiczne wciągnął w zakres badania, przekonano się, że ta epoka cesarska, tak ciemno przez historyków starożytnych przedstawiana, ma swe strony świetlane, że po za Rzymem, w bliższych i odległych prowincjach, rosła kultura i cywilizacja, że było w nich mniej nędzy i ucisku, jak za republiki. Biorąc więc rzeczy na wagę, suma szczęścia ludzkości zdawała się przeważać nad nieszczęściami Rzymu. Tacyt bynajmniej nie przeocza dobrodziejstw, przez cesarstwo wymierzanych prowincjom, ale według pojęć nowoczesnych niedosyć je uwydatnia; giną one zabardzo w ponurych ciemnościach, które roztaczają się przeważnie nad jego opowieścią. Ale tu przypomnieć musimy, że Tacyt był historykiem starożytnym, a cała historjografja starożytna przeważnie jest polityczną i dzieje kultury rzadko tylko uwzględnia: że Tacyt przedewszystkiem jest rzymianinem, że to, wskutek czego żywioł prawdziwy rzymski, tradycje dawne i obyczaj marniały, stanowczo zasępiać go musiało, a w cierpieniu tem wzgląd na to, że nie rzymianom, mieszkańcom prowincji, nieco lepiej się działo, żadnej ulgi ani pociechy przynieść mu nie mógł. Żądać od Tacyta innego stanowiska i innego punktu widzenia, jestto żądać, aby o wieki wyprzedzał swe czasy i z wysokości tych wieków oceniał ten rozwój, który my dopiero z odległej trybuny nowoczesnej przejrzeć i pojąć zdołaliśmy. Wreszcie piętnują inni Tacyta, jako zakutego arystokratę, który dlatego tylko cesarzy źle sądzi, że oni tej arystokracji dawali się we znaki. Cesarstwo rzymskie, jak każde cesarstwo, jest demokratyczne, opierało się na masach i popierało interesy tych mas wobec żywiołów, które miały dawne tradycje, dawne miłości, i trudniej z nowym rzeczy porządkiem pogodzić się mogły. Żywioły te znajdowały główne swoje ognisko w senacie, instytucji, która przetrwała republikę, miała świetną i pełną chwały za sobą przeszłość, a dziś pozostała jedynym organem wolnego zdania, palladium wolności i ostatniem pewnej swobody zabezpieczeniem. Tacyt kochał tę instytucję za siebie i przeszłe pokolenia, śledził pilnie jej rozwój i może zbyt skrzętnie zapisywał wszelkie starcia między Cezarami i senatem. Ale był arystokratą w dobrem tego słowa znaczeniu, od wielkich imion żądał i cnót wielkich, i nielitościwemi razami smagał indywidua, które w kałuży serwilizmu lub upodlenia brzemię wielkiego nazwiska jeszcze głębiej pogrążało. Tacyt jest podobnym do tych szlachetnych wśród upadających narodów, którzy podwójny ciężar cierpień na swe barki brać muszą, cierpią za krzywdy wrogów i za swoich obojętność, grzechy lub obłędy, a mimo tego sztandar swój umiłowany wysoko wznoszą, aby sterczał tem jaskrawiej po nad karki zgięte czy skarłowaciałe, i oddaleniem swem odstęp uwydatniał między smutną rzeczywistością a ideałem. Nie myślimy bronić Tacyta od zarzutu pewnych zboczeń w odcieniach, pewnych niedokładności w szczegółach; przyznamy, że nadużył niekiedy patetyczności, która mu kładła w usta zbyt silne i dobitne wyrazy; ale szczegóły te, które tutaj nie należą, nie zmienią ogólnego naszego zdania, że po wszystkie wieki należeć on będzie do największych mistrzów słowa i historji, i do najszlachetniejszych. Poruszyć zaś to wszystko musieliśmy, bo przedstawienie Tyberjusza dało pochop do największej liczby zarzutów, przeciw Tacytowi w nowszych czasach podnoszonych. W charakterystyce Tyberjusza odbiega on znacznie od innych historyków. Swetonjusz i Cassius Dio nie umieli bardzo skrajnych właściwości tej natury powiązać, rozłamali dlatego to życie na dwie połowy, z których pierwsza odznaczała się rzekomo rozmaitemi dodatniemi objawami, podczas gdy schyłek tego życia stał się jednym szeregiem zbrodni i występków. Opowiadają tutaj szczegóły tak straszne, że prawie trudno im wierzyć, zwłaszcza że ulicy i ulicznym pogłoskom otworzyli naoścież święte podwoje historji. Tacyt zbyt był wykwintną naturą, i zbyt wykwintne miał pióro, aby siebie i czytelnika opowieścią tych wstrętnych kalać drobiazgów. U niego Tyberjusz jest więcej jednolitym, ani tak dobrym zamłodu, ani tak kolosalnie przewrotnym później, jak go inni pisarze przedstawiają. Ale Tacyt popadł tu w drugie przeciwieństwo. Aby tę naturę, która niewątpliwie z biegiem czasu się psuła i rozstrajała, stanowczo wytłómaczyć, szuka on nici przewodniej, węzła, którymby całą postać spoił — i znajduje go w udawaniu i symulacji. Tacyt skłonnym jest do tego, aby u Tyberjusza wszędzie przyjmować zakorzenioną przewrotność, i dlatego tam, gdzie lepsze rysy jego panowania porusza, których bynajmniej nie przemilcza, uważa cesarza za komedjanta, który jakąś rolę przed ludźmi odgrywał, i to rolę najczęściej podszytą podstępem i ziemi, motywami. Ta symulacja Tyberjusza, która tutaj na pierwszy plan jest wysuniętą, dobrzeby licowała z nienawiścią, którą Tyberjusz przez całe życie ścigał tych, co z rzemiosła i za pieniądze udają: histrjonów i aktorów. Wypędzał ich cesarz z Italji i karał wszelkie ich wybryki, chciał nawet karę cielesną wprowadzić, jako groźbę dla nich na przyszłość. Zdawaćby się mogło, że sztuka, którą, według Tacyta, sam z takiem mistrzostwem uprawiał, kłuła go w oczy u drugich. Jedyny to, w swoim rodzaju, objaw w literaturze historycznej wszystkich narodow, te zapasy Tacyta z Tyberjuszem, aby mu wydrzeć tajemnicę jego jestestwa. Najsmutniejszy z historyków mierzy się tu oko w oko z najsmutniejszym Rzymu cesarzem, pisarz najoszczędniejszy w słowie staje wobec małomównego, najskrytszego człowieka, i zapuszcza mu swą historyczną sondę aż do dna duszy; tajemnica, którą tam ten przez życie zachował i wziął z sobą do grobu, ma teraz, po wieku nieledwie, odsłonić się przed naszemi. oczyma. Na wszystkie występne zamiary cesarza, które zawsze nie prostą drogą, lecz ubocznemi i szlakami zdążają do celu, ma Tacyt broń podobną, i piętno palące wypada u niego zpośród słów pozornie spokojnych równie niespodzianie, jak sztylet nagle z zanadrza wyciągnięty. Ale przed lepszemi objawami tego panowania cofa się psychologja Tacyta. Nie umie on ich zrozumieć i wytlómaczyć, i rzuca tu cesarzowi w oczy słowo mordercze: Udajesz. Czyżbyśmy tu naślepo mieli zawierzyć jego znajomości świata i ludzi? My w takie mistrzostwo symulacji u Tyberjusza nie wierzymy. Nie mamy bowiem w historji dwóch tylko lokacyj, lewicy dla kozłów i prawicy dla aniołów, pod które całą dotychczasową i współczesną ludzkość umieścić czy wtłaczaćby należało, ale znamy natury skomplikowane, u których złe i dobre żywioły dziwnie się z sobą plączą i krzyżują, aż wreszcie jeden bierze górę i zwycięża. A taką naturą był Tyberjusz.

II

Jego młodość niejedno w jego historji tłómaczy. Żadnym węzłem krwi z Augustem nie związany, pochodził on, po mieczu i po kądzieli, z jednego z najprzedniejszych rodów rzymskich, ze sławnej familji Klaudjuszów. Ród ten po wszystkie czasy odznaczał się śmiałością pomysłów, bezwzględnością w ich przeprowadzeniu, a przedewszystkiem niezmierną dumą arystokratyczną. Wspomnijmy choćby słowa kobiety, pewnej Klaudji, która, gdy tłum w drogę jej wchodził na ulicach Rzymu, wyraziła w niecierpliwości życzenie, aby brat jej, który kiedyś w nieszczęśliwej bitwie morskiej dużo narodu wytracił, odżył nanowo i zdziesiątkował ponownie zgęszczone Rzymu pospólstwo. Ojciec Tyberjusza należał do otwartych republikanów i ucierał się na polu walki z samowładczemi zakusami tryumwirów i Augusta samego; matką była sławna Liwja, owa Liwja, która zasiadła potem na tronie obok Augusta, swemi radami przyczyniła się do ustalenia monarchji, a swym rozumem potrafiła własnemu synowi zgotować drogę do cesarstwa. Nie naszem zadaniem opisywać tu życie i dzieje Tyberjusza, uwydatnimy więc tylko kilka rysów i szczegółów, doniosłych dla jego charakteru i przyszłości. W roku 38 przed Chrystusem pogodził się republikanin Tiberius Nero z jaśniejącem słońcem Augusta, a pogodził się tak dobrze, że mu nawet żonę swą własną Liwję w małżeństwo odstąpił. Wprowadziła ona do domu Augusta czteroletniego Tyberjusza; po kilku miesiącach urodził się, już w domu Augusta, brat drugi, Drusus. Z pierwszej młodości Tyberjusza, którego więc losy spoiły się odtąd z dziejami ojczyma, późniejszego cesarza Augusta, niewiele mamy szczegółów, ale jeden za to bardzo charakterystyczny. Autor żydowski Philo, który nam tyle ciekawych szczegółów o władcach Rzymu przekazał, donosi, że go w chłopięcych latach «starcem» nazywano. Ciekawe to świadectwo dla człowieka, który nigdy wiosny naprawdę nie zaznał i bez uśmiechu miał przejść nieledwie przez życie. Kiedy Augustus, w 31 roku przed Chrystusem, został jedynowładcą Rzymu, liczył pasierb jego Tyberjusz jedenaście lat życia. Skoro doszedł do młodzieńczego wieku, postanowił go August użyć do wypraw wojennych. Szczególnem zrządzeniem los go przeznaczył teraz do rzemiosła, które, jako najbardziej pokojowy z Cezarów, zupełnie zarzucił na tronie, do ciągłych walk i trudów obozowych. Nie będziemy opisywać jego tryumfów na północnej granicy państwa, które on, zdobywając Recję i Noricum, w r. 15 przed Chrystusem, podbijając Pannonję, od r. 12 przed Chrystusem dopiero ustalił i ubezpieczył. Ale ze świadectw wszystkich autorów widocznem, że do wojennego rzemiosła szczególnie się nadawał, że był wodzem pełnym energji, ale i sprawiedliwości dla swych żołnierzy, że przed żadnym trudem ani niebezpieczeństwem nie uchylił czoła, ani się cofał. Gotowały mu te laury sławę, ale nie dawały szczęścia, a tem mniej uprawniać mogły do jakichkolwiek ambicyj, dążących do następstwa po Auguście. Z trzech małżeństw swoich miał cesarz August tylko jedną córkę, po drugiej żonie Skrybonji. Była nią sławna i obyczajami swojemi wkrótce osławiona Julja, słaba podstawa, na której całe zamysły cesarza, dla zapewnienia następcy po sobie, z konieczności opierać się musiały. Wydaną naprzód została piękna córka Augusta, którą na monecie azjatyckiej spotykamy z atrybucjami Wenery, za siostrzeńca Augusta, Marcellusa, ale młodzieniec ten, sławiony przez poetów jako ulubieniec narodu, wydartym został już po latach dwóch małżeństwa, w roku 23 przed Chrystusem, przyszłości i chwale, nie zostawiwszy żadnego potomstwa. Szczęśliwsze, pod ostatnim względem, były drugie śluby Julji, z politycznych czysto względów sklecone. Nie żaden książę, ani krewny Augusta, lecz mądry jego doradca, M. Agryppa, wyniesionym został w roku 21 do godności cesarskiego zięcia. W roku 20 i 17 rodzą się z tego małżeństwa Gajus i Lucjus, a August adoptuje natychmiast tych wnuków i opiera na nich przyszłości nadzieje. Niebawem losy Tyberjusza w dziwny sposób powiązać się miały z Julją i jej synami. Tyberjusz był ożeniony z Wipsanją Agryppiną, córką owego Agryppy i pierwszej jego małżonki Pomponji. Małżeństwo było szczęśliwe i przyniosło mu syna Drususa, ale krótkie to szczęście wcześnie zniszczonem i rozerwanem być miało. Kiedy bowiem Julja przez śmierć Agryppy w roku 12 przed Chrystusem owdowiała po raz drugi, postanowił August, nie wiemy z jakich powodów, wydać ją zamąż ponownie. Cesarz August kochał ją szalenie, przebaczał jej wszelkie wybryki, nie śmiał wierzyć w to, co powszechnie o niej opowiadano; zapewniał, że dwie ma córki, których wszelkie kaprysy znosić mu należy: Julję i republikę. Otoczona zawsze zgrają wielbicieli, zadziwiała wszystkich nadzwyczajną wykwintnością i wykształceniem, olśniewała swą pięknością i wdziękami. August niepokoił się zbyt hałaśliwem jej życiem. Raz, po przedstawieniu gladjatorów, śmiał jej zrobić uwagę, że przyszła na widowisko w zbyt wesołem młodych ludzi towarzystwie, i porównał z tem poważne i spokojne otoczenie Liwji. Swywolna Julja rozbroiła ojca zapewnieniem, że i jej przyjaciele razem z nią się zestarzeją. Jak sobie Agryppa z nią radził, nie wiemy; August po jego śmierci postanowił znowu ślubami ustalić jej życie, a wzrok jego padł na pasierba Tyberjusza. Potrzeba jednak było do tego rozerwać przedtem pierwsze tegoż małżeństwo i to małżeństwo szczęśliwe. Wiek ów pod tym względem nie cofał się jednak przed żadnemi środkami. Przecież i do ślubu Augusta z Liwją aż dwa rozwody utorowały drogę. Teraz więc nakazano w podobny sposób Tyberjuszowi odesłać Wipsanję i zawrzeć związek z wdową po własnym teściu Agryppie. Jestto jeden z najważniejszych przełomów w życiu Tyberjusza. Potargano przytem jego najświętsze uczucia miłości, a zbliżono do kobiety, odmiennej zupełnie usposobieniem, która swoją swywolą z pewnością nie zdołała rozchmurzać tego posępnego czoła, Rozdarcie jego było wielkie. Swetonjusz opowiada, że skoro raz w późniejszym czasie zoczył Tyberjusz pierwszą żonę na ulicy, tęsknym i załzawionym wzrokiem gonił jej postać i kroki. Jedyna to łza Tyberjusza, o której historja nam opowiada. Ten, który swe uczucia wiecznie na uwięzi trzymał, zamykał swe wnętrze szczelnie przed oczyma bliźnich, tutaj zwyciężonym został przez wezbraną serca swego żałość. Łza ta tem zrozumialsza, że była wylaną nad minionem szczęściem nella miseria. Bo sprzężenie Tyberjusza z Julją było pod każdym względem nieszczęśliwym pomysłem. Rola księcia Konsorta była jego dumie wstrętną i przykrą; a gdyby przynajmniej domowe szczęście wynagradzało niemiłe pozory! Ale te dwa usposobienia żadną miarą iść z sobą nie mogły. Stary już zamłodu Tyberjusz, nie mógł się pogodzić z tą kobietą, która wiecznie młodą być chciała i, jak Makrobjusz opowiada, później kazała sobie wyrywać z wielką gorliwością siwiejące już włosy. Przytem duma Klaudjuszów natrafiła tu na pychę rodową córki cesarskiej. Julja rzucała w twarz Tyberjuszowi nieznośny dla małżonka zarzut nierówności, nazywała go parweniuszem. A jeżeli duma Tyberjusza się sromała przed stanowiskiem księcia Konsorta, to równie wstrętnem mu było niezawodnie położenie ojczyma względem przyszłych Cezarów. Nie miał on z pewnością tak wielkiej ambicji, aby gwałtownemi środkami dobijać się o tron po Auguście, ale zbyt wiele samowiedzy i poczucia własnej godności, aby służyć li tylko za narzędzie, któreby zabezpieczyło małoletnich tronu następców i przeprowadziło do spodziewanej rządów przystani. W tych okolicznościach dojrzała u Tyberjusza myśl porzucenia Rzymu. Pobudki wyliczono powyżej, ale w dziełach historycznych pomijają dziś zbytecznie jeden z głównych także z pewnością powodów: obrażoną dumę małżonka. Jeżeli obok Julji starzało się i teraz młode jej, zwykłe towarzystwo, to Tyberjusz nie był człowiekiem po temu, aby to znosić spokojnie. Postanowił więc zerwać zupełnie z dotychczasowem życiem i przedzielić się od Julji, którą pogardzał, lądami i morzem. Kiedy Tyberjusz zdradził się ze swym zamiarem wyjazdu, August nie zdawał się wyrozumieć jego powodów i ociągał się z daniem urlopu. Tyberjusz zaciekł się jednak tak dalece w swym gniewie i uporze, że przez dni cztery od pokarmu się wstrzymał, aby zezwolenie wymusić. Poczem w roku 6 przed Chrystusem, bez żadnych oficjalnych pożegnań, wśród milczenia podążył do Ostji, aby wypłynąć na wyspę Rhodus, która się stała celem jego dobrowolnego wygnania. Żeglowała z nim po morzu cała gorycz, nagromadzona dotąd w jego duszy, wywołana zniszczeniem szczęścia jego wyboru, upokorzeniami lat ostatnich; niechęć do dworu cesarskiego, dla którego był niezbędnym sługą i księciem na przyprzążce, towarzyszyła mu za morze. Tyberjusz prośbę swą o zezwolenie na wyjazd tem usprawiedliwiał, że potrzebuje requiem laborum, wytchnienia od pracy. Ale on potrzebował wytchnienia od ludzi, do których zaczął nieprzezwyciężone mieć niezaufanie; pojawiła się tu u niego po raz pierwszy ta skłonność do samotności, która go odtąd nie opuściła już nigdy. Trwało to wygnanie rodyjskie przez lat siedm, aż do roku pierwszego naszej ery. Trzydziestoletni Tyberjusz przeżył tu lata, w których usposobienie człowieka twardnieje, traci pierwotną giętkość i przybiera ostateczną formę na resztę żywota. Wystawiamy go sobie, jak na wzór Achillesa opłakującego nad szumem fali morskiej porwanie Bryzeidy, żalił się on tu morzu na losy okrutne, które mu szczęście zrujnowały domowe. Czyż dlatego, aby własną duszę leczyć, oglądał smutki innych, odwiedzając chorych na wyspie? Jestto środek, którego chrześcjaństwo nauczyło, który jednak w starożytności wyjątkowo się pojawia i dorzuca nową zagadkę do tej tajemniczej postaci. Zresztą słyszymy, że wczasu swego na Rhodus używał do pogłębiania wykształcenia, które posiadał w wysokim stopniu, że dużo czasu trawił po szkołach i na dysputach tamtejszych greckich nauczycieli. Umysł ten nie młody, ani nie świeży, nie przyciągała tyle wiośniana poezja heleńskiego świata, co spory erudytów zestarzałej Grecji, dociekania gramatyczne i antykwarskie. Zaciekawiała go nie tyle Hekuba Homera, ile pytanie, jak się jej matka, o której Homer nie wspomina, nazywać mogła; nie tyle śpiew Syren, nęcących Odysseusza, jak niepewność, jakie one wyśpiewywały melodje. Ta dusza ponura lubiła siebie i drugich trapić takiemi problematami, których żadne słońce rozświecić nie mogło. Podobnie, jak oczy jego według świadectwa autorów w nocy widziały, tak i umysł błąkał się chętnie po tych pomrocznych manowcach jałowej erudycji. Słyszymy, że w końcu swojego pobytu przywdział płaszcz i obuwie uczonego greckiego i tak się po wnętrzu wyspy przechadzał, stroniąc od brzegów, które go narażały na nagabywanie przez rzymian, na wschód zmierzających. Cały ten pobyt rodyjski był gwałtem samowolnym, zadanym naturze do czynu przeznaczonej i w czynie już wypróbowanej. To też słyszymy, że po pięciu latach zamierzał Tyberjusz powrócić do Rzymu. Prócz innych powodów, skłaniało go do tego i to, że jedna z głównych przyczyn oddalenia się jego już nie istniała. Swywolna Julja, po wyjeździe Tyberjusza, nie zaniechała dotychczasowego życia; doszło do tego, że zaślepionemu miłością ojcu otwarły się oczy i August widział się zmuszonym w roku 2 przed Chr. oddalić ją na wyspę, położoną koło Ischji dzisiejszej, aby stolicy i sobie oszczędzić widoku takiego wypadku. Trudno o tragiczniejsze rozwiązanie małżeńskiego dramatu. Po niesnaskach domowych znajdujemy obu małżonków oddzielonych od siebie i świata, na dwóch wyspach Śródziemnego morza; wielkiemu rozumowi Augusta kombinacje polityczne udawały się świetnie, — w sprawach rodzinnych wszystko mu rwało i łamało się w rękach. Cesarz był jednak z początku głuchym na prośby swego pasierba i chciał w ten sposób za jego wyjazd uporny go ukarać. Ponownym naleganiom i wstawieniu się Liwji udało się dopiero zmiękczyć Augusta i uzyskać pozwolenie powrotu; udzielonem ono zostało w roku 1 po Chrystusie, z tem zastrzeżeniem, aby rodyjski pustelnik od spraw publicznych zupełnie na uboczu się trzymał. Tymczasem losy rachowały inaczej, jak rozum polityczny Augusta. Z wnuków jego, młodszy Lucjus umarł już w roku 2 naszej ery, starszego śmierć zabrała w dwa lata później, w roku 4. I ostatecznie nie został nikt inny na dworze cesarskim, na którymby August nadzieję cesarstwa mógł oprzeć, oprócz Tyberjusza. Prócz z faktów, które wspomnieliśmy, wnioskować także należy ze świadectw autorów starożytnych, że stosunki między tymi dwoma ludźmi, których los i przypadek tak blizko złączył, najcieplejszemi być nie musiały. August odznaczał się pewną swobodą i wesołością w obejściu, którą zyskiwał sobie serca i stronników; posępność Tyberjusza była mu przeciwną. Opowiadano sobie, że ilekroć Tyberjusz wchodził na Augusta, stary cesarz przerywał odrazu weselszą pogadankę, jakby obecność pasierba go mroziła. Ale teraz spustoszenie śmierci, namowy Liwji i wzgląd na tęgość wojenną Tyberjusza, przeważyły na szali po nad antypatję. W roku 4 został pasierb Augusta adoptowanym; stary cesarz zgodził się i zgodzić się poniekąd musiał, że po nim nie spadkobierca z jego krwi i kości nastąpi, lecz potomek rodu Klaudjuszów; bo adopcja ta była stopniem do tronu. Reipublicae causa, w interesie państwa to zrobiłem, mówił August, jakby dla stwierdzenia przed światem, że nie osobiste gorętsze uczucie, lecz konieczność polityczna kierowała tym krokiem. Tyberjusz i przy tym fakcie, tak doniosłym dla jego przyszłości, zranionym został w swem sercu; choć miał już syna dorosłego z Wipsanji, kazał mu August natychmiast adoptować Germanikusa, syna po zmarłym młodszym jego bracie Drususie, tego Germanikusa, którego losy wpłynęły znacznie na cały bieg panowania Tyberjusza. W samym progu odjęto więc Tyberjuszowi nadzieję utworzenia dynastji i bezpośredniego, prawowitego po sobie następstwa. Odtąd wir wypadków wciąga znów nowego następcę tronu w wyprawy wojenne. Uspokojeniem Germanji i zabezpieczeniem północnej granicy Italji od ilyryjskich szczepów, kończy się panowanie Augusta, a obydwa te zadania spełnione zostają z wielką dzielnością przez Tyberjusza. Kiedy też w roku 14 po Chrystusie cesarz August w Noli oczy zamykał, wzrok wszystkich zwrócił się na jego pasierba, który, mimo rozgłosu wojennego, jako wielka zagadka wstępował na stopnie opustoszałego tronu imperjum. Zagadką są niewątpliwie prawie wszyscy następcy w chwili, gdy obejmują ster rządów; bo innym człowiek się przedstawia w świetle nieokreślonem nadziei, a inaczej występuje na twardym gruncie żądań życia i ludzi. Wielkie credit czy sperat lat minionych zamienia się teraz na trudniejsze rzeczywistości debet. Ale jeżeli ludzie i narody często w swych sądach i uczuciach co do przyszłych swych władców się myliły, to stan umysłów Rzymu po śmierci Augusta szczególnie musiał być niepewnym i zaniepokojonym. Tyberjusza znali zapewne z wojskowej strony żołnierze w obozie, ale w Rzymie nikt go nie znał naprawdę, bo i niewiele tu przebywał, a gdy przebywał, nie zdradzał przed ludem swej duszy. Widziano go smutnym, wiedziano, że dużo się w życiu nacierpiał, ale czy mu osobiste utrapienia roztkliwiły czy zatwardziły serce, tego nie wiedział nikt. W najtrudniejszej chwili, kiedy nowa forma rządu miała się ustalić przejściem w rękę pierwszego następcy, witano nowego Cezara z zupełną niewiadomością, co on właściwie przynosi w zawojach swej purpury, czy szczęście, czy trwogę.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…