Read here

Biała Czarodziejka

Aurelia Wyleżyńska · 1929 · Free in the US

20,984 words · about 1 h 28 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Biała_Czarodziejka&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Aurelia Wyleżyńska
Language
Polish
Published
1929
Length
20,984 words · about 1 h 28 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)

Continue:

Front matter

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

AURELIA WYLEŻYŃSKA

Biała Czarodziejka

całość

HISTORYCZNO-GEOGRAFICZNA

AURELIA WYLEŻYŃSKA

Biała Czarodziejka

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wo Wyd. „Rój“, Warszawa, Kredytowa 1.

Konto czek. P. K. O. 9880.

Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka — Warecka 15.

Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“. Szpitalna 12

DZIECIŃSTWO I PIERWSZA MŁODOŚĆ.

Urodziła się w Warszawie, 7 Sierpnia, 1822 r. Ojcem jej był hrabia Fryderyk Nesselrode, a matka Tekla Nałęcz Górska. Dlaczego matka jej młoda dziewczyna, anielsko piękna, gorąca patrjotka i żarliwa katoliczka, wyszła za mąż za szefa żandarmerii rosyjskiej, niemca z pochodzenia, rosjanina z urzędu, wolterjanina z przekonań — nie wiedzieć — a najpewniej z tego powodu, iż go pokochała. Ale bardzo żałowała tego kroku i nie mogła sobie nigdy przebaczyć zdrady narodowej. Gdy przyszła na świat córeczka, dziecko białe, różowe i tłuste, nie tylko nie zapomniała o szpetocie swego czynu, ale przeciwnie jeszcze go silniej odczuła i zrozumiała, że w tych warunkach nawet swego zadania matki dobrze spełnię nie potrafi. Lękała się na dziecko wpływu ojca, a nie czując się na siłach temu wpływowi przeciwdziałać, wpadła w lekką melancholję. Rozpustnemu i lekkomyślnemu szefowi żandarmerji nie uśmiechała się myśl pielęgnowania chorej Tekli i niańczenia malutkiej Marji, to też z wdzięcznością przyjął propozycję swej brato- wej, żony kanclerza Nesselrode w Petersburgu, która ofiarowała się do swej gromadki, wziąć jeszcze siedmioletnią dziewczynkę, obiecując, że będzie ją za swoją uważać. Tak się też i stało. Różnicy między własnemi dziećmi a przybranem dzieckiem nie czyniła ani ona, ani jej mąż a nawet duchową sierotkę stryjostwo więcej od swoich pociech pieścili. Pewno dlatego, że była dziwnie ładna, miła, sprytna i zdolna. Szczególnie do muzyki. Najlepsi ówcześni nauczyciele dawali jej lekcje i unosili się nad talentem jasnowłosej dziewczynki. Wśród tych nauczycieli, może też była Marja Szymanowska, słynna pianistka, pierwsza kobieta, która po Europie jeździła z koncertami, miłość Goethego, matka żony Adama Mickiewicza i żony jego przyjaciela Franciszka Malewskiego. Rodzina uwielbia talent młodziutkiej Marjj i widzi w niej przyszłą wirtuozkę. Nietylko gra ślicznie, ale i komponuje. Ona, która kiedyś będzie jedną z najlepszych uczenic Szopena, już w Petersburgu, wygrywa na klawikordzie mazurki. Uczy się też gorliwie języków i posiada wszystkie europejskie mowy. Najgorzej jest z rodzimą. Nigdy biegle po polsku nie mówiła i na trudność tę nieraz się skarży. Rzecz prosta nie uczono jej polskiego, a z matką mówiła po francusku, bo tak się zawsze rozmawiało w do- mu rosyjskiego kanclerza, niemca Nesselrode. Wszystkie mądrości, wymagane od ówczesnych młodych dziewcząt z najlepszego towarzystwa podawane jej były przez pierwszorzędnych mistrzów, ale umysł ciekawy i bardzo żądny wiedzy tem się nie zadawala i Marja wciąż ubolewa, że ją źle i za mało uczą. Ojciec rzadko przyjeżdża odwiedzać córkę, chyba gdy go do stolicy wzywają sprawy służbowe, natomiast matka spędza w Petersburgu długie miesiące. Ku wielkiemu utrapieniu rodziny kanclerskiej, która nie bardzo „rozumie poetyczną duszę polki i boi się jej złego wpływu na Marję. Marja bowiem uwielbia matkę, i jej piękność, pobożność i niezwykłą dobroć, rozumie ją, bo sama z niej wiele wzięła: wdzięk obejścia, romantyzm wyobraźni, religijność nieco egzaltowaną. W pierwszych latach młodości jej polskość na pierwszy plan występować musiała, bo cała rodzina nazywa ją „Marje la Polonaise“ co nawet w Petersburgu, w epoce mikołajewskiej, nie było zbyt bezpiecznem imieniem. Tak dobiega Marja lat 16-stu. Zna już życie ludzi i wielkości jego zachwycają ją, lecz bynajmniej nie dziwią. W Petersburgu obraca się wśród najwyższej arystokracji, bywa nawet na salonach cesarskich. Mieszka we wspaniałym gmachu Ministerjum Spraw Zagranicznych, skąd okna patrzą na Zimowy Pałac, — lato spędza w pięknej willi na którejś z wysp Newy, lub jeździ z całą rodziną Nesselrodych, do modnego Badenu, gdzie poznaje świat artystów, inne władze — królestwo sztuki. W 1835 słyszy Liszta i nie może się uspokoić z radości i dumy, że słyszała znakomitego Węgra. Tak samo zresztą unosi się nad słynną włoską tancerką, Taglioni, którą raz widziała w Aniczkowskim pałacu, gdzie z iście „boską gracją“ tańczyła kaczuczę. Za to dostała od cesarza piękną bransoletkę z turkusami i djadem brylantowy za 6 tyś. rubli. Choć Marja jest piękna, pełna talentów i zalet, rodzina z niepokojem myśli ktoby ją wziął za żonę. Nie ma posagu. Ma tylko jasne bujne włosy, kibić wysmukłą i wyniosłą, ruchy królewskie, łagodne a wspaniałe i cudowne oczy. Nie miała czarnych, ani niebieskich, ani zielonych, ani siwych, z tej prostej przyczyny, iż były one fjołkowe. Fjołkowe, jak fjołki parmeńskie. Chowały się pod ciężką powieką śniące i rozmarzone. Wszyscy się nią zachwycali. Ledwie weszła w świat petersburski, już miała wielbicieli bez liku. Stary kanclerz, stryj nazywał ją syreną, lub śnieżną czarodziejką, bo była biała, niezwykle białą, nieomal przejrzystą jej skóra, rozkochani kuzynkowie chrzcili ją kolejno imionami wszystkich romantycznych bohaterek i legendarnych postaci bajkowych, których, w tej epoce odrodzenia poezji ludowej, nie brakło. Towarzysko była bardzo wyrobiona, niezarozumiała, lecz nie nieśmiała, chętnie popisuje się swym talentem i gra na koncertach, naturalnie na cel dobroczynny. Raz nawet zasiadła do fortepianu w obecności rodziny cesarskiej i wcale się nie bała. Marja zamąż chce wyjść. Nie dlatego, bynajmniej, że tęskni za miłością. Nawet o niej nie myśli, zajęta to swą pięknością, muzyką, i zachwytem jaki budzi, tylko że cięży jej rola kuzynki będącej na łasce bogatych krewnych. A przytem chciałaby żyć jakoś inaczej, niż dotąd. Byleby coś innego. Życie dotychczasowe wydało się jej bardzo długie i takie nudne. Pragnie zmiany. Jak każda dawniej dziewczyna widzi wyzwolenie jedynie w małżeństwie, nie przewidując i nie mogąc sobie nawet wyobrazić, że małżeństwo to przecież jeszcze cięższe okowy. Dla niej małżeństwo niesie ze sobą wolność czynienia co się chce i utrzymywania stosunków z kim się chce, możność podziału godzin dnia wedle własnej chęci, małżeństwo, to królowanie wśród uwielbiających ją mężczyzn, to noszenie piór na złotej koronie włosów, brylantów na białem łonie, kaszmirów na bardzo odsłoniętych . To też, gdy się znalazł kandydat do ręki Marji, przez stryjostwo mile powitany, tego samego dnia po poznaniu go, wpada do pokoju kuzynek rozradowana. — Wyobraźcie sobie, jestem prawie zaręczona. — Jak się to stało? Opowiedz, zaraz opowiedz! Boże, jakie to zabawne!...

MAŁŻEŃSTWO I ROZCZAROWANIE.

Nie było to wcale tak zabawne jak myślały kuzynki, a nawet właściwie mówiąc było bardzo smutne. Marja wychodzi za mąż za Jana Kalergis, którego już sama postać była w rażącej, z jej piękną postacią, sprzeczności. Potomek greków nie miał w sobie nic ze starożytnego Mały, zasuszony, pomimo swych 25 lat, żółty jak cytryna, miał odpowiedni do swego wyglądu charakter. Był skryty, zacięty nie lubił ludzi, śmiechu i wesołości, a przedewszystkiem był szalenie zazdrosny. To też zaraz po ślubie, który odbył się w małej kapliczce w Ministerjum Spraw Zagranicznych, wywiózł żonę do Londynu. Miał on tylko jedną rzecz, której Marji brakowało, pieniądze, i to oczywiście na szali wyboru zaważyło. Ale jeśli chciał jej dać piękną oprawę, to tylko na to, by w tej

jedynie dla niego jeszcze piękniejszą była. Po sześciu miesiącach życia w ukryciu, Marja chce znów wrócić do świata: wyrywa się do Badenu pod pozorem odwiedzenia bawiącej tam rodziny, a gdy to nie pomaga, swój wyjazd motywuje zdrowiem — na co mąż zgodzić się musi. Pobyt w Badenie był dla Marji szeregiem nieustannych cierpień. Kalergis czyni wszystkie głupstwa, jakie tylko zazdrość podyktować może, nie bacząc na poważny stan żony, nie bacząc na śmieszność swoją i na jej chęć łagodzenia zatargów. Doszło do tego; iż ten nowy Otello tak swej Desdemonie psuł życie, że postanowiła go opuścić. Nie pozwala mu towarzyszyć sobie w podróży do Petersburga, gdzie będzie oczekiwać przyjścia na świat dziecka, a nawet choć ono już jest, długo jeszcze nie pozwala stęsknionemu ojcu je zobaczyć. Gdy nakoniec Kalergis zjawia się nad Newą, rozciąga nad Marją istną sieć szpiegowską, co w stolicy carów nie było trudnem do przeprowadzenia i szaleństwo jego zazdrości jest takie, iż słusznie kanclerz mówi, że gdyby w romansie znalazły się podobne rzeczy, niktby temu nie uwierzył. Ale życie idzie zawsze dalej od romansu. To też nieszczęśliwy człowiek nagle sam sobie uświadomił co czyni, widząc, że miłość jego inaczej postępować nie może, zapro- ponował żonie rozstanie, zabezpieczając jej 250.000 franków rocznej renty. Co jednak, jak ktoś słusznie zauważył, w 17 latach, nie jest do szczęścia wystarczającem. Piękna dusza Marji wdzięczność za ten czyn umiała zachować. Nigdy się na męża nie skarżyła, a wiele lat potem, gdy córka jej zamąż wychodzi, chce ojca w dobrych barwach przedstawić, winę rozłąki składając więcej na niedobór charakterów, na swą młodość, niedoświadczenie i brak znajomości życia. Śliczna, siedemnastoletnia separatka, z malutką, kwilącą w kolebce dzieciną, pozostaje nadal w Petersburgu pod opieką swych kuzynów. Boją się dla niej wyjazdu do Warszawy ze względu na ojca, który nie prowadzi zbyt budującego życia i do Europy, ze na matkę, którą może gdzieś spotkać i której egzaltacja, na tak już egzaltowaną główkę, źle wpłynie. Zresztą jest ona taka młoda i taka piękna. Tak lgnie do artystów, i, o wiele jeszcze więcej, oni do niej lgną. Ale i w Petersburgu nie brak niebezpieczeństw. Serduszko Marji niespodzianie odezwało się po raz pierwszy. Książe Demidow, lew salonów północy, wzbudził w niej tak żywe uczucie, iż pragnie odzyskać wolność, aby go zaślubić. Chce się starać o rozwód, choć boi się o stratę córeczki i głęboka jej katolicka oburza się na zerwanie węzłów małżeńskich. Przez rok trwają wahania. Zwyciężą je nie miłość do kościoła, ani przywiązanie do dziecka, tylko to, że młoda para przestaje się kochać. Demidow, okazał się, równie, jak Kalergis, gwałtowny i zazdrosny, a to Marji, która raz w niewoli tyrana przebyła, wystarczyło by zmienić uczucia i plany. Zresztą nigdy tego nie żałowała.

W WARSZAWIE. WOJAŻE WIELKIEJ DAMY.

Wśród tych perypetyj miłosnych dobiega Marja lat 20-stu i kuzyni muszą już jej dać swobodę czynów. Często jeździ do Warszawy i odwiedziny ojca, szefa żandarmerji rosyjskiej, miały zupełnie niespodziany wpływ na Marję. Zetknęła się w Warszawie ze społeczeństwem polskiem i obudziło się w niej poczucie narodowe, solidarność i współczucie dla prześladowanego kraju. Trudno naturalnie od Marji, wychowanej w kosmopolitycznem środowisku, wymagać zupełnego oddania się sprawie polskiej, ale w latach 40-ch sercem żywy udział bierze w ruchach i spiskach, w buncie przeciw narzuconej władzy. O ile mogła niosła też bezpośrednio pomoc prześladowanym, była ofiarna i w ideale Polski rozkochana. Znane są dwa fakty, dość ciekawe i charakterystyczne: — Nesselrode mieszkał w pięknym pałacu Potockich, na Krakowskiem-Przedmieściu, gdzie się też mieściły biura jego. Było to w 1846 r. Zjawia się u Marji żona jednego z przywódców ruchu, Bronisława Dąbrowskiego, który był prześladowany przez policję i lada chwila groziło mu aresztowanie, błagając o ułatwienie wyjazdu zagranicę. Marja idzie do biura i każe służbowemu urzędnikowi wypełnić blankiet paszportowy na imię Dąbrowskiego. Wkrótce potem wykryto sprawczynię tego nadużycia i córce szefa żandarmerji, ks. Paskiewicz rozkazał Warszawę opuścić. Fakt ten ku wielkiej rozpaczy stryja kanclerza, ze wszystkiemi swemi konsekwencjami, opisano w paryskim piśmie „Constitutionnel“. Tembardziej nie dało się zatuszować tej sprawy, że na Marji ciążyło już jedno podejrzenie. Jakiejś nocy posłyszała ona pukanie do swego okna. Pewna jej przyjaciółka, polka skompromitowana wobec rządu i oczekująca w każdej chwili rewizji, prosi ją o przechowanie papierów. Gdzie może im być bezpieczniej, niż w mieszkaniu Nesselrode? Marja chętnie na prośbę jej przystaje — składa papiery na dnie pudła z kapeluszami i kładzie się spokojnie spać. Rano budzi ją ojciec — w towarzystwie niezbyt miłem — 60 polic- jantów — którym pozwala zrobić rewizję. Doszły go wieści, że tu zostały przechowano pewne dokumenty, których napróżno oddawna poszukuje. Marja, niby nieco urażona podejrzeniem, przystaje jednak na ten dowód niewiary. Policjanci ze specjalną przyjemnością buszują po pokoju pięknej pani: przetrząsając szuflady ślicznego biurka, szuflady pełne różowych i niebieskich bilecików, przeglądają przejrzystą bieliznę i dziwują się drogim koronkom, w szafach — oglądając suknie i szale, ba, nawet na tualecie, przekładając jeden po drugim, kryształowe flakony, pełne jakichś tajemniczych płynów. Tylko nikomu nie przyjdzie na myśl zajrzeć do pudła z kapeluszami. Wiadomo — śmiałkom szczęście sprzyja. Stary wyga, szef żandarmerji, musi córkę ładnie przeprosić i obiecać iż odtąd wierzyć jej będzie. Jak się okazało, wiara ta wkrótce go zawiodła i gdy Marja zmuszona była opuścić Warszawę, skarży się swym kuzynom! — „Nie wiem co się jej stało. Zupełnie zwarjowała, zrobiła się więcej polką niż stary Lelewel i więcej katoliczką, niż sam papież. Naczytała się niepotrzebnych książek, widzi wszędzie prześladowanie narodu i religji.“ Stary hrabia winę tych zmian zwala na polaków, emigrantów, których w tym czasie spotykała piękna Marja zagranicą, W Paryżu poznała hrabiego Władysława Zamoyskiego i księżnę Marję Wirtembergską, w Rzymie przebywa wiele z Ojcami Zmartwychwstańcami, księdzem Semenenką i Jełowickim, A wszędzie gdzie się obróci — otacza ją rój młodych polskich magnatów: Potockich, Branickich, Potulickich, którzy starają się, nietyle by w sercu jej wzbudzić miłość do Polski, co by to zimne dotąd serduszko, rozgrzać ogniem swej miłości. Zresztą mało się to im udaje, Z tego widzimy, że Marja pomimo opozycji rodziny zaczyna już swe podróże po Europie, I nie takie jak dotąd, w towarzystwie ciotki, stryja i całej litanji kuzynów i kuzynek, jedzie sama, z Marją Trembecką, którą jej ojciec za towarzyszkę wybrał. Panna Trembecka jest córką jenerała zabitego w powstaniu 31 r. przez swych rodaków, więc w oczach szefa żandarmerji, wyobraziciela obrońcy porządku. Jest ona bardzo nieładna, ale miła, dobra i ogromnie wykształcona, do Marji zaś szczerze i gorąco przywiązana. Z nią to, małą córeczką i jednym służącym, rozpoczyna Marja od roku 1843, swe po ówczesnym świecie wojaże. Tak wiele polskich dam czyniło. Jeździła z całym swym dworem piękna pani Bobrowa, kochan- ka Zygmunta Krasińskiego i miłość Juljusza Słowackiego, księżna Karolina Sayn — Wittgenstein, która przez długie lata była muzą Liszta, Delfina Potocka, co raz zjawiała się w Paryżu, to znów „błądziła nad jeziora włoskiem i patrzyła na Alp granity“, i wiele, wiele innych. Nasze panie też tak ciągle zmieniają miejsce pobytu, iż trudno powiedzieć, gdzie kiedy goszczą. Chyba ustalić to można na podstawie listów miłosnych, do pięknej Marji pisanych. Zimę spędza na kuracji w Neapolu, latem zaś pije wody w ulubionem swem Badenie, gdzie ją „białą damą“ nazywają, jest w Rzymie, to w Berlinie. Spieszy się na pierwsze przedstawienie Wagnera, jedzie na koncert Liszta, u Chopina uczy się grać, lub króluje w , świecie artystów, poetów, dyplomatów lub panujących. Miała w sobie coś z wędrownego ptaka. Przenosi się z miejsca na miejsce wiedziona ciekawością poznania nowych krajów, nowych miast, nowych ludzi. A przedewszystkiem ludzi sławnych i takich co ją uwielbiać mogą. Jest w niej jakiś niepokój, jakby goniła po świecie chimerę, nawet nie wiedząc czego właściwie chce. To co miała, nigdy jej nie wystarczało, (czegóż więcej chcieć mogła?) bardziej niż o wielkich, osiągniętych, myślała o małych, nieosiągniętych, pragnieniach. Niespokojna, ruchliwa, wciąż zmienna polska dusza matki, wzięła w niej górę. Ale to wszystko co było przyczyną, iż mając wszelkie dane do szczęścia, nietylko szczęśliwą, ale nawet zadowoloną nie była, stanowiło jeden z największych jej uroków. To nieopanowanie duszy, różnorodność nastrojów, obok wielkiej żywości , dobroci serca, głębokiej wiedzy, talentu, dowcipu i daru towarzyskiego czyniło z niej kobietę niezwykłą i budziło powszechny zachwyt.

„NIEUBŁAGANA BIAŁOŚĆ“ I POETA.

W tych swoich po świecie podróżach, nie wiadomo dobrze gdzie we Florencji, przy grobie Medyceuszów, czy też wśród pomarańczowych gajów zatoki Neapolitańskiej, w każdym razie pod godnym jej niebem, poznała Marja Kalergis Cyprjana Norwida. I zaraz w rzędzie jej wielbicieli stanął, na skromnem, ale odrębnem miejscu, młody ten poeta, malarz i rzeźbiarz. Miał wówczas lat około 24, bo rzecz się działa prawdopodobnie w 1845 r. Był piękny i zyskał już sławę utalentowanego pisarza. Damy wielkiego warszawskiego świata w salonach których popisywał się swemi wierszami, udając że odczuwają zawiłą myśl i rozumieją zbyt nową formę, po nad wszelką miarę unosiły się nad utworami wieszcza. Wyjechał on z kraju wiedziony ciekawością poznania szerokiego świata, zobaczenia arcydzieł sztuki i natury. Wśród tych nieznanych mu dotąd piękności oczy jego uderzyła piękność jasnowłosej pani, o profilu Minerwy, o oczach jak fjołki drobne, „łatwo łzawiejących“, która i to serce nanizała na różaniec serc złożonych sobie w dani. Na razie miłość Norwida pełna uwielbienia, pełna młodzieńczej rezygnacji, mało była wymagająca. Wie on, że biała czarodziejka nie jest dla niego, więc woli do niej wzdychać zdaleka, niż mieszać się w tłum wielbicieli. I jakkolwiek lat kilka goni za nią po świecie, spotykając to w Berlinie, w Rzymie, Badenie, lub Paryżu boi się narzucać jej, która jest zawsze otaczaną i wciąż rozrywaną, nie chce swą ponurą osobą psuć humoru tej, „której wszędzie może być wesoło, a musi być przyjemnie” i od tych przypadkowych spotkań i urywanych rozmów, woli listy rzadkie, nieśmiałe listy do niej i długie szczere listy do jej towarzyszki, a swej przyjaciółki, panny Marji Trembeckiej. Listy Norwida do Marji Kalergis nie istnieją. Wciąż podróżująca dama swoją obfitą zbyteczny balast, niszczyć. Przecie i tak trzeba było wozić ze sobą mnóstwo kufrów i kuferków, żeby się zmieściły wszystkie suknie i szale, atłasowe ciżemki i małe, do zabawek podobne, parasolki. A w dodatku w głębi olbrzymich bagaży znaleść się musiało miejsce na klawiaturkę, na której w czasie długich podróży, ćwiczyła się Marja, budząc swą pracowitością podziw małej córeczki. Za to panna Trembecka, może dlatego, że mniej strojów woziła, może dlatego, że mniej listów otrzymała, a najpewniej dlatego, że bardzo listy Norwida ceniła, skwapliwie korespondencję jego chowa, i dzięki temu doszła ona do rąk potomności. Pisał do niej Norwid z początku tylko dlatego, że mógł, choć bardzo dyskretnie, o swej miłości mówić, wspólny ideał dobroci, współczucia i obowiązku wychwalać, że za duchowej siostry przypominał się tej, która wśród zabaw łatwo o nim zapomnieć mogła, że przez nie mógł się dowiedzieć co pani porabia“, gdzie się teraz karoca jej kieruje, i kiedy można pokazać się tak, aby jak najmniej spotkać ludzi i jak najmniej ukochanej zabrać czasu, czasu przeznaczonego na rozrywki i wesołość. W tej dzielnej pannie widział duchową podporę samotnej damy i wierzył, że go- rąca patrjotka potrafi w Marji podsycić ogień miłości dla Polski, który, przy ciągiem zetknięciu z nieprzychylną naszej sprawie Europą, łatwo mógł wygasnąć. Wreszcie dlatego pisał do panny Trembeckiej, że polubił szczerze tę miłą brzydulkę i on, jak sam siebie nazywał, nieestetyczny i niepoprawny „gamin“ czuł się jej bliższym, wobec niej swobodniejszym i pewniejszym siebie, niż wobec białej królowej salonów, której, dlatego właśnie, że taka dobra i współczująca, nie mówi o swej miłości, troskach i zmartwieniach. Ale za to co za szczęście, gdy przyjdzie od pani Marji posłanie! W drobnych jej literkach znajduje odblask jej duszy, w każdem słowie widzi odblask jej ruchów, a liścik cały to niby błogosławieństwo. Liściki te pisane były na papierze malowanym przez niego, wielce ozdobnym i sentymentu pełnym. U góry gwiazdka w płomieniach, niżej jaskółka unosząca się nad gniazdkiem, w które wplecione inicjały M. K. Jakkolwiek z początku Norwid mówi, że niczego prócz jej szczęścia, jej , bez siebie — nie pragnie, jednak, choć ją wciąż krwawe zasłaniają chmury, jest ona dla niego gwiazdą co daje nadzieję.. I z biegiem czasu promieniem tej gwiazdy nie chce się już z nikim, chyba ze swą siostrą duchową, p. Trembecką dzie- lić. Zbuntował się wierny i poddany . Uczucie jego ciche i pokorne stało się żywe i palące. Dotąd był smutny, teraz jest zdruzgotany. Może dlatego, że tak „bezczelnie“ za nią tęsknić począł. Jakiś spacer, w nocy, w Wenecji, na Canale Grande, w gondoli, odkrył mu nieznaną dotąd tajemnicę serca: zazdrość. I zobaczył, że białego marmuru nie ożywi. Białość jego jest, „nieubłagana“; nie rozpalą się białe ramiona, jak nie zdoła obudzić serca. Wstało wspomnienie wszystkich kiedykolwiek doznanych bólów i upokorzeń... Od niej i więcej jeszcze od jej wielbicieli... I musiał jej mówić słowa straszne, wypowiedzieć czteroletnie milczenie, rozpacz człowieka, który się łudził i — jak zawsze w takich razach, zrzucić na nią winę, że go pojąć, ani ocenić nie potrafiła, zanim, nawpół oszalały, we fraku, poleciał na dworzec by uciec od niej. Gorycz zalała mu duszę i już go nie opuszcza nigdy... Zobaczył, jak wielka jest przepaść między marzeniem o kobiecie, a rzeczywistością, jak wygląda naprawdę ta, która była dla niego ideałem i odtąd „czuła pogarda“ dla płci słabej już do końca życia nie opuszcza. „Widziałem kłamstwa, skarżył się, na ustach opiewających rzeczy i skrzydła pawich piór szatańskich do najpięk- niejszych przypięte ramion“ a potem boleje nad tem iż:

— „...zjawił się na świecie W epoce kiedy się serca nie dawa kobiecie Bez złotych ram”.

Czy Marja była winna? Czy łudziła go? Zapewne nie. Tylko z wrodzoną sobie dobrocią i lekkomyślnością serca zbyt długo zwlekała by powiedzieć stanowczo ostre słowo i raz na zawsze odtrącić to wierne kochanie. Norwid ucieka do Paryża, którego nie lubi — nazywając go grobem kwiatów i serc. Spędza tam lat parę w strasznej biedzie, pracuje w fabryce lub przy robotach w lesie w Fontainebleau. Do Paryża też zjeżdża pani Kalergis — na królowanie. Zaczyna się w 184r, okres największego jej powodzenia światowego. — Pewno się już nie widzieli. Norwid tylko dalej pisuje do p. Trembeckiej i w chwili jakiejś beznadziejnej rozpaczy, prosi ją o rękę.. P. Trembecka łagodnie odmawia, wie bowiem, że to tylko szukanie ratunku, że miłość do Marji nie wygasła. I nie wygaśnie jeszcze przez długie lata. Choć Norwid przepłynął ocean by być silnym i wyleczyć się z tej słabości — nic nie pomogło. Jego kilkoletni pobyt w Ameryce, to było powzięcie straszliwej decyzji, robienia pauzy między jednym aktem życia a drugim. Próbował też bezskutecznie szukać zapomnienia w nowych miłościach, jednocześnie za ten bezwolny zawód zrobiony mu przez Marję, płacąc wszystkim kobietom pogardą i goryczą. Z tego uczucia, które było klątwa, i klęską jego życia nie wyzwolił się nigdy. Jest mu zawsze „laurowo i ciemno“. W wiele lat potem pisze że wspomnienie o ciągle kochanej kobiecie jest mu realne i blizkie, niż wszystkie inne. Tyko, że znów powrócił do dawnej rezygnacji. Gdy o jego smutne życie uderzają echa jej powodzeń, gdy pisma skrzętnie notują wszystkie po Europie podróże i Paryż cieszy się, że do niego zjechała ze swym dworem, Norwid pobłażliwie i smutnie na to wszystko patrzy przewidując, iż kiedyś otworzą się jej oczy na całą znikomość świetności, i kończy pobożnem życzeniem „Niech jej pan nasz Jezus Chrystus da wszystko dobre. “ Sam zaś szuka pociechy w sztuce.

O sztuko, Człowiek do ciebie powraca, Jak do cierpliwej matki dziecię smutne...

Sztuka, którą istotnie kochał dała mu prócz rozkoszy tworzenia, same zawody. Sztuka jego, która wiek swój wyprzedziła i dlatego nie była przez współczesnych ocenioną, karmiła go gorzkim chlebem nędzy, iż na starość znalazł się w przytułku św. Kazimierza a dziś leży na cmentarzu w Montmorency, we wspólnym grobie, nawet bez pomnika.

TRZEJ ROMANTYCZNI WIELBICIELE

W 1840 r. poczta francuska w niemałym była kłopocie: ktoś żartem list pisany do Alfreda Musset zaadresował w następujący sposób: „Do największego poety Francji“. Po naradzie pocztyljoni zdecydowali; że należy go odnieść z wielkiemi honorami Lamartine‘owi. Autor „Medytacyj“ dać dowód, swej obłudy pełnej skromności, list odesłał do Wiktora Hugo. Przewódca romantyzmu pewny siebie rozerwał kopertę i jakież było jego zdziwienie gdy zobaczył tytuł: „Kochany Alfredzie“. Ktoś ośmielił się uważać Alfreda de Musset za największego poetę Francji. Największym nigdy on nie był, ale z pewnością był — jednym z najmilszych. Nazywano go też kochankiem wszystkich kobiet, bo zdawało się, że każdaby go pokochała gdyby o miłości tak pięknie , jak piórem, przemawiali. Nic dziwnego, że pani Kalergis nim się zainteresowała. Tembardziej, że mówiono o nim, iż jest wielką miłością do George Sand złamany, i szuka pociechy w przelotnych i alkoholu. „Dlaczegóżby nie w nowym uczuciu?“ pomyślała dobra Marja. Zapalona główka łudziła się, że w tych popiołach iskrę jeszcze roznieci. Ponieważ poeta nie lubi wielkiego świata, nie bywa w ambasadach, nie przychodzi do modnych salonów, Marja zaprasza się do jego starej przyjaciółki, gdy wie, że Musset tam będzie. Ale wkrótce przekonała się iż rzeczywiście dawne wspomnienie jest jeszcze tak żywe i bolesne, że serce nową miłością nie zabije. Jak każda zręczna kobieta, która, zrezygnować z kogoś nie chcąc, zamienia swą rolę i swe uczucia, potrafiła zapanować nad sercem: zostaje nie muzą, lecz , zamiast rozpalonych ust kochanki, podaje dobrotliwą dłoń siostry. Tylekroć w uczuciach swych zawiedziony i bojący się nowych zawodów poeta już się teraz Marji nie lęka, składa jej w dani to na co go jeszcze stać — swe uwielbienie. Bywał często w salonach pani Kalergis, smutny, małomówny, ale zawsze piękny, tą pięknością , romantyczną. Oparty o kominek, w poetycznej pozie, mógł milcząc, wieczór cały spędzić, żywa karjatyda, uosobienie bólu i zawodu. Musset nie opiewał Marji w swych dźwięcznych rymach, ale za to inny współczesny mu poeta, Teofil Gauthier wyśpiewał poez- ję jej bieli w swej: Widocznie widział ją kiedyś grającą w atłasowej, niby ślubnej sukni, z bukietem śnieżnych kamelji przy piersiach, „półkulach śniegu“ i widział jak łabędzie skrzydła jej rąk składały drżące pocałunki na klawiszach. Zastanawia się, z jakich cudów przyrody ona stworzona: płatka niewinnej róży, czy też lilji majowej, z morskiej piany, żywego srebra, mlecznych opali, puchu albatrosa a może kości słoniowej? Ale w tej białości uderza go chłód. Z marmuru, z zakrzepłej kropli rosy, ze stalaktytu, który przeczystą łzą spada, z fantastycznych kwiatów mrozu haftowanych na oknach, ze śniegów dziewiczych. Z północnych lodowców, z blasku podbiegunowego księżyca zostało wykute ciało tego czarodziejskiego sfinksa. I wyrywa mu się ; „Ach, któż zdoła zaróżowić tę niepokalaną białość“? Na tem skończyły się zachwyty! Biedny poeta, skazany na ciężką pracę zarobkową, nie miał czasu na asystowanie kobiecie, wiecznie otoczonej, ciągle bywającej w wielkim świecie. Złożył jej hołd, najpiękniejszy jaki poeta złożyć może, i usunął się w cień. Już potem nigdy nie widziano pięknej pary; białej, północnej królowej i syna południa, o czarnych, długich wło- sach, jarzących jak czarne brylanty oczach, o cerze bladej, bladością swą gorącej, niby jakiegoś kalifa czy emira. Wiersz Teofila Gauthier był dla Marji glejtem, otwierającym jej wszystkie poetyckie fortece. Dzięki niemu dotarła też do zawsze zamkniętych podwoi Henryka Heinego, po za któremi poeta miłości i ironji wolno, w straszliwych mękach umierał. Słyszał on wiele o pięknej polce, nie chciał jej jednak dopuścić do siebie, jak nie chciał aby nikt, prócz najbliższych, widział jego nędzę, chorobę i upadek ducha. Ale Marja była ciekawską i wszystkie współczesne, choćby już dogasające sławy, poznać chciała. Wybrała się raz do starego, oślepłego króla romantyzmu, Chateaubrianda, bo nie mogła ścierpieć myśli, że nie zobaczy starca, do którego bohaterek, w dniach jej pierwszej młodości, porównywali ją rozkochani kuzynkowie. Wyszła rozczarowana, ale była. Także więc koniecznie chciała być u Heinego. Jedna z przyjaciółek wyrobiła jej audjencję. Dziwny musiał być — to widok, gdy na piętro, do leżącego na swym „materacowym grobie“, chorego, wychudzonego, podtrzymywanego już tylko morfiną, poety, przyszła kobieta młoda, wysoka, o pełnych piersiach i bujnych ramionach. Wiadomo, że Henryk Heine na wszystkie swe wrażenia reagował — ironią. To też wkrótce po tej wizycie zaczęła obiegać Paryż anegdotka gdy pani Jaubert, za protekcją której Marja się do niego dostała, mówiła, że biała czarodziejka wybiera się do Panteonu zawołał: „Do Panteonu? Droga pani. Po co? Przecież samaś jest Panteonem gdzie sławni ludzie spoczywają.“ Kiedyindziej zaś wyraził myśl, którą potem w wiersz ułożył:

Do tak olbrzymich tumów prawo sobie rości Chyba Bóg — Amor — ona katedra miłości.

Bowiem i on chciał ją uczcić wierszem i wpadł na dość dziwaczny pomysł. Napisał bajkę o „Białym słoniu“, ponad inne w świecie bielszym, którego posiadał król dalekich Indyj. Słoń ten dnia pewnego zaniemógł, próżno, wzywano do niego najbieglejszych lekarzy, ginął, marł powoli z jakiejś nieznanej tęsknoty. Astrolog, co w gwiazdach czyta, wyczytał dziwną tajemnicę zwierzęcia: i zazdrość go dręczą. Gdzieś bowiem na dalekiej północy, żyje kobieta jeszcze bardziej niż on bielsza. Zaczęto się sprzeczać w Paryżu co to wszystko znaczy, jak sobie wytłomaczyć tę dziwną historję? Czy Marja ma się obrazić o miłość i zazdrość słonia? Ale ktoś wtajemniczony, objaśnił, że tym słowem z bajki jest Teofil Gauthier (dlaczego w takim razie biały słoń, nie czarny?) i że może przyjąć w każdej formie hołd sobie złożony. Tak też zdaje się myślała Marja, czyniąc bilans swych tryumfów wśród poetów.

POWINOWACTWO Z WYBORU

Romantyczna Marja uważała, iż ważniejszem od pokrewieństwa krwi, jest powinowactwo z wyboru. To też szukała po Europie swych duchowych powinowatych i tak się szczęśliwie złożyło, że znajdowała ich wśród wielkich i sławnych wówczas ludzi: poetów, artystów, muzyków. Szczególnie muzyków. Była wielką miłośniczką tej sztuki i sama pięknie grała. Szopen, Liszt, Wagner, — te trzy tak różne indywidualności, umiała w swym entuzjazmie, zachwycie, w swym zapale połączyć i otoczyć jednakowem zrozumieniem. Dzięki. pośrednictwu Liszta, który Szopenowi wiele mówił o pięknej Marji Kalergis, zostaje ona jego uczenicą. Twórca „Preludjów“ skąpy w pochwałach, jest z niej dumny, bo pisze do przyjaciela, że Marja gra bardzo dobrze a przytem dodaje, że na salonach paryskich cieszy się olbrzymim powodzeniem. Marja bywa u niego często, w małem kółku wielbicielek spędza wieczory. Jest Marcelina Czartoryska, jej rywalka, bo obie cieszyły się sławą najlepszych interpretatorek mistrza, Jest Delfina Potocka, muza Krasińskiego, klasyczna piękność, w białej zawsze szacie, co do której istnieje nieprawdziwa, lecz wzruszająca tradycja, iż grała umierającemu Szopenowi, są szkotki, lady Erskine i miss Stirling, bogate jak królowa Saba bardzo zakochane i przezornie a delikatnie dbające o potrzeby artysty. Zbierają się te wybrane w mieszkaniu Szopena, przy placu Vendome, ostatniem jego mieszkaniu, które chory upodobał sobie ze względu na słońce, i — wygodne schody. Na schody te raz tylko wszedł — potem go niemi zniesiono. Choroba czyni coraz większe postępy, spaceruje już tylko po swych pięknych pokojach, które właściwym sobie smakiem i z wielkim, podstępnem nakładem pieniędzy wielbicielek urządza. Ściany saloniku są gris perle, meble miękkie w chodzące wówczas w modę bordo jedwabną materją kryte, kominek z lustrem, przed nim ekran, a przedewszystkiem szezląg na którym często spoczywa. Bardzo wielkie okna wychodzą na śliczny plac, po śródku którego wznosi się kolumna ulana z dział zdobytych pod Austerlitz, z Napoleonem na szczycie. Przez okna te wślizgiwało się piękne słońce październikowe i przynosiło choremu ostatnie pozdrowienie. Ale często cały plac był w mgle pogrążony. Dziś, gdy szczęśliwy przypadek pozwoli wejść do tego mieszkania staje się żywe, wszystko co się tu przed 80 blisko laty działo. Widzę Szopena eleganckiego wykwintnego w każdym ruchu, pięknego tą arystokracją ducha, która promieniuje od wielkich dusz i Marję przy fortepianie tak piękną gdy gra wznosząc ku górze oczy — niby święta Cecylja. Szopen lubił swoją uczenicę dlatego, że była uroczą, że kochała i rozumiała muzykę i dlatego, że pomimo swego pochodzenia i pozornego kosmopolityzmu w duszy była polką, dobrą i gorącą patrjotką, czuła wrażliwą duszą romantyczną. Dzięki temu oddać potrafiła jego fantazję, jego melancholję, jego tęsknotę — i wyczuć co w jego utworach było istotnie i głęboko polskiego. Znajomość z wielkimi artystami wpłynęła na to, że Marja zrozumiała jak bardzo, wobec ich sztuki, niedoskonała jest jej gra i jeszcze gorliwiej, niż dotąd, zabrała się do muzyki. Gra ćwiczenia, na pulpicie jej leży wciąż Bach, którego jako Biblję muzyki, polecał Szopen swym uczniom, chodzi na koncerta i rezultat jest taki, że wyciska łzy staremu Rossiniemu, gdy gra uwerturę z jego Wilhelma Tella, cały zaś Baden ją oklaskuje, w czasie koncertu z „boskim“ .

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…