Read here

Bohaterowie Adrjatyku

Rafał Czeczott · 1929 · Free in the US

19,564 words · about 1 h 22 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Bohaterowie_Adrjatyku&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Rafał Czeczott
Language
Polish
Published
1929
Length
19,564 words · about 1 h 22 min
Sections
11 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (11)

Continue:

Front matter

Nr. 125 BIBLJOTECZKA Nr. 125

CYKL LOTNICZY

PPOR. — KOMANDOR CZECZOTT

całość

Nr. 125 BIBLJOTECZKA Nr. 125

CYKL LOTNICZY

PPOR. — KOMANDOR CZECZOTT

BOHATEROWIE ADRJATYKU

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-wo Wyd. „Rój“, s. z o. o.

Warszawa, Kredytowa 1. P. K. O. 9880.

Zakłady Wyd.-Druk. „PRACA“, Kredytowa 2/4.

PRZEDMOWA.

W CIEŚNINIE OTRANTO.

Wąski szmat morza Adrjatyckiego, położony pomiędzy końcem obcasa buta włoskiego, a wybrzeżem Albanji, zwany cieśniną Otranto, był dawnemi czasy wielką bramą handlową, przez którą przedostawały się na wolne morze niezliczone okręty rzeczypospolitej Weneckiej. Podczas wojny światowej, cieśnina ta była również bramą, ale dla okrętów całkiem innego rodzaju. Zebrane w wielkiej ilości w wygodnych portach Austrji niemieckie i austrjackie łodzie podwodne, podstępnie prześlizgiwały się przez tę bramę na wolną przestrzeń morza Śródziemnego, gdzie grasowały prawie że bezkarnie, wnosząc śmierć i spustoszenie w szeregi flot handlowych Anglji, Francji i Włoch. Począwszy od roku 1915, około setki angielskich statków rybackich do połowu śledzi, tak zwanych „śledziarek“, przysłanych tu przez Admiralicję, usiłowało przegrodzić drogę łodziom podwodnym. Były to okręciki bardzo niewielkie, ale krępe i mocno zbudowane, nie obawiające się najsilniejszej burzy. Załogi ich były nieliczne, nie więcej niż po 10 ludzi, ale tak samo mocnych i zahartowanych na morzu, jak ich okręty. Admiralicja, mobilizując, nie robiła żadnych zmian ani w okrętach, ani w ich załogach, dając tylko na każdy po jednem maleńkiem działku. Ażeby zachęcić rybaków do nowej pracy, za każdą zatopioną łódź podwodną Admiralicja płaciła załodze szczęśliwego okrętu tysiąc funtów sterlingów. Jednak poczciwi ci ludzie pracowaliby nie mniej chętnie i bez tej nagrody, chociaż połów łodzi podwodnych był daleko niebezpieczniejszy, niż połów śledzi. Chwila nieuwagi, i myśliwy stawał się zwierzyną, padając ofiarą celnego strzału , nie widząc nawet przeciwnika. Jako broń, oprócz wspomnianego już maleńkiego działka, posiadały śledziarki sieci metalowe. Każdy okręt ciągnął za sobą taką sieć, długą, na tysiąc metrów, a sięgającą na dwadzieścia metrów pod wodę. Do sieci umocowane były miny, tak, że gdy łódź podwodna dotykała sieci, mina eksplodowała, niszcząc często > łódź podwodną. Płynąc powoli jeden za drugim w poprzek cieśniny Otranto i holując za sobą. sieci w kilka rzędów, usiłowały śledziarki zamknąć bramę i nie wypuszczać łodzi podwodnych na wolne morze. Marynarka włoska ma naczelne dowództwo na tych wodach; jej lekkie chronią śledziarki od Austrjaków, stojąc w ostrem pogotowiu w Brindisi, a w Tarencie znajdują się ich główne siły, któremi dowodzi brat królewski, książę Abbruzów. Marynarka austrjacka zamknęła się w swych portach; tylko łodzie podwodne wychodzą na morze, czasami nowoczesne krążowniki wykonywują krótkie raidy na wybrzeże włoskie i czemprędzej uchodzą z powrotem, nim nadejdą krążowniki włoskie. Jednak śledziarki angielskie niepokoją dowództwo austrjackie, gdyż łodzie podwodne są jedyną nadzieją. Co będzie, gdy i one zostaną zamknięte w Adrjatyku? A jednak flota austrjacka posiada okręty, oprócz łodzi podwodnych, któreby mogły zadać dotkliwe ciosy flocie włoskiej. Flota austrjacka posiada cztery nowoczesne krążowniki „Admirał Spawa“, „Nowara“, „Saida“ i „Helgoland“; okręty te mogłyby szybkim, a niespodziewanem najazdem otworzyć bramę dla łodzi podwodnych.

RADA WOJENNA.

Rada wojenna na „Viribus Unitis“ w Poli. W wielkiej kabinie admiralskiej, przy stole, pokrytym czerwonem suknem z rozłożonemi mapami, zasiada sześciu oficerów. Najstarszy w randze, średniego wzrostu, dość pełny i krępy, z energicznym wyrazem twarzy, słuchał uważnie, co mu mówił inny oficer, dowódca łodzi podwodnych. Czterej inni również słuchali, robiąc notatki. Jeden z nich wyróżniał się swoją elegancką osobą o wyrazie twarzy nader rozumnym i energicznym. Był to Horthy, wschodząca gwiazda Austrji. Jeden z oficerów nosił mundur niemiecki. Był to delegat Berlina przy flocie austriackiej — oko Wilhelma II na Adrjatyku. — Melduję panu admirałowi, że tak dalej nie może być. Nasze łodzie podwodne mają coraz więcej trudności przy wyjściu z Adrjatyku. W maju osiem naszych łodzi zostało zaatakowanych w cieśninie Otranto; dwie zginęły, pięć wróciło z powrotem, jedna tylko przedostała się przez zagrody. Kilka dni temu straciliśmy UC 52 na tejże zagrodzie. Same przez się straty te nie są tak straszne, ale stan moralny załóg jest nadwątlony i coraz niechętniej idą w tamtą stronę. — Jak się przedstawia obecnie ta zagroda? — spytał admirał. — Proszę spojrzeć tu na mapę. W pierwszym rzędzie napotyka nasza łódź podwodna patrol, złożony z pięciu lub dziewięciu kontr-torpedowców, na północ od Brindisi. Nieco dalej jeszcze są 2 kontrtorpedowce z balonami na uwięzi. Gdy tu naszej łodzi nie zauważą, to dalej na południe krąży piętnaście dywizjonów traulerów, po 7 sztuk każdy, traulery te posiadają aparaty podsłuchowe i raz po raz się zatrzymują, ażeby łapać na swoje hydrofony szmer śrub łodzi podwodnych. Dalej między Otranto a Kortu, znajduje się główna zagroda stała. Jest to rzecz naprawdę piekielna. Są to sieci z grubych kolców stalowych; sieci te idą, na 60 metrów pod wodę i utrzymują się na miejscu za pomocą kotwic i ciężarów. Kilkanaście kontr-torpedowców pilnuje tej zagrody w dzień i w nocy. Mało tego. Równolegle do tej zagrody patroluje jakaś setka śledziarek z sieciami i pod stałą ochroną kontr-torpedowców. Dalej na południe jeszcze jedna linja traulerów z hydrofonami. Jeszcze więcej na południe patroluje stale pięćdziesiąt conajmniej amerykańskich ścigaczy łodzi podwodnych i duże kanonierki z balonami na uwięzi. Jest to piekielna organizacja; gdy zaś za- groda stała pomiędzy Otranto a Kortu zostanie wykończona, nasze łodzie podwodne zostaną ostatecznie zakorkowane. — Położenie jest naprawdę krytyczne, — rzekł oficer niemiecki. — Moje dowództwo jest jednak zupełnie pewne, że flota austrjacka pod energicznem kierownictwem pana admirała zniszczy wkrótce tę przegrodę.Energiczna akcja jest tembardziej wskazaną, że na niektórych okrętach dają się zauważyć pewne oznaki braku karności. Trzeba przewietrzyć głowy. — Słusznie, — rzekł admirał Niegowan, dowódca floty austrjackiej. Potem, zwróciwszy się do Horthy‘ego, rzekł: — Gdyby pan zabrał ze sobą swoje trzy szybkobieżne krążowniki i spadłby niespodzianie na te śledziarki, narobiłby pan bigosu? — Niezawodnie — odpowiedział bez żadnego namysłu Horthy. — Zniszczę całą organizację nim nadejdą posiłki. Wszystkie okręty sprzymierzonych są mniej szybkie od moich. Jedne jak „Aquila“ i „Mirabello“ są za słabe, a „Quarte“ i „Nino Bixio“ są w remoncie i będą gotowe dopiero około 20-go — A więc przed 20-m maja trzeba wykonać operację — rzekł Niegowan. — Operacja powinna mieć — dodał Niemiec — tembardziej, że Włosi jej nie oczekują wcale. Będzie to kompletna niespodzianka. — Niech więc panowie opracują odpowiednie plany. Ale przedewszystkiem — tajemnica. Tylko nas sześciu ma wiedzieć o tem.

RZEŹ 15-go MAJA.

Była to jasna księżycowa noc z 14 go na 15-go maja 1917 r. Takie noce bywają tylko na południu Włoch. Przy świetle księżyca wyrysowuje się dokładnie długa linja śledziarek, posuwających się powoli w kierunku wschodnim. Śledziarki ciągnęły za sobą swoje długie sieci. Najmniejszy szmer nie dolatuje od śledziarek, najmniejszego światła nie widać na ich pokładach; okna kabin nawigacyjnych zasłonięte są ciemnemi firankami i sternicy patrzą przez wąziutkie otwory w firankach, wcale niewidoczni z zewnątrz. Na dziobach, oparty o swoje maleńkie działo, wachtowy artylerzysta oczekuje zmiany. Reszta załogi, całkowicie ubrana, śpi snem sprawiedliwych w ciemnej, dusznej kabinie. Wtem, przy świetle księżyca wyrysowują się długie, zgrabne sylwetki wojennych, mknących szybko na wschód. Rybacy poznają odrazu dobrze im znajome okręty. To flotylla kontr-torpedowców francuskich z krążownikiem wywiadowczym włoskim „Mirabello“ na czele. Są to psy, pilnujące śledziarek od Austrjaków, jak owczarki pilnują stada owiec od wilków. — To dobrze — mówią pomiędzy sobą rybacy. — Gdy Austrjacy wyjdą, będą mieli z kim rozmawiać. „Mirabello” i jego sfora są już daleko — hen pod wybrzeżem Albanji i suną szybko na północ, bez świateł i w grobowem milczeniu. A nieco na blisko od grupy „Mirabello“, nie tak blisko jednak, ażeby można było ją widzieć, mknie na południe szybkobieżna dywizja: trzy nowoczesne krążowniki austrjackie , „Saida“ i „Helgoland“. Tymczasem zaczęło się rozwidniać i na śledziarkach zaczynają się krzątać rybacy. Na niektórych statkach, posiadających radjostacje, przełapują jakieś niezrozumiałe znaki... Pomiędzy sąsiadującemi śledziarkami zaczyna się rozmowa; przy takiej ciszy słychać daleko, a głosy rybaków są potężne i słychać je o kilometr. — Powiadają, że na zachodzie słychać huk dział — krzyczy sternik Deunis z „Floandri“. — Prawdopodobnie włoskie ogary ścigają zwierzynę — odpowiada Stephen, ze statku „Taits“. — Nie, nie, napewno nie — mówi sternik z „Gowan Lea“, Watts. — Trzeba być w pogotowiu. Lamb, leniuchu zdejmiesz nareszcie pokrowiec ze swej armaty? — Już zrobione, — odpowiada Lamb, ściągając spiesznie pokrowiec z niesamowitego narzędzia na dziobie, które sternik pompatycznie nazywał armatą. Robi się prawie zupełnie widmo, Ostatnie mgły uniosły się w powietrze i jasna jutrzenka zwiastowała nadchodzący wspaniały dzień. Jeden za drugim wyłaniają się z ciemności śledziarki, linja ich ciągnie się na wschód, bez końca. Na zachodzie wyrysowuje się wysokie wybrzeże Italji; Od północy horyzont niespodzianie ciemnieje i niebawem widać szybko Się zbliżające trzy słupy dymu. Anglicy patrzą uważnie i czując niebezpieczeństwo, szykują się do boju. Słupy rosną szybko i wtem ktoś woła: — Trzy „Nowara“! — Niech ich djabli porwą — mówi jeden, co już się zaznajomił z artylerią austriackich krążowników. Na „Floandi“ radiotelegrafista Morris skoczył do kabiny radja i nadaje raz poraz sygnały alarmu S. O, S. Napróżno, bo Austrjacy przeszkadzają swojemi silnemi radjoaparatami. Jest już czwarta rano. Nieprzyjaciel jest zupełnie blisko i wywiesza sygnał międzynarodowy: — Stać na miejscu! Śledziarki ani myślą słuchać i uciekają w rozsypce we wszystkich kierunkach, krążowniki są już wśród nich i oficerowie krzyczą dobrą angielszczyzną: „Porzucajcie wasze statki. Zaraz je potopimy“. Co tu robić, gdy się ma jedno mikroskopijne działko? Na niektórych statkach usłuchano rozkazu. Austrjacy czekali cierpliwie, nim ludzie nie porzucą statku i nie wsiądą do łodzi potem zaś kilkoma celnemi salwami topili opuszczone statki. Nieszczęśliwe stateczki, kręcąc się bezładnie pod salwami artyleryjskiemi znikały jeden za drugim w głębinach morza. Ale oto dwa z nich, uciekają całą parą, t. j. sześć mil na godzinę w kierunku południowym, ale nie tylko uciekają, lecz obsypują Austrjaków gradem pocisków ze swych mikroskopijnych dział. Jednak te maleńkie pociski są bez skutku wobec grubego pancerza krążowników. Austrjacy odpowiadają i ich ciężkie pociski piorunują zuchwałe stateczki. Na „Gowan Lea“ sternik Watts usiłuje zmylić celność strzałów austrjackich tem, że rzucał się ze swoim statkiem to wprawo to wlewo. Pocisk trafił w skrzynkę z amunicją, wysadził ją w powietrze i urwał nogę artylerzyście Lamb’owi. Ale ten ostatni nie stracił przytomności i strzelał dalej. Sternik Watts dodaje otuchy swej załodze, klnąc siarczyście w swej gwarze rybackiej. Pociski robią swoje. Antena radjowa jest uszkodzona, lecz jeden z rybaków włazi na maszt i pod gradem pocisków, naprawia uszkodzenie. Wokoło „Gowan Lea“, 3 stateczki giną w otchłani morskiej, prawie ze wszystkimi ludźmi. Sternik Bruce nie chce porzucić swego tonącego statku, jego zaś ludzie nie chcą porzucić sternika i wszyscy giną razem. Na dwóch innych powtarza się taż sama scena. Austrjacy pozostawiają w spokoju „Gowan Lea“. Zamiast uciekać, Watts skierował swój statek z powrotem i poszedł do „Floandi“, który podziurawiony pociskami, był w bardzo złym stanie. „Gowan Lea“ był jednak też w nielepszym stanie, mając burtę rozbitą, komin urwany, działo zniszczone... Lecz „Gowan Lea“ dobił do „Floandi“ i Watts żywo skoczył na jego pokład, gdzie znalazł sternika Nichols‘a. Sternik, sam ciężko ranny i ociekający krwią, robił opatrunki swej okrutnie pokiereszowanej załodze. — Cóż to, przyjacielu, zrobiłeś się na stare lata pielęgniarką? A twój ster? — Ster już dawno djabli wzięli — odpowiada Nichols. — Ale daj mi trochę pocisków, bo moja armata jeszcze może strzelać, nie mam tylko więcej pocisków. Twoje zaś działo rozbite. I pomóż mi opatrzyć moich ludzi. Pociski przyniesiono i armatka z „Floandi“ znów rozpoczęła strzelaninę. Watts rzucił się do kabiny radja, myśląc, że może się uda dać znać o napadzie. W kabinie zastał on radiotelegrafistę Morrisa siedzącego nieruchomo nad swym „Dzień dobry stary. Śpisz czy co?“ Watts dotknął go ręką i biedak bezwładnie obsunął się na pokład. Nie żył już od kilku minut. Od samego początku Morris wołał rozpaczliwie SOS. SOS. Ale Austrjacy wciąż przeszkadzali. Nareszcie, odpowiedziała mu stacja w Brindisi. W tej chwili straszliwa eksplozja wstrząsnęła kabiną. Odła- mek pocisku zabił go na miejscu, przeszywając mu gardło i przygwożdżając zalany krwią dziennik do stołu. „Floandi“ został uratowany. Radjotelegrafista Morris spoczywa na dnie morskiem, na głębokości 850 metrów pod wodą w cieśninie Otranto. A jego zbroczony krwią dziennik można widzieć w muzeum wojny w Londynie. Austrjacy uchodzą na zachód i przechodzą obok grupy śledziarek z „Coral‘em“ na czele. Jeden z krążowników zbliża się ku niemu i otrzymuje na przywitanie jeden po drugim cztery pociski wprost w burtę. Pięć pocisków austrjackich przeszywa nieszczęśliwy stateczek, kładąc trupem prawie całą załogę... Sternik, po pas w wodzie, strzela jeszcze ze swego działa i ucieka wraz ze statkiem pod wodę. Austrjacy się oddalają, zatopiwszy czternaście statków i uprowadzając 72 jeńców. 67 Anglików znalazło śmierć na wodach cieśniny. Pozostałym przy życiu nadane zostały wysokie włoskie i angielskie. Na piersi sternika Watts‘a zajaśniał Krzyż Wiktorji, najwyższa nagroda wojenna angielska. Trzeba wiedzieć, że w ciągu czterech lat wojny, król Jerzy udzielił tylko piętnastu tych krzyży... Po skończonej rzezi śledziarzy, Austrjacy całą parą pędzą do Cattaro, Szczęście im dopisało. Podczas, gdy zajęci byli niszczeniem śledziarek, przypadkowo przepływał w pobliżu kontr-torpedowiec francuski „Bory“. Słysząc huk dział, „Bory“ udał się w tym kierunku i spostrzegł niebawem Austrjaków, zajętych rzezią angielskich rybaków. Na nieszczęście „Bory“ miał maszyny niewporządku i nie mógł wobec tego szybko dać znać o tem, co widział. Jego zaś sygnały radjowe nie były przez nikogo odebrane, prawdopodobnie dlatego, że Austrjacy ciągle przeszkadzali. Rozpaczliwe sygnały Morris’a również nie były zrozumiane. Jedynie posterunek obserwacyjny Suseno niedaleko od którego rzecz się działa, podał pierwszą wiadomość około czwartej rano. W Brindisi wszystkie okręty szykują się do wyjścia, i admirał Acton rozkazuje przez radjo grupie „Mirabello“ nawiązać kontakt z nieprzyjacielem. „Mirabello“ i jego kontr-torpedowiec mkną całą parą i około godziny widzą nieprzyjaciela. Niestety okręty francuskie nie mają potrzebnej szybkości i pozostają wtyle. Jeden tylko „Mirabello“ utrzymuje kontakt z Austrjakami, jest jednak zbyt słaby, aby z nimi walczyć. Pomiędzy i krążownikami austrjackiemi wymieniono kilka strzałów, bez skutku. O piątej admirał Acton wychodzi z Brindisi prowadząc z sobą 2 krążowniki angielskie i nadzwyczajnie szybkobieżny dywizjon kontr-torpedowców włoskich. Dywizjon był prowadzony przez wspaniały krążownik wywiadowczy „Aquila“, mogący rozwijać szybkość do 35 węzłów (70 km.) na godzinę. Eskadra admirała Acton’a, około ósmej wpadła na 2 kontr-torpedowce austrjackie, które tejże nocy zatopiły jeden parostatek włoski i ochraniający go mały torpedowiec. Szybkobieżny „Aquilo“ ruszył całą szybkością do ataku. Pomiędzy nim a Austrjakami rozpoczął się dość ożywiony pojedynek artyleryjski. Szczęśliwy strzał z kontr-torpedowca austrjackiego uszkodził maszynę na „Aquilo“ i unieruchomił ten wspaniały okręt. Korzystając z tego, Austrjacy szybko się oddalili w kierunku swych portów, wołając o pomoc. Eskadra Acton’a ścigała ich, pozostając jednak wtyle. W tym momencie ukazały się na horyzoncie trzy krążowniki austrjackie: „Nowara“ „Saida“ i „Helgoland“, za któremi w trop szedł niezmordowany „Mirabello“. Widząc to, Acton powrócił, ażeby o- bronić „Aquilo“ i atakować jednocześnie Austrjaków. Rozpoczęła się bitwa, lecz ogień Anglików i Włochów był tak celny, że na „Nowarze“ wybuchł pożar i Austrjacy, osłaniając się dymem, usiłowali wyjść z pola ognia, płynąc całą szybkością w kierunku Cattaro. Wszystkie okręty sprzymierzonych pozostają wtyle, tylko jeden krążownik angielski idąc z szybkością 25 węzłów strzela do Austrjaków. Salwa za salwą trafiają w „Nowarę“. Krążownik mocno uszkodzony, zmniejsza szybkość i pozostaje wtyle; na jego rufie szaleje silny pożar. Admirał Horthy, ranny, oddaje dowództwo swemu zastępcy. Na szczęście, Austrjacy są już w pobliżu Cattaro, skąd wychodzą na ratunek dwa pancerniki. Pod ich ochroną „Saida“ bierzę „Nowarę“ na hol i wprowadza do portu. Eskadra angielsko-włosko-fracuska nie ma szczęścia. Widząc że nieprzyjaciel ukrył się w porcie Cattaro, sprzymierzeni powracają do Brindisi. W drodze powrotnej krążownik angielski „Duohnouth“ trafiony został torpedą z łodzi podwodnej UC 25, około Brindisi. Awarja była tak ciężka, że ledwie zdołano przyholować go do portu. W ten sam dzień, u wejścia do Brindisi jeden z kontr-torpedowców francuskich wpadł na minę zostawioną przez tąż samą UC 25 i zginął prawie z całą załogą.

ZATOPIENIE PANCERNIKA „WIEN“.

Napróżno oczekiwali marynarze Itaiji, że flota austrjacka porzuci nareszcie swoje mocne kryjówki i wyjdzie na morze, ażeby w walnej bitwie rozstrzygnąć losy wojny. Austrjacy jednak nie mieli wcale takiego zamiaru. Główne swoje siły trzymali oni bezczynnie w portach, pozostawiając pole dla lekkich, szybkich okrętów i łodzi podwodnych. Żywili oni nadzieje, że w ten sposób osłabią flotę włoską, a wtenczas można będzie stoczyć walną bitwę w dogodnych warunkach. Pomyśleli wobec tego Włosi, że o ile góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet musi się pofatygować do góry. Porty austriackie były mocno obwarowane, dostępu do nich broniły najrozmaitsze przegrody, miny, sieci i t. d. Forsowanie tych portów było więc przedsięwzięciem ryzykownem, graniczącem z szaleństwem. Włosi jednak zdecydowali to uczynić i postanowili najpierw sforsować port w Tryjeście i zatopić stojące tam pancerniki „Wien“ i „Budapest“. Sprawa była dokładnie przestudjowana i wszystkie przygotowania poczynione były w Wenecji, pod kierownictwem admirała Cito. Szefem wyprawy wyznaczony został kapitan Rizzo, znany ze swej odwagi i zimnej krwi. Wybrał on dla tego specjalny typ okrętu, tak zwany „ścigacz łodzi podwodnych“, czyli, jak go nazywają częściej po włosku M. A. S. M. A. S. jest okręcikiem niewielkim, bo mierzy nie więcej, niż 8—12 metrów długości. Posiada natomiast ogromną szybkość, sięgającą do 80 km. na godzinę. Jako uzbrojenie, nosi on ze sobą 2 torpedy i posiada karabin maszynowy. Załoga liczy 3 — 4 ludzi. Szybki i zwinny, niewidoczny zdaleka, trudny jest do zauważenia, zwłaszcza w nocy. Dla swej wyprawy wybrał Rizzo M. A. S. 9 i M. A. S. 13. W nocy 9-go grudnia 1916 r. maleńki zespół Rizzo opuścił Wenecję i udał się w kierunku Tryjestu; część drogi M. A. S. były holowane przez dwa torpedowce. Na M. A. S. 9 znajdował się sam Rizzo, a na M. A. S. 13 chorąży Farrazini. Gęsta mgła omal, że nie zmusiła śmiałków do zaniechania awantury, lecz dzięki temu, że Rizzo doskonale znał te miejscowości, udało się obrać właściwy kierunek. Gdy około godziny jedenastej, oba M. A. S. znalazły się blisko od wejścia do Tryjestu, torpedowce rzuciły hole i M, A, S. już o własnych siłach ruszyły dalej. W dziesięć minut później, M. A. S. podeszły do głównego mola, gdzie znajdowało się wejście do portu. Rizzo wyskoczył na molo, ażeby stwierdzić, czy nie ma jakiej ochrony lub warty; a nie zobaczywszy nic podejrzanego rozkazał płynąć do wejścia. Wejście było przegrodzone za pomocą kilku grubych łańcuchów stalowych nadwodnych i podwodnych. Marynarze rozpoczęli przecinać łańcuchy, ażeby zrobić sobie przejście. Podczas tej pracy, która trwała 2 godziny, słychać było rozmowę na molo około małego domku z oświetlonem oknem. Była to prawdopodobnie strażnica. Nakoniec około 2-giej, łańcuchy zostały przecięte i oba M. AS. przedostały się do portu, płynąc bez szumu wzdłuż molo i uważając bacznie, ażeby nie trafić w pole reflektorów, które stale oświecały port we wszystkich kierunkach. W 20 minut później ujrzał Rizzo ciemną masę okrętu w odległości 200 metrów, Rozpoznawszy, że był to jeden z pancerników, Rizzo przybliżył się do niego na 50 metrów, aby stwierdzić, czy nie posiadał pancernik żadnej przeciwko torpedzie, sieci i t. p. Rizzo przywołał do siebie M.A.S. 13 i rzekł przyciszonym głosem: „Ferrazini, pozostanie pan tu, ja zaś udam się na poszukiwanie drugiego pancernika, gdy usłyszy pan wybuch torpedy, to strzelaj natychmiast do tęgo okrętu i uchodź pan nie czekając na mnie“. Ścisnąwszy dłoń, Ferraziniego na pożegnanie Rizzo na M. A. S. 9 pocichu popłynął w głąb portu, szukając drugiego pancernika. Nie znalazłszy go, wrócił Rizzo do miejsca, gdzie zastał Ferraziniego. „Panie, szepnął Ferrazini, drugi pancernik jest w tamtej stronię o jakie 600 metrów stąd. Widziałem go. Niech pan kapitan zezwoli bym go zaatakował, mnie to będzie dogodniej“. „Dobrze, mój chłopcze, odrzekł Rizzo, a ja zajmę się naszym sąsiadem. Z Bogiem i punkt o godzinie 2.32 wypuszczamy torpedy“. M. A. S. zajęły swe stanowiska i w oznaczonym momencie cztery torpedy błyskawicznie mknęły ku swym ofiarom. Potężny słup ognia oświecił nagle port, straszny huk eksplozji torped wstrząsnął powietrzem, potem zapadły ciemność i cisza. W parę sekund później do Włochów dochodziły rozpaczliwi wołania o pomoc, Odpowiedziawszy radosnym okrzykiem „Niech żyje Król!“, Rizzo i Ferrazini udali się w kierunku do wyjścia, pewni, że torpedy ich zrobiły swoje. Reflektory austrjackie nerwowo poszukiwały sprawców, artylerja strzelała na chybił trafił lecz oba M. A. S. szczęśliwie wyszły z portu. Wkrótce M. A. S. znalazły dwa torpedowce, które na nie oczekiwały i cały zespół powrócił do Wenecji, entuzjastycznie witany przez ludność, gdzie już wiedziano o udanym wypadzie. Okazało się, że zatopiony został pancernik „Wien“, przyczem zginęło 46 łodzi. Niestety, torpedy M. A. S. 13 chybiły i „Budapest“ został nietkniętym. Bohaterski ten czyn miał ogromne znaczenie moralne, gdyż podniósł ducha marynarzy włoskich; Austrjacy zaś nie czuli się teraz zupełnie pewni nawet w głębi swych portów, oczekując lada chwila nowego ataku strasznych M. A. S.

PIERWSZE FORSOWANIE POLI.

Pola była głównym portem wojennym Austrji, w którym znajdowały się jej największe okręty. Rzecz zrozumiała, że dowództwo włoskie łamało sobie głowę nad tem, jakby się przedostać do tego portu i zniszczyć chociażby jedną z tych jednostek, ażeby pomścić stratę pancernika „Leonardo da Vinci“, który wyleciał w powietrze w Tarencie na skutek pracy szpiegowskiej wroga. Ażeby się przedostać wewnątrz portu, należało pod nosem wroga usunąć zagrody, które zamykały wejście. Zagrody te złożone były z grubych belek, powiązanych łańcuchami. Od dołu do tych belek uwiązane były sieci z minami przeciwko łodziom podwodnym. Przez tę zagrodę nie można było przedostać się w ten sposób, jak to później zrobiono w Tryjeście. Należało zastosować jakiś inny system. Włosi wybrali mały torpedowiec 9 P. N. i na jego dziobie umocowali 2 bryły ołowiu, ważące każda po 2 tonny. Przy pomocy bardzo dowcipnego urządzenia, bryły te mogły być opuszczone na wodę. Plan polegał na tem, że 9 P. N. miał stanąć obok zagród portowych w Poli i opuścić na nie ciężkie bryły ołowiu; w ten sposób cały system zagrodowy zostałby pogrążony w wodę na jakie 1 — 1½ metra i wtenczas lekki stateczek, najlepiej M. A. S. mógłby przedostać się do portu ponad zagrodą. Wybrany dla tego celu M. A. S. został specjalnie przystosowany, starano się zmniejszyć w miarę możności szum, pochodzący od pracy silników; ponieważ tego nie osiągnięto, to zamiast silni- ków spalinowych, zastosowano motor elektryczny, nie dający prawie wcale szumu. Załoga była dobrana również bardzo starannie. Całą imprezą kierował komandor Ciano; na M. A. S. znajdował się komandor Goraino, a na PN9 Cavaquari. W nocy z 1-go na 2-go grudnia 1916 r. wyprawa wyruszyła w drogę i niespostrzeżona przez wroga dotarła do zagrody u wejścia do portu, Tak bezszumnie pracowali Włosi, że łódź strażnicza austrjacka, która się znajdowała o kilkanaście metrów, nic nie usłyszała i nie zobaczyła. Pogrążanie pod wodę zagrody poszło doskonale dzięki uprzednim gruntownym studjom nad tą sprawą. Podczas tej operacji, dwóch marynarzy pracowało po szyję w wodzie, bardzo zimnej o tej porze roku. Gdy nareszcie zagroda była na tyle pogrążoną, iż można było przepłynąć ponad nią, M. A. S. prześlizgnął się do wnętrza portu. Na miejscu pozostał w maleńkiej łódce marynarz — de Angelis; miał on przy pomocy latarki ślepej wskazywać drogę powrotną. Prowadzony twardą ręką Goirano, M. A. S. przeszukał port wzdłuż i wszerz, nie znalazłszy nic godnego uwagi, nareszcie zauważyli Włosi niejasno, sylwetkę okrętu wojennego. Natychmiast były obie torpedy, niestety eksplozja nie nastąpiła, prawdopodobnie z powodu wadliwego działania mechanizmów torped. M. A. S. rozpoczął odwrót, kierując się światłem latarki, którą trzymał nieustraszony de Angelis, chociaż kilkakrotnie oświecany był reflektorami nieprzyjaciela. Przedsięwzięcie się nie udało, ale marynarze włoscy wiedzieli już teraz, że forsowanie Poli jest rzeczą możliwą i wyciągnęli z tego wnioski na przyszłość. Dowiedli również, że nie zważają na ciężkie warunki wojny morskiej i nie upadli na duchu. A że tak było świadczy taki fakt. W październiku 1916 r. torpedowiec „Nembo“ konwojował na morzu transportowiec z żywnością dla Montenegro. Nagle nastąpiła straszliwa eksplozja i jednocześnie zauważono w pobliżu peryskop łodzi podwodnej, „Nembo“ korzystając z ostatnich drgań swej maszyny uderzył łódź podwodną dziobem, poczem pogrążył się na zawsze w morzu, razem z dowódcą, odważnym kapitanem! Russo. Czterech ludzi z pośród załogi „Nerabo“ zdołało się utrzymać pa wodzie, dzięki pasom ratowniczym. Postanowili cni popróbować dotrzeć wpław do brzegów ojczystych. Niespodzianie usłyszeli w nocy szum motoru i ujrzeli zbliżającą się do nich łódź. Okazało się, że była to łódź z podwodnej łodzi U 16, która zatopiła, „Nembo“, lecz i sama została przez niego zniszczoną. Na łodzi znajdował się dowódca i kilkunastu ludzi. Austrjacy zaproponowali rozbitkom wejście do łodzi, lecz Włosi odmówili jednogłośnie, woląc śmierć, niż niewolę. Po sześciu godzinach walki ze śmiercią, wylądowali rozbitkowie na ziemi ojczystej. Pierwszą ich myślą było zaalarmowanie najbliższego posterunku wiadomością, że łódź z kilkoma Austrjakami musi się znajdować w pobliżu. Zarządzony natychmiast pościg dał dobre wyniki. Wszyscy Austrjacy dostali się do niewoli. Czterem bohaterom miasto Florencja ofiarowało medal złoty z tym prostym napisem: „nie!“

NAZARIO SAURO.

Gdy w południowej części Adrjatyku toczyła się walka o zdobycie wolnego wyjścia z tego morza dla łodzi podwodnych, w północnej jego części chodziło Włochom o obronę Wenecji. Na czele sił włoskich północnego Adrjatyku stał admirał Thaen di Revel. Był to mąż ostrożny, o charakterze wytrwałym i zdecydowanym; oficerowie nazywali go żartobliwie „Fabjuszem Kunctatorem“. Admirał był przekonany, że chwila walnej rozprawy z marynarką austrjacką jeszcze nie nastała i wszelką operację w tym sensie uważał za niepotrzebną i nadzwyczajnie niebezpieczną. Nie mając jednak najmniejszego zamiaru poprzestać na pasywnej obronie, powołał do współpracy młodych, energicznych i pełnych zapału oficerów, układając wraz z nimi plany atakowania okrętów austrjackich w ich własnych portach. Jednym z głównych współpracowników jego był Nazario Sauro. Sauro był Włochem z Tryjestu i obywatelem austrjackim. Gdy wybuchła wojna Sauro uciekł z Austrji i wstąpił na ochotnika do marynarki włoskiej. Ponieważ znał doskonale wszystkie kąty na wybrzeżu wokoło Tryjestu, postanowił admirał wykorzystać Sauro jako pilota podczas zamierzonych operacyj. Razu jednego, w maju 1916 r, przywołał do siebie Sauro i rzekł: — Mamy wiadomość, że w Tryjeście znajduje się parostatek, naładowany bardzo cenną amunicją dla armji nieprzyjacielskiej. Stoi on pod ochroną bateryj nadbrzeżnych, ale zdaje się, że Austrjacy nie są zbyt czujni, gdyż nie oczekują napadu w samym porcie. Czy pan rozumie, o co mi chodzi? — Tak, ekscelencjo. Admirał ciągnął dalej: — Dziś w nocy, torpedowiec 24 O. S. przedostanie się do portu w Tryjeście i zniszczy ten parostatek; pan ma się zameldować u dowódcy torpedowca, kapitana Gravina, jako doświadczony pilot. — Rozkaz, ekscelencjo. — Czy pan zdaje sobie sprawę z tego co się stanie z panem jako z obywatelem austriackim, gdy dostanie się pan do niewoli? — spytał admirał. — Powieszą mnie natychmiast — odpowiedział spokojnie Sauro. — Wobec tego, czy pan się zgadza? — Ekscelencjo, wasza ekscelencja codziennie prawie naraża swoje życie, które jest dla Italji daleko cenniejsze niż moje. Gdybym zginął, chciałbym urodzić się raz jeszcze, aby znów oddać życie za Italję. W nocy z 27 na 28 maja, torpedowiec 24 OS wypłynął z Wenecji i udał się w kierunku na Tryjest, Noc była ciemna, wszystkie ognie i latarnie morskie były nieczynne i tylko zawdzięczając zdumiewającej zdolności Santo orjentowania się w tych warunkach, udało się zachować właściwy kierunek. Torpedowiec przebył szczęśliwie pola minowe ochraniające wejście do Tryjestu. — Mamy szczęście — zauważył Sauro, — że żadna z tych min nie wysadziła nas w powietrze, co jest wprost niezrozumiałe. — Z minami trzeba umieć dawać sobie radę — odrzekł Gravina. — Czy pan wie co zrobił admirał amerykański Farragut, gdy, forsując wejście do Mobilu w 1862 r. znalazł się wśród pola minowego i jeden z jego okrętów wyleciał w powietrze? — Nie. — Otóż, Farragut krzyknął tylko na oficera, który mu meldował o minach: — Idź pan do djabła ze swojemi minami. Całą parą naprzódl Roześmieli się obaj. — Wysyłając mnie tu, nasz Fabjusz wyraził się mniej więcej w ten sam sposób — dodał Gravina. Torpedowiec był już w porcie i płynął ostrożnie za wskazówkami Sauro. Wtem na jednym ze stojących w porcie okrętów zaczęła migać czerwona lampa na szczycie masztu. Było jasnem, że Austrjacy zauważyli torpedowiec i dawali sygnał rozpoznawczy. — Nie odpowiadać nic! — krzyknął Gravina. — Naprzód całą parą! Baczność u aparatów torpedowych! Torpedowiec zbliżał się szybko do parostatku z amunicją, którego maszty dość wyraźnie zarysowały się w ciemności. — Pierwsza torpeda — pal! Druga torpeda — pal! — padła komenda. Ze złowrogim sykiem wyleciały torpe- dy z aparatów, torpedowiec zaś skręcił wlewo i całą parą szedł ku wyjściu. Dwie straszliwe eksplozje rozległy się prawie że jednocześnie. Parostatek stał tak blisko, że gęsty deszcz żelaznych i drewnianych odłamków spadł na niego, raniąc lekko dwóch ludzi. Austrjacy zbudzeni ze snu, obsypali torpedowiec gradem kul karabinowych, lecz nikt nie został ranny. Cała akcja torpedowca 24 OS była tak błyskawiczną, że artylerja nadbrzeżna nie zdążyła dać ani jednego strzału. W kilka dni później, 7-go czerwca admirał znów kazał wykonać bardzo ryzykowną operację w tym samym rodzaju. Austrjacy zorganizowali w miejscowości Parenzo lotnisko dla swych wodnopłatowców. Parenzo położone jest blisko < Wenecji i stąd wylatywały samoloty austrjackie, które tak bardzo dały się we znaki temu miastu. Thaen di Revel postanowił zniszczyć to gniazdo os. Należało więc znaleźć dokładne miejsce, gdzie się znajdowało lotnisko; dotychczas ani lotnicy włoscy, ani ich szpiegi nie zdołali tego dokonać. Admirał powierzył wykonanie operacji komandorowi-pporucznikowi Ciano, dowódcy torpedowca „Zeffiro“, który cie- szył się opinją strasznego ryzykanta. Miał on zabrać ze sobą Sauro, jako pilota. Całe to przedsięwzięcie było bardzo dokładnie przestudiowane przez samego admirała di Revel przy pomocy admirała Cagni, słynnego podróżnika podbiegunowego. Było więc ustalone, że „Zeffiro“ uda się do Parenzo pod eskortą dwóch małych torpedowców; 4 duże kontr-torpedowce miały być w pogotowiu, ażeby przyjść z pomocą, gdyby Austrjacy chcieli przeszkodzić operacji większemi siłami. Sam „Zeffiro“ miał zaraz po północy zjawić się niespodzianie w Parenzo, odnaleźć lotnisko i zniszczyć jego urządzenia ogniem artyleryjskim. „Zeffiro“ przybył szczęśliwie do portu w Parenzo, nie mógł jednak odnaleźć w ciemnościach miejsca gdzie się znajdowało lotnisko. — Przybijmy do molo, a ja wysiądę na ląd i postaram się odnaleźć to przeklęte lotnisko — zaproponował Sauro. Ciano zgodził się i „Zeffiro“ zaczął podchodzić do molo, gdy doleciały ich głosy w języku miejscowym, które się pytały, co to za statek. — Torpedowiec N. 51 — odpowiedział Sauro dobrze mówiący po niemiecku. — Wieziemy benzynę dla lotniska. Pomóżcie no nam ocumować się około molo. Okazało się, że na molo znajdowało się trzech żandarmów austrjackich. Przy ich pomocy „Zeffiro“ stanął wzdłuż molo i Sauro jął pytać się znajduje lotnisko. — To w przeciwnym końcu portu, — mówili żandarmi. — Przez ląd stąd trudno się tam dostać. — No, to chodźcie na torpedowiec i wskażcie nam drogę — zaproponował Sauro. Nic nie podejrzewając, żandarmi na otulony nocą pokład torpedowca i „Zeffiro“, kierując się ich wskazówkami, znalazł się niebawem nawprost lotniska. Jakież było najpierw zdumienie, potem konsternacja nieszczęśliwych ludzi, gdy „Zeffiro“ rozpoczął bombardowanie lotniska. Żandarmów rozbroili i zamknęli w kabinie. Baterje nadbrzeżne prawie, że natychmiast rozpoczęły odpowiadać; najpierw ogień ich nie był celny, lecz wkrótce pociski zaczęły padać blisko i kilka z nich trafiło Zeffiro“, zabijając. 5 ludzi i raniąc 12. Na odgłos strzałów nadeszły dwa inne włoskie i przyłączyły się do bombardowania. Wszystkie urządzenia lotniska — hangary, składy, kilka samolotów — spłonęły. Ciano, uważając swe zadanie za skończone nakazał odwrót. W drodze powrotnej, torpedowce włoskie zostały napadnięte przez samoloty austrjackie, lecz udało się im powrócić szczęśliwie do Wenecji. Niefortunni żandarmi odesłani zostali do obozu jeńców wojennych; Ciano i Sauro otrzymali medale złote. Po bombardowaniu Parenzo, Nazario Sauro brał udział w całej serji ryzykownych wypraw, niepokojąc Austrjaków w głębi mało dostępnych kryjówek wybrzeża północnej Dalmacji. 4-go czerwca przeprowadził łódź podwodną „Alropo“ do portu Quarnero gdzie „Alropo“ strzałem torpedowym zatopiła duży transportowiec austrjacki „Albanien“. W końcu przydzielony został jako pilot na łódź podwodną „Pullino“. Dowódca „Pullino“, Degli Uberto, miał przedostać się do portu Fiume i zniszczyć znajdujące się tam transportowce austrjackie. Transportowce te przewoziły do Cattaro amunicję i wyżywienie. Przedsięwzięcie było bardzo niebezpieczne, gdyż należało przechodzić pomiędzy licznemi wysepkami, na których pełno było punktów obserwacyjnych, wyposażonych w reflektory i artylerję. W tych przejściach mielizny nie pozwala- ły łodzi płynąć w stanie kompletnego zanurzenia. „Pullino“ dostała się szczęśliwie do zatoki Fiume, gdzie zatopiła dwa parostatki austrjackie, ale przechodząc pomiędzy wyspami Galiola i Unie, wpadła na skały Galioli, prawdopodobnie z powodu silnego prądu. Wszystkie próby zejścia z kamieni pozostały bez skutku. Na wyspie zaś znajdowała się niewielka latarnia morska, gdzie było kilku uzbrojonych w karabiny marynarzy austriackich. Austrjacy zauważyli łódź podwodną, i, kryjąc się poza skałami rozpoczęli ogień. Położenie było rozpaczliwe, bo Włosi żadnej innej broni, prócz rewolwerów nie posiadali. — Niech część załogi ukryje się w skałach, — rzekł Sauro. — Ja zaś zabiorę kilkunastu ludzi i pójdę z nimi wzdłuż wybrzeża znaną mi ścieżką. Napadnę na Austrjaków ztyłu; trzeba to uczynić, nim nie dadzą znać do Poli, inaczej natychmiast będą tu torpedowce austrjackie. Nazario Sauro ze swymi ludźmi niepostrzeżenie okrążył latarnię i uderzył na Austrjaków ztyłu. Po krótkiej walce wszyscy Austrjacy byli rozbrojeni i powiązani. Pozatem Włosi zniszczyli telefon i maszt sygnałowy. — Jesteśmy teraz Robinzonami na tej wysepce — mówił Uberto. — Wcale nie wyobrażam sobie, w jaki sposób stąd się wydostaniemy. — Przecie obsługa latami powinna posiadać jakąś łódź, — rzekł Sauro. Zaczął wypytywać jeńców, a gdy ci nie nic mówić, zagroził, że przypiecze ich ogniem, gdy nie powiedzą. Poskutkowało to natychmiast, okazało się, że Austrjacy posiadali aż 2 łodzie, jedną dużą, a drugą małą. Załoga „Pullino“ wsiadła do większej łodzi. Sauro nie chciał jechać z nimi. — Panowie mają bardzo mało szans na powrót do Italji, napewno łódź zostanie zauważoną przez Austrjaków; gdy się panowie dostaną do niewoli, utracą wolność na pewien czas, ja zaś jestem w oczach Austrjaków pospolitym zdrajcą, czeka mnie szubienica. — Pozostając tu, będzie pan również wzięty — mówił Degli Uberto. — Jadąc z nami, będzie miał pan chociaż małe szanse ratunku — dodał drugi oficer Coreggio — zresztą, my nie tu pana porzucić. — Moi panowie — rzekł Sauro — ja wsiądę do tej maleńkiej łodzi i wyląduję na wybrzeżu Istrji, której znam każdy zakątek. Łódź jest małą i nikt mnie nie zobaczy. Potem przedostanę się przez granicę. Tymczasem jeden z Austrjaków niespostrzeżenie skoczył do wody i przedostał się wpław do sąsiedniej wysepki Unie, gdzie opowiedział o tem, co zaszło. Z wysepki dano notychmiast znać do Poli skąd wysłano kilka torpedowców na poszukiwanie załogi „Pullino“. Większa łódź została szybko zauważona i załoga jej została wzięta do niewoli. Niceo później, torpedowiec „Satellit“ zauważył maleńką łódź i wziął Sauro do niewoli. Sauro bronił się zaciekle i zabił z rewolweru dwóch Austrjaków. Sam został ranny w twarz. Na zapytanie, kim jest, odpowiedział że nazywa się Nicolo Sambo, trzeci oficer na „Pullino“, jak się umówił z Ubertim. Odstawiono go do Poli, gdzie został poddany badaniu przez żandarmerię. Utrzymywał, że jest oficerem marynarki włoskiej, Sambo, urodzonym w Wenecji. Podejrzenie żandarmów było jednak wzbudzone tym faktem, że posiadali oni wiadomość, iż porucznik Sambo został przed dwoma miesiącami przeniesiony na t inną łódź. Tegoż samego dnia Nazario Sauro został zamknięty w więzieniu wojskowem w Poli, jako podejrzany. W parę dni później, jeden z żandarmów w rozmowie ze znajomym pilotem Antonio Pozzetto, opowiedział mu o Sauro. — Jak wygląda ten Sambo? — spytał Pozzetto. — Jest bardzo wysoki, wygląda na lat 50, siwiejący, ma czarne przenikliwe oczy. — Mam wrażenie, że znam go — rzekł Pozzetto. Nazajutrz przyprowadzono Sauro do sali badań, gdzie znajdował się również i Pozzetto. — Zna pan tego człowieka? — zapytano Sauro. — Widzę go po raz pierwszy. — A pan? — Ten człowiek nie jest wcale oficerem marynarki włoskiej i nie nazywa się Sambo. Jego prawdziwe nazwisko jest Sauro Nazario z Tryjestu. — Cóż pan na to? — Nic, ten człowiek ma dobrą fantazję, ale bardzo złą pamięć. — Proszę się spytać innych pilotów z Tryjestu, — rzekł Pozzetto. — Oni go powinni znać dobrze, bo Sauro był kapitanem okrętu handlowego. Rozpoczęło się dochodzenie, które Austrja prowadziła metodami średniowiecznej inkwizycji, przypominającemi procesy patrjotów włoskich w roku 1821. Nie można czytać bez oburzenia opisu badań i konfrontacji, którym poddany był bohaterski marynarz: wystarczy powiedzieć, że sędziowie austrjaccy sprowadzili matkę i siostrę Sauro, ażeby one go poznały; te nieszczęśliwe i szlachetne kobiety do ostatniego momentu oświadczały stanowczo, te nie znają go wcale. Wściekli tym uporem Austrjacy wtrącili obydwie kobiety do więzienia; Sauro, nie mogąc więcej znieść tej moralnej męki, przyznał się wtenczas, kim był w rzeczywistości. 10-go sierpnia 1916 r. odbyło się posiedzenie sądu wojskowego w Poli. Sąd uznał Saura winnym zdrady głównej i na wniosek prokuratora, majora Kahlera skazał go na karę śmierci przez powieszenie. Tejże nocy, na podwórzu więziennem wyrok wykonano. Sauro bez najmniejszego wahania stanął pod szubienicą. „Umieram w przekonaniu, że Italja zwycięsko wyjdzie z tej wojny, śmierć moja nie mą znaczenia i takich jak ja posiada Italja tysiące. Niech żyje król!“ Były to jego ostatnie słowa. Kiedy po zajęciu Poli przez Włochów, grób Saura znaleziono, został on pochowany na nowo z honorami wojskowemi. Minister marynarki, admirał del Bono w rozkazie dziennym tak pisał;

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…