Szkarłatne romanetto
JERZY BANDROWSKI
A
SZKARŁATNE ROMANETTO
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Ń
E
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
DRUKARNIA CONCORDIA, POZNAŃ
ROBERTOWI BOEHLKEMU POŚWIĘCAM.
Szkarłatne romanetto
JERZY BANDROWSKI
A
SZKARŁATNE ROMANETTO
„MUSI ZAWSZE“
Ń
E
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
DRUKARNIA CONCORDIA, POZNAŃ
ROBERTOWI BOEHLKEMU POŚWIĘCAM.
ROZDZIAŁ PIERWSZY.
I.
ksza zbudził się. Zbudził się nagle — jakby wołany głosem wewnętrznym — czy też cichym, natarczywym szeptem z bardzo daleka. Odrazu rozbudzony, szeroko otworzył oczy. W pokoju było zupełnie ciemno. Ani jeden kształt nie majaczył w tych ciemnościach. Było poprostu czarno. Mogło się zdawać, że to grób lub kompletna ślepota. Zamknąwszy oczy widziało się znacznie więcej niż z oczami otwartemi. A jednak w tych ciemnościach, w tej aksamitnej, miękkiej, ciepłej ciemni, panował jakiś denerwujący niepokój. Coś Niewidzialnego pełzło w ciemnościach, szukało czegoś, błąkało się i błądziło poomacku. Oksza miał przez chwilę wrażenie, że to może Lena wstała i senna, zaspana snuje się po . Ale nie — wszakże czuje przy sobie jej ciało bezwładne, gorące, zmysłowym żarem rozgrzane. Więc to chodzi — Ktoś. Nie chodzi, nie — błąka się w ciemnościach, poomacku, trwożliwie, niepewnie. W pokoju jest zupełnie cicho. W samym pokoju. Bo za oknami słychać szum, huk, gwizd, wycie, przeciągły, żałosny jęk. To w starym parku krzyczą, jęczą, łkają drzewa, łamiące się z wichrem jesiennym. W takich chwilach ogród przestaje być cywilizowanym, dobrze wychowanym, grzecznym parkiem, a staje się napowrót przyrodą, dziką, nieokiełznaną, samotnie i zdała od ludzi przeżywającą swe tragiczne i bolesne misterjum. Oksza widział w duchu, jak drzewa drżą, chwytają się konarami uciekającego, czarnego powietrza, jak słaniają się na nogach, niby pijane i jak krzyczą, zrozpaczone, tak strasznie samotne, tak sponiewierane... Ale to było tam, za oknami, zaś w pokoju panowała taka cisza, że Oksza wyraźnie słyszał pulsowanie zegarka, leżącego na marmurowej płycie szafki nocnej. I naraz, zupełnie wyraźnie, tuż przy swem uchu, ale z bardzo daleka, usłyszał cichutkie, skarżące się pytanie. Pytanie to powtórzyło się kilka razy. Nie rozumiał go, nie wiedział, skąd się wzięło, nie wiedział, co ono znaczy, co na nie odpowiedzieć. Odpływało, cichło, gasło i w racało wciąż. Bronił się. Próbował zasnąć. Ale we śnie, a raczej w półśnie, to niezrozumiałe pytanie formowało się coraz jaśniej. Wraz z dziwnemi figurami geometrycznemi, które wciąż przepływały mu przez mózg kredowobiałym, ruchliwym ornamentem, przesuwały się też słowa, właściwie nie słowa, lecz dźwięki, oderwane, niedorzeczne, zagadkowe. Równocześnie zaś przyszedł mu na myśl las: Wysokopienny, sosnowy, poważny las w górach, szumiący tragiczną pieśnią jesienną, ponury, nawskroś przewiany przenikliwym chłodem — i w tym lesie dwoje biednych wygnańców. Dlaczego wygnańców? Dlatego że każdy człowiek prawdziwy jest zawsze tułaczem bez ziemi! Ale dlaczego dwoje? Odpowiedź przyszła z błyskawiczną szybkością i niezachwianą pewnością: Jednym wygnańcem jest on, Oksza, drugim ten Ktoś błąkający się w ciemnościach po pokoju. Zatem: W zimnym, wichrem szarpanym, jęczącym lesie wysokopiennym, na podściółce z wonnych, sprężystych gałęzi i igliwia, tych dwoje przytulonych do siebie biedaków — i rozpacz w duszy i ciche, pełne skargi, lecz tkliwe pytanie. Jakie pytanie? Oksza zamknął oczy i słyszy: Ktoś szepcze:. — ...?
II.
ląkł się. Miał wrażenie, że ktoś w tych ciepłych, zmysłową wonią przesyconych, ale nieprzeniknionych, gęstych i lepkich ciemnościach, odszukał go i — trafiwszy do ucha — może teraz trafić i do jego serca. Co to wszystko ma znaczyć? Kto woła z ciemności? Bezwiednie przytulił się do śpiącej obok niego Leny. Jej jędrne ciało, ciepłe i dyszące silną, zmysłową zwierzęcą wonią — choć w tej chwili bezduszne i bezwładne — przywróciło mu świadomość rzeczywistości. Nie chciał jej budzić. Znużona i wyczerpana spała tak mocno! Ale — potrzebował jej. To był jego ratunek, jego jedyne światło rzeczywistości w tej strasznej, ciemnej nocy. Tylko aromatyczny żar jej ciała, tylko żywy rytm jej gorącej krwi, mógł go uratować przed tem okropnem Czemś, błądzącem cicho po po koju i szepczącem mu w ucho dziwaczne, nie zrozumiałe pytania. Jęknął z bólu. A ona spała, spała! Ręce Okszy, niestrudzone, jakby własny organ zmysłowy posiadające, pełzały wciąż po ciele śpiącej Leny, niby węże dwa, powolne, lecz mądre, z wiedzą niesłychaną wpijające się w każdą żyłkę, w każdy mięsień kobiety. Posuwały się naprzód tylko końcami palców, które jak gdyby miały rozum, oczy i usta, nie chybiały nigdy i samem tylko przylgnięciem do ciała, piły z niego krew. Śpiąca poruszyła się zwolna, leniwo, sennie, z samą tylko zmysłową świadomością ciała, wiecznie żądnego rozkoszy. Pełne, miękkie, ciepłe wargi przywarły do ramienia mężczyzny, zaczęły szukać w ciemnościach palącemi pocałunkami i wreszcie, natrafiwszy na arterję na szyji, przylgnęły do niej i zadrzemały w nieustającem, drobnem, pieszczotliwem drganiu. Młode, żądne rozkoszy, rozmarzone i rozgrzane ciało kobiety drgnęło. Przytulili się do siebie oboje, jakby wzajemnie szukając przedczemś obrony w tym uścisku. Twarz Okszy pogrążyła się w gęstwie jedwabistych, wonnych włosów. Silny ich aromat osłabił go i rozmarzył tak, że wdychając go, leżał przez jakiś czas bez ruchu, omdlały, odurzony, niby w półśnie. Ale po chwili podchwyciło go chłodne, krągłe ramię, które głowę jego wyniosło z tych wonnych odmętów, jak głowę człowieka, pogrążającego się w topieli. Znowu ogarnęła go senność. A za oknami wciąż szalała burza jesienna i stare drzewa w ogrodzie, szanowne i czcigodne, jak starzy prałaci, gięły się aż do ziemi.
III.
eżeli przytuleni do siebie, dygocący, wyczerpani. — Drogi, jedyny! — szeptała Lena, całując go w ramię. Ale on szepnął: Cicho, cicho, cicho! Na chwilkę tylko cicho! Posłuszna — umilkła, ale nie odsunęła się od niego. Zaś on, jak tylko szept jej zcichł, zapomniał o niej zupełnie. Przez chwilę czekał, aż zcichnie hucząca w nim burza rozpętanych zmysłów i nerwów. A potem nie czuł nic, jak tylko bezbrzeżne znużenie i smutek. Niezmiernie samotny i opuszczony leżał w mrokach nocnych. Życie, przed chwilą tak potężne, znowu gdzieś pierzchło, zniknęło. Pocałunki kochanki, jej ekstatyczne słowa, jąkanie w uniesieniu rozkoszy, jej uściski, wrzenie jej krwi — to wszystko złuda, złuda, złuda! Pozostaje jedynie ta pełna oczekiwania, tęskniąca samotność. Jakby z niezmiernej dali dolatuje do niego cichy, gorący szept kochanki: — Zbudziłeś mnie tak cudnie, jedyny... Bo właśnie śniłeś mi się, ach jakże rozkosznie! Widzisz, nie wiesz nawet, że jesteś królem snów moich... Oksza milczał. Dźwignęła się i całym ciężarem legła mu piersiami na piersiach. Zrobiło mu się nieopisanie słodko i duszno. — Więc śniłeś mi się ty! — mówiła, tuląc się do niego. — Ty — i mój mąż. Byłeś moim ubóstwianym, jedynym kochankiem — nawet w tym śnie. Działo się to w nieznanej mi krainie, pod przeczystem lazurowem niebem, gdzie jednak głównie były skały czerwone, a zieloności mało. — Gdzie to mogło być? — zapytał Oksza szeptem. — Nie wiem, ty mój najmilszy, nie wiem. Jak gdyby na pustyni. Wiem tylko, że niebo było szafirowe, bez końca. I otóż — leżałeś w mych ramionach — jak przed chwilą, a dusze nasze rozpływały się w słonecznej mgle miłosnej ekstazy. I naraz pojawił się nad nami mój biedny, dobry mąż — straszny, z ostrą włócznią w ręce. Widziałam, jak włócznię podniósł, widziałam, jak jej długie, cienkie ostrze błysnęło w słońcu i spadło na twoje plecy... I w tej chwili uczułam przeszywający ból w sercu. Zrozumiałam, że ostrze włóczni przebiło nas oboje i połączyło w śmierci i rozkoszy. Ostatnie tchnienie wypiłeś z moich ust ty, ukochany... I tak oboje zamarliśmy w miłości... na wieki... Cudowny sen... — Musiałaś to gdzie wyczytać — rzekł sceptycznie Oksza. — Nie, nie, tak było! Konałam razem z tobą w rozkoszy. I w chwili, kiedy już zamierałam, do nowej rozkoszy zbudziły mnie twe pieściwe ręce... Przywarła do niego całem ciałem. — Jak mi z tobą dobrze! — szeptała mu w ucho. — Jakże cudowne są te nasze czarne noce!W dzień ja jestem pani mecenasowa i muszę mówić dużo, dowcipnie, rozumnie... I taka jestem z tam biedna, że gdy się znajdę sama w domu, siadam w salonie na fotelu i sama sobie opowiadam bajki... Dopiero z tobą, w nocy, jestem wolna, jestem sobą. Mogę myśleć, i robić wszystko, co chcę... A nikt nie wie nawet, jak wiele z tego, czego człowiek pożąda i pragnie całą duszą, robić nie wolno. — Leno! — Co kochanie? — zdziwiła się. — Czy ty mnie kochasz? — Jak możesz pytać? Nie czujesz? — Więc powiedz mi, jak mogłaś kochać przedemną tylu innych? Bo przecie ich kochałaś? — Ach ty, zazdrośniku! O przeszłość jesteś zazdrosny? Byłam bardzo młoda i bardzo, bardzo pragnęłam miłości, bo zawsze do ciebie tęskniłam i zawsze wszędzie ciebie szukałam. — Więc znalazłaś? Jesteś tego pewna? — O tak... Znalazłam... Wiem... Jesteś mój... Dreszcz nagłego pożądania wstrząsnął jej ciałem. Oplotła go sobą. — Jesteś mój! Mam cię! Posiadam!... Jęcząc głucho, zaczęła szukać jego ust, a znalazłszy je, przypadła do nich swemi gorącemi, wargami, obrzmiałemi gorączką rozkoszy. Oksza doznał w tej chwili uczucia graniczącego niemal ze strachem. Oto czuł, że te szalejące miłością członki kobiety wiążą go, krępują, zniewalają. Uczuł się rzeczą posiadaną, cudzą własnością, przedmiotem bezwolnym, bezbronnym. Przemknęło mu przez myśl, aby ją odtrącić od siebie, wyrwać się z jej objęć, uciec. Ale upokorzenie, jakiego doznawał, było tak słodkie, że poddał się mu, znajdując w niem nową podnietę dla zmysłów. Zaś ona, uradowana tą jego bezsilnością i swą władzą nad nim, spowiła go swem ciałem, zwycięska, triumfująca, nienasycona.
IV.
łowa kochanka zwisła jej w ramionach. Po jego równym, spokojnym oddechu odgadła, że śpi. Ciało jego zaczęło ostygać z miłosnego żaru. Lecz kochanka nie wypuszczała go z objęć. Ramiona jej drętwiały pod uciskiem ciężaru jego bezwładnej głowy — ale mimo przykrego bólu nie usuwała ich. Tkwiła w ciemnościach, ogrzewając go swem ciałem, z ustami niemal przywartemi do jego ust. Wiedziała, że śpi. — Gdzie jego dusza teraz? — myślała. Zbudziło się w niej niejasne, niewytłumaczone podejrzenie. Mimo że nie ustawała w subtelnych, drobnych pieszczotach, ciało jego, przed chwilą jeszcze tak jej oddane, nie odpowiadało na nie, nie czuło ich. Było jakby martwe, obce. — Gdyby można serce rozkroić i wyczytać w niem prawdę! — myślała. — Gdyby można do duszy zajrzeć! Ileż razy czuwała tak nad nim, skupiona, całą duszą słuchająca każdego jego tchnienia! Wtem jego pierś zaczęła się prężyć gwałtownie. Mięknie na ramionach śpiącego stwardniały, kark nabrzmiał i stężał, oddech stał się chrapliwy. Była to walka, ale z czem, z kim? Z ust śpiącego wydobywały się niezrozumiałe, oderwane dźwięki. Lena pochyliła się, przypadła do tych ust uchem. Przez jakiś czas zdawało się jej, że to tylko bezładny bełkot. A potem głośno i wyraźnie zabrzmiało dziwne, żałosne pytanie: — Ana-ta?
V.
budziła go kilku pocałunkami. — Co? Czy już dzień? Wstawać? Nie, leż, leż, jeszcze noc, kochanie, czarna noc. Powiedz mi, czy ci się co śniło? — Ja nie spałem. — Prawdopodobnie zdrzemnąłeś się. Leżałeś tak spokojnie... — Myślałem. — O czem myślałeś w moich ramionach, powiedz! — Pustynia... Skały czerwone... Nie, to nie może być... Nigdy tam nie byłem... Mówił z trudem, jak przez sen. — Któż wie, najsłodszy, któż wie? Może kiedyś... — Nie, nigdy! — zaprzeczył stanowczo. — Ja wiem! — Zatem to pewnie reminiscencja! — cofała się. Ale jeśli wiesz, to powiedz, ty straszny, dokąd twoja dusza odchodzi? Drgnął, jak gdyby chciał się od niej odsunąć — Nie wiem! — odpowiedział po chwili z wysiłkiem. Przytuliła się do niego jeszcze mocniej, aby czuć, jak bije jego serce. — Czy nie słyszałeś, kochany, czy nic słyszałeś czegoś? — Czego? — zapytał spokojnie. Ale serce jego stanęło, a potem poskoczyło płochliwie. — Czy nie słyszałeś, nie zdawało ci się może, jak gdyby ciemności szeptały... nie, jak gdyby ktoś chciał z ciemności przemówić?... Odsunął się od niej. Zlękła się. — Nie uciekaj odemnie, kochanku mój, nie wyrywaj mi się z ramion, nie odsuwaj się. Noc jeszcze czarna, słyszysz, jaki tam wiatr? Kłamała. Wiatr zcichł, rolety w oknach obramowane były blademi obwódkami; świtało. Ale ona wiedziała, że on ma zamknięte oczy, a słuch wytężony do wewnątrz. — Przysuń się bliżej, przytul się do mnie, ty nieodgadniony w ciemnościach. Wciąż uciekasz, wciąż szukać cię trzeba. Zato cię kocham. — Nie rozumiem cię. Nie kłam, najdroższy. Nie od dziś stoję u wrót twej duszy i podsłuchuję. Chciałabym twą duszę mieć w sobie i może dlatego tak cię kocham, że jej za skrzydła złapać nie mogę... Bo ona wciąż ucieka... Dokąd? Dokąd? Mów! Ty milczysz? — Słucham cię. — Słuchasz. Wiem. Ale nie mnie. Słuchasz kogoś innego, co woła do ciebie z ciemności. O, nie przecz, mnie nie okłamiesz. Ileż razy, gdy Ty spałeś, słyszałam, jak cień jakiś szamotał się tuż przy nas z nocą, jakby pęta jej chciał zerwać... I dziś — czarne fale kołyszą się dokoła nas. Ktoś chce coś powiedzieć i — choć mu nie wolno — powie! Znajdzie usta, które przemówią za niego. Ten cień, wątły niby i nikły, siły ma ... Zwycięsko przedziera się przez pustkę... Nie czujesz go dziś koło siebie? Ścisnął ją za rękę. — Czuję! — szepnął — Krąży dokoła nas i szuka. — Kto to jest? Wpatrz się w ciemności i powiedz. — Może wspomnienie... — Czego szuka? — Życia. — Ach, zatem najgorsze ze wszystkiego, co mogło być. To przychodzi Ktoś, kto ma do ciebie prawo. Zatem kobieta, której się należy twoja miłość! Powiedz mi wszystko, co o niej wiesz, ty straszny. Będziemy cię obie kochały, ja — wraz z tą zmorą. — Cicho! Nie czujesz? Jest przy nas. Cicho. — Nie obawiaj się. Ona i tak słyszy myśli nasze. Mów, co wiesz o niej? — Cóż mogę wiedzieć? — Zdaje mi się, że jest bardzo biedna... Musi jej być zimno w tę długą, jesienną noc... Cichutkim, żałosnym głosem pyta... Nie słyszysz? Co mówi? Powtórz! — Nie wiem, nie wiem, nie mogę. — Więc ja ci powiem! Cichym, jak tchnienie, głosem, wołającym z ciemności, ona pyta: — Ana-ta? Oksza zerwał się, usiadł na łóżku i głośno rzekł: — Zapal światło. W jego głosie czuć było strach. Dał się słyszeć cichy trzask i naraz z góry lunęła na pokój powódź światła.
VI.
opatrz! Niema nigdzie nikogo! — mówiła. — Uspokój się. Ty sam to słowo wymówiłeś przez sen. Ja je za tobą powtórzyłam. Niema w tem nic nadzwyczajnego. — Więc ja to słowo wymówiłem przez sen? — Człowiek nieraz bredzi przez sen bez związku. — A-na-ta! — powtórzył. — Coby to mogło znaczyć? — Nic nie znaczy! — uspokajała go skwapliwie — Słowo, które spadło z gwiazd, zaświeciło swą nieznaną treścią, a teraz leży czarne i martwe. — A może wróciło z piekła... A-na-ta... Pytającym, zdziwionym wzrokiem powiódł po ścianach bogato urządzonej sypialni. Blade gobeliny, jasne mebelki, ciemne obrazy w złoconych ramach, wielkie lustra... — Czemu się tak przyglądasz? Znasz przecie ten pokój jak swój własny... Z pewnością pełno będę miała sińców na ciele po dzisiejszej nocy... Stanęła przed wielkiem lustrem i uśmiechnąwszy się do niego, spuściła na ziemię batystową koszulkę. Leciutka, biała chmurka spłynęła na dywan, odsłaniając cudowny akt. Była smukła, zgrabna, a jednak pełna, jędrna, silna. Lekko drgały jej krągłe piersi, różowemi końcami na zewnątrz zwrócone. Stopki miała drobne, nogi smukłe, uda pięknie strzelające w górę, a na nich biodra, jak przecudny kielich, z którego niby kwiat, wychylała się górna część jej ciała. W całej jej postaci był słodki, prawie dziewczęcy wdzięk, połączony z świadomą siebie, kobiecą dojrzałością. Karnacja jej grała właściwym żydówkom, gorącym, zmysłowym żarem, miała jednak odcień popielaty, ziemisty, jak gdyby w jej żyłach była domieszka krwi afrykańskiej, murzyńskiej. — Chodź do mnie! — rzekł Oksza, który podparłszy na poduszkach ręką głowę, przyglądał się jej uważnie. Usiadła przy nim na łóżku. — Spojrzyj mi w oczy! Zwróciła ku niemu twarz, szeroką, naiwną, dziecinną twarz negrytki o dużych karminowych ustach, szerokich kościach policzkowych, rozdętych nozdrzach i niskiem czole, okolonem gęstą zmierzwioną masą włosów, czarnych jak sadza, cienkich, jedwabiście połyskujących. Twarz ta miała również popielaty odcień. Ogromne, ciemne oczy były smutne. Oksza wgłębił prawą rękę w splecioną, powikłaną chmurę czarnych włosów i tak trzymając ją za sploty, zaczął lekko kiwać jej głową. Natychmiast karminowe usta rozchyliły się w uśmiechu, pokazując białe, lśniące zęby. Oksza przybliżył jej twarz ku swojej twarzy i długo, długo patrzył jej w oczy. Były to oczy przecudowne, chwytające za serce swym otchłannym wyrazem psiego oddania się, dziecinnej wiary, świadomości swej słabości i pragnienia miłości, oczy ciemne jak aksamitna noc, rzewne jak dwie studnie łez i tajemnicze, jak dwie czarne gwiazdy bliźnie, wędrujące w przestrzeni ku nieznanemu przeznaczeniu. I w miarę, jak Oksza wiercił w nich bezlitosnemi, mocnemi, surowemi spojrzeniami, oczy te zaczęły drgać boleśnie, rozpłynęły się w dwie wielkie, drżące, przepastnie ciemne plamy i błysnęły brylantami wielkich łez. Zaś Oksza powoli, poważnie poruszył przecząco głową i wyjął rękę z włosów kochanki. Młoda kobieta zrozumiała ten ruch i cofnęła się gwałtownie. — Dlaczego? — jęknęła boleśnie. — Muszę szukać tej, która ma do mnie prawo! — rzekł poprostu. — Sama powiedziałaś! — Szukać zmory? — A ty — czy nie jesteś moją zmorą? — Ja — zmorą? Czyż nie jestem z ciała i krwi? Spojrzyj! Zerwała się i stanęła przed nim naga, śniada, wyprostowana, wyzywająca. — Spalisz się, spłoniesz w mych ramionach, ostatnie tchnienie oddasz w pocałunku, ostatnią kroplę krwi z ciebie wypiję! — Zmoro! — rzucił jej Oksza z uśmiechem. Zmieszała się. — Głupia jestem. Masz słuszność, że się ze mnie śmiejesz. Głupia jestem. Ale też wiesz, że nie jestem twoją zmorą. — Ani twemu ciału, ani wrzeniu twej krwi obronić się nie mogę! — odpowiedział. — Ale tu niema nic prócz ciała i krwi, złudy, wiecznej złudy rozkoszy... — Złudy! — krzyknęła, chwyciwszy się obu rękami za włosy u skroni. — Więc to, co ja ci dawałam, jest złudą! — Nic się nie wyczerpuje tak prędko, jak rozkosz miłości zmysłowej. Zrozumiałem to dzisiejszej nocy... Powiedziałaś, że mnie posiadasz, że jestem twoim... — Nie, to nieprawda, nie wierz temu! To ty mnie posiadasz, to ja jestem twoją, twoją niewolnicą, sługą. — — Pozwól! Wtedy zrozumiałem, że istotnie panujesz nad memi zmysłami i ich krzykiem chcesz zagłuszyć wołanie duszy. A nad tą duszą władzę ma kto inny. — Nie chcę żadnej władzy nad tobą. Miej ty ją nademną. — Poco? Nie jesteśmy dla siebie. Zdawało mi się, zdawało... To te twoje oczy! Oczami uwiodłaś mnie, oczami okłamałaś... — Nie okłamałam! Dałam ci wszystko, co oczy obiecywały! — Ale ja dziś wiem napewno, że to jednak nie są te oczy, których szukam... których szukać muszę... i muszę znaleźć... — Człowieku, czego szukasz, powiedz, znajdę ci! — mówiła w rozpaczy kobieta. — Pójdę, gdzie zechcesz, niczego się nie ulęknę... Jestem bardzo bogata, mąż da mi wszystko, co ma i dwadzieścia razy znowu zrobi majątek... Jego głowa jest tak nieywczerpaną kopalnią złota, jak moje serce niewyczerpaną studnią miłości. Nie odrzucaj, nie marnuj!... Człowieku, człowieku, bądź-że choć na chwilę człowiekiem! Nie depcz po kwiatach... Oksza panował nad sobą. Cierpiał, wstyd mu było, ale usłyszawszy ostatnie słowa, roześmiał się głośno. — Nie depcz po kwiatach! — zawołał. — Dobre jako napis... — Co? Co? Co? — cofała się przerażona. Coś nim szarpnęło. — Jako napis — oddający plantacje — pod opiekę publiczności... — Co ty mówisz? — Dość! Kobieta złamana padła twarzą na łóżko i jęcząc z cicha zaczęła z bólu rytmicznie drgać całem ciałem. Oksza ubrał się szybko i cicho wymknął z sypialni.
VII.
chodził zwolna po szerokich, niskich, marmurowych stopniach, czerwonym chodnikiem wyścielonych. W przestronnej klatce schodowej panował jeszcze półmrok. Wielkie renesansowe okno zaplecione było ruchomą kratą czarnych, zmokłych gałęzi, rozhuśtanych przez wicher nocny i chwiejących się teraz za lada podmuchem. W ich rytmie było już zupełne wyczerpanie i tragiczna rezygnacja. Wogóle — wszystko było tragiczne. — Nigdy już więcej stopa moja nie przejdzie przez próg tego domu! — zaprzysięgał się patetycznie Oksza. Ale w tej chwili spuścił trochę z tonu. — Oczywiście, nigdy już więcej! Nie można zaprzeczyć Lena jest bardzo piękna — myślał — ale ta jej zwierzęca, nieokiełznana namiętność i semicka pseudo-poetycka egzaltacja jest nie do zniesienia. Przypomniał sobie, jak dla uczynienia zadość jej kaprysowi, musiał ją czasem odwiedzać w kostjumie Cyda, Romea, Urjela... Skusiła go przewrotność tych schadzek, ale w końcu ogarnął go wstręt... Co za przyjemność siedzieć w banalnym salonie przy świetle lamp elktrycznych w stroju granda hiszpańskiego i pić herbatę... A przytem — kostjum, to wielka rzecz, która narzuca ruchom pewien styl... I jakże dać się kochać i kochać samemu nie dla siebie, lecz jako Romeo czy Hamlet, jako cień Okszy... który przecie jest znów cieniem zwykłego Ślązaka, nazwiskiem... E, mniejsza z tem! Dość na tem, że gdy się człowiek przefiltruje przez trzy kostjumy i trzy nazwiska, w rękach kobiety staje się wszystkiem, czem ona chce go mieć, modelem trzcinowym, na którym ona drapuje swą miłość, jak się jej podoba, gdy on najzupełniej przestaje być sobą. Dość, dość, dość! Histeryczka, fantastka! W bramie zapalił papierosa. Dzień był blady, zmęczony, szary, ze śladami walk nocnych na twarzy, apatyczny, zniechęcony. Czarne konary drzew sterczały jak przegniłe piszczele poczerniałych . Nad tym posępnym ogrodem śmierci polatywały w szarej przestrzeni zamazanego nieba wrony, ciężko bijąc skrzydłami gęste, zimne powietrze. Świeży podmuch orzeźwił trochę młodego człowieka. Podniósł kołnierz jesiennego palta. — Szczęście, że brama już otwarta! — myślał — Ach, ta Lena! Pikantna, prawda, ale pocóż się zaraz tak zgrywać! Nagadała dziś w nocy z pięćdziesiąt arkuszy. Męczące. Szedł powoli, znużony, oszołomiony. Myśli spłoszone, rozgonione nocnemi przejściami, wciąż gdzieś jeszcze pierzchały. Nie mógł ich zebrać. A tedy chwytał się oczami tak dobrze znajomych drzew, domów, bram... Bruki były oślizgłe, niebo szare, domy mokre, szyldy ociekające wilgocią, twarze spotykanych po drodze ludzi żółtawe, niechętne, zgryźliwe, tramwaje, ryczące i piszczące przenikliwie na zakrętach, zapocone okna domów, jakby bielmem powleczone, ale przecie to był realny świat, rzeczywistość, życie prawdziwe. W pewnej chwili zaczęła się wysypywać z bram domów młodzież szkolna, z czego Oksza wywnioskował, że jest trzy na ósmą. Dzieci zbijały się w małe gromadki i dreptały żywo, rozmawiając, śmiejąc się, potrącając. Ulica wypełniła się stukotem obcasików drobnych pantofelków. Był to drobny, ale żywy, nerwowy, wesoły rytm, który Okszę niemal pieszczotliwie łaskotał. — To nie zmory, duchy, nie przywidzenia! — mówił sobie. Proszę! Nawet zaklęcie jakieś wymyśliła... Co to było za słowo? A-ga-ta? Ana-te-ma? Atonja? Nie — to czarownica, nie chcę mieć z nią nic wspólnego... Stanąwszy na Wałach Hetmańskich zawahał się. Łechcący tak mile jego uszy stukot szpiczastych, drobnych obcasików dziecięcych przeszedł w piano, pianissimo i wreszcie umilkł. Roje dzieci zapadły się w ziemię. Szerokie, szare, mokre bulwary, jesiennym smętkiem zaciągnięte, były puste, bezludne. Zrobiło się znów smutno, posępnie. Ale w tej chwili głośno, powoli, miarowo, dźwięcznie zaczęły bić lwowskie zegary. Łagodnie szerokimi bulwaram i płynęły melodyjne, miękkie, poważne fale dźwięków. — Stare rupiecie! — pochwalił Oksza w duchu dobrotliwie sentymentalną muzykę dzwonów — Stare rupiecie, nie nowomodne budziki. Mijali go śpieszący do biur urzędnicy z teczkami pod pachą, ufryzowane paradnie, opasłe, nadęte kupcowe, panienki sklepowe, biegnące szybko. Tu i owdzie trzepotały już podnoszone rolety sklepów. Machinalnie skręcił na prawo i poszedł szeroką ulicą Legjonów. Kłaniając się w duchu, popatrzył na smukłą kolumnę Mickiewicza. Zdała obrzucił wzrokiem przyciężką trochę, ale szlachetną, barokową fasadę kościoła Bernardynów. Uśmiechnął się na widok niezgrabnych, ciężkich dorożkarzy, rozmawiających głośno pod hotelem Żorża djalektem, w którym najohydniejsze wyzwiska uchodziły za pieszczotliwe słowa braterskiej miłości. Niebo zaczynało się trochę wyjaśniać. Tu i owdzie przez ołowiane chmury przebijał blady, niedokrewny błękit, świecący, lecz chory, jak stary, spłowiały jedwab. Oksza szedł powoli ulicą Akademicką. W tym szpalerze domów nudnych i bez wyrazu, których jedyną ozdobą było obramowanie okien wystawowych u dołu, w tej chwili jednak ołowianem bielmem rolet zasnutych, zrobiło mu się znów smutno, szaro, beznadziejnie. Szedł, patrząc na dymy, bijące z kominów i powoli wsiąkające w szare, chmurne niebo. — Kto zrozumie, kto wypowie bezcelową, niezrozumiałą mękę naszej pracowitej, a tak niedorzecznej egzystencji? — myślał, zarażony szarzyzną jesiennego dnia. Przyszła mu znowu na myśl Lena, Lena zrozpaczona, opuszczona. Zrobiło mu się jej żal; pozwolił sobie nawet na rozkosz ubolewania nad nią. Równocześnie jednak miał wrażenie, jakby stargał jakieś pęta. Złapał się na tem. — Mężczyzna to jednak straszne bydlę! — rzekł sobie sentencjonalnie. W tej chwili spostrzegł idące naprzeciw niego dwa podlotki. Która z nich była ładniejsza, nie wiedział, zauważył jednak, że jedna z nich, z różową buzią, obramowaną futerkiem kapturka, roześmiała się naraz tak, iż na całą ulicę błysnęły jej żywe, świecące usta, szkarłatne wargi i lśniąco-białe zęby. Oksza mimowoli uśmiechnął się do niej, a potem powiedział sobie twardo: — Otóż: Niespodziewany uśmiech tej dziewczynki jest więcej wart, niż wszystko, co było. Raz człowiek żyje na świecie — no, i już! I łzy są dobre i rozpacz, byle powietrze było świeże i czyste. Każdy robi, co może: Ja swoje, Lena swoje, przymusu żadnego niema. Każdy żyje, jak umie. Tak pomyślawszy wszedł do cukierni. Aromat kawy, mleka, ciastek, wczorajszych perfum, lepszych papierosów, kobietek. Bardzo przyjemnie. Mozajkowa kamienna podłoga wysypana trocinami; chodzi się miękko, cicho. W pękatym, stalowym piecu huczy płomień. Słodki uśmiech wszystkich panien z za lady dla znanego aktora. Mdłe, niemal wodą kolońską pachnące obrazki na pudełkach z cukierkami. Womitujący ryk wentylatora. Koło wielkiego okna gipsowa figura Flory o wydatnych, półobnażonych biodrach... Parę manjaków, zatopionych w gazetach. — Kawka dla pana dobrodzieja? — Niech będzie kawka i rożki. Oksza stanął przed wielkiem zwierciadłem, poprawił krawat, dłońmi przygładził włosy, uśmiechnął się do siebie i usiadłszy przy swym stoliku, zaczął nieznacznie kokietować siedzącą w pobliżu okna damę w pluszowem palcie z kołnierzem z niebieskich lisów. I tylko czekał chwili, w której będzie się jej mógł przedstawić: — Jan Oksza, artysta dramatyczny.
ROZDZIAŁ DRUGI.
I.
ego wieczoru grał Genjusza w „Wyzwoleniu“. Nie lubił tej roli. Wiedział, że — podobnie, jak trumna św. Stanisława w „Bolesławie Śmiałym“ — tak i ten snujący się po scenie posępny Genjusz w ciemnozielonej szacie, śniedzią patyny przysypanej, jest właściwem nowem wcieleniem marmurowego komandora. Strach brał go na myśl, jak uparcie wciąż plenią i mnożą się widma, jak nigdy nie chcą zejść ze sceny. Miał wrażenie, że grając tę rolę, wdycha w siebie tchnienie śmierci. Skutkiem tego grał opornie, jakby łamiąc się z samym sobą, niechętnie. Prócz tego ogarnęło go znów to znane mu tak dobrze, dziwne, niemal chorobliwe podrażnienie i zdenerwowanie, niepokój połączony zarazem jakby z przeczuciem, stan graniczący z owym stanem, jaki w psychologicznym procesie ,Idjoty‘ Dostojewskiego poprzedza i zapowiada atak epilepsji. Było to, jak gdyby nad duszą, czy nad myślą, nad wewnętrznem poczuciem życia zawisł rozpostartemi ogromnemi skrzydłami ponury, groźny, czarny ptak. Ten cień złowrogi milczał, ale nie ustępował, rzucał na duszę chmurę przygnębienia, ciężył niemiłosiernie strwożonym, zaniepokojonym myślom. Oksza snuł się po scenie prawie nieprzytomny, roztargniony, zasłuchany w ten swój wewnętrzny niepokój. Miał wrażenie, że wszystko, co go otacza, wszystko co widzi, słyszy i robi, jest nieistotne, bez treści, martwe. Nawet słowa są tylko cieniami słów. Realne, istotne, prawdziwie żywe jest tylko to Nieznane, to Niezapomniane, lecz nie dające się przypomnieć, straszne, wołające przez niezbadane odmęty wieków. Czyżby to była śmierć? Może być. Śmierć jest tu, wśród zastygłych w bezruchu chorągwi i sztandarów pod sklepieniem wzniesionej sztucznie katedry wawelskiej. Tu ona krąży, pośród ludzi rozmodlonych, skupionych, a nosi ją na sobie on, Oksza. Za chwilę stanie nad otwartym grobiem i zacznie wołać cały naród, aby wraz z nim zstąpił dobrowolnie w podziemia. Możliwe jest, aby cały naród skonał na wieki? Możliwa jest wieczna śmierć? A otóż, mimo wszystko — nie! Cokolwiekby było — cóż można wiedzieć? — Oksza czuje napewne, że nie. Śmierć! Śmierć! To właśnie to złudzenie, które mu robi tak obrzydłą tę rolę połyskującego szmaragdem patyny spiżowego posągu, ze spiżowemi liśćmi wawrzynu na czole. Widmem jest ten genjusz, złem, zwodniczem widmem, ponieważ głosi śmierć, której niema. Wola jest nieśmiertelna. A wtem Oksza drgnął, wpatrzył się przed siebie w czarną, dyszącą wzruszeniem widownię, skamieniał. Nie widział nic. Ale czuł, że ktoś wbił mu w serce spojrzenia ostre i przeszywające, jak promienie słoneczne. A po chwili z ciemności błysnęło ku niemu dwoje oczu, oczu dalekich, patrzących jak gdyby z dna otchłani, z drugiego brzegu przepaści, oczu krzyczących, wołających pomocy, oczu, które — czuł to — miały do niego prawo, oczu jedynych na świecie. I chwycił go wielki ból i wielka, gorzka żałość nad tem, że tych oczu najdroższych, od dziecka doń wołających, znaleźć nie może, że nie może zbudzić w nich błękitnych iskierek szczęścia, że nie może wydobyć z nich cichych łez radości ponownego poznania. O męko wiecznej tęsknoty i beznadziejnego poszukiwania! Podciął go chyżym szeptem sufler. Oksza zebrał się w sobie, opamiętał. Potoczyły się uroczystym rytmem obrzędowego zaklęcia straszne, jak gdyby z grobu szeptane, słowa wezwania, ściągające naród cały w przepastną nicość zaświatów.
Wewiodę was nad groby łez, Byście nikczemność widząc ciała, Ujrzeli okiem żywy KRES, Śmierć, która cuda działa.
Dźwięczny, melodyjny baryton Okszy pełen był melancholji, bezgranicznego smutku, pogardy życia, beznamiętnej radości samounicestwienia. Było to, jak gdyby śmierć śpiewała swą tajemniczą, świętą kołysankę. Na scenę z krzykiem wpadł Konrad.
II.
Pstra ciżba szybko schodzących ze sceny figur wyniosła Okszę na korytarz, na którym czekali już krawcy, fryzjerzy, maszyniści. Gwar stłumionych rozmów zagłuszył rozpaczliwe okrzyki Konrada, wciąż jeszcze pasującego się ze swą męką na scenie. Oksza ubierał się wraz z kilku kolegami. Zmęczony usiadł na swojem miejscu i, rozbierając się machinalnie, patrzył w zamyśleniu w jaskrawo oświetlone lustro. Do garderoby wszedł baron Reger, człowiek bardzo bogaty, światowy, bywalec teatralny, protektor sportów, przyjaciel Okszy. Przyjaźń ich powstała na tle wspólnego zamiłowania do szermierki. Oksza był znakomitym fechtmistrzem. Baron, człowiek starszy, ogromnego wzrostu, ociężały, „wyszedł już z formy“ i rzadko kiedy brał szpadon do ręki, niemniej wciąż żywo szermierką się zajmował i sędziował a przynajmniej asystował przy wszystkich ciekawszych „assauts“. Wyglądał dość dziwnie: Ogromny, twarz miał mięsistą, czerwoną, oczy wypukłe, ciemne, gęste brwi nastroszone, wąsy długie, bujne, w prawym oku monokl; robił wrażenie złośnika wiecznie Zagniewanego i tuż mającego wybuchnąć. W rzeczywistości był to człowiek cichy, skromny i delikatny, w stosunkach z ludźmi uprzedzająco grzeczny i uprzejmy, zazwyczaj milczący i zamknięty w sobie. Oksza, z twarzą wciąż jeszcze bronzową, ale już lśniącą od waseliny, napół wyłuskwiony z ciemnych, powłóczystych szat, siedział w garderobie jak nieprzytomny. Ujrzawszy barona zwrócił się do niego. — Jakże było? — zapytał prawie szeptem. Baron uśmiechnął się i wzruszył ramionami. — Mnie się zdaje, że bardzo dobrze. Zwłaszcza koniec ostatniego aktu był wspaniały. Oksza pokręcił smutno głową. — Widzi pan! Mojem zdaniem jest wprost przeciwnie. Właśnie pod koniec zacząłem się najordynarniej w świecie zgrywać. Nie cierpię tego. Człowiek poprostu nie wie, co robi. — Może tak najlepiej. Zresztą, ja się na tem nie znam. Powiadam panu, co mówiłem już nieraz, że największym artystą jest pan dla mnie jako fechtmistrz. Gdyby pan chciał otworzyć szkołę szermierki, może pan na mnie liczyć. Ale co się panu stało w ostatnim akcie? Oksza spojrzał na barona niespokojnie. — Cóż się miało stać? — zapytał prawie podejrzliwie. — W pewnej chwili miałem wrażenie, że się panu zrobiło słabo. Czy aby znowu nie serce? — Nie, nie serce. — To chwała Bogu. Oksza rozcharakteryzowywał się w milczeniu. — Więc pan jednak zauważył! — rzekł Oksza półgłosem, jakby do siebie. Baron skinął głową. — Cóż to było? — Nie wiem! Nie wiem! To jest to „coś“ które... — Ale nie, dajmy temu spokój. Nie chcę. Może potem. — Nie tu! Nie tu! Och, gdyby pan wiedział jakie mi to wszystko czasem wstrętne! Gdybym nie musiał! Gdybym mógł uciec! — Zdenerwowany pan. — Szalenie, szalenie! — No, to niechże się pan czemprędzej ubiera, abyśmy mogli usiąść w jakim cichym kącie. — A dobrze. Okropnie mi się jeść chce. Jestem zupełnie wyczerpany. Ledwo się drzwi za artystą i baronem zamknęły, zaczęto ich obgadywać: — Zawsze coś między sobą szepczą, spiskują... — A, to już Oksza, to jego specjalność. Oszczędza tak swój słodki głosik. Organu nie chce nadwerężyć. On nie mówi na scenie, ale śpiewa. Powinniby mu dać Jontka. — Raczej „Ptasznika z Tyrolu“. — Dajcie mu spokój, aktor z niego jest niezły, w tragicznych rolach czasem klasa! — Czasem — ale przeważnie drewno. — Nie gadaj! Umie nosić kostjumy, a już dać mu do ręki szpadę czy szablę — niezrównany. Ty w „Hamlecie“ machałeś rapierem jak widelcem lub rakietą tenisową, a u niego widać, że szpada to naprawdę broń, która zabija. Tego z was żaden nie potrafi. — Scena, to nie paukboden. Wogóle, ja osobiście przeciw Okszy nic nie mam, choć się też w nim nie kocham, ale jako aktora go nie cierpię. Ta małpa ma w sobie coś odpychającego. Te małe oczy, trójkątne brwi, dziwnie ordynarne usta z wydętą dolną wargą, nieruchoma twarz, jakaś kijowatość, sztywność w trzymaniu się — nie, to drąg, zwykły drąg! — W kostjumach, bestja, do kochanek jeździ. — To bywa. Mnie się też zdarzało. — Nie można się z nim zżyć. Mieszkaliśmy swego czasu razem — nie mogę mu niby nic zarzucić, ale szczęśliwy byłem, kiedym się z nim rozszedł. Skryty, zamknięty w sobie, zimny, sobek... Choć niby i nie sobek, pieniądze chętnie pożycza, jest dość koleżeński, ale jakoś tak z góry... sobą tylko zajęty... — Djabli go wiedzą... Czasem, kiedy mu się przyglądam, jest mi go żal... Taki jakiś biedny, sam... obcy wszystkim... Ale cóż, trzyma się od wszystkich zdaleka... — A ten rozkoszny, czarujący głosik!... Wszyscy się nim zachwycają, a mojem zdaniem on ma jakieś niepolskie zadęcie gardłowe. — Grywał podobno dłuższy czas na niemieckich scenach. — Ale go wyrzucili, bo się nie mógł oduczyć polskiego akcentu. — A on skąd jest? Z Wielkopolski? — Nie, ze Śląska Cieszyńskiego. A nazywa się nie Oksza, tylko Macura. — Może to niemieckie wychowanie. — Jakie tam znów wychowanie. Ot, dryblas i koniec. Jego ojciec był gdzieś na Śląsku żandarmem... czy policjantem... Niema co mówić. Przyjemny nie jest... — A niech go tam Pan Bóg ma w swojej opiece! Kto idzie ze mną do Kuczka? — Czekaj, pójdziemy razem!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Ana Ta.
