Read here

Zwyciężony

Jean de La Brète · 1894 · Free in the US

77,057 words · about 5 h 24 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1894 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zwyciężony&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Jean de La Brète
Language
Polish
Published
1894
Length
77,057 words · about 5 h 24 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Powieść under 1 min
  2. Powieść about 2 h 42 min
  3. Powieść about 18 min
  4. Powieść about 13 min
  5. Powieść about 17 min
  6. Powieść about 13 min
  7. Powieść about 12 min
  8. Powieść about 13 min
  9. Powieść about 12 min
  10. Powieść about 17 min
  11. Powieść about 18 min
  12. Powieść about 14 min
  13. Powieść about 14 min

Continue:

Powieść

Dodatek do N-ru 10 „Tygodnika Mód i Powieści”

Przekład

Bronisławy Kowalskiej.

WARSZAWA.

Nakładem Redakcyi „Tygodnika Mód i Powieści.”

Chmielna № 26.

—

1894.

Powieść

Dodatek do N-ru 10 „Tygodnika Mód i Powieści”

Przekład

Bronisławy Kowalskiej.

WARSZAWA.

Nakładem Redakcyi „Tygodnika Mód i Powieści.”

Chmielna № 26.

—

1894.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 28 Февраля 1894 года.

Warszawa. Drukiem Emila Skiwskiego.

I.

Piękna i malownicza siedziba, zbudowana na wzgórzu, zkąd roztaczał się widok na Loarę i Viennę, oparła się wpływom czasu i upodobaniom ludzkim, dążącym zawsze do zmiany. Dom, o którym mowa, przebudowany był najpierw z ruin starego zamczyska; potem co lat kilkadziesiąt robiono w nim rozmaite zmiany, a chociaż budowa stała się przez to nieregularną, zyskała jednak pewien wdzięk poetyczny i oryginalny. Wysokie, stare wieżyczki otaczały aż do szczytu obfite zwoje bluszczu, który podnosił dachówki, równał szpiczaste dachy, festonami zieleni okrywał kominy, a nikt nie pomyślał o tem, aby powstrzymać bujny jego rozrost. Druga część zamku, zbudowana w zeszłem stuleciu, miała od frontu taras, podtrzymywany i okolony starożytnym murem ze słupów, okrytych także najrozmaitszego rodzaju zielenią, która, niedozorowana zręczną ręką ogrodnika, bujała tu z całą swobodą. Po obu stronach ganku, z którego szerokie schody kamienne prowadziły do wnętrza, jakiś dawny właściciel kazał postawić dwa lwy, wyrzeźbione z krajowego kamienia. Zczasem posągi poczerniały i pokryły się mchem, spoglądając obojętnie na przesuwające się pokolenia, na ich bóle i rozkosze. W parku również mnóstwo było sprzeczności, taksamo jak w budowie zamku. Część zasadzona wiązami, jaworami i figami miała ujmujący powab natury, pozostawionej samej sobie. Ale wpobliżu zamku większa część drzew i krzewów nie była zostawiona dowolnie wybrykom niepodległości; ogrodnicy nadawali im najdziwaczniejsze kształty, lecz cięte cisy i bukszpany i stare grabowe szpalery, zaniedbane teraz zupełnie, nabrały tego szczególnego wdzięku, którym czas przyodziewa, jak najpiękniejszym strojem, nawet najbardziej dziwne objawy gustu ludzkiego. Obecny właściciel zamku nie dopatrzył w nim pewno nigdy artystycznej piękności. Kupił zamek dlatego, że był to dobry interes dla jego kieszeni, a zarazem pochlebiał jego próżności. Podziw ludzi znających się na zabytkach sztuki podnosił w jego oczach wartość starożytnej budowy. Pan Jeuffroy posiadał zmysł praktyczny do interesów i szczęście sprzyjało mu dosyć, a że przy tem był niesłychanie skąpy, dorobił się więc znacznego majątku. Lecz poza obrębem swoich interesów nie wiedział o niczem więcej. Ożenił się w podeszłym już wieku z panną pochodzącą z rodziny szlacheckiej, młodą i piękną, ale zupełnie ubogą. To małżeństwo wprowadziło go w stosunki pokrewieństwa z wyższą sferą i podnosiło go bardzo w oczach opinii publicznej. Życie pani Jeuffroy nie upływało zbyt rozkosznie; umarła biedna prawie nagle, z boleścią spoglądając na jedyną córkę. Mąż umieścił natychmiast dziecko w klasztorze arystokratycznym, pomimo próśb siostry swej Konstancyi, starej panny, która koniecznie chciała zatrzymać w domu siostrzenicę. Ojciec nie miał chęci zabierać jej nawet na wakacye do domu, gdyż musiałby zmienić tryb życia i odstępować od nawyknień sknerstwa, które spotęgowało się jeszcze po śmierci żony, ale obawiał się gadaniny ludzkiej i przywoził raz na rok córkę do siebie. Pan Jeuffroy i dla siostry nie był zbyt uprzejmym w obejściu, bo choć była ona dla niego pożyteczną, ale osoba jej i obejście nie pochlebiały jego próżności. Stara panna mimo to kochała go miłością ślepą, która oddaje wszystko, nic nie żądając wzamian. Panna Konstancya była szczupła i nizka. Okrągłe oczy, duże o wązkich wargach usta, nos długi, szpiczasty i nieregularne rysy twarzy, w połączeniu z dziwacznym i odwiecznym strojem czyniły ją podobną do karykatury. Włosy, które niegdyś stanowiły jedyną jej ozdobę, dziś były nieokreślonego koloru, stosownie do ilości farby, jakiej użyła. Zprzodu układała je w papiloty, które trzęsły się i poruszały, gdyż panna Konstancya żyła w nieustannym ruchu. Poglądy jej na życie i świat były niezmiernie ciasne i zacofane; nic dziwnego, żyła bowiem w otoczeniu umysłów pospolitych i niewykształconych. Gdyby była bardzo pobożną, pojęcia religijne byłyby może podniosły jej umysł, ale panna Konstancya nie miała nic wspólnego z bigoteryą. Całe życie ubolewając nad własną brzydotą, uwielbiała piękność innych, a nadewszystko własnej siostrzenicy, i żałowała gorzko że minęły czasy, w których książęta żenili się z pasterkami. — Taką piękną, jaką ty jesteś, Zuzanno — mawiała — uwielbiać powinni wszyscy; mogłabyś zasiąść nawet na tronie. A ja, ukryta w jakim kąciku, przypatrywałabym ci się zdaleka i cieszyłabym się, że blaskiem swej urody przewyższasz wszystkie damy dworskie. Ale mogłabyś być spokojna, nie przyznałabym się nikomu że jestem twoją ciotką, z obawy, aby ci nie zrobić przykrości. Miłość dla siostrzenicy i cześć dla piękna wprowadzały pannę Konstancyą na manowce błędnych pojęć i mogły nawet skrzywić zdrowy sąd Zuzanny, gdyby zostawała pod wyłącznym kierunkiem ciotki. Konstancya uwielbiała również brata dlatego, że potrafił dorobić się majątku, i była niezmiernie pobłażliwa na wszystkie jego błędy, jednak brała mu za złe, że nie starał się zadowolnić wszelkich żądań córki. Rozumiała, że młodość ma swoje prawa i, chcąc wynagrodzić Zuzannie skąpstwo ojca, wszystkie swoje oszczędności prze- znaczała na jej przyjemności i chętnie skazałaby się na największą przykrość dla zadowolnienia choćby chwilowego kaprysu siostrzenicy. Dla tych, których kochała, Konstancya uczyniłaby wszystko i to właśnie stanowiło kontrast z pospolitością jej umysłu i charakteru. Wpobliżu posiadłości pana Jeuffroy, Konstancya nabyła tanio jakieś dziwaczne domostwo. Dom ten był zbudowany z kamienia, jak chaty wieśniacze, lecz nieco wyższy i składał się z sześciu pokoi połączonych sienią, prowadzącą na mały ganek, otoczony także zwojami roślin. Drzewa i krzaki otaczały dom dokoła. Ogród podzielony był na równe kwatery, w których rosły jarzyny i drzewa owocowe, i dosięgał aż do muru, otaczającego tę małą posiadłość. Powyżej na wzgórzu znajdowała się mała winnica, która dostarczała ze trzydzieści beczułek niezłego wina, naturalnie podczas lat urodzajnych. Przyzwyczajona do oszczędności, panna Konstancya żyła z dochodów, jakie jej przynosiła ta mała posiadłość, odkładając procent od swego kapitału wcelu powiększenia majątku. Miała ona skłonność do skąpstwa; zimą nie opalała wcale mieszkania, utrzymując, że jest dosyć ciepło; a gdy zjawił się gość jaki i Fanszetka, służąca, miała rozpalić ogień w salonie na kominku, to, stosując się do tajemnych rozkazów pani, czyniła to w ten sposób, że ogień nigdy rozpalić się nie chciał. Ma się rozumieć, że zapasy drzewa były niewyczerpane. Jarzyny, mleko i owoce stanowiły główne pożywienie Konstancyi; sałatę jadała tylko z octem, gdyż oliwa była zbyt kosztowną przyprawą i pojawiała się tylko wtedy na stole, gdy Zuzanna była na śniadaniu lub na obiedzie u ciotki. Wtedy wszystko wydawało się zamało dobrem dla panny Konstancyi, a Fanszetka musiała wysilać swą kucharską umiejętność. Fanszetka była siostrą mleczną panny Konstancyi; należała ona do stowarzyszenia tercyarek i wszyscy w okolicy nazywali ją siostrą. Fanszetka miała to przekonanie, że do piekła dostać się można bardzo łatwo i dlatego też ciągle myślała o zbawieniu dusz ludzkich. Wysoka i tęga, Fanszetka pracowała szczerze i nie była również wybredna pod względem jadła; trochę zupy i kawałek chleba wystarczały jej najzupełniej. W chwilach wolnych od pracy czytywała chciwie dzienniki. Pomimo wielkiego przywiązania, pani i służąca sprzeczały się nieraz o kwestye religijne; o ile bowiem Fanszetka była nabożna, o tyle panna Konstancya obojętna i niedbała w praktykach religijnych. Fanszetce zdawało się, że powinna nawrócić swą panią, i nieraz długie w tej kwestyi prowadziła rozmowy. — Dlaczego pani nie chodzi do spowiedzi? — zapytała pewnego dnia. — Przecież to chyba nic trudnego do spełnienia. — Ale na cóż mi się to przyda, moja Fanszetko? — Jakto, na nic się to pani nie przyda, aby się pani pojednała z Bogiem? Niech się pani strzeże, bo przyjdzie dzień, że i On panią odepchnie i powie, aby pani poszła do piekła! — Nie nudź mnie — odparła panna Konstancya, wzruszając ramionami. — Wszak ci już powiedziałam, że wyspowiadam się, gdy będę na śmiertelnem łożu. — A czy pani wie, że umrze w swojem łóżku? — odparła Fanszetka. — Gniew Boski może spaść nagle i już po wszystkiem. A po chwili dodała: — Nasz proboszcz jest taki łagodny i pobłażliwy. — Wiesz, że ja nie lubię księży, ani zakonnic — odparła pogardliwym tonem panna Konstancya — mój ojciec mawiał, że to są próżniacy. — Doprawdy! — zawołała z oburzeniem Fanszetka. — A ojciec pani to nie był próżniak? Przecież on także nic nie robił i nawet stracił znaczną część majątku! Kończąc te słowa, które dowodziły braku poszanowania, Fanszetka pobiegła czemprędzej do ogrodu, aby pracą przygłuszyć wzburzenie. W duchu zaś modliła się o nawrócenie panny Konstancyi. Ale lata mijały, a Fanszetka z rozpaczą powtarzała sobie, że panna Konstancya nie postąpiła ani kroku na drodze zbawienia. Pewnego popołudnia znajdowały się obiedwie w ogrodzie. Panna Konstancya zawinęła starannie suknię i osłonięta dużym kapeluszem, przypo- minającym odwieczną modę, podlewała kwiaty, znajdujące się koło warzyw. Ale ponieważ polewaczka zepsuła się i panna Konstancya powiedziała, że wtedy dopiero sprawi nową, jeśli zbiór wina okaże się pomyślny, polewała zatem zapomocą starego półmiska, roztłuczonego na duże części, czerpiąc wodę z małego wodozbioru. Fanszetka chodziła za nią z pończochą w ręku i prawiła kazanie. Mówiła, że nocy miała sen straszliwy: oto widziała swą panią w otoczeniu złych duchów. Czyż sen taki nie był przepowiednią? Panna Konstancya słuchała jej z roztargnieniem i dopiero uwagę jej zwróciły następujące słowa Fanszetki: — Niech pani mówi co chce, ale ja wiem, że dla panny Zuzanny nie jest to wcale przyjemną rzeczą mieć ciotkę, która jej niemal zastępuje matkę, a która nie chodzi do spowiedzi. Gdy panienka przyjeżdża do ojca, zostaje wtedy pod opieką ciotki i stosuje się do jej rad; a ładne to rady, skoro ludzie wyobrażają sobie, że pani nie wierzy w Boga; bo wszakże nie ma pani wypisanego na twarzy, że się pani chce spowiadać przed śmiercią. Niejeden może myśleć, że panna Zuzanna ma takiesame przekonania, a gdybym ja była mężczyzną, nie ożeniłabym się nigdy z panną, która nie ma zasad religii. Panna Konstancya upuściła w wodę półmisek i, zwracając się do Fanszetki, rzekła zmienionym głosem: — Co ty mówisz? — Szczerą prawdę, wszak pani sama wie o tem dobrze. Rozumowanie Fanszetki wywarło nadzwyczajny wpływ na starą pannę, która zawsze więcej troszczyła się o drugich, aniżeli o siebie. Przerażona myślą, że może zaszkodzić swej siostrzenicy, panna Konstancya całą noc nie zamknęła oka. Nazajutrz wstała o świcie i pobiegła natychmiast do kościoła. Gdy powróciła do domu, Fanszetka niespokojna czekała na nią na progu, zasłaniając dłonią oczy od blasku promieni słonecznych. — Nie wiedziałam co się z panią stało! — zawołała, spostrzegłszy pannę Konstancyą — bo chociaż pani wstaje rano, ale wiem, że pani na mszy nie bywa. Panna Konstancya nic nie odrzekła. Weszła do kuchni, zdjęła czarny jedwabny płaszczyk, mający już lat dwadzieścia kilka, i rozwiązała szarfy kapelusza, który ubierała sama, łącząc najdziwaczniejsze mody ze sobą. — Zamiast mówić tak wiele, mogłabyś się zapytać, dokąd chodziłam — odezwała się panna Jeuffroy. — Wracam ze mszy i muszę ci oznajmić ważną wiadomość: jestem nawrócona!: — Jak pani może żartować z tak poważnych rzeczy! — zawołała z żywością Fanszetka. — To bynajmniej nie żarty! — odparła z tryumfującą miną panna Konstancya. — Byłam u spowiedzi! Fanszetka zaczerwieniła się z radości i z wielkiego wzruszenia upuściła na ziemię filiżankę kawy ze śmietanką, którą nalała przed chwilą. — Przepadło śniadanie — rzekła, — ale doprawdy byłam tak zdziwiona! A właśnie wczoraj zapaliłam świecę przed obrazem patronki pani... I jak prędko mnie wysłuchała! — No, teraz nikt już nie powie, że ja przeszkadzam Zuzannie do zamążpójścia, ja jej nie odstraszę konkurenta!— zawołała wesoło panna Konstancya. — Wiem ja o takich, którzy nie będą długo zwlekali z oświadczynami, to też mam nadzieję, że Zuzia pójdzie zamąż świetnie, gdyż jest piękna jak anioł! Fanszetka wysłuchała tych słów z oburzeniem. — O! jeśli dlatego chodziła pani do spowiedzi, to piękne nawrócenie, niema o czem mówić! — Jakto? jeszcze nie jesteś zadowolona! — zawołała z podziwieniem panna Konstancya. Czegóż ty chcesz więcej odemnie? Czyżbyś była surowszą od naszego proboszcza, który obiecał mi rozgrzeszenie, jeśli będę i nadal przychodzić do spowiedzi? Fanszetka zamyśliła się, a po chwili rzekła: — Zresztą Bóg wie, co robi? Poczem zabrała się do sprzątnięcia śladów wylanej kawy, odmawiając pocichu nowennę na intencyą zbawienia swej pani. Panna Konstancya niezdolna była do zbyt głębokich badań. Czuła się zadowoloną i spokoj- ną w swojem sumieniu i myślała teraz już tylko o szczęściu i przyszłości swej siostrzenicy. Ojciec tymczasem myślał naseryo o przyszłości córki, gdyż nieraz mówił o tem, że nie należy do liczby tych egoistów, którzy dzieci kochają dla siebie i chcą, aby więdły pod rodzicielskim dachem. Rzeczywiście pragnął szczerze jaknajprędzej wydać córkę zamąż, gdyż uważał ją jako drogocenny przedmiot, który, pochlebiając jego próżności, przysparzał mu jednak w domu niemało kłopotu. Jeżeli kochał Zuzannę, to kochał ją na swój odrębny sposób, tak że trudno się było tego domyśleć; nie umiał odgadnąć sercem tego, czego nie pojmował rozumem, i nie potrafił uczynić najmniejszej ofiary dla uprzyjemnienia jej życia. Lękał się, aby w czemkolwiek nie był zmuszony zmienić zwykłego, trybu życia. Raziły go pojęcia córki, zupełnie odrębne od jego własnych pojęć, i nieraz zdawało mu się, że jest w położeniu kury, która wyhodowała kaczę. Pan Jeuffroy uchodził za człowieka bardzo bogatego, chociaż więc obiecywał za córką niewielki posag, konkurentów zjawiło się kilku. Ale panna Zuzanna odprawiła ich z kwitkiem, ku wielkiemu niezadowoleniu ojca, który przekonał się, że stanowczy charakter córki niepodda się jego wpływowi. Lecz okoliczności zdawały się sprzyjać zamiarom ojca, gdyż jeden z młodych ludzi podobał się Zuzannie, która wyszła z klasztoru już jako narzeczona. Nie było to złudzeniem, wywołanem przez miłość, że panna Konstancya uważała swą siostrzenicę za istotę zachwycającą; Zuzanna bowiem odziedziczyła po matce piękność, łączącą w sobie wdzięk i siłę i pociągającą każdego nieprzepartym urokiem. Wychowana w gronie dziewic rozumnych i dystyngowanych i niepodlegająca nigdy wpływom otoczenia rodzicielskiego domu, Zuzanna rozwinęła przymioty, jakiemi ją hojnie uposażyła natura. Delikatny owal jej twarzy, kształtna i wysmukła postać, wytworne ruchy i nieco dumny wyraz oczu czyniły ją podobną do wspaniałej i rzadkiej rośliny, która wypadkiem zabłąkała się na grunt niewłaściwy. Gdy postępowała pomiędzy ojcem a ciotką, niktby nie powiedział, że te trzy osoby złączone były ze sobą tak blizkiemi węzłami pokrewieństwa. Tylko stary zamek i zaniedbany park stanowiły tło odpowiednie do wdzięcznej postaci dziewczęcia i harmonizowały z jej pięknością. Gdy przesuwała się w cieniu starych drzew, przycinanych podług odwiecznej mody, zdawało się, że drzewa i krzewy odmładzają się na widok tej świeżości i uroku, który owiewał postać młodej dziewczyny, budząc w nich wiele wspomnień, a w jej duszy nadzieję. Zuzanna długi czas zapatrywała się na przywiązanie ojca i cały system urządzenia domu przez pryzmat szczęśliwego usposobienia lat dziecinnych i młodzieńczych, a chociaż nieraz raził ją chłód pana Jeuffroy, nie zwracała jednak na to zbyt wielkiej uwagi. Lecz zwolna postępowanie ojca chłodziło porywy jej tkliwych uczuć. Nieraz podczas wakacyj, gdy złudzenia młodzieńczej wyobraźni rozwiały się nieco, Zuzanna czuła się dotkniętą w swych uczuciach i pojęciach o tem, co wzniosłe i szlachetne; a na co zapatrywała się z żywością umysłu, który jeszcze wcale nie znał świata. Na dwa dni przed podpisaniem konktraktu ślubnego, Zuzanna spędziła cały piękny dzień letni w Angers, w towarzystwie ciotki i narzeczonego, a wróciwszy do domu, była tak wesoła i swobodna, że nawet pan Jeuffroy rozweselił się widokiem tej szczęśliwej i promiennej młodości. Ale tę harmonią pomiędzy nim a córką psuł zwykle szybko jakiś nieprzewidziany dysonans. — Na co ty czekasz? — zapytał Zuzanny, która wzięła na talerz kawałek wołowiny, lecz nie jadła i siedziała zamyślona. — No... na obiad — odparła z odcieniem żartobliwej złośliwości. — Dlatego, że dziś nie ma pana Véland, nie wiem dlaczego kucharka miałaby tak szczególną myśl... — Kucharka dobrze uczyniła — przerwał jej z uniesieniem pan Jeuffroy. — Właśnie dlatego że muszę często przyjmować twego narzeczonego, powinniśmy robić oszczędności, gdy jesteśmy sami. — Jeśli tak, mój drogi ojcze — odezwała się wesoło Zuzanna, — to gdybym nie wychodziła zamąż, powierzyłbyś mi zarząd domu, a zobaczyłbyś, jak wiele mogłabym dokazać zapomocą małych środków. — Nigdybym tego nie uczynił — odparł z żywością pan Jeuffroy, — chyba dlatego, abyś wydawała cztery razy więcej, niż potrzeba. Tegoby tylko brakowało! Rozumiesz chyba, że w moim wieku nie zmieniłbym dla ciebie trybu swego życia. — Ależ mój ojcze, jabym tego nigdy nie żądała — odparła żywo Zuzanna. — Mówiłam ot tak sobie, aby coś powiedzieć, ale nie zastanawiałam się bynajmniej nad swojemi słowami. Pomięszana i niezadowolona, Zuzanna zjadła kilka migdałów, podczas gdy ciotka, zmartwiona chmurką smutku, jaka pojawiła się na ślicznem czole siostrzenicy, i sądząc, że niezadowolenie dziewczyny wypływało z tego, że zjadła niedobry obiad, przypominała sobie, jakie jeszcze stare przysmaki posiada w swojej szafie, aby niemi osłodzić dolę dziewczęcia. — Doprawdy, to dziwna rzecz — odezwała się nagle po długiej chwili milczenia Zuzanna, — że Marek nie powinszował mi dotychczas ustnie mego zamąźpójścia. — Wszak wiesz, że niebyło go w domu, moje drogie dziecię — odpowiedziała panna Konstancya. — Tak, ale wiem, że już powrócił. Pani de Preymont byłaby mnie uścisnąć, a przecież i on mógł o mnie pamiętać, jako mój krewny. — Wiesz przecie jaki on jest zajęty — podjęła znowu panna Konstancya. — Buduje szpital dla chorych robotników, szkółkę dla dzieci i nie wiem już co tam więcej. Wszyscy w okolicy tylko o tem mówią... dość, że o nim zawsze mówią, czy z tego, czy z owego powodu! Jakie on ma dziwne pojęcia! — Zdaje mi się, moja ciotko, że to nie jest nic dziwnego chcieć dobrze czynić ludziom — odpowiedziała z żywością Zuzanna. Pan Jeuffroy zaczął szybko liczyć. — Wyrzuci ze sto trzydzieści tysięcy franków — rzekł, wzruszając ramionami — nie licząc tego co utrzymanie takich zakładów rocznie go kosztować będzie. Doprawdy, napróżno łamię sobie głowę, aby dojść w jakim celu ponosi on takie dziwaczne wydatki? Jakie może mieć w tem wyrachowanie? — W jakim celu? Jakie może mieć wyrachowanie? — zawołała Zuzanna z zapałem. — Zdaje mi się, że on nie ma w tem żadnego wyrachowania, mój ojcze! Był zawsze szlachetnym i wspaniałomyślnym człowiekiem i teraz więc daje tego dowody. Cóżby uczynił ze swoim majątkiem, gdyby nie starał się zadowolnić szlachetnych popędów swego serca? Podług mnie, słusznie czyni, postępując w ten sposób, i jestem pewna, że pan Véland byłby tego samego zdania! Pan Jeuffroy otworzył szeroko oczy; ale zanim odpowiedział, panna Konstancya odparła: — Wszak wiadomo, że chce zostać deputowanym i aby osiągnąć ten zaszczyt pragnie być popularnym. — Ale czyżby on mógł czynić to z wyrachowania! — zawołała z urazą . — Nie sądzę, aby myślał o urzędzie deputowanego. Kalectwo oddalało go zawsze od ludzi i świata; wiem dobrze, że nie lubi ukazywać się publicznie. — No, to widocznie zmienił zdanie — dodał pan Jeuffroy, wstając, — bo przecież nikt nie wyrzucałby na darmo tak wiele pieniędzy. Zuzanna, zdziwiona do najwyższego stopnia, nie odpowiedziała nic i wyszła do ogrodu, myśląc z westchnieniem ulgi o tem, że nazajutrz jej narzeczony, którego zdobiła we własne przymioty, spędzi z nią dzień cały. — Moje drogie dziecię, moja kochana Zuziu — zaczęła ciotka, biorąc ją za rękę, — doznałaś przykrości i to zpowodu nieuwagi swego ojca. Wiesz, że w sobotę podają zwykle tylko rosół i mięso, lecz ojciec zapomniał, że po dniu, w którym się utrudziłaś, powinien kazać przyrządzić dla ciebie lepszy obiad. Chodź do mnie, mam tam jeszcze ciasteczka, które ci tak smakowały przed trzema tygodniami. — Miałabym być niezadowolona dlatego, że zjadłam gorszy obiad? — odpowiedziała, śmiejąc się, Zuzanna. — Czy uważasz mnie za dziecko, moja ciotko? Ale jeśli sobie życzysz, pójdę do ciebie na te świeże ciasteczka i zarazem przywitam się z Fanszetką. Fanszetka zajęta była kopaniem w ogrodzie. — Dlaczegóż przyglądasz mi się z taką nieufnością? — zapytała wesoło Zuzanna. — O, panienko, dyabeł jest taki przebiegły, że ja się zawsze trochę lękam o panienkę. — Dlaczego?... doprawdy nie rozumiem cię... — No, ale ja wiem co myślę! — odpowiedziała Fanszetka, zabierając się znów do pracy. — Czy mówisz tak zagadkowo dlatego, że lękasz się grzechu? — Widzi panienka, cieszę się, że panienka wychodzi zamąż, gdyż twarz i postać panienki są jakby stworzone na to, aby zgubić jej duszę. — A to piękne masz pojęcie o mojej duszy, dziękuję ci za to — odpowiedziała ze śmiechem młoda dziewczyna. — Czy wyjdę zamąż, lub nie, nie sądzę abym łatwo mogła zatracić duszę. — Za łaską Boga można uniknąć wad próżności — odpowiedziała Fanszetka. — Ale ktoś idzie do panienki w odwiedziny i to ktoś taki, którego piękność panienki nie uczyni dumnym. Zuzanna odwróciła się i wydała okrzyk zadowolenia, wyciągając do nowoprzybyłego obie ręce. — Jesteś przecie, mój kochany Marku! — zawołała. — Powinnam ci czynić wyrzuty, ale jestem tak zadowolona że cię widzę, że już nie chcę powiedzieć ci nic nieprzyjemnego. Mężczyzna, którego Zuzanna przyjęła z oznakami takiej przyjaźni, był nizkiego wzrostu i ułomny, ale twarz miał miłą i pociągającą. Nie nosił zarostu, a wyraziste jego rysy i czarne oczy, w których malowały się rozum i szlachetność, pociągały ku niemu każdego; lecz skład ust wyrażał walkę i cierpienie. Marek był dalekim krewnym matki Zuzanny, to też utrzymywał stosunki przyjacielskie z panem Jeuffroy, choć w głębi duszy nie lubił go wcale. — Nie mogłem przybyć wcześniej, kochana kuzynko, musiałem więc poprzestać na przesłaniu ci swych życzeń listownie. Wiedziałaś, że wyjeżdżałem, a wróciwszy, miałem nawał zajęć. Ale jakże ty ślicznie wyglądasz! Szczęście dodało ci uroku, Zuzanno! — Co do mnie, nie mogę ci się odpłacić tym samym komplimentem — odpowiedziała Zuzanna, spoglądając na niego z zajęciem. — Wyglądasz mizernie, mój drogi Marku! — Zadużo pracowałem w tym czasie i miałem wiele kłopotów handlowych. Ale teraz już to przeszło, odpocznę więc sobie trochę. — Tak, odpocznij — rzekła z uczuciem, — zmartwiłabym się, gdybym cię ujrzała chorym. Na lica pana de Preymont wystąpił lekki rumieniec. — Bądź spokojna — rzekł, — mam dość siły, abym mógł znieść trochę więcej pracy. — Teraz, gdy widzę, że twoja przędzalnia rozwija się tak pomyślnie, rozumiem dlaczego zadałeś sobie tyle trudu. Właśnie o tem rozmawialiśmy wczoraj z panem Véland. — Jak to pięknie z waszej strony — odparł pan de Preymont z lekkim odcieniem ironii; — lecz powiem ci otwarcie, że praca jest dla mnie tak potrzebna, jak powietrze, którem oddycham. — Czy wiesz, co ludzie mówią? Oto twierdzą, że starasz się być popularnym, aby zostać deputowanym. Lecz ja powiedziałam, że w to nie wierzę. — I masz słuszność. Ja nie myślę o niczem, tylko pragnę być ciągle zajęty pracą. Ale wiem — dodał z pogardliwym spokojem — że ludzie szukają koniecznie tajemnych powodów mojego postępowania i sądzą ciągle moje czyny podług swgo własnego zapatrywania. — O! ja wiem, że ty masz umysł niepodległy i stały charakter i winszuję ci tego — odpowiedziała gorąco młoda dziewczyna. — Dziękuję ci za te słowa, które mi dają wysokie wyobrażenie o trafności twego sądu — odpowiedział pan de Preymont nawpół z ironią, a nawpół poważnie. — Ale za trzy miesiące, jestem pewny, że zmienisz zdanie. — Podobne mniemanie nie jest dla mnie zbyt uprzejme! — zawołała z niechęcią Zuzanna. — Czy ja nie mogę także mieć stałego charakteru i utrwalonego zdania? — Zaczekaj aż poznasz świat, a dopiero będziesz wygłaszała zdania. — A ty postaraj się mnie poznać, zanim wygłosisz sąd o mnie! Poznać ją! Gdyby Zuzanna umiała czytać w myśli Marka, zobaczyłaby tam swój obraz odbity w barwach tak ponętnych, że nawet jej wady wydawały się przymiotami. Marek odwrócił oczy, lękając się, aby się nie stały zbyt wymownemi, i po krótkiej chwili milczenia rzekł serdecznie: — Znowu posprzeczaliśmy się ze sobą, jak to nieraz zdarza się pomiędzy dawnymi znajomymi. Lepiej mówmy o twojem małżeństwie, Zu- zanno; nie mogę oswoić się z tą myślą, że wychodzisz zamąż, zdaje mi się, że wczoraj byłaś jeszcze dzieckiem i płatałaś figielki w salonie mojej matki. — To jednak nie zasada, żebyś miał znać dokładnie mój charakter — odpowiedziała, śmiejąc się, Zuzanna. — Rozumiesz chyba, że ja się zmieniłam... Ale dlaczego, Marku, nie mówisz ze mną nic o panu Véland? — Nie uczyniłem tego bynajmniej w złej myśli — rzekł z uśmiechem pan de Preymont. — Nie jestem biegły w prawieniu komplimentów i mogę ci tylko powiedzieć Zuzanno, że gdybym uważał, że uczyniłaś zły wybór, byłbym się starał wyperswadować ci ten związek. — Zrobiłeś mi tem powiedzeniem wielką przyjemność — odpowiedziała Zuzanna a piękna jej twarz okryła się rumieńcem zadowolenia, — zależy mi bowiem bardzo na twojem zdaniu; ja mam do ciebie tyle zaufania i przyjaźni, mój kochany Marku — dodała z serdeczną czułością. — Zaufanie i przyjaźń! Tak, to godło przyjęte pomiędzy nami — odparł tonem, który niemile uraził młodą dziewczynę. — Ja urodziłem się na powiernika, tak jak inni rodzą się poetami lub cieślami! Do widzenia, Zuzanno; zobaczymy się dopiero pojutrze, przy podpisie kontraktu w merostwie. Marek zwrócił się szybko w stronę parku pana Jeuffroy; żelazna krata oddzielała park od ogrodu panny Konstancyi; Zuzanna szła za nim. — Niedługo pozostawałaś pod rodzinnym dachem, moja droga Zuzanno — odezwał cię Marek, widząc, że Zuzanna szła za nim zwolna. — A tak — odparła z roztargnieniem. — Ale dlaczego idziesz tak prędko, Marku? — Ja ci to przepowiedziałem — odparł wymijająco pan de Preymont. — Gdy w zeszłym roku mówiłaś mi o swoich odrzuconych konkurentach, powiedziałem ci: „wszystko to dobrze, ale pewnego pięknego dnia, i to niezadługo, Psyche nie zapali swej lampy i wesoło puści się na fale życia.” Wtedy oburzyłaś się na mnie i zapewniałaś mnie, że chcesz się nacieszyć swobodą swego dziewiczego życia. A widzisz teraz, że miałem słuszność! — Z wyjątkiem pod jednym względem — odpowiedziała z uśmiechem Zuzanna, — bo nie jestem Psyche, moja lampa pali się jasno, a to, co ona oświetla, podoba mi się bardzo. Lekki uśmiech przemknął po ustach pana de Preymont. — Tem lepiej — odpowiedział, — bo nie masz przyjaciela, któryby szczerzej odemnie pragnął twego szczęścia. Słowa te wymówił z akcentem tak gorącego i szczerego przywiązania, że Zuzanna wzruszona nie umiała na nie odpowiedzieć. — Otóż i twoja ciotka, a ja muszę odejść. Proszę cię, wytłumacz mnie przed nią. Panna Konstancya dążyła właśnie ku nim z talerzem ciastek w ręku, podczas gdy Fanszetka, wsparta na łopacie, przypatrywała jej się z uwagą Sybilli, rozwiązującej najważniejsze zagadnienie życia. Preymont ujął rękę panny Jeuffroy i, zatrzymując ją przez chwilę w swoich dłoniach, rzekł wzruszonym głosem: — Do widzenia, kochana Zuzanno, pozwól mi jeszcze dziś nazwać się tem poufałem imieniem; nie czynię tego po raz pierwszy, ale zapewne po raz ostatni. — Dlaczego? — zapytała dziewczyna, której oczy przysłoniła mgła wilgotna. — A dlaczegóż dziecko zamienia się w kobietę? — odparł, śmiejąc się, Marek. I oddalił się, obejmując długiem spojrzeniem wdzięczną postać Zuzanny, jakgdyby chciał unieść z sobą jej obraz. Idąc samotną ścieżyną parku, powiedział sobie, że stare grabowe szpalery, okryte świeżą zielenią, cieszą się zapewnie, iż swoim cieniem osłaniają raz jeszcze młodość i miłość, jak w dawno minionej przeszłości, gdy pod ich konarami przechadzały się upudrowane postacie pań i panów, które nieraz ukradkiem obdarzały się całusem, lub szeptały sobie do ucha wyrazy miłości.

II.

— Powiernikiem i przyjacielem — powtarzał sobie Marek, idąc szybko. Zmrok wieczorny zapadał zwolna, ale i w duszy Marka także panowała ciemność. Przez chwilę zatrzymał się na wybrzeżu Vienny, przysłuchując się świergotaniu ptaka, który dążył na noc do gniazda, a myśl, że człowiek będący w wesołem usposobieniu moralnem połączyłby ten śpiew ze swojem zadowolnieniem wewnętrznem, wywołała na jego usta pogardliwy uśmiech. — Szalone marzenia! — mówił sobie, idąc dalej; — któż mnie od nich uwolnić zdoła? Kłamliwa wyobraźni, ileż razy mnie już zawiodłaś!... Miałżebym cię jeszcze raz słuchać? Wzruszył ramionami, przejęty litością dla swojej słabości, i chciał zwrócić myśl swą na inne tory; ale myśl ta nieposłuszna nie chciała się nagiąć do rozkazów woli, gdyż piękna twarzyczka dziewczęcia zjawiała się przed oczyma wyobraźni, przygniatając serce ciężarem niespełnionego marzenia. Pan de Preymont miał trzydzieści sześć lat; jeszcze w dzieciństwie spotkał go nieszczęśliwy przypadek: wypadł z powozu i przeleżał w łóżku wiele miesięcy, a pomimo starań najlepszych chirurgów i najdoskonalszych przyrządów, powstał z choroby ze skrzywioną postacią. Był jedynakiem, a rodzice chlubili się dotychczas zarówno jego pięknością, jak wyjątkowemi zdolnościami umysłu. Ojciec odumarł go w młodym wieku i uniknął boleści patrzenia na moralne cierpienie syna, którego życie rozwijało się w sposób nieprawidłowy, wpływając temsamem na jego usposobienie. Z żywego i śmiałego dziecięcia zamienił się w młodzieńca pochmurnego i zamkniętego w sobie. W wieku, w którym nikt nie zna jeszcze troski, ani zmartwienia, on stracił wiarę w przyszłość, i ufność, właściwą młodzieńczemu wiekowi. Na szczęście dla siebie, posiadał niesłychane zamiłowanie pracy, a zachęcony przez matkę, oddał się naukom, zadawalniając tym sposobem młodzieńcze pragnienia umysłu, rwącego się do czynu i życia. Lecz przebudzenie się z tego chwilowego spokoju było straszne. Gdy, ukończywszy świetnie nauki, przekonał się, że jego kalectwo oddalało go od zawodów, do których miał pociąg, przeszedł przez straszną kryzys moralną. Niedoświadczony i zawiedziony w nadziejach, mniemał że w żadnym kierunku nie zużytkuje zalet swego umysłu. Cierpiał tak żywo, jak tylko młodzi cierpieć potrafią, i znienawidził świat, ludzi i życie. Oburzał się na srogość przeznaczenia i cierpiał okrutnie. Ale miał przy sobie serce, które pojmowało jego udręczenia całą potęgą macierzyńskiej tkliwości i cierpiało z nim razem. Pani de Preymont, chcąc zająć jego umysł jakąś pracą pożyteczną, nabyła przędzalnię, znajdującą się w sąsiedztwie. Prawda że ryzykowała na to przedsiębiorstwo większą część swoich kapitałów, ale wytworzyła dla syna cel użytecznej pracy. Ocaliła go, wiedziona poczuciem matki. Preymont miał wtedy dwadzieścia dwa lata; matka poświęceniem swojem zatrzymała go nad brzegiem przepaści. Energia jego i rozum szukały tylko odpowiedniego pola do działania, z zapałem też zabrał się do pracy, wymagającej wielkiej wytrwałości. Lecz zanim zaczął ciągnąć zyski, wiele lat musiał pracować i walczyć, a ta walka zagłuszała w nim poczucie bólu, wywołanego przeświadczeniem o swem upośledzeniu. Pomimo braku sympatyi, jaki zwykle bywa udziałem kalek, pana de Preymont szanowano w okolicy za jego rozum i szlachetne dążności. Przewaga umysłowa jednała mu wprawdzie także i nieprzyjaciół, ale tych było niewielu. Byli jednak i tacy, którzy niekorzystnie wyrażali się o jego charakterze, mówiąc, że rozum przeważa u niego nad sercem, które jest chłodne i samolubne, Nawet wspaniałomyślność jego tłumaczono sobie wyrachowaniem wcelu uzyskania godności deputowanego, chociaż nigdy pod tym względem nie objawił swoich pragnień. Lecz Marek nic sobie nie robił z podobnych zarzutów i to jeszcze bardziej drażniło opinią publiczną. Wogóle jednak ludzie cenili go, choć był skryty i nieufny. W rzeczywistości pan de Preymont miał szerokie na świat poglądy i rządził się własnem zdaniem, które niezawsze się zgadzało z utartemi w świecie formami, dlatego bywał nieraz niezrozumiany. Przez czytanie poważnych dzieł naukowych i długie podróże nabył pod wieloma względami wielkiej tolerancyi, która w oczach niektórych ludzi uchodzić może za brak zasad, a wisto- cie jest tylko dowodem dojrzałości umysłu, wykształconego w szkole życia. Wróciwszy do domu, Marek udał się do swego pokoju i, zasiadając przy biurku zarzuconem papierami, powiedział sobie, że musi uciec przed własnemi myślami i zająć się pracą. Ale praca nie szła mu także, wziął zatem do dokończenia listu, który rozpoczął jeszcze przed południem. „Zresztą, kochany — pisał, — nic się tu w naszej okolicy nie zmieniło od czasu ostatniego twego pobytu, chociaż to już jest bardzo dawno. Zdaje mi się, że byłeś u mnie przed siedmiu laty, a od roku przeszło nie widziałem cię wcale. Może u mnie spostrzeżesz już siwiejące włosy i zmarszczki na twarzy, ale te oznaki starości zjawiają się niepostrzeżenie u człowieka, który nigdy nie miał prawa być młodym, Pokój, który niegdyś zajmowałeś, oczekuje na ciebie; mam nadzieję, Że zabawisz u nas kilka miesięcy. Upodobania twoje w zupełności będą zadowolnione, gdyż tego roku, pomimo przedłużającej się zimy, roślinność na wzgórzach jest tak bujna, jak bujnemi są twoje marzenia. Rzeki i strumienie szemrzą łagodnie, odgłos dzwonów starego kościółka dochodzi aż tutaj; raz dzwoni on radośnie, aby oznajmić ludziom wesołą nowinę, że narodził się człowiek poto, aby cierpieć, to znów ogłasza że ktoś opuścił tę ziemską siedzibę i podążył do nieznanej krainy. I to się nazywa szczęściem życia; ach! jakież to szyderstwo! Jedyną pociechą jest to, że bawimy się w piękne słówka i wytworne zdania. Mówię to o sobie, bo ty, który możesz wierzyć w szczęśliwą rzeczywistość, inne masz myśli i pojęcia niż ja, chociaż i mnie zdarza się nieraz marzyć i marzyć, jak jakiemu zwykłemu śmiertelnikowi. Natura i usposobienie wrodzone zawsze się odzywają w człowieku, to też i ja, marzyciel, który się zamienił w przemysłowca, poddaję się nieraz marzeniom i słucham głosów, które śpiewają dokoła mnie, podziwiając ich potęgę. Są chwile, że biedny szaleniec zapominam, iż głosy te nie dla mnie śpiewają i że nędzny żebrak w łachmanach, który wyciąga rękę przy drodze, ma więcej prawa do słuchania ich harmonii. Co za nieszczęście posiadać takie nieposłuszne serce i...” Tu pan de Preymont przerwał nagle pisanie i, odrzucając z niecierpliwością pióro, podarł list na drobne kawałki i wyrzucił je przez okno. Patrzył jak papier fruwał w powietrzu i opadał zwolna na ziemię. — Doprawdy — rzekł do siebie z szyderczym uśmiechem, — jestem szalony, że piszę w ten sposób do tego szczęśliwego człowieka, do tego towarzysza, który się nazywa Jerzy Saverne; a jeszcze większe popełniam szaleństwo, że nie mogę zwalczyć swoich marzeń i zapanować nad swojemi uczuciami! Na wyrazistej jego twarzy odmalował się gniew, a potem smutek. Długo stał oparty o ramę okna, roztargniony i zamyślony. Wtem ktoś zlekka dotknął jego ramienia; obejrzał się: była to jego matka. Nizka i drobna postać pani de Preymont odznaczała się tą wytworną elegancyą, właściwą starannie wychowanym kobietom, której lata nie niweczą nigdy. Rysy jej twarzy były regularne, błękitne oczy miały blask łagodny i rozumny zarazem. Gęste, siwiejące włosy otaczały czoło nizkie i kształtne, czyniąc ją podobną do portretu z wieku XVIII. — O czem myślałeś, Marku? — zapytała z uśmiechem. — Musiałam cię trącić, aby cię ściągnąć na ziemię. — A jednak ziemia zajmowała mnie w tej chwili, kochana mateczko — odparł wesoło. — Myślałem o Jerzym Saverne potem o wzorach nowej maszyny, która wydaje mi się bardzo dobrą, a być może, że ją sprowadzę. Wypowiedział to wszystko tonem swobodnym i naturalnym, ale czuł w głębi duszy, że matki nie oszuka pozorami spokoju, łączyła ich bowiem miłość oparta na zaufaniu i czci zobopólnej. Było to przywiązanie głębokie, chociaż nieobjawiające się na zewnątrz. Nieraz różnili się w poglądach, ale to nie psuło nigdy harmonii, istniejącej pomiędzy nimi. Pani de Preymont była bardzo nabożna i pragnęła wiarę swą przelać na syna, ale niepodległy jego umysł i skłonność do mizantropii sprzeciwiły się temu. Marek nie był sceptykiem, ale filozofem i pesymistą. Uwielbiał jednak pogodny charakter i cnoty matki i wiedział, że wszystko zawdzięczała głębokiemu poczuciu wiary. Dzięki jej wpływowi, Marek miał dokładne pojęcie dobrego i złego. Pani de Preymont słuchała go z niedowierzaniem i rzekła wreszcie: — Dziś dopiero, Marku, zdobyłeś się na odwagę odwiedzenia Zuzanny. Słowa matki nie podobały się Markowi, który zmarszczył brwi z niezadowoleniem. — Jeśli cierpisz, wyznaj mi to szczerze — dodała z żywością pani de Preymont. — Przecież na mnie możesz się wesprzyć z ufnością. Mówiła to z pośpiechem i stanowczością, chcąc go skłonić do wyznania, do którego Marek nie bardzo był łatwy. Milcząc, cofnął się we framugę okna i oparł się o ramę. — Nie mam nic do wyznania — rzekł spokojnie. — Tak, widziałem się dziś z Zuzanną. Zdaje mi się, że jest szczęśliwa i zadowolona i jakżeż mogłoby być inaczej? A jednak ja jestem niespokojny. — Dlaczego? — spytała pani de Preymont. — Czy się lękasz, że ojciec wpłynął na jej postanowienie? Ależ gdyby pan Véland nie podobał jej się, odrzuciłaby go z pewnością. — Nie posądzam jej, żeby miała postąpić w inny sposób — odparł żywo Marek — Véland wydaje się przyzwoitym człowiekiem, ale ona stoi od niego wyżej pod względem umysłowym. Prawda że się tego nie domyśla, a zresztą nie umiałaby wydać sądu, nie mając z kim porównać swego narzeczonego. — Nie podzielam twojego niepokoju, a raczej uprzedzeń — odpowiedziała pani de Preymont. — Zuzanna wychodzi zamąż za przyzwoitego człowieka, który ją kocha, a chociaż to małżeństwo nie jest jeszcze takiem, jakiego dla niej pragnęłam, jest nadzieja, że zdoła zapewnić jej szczęście. — Bezwątpienia! Gdyby były jakiekolwiek pod tym względem obawy, bylibyśmy się wdali przecież w tę sprawę. Ale nie możesz zaprzeczyć tego, moja matko — dodał z rozdrażnieniem, — że przez ten związek Zuzanna nie wyjdzie z otoczenia, które poniekąd nie jest dla niej odpowiednie zpowodu wykształcenia, jakie rozwinęło jej wrodzone zdolności. Nie znam osobiście pana Véland, ale się obawiam, czy nić jest trochę szorstki i czy nie zapatruje się na ten związek, jak na dobry interes pieniężny. Jednakże jeśli ją kocha prawdziwie, a jakżeby miał jej nie kochać? wiele czasu upłynie, zanim Zuzanna dostrzeże smutną prawdę, a wtedy będą już dzieci, które jej wynagrodzą doznane rozczarowanie. Zresztą charakter jej nie rozwinie się tak, jak mógłby się rozwinąć w odpowiednich warunkach bytu, gdyż jest zbyt młoda, aby nie miała ulegać wpływom otoczenia. Nie wiem, czy Véland zna dobrze jej usposobienie, ale ona jest czarująca, gdy potęguje jego przymioty, a czyni to z zapałem i wdziękiem nieporównanym. Preymont zapomniał o obecności matki i mówił jakby sam do siebie. Matka słuchała go ze ściśniętem sercem. Gdy chodziło o jej syna, nie umiała wydać bezstronnego sądu, zdawało jej się bowiem, że jego rozum i energia powinny zacierać niedostatki powierzchowności i pozwolić mu pić z czary rozkoszy, do której każdy w młodości spragnione wyciąga usta. — Ach, Marku, gdybyś był jej dał do zrozumienia! — zaczęła. — Ależ co takiego, moja biedna matko? — przerwał jej z żywością. — Ja mogłem być dla niej tylko przyjacielem, starym towarzyszem, który ją kołysał na kolanach, gdy była małem dziecięciem. Wierz mi, matko — dodał z goryczą — że ja w jej oczach nie jestem mężczyzną, ale jakiemś wyjątkowem stworzeniem. Wszystkie jej słowa i zwierzenia aż nadto jawnym były tego dowodem. — Jedno słowo mogło zmienić to wszystko... — Zmienić... tak, masz słuszność, matko. Nasza przyjaźń rozchwiałaby się zupełnie, a w jej wspomnieniach ukazywałbym się zawsze, jako istota śmieszna. — Ty, z twojemi przymiotami, miałbyś być śmieszny! Marek zaczął się śmiać. — Matki są zawsze niepoprawne — rzekł, podnosząc do ust rękę pani de Preymont, — one marżą nawet wtedy, gdy marzenia powinny być grzebane. Wierzaj mi, matko, że co do mnie, wyrzekłem się już wszelkich złudzeń. Tak, mówił prawdę, pogrzebał je już w głębi serca i postanowił nigdy o nich nie myśleć, lecz myśl nieposłuszna zrywała krępujące ją więzy i nieraz udręczała jego duszę. — Aby raz skończyć rozmowę w tym przedmiocie — odezwał się po krótkiej chwili milczenia, — powiem ci, matko, że gdybym się znalazł w zwy- kłych warunkach życia, życzenia twoje zeszłyby się z pewnością z mojemi pragnieniami. Ale dziś nie może być o tem mowy. Los Zuzanny jest już ustalony, a mój również oddawna. Jestem skazany na samotność, ale umiloną, wielu przyjemnościami. Bo czyż jestem godnym pożałowania, skoro żyję obok ciebie, matko? — dodał z uśmiechem, który rozjaśnił jego twarz, zazwyczaj poważną. — Wielu ludzi dobrowolnie wybiera sobie los taki. Tobie, matko, zawdzięczam wszystko:; wychowanie, wykształcenie umysłowe i radości domowego ogniska. — Tak, wszystko — odparła w zamyśleniu pani de Preymont, — oprócz tej kropli szczęścia, której każdy pożąda w życiu. Marek przygryzł usta i milczał. Nie lubił tych poufnych zwierzeń, które go zawsze rozdrażniały. Matka wiedziała o tem i żałowała słów niebacznie wyrzeczonych. Tymczasem Marek starał się zapanować nad burzą, która zrywała się w jego duszy. Od wielu miesięcy walczył napróżno ze swemi uczuciami; zdawało mu się, że spada w przepaść i duma tylko podtrzymywała go w tej walce. W tej chwili psy zaszczekały głośno i Marek ocknął się z zamyślenia. Wtem do uszu jego doszedł dźwięczny głos męzki. — Czegóż mi się przypatrujesz z takiem zdumieniem? Czy wyglądam na upiora? Wprawdzie jestem zgłodniały; ośm godzin nic nie jadłem, a w dodatku woźnica omało mnie ze trzy razy w rów nie wywrócił. Gdy zszedł na dziedziniec, nowoprzybyły trzymał woźnicę za kark i potrząsał nim z całej siły. Ukazanie się pana de Preymont nie uśmierzyło jego gniewu. — Przywitam się z tobą za chwilę, Marku — zawołał, — tylko pierwej muszę się rozprawić z tym łotrem, który żąda dwudziestu franków, kiedy ja mu obiecałem tylko piętnaście. O! wołałbym się utopić, niż ustąpić jego żądaniom! Tu puścił woźnicę, który, czerwony, zasapany i gniewny, nie wiedział czy się ma rzucić na pana Saverne, czy też uciekać. Ale atletyczna postawa młodego człowieka i gwałtowne objawy jego gniewu poradziły mu ucieczkę. Wziął pieniądze i umknął. — Bardzo dobrze — rzekł Saverne z zadowoleniem — zwycięztwo pozostaje przy mnie. — Ależ niepotrzeba było na to zużywać tak wiele energii — odpowiedział, śmiejąc się, Marek. — Być może, lecz musiałbym go przekonywać dłużej, a nie lubię takich półśrodków. Poco to zwierzę nudziło mnie swojemi argumentami! Saverne przywitał się z panią de Preymont która z uśmiechem przypatrywała się zakończeniu tej sceny. — Zdaje mi się, że spadam tu niespodziewanie — mówił dalej Jerzy, — a tymczasem donosiłem o swoim przyjeździe. — Listu nie otrzymaliśmy — odparła pani de Preymont, — ale wiesz, że ciebie zawsze z upragnieniem wyglądamy. — Na pocztę nigdy liczyć nie można! — zawołał Saverne z oburzeniem. — Jeszcze dziś wieczorem napiszę artykuł, który ich doprowadzi do złości. — A może list masz w kieszeni? — odezwała się pani de Preymont. — Gdzieżtam... sam wrzuciłem go do skrzynki! Pomimo tego zapewnienia, Saverne zaczął szukać po kieszeniach. — Doprawdy, mam go przy sobie! — zawołał swobodnie. — No! Marek może teraz śmiało mówić, że jestem roztargniony. — Wszystko mi jedno jakim jesteś, ale zawsze jesteś dla mnie pożądanym gościem — odpowiedział serdecznie pan de Preymont. Przyjaźń ich zawiązała się jeszcze w kolegium. Gdy dziecię nieśmiałe i ułomne nie mogło się bronić prześladowaniu towarzyszów, Saverne, chociaż młodszy od niego, wziął go w swoję opiekę. Bronił go zawsze i pocieszał serdecznemi słowy; to też Preymont przywiązał się do niego szczerze. Później przyjaciele zamienili role, gdyż Saverne, skoro tylko stał się panem swej woli, roztrwonił swój mająteczek. Preymont upominał go nieraz, a nie mogąc wiele poradzić, dopomagał mu swemi funduszami. Saverne słuchał jego rad, przyznawał mu zupełną słuszność, ale robił swoje, gdyż wrażliwy i miękki charakter jego podlegał z łatwością wszelkim wpływom i kierował się kaprysami. Lecz Saverne był tak miły i ujmujący, że umiał podobać się każdemu; nawet najpoważniejsi ludzie przebaczali mu wady dla jednostajnego i wesołego humoru i szczerości, z jaką się przyznawał do swoich błędów. Pani de Preymont uważała go jak drugiego syna i miała dla niego niewyczerpaną pobłażliwość, a Saverne, niemający blizkiej rodziny, uważał jej dom za swój własny. Był człowiekiem utalentowanym i utrzymanie miał dobre. Obdarzony talentem karykaturzysty i werwą żartobliwego pisarza, rysował i pisał naprzemian. — Opowiedz nam teraz — zaczęła pani de Preymont, gdy Saverne posilił się nieco, — jakie głupstwa popełniłeś od czasu, gdyśmy cię nie widzieli? Saverne, zajadający w tej chwili poziomki, zatrzymał się i zawołał z podziwieniem: — Żadnego, łaskawa pani. Doprawdy, ja sam jestem tem zdziwiony! — Zatem możemy ci powinszować poprawy. Cóż, nie myślisz o małżeństwie? Saverne westchnął i spojrzał na Marka. — Nie mówmy o tem lepiej — rzekł z powagą, niezwykłą u niego. Pani de Preymont spojrzała nań pytająco, ale Saverne siedział zamyślony, odłożyła więc badanie na później. — Chciałabym wyszukać dla ciebie rozsądnej żony — odezwała się wreszcie. — Och! aby nie zanadto poważnej — odpowiedział, odzyskując swobodę. — Nie lękaj się, dziś cnoty nie przybierają tak surowych pozorów. — Nie mogę o tem myśleć naseryo; jestem związany, droga pani. — A nic nam o tem nie wspominałeś. — E! nie wiem, doprawdy, jak się to stało; związałem się słowem, choć osoba jest dla mnie obojętna. — Jakże można było popełnić takie szaleństwo? Saverne westchnął i zamyślił się znowu, a Marek, chcąc przerwać niemiłą rozmowę, zaprowadził przyjaciela do przeznaczonego dlań pokoju. — Takie kobiety, jak twoja matka, są istotami godnemi uwielbienia — rzekł Jerzy, robiąc w jednej chwili nieład w pokoju, — ale ani trochę nie znają życia i nie domyślają się nieraz, jakie więzy krępować mogą człowieka. Ty najlepiej wiesz, Marku, czy mogę myśleć o ożenieniu się. — Matka moja nie ma pojęcia o tego rodzaju kłopotach i nawet nie wiem, czyby miała dla ciebie współczucie, choćby wiedziała całą prawdę. — A widzisz! — przerwał Jerzy. — Twoja matka mniema, że człowiek powinien żyć jak mnich... Ale i ja mam nadzieję, że zerwać potrafię więzy. Mówiąc to, Jerzy szukał klucza od walizki i wreszcie, zniecierpliwiony, oderwał zamek i rozrzucał rzeczy na wszystkie strony. — A przecie się dostałem do walizy! — rzekł z zadowoleniem. — Nie będę nic układał, jutro twój lokaj zrobi tu porządek; ja nie mam do tego cierpliwości. — Skoro się ożenisz, walizka twoja nie będzie podobna do śmietnika — śmiejąc się, odpowiedział Marek. — Dobranoc ci! Gdy już był na progu, odwrócił się i rzekł z wysiłkiem: — Ale skoro mowa o małżeństwie, muszę ci powiedzieć, że będziesz zapewne obecny na ślubie mojej kuzynki, która w tym czasie wychodzi zamąż. — Czy ta mała Zuzanna, którą tu widywałem dawniej? — Tak, panna de Jeuffroy. — Było to ładne dziecko. Czy wyrosła na piękną kobietę? — Zobaczysz ją pojutrze, przy podpisaniu kontraktu ślubnego. Powiem, aby cię zaprosili na ślub. — Doskonale! Przypatrzę się jak powinien wyglądać pan młody, a oprócz tego spotkam jakie postacie godne ołówka. Preymont, zmuszony cały dzień panować nad sobą, pragnął teraz spokoju i samotności. Wyszedł teraz na drogę i na łąki ciągnące się nad brzegiem Loary. Nieraz szukał tu zapomnienia i spokoju i dziś myślał, że widok pogodnej nocy wpłynie kojąco na jego rozdrażnione nerwy. — Kocham — powtarzał w duchu, — choć wiem, że sama myśl o tem okrywa mnie śmiesznością. Ogarnęły go gniew i zniechęcenie, których nawet duma zwalczyć nie mogła. Zdawało mu się, że jest wolny od miłości własnej i od namiętności i że bezstronnie zapatruje się na świat, dziś jednak nie potrafił znaleźć równowagi pomiędzy swemi uczuciami i rozumem. Widok spokojnej, uśpionej natury nie zabliźnił rany jego serca i Marek powrócił do domu niemniej smutny, niż wyszedł na przechadzkę.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…