Read here

Zatrute kręgi

Arthur Conan Doyle · 1917 · Free in the US

48,434 words · about 3 h 24 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1917 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zatrute_kręgi&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1917
Length
48,434 words · about 3 h 24 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)

Continue:

Opowieść o dalszych przygodach profesore E. Challenger’a, lorda John’a Boxton, prof. Summerlee i Mr. E. D. Malone, uczestników wyprawy do „Zaginionego świata“

A. CONAN DOYLE

□

ZATRUTE KRĘGI

OPOWIEŚĆ O DALSZYCH PRZYGODACH

PROFESORA G. E. CHALLENGER’A,

LORDA JOHN’A BOXTON, PROF. SUMMERLEE

I MR. E. D. MALONE,

UCZESTNIKÓW WYPRAWY DO ZAGINIONEGO ŚWIATA"

PRZEŁOŻYŁA Z ANGIELSKIEGO

JADWIGA WŁODARKIEWICZOWA

A

— WARSZAWA — LUBLIN — ŁÓDŹ

KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA

SKŁADY GŁÓWNE: POZNAŃ — M. NIEMIERKIEWICZ

NEW YORK — THE POLISH BOOK, IMP. CO. ING.

WSZELKIE PRAWA PRZEDRUKU I PRZEKŁADU ZASTRZEŻONE. □ □ DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE. □ □

Opowieść o dalszych przygodach profesore E. Challenger’a, lorda John’a Boxton, prof. Summerlee i Mr. E. D. Malone, uczestników wyprawy do „Zaginionego świata“

A. CONAN DOYLE

□

ZATRUTE KRĘGI

OPOWIEŚĆ O DALSZYCH PRZYGODACH

PROFESORA G. E. CHALLENGER’A,

LORDA JOHN’A BOXTON, PROF. SUMMERLEE

I MR. E. D. MALONE,

UCZESTNIKÓW WYPRAWY DO ZAGINIONEGO ŚWIATA"

PRZEŁOŻYŁA Z ANGIELSKIEGO

JADWIGA WŁODARKIEWICZOWA

A

— WARSZAWA — LUBLIN — ŁÓDŹ

KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA

SKŁADY GŁÓWNE: POZNAŃ — M. NIEMIERKIEWICZ

NEW YORK — THE POLISH BOOK, IMP. CO. ING.

WSZELKIE PRAWA PRZEDRUKU I PRZEKŁADU ZASTRZEŻONE. □ □ DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI W KRAKOWIE. □ □

ROZDZIAŁ I.

ZATRUTE LINIE.

Spieszę spisać za świeżej pamięci owe fakty zdumiewające z całą dokładnością szczegółów, któreby czas mógł w umyśle przyćmić. Jeszcze teraz zdaję sobie sprawę, jak dziwną jest okoliczność, ze przez to doświadczenie niezwykłe danem było przejść właśnie naszej małej garstce z »zaginionego świata« profesorowi Challenger, prof. Summerler, lordowi Boxton i mnie wreszcie. Kiedym kilka lat temu opracował w »Gazecie Codziennej« naszą epokową podróż do Ameryki południowej, przez myśl mi nawet nie przeszło, że mi przypadnie w udziale opisywać ów znacznie donioślejszy fakt osobiście przeżyty — fakt jedyny w historyi ludzkości, który w dziejach świata wszelkie inne fakty przewyższa i góruje nad nimi niby szczyt niebosiężny nad stromemi wzgórzami. Zdarzenie samo przez się pozostanie na zawsze niezwykłem, lecz okoliczność, że my czterej znaleźliśmy się podówczas razem, przyszła w bardzo zwykły i poniekąd nawet nieunikniony sposób. Wydarzenie poprzedzające owe fakta opiszę tak krótko i jasno jak tylko zdołam, choć trzeźwo zdaję sobie sprawę z tego, że im więcej będzie tych szczegółów o tego rodzaju przedmiocie, tem pożądańszem to będzie dla czytelników, ponieważ ciekawość publiczności była zawsze i pozostała nienasycona. Działo się to w piątek, dwudziestego siódmego sierpnia — dzień na zawsze pamiętny w historyi świata; — zszedłem na dół do kantoru naszej gazety i poprosiłem o urlop trzydniowy Mr. Mac Ardle’a, który był szefem wydziału ostatnich wiadomości. Poczciwy, stary Szkot potrząsnął głową, podrapał w łysiejącą rudą czuprynę i wreszcie wahanie swoje ubrał w słowa. — Sądziłem, Mr. Malone, że będziemy mogli wykorzystać pana w tych dniach. Zda- wało mi się, że istnieje sprawa, którą jedynie pan potrafisz poprowadzić umiejętnie. — Bardzo mi przykro — odparłem, ukrywając moje rozczarowanie. — Lecz naturalnie, skoro jestem potrzebny, to nie ma o czem mówić. Zaproszenie jednak moje było ważne i do pewnego stopnia tajne. Gdybym, pomimo wszystko mógł dostać urlop... — Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, by to było możliwe. Smutne to było, lecz trzeba było zrobić dobrą minę. Wreszcie, była to moja własna wina, bo już ostatecznie powinienem wiedzieć o tem, że gazeciarz, jak ja, nie ma prawa robić projektów co do swojej osoby. — W takim razie postaram się więcej o tem nie myśleć — rzekłem z udaną wesołością. — A o jakiejże sprawie pan mi wspominał? — Ano chodzi o interwiewowanie tego dyabła nie człowieka — tego z Botherfield. — Chyba pan nie ma na myśli profesora Challenger — zawołałem. — A właśnie, właśnie jego. W przeszłym tygodniu przepędził za kołnierz młodego Alee Simptoria z »Kuryera«. Musiałeś pan przecież czytać o tem w kronice policyjnej. Nasi młodzi woleliby mieć interwiew z wypuszczonym aligatorem z Zoologicznego ogrodu. Ale pan dałbyś sobie z nim jednak radę — taki dawny przyjaciel... — Doskonale — powiedziałem — to ułatwi całą sprawę. Zdarza się bowiem właśnie, że prosiłem o urlop na to, by pojechać do prof. Challenger do Botherfield. Jest teraz rocznica naszej wielkiej przygody na płaskowzgórzu, trzy lata temu i prof. zaprosił wszystkich uczestników naszej wyprawy do siebie na tę uroczystość. — A to znakomicie! — wołał Mc Ardle zacierając ręce i ciskając z za okularów radosne — W takim razie będzie pan mógł wydostać od niego wprost jego poglądy. Żeby to był kto inny, tobym powiedział, że waryat, lecz ten człowiek nieraz mądre rzeczy pisał i kto wie, czy i nadal nie będzie. — Co mam od niego wydostać? — zapytałem. — Co on takiego zrobił? — Nie widziałeś pan w dzisiejszym nu- merze »Times’a« jego listu »O możliwościach naukowych?«. — Nie, panie. Mc Ardle pochylił się i podjął z ziemi numer gazety. — Niechże pan głośno przeczyta — rzekł, wskazując mi palcem szpaltę. — Chętnie jeszcze raz posłucham. Teraz bowiem, gdy mam jasno w umyśle twierdzenie tego człowieka, nie jestem pewny siebie. Ot list, którym przeczytał szefowi wydziału ostatnich wiadomości »Gazety Codziennej«:

»Szanowny Panie! Szczerze mnie rozśmieszył — (nie chcę się wyrazić ostrzej) zarówno uprzejmy, jak rzetelnie niemądry list p. James Wilson Mac-Phail’a, jaki się na szpaltach pisma Pańskiego pojawił, list traktujący w przedmiocie zacierania się linii Frauenhofera w spektrum zarówno planet, jak i gwiazd stałych. Traktuje się tę sprawę, jako rzecz bez znaczenia. Dla człowieka prawdziwie inteligentnego może to być właśnie bardzo doniosłego znaczenia, tak doniosłego, że może ono zachwiać i powikłać ogólny porządek na świecie. Słabą mam nadzieję, bym zdołał popędy swoje przekazać tej grupie ludzi obojętnych, którzy przekonania swoje czerpią ze szpalt »Gazet Codziennych.« Postaram się, przeto, nagiąć się do ich poziomu i wytłomaczyć ten stan rzeczy przez użycie łatwej analogii, która będzie zrozumiała w granicach inteligencyi Pańskich czytelników.« — Człowieku: toż to fenomen — to żyjący fenomen! — rzekł Mc Ardle, trzęsąc głową z przekonaniem. — Ten byłby zdolny wprowadzić w modę n. p. zaburzenia na meetingach Kwakrów. Nie dziw, że cały Londyn nim zajęty. No dalej — zobaczmyż tę analogię. »Przypuśćmy« — czytałem, że mały pęczek związanych korków został puszczony na powolny prąd w czasie podróży przez Atlantyk. Korki płynęły zwolna, kręcąc się wkoło siebie, z dnia na dzień w tych samych warunkach. Gdyby korki miały zrozumienie możemy sobie wyobrazić, żeby taki stan rzeczy uważały za stały i pewny. My jednakże, jako obdarzeni wyższą inteligencyą wiemy, że mogłoby zdarzyć się wiele rzeczy, któreby korki mogły wprawić w zdumienie. Mianowicie: mogłyby dostać się pod statek płynący, uderzyć o śpiącego wieloryba, lub zaplątać się w morskie wodorosty. W każdym razie podróż ich zakończyłaby się prawdopodobnie wyrzuceniem ich na skaliste wybrzeże Labradoru. Lecz cóż z tego wszystkiego mogło im być znane podczas gdy tak spokojnie dzień za dniem płynęły przez ów — w ich mniemaniu — bezbrzeżny, bezkresny ocean? »Czytelnicy Pańscy zrozumieją prawdopodobnie, że Atlantyk w tej przenośni oznaczać ma potężny ocean eteru w którym pływamy, pęczek zaś korków wyobrażać ma niewielki system planetarny, do którego należymy. Jako trzeciorzędnego znaczenia planeta z ogonem nieznaczących satelitów płyniemy w tych samych codziennych warunkach ku jakiemuś końcowi nieznanemu, ku jakiejś szkaradnej katastrofie, która zmoże nas w ostatnich krainach przestrzeni, gdzie zostaniemy zmieceni przez jakąś Niagarę eteru lub rozbici o jakiś niewyobrażalny Labrador. Nie widzę tu miejsca dla płytkiego i ignoranckiego Pańskiego korespondenta, Mr. James Wilson Mac Phail’a, dostrzegam natomiast wiele racy i (przyczyn), dla których powinniśmy z nader czujną i baczną uwagą śledzić każdą wskazówkę zmiany w owych kosmicznych przestworzach, zmiany, od której zależnym być może nasz ostateczny koniec«. — Człowieku ten by mógł zostać ministrem! — rzekł Mr. Ardle. — Jak to wszystko brzmi potężnie. Ale zobaczmyż teraz, co go tak niepokoi. »Ogólne zacieranie się i zmiana linii Frauenhofera w spektrum wskazuje, według mego mniemania, na rozległe zmiany kosmiczne o charakterze subtelnym i niezwykłym. Światło planety jest refleksem światła słonecznego. Światło gwiazdy jest światłem samoistnem. Lecz w tym wypadku spektrum zarówno planet, jak i gwiazd podległy tym samym zmianom. Czy zmieniły się zatem planety i gwiazdy? Dla mnie twierdzenie takie jest niedopuszczalne. Co za zmiany ogólne mogłyby zajść w nich wszystkich tak nagle? Czy zmiana ta odbywa się może w otaczającej nas atmosferze? Jest to możliwe, lecz w najczęstszym stopniu nieprawdopodobne, skoro w około siebie nie dostrzegamy żadnego znaku takiej zmiany, chemicznej zaś analizie nie udało się nic odkryć w tym względzie. Jaka zatem będzie trzecia możliwość? Że zmiany te zajść mogły w medium przewodniem, w owym niesłychanie subtelnym eterze, który rozciąga się od gwiazdy do gwiazdy i przenika cały wszechświat. Pogrążeni w tym oceanie, płyniemy w powolnym jakimś prądzie. Czy prąd ten nie może doprowadzić nas do kręgów eteru całkiem nowych i mających własności, o jakich nam się nigdy nie śniło? Jest gdzieś zmiana. Dowodzi tego kosmiczne zaburzenie spektrum. Może to być zmiana dodatnia. Może być zmiana ujemna. Może wreszcie być neutralna. Trudno przewidzieć. Płytkie umysły mogą traktować tę sprawę z lekceważeniem, lecz człowiek, który — jak ja — obdarzony jest głębszą inteligencyą prawdziwego filozofa, pojmie, że możliwości wszechświata są nieobliczalne i że najrozumniejszym jest ten, kto stale jest w pogotowiu na przyjęcie nieoczekiwanego. Oto wyraźny przykład: Ktoby podjął się twierdzić, że nagły i niespodziany wybuch epidemii wśród tubylców na Sumatrze, o czem dziennik Pański donosi, nie m a związku z jakiemiś zmianami kosmicznemi, na które tamtejsi mieszkańcy wrażliwsi byli niż więcej złożona ludność Europy? Rzucam tylko taką myśl. Twierdzić tak zarówno jak przeczyć, byłoby w danej chwili bezcelowem; zbyt gęsta leży nad wszystkiem tem zasłona; w każdym razie to, co powyżej powiedziałem jest w obrębie możliwości naukowych« Racz przyjąć i t. d. George Edward Challenger The Briars, Botherfield. — Ładny list, dający dużo do myślenia — rzekł Mc Ardle zamyślony, zapalając papierosa w długiej szklanej rurce. — Jaka też jest pańska opinia, Mr. Malone? Musiałem wyznać moją całkowitą i upokarzającą nieznajomość przedmiotu od początku do końca. Co to są n. p. linie Frauenhofera! Mc Ardle studyował był właśnie tę sprawę z pomocą takiego oswojonego uczonego naszej gazety i pochwycił ze swego biurka dwa różnobarwne rysunki spektrum, które ogólnie przypominają opaski na panamach modnisiów. W skazał mi, ze znajdowały się na nich pewne linie czarne, które krzyżowały się na pasm ach świetnych barw począwszy od czerwonej z jednego końca i przechodzących przez stopniowanie pomarańczowego, żółtego, zielonego, niebieskiego, szafirowego do fioletu na drugim końcu. — Te paski czarne to są właśnie linie Frauenhofera — rzekł mi. — Te kolory, to jest światło. Każde światło przepuszczone przez pryzmę, daje te same barwy. Te nam nic nie mówią. Chodzi tu o te linie czarne, ponieważ te podlegają zmianom zależnie od tego, co wydaje światło. I te właśnie linie w ostatnim tygodniu zatarły się, zamiast uwydatnić; wszyscy zaś astronomowie kłócą się o przyczyny. Oto fotografia zacierających się linii do naszego jutrzejszego, porannego artykułu. Publiczność, jak dotąd, mało zainteresowała się tą sprawą, lecz sądzę, że ich ten list Challengera w »Times’ie« nieco poruszy. A co pan sądzi o tej Sumatrze? — No to, że »zacierające się linie« dały znak chorym negrom na Sumatrze. Tak czy owak ten stary oryginał już nam raz dowiódł, że na wiatr nic nie mówi. Nie ulega wątpliwości, że tam panuje jakaś dziwna choroba; dzisiaj zaś doniosły depesze z Singapore, że latarnie morskie są nieczynne w cieśninach Sunda i że dwa statki wskutek tego osiadły na mieliźnie. W każdym razie dobrze będzie, jeśli się pan zobaczysz z Challengerem. Jeśli się pan dowie czegoś do pewnego stopnia określonego, to kropnij pan artykuł w poniedziałek. Wychodziłem z pokoju szefa wydziału ostatnich wiadomości, rozmyślając nad moją misyą, gdym posłyszał nazwisko swoje; wołano na mnie z poczekalni na dole. Był to chłopiec z telegramem, którego z mieszkania mego na Streethom odesłano tutaj. Telegram pochodził od tego, o którym przed chwilą mówiliśmy i brzmiał jak następuje: »Malone, 17. Hill Street, Strethom. Przywieź tlenu. Challenger«. »Przywieź tlenu!«. Znałem profesora z jego nadzwyczajnych pomysłów, z jego ciężkiego rodzaju dowcipu, zdolnego do nieprawdopodobnych wybryków. Zacząłem studyować depeszę i tak i owak, lecz nawet słabego prze- błysku humoru znaleźć w niej nie mogłem. Był to najwidoczniej wyraźny rozkaz — choć przyznaję — rozkaz niezmiernie dziwny. W każdym razie rozkazu tego człowieka nie potrafiłbym zlekceważyć. Widocznie było w robocie jakieś doświadczenie chemiczne, widocznie. — Nie moja rzecz wreszcie kombinować, na co ten tlen. Trzeba się tem zająć. Miałem godzinę jeszcze do odejścia pociągu. Wziąłem taksametr i upewniwszy się co do adresu w książce telefonów kazałem wieźć się do Tow. Dostawy Tlenu w cylindrach na Oxford Street. Gdym wysiadł z dorożki na miejscu przeznaczenia, wyłoniło się z drzwi zakładu dwóch młodych ludzi, dźwigających żelazny cylinder, który z niejakim trudem poczęli windować na oczekujący automobil. Jakiś starszy pan deptał im po piętach, gderając i dając wskazówki niemiłym, skrzeczącym głosem. Odwrócił się ku mnie. Nie myliłem się co do tego surowego oblicza i długiej, koziej brody. Wszak to stary mój, chronicznie gderający towarzysz, prof. Summerlee. — Co! — zawołał. — Chybaś ty nie dostał takiego waryackiego telegramu o tlen? Pokazałem mu depeszę. — Nadzwyczajne! Moja przyszła rano i jak widzisz, wbrew moim zasadom, staram się wykonać zlecenie. Nasz poczciwy przyjaciel jest niemożliwy, jak zawsze. Przecież zapotrzebowanie tlenu nie mogło być tak nagłe, żeby aż telegrafować i w dodatku zabierać czas ludziom, którzy go doprawdy mniej mają, niż on. Czemuż wprost z fabryki sobie nie zamówił? Zauważyłem poprostu, że widocznie potrzebował go natychmiast. — Albo, że mu się tak zdawało, co jest zupełnie co innego. No ale teraz już nie kupuj, skoro ja wiozę tak znaczny zapas. — Jednakże zdaje się, że dla tej czy innej przyczyny, życzy sobie, żebym i ja mu tlenu przywiózł. Zawsze będzie bezpieczniej wypełnić dokładnie to, o co prosi. Stosownie do tego i pomimo przedstawiali i burczenia profesora kazałem dać jeszcze jeden cylinder, który umieściliśmy obok pierwszego na samochodzie, którym Summerlee ofiarował się zabrać mnie na dworzec. Odszedłem zapłacić taksametr, którego woźnica wymyślał i złorzeczył na swoje niepowodzenie. Gdym do prof. Summerlee powrócił, zastałem straszliwą kłótnię między nim, a tym i ludźmi, którzy wynosili tlen; trząsł swoją białą kozią brodą z wściekłością. Jeden z tych łobuzów powiedział mu, pamiętam doskonale: »stary, narwany, biały niedźwiedź«, co tak rozwścieczyło jego palacza, że zeskoczył z siedzenia, aby stanąć w obronie swego obrażonego pana i musieliśmy użyć całej energii, by uniknąć zbiegowiska na ulicy. Mogłoby się zdawać, że wszystkie te drobne zdarzenia zbyt są pospolite, by je tu spisywać i jako takie traktowało się je w danej chwili. I dopiero teraz, gdy patrzę w przeszłość dostrzegam związek ich z całą opowieścią, którą mam rozwinąć. Zdawało mi się, że szofer musiał albo być nowicyuszem, albo też stracił swój nerw w tem zajściu, dość że podle jechał całą drogę do stacyi. Dwa razy o włos nie wjechaliśmy na inne, równie marnie prowadzone, samochody i pamiętam żem do profesora uczynił uwagę, że umiejętność prowadzenia samochodów w Londynie mocno podupadła. Raz najechaliśmy niemal na dużą grupę ludzi, która przyglądała się bójce na rogu ulicy. Ludzie ci, mocno podnieceni, poczęli wymyślać nam o niezdarną jazdę, jeden zaś z tej bandy skoczył na stopień i zaczął wymachiwać kijem nad naszemi głowami. Zepchnąłem go, lecz byliśmy kontenci gdyśmy z tego tłumu wyjechali i wydostali się na inną ulicę. Drobne te zdarzenia, następujące jedne po drugich, rozklekotały mi nerwy a z zachowania się mego towarzysza wnosić mogłem, że się i jego cierpliwość wyczerpała. Wrócił nam jednakże dobry humor, gdyśmy na platformie ujrzeli, czekającego na nas lorda John’a Boxston ubranego w wykwintny kostyum myśliwski. Twarz jego o rysach subtelnych i oczach wyrazistych — poważnych i dobrodusznych jednocześnie — rozjaśniła się z radości na nasz widok. Kasztanowate włosy jego przypruszone były lekko siwizną, a czas, dłutem swem wyżłobił nieco głębsze bruzdy na czole, pozatem stał przed nami ten sam lord John, który był naszym najmilszym towarzyszem kilka lat temu. — Jak się masz, profesorze! Czołem, młodzieńcze! — wykrzyknął wesoło, zbliżając się ku nam. Począł pękać (zanosić się) ze śmiechu i wielkiego ukontentowania, gdy za nami na wózku od bagażu ujrzał nasze dwa cylindry tlenu. — To i wyście także kupili! — wołał. — Mój już w pociągu. Ciekawość, do czego mu to potrzebne? — Czy widział pan jego list w Times’ie? — zapytałem. — A co to takiego? — Nonsens, banialuki! — rzekł Summerlee szorstko. — Albo się bardzo mylę, albo to ma związek z tą całą historyą, tlenową, — rzekłem. — Nonsens i banialuki! — krzyczał znów Summerlee z całkiem zbyteczną gwałtownością. Wsiedliśmy wszyscy do przedziału I-ej klasy dla palących i profesor natychmiast zakurzył swą krótką, napoły zwęgloną fajeczkę, która podkadzała jego haczykowaty nos. — Przyjaciel Challenger to zdolny człowiek — począł mówić w silnem podnieceniu. — Temu nikt nie może zaprzeczyć. Tylko waryat może temu zaprzeczyć. Spojrzyjcie na jego czapkę. Siedzi w niej sześćdziesiąt uncyi mózgu — porządna maszyna, działająca składnie i wydajnie. Pokażcie mi halę maszyn, a powiem wam, jakich rozmiarów są maszyny. Lecz to wrodzony szarlatan — słyszeliście, że mu to w oczy mówiłem — wrodzony szarlatan, umiejący sztuczkami brać na lep. Jakoś spokojnie na świecie, więc przyjaciel Challenger korzysta ze sposobności, by się ludziom przypomnieć i zrobić sobie nieco rozgłosu. Przecież nie wystawiacie sobie chyba, żeby on poważnie wierzył w te wszystkie idiotyzmy o jakichś zmianach w atmosferze i niebezpieczeństwo grożące rodzajowi ludzkiemu? Czyż to wszystko słyszane rzeczy? Siedział jak stary kruk nastroszony, kracząc i trzęsąc się z sardonicznego śmiechu. Zagotowało się we mnie, gdym tych słów słuchał. Przecież to szkaradzieństwo wyrażać się w ten sposób o człowieku, który był naszym prowodyrem, któremu zawdzięczaliśmy cały nasz rozgłos, sławę i przez którego zdobyliśmy doświadczenie niedostępne dotąd dla nikogo. Już usta otwierałem, by mu gorącą dać replikę, lecz uprzedził mnie lord John. — Miałeś pan, kochany profesorze, raz już przejście z Challengerem — rzekł poważnie w przeciągu dziesięciu sekund musiałeś zmienić zdanie. Mnie się zdaje, profesorze, że on pana o całe niebo przewyższa i że najlepiej pan zrobisz, idąc swoją drogą i zostawiając go sobie samemu. — Przytem zaś — dodałem — był on zawsze naszym szczerym przyjacielem. Jakiekolwiek może mieć wady, jest to w każdym razie człowiek nieposzlakowanej prawości i wątpię, czy byłby zdolny mówić źle o towarzyszach swoich poza ich plecami. — Dobrześ, młodzieńcze, powiedział — rzekł lord John Boxston. Potem zaś z dobrotliwym uśmiechem poklepał profesora po ramieniu. — No profesorku, przecież nie będziemy się kłócić. Zawieleśmy razem przeżyli. Ale miej się na baczności, gdy mowa o Challenger’ze, bo i nasz młody przyjaciel i ja mamy słabość do tego starego. Lecz Summerlee nie był w usposobieniu do zgody. Począł zżymać się i mruczeć, puszczając ze złości gęste kłęby dymu ze swej fajki w naszą stronę. — Co do pana, lordzie Johnie Boxston — zaskrzeczał — to zdanie pańskie w kwestyach naukowych ma w moich oczach taką wartość, jaką w pańskich miałyby moje zapatrywania na nowy rodzaj fuzyi. Mam swój własny sąd o rzeczach, lecz i używam go na swój sposób. A że mnie on raz zawiódł, to nie powód, bym miał bezkrytycznie przyjmować wszystko, co mi ten człowiek zechce narzucić? Czy może będziemy mieli takiego papieża nauki, który mówi ex cathedra i jest nieomylny i którego zdanie biedna, pokorna publiczność przyjmować ma bez krytyki? Mówię panu, że ja mam swój własny rozum i że uważałbym się za ciurę, za niewolnika, gdybym go samodzielnie nie mógł używać. Jeśli macie ochotę wierzyć w te bajdy o eterze i liniach Frauenhofera, to sobie wierzcie, ale nie żądajcie od człowieka, który jest starszy i mędrszy od was, by w tem także brał udział. Czyż to nie jasne, że gdyby atmo- sfera była zatruta do takiego stopnia, jak on utrzymuje i gdyby zdrowie ludzkie było narażone, to już widoczne byłyby skutki na nas samych? — Tu zaśmiał się hałaśliwym tryumfem z własnego argumentu. — Tak, panie, powinniśmy być już bardzo daleko od naszego normalnego »ja« i zamiast siedzieć spokojnie w wagonie i roztrząsać kwestye naukowe, powinniśmy już wykazywać na zewnątrz działanie trucizny w naszym organizmie. Gdzież widzimy jakikolwiek znak owych trujących kosmicznych zaburzeń? Proszę odpowiadać, panowie! Bardzo proszę, odpowiedzcie. Teraz mi nie ujdziecie. Wymagam od was odpowiedzi. Czułem się coraz więcej zirytowany. Było coś bardzo drażniącego i zaczepnego w zachowaniu profesora. — Sądzę, że gdyby pan znał więcej faktów, to byś pan może był mniej pozytywny w swych twierdzeniach — rzekłem. Summerlee wyjął z ust fajkę i przeszył mnie lodowałem spojrzeniem. — Coś pan miał na myśli robiąc mi tę impertynencką poniekąd uwagę? — Miałem na myśli, że w chwili, gdym opuszczał redakcyę, oznajmił mi szef ostatnich wiadomości, że nadszedł telegram, donoszący o ogólnej epidemii wśród tubylców na Sumatrze i drugi o niezapaleniu latarni morskich w cieśninach Sunda. — Nie, doprawdy! Ludzka głupota powinna mieć swoje granice! — krzyczał Summerlee w kompletnej furyi. — Czyż to możliwe, abyś pan nie rozumiał (jeśli na chwilę przyjmiemy hypotezę Challenger’a), że eter jest substancyą całego wszechświata i że jest on taki sam tu, jak i na drugiej półkuli? Czy sądzisz pan, że istnieje eter angielski i inny Sumatrański? A może zdaje się panu, że eter Kentu jest do pewnego stopnia doskonalszy od eteru Surreg’u, przez który właśnie przejeżdżamy. Faktycznie nie ma granic łatwowierność i ignorancya przeciętnego człowieka. Czyż można sobie wyobrazić, by eter na Sumatrze był tak zabójczy, żeby powodował zupełny bezwład, podczas gdy tutaj żadnych skutków jego nie widzimy? Osobiście mogę śmiało twierdzić, że nigdy nie czu- łem się silniejszym fizycznie i więcej zrównoważonym umysłowo. — Wszystko to być może. Wyznaję, że nie jestem człowiekiem nauki — rzekłem — jakkolwiek gdzieś słyszałem, że wiedza jednego pokolenia bywa sofizmatem następnego. Nie potrzeba nadzwyczajnego wysiłku umysłu, by zrozumieć, że eter mógłby podlegać zmianom, sprowadzonym miejscowymi warunkami w różnych częściach świata i że mógłby wywoływać skutki, które dopiero później okażą się u nas. — Przez »mógłby« niczego pan nie dowiedziesz — krzyczał rozwścieczony Summerlee. — Świnie mogłyby fruwać. Tak, panie, świnie fruwać — lecz nie fruwają. Nawet nie warto z panem się sprzeczać. Challenger napompował was swojemi niedorzecznościami i obaj niezdolni jesteście trzeźwo rozumować. To to samo, co gadać do tych poduszek. — Wyznać muszę profesorze Summerlee, że maniery pańskie nie nabrały świetności, gdym ostatni raz miał przyjemność spotkać się z panem — rzekł surowo lord John. — Wy, panowie lordowie, nie przywykliście słuchać prawdy — odparł Summerlee z gorzkim uśmiechem. Prawda was w oczy kole, prawda? Zwłaszcza, gdy wam ktoś oczy otwiera na tę okoliczność, żeście mimo tytułu pozostali ignorantami. — Słowo daję, sir — surowo i sztywno rzekł lord John — ze gdybyś pan był młodszym, to nie odważyłbyś się więcej mówić do mnie w sposób tak obrażający. Summerlee zrobił lekceważący ruch głową, potrząsając swą kozią brodą. — Niechże pan zatem wie raz na zawsze, że nie było chwili w mojem życiu, bym się miał bać otwarcie mówić, co myślę o takim niewykształconym błaźnie, tak, sir, niewykształconym błaźnie, choćby on miał tyle tytułów, ile ich niewolnicy mogli wymyśleć, a głupcy przyjąć. Na jedno mgnienie oka wzrok lorda John’a zapałał, lecz wnet nadzwyczajnym wysiłkiem opanował swoje oburzenie, oparł się o poduszki siedzenia, z rękoma założonemi i gorz- kim na ustach uśmiechem. Dla mnie było całe (o zajście nader przykre i bolesne. Jak tchnienie przemknęła się w pamięci przeszłość, owe idealne koleżeństwo, szczęśliwe, przygód pełne dni, wszystko, cośmy razem wycierpieli, przeżyli, przepracowali i zdobyli. I do tego teraz doszło? Do wymysłów i kłótni! Nagle począłem szlochać — szlochać głośno, łkając głośnym, niepohamowanym płaczem. Towarzysze moi przyglądali mi się zdumieni. Ukryłem twarz w dłoniach. — Nie zważajcie na mnie — rzekłem. — Tylko tak mi żal, tak żal! — Chory jesteś, chłopcze kochany, poprostu chory, w tem cała rzecz — rzekł lord John. — Od pierwszego wejrzenia zdawało mi się, żeś pan nieco zmieniony. — Przyzwyczajenia pańskie nie poprawiły się przez te trzy lata — rzekł Summerlee, kiwając głową. — I ja nie omieszkałem zauważyć pana dziwny sposób bycia w chwili, gdyśmy się spotkali. Niech się pan zbytnio nie rozczula, lordzie. To są łzy alkoholika. On pił. Wracając do rzeczy, lordzie John’ie, nazwałem pana przed chwilką błaznem, co było może trochę za ostre. Ale przypomina mi to coś dość pospolitego, ale zabawnego; umiejętność, jaką posiadam. Znacie mnie, jako poważnego męża nauki. Czy dacie wiarę, żem miał niegdyś sławę jako naśladowca głosu zwierząt i ptactwa domowego? Może zdołam uprzyjemnić wam tem podróż. Czy bawiłoby pana, gdybym zapiał, jak kogut? — Nie panie — odparł lord John, który wciąż srodze był obrażony — zupełnieby mnie to nie bawiło. — Moje naśladowanie gdakania kury, która właśnie zniosła jaje, uważane było za znakomite. Czy mogę spróbować? — Nie, panie, proszę dać temu pokój. Lecz mimo tego surowego zakazu profesor Summerlee odłożył fajkę i przez całą resztę podróży zabawiał nas — albo mu się zdawało, że nas zabawia — całą seryą głosów ptasich i zwierzęcych. Były one tak śmieszne, że łzy moje zamieniły się w gwałtowny śmiech, który stał się zupełnie histeryczny, gdym siedząc naprzeciwko niego widział, a raczej słyszał go skomlącego, jak szczeniak, któremu przycinają ogon. W pewnej chwili lord John podał mi swoją gazetę, na której na marginesie napisał ołówkiem: »Biedny stary! skończony waryat!« Bezwątpienia było to więcej, niż ekscentryczne, a pomimo to jednakże przedstawienie wydawało mi się niezmiernie zręczne i zabawne. Podczas gdy to trwało w dalszym ciągu, lord John pochylił się ku mnie i począł opowiadać jakąś nieskończenie długą historyę o bawole i radży indyjskim, historyę, która zdawała się nie mieć ani początku, ani końca. Profesor Summerlee począł był właśnie ćwierkać jak kanarek, a lord John dochodzić do jakiejś figury retorycznej w swej opowieści, gdy pociąg dowiózł nas do Jarvis Brook, które było ostatnią naszą stacyą. Tutaj czekał już na nas Challenger. Wygląd jego był świetny. Wszystkie indory świata nie zdołałyby naśladować tej górnie stąpającej godności, z jaką paradował po małej swej stacyjce z dobrotliwie-łaskawym uśmiechem, z jakim spoglądał na otaczających. Jeśli zaszła w nim zmiana od dawnych, razem przeżytych chwil, to tylko o tyle, że rysy stały się wyrazistsze. Ogromna jego głowa i szerokie czoło z gładko przyczesaną czarną czupryną wydawały się jeszcze większe. Czarna broda spływała obficiej a jasne, szare oczy o bezczelnym wyrazie były jeszcze więcej rozkazujące, niż dawniej. Potrząsnął mi ręką dobrotliwie i uśmiechnął się zachęcająco, jak profesor do małego chłopca i powitawszy tamtych, pomógł do odebrania bagażu i cylindrów tlenu, poczem usadził nas w dużym samochodzie, prowadzonym przez zawsze tego samego niewzruszonego Austin’a, owego człowieka małomównego, któregom widział w charakterze kamerdynera za moją przypadkową, pierwszą bytnością u profesora. Droga nasza wiła się kręto w górę przez prześliczną okolicę. Siedziałem z szoferem na przodzie, lecz mi się zdawało, że wszyscy trzej moi towarzysze razem mówili. O ile mogłem dosłyszeć, to lord John w dalszym ciągu nie mógł się uporać ze swoją historyą bawołu, potem znów słyszałem nizki bas Challenger’a i silne akcenty Summerlee’go, zaperzonych w jakichś debatach naukowych. Nagle Austin zwrócił nieco ku mnie swą cie- mną twarz, nie odrywając wzroku od kierownika. — Pan mnie wydalił — wyrzekł. — Co takiego? — zawołałem. Wszystko było tego dnia dziwne. Każdy mówił dziwne, nieoczekiwane rzeczy. Było to, jak sen. — To już czterdziesty siódmy raz — mówił Austin z namysłem. — Kiedy odchodzicie? — zapytałem w braku innej uwagi. — Ja wcale nie odejdę — odparł Austin. Zdawało się, że na tem rozmowa urwała się, lecz wkrótce znów do niej wrócił. — Gdybym ja odszedł, to ktoby miał staranie o — Zrobił głową ruch w kierunku swego pana. — Kogoby on znalazł, żeby mu służył? — No kogo innego — poddałem. — O nie, panie. Niktby tygodnia nie wytrzymał. Gdybym ja odszedł, toby się ten dom rozleciał, jak budka z kart. Panu to mówię, bo pan jest jego przyjaciel i powinien wiedzieć. Żebym mógł wziąć go za słowo — ale nie — nie miałbym serca. I on i pani, toby byli, jak te dwa niemowlęta w powijakach. Ja jestem wszystkiem. A tu pan przychodzi i wydala mnie. — A czemuby nikt inny nie wytrzymał? — zapytałem. — Ano, boby nikt się nie zgodził tak, jak ja. To jest mądry pan — mądry i dobry. Ale czasem to i wytrzymać z nim trudno. Co, naprzykład, zrobił dziś rano. — No, co zrobił? Austin pochylił mi się do ucha. — Ugryzł gospodynię — rzekł przytłumionym szeptem. — Ugryzł? — Tak, panie. Ugryzł ją w nogę. Widziałem ją na własne oczy, jak wychodziła z hallu. — Na Boga żywego! — Pewnoby się pan zdziwił, gdyby pan niektóre jego sprawki widział. Niema on przyjaciół wśród sąsiadów. Niektórzy z nich to uważają, że jak on był pomiędzy tymi dzikusami, co to pan o nich pisał, to że niby to była jego prawa ojczyzna i że to była najstosowniejsza kompania dla niego. Tak mówią. Ale ja mu służyłem przez dzie- sięć lat i kocham mego pana i niech pan zapamięta, że to mądry człowiek, niech mówią, co chcą, i służyć mu, to zaszczyt. Ale czasem to człowiekowi sadła za skórę zaleje. A tu niech pan patrzy. Przecież to nie jest ta staroświecka gościnność? Niech-no pan sam przeczyta. Zbliżając się do celu dojechaliśmy do zakrętu na wyniosłości. Na rogu widniała tablica umocowana do dobrze utrzymanego ogrodzenia. Jak już Austin powiedział, nietrudno było przeczytać, słów bowiem było niewiele, lecz zwracających uwagę:

PRZESTROGA — NIE ZACHĘCA SIĘ GOŚCI, DZIENNIKARZY, ŻEBRAKÓW

— Przecież tego nie nazwie pan gościnnością — rzekł Austin, kiwając głową i patrząc na opłakaną tablicę. Przepraszam pana, bom tak wiele nie mówił już od lat, ale dziś tak jakoś mam serce na języku. A on może pę- kać ze złości, a ja nie odejdę i już. Ja jestem jego sługa, a on jest mój pan i tak już będzie do końca, mam nadzieję. Przejechaliśmy przez białą bramę i półokrągły zajazd, obsadzony krzewami rododendronów. W głębi stał dom z czerwonej cegły i biało lakierowanego drzewa, miły i uroczy. Mrs. Challenger, mała, drobna, uśmiechnięta osóbka stała w otwartych drzwiach wchodowych, by nas powitać. — Ot są — rzekł Challenger, wyskakując z automobilu — goście nasi. Prawda, że to dla nas nadzwyczajność mieć gości? Nie kochamy się zbytnio z naszymi sąsiadami — prawda? Żeby nas mogli utopić w łyżce wody, toby to zrobili. — To okropne, okropne! — zawołała pani między śmiechem i łzami. — George zawsze się z wszystkiemi kłóci. Nie mamy ani jednej przyjemnej duszy w okolicy. — To mi daje możność lepiej poznać i ocenić zalety mojej żonki, — rzekł Challenger, a otaczając swą krótką ręką kibić żony. Wystawcie sobie goryla i gazellę — to ich obraz. — Chodźcie, chodźcie, musicie być głodni i znużeni podróżą, a śniadanie musi być gotowe. Czy Sara wróciła? Pani przecząco poruszyła głową, profesor zaś głośno się zaśmiał i pogładził brodę z zadowoleniem. — Austin! — zawołał — jak ustawisz samochód, to bądź tak dobry pomódz pani podać śniadanie. Was zaś, panowie, proszę do mego gabinetu, bo mam kilka różnych niecierpiących zwłoki rzeczy do powiedzenia.

ROZDZIAŁ II.

ZBLIŻANIE SIĘ ŚMIERCI.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…