I. Szanowni Panowie!
Mam mówić z spółek wielkopolskich. Zadanie moje pojmuję tak, że mam Szan. Panom przedstawić szereg spraw, które w działalności spółek wielkopolskich wysunęły się na pierwsze miejsce, a mam to uczynić w tym celu, ażeby rozmaite kwestye współdzielczości, Szanownym Panom znane już skądinąd, pokazać w świetle doświadczenia spółek h. Z tego wynika, że nie jest zadaniem mojem, wygłosić wykłady o istocie, zasadach i zadaniach współdzielczości, o jej znaczeniu dla rozwoju społeczno-gospodarczego, że raczej przypuścić muszę, że ogólne te kwestye Szanownym Panom już są znane. Z drugiej strony rozwoju spółek wielkopolskich nie wchodzi również w zakres mego zadania, gdyż rozwój zewnętrzny o kwestyach z praktyki wewnętrznej nie stanowi. Conajwyżej zewnętrzny rozwój, zewnętrzne powodzenie mogą być jednym z licznych probierzów wewnętrznej wartości. Pozostaje nam więc jako materyał życie spółek wielkopolskich i ich organizacyi związkowej. Życie to posiada naturalnie bardzo wielką ilość kwestyi, mniej lub więcej ważnych. Wybrać więc musimy tylko kwestye najważniejsze i znaczenia ogólnego, a pominąć wszelkie kwestye ściśle praktyczne, n. p. z zakresu książkowości, techniki kupieckiej i bankowej, kwestye ściśle prawnicze i t. p. Sprawy te mogą być bardzo ciekawe dla praktycznych spółkowców, ale u Szanownych Panów budziłyby mniej zainteresowania. Nim jednakże przejdę do omawiania poszczególnych tematów, muszę z konieczności poświęcić słów kilka rozwojowi spółek wielkopolskich. Stanie się to właściwie wbrew temu, co powiedziałem przedtem, że historya spółek nie należy do zakresu naszych rozważań. Ponieważ jednak nie mogę przypuścić, że wszystkim Panom rozwój spółek wielkopolskich w najważniejszych zarysach jest znany, dlatego spółki te, jako materyał naszych dociekań, niejako Szanownym Panom przedstawić muszę. Inaczej mogłoby się zdarzyć, że w toku mych wykładów opierałbym się nieraz na przesłankach Szanownym Panom nieznanych i wywołał przez to nieporozumienia. Dlatego nasamprzód przedstawię Szanownym Panom, — oczywiście w najgrubszych tylko zarysach, — historyę i stan obecny rozwoju spółek wielkopolskich. Pierwsza spółka polska pod zaborem pruskim wyłoniła się w r. 1861 z kasy wzajemnej pomocy Towarzystwa Przemysłowego w Poznaniu. Jest to dzisiejszy „Bank Przemysłowców”, największa spółka kredytowa nietylko w Polsce, ale — o ile mi wiadomo — największa na świecie. Kapitał obrotowy jej wynosi dziś 63 milionów marek. Za przykładem spółki poznańskiej powstały w Poznańskiem i Prusach Królewskich dalsze spółki. W roku 1871 łączy się szereg spółek w „Związek Spółek Zarobkowych i Gospodarczych”, który w roku 1892 otrzymuje od rządu pruskiego prawo wykonywania w spółkach ustawą przepisanych . W roku 1886 zakłada się dla spółek centralę bankową „Bank Związku Spółek Zarobkowych”. Przez trzydzieści lat zakładano tylko spółki pożyczkowe, przeważnie pod nazwą „Bank Ludowy”. Dopiero w r. 1891 pod wpływem polityki osadniczej rządu pruskiego założono w Poznaniu pierwszą spółkę parcelacyjną. W tym samym roku powstały też w Poznaniu dwie spółki budowlane. Po kilku latach nastąpiło założenie dwóch dalszych spółek parcelacyjnych w Poznaniu, a po kilku dalszych latach założono pierwszą spółkę parcelacyjną na prowincyi. Ponieważ spółki te miały początkowo powodzenie, zakładano ich coraz więcej, ogółem blizko 30. Po czterdziestu latach pracy współdzielczej założono — po kilku nieudałych próbach — pierwszą rolniczą spółkę dla wspólnego zakupu i sprzedaży pod firmą „Rolnik”. Następnie w ciągu lat kilkunastu powstało blizko 70 dalszych spółek tego rodzaju. Wreszcie w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci założono sporą ilość spółek najróżniejszych. Powstały spółki budowlane, spółki rzemieślnicze, drukarnie spółkowe, spółki wydawnicze, browary spółkowe i t. p., ale wszystkie te spółki pozostały bez większego znaczenia, — wielka część ich znowu upadła. Pewnemi rezultatami poszczycić się mogą jedynie spółkowe handle bławatne, których szereg powstał w Prusach Królewskich, i do których też jeszcze powrócimy. Dziś poza wyżej wymienionemi trzema najważniejszemi rodzajami spółek wielkopolskich, t. j. spółkami pożyczkowemi, spółkami parcelacyjnemi i spółkami rolniczo-handlowemi należy do Związku tylko dziesięć spółek innego rodzaju, mianowicie trzy spółki budowlane, trzy spółkowe handle bławatne, trzy spółki przemysłowe i jedna spółka drukarsko-wydawnicza. Poza Związkiem zaś istnieje trzydzieści i kilka drobnych spółek, w tem 11 spółek budowlanych, 6 spółek drukarskich lub wydawniczych, 3 spółki ziemskie i kilkanaście dalszych najróżniejszego typu. Wszystko to spółki o niewielkich rozmiarach i bez większego znaczenia. Jak już wspomniałem, połączyły się spółki wielkopolskie w r. 1871 w Związek spółkowy. Nie wszystkie jednak spółki do niego przystąpiły. Dopiero gdy nowa ustawa o spółkach z r. 1889 zaprowadziła obowiązkową dwuletnią rewizyę spółek, zgromadziły się prawie wszystkie spółki w Związku. Ustawa o spółkach zaprowadziła bowiem tak zw. związki rewizyjne spółek, wyposażone w prawo ustanowienia urzędowych rewizorów dla swych spółek, podczas gdy spółki nienależące do żadnego związku rewizyjnego poddać się musiały rewizyi przez rewizora ustanowionego przez sąd okręgowy. Związek polski uzyskał od rządu prawo do wykonywania ustawą przewidzianej rewizyi w r. 1892. Od tego też czasu obejmuje Związek prawie wszystkie spółki polskie, na obszarze Poznańskiego i Prus Królewskich istniejące. Poważniejszych spółek polskich poza Związkiem dziś niema. Ustrój Związku jest mniejwięcej następujący. Co rok wysyłają spółki swych delegatów na tak zw. k, który jest najwyższą instancyą związkową. Sejmik wybiera zarząd związkowy, składający się z 7 członków, tak zw. k. Na czele zarządu stoi Patron, wybierany w tym charakterze również przez Sejmik. Zastępcą jego jest Wicepatron. Patronat Spółek posiada swoje biuro z siłami, pracującemi wyłącznie dla Związku, podczas gdy członkowie Patronatu urząd swój sprawują tylko pobocznie i stałego wynagrodzenia za to nie pobierają. O czynnościach Związku będę mówił obszerniej, sprawę centralizacyi związkowej. Oprócz Związku posiadają spółki centralną instytucyę finansową w założonym w r. 1886 Banku Związku Spółek Zarobkowych. Każdorazowy Patron jest równocześnie Kuratorem Banku Związku a odwrotnie jeden z członków dyrekcyi Banku Związku jest z urzędu członkiem Patronatu. Obecny stan rozwoju wielkopolskiej organizacyi współdzielczej przedstawia się w liczbach jak następuje. Tak liczbą jak i kapitałami przeważają spółki pożyczkowe. Jest ich obecnie 209 z kapitałem obrotowym 360 milionów marek. Spółki ziemskie w ostatnich czasach liczebnie zmalały, jest ich już tylko 16 z kapitałem obrotowym 20 milionów marek. Z spółek dla wspólnego zakupu i sprzedaży, tak zw. „Rolników”, należą do Związku 63, z kapitałem obrotowym 12 milionów marek. Pozatem posiada jeszcze Związek 10 spółek innych z kapitałem obrotowym kilku milionów marek. Razem należało do Związku z końcem 1915 roku 298 spółek z kapitałem obrotowym około 400 milionów marek. Jest to liczba dość znaczna, ale nie zdumiewająca. Bardzo często spotkać się można z pewnem przecenianiem rozwoju spółek wielkopolskich. Że polskie spółki zaboru pruskiego znaczniej się rozwinęły niż spółki polskie w innych zaborach, to przedewszystkiem dzięki temu, że rozwój tu się rozpoczął najwcześniej. Najpóźniej powstał ruch współdzielczy w Królestwie Polskiem, postępuje on jednak olbrzymiemi krokami naprzód. Według danych, przytoczonych w cennej książce prof. dr. Michalskiego „Polskie kooperatywy kredytowe i Kasy oszczędności” posiadały w r. 1900 polskie spółki kredytowe Poznańskiego i Prus Królewskich kapitału obrotowego w udziałach, rezerwach i wkładkach oszczędnościowych 56 milionów franków, spółki Królestwa Polskiego w tymże roku niespełna 42 miliony franków, — zatem kilkanaście milionów franków mniej. Natomiast dwanaście lat później rozporządzały spółki poznańskie kapitałem 330 milionów franków, a spółki Królestwa już 442 milionami franków, — prześcignęły zatem spółki poznańskie o stokilkanaście milionów. Jeżeli kapitał spółek rozliczymy na głowę ludności, wypadnie jeszcze i teraz cyfrowy rezultat stosunkowo korzystnie dla zaboru pruskiego. Ale awans ten z roku na rok będzie malał, — a stanie się to tem wcześniej, jeżeli więzy krępujące dotąd spółki Królestwa Polskiego opadną. Drugą, stosunkowo słabą stroną ruchu wielkopolskiego, to jego jednostronność. Już z tego, co przytoczyłem, wynikało, że rozwinęły się u nas z pożytkiem i na większą skalę tylko spółki pożyczkowe i spółki rolnicze dla wspólnego zakupu i sprzedaży. Niema natomiast wcale licznych innych gałęzi spólnictwa. Nie mamy spółek spożywczych, konsumów. Chociaż dla tego rodzaju spółek w rolniczych dzielnicach, jakiemi są Poznańskie i Prusy Królewskie, niema podatnego gruntu, to za to pośród milionowej ludności przemysłowej Górnego Śląska i na wychodztwie nadreńsko-westfalskiem bardzo dobrze mogłyby się były rozwinąć. Nie mamy dalej licznych rodzajów spółek rolniczych, jak mleczarni, gorzelni, suszarni, mączkarni spółkowych, nie mamy rolniczych spółek hodowlanych, spółek dla zbytu trzody tucznej itp. Spółki takie owszem istnieją tak w Poznańskiem jak i w Prusach Królewskich, i też gospodarze polscy do nich należą, — ale są to spółki, które powstały z ramienia innych organizacyi spółkowych. Pod względem rozwoju współdzielczego organizacya wielkopolska nie wytrzymuje porównania ani z niemieckim ruchem współdzielczym zaboru pruskiego, ani z Galicyi ani też z młodemi latoroślami współdzielczemi Królestwa Polskiego. Dlatego w pewne zakłopotanie wprowadzają nas komplimenty, któremi od czasu do czasu rodacy z innych zaborów nas darzą jak np. niedawno temu Żeromski w znanym odczycie swym „Literatura a życie polskie”, wygłoszonym w Zakopanem. Z pochwał tych przebija przypuszczenie, że ruch współdzielczy w Wielkopolsce doszedł pod względem do doskonałości. Tak niestety nie jest. Niedostatków naszego ruchu współdzielczego jesteśmy sobie świadomi. Ale z drugiej też strony wiemy bardzo dobrze, jakie dodatnie strony nasza organizacya współdzielcza posiada. Nikt jeszcze nie miał żalu i nigdy mieć nie będzie do twórców naszego ruchu współdzielczego, że nie umieli lub nie chcieli rozwinąć go szerzej. Przeciwnie, podziwiamy szczerze mądrość mężów takich jak ks. Szamarzewski i ks. Wawrzyniak, że bystrym umysłem pojęli, iż nam, w Wielkopolsce, nie było w pierwszym rzędzie potrzeba spółek, lecz szeregu spółek h. Jeżeli ruch współdzielczy miał w Wielkopolsce liczyć na powodzenie, musiał stworzyć szereg instytucyi, któreby siłą swą i rozmiarami imponowały. Stosunki były tego rodzaju, że, chcąc stworzyć sobie instytucye własne, wprzód trzeba było ufundować dla nich zaufanie. Odstęp między stosunkami handlowemi polaków a niemców był tak wielki, że drobne przedsiębiorstwa nasze wobec znacznych przedsiębiorstw niemieckich ginęły zupełnie. Mimo to mąż taki jak ks. Patron Szamarzewski pojął doskonale zadanie spółek w takich warunkach i zdobył się na odwagę, przeznaczenia właśnie im roli instytucyi powołanych do tego, by ludności polskiej udowodniły, że jednak sama z siebie zdolna jest coś wydobyć, co z organizacyami obcemi iść może w zawody. Słusznie wtedy postąpiono, że nie kierowano się przykładem niemieckich spółek rolniczych, szczególnie spółek systemu Raiffeisena. Hasła tych spółek i u nas dobrze były znane i niejednego nęciły swemi dodatniemi stronami. Hasła takie jak „co parafia to spółka!” dużo miały do siebie i zdawały się przyobiecywać, że przez spółki podniesie się u nas ruch współdzielczy do szybszego rozwoju. Nadzieje takie były jednak złudne; idąc za niemi mielibyśmy może liczbę spółek kilkakrotnie większą od dzisiejszej, ale ich siła finansowa nie byłaby taką, jaką jest dzisiaj, gdyż ruch współdzielczy mimo wielkiej liczby spółek nie byłby imponował ludności. Jakiż włościanin, choćby najbardziej oświecony i choćby sam nawet w spółce pracował od lat wielu, — jakiś rzemieślnik lub kupiec wie o tem, jest spółek polskich w zaborze pruskim, i te spółki posiadają kapitały?! Żaden prawie. Niejeden z nich słyszał o tem lub czytał, ale liczby napewno ulotniły mu się z pamięci. Tem mniej jest dla niego możliwem, dokonać jakichkolwiek porównań między liczbą spółek i ich wspólną siłą u jednej organizacyi współdzielczej a drugiej. Słowem liczba spółek i ich łączna wielkość mogły imponować statystykom i wykształconym społecznikom, ale dla szerokich warstw ludności nie były niczem. Za to wielkość pojedyńczej instytucyi współdzielczej była dla ludności odnośnej okolicy ogromnej wagi. Z jaką ciekawością śledziły szerokie koła ludności rozwój młodego banku ludowego w miasteczku. Jakże podniosłą dla członków i przyjaciół spółki była chwila, gdy zarząd na walnem zebraniu mógł oznajmić, że bank ludowy rozwojem swym prześcignął miejscowego „Raiffeisena”. Z pewnem radosnem zdumieniem stwierdzono, że instytucya polska mogła innej nie tylko dorównać, ale nawet ją prześcignąć. Sam fakt, że bank ludowy prześcignął konkurencyę miejscową, otoczył go pewnym nimbem i począł mu jednać tych, którzy dotąd od banku ludowego trzymali się zdala. Zaufanie do spółki polskiej rosło, a z niem rosły — kapitały spółki. Wnet począł się bank ludowy mierzyć z miejscowym bankiem spółkowym systemu Schulzego z Delitzsch. A chociaż starą i dobrze zagospodarowaną spółkę niełatwo było pobić pod względem kapitałów własnych, pobito ją wnet wysokością wkładek oszczędnościowych, — i przychodziła chwila, że zgromadzonym na walnem zebraniu członkom spółki zarząd z dumą objaśnił, iż — jak bilans za rok ostatni wykazywał — bank ludowy był najznaczniejszym bankiem spółkowym w mieście i okolicy. Wszyscy się z tego radowali, a nikomu na myśl nie przychodziło, że te obce spółki w mieście i okolicy, razem wzięte, jednak są o wiele większe od jedynego banku polskiego. Każdemu wystarczał fakt, że stworzyliśmy i wybudowaliśmy wspólnemi siłami instytucyę większą i silniejszą od innych. Taki fakt czysto miejscowego powodzenia był dla ludności polskiej niesłychanej wagi. Banki ludowe powodzeniem swem utorowały drogę wszystkim innym organizacyom, a także przedsiębiorczości prywatnej. Powiedziano sobie, jeżeli Polacy zdołali bank ludowy wykierować na przedsiębiorstwo, mogące doskonale konkurować z innemi instytucyami kredytowemi, czemuż więc i kupiec i przemysłowiec polski nie mieliby się okazać równie dzielnymi. — Ktokolwiek zna stosunki zaboru pruskiego, ten wie, jaką rolę w uświadomieniu społeczno-narodowem banki ludowe odgrywały i odgrywają, — a czynią to dzięki temu, że nie imponują liczebnością, lecz wielkością. Wzgląd na psychologiczne skutki rozwoju współdzielczego był ważny, ale nie jedyny, i może nawet nie najważniejszy. Spółki wielkopolskie poczęły rozwijać się na terenie nader trudnym. Przedewszystkiem brakło ludzi do pracy w spółkach. W społeczeństwie rozwiniętem normalnie i wszechstronnie nawet na wsi znajdują się jednostki, rozporządzające dostatecznem wykształceniem i dostatecznym czasem, by ubocznie poświęcić się spółce. Jest tam nauczyciel, jest pisarz gminny, są urzędnicy czy to gminni czy też państwowi. Natomiast dla polskich spółek sił tych nie było. Brak odpowiednich sił w mniejszych miejscowościach był szkopułem prawie nie do przezwyciężenia. Lekkomyślnością byłoby zakładanie tam spółek i oddawanie ich w ręce niepowołane. Wtedyby rozwój współdzielczy zamiast być chlubą naszą i ostoją, byłby się stał łatwo nowym przykładem okrzyczanej „gospodarki polskiej”. Dlatego założenie spółki poprzedzało zawsze dokładne zbadanie terenu, szczególnie pod tym względem, czy będą odpowiedni do kierowania spółką ludzie. Tylko w pierwszych latach powstawały spółki samorzutnie. Następnie, gdy powstał Związek , założenie spółki odbywało się coraz częściej z współudziałem Związku, aż wreszcie inicyatywa i decyzya o założeniu przeszły prawie wyłącznie na Związek. Tak ks. Patron Szamarzewski jak i ks. Patron Wawrzyniak w zakładaniu nowych spółek byli bardzo wstrzemięźliwi. Ks. Wawrzyniak dopiero w ostatnich kilku latach swej działalności począł w większej liczbie zakładać spółki, tak pożyczkowe jak i niepożyczkowe, dążąc do tego, by całe Poznańskie i całe Prusy Królewskie pokryć równą siecią spółek. Dzieła tego nie zdążył dokonać, wykończył je następca jego ks. Patron Adamski. Dziś prawie każda znaczniejsza miejscowość Poznańskiego i Prus Królewskich ma swój bank ludowy, ale razem jest ich tylko 209. Jedna spółka pożyczkowa przypada na mniejwięcej 10 000 ludności polskiej. Zbyt gęsta więc sieć ta nie jest. Wreszcie jeden jeszcze wzgląd niewątpliwie wstrzymywał kierowników ruchu współdzielczego od zakładania zbyt licznych spółek. Spółki, jako instytucye samopomocy stanu średniego, kierowane są w swem zaraniu często rękoma zupełnie niewprawnemi. Niema prawie spółki, któraby w pierwszych latach rozwoju nie potrzebowała zzewnątrz pomocy, porady, pewnego oparcia w swych potrzebach i oka czuwającego nad jej rozwojem. Takiem oparciem jest dla spółek spółkowy. Pomoc taką miały i spółki wielkopolskie. Ale była to pomoc stosunkowo niepewna, zagrożona ciągle w swem istnieniu. Stale istniało niebezpieczeństwo, że oparcie o związek spółkom nagle się usunie. Niebezpieczeństwo to groziło ze strony polityki narodowościowej rządu pruskiego. Jak polityka ta wkraczała w rozmaite dziedziny naszego życia narodowego i gospodarczego, tak mogła też się zwrócić przeciwko organizacyi spółkowej. Obawiano się tego ciągle, i żeby nie dać nijakiego powodu lub pretekstu do zaczepienia, unikano jak najskrupulatniej wszelkiej polityki tak w spółkach jak i w organizacyi związkowej. Obawy nie ziściły się. Związek polski otrzymał nawet prawo rewizyjne i do dziś dnia pozostał bez poważniejszego ataku ze strony rządu. Mimo to niesłusznem byłoby twierdzenie, że obawy te wogóle były bezpodstawne. Przezorny kierownik nawy współdzielczej musiał z niebezpieczeństwem tem się liczyć i do tego postępowanie swe zastosować. Skrępowanie albo zgoła usunięcie organizacyi związkowej byłoby się mogło na całym ruchu współdzielczym odbić jak najfatalniej, gdyby się był opierał na wielkiej liczbie spółek mogących istnieć tylko przy pomocy Związku. Należało więc tworzyć tylko takie spółki, któreby w niezadługim czasie rozwinęły się tak dalece, by o własnych siłach i bez pomocy związkowej ostać się mogły. Tak też postąpiono. Dziś o naszych spółkach bez przeceniania ich siły śmiało powiedzieć możemy, że ostałyby się nawet wtedy, gdyby Związek im zupełnie odjęto. Są owszem spółki, którymby narazie może trudno było ostać się samym i podołać wszelkim trudnościom, ale spółki te napewnoby znalazły pomoc u swych starszych siostrzyc, u wielkich banków ludowych. Takie były mniejwięcej przyczyny i motywy, któremi kierował się nasz ruch współdzielczy. Rozwiodłem się nad niemi dość obszernie, ale sądzę, że poznanie ich jest konieczne dla zrozumienia charakterystycznych cech naszego rozwoju współdzielczego. Dzięki temu, że rozwój współdzielczy poszedł u nas w tym kierunku, posiadamy cały szereg poważnych spółkowych instytucyi pożyczkowych. Na czele ich kroczy najstarsza spółka pożyczkowa „Bank Przemysłowców” w Poznaniu, którego obrotowy wynosi dziś około 60 milionów mk. Dalej mamy dwa banki ludowe, rozporządzające kapitałem przeszło 10 milionów . U dziesięciu dalszych banków ludowych wynosi kapitał obrotowy 5 do 10 milionów marek. Trzydzieści i kilka banków obraca kapitałem w wysokości 2—5 milionów marek, a pięćdziesiąt przeszło banków kapitałem 1—2 milionów marek. Razem posiadamy około 100 banków ludowych z kapitałem obrotowym przeszło miliona marek, — zatem prawie połowa posiada już rozmiary dość znaczne. Nie tylko u nas ale i gdzieindziej rozważano i rozważa się kwestyę, czy lepiej tworzyć liczne drobne spółki i kraj niemi zasiać jak najgęściej, czy też dążyć do wytworzenia tylko większych instytucyi, mających więcej żywotności i zdolnych sprostać także większym wymaganiom. Kwestyi tej jednak nigdzie zupełnie nie rozstrzygnięto. Nasz wielkopolski ruch współdzielczy według tego, co Szanownym Panom dotąd przedstawiłem, zdaje się przemawiać za wielkiemi spółkami. Istotnie dodatnich stron wielkich spółek można wyliczyć jeszcze więcej. A ponieważ sprawa ta — zdaniem mojem — ma szersze znaczenie, dlatego może jeszcze chwilkę przy niej pozostaniemy. Bardzo dodatnią stroną wielkich banków ludowych okazała się możliwość zawierania także większych interesów, t. zn. udzielania większych kredytów poszczególnym osobom. Pod tym względem różnią się nasze banki ludowe od wielu innych organizacyi spółkowych. Niejedno z stowarzyszeń drobnego kredytu w Królestwie Polskiem, skrępowane ustawą pod względem wysokości pożyczek, udzielanych jednej osobie, usłyszy z zdumieniem, że poszczególne pożyczki wielkopolskich banków ludowych wynoszą często nietylko dziesiątki, ale nawet setki tysięcy marek. Tak n. p. sprawozdanie związkowe za rok 1915 stwierdza, że u dziesięciu banków ludowych najwyższe pożyczki przekraczały kwotę 100 tysięcy marek. Czterdzieści dalszych banków ludowych miało na mocy uchwał walnych zebrań możność pożyczenia jednemu członkowi 100 tysięcy marek lub więcej jeszcze, chociaż w praktyce tej możności do ostatecznej granicy nie wyzyskało. Stosunki takie, iżby spółka ograniczać się miała tylko na pożyczki, wynoszące najwyżej setki marek, są u spółek wielkopolskich zupełnie nieznane. W roku 1915 posiadał Związek tylko 6 spółek pożyczkowych, u których najwyższa pożyczka nie dosięgała 5000 mk. W organizacyi wielkopolskiej nie panuje bynajmniej przekonanie, że zadaniem spółek jest udzielanie możliwie wielkich pożyczek. Przeciwnie. Związek zawsze zwalczał zbyt wczesne zakusy spółek w tym kierunku. Stawiano spółkom jako zasadę służyć kredytem w pierwszym rzędzie drobnym i słabszym jednostkom. Szczególnie młoda spółka powinna udzielać jak najwięcej niewielkich pożyczek, ażeby pozyskać jak największą liczbę członków i wzmocnić przez to swe podstawy. Znakomitą zaporę dla kierowników spółek, skłonnych do udzielania zbyt wysokich pożyczek, stanowi przepis niemieckiego prawa spółkowego, że walne zebranie członków ustanowić musi granice, których przy udzielaniu kredytu przestrzegać należy. Związek zaś czuwał nad tem, by granic tych nie podnoszono zbyt lekkomyślnie. Wielkich pożyczek jednakże nie wykluczano zasadniczo. Skoro rozwój banku ludowego na to pozwalał, podnoszono granicę dla pożyczek coraz wyżej. W ten sposób największy wielkopolski bank spółkowy doszedł do tego, że granicę ustanowił na półtora miliona marek. Tyle jednemu członkowi pożyczyć może. Możliwość udzielania wielkich pożyczek pozwoliła spółkom wielkopolskim służyć kredytem także większym ziemskim lub większym przedsiębiorstwom handlowym i przemysłowym. Dzięki temu pozyskano na członków spółek dużo osób majętnych, co znowu wzmacniało podstawy spółek i podnosiło ich pewność. Statystyka członków spółek pożyczkowych pod względem zawodu wykazuje, że samych wielkich właścicieli ziemskich z własnością wsi lub folwarku posiadały banki ludowe około 2000. Pozatem naturalnie i sporą liczbę innych osób z większym majątkiem. Rozwój w tym kierunku sprawił, że w banku ludowym łączą się wszystkie warstwy i stany, od robotnika aż do magnata, — a wspólna przynależność do spółki stwarza nie tylko pewną spójnię społeczną między temi warstwami, lecz daje także spółce samej bardzo szerokie i pewne podstawy. Wciągnięcie warstw zamożnych w zakres swych interesów miało dla banków ludowych jeszcze dalsze dodatnie skutki. Było mianowicie powodem, że spopularyzowało banki ludowe także w kołach zamożnych i ściągnęło do nich także większe kapitały, które dotąd zwykle gdzieindziej szukały lokaty. Badając rachunek depozytów w naszych bankach ludowych, spostrzegamy ten sam objaw, co przy pożyczkach. Obok drobnych i najdrobniejszych wkładek oszczędnościowych posiadają wielkopolskie banki ludowe znaczne, i to nieraz bardzo znaczne depozyty. Według statystyki związkowej było w 1915 roku 10 banków ludowych, u których niektóre depozyty przekraczały kwotę 100 tysięcy marek. Najwyższy depozyt, który wogóle na jednem koncie depozytowem złożono, przekraczał sumę pół miliona marek. Depozyty, wynoszące dziesiątki tysięcy marek, są w spółkach wielkopolskich bardzo liczne. Za rok 1915 naliczano przeszło 3200 depozytów ponad 10.000 marek. Kapitały także pozyskać mogą tylko instytucye o bardzo znacznych rozmiarach. Do spółki małej, posiadającej kapitału obrotowego wogóle tylko kilkadziesiąt tysięcy marek, nikt depozytu stutysięcznego nie złoży. A zresztą chociażby się i znalazł tak odważny człowiek, spółka sama musiałaby odmówić przyjęcia takiej sumy, ponieważ w ramach swych nie mogłaby jej zużyć.
Inną dodatnią stroną spółek wielkich jest stworzenie całego szeregu posad dla stanu średniego, a nawet dla osób z wyższem wykształceniem. Dla braku urzędników państwowych i komunalnych był polski stan średni w Wielkopolsce zawsze szczupły i słaby. Tu powstanie kilkudziesięciu banków ludowych stworzyło szereg posad, dających dostateczne utrzymanie. Małe spółki mogą dać tylko poboczne zajęcie i niewielkie dochody swym pracownikom, natomiast spółka o większych rozmiarach zapewnia swym kierownikom i urzędnikom takie utrzymanie, że mogą dla niej pracować wyłącznie. W spółkach wielkopolskich i dziś jeszcze pracuje większa część pracowników tylko pobocznie, poświęcając się w pierwszym rzędzie swemu właściwemu zawodowi. Mamy w zarządach spółek przeszło stu księży, sporo lekarzy, adwokatów, kupców, rzemieślników i rolników. Bądźcobądź jednak w całej organizacyi, łącznie z biurem związkowem i centralnym Bankiem Związku, istnieje dziś już około pół tysiąca posad, dających utrzymanie nietylko jednostce, ale i całej rodzinie. Na tych posadach rozróżniamy dziś trzy rodzaje pracowników. Najdawniejsza generacya to starsi członkowie zarządu, którzy często w spółce już od jej założenia pracują, i którzy prawie wszyscy kiedyś mieli inny swój zawód. Gdy spółka rosła i wymagała od nich coraz więcej pracy, porzucali w coraz to większym stopniu swą pierwotną pracę zawodową, a gdy wreszcie spółka zdolna była dać im zupełne utrzymanie, zrzekli się dawniejszego swego zajęcia zupełnie. Takich członków zarządu posiadają spółki wielkopolskie stosunkowo jeszcze dużo, gdyż tylko mniejsza część spółek jest dziś starszą niż jedna generacya. Między nimi znajdują się przedstawiciele najróżniejszych zawodów. Jest kilku lekarzy, którzy zaniechali praktyki, rzadziej trafi się adwokat, a dalej w znacznej liczbie kupcy, rzemieślnicy, organiści, gospodarze itp. Oczywiście, że liczba tych weteranów pracy współdzielczej stale maleje. Gdy jeden z nich się usuwa, nie wystarcza już ktoś, któryby bez przygotowania z innego przychodził zawodu. Odpowiedzialne i niełatwe stanowisko członka zarządu w większym banku spółkowym wymaga od nowego kandydata już zawodowych wiadomości i rutyny w pracy bankowej. Na miejsce więc dotychczasowych członków zarządu, którzy dopiero w ciągu pracy nabywali wiadomości zawodowych, wstępują w coraz to większej liczbie tak zw. fachowcy. Są to przeważnie siły wykształcone w naszych własnych bankach. Sił, któreby się wykształciły lub przez dłuższy czas pracowały w niemieckich lub zagranicznych instytucyach bankowych, jest stosunkowo mało. Wykształcenie zawodowych spółkowców jest rozmaite. Jedni posiadają tylko wykształcenie szkoły elementarnej, bardzo znaczna część jednak posiada przynajmniej egzamin z ukończenia niższej części gimnazyum humanistycznego lub szkoły realnej, uprawniający do jednorocznej służby wojskowej. Część posiada także świadectwo dojrzałości z ukończonego studyum gimnazyalnego. Niektóre jednostki uzupełniły wykształcenie swoje przez studya na akademii handlowej. Ukończywszy lub porzuciwszy nauki szkolne, wstępuje taki kandydat na spółkowca, jako uczeń, tak zw. „wolontaryusz”, do jednego z większych banków czy to poznańskich czy też na prowincyi. Po dwu- lub trzyletniej nauce zostaje urzędnikiem bankowym i na tej posadzie pozostaje tak długo, aż mu się nie nadarzy sposobność uzyskania w jednej z spółek posady członka zarządu. Naogół w bankach ludowych na prowincyi zatrudnia się jeszcze bardzo mało urzędników. Poważniejsza natomiast liczba ich, i to częściowo z bardzo dobrem uposażeniem, pracuje w większych bankach poznańskich, mianowicie w Banku Przemysłowców i Banku Związku Spółek Zarobkowych. Obie instytucye dostarczyły też całego szeregu pracowników spółkom na prowincyi. W ostatnim czasie poczęli się także ludzie z wykształceniem uniwersyteckiem garnąć do spółek. Nieliczne tak zw. zawody wolne, dające u nas stanowiska przeważnie tylko dla duchowieństwa, lekarzy i adwokatów, dostatecznie już się zapełniły, tak że nie rokowały nadzwyczajnych widoków na przyszłość. Dla młodzieży, idącej na studya uniwersyteckie, wybór zawodu nie był więc łatwy. Mało rozwinięty przemysł i handel również nie bardzo nęciły. Nic dziwnego więc, że oczy młodzieży zwróciły się na dość poważne już instytucye spółkowe. Do instytucyi tych przechodził przedtem już niejeden prawnik, który albo studyów zupełnie nie ukończył, albo też, ukończywszy je, dla braku środków materyalnych nie mógł zostać adwokatem. W ostatnim czasie jednak poczęto wybierać jako przygotowanie do późniejszej pracy w spółkach przeważnie studyum nauk ekonomicznych, z uwzględnieniem nauk prawniczych i handlowych. Po ukończeniu studyów znajdowali ci akademicy w organizacyi spółkowej chętne przyjęcie i otrzymywali bez trudności nieźle płatne stanowiska. Przykład pierwszych zachęcił innych i w ostatnich latach co rok już kilku ekonomistów, jako adeptów pracy spółkowej, przybywało do spółek. Prawie wszyscy bez trudności znajdowali umieszczenie. Dopiero przez wybuch wojny przypływ pracowników z tej strony prawie zupełnie został wstrzymany. Nie ulega wątpliwości, że stale się rozwijające spółki i ich centralne organizacye dostarczą stanowisk jeszcze bardzo znacznej liczbie osób z zawodowem i wyższem wykształceniem. Znaczenia wykształcenia uniwersyteckiego bynajmniej się nie przecenia, owszem uznaje, że zawód bankowy jest w pierwszym rzędzie zawodem praktycznym i wymaga przedewszystkiem praktyki i rutyny. Ale z drugiej strony trudno zaprzeczyć, że pozyskanie ludzi z gruntowniejszem i obszerniejszem wykształceniem jest dla organizacyi spółkowej bardzo dodatnim nabytkiem. Organizacyi spółkowej, przed którą być może ogromna leży przyszłość, ludzie uzbrojeni w cały aparat nowoczesnej nauki społeczno-gospodarczej, przydać się mogą bardzo. Tak dzięki temu, że stworzono w Wielkopolsce znaczną liczbę instytucyi współdzielczych, umożliwiono pozyskanie całego zastępu pracowników o lepszych kwalifikacyach. Do wielkopolskich instytucyi spółkowych nie garnie się bynajmniej tylko to, co w innych zawodach nie jest zdolne znaleść umieszczenia i z konieczności kontentować się musi posadą urzędnika bankowego. Przeciwnie, — zawód spółkowca obrać może każdy z wolnej woli, gdyż zawód ten daje te same prawie szanse, co inne wolne zawody. Spółki wielkopolskie w płacach nie skąpią. Przed wybuchem wojny młody ekonomista liczyć na to, że przy przeciętnem szczęściu po kilkomiesięcznej praktyce znajdzie posadę, przynoszącą mu na początek trzy do cztery tysiące marek, a po kilkunastu latach pracy może sześć do ośm tysięcy, t. j. mniejwięcej tyle, ile otrzymywał pruski sędzia okręgowy, z tą jednakże różnicą, że przygotowanie do stanowiska sędzie było bez porównania dłuższe i droższe. Na tem się jednakże widoki spółkowców nie skończyły. Szereg jednostek mógł się dalej wybić na jeszcze lepiej płatne stanowiska w największych bankach ludowych, w znaczniejszych spółkach handlowych, w centralnym Banku Związku i jego filiach oraz w organizacyi związkowej. Ażeby zapewnić przyszłość swym pracownikom i ich rodzinom, udzielają większe instytucye członkom zarządu i urzędnikom prawa emerytury na starość lub na przypadek niezdolności do pracy, a rodzinom ich na przypadek śmierci żywiciela. Jest to obok pensyi bardzo poważny dalszy ekwiwalent, którego większość innych zawodów nie daje. Słowem warunki materyalne, które większość spółek wielkopolskich zdolna jest dać swym pracownikom są bardzo dobre i wytrzymują porównanie z dochodami w innych zawodach lub instytucyach. Stąd też nie zachodzą u nas prawie wcale przypadki, by zdolniejsze jednostki opuszczały organizacyę spółkową, ponieważ gdzieindziej mogą uzyskać lepsze warunki materyalne. Przeciwnie, z innych organizacyi i instytucyi przechodzą dobre siły do naszej organizacyi, ponieważ znajdują w niej lepsze albo conajmniej równie dobre warunki. Mimo że od lat dawnych spółki wielkopolskie hołdują zasadzie, że każda praca odpowiednio winna być zapłacona, i nigdy od członków zarządu nie wymagały honorowego pełnienia obowiązków, — mimo że, jak widzieliśmy, płacą pracowników swym nawet bardzo dobrze, — mimo to wszystko koszta administracyi są stosunkowo niewielkie. Porównanie z innemi organizacyami spółkowemi, pracującemi na tym samym terenie, wykazują, że polskie spółki gospodarzą stosunkowo tanio, w każdym razie o wiele taniej niż niemieckie spółki rolnicze. Przyczyn tego korzystnego objawu należy szukać również w wielkości spółek. Celem dokładnego stwierdzenia, w jakim stopniu rozmiary spółki wpływają na wysokość kosztów administracyjnych, poddałem badaniu w tym kierunku wszystkie spółki pożyczkowe według danych z r. 1912 i wynik tych dochodzeń ogłosiłem w organie związkowym, „Poradniku dla Spółek”. Podzieliwszy spółki według wielkości na 8 grup, stwierdziłem dla każdej z osobna stosunek kosztów administracyjnych do kapitału obrotowego. Wynik odpowiadał zupełnie oczekiwaniom. Dwie grupy, obejmujące spółki największe, t. j. spółki z kapitałem ponad 3 miliony marek, wykazały koszta stosunkowo najmniejsze, nie wynoszące bowiem ani ½% kapitału obrotowego. W następnych grupach stawał się stosunek kosztów administracyjnych do kapitału obrotowego tem mniej korzystny, im mniejsze spółki odnośna grupa obejmowała. W ostatniej grupie z spółkami najmniejszemi, liczącemi mniej niż ćwierć miliona marek kapitału obrotowego, były koszta administracyjne najwyższe, wynosiły bowiem 1.065% kapitału obrotowego. A ponieważ przecięciowa wysokość kosztów administracyjnych wynosiła tylko 0.582% kapitału obrotowego, przeto spółki najmniejsze gospodarzyły jeszcze raz tak drogo, jak ogół spółek większych i średnich. Z tego łatwo wysunąć wniosek, że gdyby spółki wielkopolskie wogóle się składały tylko z spółek drobnych, — gdyby w miejsce 200 spółek pożyczkowych z przeciętnym kapitałem 1 500 000 marek istniały 2 000 spółek z przeciętnym kapitałem 150 000 mk., natenczas ogólne koszta administracyjne byłyby jeszcze raz tak wysokie, jak obecnie. Znaczy to, że na opędzenie kosztów administracyjnych spółki wydawałyby nie milion 600 tysięcy marek, jak obecnie, lecz przeszło trzy miliony marek. Półtora miliona marek rocznie pochłaniałyby koszta administracyjne więcej. Kwotę tę trzebaby oczywiście wydobyć z klienteli spółek, dłużników i deponentów. Zrozumieć nie trudno, że spółki, obciążone o tyle większemi kosztami administracyjnemi byłyby mało zdolne do skutecznego współzawodnictwa z innemi instytucyami. I tu więc korzyści, płynące z wielkości spółek, są jasne. Przytoczyłem Szanownym Panom szereg powodów, które wymagały dla Wielkopolski spółek wielkich i silnych. Cel ten, jak widzieliśmy, został osiągnięty. Z tego, co powiedziałem, łatwo wysunąć wniosek, że nie tylko w Wielkopolsce, ale i gdzieindziej wskazanem będzie, zaniechać zakładania jak największej liczby spółek, a w miejsce tego poświęcić siły na wytworzenie mniejszej ilości, ale za to tem silniejszych spółek. Przed taką kategoryczną i stanowczą konkluzyą, chciałbym jednak przestrzedz. Także małe spółki mają swe zalety. Mówić o nich, nie jest zadaniem. O zaletach spółek drobnych prawdopodobnie Szanowni Panowie słyszeliście albo usłyszycie jeszcze z innej strony. Co do spółek wielkopolskich chciałbym jeszcze zaznaczyć, że ujemnych stron, spowodowanych małą liczbą spółek lub znacznemi rozmiarami poszczególnej spółki, nie zauważyliśmy prawie wcale. Jak wiadomo, działa spółka pożyczkowa o tyle dodatniej od wielkiego banku akcyjnego, że zarząd jej rozporządza dostateczną znajomością ludzi i stosunków w odnośnej okolicy. Wielkopolskie banki ludowe znowu nie są tak nieliczne, by wymaganiom tym nie miały sprostać. Przecięciowo przypada jedna spółka pożyczkowa na 10.000 ludności polskiej, zarząd więc znać może okolicę dostatecznie, szczególnie jeżeli poznawaniem stosunków majątkowych ludności okolicznej zajmuje się zawodowo. Ponadto wspierany bywa zarząd informacyami ze strony członków rady nadzorczej, których wybiera się z rozmaitych miejscowości, należących do sfery działalności spółki. Dalej zalecana często specyalizacya na spółki miejskie i wiejskie, rolnicze i przemysłowe, okazała się w Wielkopolsce również zupełnie zbyteczną, i to bynajmniej nie dlatego, że Wielkopolska jest krajem przeważnie rolniczym. Chociaż tu niema prawie wcale przemysłu wielkiego, jest jednak bardzo liczny stan średniego przemysłu, — rzemiosła i kupiectwa. Bądźcobądź zaspakajają wielkopolskie banki ludowe potrzeby kredytowe przeszło 30.000 przemysłowców, rzemieślników i kupców, obok 85.000 rolników. Długoletnia praktyka dowiodła, że jedna spółka służyć może równocześnie tak rolnictwu jak rzemiosłu i kupiectwu. Forma kredytu okazała się również rzeczą drugorzędnej wagi. Ze względów prawnych i bankowych udzielają wielkopolskie banki ludowe jedynie krótkoterminowego kredytu wekslowego. W praktyce jednak nie przeszkadza to bynajmniej, że rolnikowi kredyt taki stale się prolonguje tak, że w rzeczywistości równa się kredytowi długoterminowemu. Skarg na formę kredytu ze strony rolnictwa nie mieliśmy nigdy. Jedyną może ujemną stroną małej liczby spółek jest nie dość intensywne zbieranie drobnych oszczędności. Jednem z naczelnych zadań spółek naszych, a o ile chodzi o Wielkopolskę, zadaniem najważniejszem, jest zbieranie kapitałów, czy to w formie wkładek oszczędnościowych czy też w formie większych depozytów. Doświadczenia poczynione w tym kierunku, szczególnie w wysoce rozwiniętym ruchu oszczędnościowym w Niemczech, wykazały, że tem obficiej płyną oszczędności do zbiorników, im gęstszą siecią tych zbiorników kraj jest pokryty. Im bliżej sposobność do złożenia grosza oszczędzonego, tem łatwiej i pewniej oszczędności zostaną zdeponowane i nie miną się znowu z swem przeznaczeniem. Słuszność tego doświadczenia i my już odczuwamy. Depozyty i wkłady oszczędnościowe nie rosną w spółkach naszych w takim stopniu, w jakimby powinny. W stosunku do oszczędności rozwiniętej n. p. w Niemczech, nie mówiąc już o krajach jeszcze wyżej pod tym względem stojących, posiadamy dotąd niezwykle mało oszczędności a jeszcze mniej osób oszczędzających. Spółki wielkopolskie zwerbowały dotąd coprawda dwieście pięćdziesiąt tysięcy deponentów, i w Wielkopolsce przypada na każdego ósmego Polaka jedna książeczka oszczędności. Ale cóż to znaczy, jeżeli statystyka niemiecka dowodzi, że w Niemczech na 100 osób przypada już 35 książeczek oszczędnościowych samych publicznych kas oszczędności, nie licząc spółek i banków! Gdyby ten sam stosunek panował u nas, miałyby spółki wielkopolskie nie 250.000, ale milion książeczek oszczędności w obiegu. Od czterokrotnie większej liczby deponentów płynęłyby też znacznie większe kwoty oszczędności. Powodem tego niedostatecznego narostu i oszczędności i oszczędzających jest w pierwszym rzędzie niewystarczająca liczba zbiorników oszczędności. Z kwestyą tą wielkopolski ruch współdzielczy będzie się prędzej czy później musiał rozprawić. Czy z tej przyczyny założy się większą liczbę spółek, czy też może kwestyę załatwi się przez zakładanie filialnych kas depozytowych, — przyszłość pokaże. Przedstawiłem Szanownym Panom w dość obszerny sposób zewnętrzną stronę naszych spółek wielkopolskich, szczególnie banków ludowych. Sądzę, że wstępne te uwagi były potrzebne, by Szanownych Panów zapoznać bliżej z zewnętrznemi konturami spółki wielkopolskiej i z rolą, jaką w tamtejszym ustroju społeczno-gospodarczym odgrywa. Na tem tle Szanownym Panom łatwiej staną się zrozumiałe sprawy spółek, wyniki ich pracy i ich życie związkowe, o których mówić będę w wykładach następnych.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Z praktyki spółek wielkopolskich.
