I
Padwa, to pierwsza stacja w moim pośpiesznym kursie po Włoszech. Przyjechałem w nocy i roztrzęsioną dorożką bez latarń, z drzwiczkami, które ustawicznie wylatywały, wlokłem się przez miasto ciemne, uliczkami czarnemi i cichemi, rozświetlanemi gdzie niegdzie po rogach lampkami płonącemi przed Madonną lub św. Antonim. Hotel „pod Białym Krzyżem“, to już hotel w czysto włoskim charakterze — o izbach sklepionych i niskich, niby kazamaty, o posadzkach kamiennych, kratach w oknach niedomykających się, łóżkach familijnej szerokości i braku najzupełniejszym wszelkiego komfortu. Cóż robić rano, jeśli nie iść na włóczęgę po mieście, bez cicerona, bez innego przewodnika nad instynkt i Baedeckera! Niema w podróżach przyjemności szczerszej nad taką włóczęgę bez planu po mieście nieznanem. Idzie się, gdzie oczy i ulice lub drogi prowadzą, bo zawsze się dojdzie i zobaczy rzeczy piękniejsze i godniejsze uwagi, nad te, urzędownie w zalecone. Wszystkie wykrzykniki zachwytów i superlatywy katalogów nie stają pomiędzy mną i przyrodą lub dziełem sztuki. Idzie się i patrzy: tam na wysmukły kontur arkady jakiejś napół zwalonej, na architekturę pałacu, podobnego do twierdzy obronnej, na szczególny połysk marmurów w słońcu, na twarz charakterystyczną, na szczegół życia codziennego; spotyka się ogród jakiś, dyszący zielenią i wiosną, a niespodziewanie wyłaniający się z obramowania zrudziałych zaułków: kawał placu białego, strugi mieniącej się w słońcu wody, kościół, pełen rzeźb i malowideł przepięknych, jakiś kawał murów, dyszących średniowiecznością — i oczy mają dosyć, zatrzymują się z przyjemnem zdziwieniem i wchłaniają, malując w głębi jakieś tło, na którem później wytworzy się pewna całość wrażeń.
Słońce tak raziło, że z przyjemnością szedłem pod cień arkad, biegnących z obu stron wszystkich prawie ulic. Imponujące wrażenie wywiera ten, zda się, nieskończony szereg tęgich pilastrów kolońskich, poprzeplatanych gdzie niegdzie, niby trzcinami, wysmukłemi kolumienkami werońskiemi. Wszędzie pełno śladów Wenecji, od której ta Padova la dotta (Padwa uczona, jak ją zwano dawniej) długo zależała zupełnie. Można jeszcze znaleźć lwy weneckie, poprzyczepiane do ścian, tak, jak pełno jest tego czysto weneckiego stylu w niejednej arkadzie, w oknach, w balkonach, wiszących nad ulicami i rzeźb koronkowych, a czasami spotyka się dom, jakby żywcem przeniesiony z nad Wielkiego Kanału. Miasto piękne, ale jakby wymarło, taka cisza wieje pod arkadami i na ulicach. Czasami przejedzie dwukołowy wózek, zaprzężony w osła, czasem kobieta jaka z koszem jarzyn lub pomarańcz na głowie przejdzie prostym automatycznym krokiem, niby kanefora grecka, z głównej ulicy dojdzie turkot tramwaju, lub okrzyk pijących w tratorjach i cicho się robi tak, że echa własnych kroków, rozbrzmiewające donośnie w ciszy — denerwują nieprzyjemnie. Domy stoją zamknięte, ciche i posępne; przez bramy ażurowe czasami błyśnie ogródek pełen drzew i kwiatów i znowu tylko mur i szarość. Sklepów, a raczej kramów z tandetą wenecko-wiedeńską, dosyć, a jeszcze więcej pustych zwykle tratoryj, w których można dostać wina wprost za bezcen. Tutaj, wpośród tej ciszy uliczek, podobnych do kanałów głębokich, pod cieniami, rzucającemi posępny mrok, wpośród domów z XIV, XV i XVI-go stulecia, mocnych, obronnych i ponurych, domów, które służą za mieszkania, więzienia i twierdze — można doskonale cofnąć się w średnie wieki Padwy. Człowiek bez trudu przenosi się do czasów podesty Ezzelina, kata dzieci, do wojen ulicznych szlachty z ludem, do bojów i awantur Carrarów, patrycjuszów miejscowych. Do tych scen pełnych mordów i tortur, w których ofiary wyrywały się z rąk katów, zębami i pazurami darły twarze swoich sędziów i zwycięzców, do tych procesyj uroczystych, podczas których zrywały się namiętności przytłumione, niby orkan, i mordowano się na ulicach, aż krew obryzgiwała księży, niosących monstrancje, i jęki chrapliwe konających mieszały się z hymnami i śpiewami pobożnemi, z głosami dzwonów, z krzykami wściekłości i ze szczękiem oręża — do tych wojen ulic, domów, ba — okien z oknami. Trochę skupienia w sobie, i widzi się to i słyszy. Chodzi się z jakiemś uczuciem ulgi, że to już przeszło, a jednocześnie czuje się jakby pewien żal, „że przeszło zupełnie“. Ci Włosi, których widzę leżących po ulicach, sprzedających w sklepach, chodzących, wydają się rasą upadłą w stosunku do swoich przodków, rasy bohaterskiej i silnej. Ciągną mnie wprost do swoich kramów, z uśmiechem uniżonym, z gestykulacją aktorów, ze śmieszną patetycznością zachwalają swoje towary — i dąsają się, kiedy nic nie kupię. Kto tylko może i jak może, wyciąga ręce po soldy.
Przez wąskie uliczki, czysto średniowieczne, idę do św. Antoniego. Niebo bez chmur, ciepło wiosenne. Z wielkich murów zwieszają się zielone gałęzie pnączów kwitnących, a z głębi wychylają się głowice pinij obciętych, pokręconych, narosłych guzami, a miejscami bzy, całe fioletowym kwiatem pokryte, lub wysmukłe korpusy magnolij, całe różowe. Przed samym kościołem, na placu prawie pustym wznosi się posąg konny, słynnego pogromcy Sforzów, kondotjera Gattamelaty, przez Donatella, z r. 1443, a pierwszy jaki był odlany we Włoszech. W pancerzu z mocnych blach, z głową odkrytą, z rodzajem maczugi w ręku, siedzi mocno na koniu silnym, zwykłem bydlęciu od pracy; wielki miecz wisi nisko, koń się nieco wypręża, jakby w gotowości do skoku na nieprzyjaciół. Zielonawy kolor bronzu ani czas nie osłabiły mocnych i realnych szczerze rysów konia i człowieka, który wydaje się na tle tego dziwnego kościoła i tych domów wąskich, okratowanych, tych arkad mocnych, słupów potężnych, balkonów, osłoniętych stalowemi siatkami, jakby żywy — gotowy do boju. Czeka się, rychło Gattamelata podniesie obuch do góry, zepnie konia — i obaj runą na nieprzyjaciela. Kościół ma fasadę włosko-gotycką, odartą, prawie dziką przez surowość, a kopuły bizantyjskie, dzwoneczki ostrołuk najczystszy — obłąki balkonu podtrzymują filarki cienkie, wysmukłe, jakby zrobione przez weneckich złotników i z Wenecji przywiezione. Wchodzę w olbrzymią nawę środkową, pełną kolorowych, dziwnych refleksów okien. Szereg długi ołtarzy migoce z naw bocznych marmurami i mozaikami. W kaplicy po lewej stronie leży patron miasta, ś-ty Antoni, jeden ze wzniosłych przedstawicieli XII-go stulecia, dusza mistyczna, za której głosem leciały ptaki, zwierz dziki biegł z gór i lasów, ryby z wód — rozmawiał z niemi i rozumiały go, tak jak ś-go Franciszka w Assyżu. Kaplica jest jego imienia. Fasada piękna z białego marmuru, o wnękach z marmurów kolorowych, oprawiona, niby w ramy z agatu, w czarny polerowany marmur, podobna jest do starożytnych łuków rzymskich. Kolumny marmurowe, pokryte płaskorzeźbami i nadbrusia pełne liści, koni, ludzi nagich, łabędzi, ryb, amorków rozbawionych — tworzą wejście wspaniałe. Tłumy całe figurek rzeźbionych pokrywają mury i filary i zapełniają białe pola marmurów zgiełkiem życia swobodnego, z całem rozpasaniem póz i wyrazów. Pomiędzy kolumnami wiszą, jak kwiaty, złote i srebrne lampy i płoną krwawemi blaskami, za niemi wznosi się sarkofag grobowy świętego, a za tym ołtarz, pokryty złotemi blachami. Ściany w głębi i po bokach pokryto płaskorzeźbami w marmurze, wyobrażającemi uzdrowienia i wskrzeszenia, szereg cudów, jakie zdziałał ś-ty Antoni. Na bokach i ścianach sarkofagu i kaplicy błyszczą niezliczone wota, jakie wciąż napływają ze wszystkich stron świata. Są ze złota, srebra, wysadzane drogiemi kamieniami: wyszywane perłami modlitwy dziękczynne, proste wykrzykniki, westchnienia głębokie przez prostotę i zaledwie utrwalone włóczką na kanwie, oprawnej w czarne, zwyczajne ramki, a w kącie jednym stoi pęk szczudeł, pozostawionych za sprawą świętego. Przed ołtarzem odprawiano nabożeństwo — biskup młody, o wspaniałej, rzymskiej twarzy, celebrował z namaszczeniem, otoczony licznym orszakiem duchowieństwa; chór poważnych głosów, doskonale zharmonizowanych, śpiewał jakąś pieśń uroczystą i niezmiernie prostą, a całą przestrzeń przedkapliczną zalegał lud — pielgrzymi, z różnych stron Europy zebrani. Potem nastała chwila ciszy, w której białe szeregi księży i ginęły w cieniach naw, a tłum zaczął się czołgać na kolanach wokoło sarkofagu, tonącego w białawych dymach kadzideł i w złotej glorji świateł. Przy płycie marmurowej, osłaniającej trumnę świętego, podnosili się, dotykali płyty ręką, opierali na niej skronie, modlili się chwilę w skupieniu i przechodzili z twarzami rozpromienionymi, z jakąś cichością w oczach załzawionych. Długo snuł się ten łańcuch, i szmer modlitw, oddechów i westchnień rozbrzmiewał, to echa łkań rwały się z cieniów naw i płynęły otwartą kolumnadą pod sklepienia. Odchodzi się i powraca — odchodzi się wprost zgnębionym nadmiarem piękna, pomysłowości i powraca, aby jeszcze raz duszę i oczy napaść widokiem tych arcydzieł. Świeczniki Riccia wysokie są co najmniej na dwa sążnie i mają ze cztery stopy u podstawy. Piętrzą się na nich w spiralnej procesji całe tłumy ludzkie: sceny z ewangelji, sceny ze współczesnego życia, sceny z mitologji: korowód dusz, ciał, nastrojów i krajobrazów — pochowanie Chrystusa wśród krzyków przejmujących rozpaczy tłumu, wśród bólów rzeszy całej i łez — Chrystus w otchłani, Chrystus na górze Tabor, Chrystus prowadzony na miejsce kaźni — tłum uczniów i wyznawców, oprawcy, rzymianie, żołnierze, krajobrazy, kobiety rozpłakane, twarze mściwe i zadowolone faryzeuszów; rozmaitość wyrazów, nastrojów, cała gama uczuć dusz ludzkich, a wszystko takie żywe, takie realne, takie natężone i pochłonięte akcją, miłością, bólem, nienawiścią, takie indywidualne i z taką potężną szczerością wypowiedziane, że się stoi i patrzy ze zdumieniem i pokorą, że aż ta wielość, ten rój ciał i dusz — staje się jakąś mistyczną jednością, olbrzymieje i zasłania sobą wszystko, co się działo gdziekolwiek. A reszta rzeźb i świeczników Donatella, Bellana i Andrzeja Briosca? Jest w nich to wszystko, co się później spotyka po muzeach Florencji, Rzymu, Neapolu — po kościołach i klasztorach Włoch całych. W tych płaskorzeźbach jest cała ludzkość; ludzkość, kiedy cierpi, kiedy marzy, kiedy pracuje, kiedy tworzy i myśli — i wszystko na tle i w przeciwstawieniu przyrody wiecznie spokojnej i wiecznie obojętnej. Jest to wielki pamiętnik Odrodzenia. Druga kaplica, za wielkim ołtarzem, mieści w sobie skarbiec i relikwje. Wychodzę z kościoła i idę na Prato. A! jakże tu cicho, jasno i dobrze! Pinje wyniosłe roztaczają zielony dach nad głową, dach, przez który słońce przecieka i złoci fantastycznemi arabeskami trawniki miękkie, puszyste i tak jasno zielone i połyskliwe, jakby je kto roztopionym szmaragdem malował. Kanał seledynowej wody, obiegającej obręczą Prato, przebłyskuje przez drzewa i mieni się drobnemi łuskami zmarszczek. Podwójny szereg białych posągów obiega wkoło i stoi w wielkim majestacie ciszy. Siada się na jakiejś kamiennej ławce i ten dziwny spokój zaraz owłada sercem i mózgiem. Naprzeciw ś-ta Justyna, z ośmioma kopułami, haftuje się na błękicie, a z drugiej strony ratusz swoją czerwonawą fasadą, swoje koronki okien, wylotów i balkonów — wznosi poważnie wgórę. Ptaki śpiewają i gonią się po gzymsach, pomiędzy gałęziami, po głowach posągów. Cicho jest i dobrze. Nie marzy się, tylko myśl spokojnie przędzie swój wątek, a oczy ślizgają się po gzymsach i kapitelach kolumn, po cudnych linjach balkonów, po fasadach mocnych i pięknych — przebiegają plac, biały od słońca płyt kamiennych, gonią za cyklistami, którzy się wkoło Prato trenują — zagłębiają się w podcienia, gdzie przechodzą piękne i wysmukłe kobiety, i toną w lazurze nieba i piją tylko ciszę i piękno. Dobrze tak siedzieć. Woda szemrze tak cicho i dźwięcznie, twarze posągów, pomiędzy któremi jest Batory i Sobieski, mają taki dobry wyraz, jest tak ciepło i wiośniano w powietrzu, że słychać prawie otwieranie się pąków drzew i z wiatrem napływa zapach bzów i magnolij.
Przed samym wyjazdem poszedłem jeszcze za miasto na wał zielony i resztki murów fortecznych z czasów austrjackich, a potem w pola. Wieczór zapadał cichy i w kanałach, błyskających, niby zwierciadła, poprzez młodą zieleń wierzb, żaby zaczęły rechotać swoją pieśń wieczorną — jak u nas. Słońce świeciło ukośnie i czerwone, przepalone pasma padały na młode listki winorośli, a wielkie zielone dęby rzucały cienie rude, niebo blade mętniało w krańcach i zlewało się z błękitnawą mgłą, poprzez którą przewijała się biała frendzla gór ośnieżonych, jak niezmiernie słodka fraza w preludjum zmroku. Cichość nieobjęta wstawała z cieniów i przepojona echami usypiającej przyrody rozsypywała na ziemię i ludzi sen i odpocznienie. Słowiki zaczęły śpiewać swoje hymny nocy i miłości — jak u nas...
II
Z Rimini pociąg leciał wybrzeżami, i już do samego Loreto Adrjatyk ciągle leży przed oczyma. Morze jakby drzemało w błękitnawem spowiciu mgieł i świtu, tylko szerokie i płaskie fale przychodziły z tumanów, konając z lekkim dreszczem na piaskach wybrzeża, prawie pod szynami kolei. Pociąg biegł tak cicho, że było słychać szum i pluskanie morza, i daleki, podobny do żałosnego jęczenia czajek, krzyk mew, upatrujących żeru, i turkoty wozów, toczących się z gór niewidocznych jeszcze, bo przysłoniętych brzaskami przedwschodu. Nie z krańców, ale jakby z głębin morza, zaczęły się przesączać i rozpylać w przestrzeni różowe zorze, zaczęły przebiegać i drgać w powietrzu jakieś świetlane fale, rozróżowiać szarość i przesycać srebrnawy ton zieleni i perłowość morza — fioletem i purpurą. Zwoje oparów opadały rozrzedzone, bo czerwona, rozwichrzona kula słońca wychyliła się jakby z toni i ociężale podnosiła się coraz wyżej i wyżej — a na powierzchni morskiej błyskało słońce drugie, promienniejsze i ogromne, które się rozpływało po falach, jak rzeka lawy roztopionej, niezmierzonemi koliskami purpury. Morze zadrgało życiem i odsłoniło swoje pogięte seledyny. Trójkątne czerwone żagle i czarne kadłuby statków rybackich zamajaczyły woddali, a na wybrzeżu odsłaniał się powoli z mgieł amfiteatr gór, pól, ogrodów i domów; dymy, niby pajęczyny rozstrzępione, snuły się nad płaskiemi dachami; drzewa stały w kwiatach, pola w niepokalanej zieleni zbóż wykłoszonych i poprzetykanych zielonemi pędami wina, rozpiętego po drzewach, a szczyty gór, zamykających horyzont, stały szare, opłynięte błękitem i poplamione śniegami. Po drogach białych zaczęli snuć się ludzie, dwukołowe wozy, ciągnięte przez białe ogromne woły, stada kóz z dzwonkami na szyjach. Pociąg także się budził. Z wagonów dochodził gwar rozmów, fale śmiechu, głosy modlitw, pojedyncze słowa leciały z okna do okna, ludzie spacerowali po wagonach, budzili jedni drugich, rozpakowywali śniadania, bo cały pociąg zapchany był poprostu pielgrzymami. Jechali wszyscy do Loreto, na 600-letni jubileusz przeniesienia domku Matki Boskiej z Nazaretu. Uroczystości odpustowe rozpoczęły się w roku zeszłym, w listopadzie, i ciągnąć się będą do 12-go września r. b. Płyną też katolicy na te uroczystości ze wszystkich stron świata, w ogromnej ilości. W tym pociągu, specjalnie oddanym pielgrzymom, jechało kilkaset osób, należących do kilku narodowości. — Państwo dokąd jadą? — Do Loreto! My, panie, z Bawarji — i zaczyna jakiś młody, przystojny mężczyzna, z czerwonym krzyżem na klapie surduta, opowiadać, ilu ich jest, skąd, czem są i t. d. — A pani? — Do Loreto — odpowiada stara kobieta, która, jak zauważyłem, całą drogę się modliła. Ta jest z Belgji, jedzie z całą rodziną — 14 osób. Zajmują prawie pół wagonu. Kobiety w drodze szyją, robią pończochy, cerują, a mężczyźni śpiewają, palą fajki i na każdej stacji wychodzą na peron i badają szczegółowo. — Pan także do Loreto? — Yes! — mruknął mi tylko jakiś Anglik, w jasnych flanelach, czerwonym krawacie, z czerwoną mocno twarzą i z czerwonym Baedeckerem w ręku, którego pilnie studjował. Uwagę moją zwrócił wagon sąsiedni. Wysoki, czarny, o ascetycznej twarzy, ksiądz stał w pośrodku i modlił się głośno, a dokoła niego klęczeli ludzie, pochylali głowy, bili się w piersi z pokorą i powtarzali chórem jego słowa. Rytmika tych głosów miała akcenty smutnej i groźnej zarazem lamentacji. Twarze mieli prawie czarne od słońca, chude, posiekane w drobną siatkę zmarszczek i surowe, a oczy płonęły dziecięcym wyrazem rzewności naiwnej i patrzały w księdza, niby w obraz cudowny. Byli to Chorwaci, jadący w kilkadziesiąt osób, pod wodzą księdza, do Loreto. Punktem zbornym była Padwa, skąd już specjalnym pociągiem wszyscy razem jechali do Loreto i dalej. Słońce podniosło się coraz wyżej i coraz więcej zalewało świat ciepłem. Pociąg biegł jakby wśród nieskończonego morza seledynu, bo i morze, i ziemia, i niebo miały jeden ton. Przez otwarte okna zapachy ziemi, fioletowych kasztanów i bzów, kwitnących w żywopłotach, biły falą woni, a z morza płynął potok orzeźwiającego chłodu, pełen szmerów i blasków wody, drgającej w słońcu. Stacyjki przemykają szybko; około dziesiątej stanęliśmy w Loreto. Pielgrzymi literalnie zapchali niewielką stacyjkę. Z trudem zdobyłem coś podobnego do dorożki i pojechałem do miasteczka, oddalonego o jakie dwa kilometry. Biała, przepysznie utrzymana droga, obsadzona wiązami i oliwkami, wije się ciągle pod górę, wśród pól zielonych, pełnych winnic, szaro-srebrnych oliwek, morw, koniczyn kwitnących krwawo, figowców obciążonych owocami — przez jeden wielki ogród, utrzymywany z największą starannością i rozciągający się aż do szczytu gór. Upał wciąż się potęgował. — Albergo Marinelli! Albergo L’Unità Italiana! Albergo Santa Maria! Albergo Garibaldi! — darli się przewodnicy, i jeden chwytał za walizę, drugi odbierał mi laskę, trzeci chciał mnie już wyciągnąć z dorożki. Krzyczeli razem w sposób niesłychany, gestykulowali, kłócili się o mnie — myślałem, że się bić będą. Przeczekałem tę burzę, nie odzywając się ani słowa, i zrobił, bo ustąpili i z taką samą wściekłą pasją rzucili się do następnej dorożki. Hotel Marinelli, dosyć przyzwoity, ale kuchnia — poczynając od chleba niesolonego, niewypieczonego, podobnego raczej do kitu okiennego, a skończywszy na mięsie, o którem trudno było powiedzieć, czy było wołowe, ośle, końskie, czy jakie inne — wprost okropna. Buljon — to klajster, jarzyny, prawie w pierwotnym stanie podane, smakowałyby prawdopodobnie, gdyby były z osypką — trzodzie naszej. Tylko wino wcale niezłe i pomarańcze ratowały sytuację.
Szedłem tą główną i jedyną uliczką Loreta, zaczynającą się od pomnika Garibaldiego, a kończącą przed kościołem, wprost oślepiony jaskrawemi promieniami słońca, odbijającemi się od białych murów i bruków, i jak ogłuszony wrzawą, która huczała wokoło. Francuzi, Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, czasem dźwięki języków słowiańskich — istna wieża Babel, a wszystko to stłoczone, pomieszane, rozgadane, kupujące w sklepach i kramach pod gołem niebem przerozmaite pamiątki loretańskie; kwik i ryczenie osłów, nadmiernie obładowanych i bitych, krzyki poganiaczów, turkot wozów, z trudem przepychających się przez ciżbę, głosy płaczących dzieci, nawoływania wściekłe sprzedających, bolesne intonacje żebraków, krzyki pijących w „trattoria’ch“ gęsto rozsiadłych, brzęk tamburynów baskijskich, w które z rozkoszą bębniono po sklepach — wszystko to zbite w wąskiej na trzy uliczce, niby w kanale wysokości pięciu pięter, skłębione na kamiennych taflach bruku, rozpalonych od słońca, pod nakryciem nieba, nieustannie lejącego ogniem — przesycone zapachami smażonej oliwy, spotniałych ludzi, zwierząt i gnijących po kątach resztek potraw. Odpocząłem dopiero na czworokątnym placu, okolonym z dwóch stron dwoma piętrami mocnych arkad byłego pałacu Piusa IX-go. Bronzowa fontanna wyrzucała ze szczodrością potoki wody i rozpylała dobroczynny chłód aż do samych schodów kościoła. Kościół, wielki gmach w stylu romańskim, ale zeszpeconym dodatkami XVIII-go stulecia, z trzema frontowemi drzwiami z bronzu, Giovanni’ego di Milano. Jest tu setka scen ze Starego i Nowego Testamentu w płaskorzeźbie. Drzwi te są poprostu cudownie piękne i tak po malarsku traktowane, że przez swój kolor, przez natężenie oddaleń, przez krajobrazy, przepysznie wykreślone, przez akcję, rozwiniętą nieco dekoracyjnie, robią wrażenie obrazów. Ogromny kościół o trzech nawach, wyłożony cały marmurami i pysznemi w ołtarzach mozaikami. Podwójny rząd kolumn obciągnięto aż do kapiteli jedwabnym purpurowym adamaszkiem w szerokie złote pasy. Prawie w środku kościoła, na znacznem podwyższeniu, pod wyniosłą kopułą, przepełnioną freskami, wyobrażającemi różne sceny z historji Najświętszej Panny i z historji przeniesienia domu z Nazaretu, pod kopułą, zakończoną jakby galerją, ośmiokątną, małą kopułą wyzłoconą i siejącą złotawy pył światła na mroczne głębie, na purpury kolumn, na wyblakłe freski i na morze głów ludzkich, czerniejące w zmrokach naw — stoi ten domek cudowny, obłożony z zewnątrz marmurem, mozaikami i przepysznemi płaskorzeźbami. Przedostałem się do wnętrza po długiem oczekiwaniu. Ciemność dziwna, przesiana żółtawemi refleksami, podobna do ciemności dna morskiego, ogarnęła mnie na wstępie i dopiero po długiej chwili zobaczyłem coś więcej. Dwanaście złotych lamp o formach kwiatów dziwnych, niby róże mistyczne, promieniowało słabemi blaskami na ściany z prostej cegły i kamieni, odarte, czarne, poszarpane, nędzne — ot takie, jakie mieć może pierwszy lepszy pastuch w Nazarecie. Z głębi, z pośród blasków złotych ozdób ołtarza i z pośród cieniów drgających, przesyconych złotem, purpurą i fioletem, z pośród błękitnych dymów kadzideł — wychyla się twarz czarna cudownego obrazu Matki Boskiej z małym Jezusem na ręku. Obraz cały pokryty jest sznurami pereł i drogich kamieni, tylko twarze są wolne od nich, ale twarze tak czarne, że prócz białek oczów nic więcej nie widać. Ciszę głęboką przerywał głos księdza, odprawiającego mszę; czasem dźwięk dzwonków, czasem fala westchnień i modlitw wyrywała się z tej zbitej, klęczącej masy ludzkiej, ledwie widocznej w ciemnościach, i znowu zapadała cisza. Jak to długo trwało — nie wiem, bom się zapatrzył i zasłuchał w tej dziwnej, przejmującej dreszczem ciszy... Nabrzmiała skargą i łzami prośby pieśń odwieczna brzmiała potężnie w ciasnej przestrzeni Domku, aż światła drżały, a złote róże lamp kołysały się wolno, a lud coraz więcej kładł w ten śpiew łez i coraz więcej jęku — i rozpalone oczy wpijały się z jakąś gorączką błagalną w cudowne czarne twarze i oczy patrzące wskroś wszystkiego — niby widma groźne mistycznej halucynacji. Było tak straszliwie gorąco, że musiałem wyjść, aby się nieco orzeźwić. W jednej z bocznych kaplic, ksiądz, Włoch, mówił kazanie. Słuchało go kilkaset osób. Gestykulował potężnie, a gdy skończył, rozległy się brawa i krzyki: — Bravo, padre! bravo! bravo!
Obszedłem miasteczko, zbudowane na szczycie skalistej góry, obwieszonej tarasami, pełnemi winnic i ogrodów, skąd się roztacza prześliczny widok. Widnokrąg, zamknięty z trzech stron amfiteatralnie wznoszącemi się górami, ze szczytami pokrytemi śniegiem. Zbocza wzgórz i dolina zbiegająca aż do morza — to jedna szmaragdowa czara — wypełniona po wręby zielenią i kwiatami, pełna białych domków, winnic, żywopłotów rozkwitłych; czasem wystrzeli z lasu kopuł zielonych wytworna willa, z wieńcem czarnych cyprysów, stojących sztywnie, jakby na straży — to bukiet różowych magnolij promienieje w słońcu, to bzy rozlewają woń duszącą — a wszystko pod najpiękniejszą kopułą błękitu, bez chmur, bez plam i bez odmiany. Szedłem ogrodami, owiany zupełną ciszą, pełną wiosny i kwitnących drzew owocowych. Łagodny wiatr, wiejący gdzieś od morza, strząsał mi pod nogi różowy kwiat akacji, że deptałem, niby po kobiercu; zielone jaszczurki przesuwały się pomiędzy kamieniami, jak płomyki, strumień jakiś skrzył się i dźwięczał pomiędzy drzewami — i tak jaśniał, uśmiechał się świat, tak było rozkosznie, że usiadłem nad Adrjatykiem, na białych wypłókanych żwirach wybrzeża, i pozwoliłem duszy płynąć, gdzie się jej podoba. Morze przychodziło mi do nóg koliskami z lazuru, obejmowało mi stopy i powracało z gwarem nieustannym do głębin — a na jego powierzchni zlewającej się u szczytu z niebem, poruszały się białe żagle statków, majaczyły pióropusze dymów, krzyczały ptaki, rozlegały się, niewiadomo skąd, jakieś nawoływania, to znów milkło i znikało wszystko, zostawał tylko bezmiar morza i nieba, i jakiś bełkot, płynący z nieskończoności, i blaski, i radość życia czystego, niezwiązanego z żadną rzeczą bytu. Możnaby tu zapomnieć i o sobie, i o świecie całym.
Kiedy powróciłem, pod podcieniami szła procesja. Kilkuset księży w komżach białych, w kapach złotych, fioletowych, purpurowych, i tłum ogromny ludzi; dzwony dźwięczały poważnie, setki świec tworzyły złotą glorję i ze wszystkich piersi płynął hymn dziękczynny, radosny, mocny; dymy z kadzielnic osnuwały wszystkich niby mgłą, barwy i dźwięki jednoczyły się w wielkiej harmonji majestatu i namaszczania. Zwolna, potok tych głosów, dusz i barw tonął w kościele — płynął przez nawy, rozbijał się po kaplicach, okrążał domek i ginął w mrokach...
III
O wpół do czwartej rano pociąg stanął w Asyżu. Byłem senny, zziębnięty i ogromnie zmęczony całonocną jazdą, więc i z wielką przyjemnością wysiadłem. Na świecie było prawie ciemno i deszcz rzęsisty padał nieustannie, słychać było brzęczenie po szybach stacji, jakby wymarłej, tak pustej. Capo stazione, w czerwonej czapce, pod parasolem, spacerował po pustym i rozmiękłym peronie, przysłuchując się sapaniu i rzężeniu maszyny. Kilku tragarzy spało porozciąganych pod murami, z nogami na deszczu. — Gran Albergo della Pace! Wołał jakiś brodaty jegomość, przebiegający ustawicznie z końca w koniec pociągu, ale głos brzmiał krótko i rozpraszał się, tonął w tej mrocznej ciszy, pełnej senności i deszczu. Woda głośno chlupotała, wylewając się rynnami na peron, a maszyna ze zgrzytem i warczeniem, niby zwierzę, które zmuszają do poruszenia się z legowiska, zaczęła się leniwie poruszać i oddalać od stacji. — Gran Albergo della Pace! Rozległ się ochrypły od wilgoci krzyk po raz ostatni, czerwone latarnie pociągu zamigotały woddali i znikły, a stacja opustoszała zupełnie. Zakopcone naftowe latarnie pogasły, stację ogarnęła ciemność zupełna — ciemne mury budynków i zarysy drzew utonęły w tym zielonawym, zadeszczonym mroku. Czekałem poranku, drzemiąc i drżąc z zimna, na ławce przedziwnie twardej, wiatr razem z deszczem wciskał się przez pootwierane drzwi i przenikał mnie do kości chłodem takim, że już w pierwszych brzaskach świtania zwlokłem się i poszedłem do miasta, oddalonego od stacji o dwa kilometry. Droga biegnie pod górę, ujęta w białe ramy murów, porośniętych bluszczami, który zielone festony rzuca aż na drogę i czepia się z drugiej strony oliwek bladych, popękanych, o pniach poskręcanych, podartych, istne łachmany drzew. Wielkie pola, ułożone piętrami, pełne zbóż, drzew owocowych, domków, strumieni, wijących się w białych korytach łożysk i opadających kaskadami w kamienne zbiorniki, wiązów, pookręcanych winoroślą już dobrze zieloną — podnoszą się coraz wyżej, piętrzą się aż do stóp gór, opasujących widnokrąg jakby czarną ramą, na których szczytach śniegi białe mieszają się z rudawemi, przesiąkniętemi zorzami wschodu, chmurami. Droga była oślizgła po deszczu i coraz przykrzejsza, a cichość taka ogromna naokoło, że słychać było krople deszczu, pluszczące w liście figowców i szmer strumieni, przebłyskujących pomiędzy drzewami. Deszcz wkrótce ustał i zaraz prawie słońce wychyliło rozwichrzoną i płomienną głowę z za Apenin i zalało ten nieco zamglony krajobraz czerwonawem światłem wschodu, w którem stary zamek Asyżu, wysoko nad miastem usadowiony, swojemi porozwalanemi murami, postrzępionemi blankami, opływającemi w pióropusze bluszczów, zajaśniał czarodziejsko, a całe miasteczko, przytulone do jego stóp, spiętrzone jedne nad drugiemi uliczki, domy, tarasy, wieże, ogrody i te trzy piętra czerwonawych arkad klasztoru ś-go Franciszka, dominujące nad wszystkiem — zdawały się pływać na szarem morzu mgieł, zalewających dolinę całą.
Asyż ma tak odrębny charakter, tak się ostro odcina od wszystkiego, co się widziało i nawet widzieć spodziewało, że ujrzawszy go, jest się zdumionym niespodzianką. Jest wprost cudowny przez swój najczystszy średniowieczny charakter. Domy, ulice, kościoły, twarze, obyczaje, sprzęty, nawet częściowo i ubiory — wszystko to prawie się nie zmieniło od XIV-go i XV-go wieku. Chodzę nie jak po mieście współczesnem i żywem, lecz jak po muzeum archeologicznem. Chodzę odurzony odkryciami niespodziewanemi, temi ulicami-korytarzami, obstawionemi niezmiernie wyniosłemi domami. To budownictwo na szczycie skalistej góry ma swoje własne miejscowe motywy i usprawiedliwienie w architekturze budowli wysokich, wysuwających się jedne nad drugie, jakby pnących się do powietrza i słońca, istny las kamienny. Niezmiernie śmiało rzucone arkady, krużganki, nakryte kopułami bluszczów lub błękitem nieba, kolumny surowe i lite z jednej sztuki kamienia szklistego i zrudziałego, wnęki rozkoszne, żłobione w boku góry, w których szemrze woda, wytryskująca z pomiędzy poczerniałych głazów, nakrytych frendzlą bujnej roślinności, przepyszne schody, przyczepione do boków domów, schody tak powyginane, wyszlifowane stopami wieków, tak zwietrzałe przez czas, że tylko cudem jakimś trzymają się w powietrzu, balustrady, haftowane z kamienia, okalające tarasy pełne drzew i pnączów, które zieloną fontanną spływają po domach i białych zboczach góry, wyrastającej tuż nad głowami — wszystko to aż odurza rozmaitością, i wygląda, niby dekoracja do jednej ze starych oper włoskich. Wśród tych murów i ogrodów wiją się pod górę ciemne, po stopniach, uliczki, przejścia tajemnicze, pełne mroków i wilgoci — to znów lecą z pod stóp w jakieś głębie, w których światło dzienne majaczeje zaledwie widmowo, gdzie się chodzi po stopniach oślizgłych i wydeptanych, i gdzie się woda sączy kamiennemi rynnami, wmurowanemi z boków. To znowu ulicą, która u góry, od trzeciego piętra łączy się z sobą arkadami, idzie się tym ciemnym tunelem chwilę, bo zaraz następuje jakaś framuga, okno, któremi słońce wlewa się potokiem i oczy olśnione patrzą na dolinę, śmiejącą się w słońcu, na błękit nieba i na długie kontury gór, stojących w śniegach i w fiolecie oddaleń. Idziemy dalej i dalej, ta sama rozmaitość. Każdy dom inny, każda ulica ma swój odrębny wdzięk i swój charakter — co chwila widzi się zbocza góry, jeśli nie nad sobą, to pod sobą, i dolinę, pełną winnic i ogrodów, to tarasy nad domami, to grupy czarnych cyprysów, strzelających wysoko wierzchołkami, aż pod ruiny zamku, to jakiś jakby kosz kwiatów, zwisających z balkonów, to długie ramiona róż, opadających z murów, aż na białe płyty bruków, to placyki, wielkości średnich pokojów, obstawione czarnemi, ponuremi, okratowanemi pałacami. Po rogach — Madonny, w wieńcach papierowych kwiatków, Chrystus, a czasem Przenajświętsza Rodzina — zatrzymują oczy na chwilę i znowu się idzie, niby krajem fantazji bogatej i pięknej, a wśród tego przepychu artystycznej kompozycji powszednie, codzienne życie miasta rozkłada się i toczy swobodnie. Na balustradach suszy się bielizna, sznury pełne jej poprzeciągane są wzdłuż domów, a często i wpoprzek ulic i placyków, ozdabiają balkony, powiewają u gotyckich okien, niby białe sztandary, obwijają drzewa, pełne kwiatów. Ludzie snują się po ulicach, warsztaty warczą we drzwiach i na placykach, głosy lecą z domów do domów, z okien do okien płyną śmiechy i rozmowy. Szewcy łatają buty na ulicach, stolarze obsypują wiórami przechodniów, cyrulicy golą i strzygą przed domami. Z kuźni, umieszczonej w ciemnej izbie, podobnej do groty, iskry deszczem ognistym buchają na świat razem z kłębami dymu. Dzieci czarne, półnagie, wałęsają się pomiędzy nogami przechodniów. — Signor, un soldo! — piszczą i żebrzą z natarczywością, a nie otrzymawszy nic, powracają do poprzedniej zabawy, t. j. do baraszkowania na środku ulicy. Całe rodziny, zaledwie osłonięte garderobą, siedzą po schodach, ulicach, przede drzwiami i nie robią nic, rozmawiają żywo, oczy im się śmieją, gestykulują poważnie, i oddają się tej bezczynności tak naturalnie, iż widać, iż przez to są szczęśliwi. Żelazne kuchenki z długiemi rurami kominów — to kuchnie ludowe, smażą na nich i gotują w pełnem świetle. Na dwóch kamieniach wsparta deska tworzy stół i ławkę zarazem, na której siedzą, jedząc, robotnicy. Polenty miseczka, chleb i główka surowej sałaty, to obiad, kosztujący trzy soldy. Śpią pod domami, na taflach bruków. Lud nie jest piękny, twarze dziwne, a szczególniej chłopów, których widzę prowadzących osiołki, obładowane zielenią, mają wyraz jakiejś dzikiej ascezy. Włosy czarne, lśniące i proste, rysy długie, pokrajane podłużnemi zmarszczkami, zastygłe, nieruchome. Kobiety chude o olbrzymich oczach i twarzach zupełnie oliwkowych. Nawet te dwukołowe wozy, któremi po niektórych ulicach z trudem jeżdżą, mają inny nieco wygląd niż w Toskanji: są prostsze, a równocześnie boki mają ozdobione deseniem, wybitym mosiężnemi gwoździkami.
Na krańcu miasta, na stromym szczycie, wznosi się klasztor ś-go Franciszka. W dolinie, wpośród pokruszonych głazów, srebrnawych oliwek i drzew migdałowych, burzy się i pieni Topino, bystry górski strumień, opasujący niby wstęgą podnóże skały, na której stoi Asyż: jest to wiecznie brzmiący rytm tej skamieniałej pieśni wieków średnich, których całą i żywą symfonją jest sam klasztor, arcydzieło chrześcijanizmu mistycznego, zbudowane w latach 1228—1253, przez dwóch genjalnych architektów: Jacopa d’Alemania i Fra Filipo de Campollio. Po zgiełku miasteczka, po orgji widoków wchodzi się wąską, prawie drabiniastą uliczką na rodzaj placu pustego, okolonego czworokątem kolumn wysmukłych, nakrytych płaskim dachem z czerwonych dachówek. Cisza ogarnia przejmująca, przerywana świegotem ptaków i nakryta kopułą błękitnego powietrza. Słońce ostro odbija się od białych murów i pali niemiłosiernie. Trzy piętra arkad gotyckich z czerwonawego kamienia wyrastają z boków góry i dźwigają klasztor, stanowiąc jego jakby otoczkę roślinną, z pniów niby dębów olbrzymich, odartych ze skóry, których obłąki mocne i surowe, piętrzące się jedne nad drugiemi, stoją spokojnie na tle nieba, w olśniewającem słońcu, niby potężny las skamieniały. Są to trzy kościoły, postawione jeden nad drugim, okalają one i nakrywają grób ś-go Franciszka; są to jakby trzy geologiczne pokłady wiary, trzy stany duszy, wierzącej i olśnionej widzeniami raju — trzy sfery. Pierwsza, kościół podziemny: to śmierć, groza sądu i groza kary wiekuistej. Druga, kościół środkowy: to niepokój duszy chrześcijańskiej, z jej modłami i prośbami o zbawienie, to ucieczka od życia wysilonego i strasznego, od życia mordów i wojen średniowiecznych, od walk z ciałem i z pokusami i oczekiwanie szczęśliwości. Trzecia, kościół górny: to już niebo, niebo radości i wesela; szczęśliwość pełna omdleń ekstatycznych, uśmiechów słodyczy, barw zapomnienia i poddania się zupełnego. Do podziemi prowadzi nas blady frater; zapuszczamy się w jakiś korytarz, prowadzący nadół, przewodnik co chwila ginie na skręcie ślimakowatych schodów, ogarnia nas ciemność dziwna, cisza przerażająca i jakieś tchnienie wilgotnego, grobowego powietrza. Marmurowe stopnie i marmurem wykładane ściany ociekają wilgocią, poręcz, której się trzeba trzymać, aby nie zlecieć, jest wilgotna i zimna. Idzie się, nic nie widząc, bo ta zielonawa czarność przebłyskuje chwilami żółtemi skrami pochodni, oślepia i gaśnie natychmiast. Schodząc coraz niżej, ma się uczucie, jakby się zstępowało do grobu — oderwane dźwięki pieśni płyną z górnego kościoła za nami i huczą głucho — niby w studni. Przed nami w czarnej głębi — ukazuje się przyćmiona mrokami glorja świateł u grobu świętego. Kilka lamp oliwnych, nie palących się, ale jakby tylko tchnących bladawym pyłem światła, majaczeje w tej czarności. Frater zapala kilka pochodni, światło bucha całym snopem płomieni i dym ciężki, gryzący, przykrywa wszystko obłokiem szarawym, przez który zaledwie się spostrzega ołtarz i szklaną trumnę z ciałem świętego. Trzask palących się pochodni miesza się z modlitw pobożnych i westchnieniami, które w tej denerwującej ciszy rozlegają się jakby jękami. Siedziałem tam dość długo, ale zaczyna dusić powietrze, zaczyna być ciężko, czuje się wciąż tę dziwną trwogę grobu i osamotnienia, zaczyna się szalenie pragnąć słońca, powietrza, głosów innych, któreby rozbiły tę ciszę śmiertelną, chce się żyć. Frater blady, wyglądający więcej na widmo, niż na człowieka, wyprowadza nas do środkowego kościoła. Wpada się z jednej halucynacji — w drugą. Jest to rodzaj olbrzymiej, przypłaszczonej pieczary, zaledwie słabo rozświeconej kolorowemi oknami, jest to jakby korytarz, którym się idzie do nieba; podtrzymywany przez pogięte łęki tak dziwnie, iż się zdaje, że lada chwila te mury muszą runąć, bo tak się płaszczą, że człowiek, poddający się bezwiednie wrażeniu, musi paść na kolana, musi się czołgać do krat ołtarzy i musi się modlić słowami, wyrwanemi z serca, musi rzucić wszystko, co złe i dumne, i tutaj ze skruchą wypierać się życia i czuć się niczem wobec potęgi niezmiernej, marnością i pyłem — i może już tutaj czuć przedsmak przyszłej szczęśliwości, może poić oczy lazurem ciemnym, pociętym pasami purpurowemi, na których tysiące złotych gwiazd migoce tajemniczo; otoczy go ta osobliwsza malowana roślinność, rój głów anielskich, sceny z ekstazy, aureoli złotych, dusz rozmodlonych, cała harmonja barw, uczuć i nastrojów, rozsnuta po ścianach, stropie i kolumnach kościoła przez Giotta, Cavalini’ego i Taddea Gaddi’ego. Sceny po ścianach snują się niby widzenia i niby widzenia są szczytne przez genjusz, uczucie i prostotę — są to niby proste i przejmujące szczerością krzyki dusz, kontemplujących o raju. Szereg kaplic z prawej strony, słabo oświetlonych, tworzy szereg naw, podobnych do muszli, wyłożonych drogiemi kamieniami, tak są pokryte freskami, lazurem przyćmionych, purpurą, złotem wyblakłych aureoli, tłumem postaci ascetycznych i świętych. Jest chwila, że słońce żywiej uderza w szyby i zatapia kościół refleksami szmaragdów, topazów, rubinów i kiedy te fale światła się rozpylą w mrocznej przestrzeni i zaczynają drgać na mozaikach posadzki, na rzeźbach stalli, na kratach ambon, na freskach — to zdaje się, jakby w tej powodzi tęczowych świateł płynęła procesja tych cudnych Giotto’wskich postaci, jakby kościół zapełnił się wonią nardu i ambry i tłumem niezliczonych dusz. Trzeci kościół o tyle jest jasny i powietrzny, o ile tamte są ciemne i zaduszone. Gotyk w nim jest jakiś wyprostowany, jasny, leci w niebo, śpiewa smukłemi kolumienkami, promienieje radością i weselem. Wielkie, jasne okna wlewają potoki słońca. Postacie fresków porywają oczy swoją jasnością i weselem, jest w nim powietrznie i jasno...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Z wrażeń włoskich.
