Read here

Złote sidła

James Oliver Curwood · 1925 · Free in the US

68,842 words · about 4 h 49 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1925 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Złote_sidła&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
James Oliver Curwood
Language
Polish
Published
1925
Length
68,842 words · about 4 h 49 min
Sections
28 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (28)

Continue:

Front matter

James Oliver Curwood

Złote sidła

Powieść

całość

James Oliver Curwood

Złote sidła

Powieść

Przełożył

Kazimierz Bukowski

•

Wydawnictwo Książek Popularnych Kraków

Druk: Drukarnia Diecezjalna w Opolu — R 35049

I.

Bram i jego wilki.

Była to, nawet dla „Northlandu“, istota mało pospolita, ten Bram Johnson. Przede wszystkim był on stworzeniem, pochodzącym ze świata, w którym żył, zrodzonym z nieszczęsnych zrządzeń losu, które na nim ciążyły. W pewnych chwilach zdawało się, że jest człowiekiem posiadającym duszę, niekiedy zaś, że jest okropnym potworem, wyplutym przez piekło. Czy istotnie posiadał to, co się zwykło nazywać duszą? Jeśli tak, była ona u niego głęboko ukryta. Zagrzebana była aż do samego serca dzikich lasów i odludnych pustkowi, które ją ukształciły. Ale baczmy, abyśmy w ciągu tego opowiadania nie skrzywdzili Brama nierozważną naganą. Człowiek sądzący swojego bliźniego, — winien być zawsze rozsądny. Chcąc zdać sobie sprawę z tego, kim był Bram Johnson, trzeba cofnąć się w jego genealogii o trzy pokolenia. Spuściwszy pirogę na Jezioro Atabasca i płynąc przez Rzekę Pokoju ku północy, dosięga się Wielkiego Jeziora Niewolników; a potem płynąc wzdłuż rzeki Mackenzie aż do kraju Podbiegunowego, zauważy się, że liczne odmiany etniczne i typy ludzi, zaludniające świat, do którego się dociera, ulegają ogromnym zmianom. Indianin Czippewa, o delikatnym profilu i podłużnej twarzy, o ruchach szybkich i pirogach silne zakrzywionych, ustępuje miejsca Indianinowi plemienia Cree, którego ruchy są znacznie powolniejsze, policzki szersze, oczy bardziej ukośne, a którego czółno, dziwaczniejsze, sporządzone jest z kory bambusowej. Rasa plemienia Cree nie jest jednorodna i zmienia się w miarę zbliżania się do północy. Każdy nowy szczep różni się od poprzednich tak dalece, że Indianin plemienia Cree podobny jest do Japończyka. Wtedy Indianin Czippewa pojawia się znowu i nanowo zajmuje swoje miejsce. I on zmienia się razem z szerokością geograficzną. W miarę gdy zbliża się do kraju Podbiegunowego, piroga jego staje się „kajakiem“ ze skóry, postać jego spłaszcza się, oczy jego świdrują jak u Chińczyka i geografowie nazywają go Eskimosem. Przodek Johnsona, którego ród kończy się na Bramie, ruszył w drogę przed kilkuset laty z kraju położonego więcej na południe, ku północy. Krew jego dzieci, a potem dzieci jego dzieci, zmieszała się najpierw z krwią Czippewów, a potem Creesów. Stopniowo zmieszała się z krwią Eskimosów. Najciekawsze jest to, że przez te wszystkie małżeństwa etniczne utrzymało się imię Johnson. Ale jeśli, znęceni tym imieniem, weszlibyście do namiotu, w którym chwilowo przebywa Bram, spodziewając się znaleźć tam człowieka białego, zdumielibyście się nie mało na widok nieokreślonego typu, któryby się ukazał waszym oczom. Przy końcu wiekowych skrzyżowań rasy, Bram Johnson posiadał skórę, włosy i oczy człowieka białego. Co do reszty, należał on do typu fizycznego swojej matki Eskimoski. Ale różnił się od tego typu pod jednym względem. Liczył sześć stóp wysokości. Był to olbrzym i siłacz. Kości policzkowe wystawały z szerokiej jego twarzy. Usta miał grube, a nos spłaszczony. A mimo to skóra na jego twarzy była biała. I to mogło wprowadzić w błąd. W miejsce gładkich, czarnych włosów Eskimosów posiadał włosy jasne i rude. Spadały one w nieładzie, gęste i rozczochrane jak grzywa lwa. Oczy jego, o dziwnie błękitnym kolorze, nabierały chwilami, gdy na przykład wpadał w gniew, szarej barwy oczu kocich, lub rozbłyskiwały nagłymi blaskami jak fosforyczne światła w nocy. Nie widziano u Brama ani towarzysza ani przyjaciela. Okrywała go tajemnica. Nigdy, na żadnym miejscu nie przebywał dłużej, niż to było konieczne do wymiany przyniesionych futer na inne towary. Upływały miesiące i nie widziano go w tym samym miejscu. Błąkał się bezustannie. Tak czy owak, policja „Royal North West“ czuwała nad nim i ścigała go. W licznych raportach, spisanych przez dalekie patrole po powrocie do kwatery głównej, czytać można było następujące słowa: „Widzieliśmy Brama i jego wilki, pędzące ku północy“. Albo też: „Bram i jego wilki pognali przed nami“. Przez dwa lata policja traciła jego ślady. Było to wówczas, gdy Bram rozbijał się w sercu „Kraju Siarki“, na wschód od Jeziora Wielkich Niedźwiedzi. Gdyby go znaleziono, pilnowanoby go czujniej, niż dotąd. Zachowanie się jego było niepokojące. Zdawało się, że coś się pewnego dnia stanie. I istotnie, to coś nastąpiło. Bram zabił pewnego człowieka. Uczynił to tak zręcznie, człowiek złamał się w jego potężnych rękach jak kij, iż nie miał nawet czasu wydać jęku, ani wezwać pomocy, i Bram był już daleko, kiedy stwierdzono, że jego ofiara nie żyje. Nastąpiła nowa tragedia. Zaledwie po pięciu dniach.. Kapral Lee wyszedł z fortu Churchill w towarzystwie jednego z swoich ludzi, aby aresztować Brama. Dognali go obaj na granicy Barrenu. Byli jeszcze oddaleni od niego o ćwierć mili i biegli, aby go schwytać, gdy usłyszeli wybuch głośnego i dziwnego śmiechu. Bram nie oddał do nich ani jednego strzału. Spuścił tylko z liny wilki. Cudem jakimś kapral Lee nie umarł natychmiast. Gdy Bram zniknął, zdołał dowlec się do domu metysa. Umarł tam wkrótce po tym, a metys opowiedział całą historię w forcie Churchilla. Po tym czynie Bram zniknął zupełnie i nikt go więcej nie zobaczył. Ach! gdyby okładka jakiejś książki mogła zamknąć wszystkie koleje jego życia, gdyby jej kartki mogły wyrazić całą okropność, którą wycierpiał w przeciągu następnych czterech czy pięciu lat, zapewne wybaczonoby mu wiele. Bram i jego wilki! Czyż te słowa nie wystarczają, aby wzbudzić dreszcz? Pomyślcie, sam! Sam z nimi! Nikt nigdy nie przemówi do niego. Nie może się zbliżyć do żadnego miejsca, aby pogadać z ludźmi. Brat wilków, człowiek-zwierzę. Wilkołak. Po upływie trzech lat wszystkie wilczury między jego wilkami zniknęły. Pozostały tylko dzikie wilki, prawdziwe. Bram wysortował starannie szczenięta i zatrzymał tylko wilczki czystej krwi, które wyrosły na wspaniałe i groźne zwierzęta. Musiał zabić te młode wilczki, których nie chciał, ponieważ wzbraniały się przyjąć od niego wolność. Instynktownie odczuwały w nim „nadzwierzę“ i stały się jego niewolnikami. On sam lubił je, jak one lubiły jego. Zastępowały mu rodzinę, braci, siostry, żonę i wszystkie istoty ludzkie. Spał z nimi, jadł z nimi i jak one cierpiał z głodu, kiedy brakło pożywienia. Były dla niego towarzyszami i ulubieńcami. Kiedy wyczerpał się zapas mięsa, puszczał swoją sforę na tropy renifera albo łosia, jeśli jakiś znajdował się w jego okolicy. Często w czasie polowania przebiegały kilkadziesiąt mil. Ale on doganiał je szybko i zawsze, kiedy przybywał, zostawało z łupu dosyć mięsa na kościach. Cztery lata podobnego życia! Policjanci nie chcieli w to uwierzyć. I śmiali się sceptycznie, kiedy wieści z daleka donosiły im, że widziano ciągle Brama żyjącego, że słyszano jego potężny, władczy głos w czasie nocy zimowych, wycia jego sfory i że metysowie, lub Indianie znaleźli również w czterech głównych punktach ślady jego stóp. Świadkowie ci wikłali jeszcze swoje zeznania niezwykłymi opowiadaniami o „Chasse-Galere“, który jest dawnym zabobonem francuskim, wiecznie żywym w Northlandzie, a z którego lud nie lubi żartować. Określa się w ten sposób istoty fantastyczne, które duszę swą sprzedały diabłu w zamian za możność pływania w powietrzu. I bywali ludzie, którzy twierdzili zupełnie stanowczo, a nawet przysięgali na krucyfiks, że widzieli na własne oczy Brama i jego wilki, ścigające przez nieba widmowe kształty wielkich zwierząt. Słowem policja była przekonana, że Bram nie żyje. A tymczasem Bram unikał wzroku ludzi i coraz bardziej zbliżał się do swoich braci wilków. A jednak biała krew jest żywym posiewem w żyłach, w których płynie i wzbudzała zawsze w szerokiej piersi Brama gwałtowne pragnienie. Gorsze jeszcze, niż śmierć, pragnienie usłyszenia głosu swoich bliźnich. A mimo to nie kochał nigdy mężczyzny ani kobiety. Z tej żądzy powstanie groźne przesilenie, które w życie Brama wprowadzi dwie inne istoty ludzkie, mężczyznę i kobietę.

II.

Dziwna zdobycz.

Mężczyzna nazywał się Filip Brant. Owego wieczora siedział w domu Piotra Breaulta we dwójkę przy stole. Piecyk z blachy żelaznej płonął, rozgrzany do czerwoności. Na dworze zapadła noc. Piotr, który polował na lisy, zbudował swoją chatę na skraju długiego i cienkiego skrawka niskich świerków, który sterczał w Barrenie. Wiatr szumiał posępnie w pustynnej przestrzeni i przejmował Filipa dreszczem. Niedaleko, ku wschodowi, znajdowała się zatoka Hudsona. Otworzywszy drzwi chaty słyszało się głuchy, nieustanny grzmot podmorskich prądów, walczących z lodami o wolną drogę przez skały, aż do Oceanu Lodowatego. Chwilami huk ten zgłuszał inny, gwałtowniejszy i rozlegający się daleko. Był to huk gór lodowych pękających i rozłamujących się na dwoje, jak gdyby rozcinał je ogromny nóż. W stronie zachodniej znajdował się natomiast posępny Barren, umarły i bez granic, nie posiadający nic, ani skały, ani zarośli. W ciągu dnia zakrywało go niskie i ciężkie niebo, niebo z szarego granitu, z pasmami purpuru, podobne do tego, które Gustaw namalował w swoim „Inferno“, na sławnym obrazie, który Piotr Breault widział raz niegdyś. I wydawało się zawsze, że to niebo runie na dół w straszliwych lawinach. W ciągu nocy, gdy jęczał wiatr i skomlały białe lisy, było jeszcze posępniej. — Zaprawdę, jako pragnę dla siebie Raju, przysięgam wam, panie, że widziałem go żywego... — powtarzał Piotr, oparty o stół. Filip Brant, który należał do patrolu, wysłanego z twierdzy Churchilla, przez policję Królewskiego North-Westu, przestał się uśmiechać z powątpiewaniem. Wiedział, że Piotr Breault jest człowiekiem dzielnym, bez tego bowiem nie zdołałby usadowić się w tej chacie zupełnie sam, w sercu Barrenu, aby polować na białe lisy. Wiedział, również, że Piotr nie był zabobonny, jak większość ludzi jego zawodu. Bo krzyki i jęki, które w ciągu nocy są wiecznym zmaganiem się wiatrów, odpędziłyby go daleko od miejsca, w którym się znajdował. — Przysięgam! — powtórzył Piotr. Twarz Filipa ożywiła się, a krew, która ją oblała paliła jego policzki. Wyciągnął pięści na stół i zacisnął je nerwowo. Był to mężczyzna trzydziestopięcioletni. Podobnie jak Piotr był wysmukły i dobrze zbudowany. Ale oczy jego o barwie stali były równie jasne, jak Piotra były czarne. Był niegdyś czas, bardzo odległy, gdy nosił odzienie wszystkich cywilizowanych ludzi, w wielkim mieście, w którym żył. Obecnie odziany był w skórę renifera, z wystrzępionymi rękawami, ręce jego były pokryte guzami, a w twarzy jego wiatry i burze wyryły głębokie bruzdy. — To niemożliwe, — odparł — Bram Johnson nie żyje. — Żyje, mój panie! Głos Piotra drgnął dziwnie. — Gdybym powtarzał panu pogłoski, gdybym go sam nie widział, wtedy mógłby pan wątpić! Oczy jego błyszczały ponurym ogniem. Podniósł głos i ciągnął dalej: — Siedziałem tutaj, jak my teraz, gdy usłyszałem ujadanie sfory. Wtedy zbliżyłem się do drzwi i je stanąłem, pragnąc nadsłuchiwać wśród nocy i usiłując coś zobaczyć. Do licha! Nie byli daleko i zbliżali się szybko. Usłyszałem odgłos kopyt renifera na zmarzniętym lodzie. Przebiegł wkrótce, jak huragan, wlokąc za sobą wyjącą sforę wilków, nad którą dominował jeden głos, silny jak głos dziesięciu ludzi. Był to głos Brama Johnsona, polującego na mięso. ! tak oto było. On żyje. I to nie wszystko. Nie, nie, to nie wszystko. Wykręcił palce, zacisnąwszy je jedne za drugie. Po raz trzeci lub czwarty od kwadransa Filip widział, jak próbował zdławić w sobie silne wzruszenie. Opuściło go niedowierzanie w stosunku do niego i począł wierzyć poważnie w słowa Piotra. — A potem? — zapytał. — Widzieliście go jeszcze? — Tak, — odparł Piotr. — I to zupełnie blisko. Nie chciałbym uczynić tego po raz drugi za wszystkie lisy, żyjące między Jeziorem Atabasca, a zatoką Hudsona. Działałem pod wpływem jakiegoś szału. Jakaś halucynacja wypchała mnie na dwór, w noc. Szedłem za diabelskim orszakiem. Maszerowałem w śniegu za śladami, pozostawionymi przez łapy wilków i narty człowieka. Tak, szedłem. Przybyłem do końca śladów i usłyszałem kłapanie szczęk zwierzęcych, rozdzierających mięso, tak, tak, i dziki śmiech ludzki, zmieszany z tym hałasem. Na szczęście wiatr dął na mnie i ta sfora przeklętych dusz nie mogła zwąchać mojego zapachu i mojej obecności. Ale gdyby wiatr jął dąć w przeciwną stronę, coby się ze mną stało, ! Dreszcz przejął ponownie Piotra Breaulta. Ściskał i rozluźniał palce, aż trzaskały w stawach. — A jednak, panie, zostałem, zagrzebany do połowy pod nawałnicą śniegu. Po długiej chwili człowiek i wilki oddalili się. Zbliżyłem się do zabitej zwierzyny. Był to

renifer, samiec wielki i ciężki i skonstatowałem, że zabrano całą tylną część kadłuba. Po jego śladach poszedłem dalej, ponieważ noc była tak ciemna, iż na dziesięć kroków nie widziałem nic przed sobą. Ślad ten zaprowadził mnie na skraj lasu. Tutaj Bram osobiście rozpalił ognisko. Mogłem się mu przypatrywać dowolnie i na Boga, poznałem go dobrze. Przed zbrodnią był dwa razy w mojej chacie. Rysy jego nie zmieniły się. Otaczały go wilki, oświetlone blaskiem ognia, niemal przytulone do niego. Widziałem, jak je głaskał, widziałem ich błyszczące kły i słyszałem szelest ich ciał, ocierających się o siebie. Przemawiał do nich, a mówiąc, śmiał się na całe gardło. Wtedy dopiero otrzeźwiałem nagle. Odwróciłem się i całym pędem jąłem biec w kierunku mojej chaty. Biegłem tak szybko, że nawet wilki nie zdołałyby mnie dopędzić... I to nie wszystko jeszcze! Palce Piotra jęły się rozkurczać i trzaskać, gdy wpatrywał się w Branta. — Wierzy mi pan? Filip potrząsnął głową. — W zasadzie wydaje mi się to niemożliwe. A jednak nie mogłeś chyba śnić, Piotrze. Piotr Breault odetchnął silnie, jako znak zadowolenia, i podniósł się do połowy na nogach. — A uwierzy mi pan, gdy mu opowiem resztę? — Tak. Poszedł do pokoju, w którym spał i wrócił wkrótce z małym woreczkiem ze skóry renifera, gdzie chował zwyczajnie swoje krzesiwo, krzemień i inne drobne przybory, służące do rozniecania ognia w czasie polowania. — Następnego dnia, — jął mówić dalej, usiadłszy naprzeciw Filipa, — wróciłem, panie, tam gdzie widziałem Brama. On i wilki odeszli. Resztę nocy przespałem pod gałęziami świerków. Potem ruszyłem ponownie w drogę. ! możnaby rzec, że śnieg został zmieciony z jego drogi. Tak szerokie były ślady mokassimów, w które odziane były jego potworne nogi. Zmieszane były przy tym ze śladami łap wilczych. Szukałem wszędzie dokoła siebie, chcąc znaleźć jakiś przedmiot, którego mógł zapomnieć. I wkońcu znalazłem oto to. Spojrzenie Piotra, jeszcze bardziej, niż ruch jego długich, delikatnych palców, roztwierających mały woreczek ze skóry renifera, podrażniło nerwową ciekawość Filipa. Czekał, nie wymówiwszy ani słowa. — Oto panie co znalazłem — rzekł Piotr. — Są to sidła na króliki, które musiały wypaść na śnieg z jego kieszeni. I podał je Filipowi. Lampa oliwna, zawieszona u stropu chaty, oświetlała stół, stojący między nimi. Filip wpatrywał się przez chwilę w sidła, poczem wydał okrzyk zdumienia. Piotr zerwał się. Początkowo można było nie ufać mu. Ale teraz tryumfował i postać jego promieniała radością. A Filip przestał niemal oddychać. Z uwagą, napiętą do ostatecznych granic, wpatrywał się w tajemniczy przedmiot, który w świetle lampy błyszczał w jego ręce. Nie było żadnej wątpliwości. Przedmiot ten był długi około na metr, z przedziwnym „kółkiem czippewajskim“ na jednym końcu, a z węzłem na drugim. Jak dotąd, nic ciekawego. Ale sidła te były sporządzone z jasnych włosów kobiety!

III.

decyduje się.

Zdarza się pod wpływem gwałtownych wrażeń, że umysł, nie rozważając wiele, zdąża prosto do stanowczej decyzji, tym szybciej, im gwałtowniejsze było wrażenie. Po owym pierwszym okrzyku zdumienia, który wydarł się z piersi, Filip Brant zamilkł. Nie mówił nic do Piotra. Wiatr dmący nad chatą, ucichł naraz i tykanie zegarka Filipa wydawało się w ciszy bębnieniem małego bębenka. Oczy jego oderwały się zwolna od jedwabnych nitek, które trzymał w ręce i spotkały się ze wzrokiem Piotra. Widocznie ta sama myśl powstała w nich obu. Gdyby włosy te były czarne... Gdyby były brunatne... Gdyby miały prostą barwę rudą, jak u Eskimosów z dolnego Mackenzie... Ale nie, one podobne były do złota z kruszcu! Ciągle milcząc Filip wyjął z kieszeni nóż i odciął jeden z włosów powyżej drugiego węzła. Błyszczący warkocz potoczył się po stole, kręty jak wąż. Złoto jego nie było czerwone, z ciemnym lub miedzianym połyskiem. Było to złoto jasne, jakiego Filip jeszcze dotąd nie widział. I podziwiał przedziwną cierpliwość, z jaką upleciono te sidła. Spojrzał znów na Piotra. — A więc dowodzi to, — rzekł Piotr, — że Bram ma przy sobie kobietę... — Bezwątpienia, — odparł Filip. — Kobietę żywą, lub... Nie dokończył. Obaj mężczyźni zrozumieli się. Dręczyło ich lękiem to samo okropne pytanie. Piotr wzruszył tylko ramionami. Cóż można było odpowiedzieć to pytanie? I kiedy poryw wiatru wstrząsnął drzwiami chaty, jak gdyby ręką ludzką, drgnął. — ! — zawołał, opanowawszy się i odsłoniwszy swoje białe zęby w uśmiechu. — Zdenerwowała mnie cała ta historia. Bram i jego wilki w świetle ognia, potem ten dziwny przedmiot... Opuścił oczy ku błyszczącemu warkoczowi. — Namyśl się, Piotrze, — rzekł Filip. — Czy wiedziałeś już włosy o podobnym kolorze? — Nie, panie. Nigdy w życiu. Ani razu. spotykałeś niektóre białe kobiety w twierdzy Churchilla, w Yorku Factory, w „Lac de la Biche“, w Cumberland House, w Norway House i w twierdzy Albary. — Ach! ach! ach! i w wielu innych miejscach, panie. Nad Jeziorem Boga, nad „Lac Seul“ i w stronach Makenzie. Ale nigdy jeszcze nie widziałem włosów kobiecych tego koloru. — I jak wiemy, Bram nie zapuszczał się nigdy na południe, nie dalej, jak do twierdzy Czippewyan. Wszystko to jest niewytłumaczone, nieprawdaż Piotrze? No mówże. O czym ty myślisz? Piotr łączył w sobie krew francuską i indyjską Creesów. Źrenica jego oczu rozszerzyła się dziwnie pod wpływem spojrzenia Filipa. — Myślę, — odparł z zakłopotaną miną, — o „Chasse-Galere“, o „Wilkołaku“ i... i... i... pan stawia tak przyjemne pytania, że muszę w nie uwierzyć. Nie jestem zabobonny, ! Nie jestem zabobonny... Twarz jego przybierała wyraz coraz większego zakłopotania, a głos jego gmatwał się jeszcze bardziej. — Ale, cóż pan chce, o Bramie i jego wilkach opowiadają tak oszałamiające historie. Mówią, że sprzedał swoją duszę diabłu, wzamian za to może latać w powietrzu kiedy chce i zmieniać się w wilka. Niektórzy słyszeli, jak śpiewał „r“ (Pieśń podróżnika), na całe gardło, przy akompaniamencie ujadania swojej sfory. Słyszałem to wprost od świadków. Spotkałem raz całe plemię indyjskie, które odprawiało różne zaklęcia, ponieważ zobaczyło Brama, otoczonego wilkami, jak budował sobie zaczarowany dom wśród śniegu, ciskającego błyskawice i grzmoty. W takim razie nie jest dziwne, że poluje na króliki zapomocą sideł sporządzonych z włosów kobiety. — Tym mniej więc dziwne, — odparł Filip, — że zmienia czarne włosy na włosy koloru słońca! — Czy to wszystko prawda, co mówią? Któż wie? Piotr wykręcał swój język w ustach, jak gdyby połknął kawałek dławiącego go chleba. Filip widział, jak przez chwilę zmagał się z sobą i walczył przeciw starym, drzemiącym w nim przesądom, które zapaliły się nagle jak szczypta prochu. Ale potem zacisnął zęby, wyprostował się i odrzucił w tył głowę: — Są to bajeczki do snu, mój panie! — rzekł pokonując drżenie swojego głosu. — Oto dlaczego pokazałem panu te sidła. Bram Johnson nie umarł. Żyje. A z nim jest kobieta, chyba, że... — Tak, chyba że... I ta sama myśl, która ich raz już nawiedziła, zabłysła ponownie w ich spojrzeniu, zanim odważyli się ją wypowiedzieć. Filip owinął starannie dokoła swojego palca wskazującego warkocz i wetknął go potem do woreczka skórzanego, który wyjął z kieszeni. Potem zupełnie naturalnie nałożył sobie fajkę i zapalił. Zbliżył się do drzwi, otworzył je i stał w nich przez chwilę, przysłuchując się dzikiemu wyciu wiatru na Barrenie. Piotr siedział ciągle przy stole i obserwował go uważnie. zamknął drzwi i usiadł z powrotem naprzeciw metysa. Powziął już postanowienie. — Stąd do twierdzy Churchilla jest trzysta mil, — rzekł. — W połowie drogi, na dolnej kończynie Jeziora Jezus, Mac Veigh i jego patrol założyli główną kwaterę. Jeśli udam się w pościg za Bramem, raport ode mnie musi dojść do Mac Veigha a stamtąd do fortu Churchilla. Czy nie możesz, Piotrze, zostawić swoje przynęty na ryby i łapki na lisy i zanieść mój raport? Piotr zawahał się, potem odparł: — Zaniosę go. Aż do późnej godziny w nocy Filip zajęty był pisaniem swojego raportu. Wysłano go z poleceniem ścigania jakiejś bandy złodziei indyjskich. Równie ważna sprawa zatrzymała go w drodze i zawiadamiał o całej przygodzie inspektora Fitzgeralda, dowodzącego oddziałem fortu Churchilla. Opowiedział to, co mu powiedział Piotr Breault i podał poważne dowody na poparcie swoich słów. Bram Johnson, trzykrotny morderca, żył. Zakończył, żądając, aby na jego miejsce wysłano innego w celu ścigania Indian, i objaśnił, możliwie najdokładniej, kierunek, w którym uda się w pościgu za Bramem. Ukończywszy raport, włożył go do koperty. Raport był zupełny, prócz jednej rzeczy. Filip nie wspomniał ani słowem o sidłach i o złotych włosach.

IV.

Ósma noc.

Nazajutrz rano burza szalała jeszcze nad Barrenem. Filip ruszył jednak w drogę z Piotrem Breaultem jako przewodnikiem, ku miejscu, gdzie metys widział Brama Johnsona, biwakującego z swoimi wilkami. Od tej nocy upłynęły trzy dni i kiedy przybyli do świerka, który służył Bramowi za schronienie w czasie snu, drzewo było zasypane twardym śniegiem, który wiatr przywiał z pustyni. Od owego miejsca Piotr wskazał dokładnie Filipowi kierunek, w którym odszedł nazajutrz rano Bram. Filip wyjął swoją busolę i ustawił igłę w kierunku niewidocznego obecnie śladu. Wniosek był dla niego jasny. — Bram, — rzekł do Piotra, — przebywa nieustannie na zalesionej granicy Barrenu. Udam się w tym kierunku. Możesz to dodać do tego, co napisałem już do Mac Veigha. Ale o sidłach, ani słowa, Piotrze. Tak będzie lepiej, rozumiesz. Jeśli Bram jest naprawdę „Wilkołakiem“ i jeśli tka złote włosy na wietrze... — Nie powiem nic, panie, — rzekł Piotr i drgnął. Uścisnęli sobie dłonie i rozstali się w milczeniu. Filip zwrócił się ku wschodowi i odwróciwszy się niebawem, nie ujrzał już Piotra. Zaledwie upłynęła godzina, gdy ogarnęło go przygnębienie, myśl, że rzucił się dobrowolnie w wprost rozpaczliwe. Sanki swoje i psy pozostawił Piotrowi, sam zaś podróżował lekko objuczony. W jego plecaku, który ważył zaledwie czterdzieści funtów, ułożonym wygodnie na plecach, zwinięty był jedwabny namiot, ważący trzy funty i mogący się oprzeć najgwałtowniejszym wiatrom. Różne przybory kuchenne ważyły ledwie jeden funt. Reszta jego ekwipunku składała się z piętnastu funtów mąki, a dla stałego pobytu z umiejętnie ułożonych porcyj, częściowo sproszkowanych, częściowo w suszonych tabliczkach: czterdzieści jaj w jednym funcie proszku jajowego, dwadzieścia ośm ziemniaków suszonych w czterech funtach, cztery funty cebuli w ćwierci funta suszonego artykułu i tak dalej. Dodawszy do tego zwierzynę, którą mógł upolować, żywność ta wystarczała na miesiąc. Podobnie jak broń, strzelba, rewolwer Colta i zapas amunicji. Pomyślawszy o tej żywności, prostej ale tak cennej, zamkniętej w jego torbie na plecach, jął się śmiać jakimś sardonicznym śmiechem. Przyszła mu do głowy równocześnie inna myśl, o przeszłych dniach swojego życia. Cóżby powiedzieli jego starzy przyjaciele, gdyby tak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej znaleźli się wszyscy koło niego, aby uczestniczyć w jego radości? A szczególniej, cóżby powiedziała Mignon Davenport i coby uczyniła? Pfff! Widział już odrazę, przejmującą jej arystokratyczną twarz. Ów wiatr, świszczący po Barrenie, zmroziłby życie w żyłach młodej kobiety, która spiesznie skurczyłaby swoje ciało i umarła. Znał ją dobrze, bo mieli się nawet niegdyś pobrać. Dziwna to rzecz, że mógł teraz jeszcze myśleć o niej, tropiąc tajemniczy ślad Brama. Ale mógł też odrazu odpędzić od siebie tę myśl. Bardzo możliwe jednak, że podobnie jak jego starzy przyjaciele, nie zapomniała o nim. Miłość i przyjaźń nie są wprawdzie trwałe w świecie ludzkim. Mignon sama przekonała go o tym. Wykrzywił pogardliwie twarz i wśród palących ukąszeń wiatru jął się śmiać szyderczo. Los jest starym wesołkiem. On, Filip, odegrał wobec wszystkich doskonałą komedię! Najpierw lekkie zapalenie płuc, potem płuca jego zaczęły grać. I wystąpiły suchoty galopujące, czy coś podobnego, choroba ściągająca twarz i wysysająca krew z żył. Wtedy w wielkich, błękitnych oczach Mignon odbijało się przerażenie, rosnące z dnia na dzień. Trwało to aż do chwili, gdy z naiwnością dziecinną przyszła do niego i oświadczyła, że jest jej niesłychanie przykro oznajmić swoim przyjaciołom, iż jest narzeczoną suchotnika. Na owo wspomnienie Filip wybuchnął śmiechem. I śmiech jego rozbrzmiał tak głośno, że nawet mimo wycia wiatru Bram mógłby go usłyszeć na sto jardów odległości. Suchotnik! Filip założył ramiona i naprężył twarde muskuły, aż trzasły. Wciągnął głęboko w płuca mroźne powietrze, potem wyrzucił je z piersi jak klapa maszyny ciepłą parę. Tak podziałała na niego północ; północ ze swoimi cudownymi lasami, rzekami, jeziorami i zaspami śnieżnymi; północ, odrażająca człowieka. Dlatego kochał tę północ która go uratowała. A ponieważ ją kochał, podobnie jak przygody, wstąpił przed dwoma laty do policji. Kiedyś wróci do kraju, aby się zabawić. Pokaże się wtedy w klubach swoim dawnym przyjaciołom i na sam widok jego zdrowia Mignon umrze ze złości, Mignon z oczyma dziecka. Myśl jego, oddawszy się przez chwilę tym rozmyślaniom, wróciła do zagadkowego człowieka, którego ścigał. W ciągu tych dwu lat służby zebrał wiele wiadomości o Bramie, poznał wszystkie okoliczności, towarzyszące życiu Johnsona. Indianie i metysi uważali Brama za pewnego rodzaju potwora, za czarodzieja, który posiada władzę szatana. widziała w nim bardzo niebezpiecznego mordercę, który grasował po całym Northlandzie. Myślała tylko o tym, by go schwytać, a ów szczęśliwy człowiek, któryby go uwięził żywego lub umarłego, mógł być pewnym awansu i mianowania w stopniu sierżanta. Ta ambicja i nadzieja powodzenia zapaliły niejedno dzielne serce aż do chwili, gdy ogólnie sądzono, że Bram nie żyje. Filip rozprawiał często z swoimi kolegami o mniejszej lub większej inteligencji i złośliwości Brama, a pobłażliwość jego w kwestii wyklętego zbrodniarza nie przekonała nikogo. Nie była to tylko chęć zdobycia stopnia sierżanta, która go w tej chwili gnała ku granicy Barrenu. Służba jego w policji kończyła się niebawem i miał inne plany na przyszłość. Działała w nim inna siła wewnętrzna. Od chwili, gdy trzymał w ręce warkocz ze złotych włosów, przenikała go ciekawość, budziły się w nim nowe uczucia, których początkowo nie mógł zrozumieć, a których nie zdradził wczoraj Piotrowi Breault. Myśli te nabierały teraz kształtów. Nie był teraz myśliwym, który poluje na ludzi, zimnym kombinatorem, czyhającym na śmierć i życie innego człowieka. Nie zapomniał o tym, że obowiązkiem jego jest schwytać Brama i przywieźć go jako więźnia do Kwatery Głównej, i gotów był to wypełnić, chyba że... Złote sidła były tym nieznanym, które wchodziło teraz na drogę jego postępowania. Sprawy przestały być teraz takie proste. Chwilami myślał, że to on je może komplikował, z przyjemności, czy też przez swoją imaginację. Owe włosy mógł Bram zdobyć tysiącznymi sposobami. Czy owe rzekome sidła nie były poprostu czymś w amuletu, który Bram nosił od wielu lat, talizmanem, chroniącym go od choroby i diabła, stosownie do jego zabobonnej duszy? Rozgniewany na siebie Filip nie chciał uwierzyć, że tak może być! I kiedy w południe zatrzymał się, aby rozniecić małe ognisko i zagrzać przy nim herbatę, wyjął z portfelu złoty warkocz, aby go oglądnąć dokładniej i bliżej niż wczoraj. O nie! Nie było żadnej wątpliwości. Odcięto go poprostu z głowy kobiety. Gdyby nie, czyżby był tak delikatny i błyszczący w bladym świetle słońca? Podziwiał długość i subtelność włosów i cudowną budowę każdego włoska, jednolitego i równej długości. Zjadł śniadanie i ruszył w drogę. Trzy dni burzy zatarły zupełnie wszelki ślad pozostawiony przez Brama i jego wilki. Mimo to Filip był przekonany, że Bram nie oddalił się z Barrenu, z Wielkiego Barrenu północnego, nieoznaczonego na mapie, oceanu oddawna ukrywał się przed prawem. Wielka biała pustynia, szeroka na pięćset mil, od zachodu ku wschodowi, pod sześćdziesiątym prawie stopniem, była dla niego i dla jego włóczęgi tym czym Ocean Spokojny dla dawnych korsarzy. Owe okropne pustki, na których myśl dreszcz przenikał Filipa, były gorsze niż okolice polarne. To co przedsięwziął, było niesłychanie trudne. Jedyna nadzieja powodzenia opierała się na tym, że nastąpi pogoda i że natrafi na mniej lub więcej świeży ślad, pozostawiony przez Brama, łączący się z innym, bardziej wyraźnym. Filip postanowił również nie zbaczać z granicy lasu, gdzie Bram urządził już sobie schronisko i gdzie bez wątpienia nie omieszka wrócić. Gdyby zaś poszedł zupełnie prosto, w nieskończoną biel, ileż dni i tygodni mogło upłynąć, zanim natrafiłby na jego ślady? W ciągu następnej nocy, burza, która szalała przez kilka dni ucichła i przez cały tydzień była pogoda. Zimno było dokuczliwe, ale śnieg nie padał. W czasie tych ośmiu nocy, gdy siedział w namiocie przed ogniskiem, zajęty po raz setny rozplątywaniem złotego warkocza, nastąpiło nieoczekiwane wydarzenie.

V.

Spotkanie.

Noc była tak jasna, że wielkie cienie, rzucane przez świerki na śnieg, wydawały się żywe. Niebo nad głową, równie przeźroczyste jak pełne morze, zasłane było tysiącem gwiazd, a Wielka Niedźwiedzica błyszczała jakby konstelacja małych słońc. Świat mógł się obejść bez światła księżyca. W odległości trzystu jardów Filip mógł ujrzeć kroczącego renifera. Grzał się więc przy ognisku i czuwał, splatając jedwabne nitki. Zagłębiony w swojej pracy, słuchał z roztargnieniem „muzyki nieba", tej dziwnej i fantastycznej harmonii, którą rozdźwięcza jutrznia polarna, dając znać o świcie. Był to raz przenikliwy świst, to znów słodki szept, dosyć podobny do mruczenia kota, a chwilami znów coś podobnego do metalicznego brzęczenia pszczoły. Kiedy się to skończyło i kiedy schował starannie złote sidła do swojej kieszeni, Filip wyprostował się nagle i nadstawił uszu. Z dźwiękami, płynącymi z nieba, mieszały się i inne. W jednej chwili zerwał się na nogi, a potem pognał przez krzaki aż na skraj białej płaszczyzny, o kilka jardów od ogniska. Dźwięk dochodził z dosyć znacznej, prawie mili, a może dwu. Było to wycie wilków. W ciągu tych dwu ostatnich lat Filip słyszał je już niezliczoną ilość razy. Ale jeszcze nigdy nie wstrząsnęło nim tak gwałtownie. Wsłuchał się cały w ów dźwięk i krew jęła silniej krążyć w jego żyłach. Chwila przebłysku i przypomniał sobie, co mu opowiadał Piotr Breault. To polował Bram ze swoją sforą. Bram przybywał. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. Wrócił spiesznie do swojego namiotu i przy ostatnim płomyku ognia zagrzał zmarzniętą kolbę swojej strzelby. Potem stłumił ogień przy pomocy śniegu i przydeptał nogami. Wróciwszy następnie na skraj lasku, stanął pod najwyższym świerkiem, jaki znalazł, gotów w razie niebezpieczeństwa wspiąć się na niego, aby szukać na nim schronienia. Niebezpieczeństwo nie dało długo czekać na siebie. Przybywało jak huragan. Sfora, prowadzona przez człowieka-wilka, gnała prosto w jego stronę. Nie była dalej jak o dwieście lub trzysta kroków, gdy Filip wdrapał się na drzewo. Kiedy wspinał się na pień drzewa, na wysokość dwunastu stóp, sapał, a w jego piersiach serce bębniło jak dobosz. Świerk, nie grubszy od jego ramienia, był dla niego słabym schronieniem. Przypomniał sobie dzień, w którym wydarzyło mu się, że zawiesił kilkadziesiąt funtów łosia na cedrach, grubych jak jego noga. Przyszły wilki następnej nocy i zżarły pnie drzew jak źdźbło słomy! Usadowiwszy się na swojej gałęzi Filip zatopił wzrok w Barrenie, oświetlonym przez gwiazdy. Wilki ucichły, co oznaczało, że polowanie dobiegało do końca. Słychać było tylko szybkie „szig, szig, szig“ kopyt ściganego renifera, łamiących w swoim galopie lekką powłokę twardego śniegu. Pojawiła się sylwetka zwierzęcia, które uciekało, aby uratować swoje życie. Na szczęście dla Filipa, renifer, ścigany zbliska przez wilki, które w dwudziestu lub może trzydziestu, rozprószyły się w kształcie wachlarza, biegł teraz równolegle do lasu, podczas gdy sfora próbowała zagrodzić mu drogę. Czarne kształty przebiegły jak orkan, ziejące paszcze podobne do cieni, pędzonych przez wiatr. Z niewygodnego miejsca, w którym się znajdował, Filip zeszedł na dół, aby przykucnąć na śniegu. Kombinował, że renifer miał jeszcze dobrą milę do przebycia, zanim uczuje się wolny. Ukryty w cieniu świerka obserwował nieustannie, pewny, że wkrótce ujrzy Brama. Typowe „zyp, zyp, zyp“ bucików na łyżwach rozległo się też niebawem. Wtedy to krew Filipa jęła wygrywać diabelski koncert. Człowiek, którego ścigał, zjawi się tutaj lada chwila. W krótkiej przerwie, w której obserwował bieg wilków, ułożył sobie plan postępowania. Los przyszedł mu z pomocą. Skomplikowana strategia, która w innych okolicznościach byłaby konieczna, aby schwytać Brama, nieosiągalnego wśród zażartej straży swoich wilków, gotowych do rzucenia się na napastnika na najlżejszy znak swego pana, uprościła się. Podczas gdy sfora była zajęta łupem, Bram był sam i on uwięzi go. Filip ukląkł powoli, a potem wstał, ciągle zakryty cieniem świerka. Odłożył strzelbę. W prawej ręce, z której ściągnął rękawicę, trzymał rewolwer. Przenikając oczyma półmrok nocny, czekał, aż Bram pojawi się na tropie wilków. Ale dźwięk i wzrok mylą na Barrenie. Wtedy, kiedy szukał Brama na białej płaszczyźnie, Bram zjawił się nagle tu, o dwadzieścia zaledwie kroków. Filip stanął, jakby rażony piorunem. Zdławił okrzyk, który wydzierał się z jego ust i w tej samej chwili Bram stanął wyprostowany i wyniosły w świetle gwiazd, wyrzucając i wdychując powietrze szerokimi piersiami, potężnym rytmem, nadstawiając równocześnie uszu w kierunku swoich wilków. Był to istotnie olbrzym, fenomen ludzki. Może niepewne światło nocy powiększało jeszcze jego postać. Na jego plecy spadały rozczochrane włosy, dosyć podobne do kępki wodorostu morskiego. Broda jego była gęsta i krótka, a w błyszczących jego oczach, podobnych do oczu kota, ujrzał Filip jakby krótki przebłysk, refleks gwiazd. Co do wyrazu twarzy, to podobna ona była do twarzy istoty półzwierzęcej i półludzkiej. Nigdy odtąd nie zapomniałby Filip, co było w tej twarzy brutalnego i niepohamowanego, tej rozpaczy w samotnej duszy, odgraniczonej od ludzkości, gorącego i niespokojnego płomienia w jego spojrzeniu. Nadszedł czas działania. Palce Filipa ścisnęły silniej kolbę rewolweru i na kilka kroków wysunął się z cienia. W tej chwili Bram mógł go zobaczyć, gdyby nie odrzucił nagle w tył swojej wielkiej głowy, aby wydobyć stłumiony krzyk, który trysnął ku niebu z jego gardła i piersi. Był to najpierw jakby huk grzmotu, zakończony przejmującym i żałosnym jęczeniem, lecącym milami po gładkiej równinie. Nigdy jeszcze Filip nie słyszał takiego krzyku ludzkiego czy zwierzęcego. Było to nawoływanie sfory przez pana, wezwanie człowieka-zwierzęcia do swoich braci. Nagle krzyk urwał się i zgasł, podobnie jak urywa się nagle gwizd syreny okrętowej. Może jakiś nadinstynkt ostrzegł gwałtownie Brama Johnsona, że zagraża mu nieznane niebezpieczeństwo. Stało się tak, że zanim Filip mógł porwać się do działania, Bram zniknął z jego oczu, uniesiony nagle w świetle gwiazd przez szerokie narty, rozszarpujące pod nim śnieg. I równocześnie krzyk wydany przez niego ustąpił miejsca temu dziwnemu i śmiechowi, który w Piotrze Breault wywołał dreszcz grozy. Nie ruszając się z swojego miejsca Filip zawołał: — Bramie! Bramie Johnson! Stój w imieniu Króla! Była to odwieczna formuła, prorocze słowa, które niosły z sobą przez Northland majestat i potęgę Prawa. Bram usłyszał, ale nie zatrzymał się. Przeciwnie, gnał jeszcze szybciej. Filip zawołał go znów po imieniu: — Bramie! Bramie Johnson! Jako jedyna odpowiedź doleciał do jego uszu szyderczy śmiech, dziki i zgłuszony, jak naigrawanie się. Filip rewolwer. Nie celując nawet dokładnie, strzelił dwa razy w kierunku uciekającego. Kule przeszły tak blisko obok głowy Brama, że usłyszał ich świst. — Bramie! Bramie Johnson! — krzyknął Filip po raz trzeci. Było to bezużyteczne. Opuścił ramię i wpatrzył się w wielką sylwetkę, która stała się teraz cieniem, znikającym w ciemnościach, gdzie rozwiała się zupełnie. Jeszcze raz Filip znalazł się pod gwiaździstym niebem, otoczony światem nicości. I naraz uprzytomnił sobie swój szalony czyn. Zachował się jak dziecko. Gdy wołał Brama, głos jego drżał tak silnie, że Bram zaśmiał się z niego. A teraz bezwątpienia zapłaci za swój brak energii w działaniu. Czyż Bram nie wróci na jego trop z wilkami? Tętna Filipa jęły bić żywiej, gdy zaczął oglądać pustą przestrzeń, w której zniknął Bram. Czując zimno w plecach wrócił do krzaków, gdzie urządził sobie ognisko i jął myśleć o losie kaprala Lee i o jego towarzyszu. Czyż skończy tak jak oni? Czyż jego niepohamowana lekkomyślność nie doprowadzi do tego samego wyniku? Ważył teraz w umyśle dobre i złe szanse, które mu pozostały. W jego żyłach płynęła dobra, czerwona krew, a człowiekowi nie wolno nigdy rozpaczać. Przez kilka chwil stał obok ostatnich płomyków swojego ogniska, które rozbłysnęło jeszcze raz ku górze i upadło popiołem na jego duszę. Zapewne, nie lękał się Brama. Chociaż nawet Bram był kolosem, rozpocząłby z nim natychmiast walkę. I ściekał nerwowo swój rewolwer, gładził palcami kolbę. Ale walkę trzeba było stoczyć nie z Bramem, lecz z jego wilkami. Bram wypuści sforę, nie pokazując się i zadowalając się szyderczym śmiechem, aby go podrażnić. Tak uczynił z kapralem Lee. Teraz, kiedy go Filip przejrzał, kiedy odkrył wyraźnie jego zamiary, czyżby Bram był tak głupi i nie pragnął pozbyć się z miejsca swego nieprzyjaciela? Naraz przyszła mu do pewna myśl. Bram, tak jak go widział, nie był uzbrojony! A więc nabrał otuchy i nadziei. Wdrapawszy się na drzewo mógł stoczyć bitwę z całą sforą i zabić po kolei wszystkie wilki. On pozostawał zwycięzcą z swoim rewolwerem, ze swoją strzelbą, z obfitą żywnością i amunicją. Ważne było tylko to, czy Bram naprawdę nie posiada strzelby. Bo inaczej... Filip chwycił ciepłe futro, które przed chwilą rzucił koło ognia i wdział je. Napełnił jego kieszenie amunicją i zbliżywszy się do skraju Barrenu, ogarnął spojrzeniem zamglony i mocny świerk, stojący na uboczu. Było to znakomite miejsce obserwacyjne, wymarzone do zniszczenia sfory wilków. Jeśli zaś Bram posiada strzelbę, będzie dla niego łatwym celem. Słowem, był to jedyny sposób zwyciężenia go.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…