Read here

Z papierów po nieboszczyku czwartym

Klemens Junosza · 1896 · Free in the US

37,208 words · about 2 h 36 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1896 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Z_papierów_po_nieboszczyku_czwartym&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1896
Length
37,208 words · about 2 h 36 min
Sections
11 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (11)
  1. Obrazek under 1 min
  2. Obrazek about 1 h 18 min
  3. Obrazek about 5 min
  4. Obrazek about 9 min
  5. Obrazek about 6 min
  6. Obrazek about 8 min
  7. Obrazek about 8 min
  8. Obrazek about 15 min
  9. Obrazek about 10 min
  10. Obrazek about 14 min
  11. Obrazek about 2 min

Continue:

Obrazek

„Z papierów

po

Nieboszczyku Czwartym.”

Obrazek

A.

Nakład i własność W. Czajewskiego.

6.

I • II • III • IV • V

VI • VII • VIII • IX

Дозволено Цензурою

Варшава, 9 Ноября 1895 года.

Panu

Maksymilianowi

Białowiejskiemu

Drobnostkę tę ofiaruje

Warszawa 1896 r.

Obrazek

„Z papierów

po

Nieboszczyku Czwartym.”

Obrazek

A.

Nakład i własność W. Czajewskiego.

6.

Дозволено Цензурою

Варшава, 9 Ноября 1895 года.

Panu

Maksymilianowi

Białowiejskiemu

Drobnostkę tę ofiaruje

Warszawa 1896 r.

Rozdział pierwszy: o tem, zkąd się wzięły papiery i kto był nieboszczyk „czwarty“?

rzeglądając stare książki u antykwaryusza, znalazłem rękopis. Był to gruby zeszyt oprawny w tekturkę, oklejoną czarnem płótnem. Kajet zapisany był bardzo starannie i czytelnie, widocznie przez człowieka, który lubił systematyczność i porządek, a zarazem miał dużo wolnego czasu. Każda litera była wykończona, wycieniowana prawie, wiersze wyciągnięte równo, jak pod sznur, margines na wszystkich stronicach miał jednakową szerokość, karty były czerwonym atramentem. Usiadłszy na kulawem krzesełku, zacząłem przerzucać karty rękopismowej księgi, antykwaryusz zaś, zapaliwszy cygaro, od którego zapachu mogły struć się wszystkie móle w jego książnicy, otoczył się kłębami dymu, z po za którego wspaniała jego broda wyglądała niby płacząca wierzba z po za mgły wieczornej. Milczeliśmy przez jakiś czas obadwaj; ja przerzucałem karty manuskryptu, handlarz z po za obłoku dymu śledził wrażenie, jakie czytanie na mnie sprawia. Schyliłem głowę, jak najniżej, w słusznem przekonaniu, że mądry będzie ten mąż, jeżeli z łysiny mojej potrafi cokolwiek wyczytać. Przejrzawszy manuskrypt, położyłem go na półce i zacząłem targować jakąś starą broszurę, niepotrzebną mi wcale. Bukinista cenił ją pięć rubli, ja ofiarowałem złotówkę i tak bawiliśmy się, on w odejmowanie, ja w dodawanie, aż targ szczęśliwie na pół rubelku stanął i broszura przy mnie została. — No, a co pan powiada o tym rękopiśmie? — zapytał antykwaryusz. — Nic. — Dlaczego nic? — Bo nie wiem, co to jest... — To bardzo, bardzo starożytny interes, ja za niego grubo zapłaciłem. — Szkoda, kajet wcale nie starożytny. — Na moje sumienie on jest całkiem starożytny. Dość jest trochę powąchać okładkę.... — Wspomina o wojnie francusko-pruskiej i ma na sobie datę roku 1879. — No, to co? To też nie było wczoraj, ani onegdaj. Kiedy była francuska wojna? Ja wiem, żem się wtenczas dopiero co ożenił... mojej żony ojciec wtenczas umarł, a trzeba panu wiedzieć, że to był bardzo, bardzo starożytny człowiek. Daj mi Boże tyle tysięcy w majątku, ile on miał lat życia ten mój teść! Dawne czasy, bardzo dawne czasy — dodał, zdejmując z półki rękopism. — Patrz pan, czy teraz kto tak pisze? To jest nie pisanie, ale sztych, to kopersztych jest! Niech pan uważa, żadna litera nie sfuszerowana, wszystkie robione na urząd. Nie powie pan dobrodziej, że to nie starożytne, bo choć data jest, choć o wojnie jest, to jeszcze żaden dowód. Data może być omylona, a wojna... Co znaczy wojna? Albo jedna wojna była na świecie? Akurat może to nie ta, o której pan ma pomyślenie. — Zkąd pan ma ten rękopism? Pytanie tego rodzaju zawsze odzywało się niemiłym zgrzytem w uchu i w sercu mego bukinisty. Do czego w ogóle prowadzić może taka niepotrzebna ciekawość? Jako człowiek bardzo drażliwy na punkcie honoru, widział w zapytaniu mojem podejrzenie i wątpliwość. Przypuszczał jakiś zły zamiar. Starałem się uspokoić jego obawy, zapewniając, że do tego pytania skłoniła mnie prosta ciekawość. — Albo ja wiem? — odrzekł ramionami wzruszając — ja ten rękopis kupiłem. Czasem się kupuje książki na licytacyi, czasem z wolnej ręki; niekiedy sprzedaje je na wagę wydawca, który się źle obrachował, albo autor, co dla rozgłosu, zabawił się w wydawcę. Wiadomo panu przecież, że się różnie trafia, a i to panu również wiadomo, że po podwórzach chodzą biedne żydki i wołają „handel, handel!“ Czego taki żydek nie kupi? Starą garderobę, łóżko żelazne, popsute lampy i książki też. Jak kupi, to każdą rzecz odnosi, gdzie potrzeba: ze starą garderobą idzie na Wołówkę, z żelaztwem na Pociejów, a książkę niesie do mnie, albo do mojego szwagra, albo do mojego zięcia. On nie może trzymać towaru dłużej jak kilka godzin. Rano kupił, wieczorem sprzedał. Takie jest jego życie. Czy ja mam się pytać, gdzie taki biedak książkę kupił, z jakiego podwórka ją przyniósł? On sam tego spamiętać nie może, bo ciągle handluje, a ja też nie pamiętam, bo także ciągle handluję... Ten kajet jest kupiony od handlarza.. od którego, nie wiem, bo rozumie pan przecież, że z takimi łapserdakami nie trzymam kompanii. — Więc nie przypominasz pan sobie. — Żebym przypominał, tobym odrazu powiedział; zresztą, na co panu ta wiadomość? Ma pan chęć, niech pan kupi, nie ma pan chęci, niech pan nie kupi. Może sobie leżeć na półce, jak leżał. Swoją drogą, ja panu radzę kupić, ja panu nawet każę kupić. Podług mego zdania, to jest kawałek białego kruka. Nie lękaj się pan; ja się drożyć nie będę, oddam ze stratą, aby handel szedł. Dziś, niech mi pan wierzy, że ze wszystkich złych interesów, nasz jest najgorszy. Kto dziś kupuje białe kruki? Starzy amatorowie powymierali, a młodych amatorów wcale nie ma. Oni wolą, za przeproszeniem, białe lalki, aniżeli białe kruki... Na moje sumienie. Co się dziś sprzedaje? Trochę uczniowskich książek i trochę starych romansów do czytelni na prowincyę, częściej na wagę, aniżeli na tomy. To jest cały nasz ruch w teraźniejszych czasach. Włożył cygaro do ust i pociągnął dym tak gwałtownie, że aż skwierczeć zaczęło. Widocznie gorycz w sercu chciał goryczą tytoniu zagłuszyć i struć w żal, niby móla, toczącego karty wielkiej księgi fachu antykwarskiego. Ubolewaliśmy obadwaj nad upadkiem zamiłowania do ksiąg dawnych, wspominaliśmy z żalem zmarłych już, a znanych nam niegdyś zbieraczy rzadkości bibliograficznych, wspominaliśmy dawnych handlarzy książek, handlarzy spoczywających już w wielkiej antykwami... pod ziemią. — Oni znali smak — mówił rozżalony bukinista — a my? Co my znamy? My już nic nie znamy! Co jest, to nic nie jest i, na moje sumienie, panie dobrodzieju, lepiej dziś wódką handlować, niż takim szlachetnym towarem. Te wynurzenia przykrych uczuć przeplataliśmy cyframi, bo rozmowa szła swoim torem, a targowanie się o rękopism swoim i jedno drugiemu nie przeszkadzało bynajmniej. Ostatecznie rękopism stał się moją własnością. Przed odejściem, musiałem jeszcze wysłuchać wykładu o różnych rodzajach amatorów dawnej daty i pseudo-amatorach dzisiejszych, których właściwie wcale niema; bo i taki gatunek, co go nie ma, jest przecie także gatunkiem. Długo mi opowiadał ten smutnie nastrojony handlarz używanej literatury o prawdziwych bibliomanach, którzy nowem złotem za zbutwiałe papiery płacili, którzy rozkoszowali się charakterystyczną wonią dawnych szpargałów... A dziś... dziś przychodzi amator i za rzadkość prawdziwą, za antyk, ofiaruje trzy ruble! Taki amator! za trzy ruble amator! Tfy!...

Przeczytałem rękopis od początku do końca, jeszcze raz i jeszcze raz i zastanowiłem się nad pytaniem, kto był jego autorem? Niestety, zeszyt, o którym mowa, nie był pamiętnikiem skończonym, lecz tylko fragmentem pamiętnika; nie całą księgą szarego życia autora, ale kilkoma kartami jej tylko... Schowałem rękopism do szafy, w przekonaniu, ze nic z niego wycisnąć nie zdołam, aż najniespodziewaniej, w jakiś czas później, zaszły okoliczności nieprzewidziane, dzięki którym miałem sposobność poznać osobiście pana Melchiora. Był to mały, szczupły, niepozorny człowieczek, schorowany i kaszlący; wspominał często o śmierci i w rzeczy samej umarł w pół roku po zaznajomieniu się ze mną. Z jego opowiadania i jeszcze z kilku zeszytów, jakie mi z własnoręczną dedykacyą ofiarował, odbudowałem tę opowieść i zatytułowałem ją: „Z papierów po nieboszczyku czwartym“. Jeżeli czytelnik ciekawy, dlaczego ten nieboszczyk był czwarty — i do tego czwarty przez małe c — to niech, wzbudziwszy w sobie ducha cierpliwości i wytrwania, odczyta niniejsze kartki do końca, a znajdzie w nich wyjaśnienie.

Rozdział drugi: zawierający w sobie cząstkę autobiografii nieboszczyka czwartego i będący zarazem wstępem do dalszego ciągu.

zy człowiek — pisze w swoim pamiętniku ś. p. czwarty — może mieć o to pretensyę do losu, że nie dano mu stąpać po różach? Mojem zdaniem — nie. Czy ma prawo narzekać, że nie posiada majątku Rotszylda? — także nie; czy wreszcie godzi mu się sarkać, że nie zajmuje bardzo wysokiego szczebla na drabinie społecznej? — i to nie. Stąpać można po trawie lub po bruku, i to nie jest nieszczęściem; potrzeby życia opędzać umiarkowanym zarobkiem i to jest prawie szczęściem; pełnić obowiązki, przywiązane do skromnego stanowiska uczciwie, i to jest, możecie wierzyć, lub nie wierzyć, całem szczęściem. Zawsze starałem się wpajać takie przekonanie w mych uczniów. Niektórzy zrozumieli mnie i źle na tem nie wyszli: większa część słuchała słów dobrej rady, niby bajki o żelaznym wilku; jednem uchem chwytała, wypuszczała drugiem i, nie dziw, że w życiu znalazła gorycz i rozczarowanie. Jedno jest tylko największe, mojem zdaniem, nieszczęście — nie być niczem, zostać po długich latach pracy i uczciwego życia istotą na nic nikomu nieprzydatną i niepotrzebną. To, zaiste, jest nieszczęściem prawdziwem. Urodziłem się na wsi, w dzień Trzech Króli, temu lat pięćdziesiąt z okładem. Ojciec mój był oficyalistą folwarcznym; nazywali go panem rządca, zapewne dlatego, że sprawował rządy nad kilkoma fornalami, tylomaż parobkami i pastuchem. Pierwszy dar, jaki otrzymałem od ojca po przyjściu na świat, było imię, a ponieważ urodziłem się w dzień Trzech Króli, więc wypadało mnie ochrzcić na Kacpra, Baltazara lub Melchiora... Ojciec dał mi to ostatnie, dlatego, że imię Kacpra nosił nasz pastuch, więc jakoś nie wypadało nadawać je synowi pana rządcy; Baltazar, kowal wiejski, był to pijak sławny na całą okolicę, więc także nie — zostałem tedy Melchiorem. Prócz tego imienia i uczciwego nazwiska Kurkiewicz, nic mi rodziciel mój więcej nie dał, nie dlatego, ze nie chciał, lecz z powodu, ze nie mógł, a nawet szczerze mówiąc, i chcieć biedak nie mógł, gdyż umarł w trzy lata po mojem urodzeniu. W rok później za ojcem poszła i matka i zostałem na świecie sam jeden. Nie mogę powiedzieć, żebym był bez opieki. Owszem, krewni mnie brali do siebie, trochę byłem u stryja, trochę u wuja, to znów u babki jakiejś, u ciotki, aż wreszcie, mając lat dziesięć życia, zająłem stanowisko ucznia przy organiście w Patykach. Nie utrzymuję, że było mi tam źle; owszem, ile razy popędliwa z natury organiścina wytargała mnie za uszy, tyle razy organista, łagodny człowieczysko, gładził mię po głowie i tak to jakoś szło jedno w długie i jedno za drugie. Nauczyłem się czytać, pisać i rachować, trochę po łacinie i liznąłem cokolwiek wykształcenia muzycznego, które zacząłem był systematycznie, od abecadła, to jest od poruszania miechem i organów z kurzu — potem, stopniowo, poznałem tajemnice kluczów, klawiszów i pedałów, tak, że podczas nieobecności organisty, mogłem go, bez wielkiej krzywdy dla uszów parafian, zastąpić, co zresztą, jak mniemam, potrafiłbym i dziś jeszcze uczynić — i com też uczynił na ślubie panny Wandy, o czem na właściwem miejscu podana będzie szczegółowa relacya. Kiedym doszedł do czternastu lat życia, w losie moim zaszła duża zmiana. Proboszczem parafii w Patykach, w której, wedle sił i uzdolnienia mego, Bogu, organiście i ludziom służyłem, był ksiądz Eustachy Maciejowski, kanonik, człowiek napozór surowy, ale w gruncie rzeczy, jak to teraz zwłaszcza ocenić mogę, mąż nieprzebranej dobroci. To mu tylko do pewnego stopnia mam za złe, że aczkolwiek wiedział, iż moje imię jest Melchior, nazywał mnie zawsze smykiem, skurczypałką, strachem na wróble, żbikiem, a kiedy był w wyjątkowo złym humorze — obwiesiem. Było mi to nieco przykro, ale zczasem przyzwyczaiłem się tak dalece, że jak tylko zawołał „smyku!“, przybiegałem natychmiast z pytaniem: co rozkaże? Otóż jednego dnia zawołał mnie ksiądz kanonik do siebie i rzekł surowo: — Dość już zbijasz bąki, skurczypałko! Trzeba się uczyć. „Disce puer, ego te faciam mości panie.“ Wiesz, kto to powiedział? — Wiem. — A zkąd? — Uczyłem się. — No, no! To dobrze. Otóż szkoda cię, żbiku, żebyś przy tutejszym dławidudzie zmarniał. Nie nauczy on cię więcej nad to, co sam umie, a sam umie tyle, co i ty. Trzeba iść do szkoły, pójdziesz? — Pójdę. — A cóż tam będziesz jadł, basałyku? — Nie wiem. — A, chęć do nauki masz? — Mam, księże kanoniku. — Otóż widzisz, obwiesiu, masz tu trzy rzeczy: primo, list do księdza prefekta, secundo, list do nauczyciela łaciny, tertio, dwa złote na drogę. Rozumiesz? — Rozumiem. — Byłeś kiedy w X? — Nie byłem, ale trafię. — Jest dziewięć mil z ogonem. — To nic. — Patrzcie go! Otóż dziś spakujesz swoje manatki, organiścina zrobi ci tłomoczek. Jutro po mszy, o siódmej rano, pójdziesz do X. Uważaj dobrze, co ci powiem. Naprzód dróżką po za ogrodem, przez łąki do figury, potem skręcisz na gościniec na prawo i będziesz się trzymał gościńca, nie zbaczając, ten gościniec już cię do samego X. doprowadzi. A nie leć, jak postrzeleniec, bo się zmęczysz; tylko idź równo, ciągle jednakowo. Koło południa znajdziesz się w lesie, tam będzie karczemka, przy niej studnia. Rozumiesz? — Rozumiem. — Będziesz miał w osobnym węzełku chleb i ser, który ci da kucharka. Lubisz ser, żbiku? — I jak! — To dobrze. Zatrzymasz się przy tej karczemce; chleb z serem zjesz, wodę w studni będziesz miał wyborną, napijesz się i odpoczniesz, przynajmniej dwie godziny. Potem pójdziesz dalej gościńcem i będziesz szedł aż do miasteczka, w którem, jak słyszałeś zapewne, jest klasztor ojców bernardynów. — Wiem. — Pójdziesz wprost do klasztoru, u furty zadzwonisz i wyjdzie do ciebie furtyan, brat Achacy. Powiesz mu, kto jesteś i że odemnie przychodzisz. Już tam wiedzą o tobie, smyku jeden. Dadzą ci kolacyę i nocleg. Pokłonisz się odemnie ojcu Serafinowi. Pamiętaj. — Pamiętam. — Rano, jak usłyszysz dzwonek, masz wstać, być na jutrzni, a po śniadaniu, który z braci wyprowadzi cię na drogę i pójdziesz już wprost do X., z małemi odpoczynkami. Lekki jesteś i zdrów, powinieneś być na miejscu koło godziny trzeciej po południu. — Będę, księże kanonika. — To dobrze. Gdy będziesz już w X., zapytaj o księdza prefekta. Ktokolwiek wskaże ci, gdzie on mieszka. Pójdziesz tam, oddasz list i będziesz robił wszystko, co ci prefekt każe. Jak będziesz uczciwy, pilny, posłuszny, wyjdziesz na ludzi — jeżeli nie, zostaniesz prawdziwym obwiesiem. Miej sobie to przedewszystkiem w pamięci, że kto z Bogiem, Bóg z nim, oraz, że jak sobie kto pościele, tak się wyśpi... Teraz idź i manatki zbieraj, smyku, a jutro zobaczymy się. Spadło to na mnie tak niespodzianie, że nie wiedziałem na razie, czy się cieszyć, czy smucić. Radowała mnie myśl o szkole, ale też i starych śmieci żałowałem. Od małego taką miałem naturę, żem się przywiązywał do ludzi. Organista był wcale niezły człowiek, organiścina, kobieta twardej ręki, ale miękkiego serca, dziad Marcin z kościami poczciwy, ludzie we wsi przychylni. Nie mówię już o księdzu, dla którego czułem cześć głęboką. Żal mi było dobrych ludzi, żal stancyjki pod strychem, żal kościoła, w którym było tyle pięknych obrazów, a i organów też żal. Całą noc oka zmrużyć nie mogłem, a gdy nad ranem usunąłem, obudził mnie głos sygnaturki. Stary Marcin na mszę dzwonił. Oblałem głowę zimną wodą, ubrałem się pospiesznie i pobiegłem do zakrystyi, myśląc, że posłużę do mszy kanonikowi ostatni raz... Ostatni raz!... Po mszy św., w zakrystyi, gdy ksiądz zdjął z siebie ornat, skinął, abym się zbliżył. Wziął mnie za ucho delikatnie i rzekł: — Słuchaj, smyku i pamiętaj całe życie, że praca i uczciwość, to podstawa twej przyszłości. Starszych słuchaj, ucz się, bądź dobrym. Jak skończysz szkoły, pomyślę, co masz dalej czynić, a teraz w imię Boga idź... Rzekłszy to, zrobił nademną znak krzyża i pocałował mnie w głowę. Wówczas stało się we mnie coś dziwnego. Nie zapłakałem, ale ryknąłem głosem wielkim i rzuciłem się do nóg mego dobroczyńcy. Podniósł mnie, ucałował raz jeszcze i popchnął lekko, mówiąc: — Idź że, idź już, babo! Sam odwrócił się szybko i poszedł na plebanię. O dobry, szlachetny, poczciwy księże! Póki żyć będę, wdzięczność moja dla cię nie wygaśnie. Dałeś mi przyszłość, wspomogłeś, pchnąłeś na drogę dobrą, ale to wszystko nic w porównaniu ze skarbem, jaki się mieścił w twojem błogosławieństwie i pocałunku ojcowskim! Zniżyłeś się do mnie, sieroty ubogiego, który nigdy żadnej pieszczoty nie znał! Przycisnąłeś mnie do serca. Od tej pory uczułem w sobie zmianę na lepsze, jakiś świat zupełnie nowy a piękny otworzył się przedemną. Poznałem w sobie godność ludzką i, jeżeli w mojem późniejszem życiu były jakie dobre uczynki, jeżeli w sercu mem wyrosły i utrwaliły się przekonania i zasady uczciwe, to tylko dzięki temu pocałunkowi zacnego i szlachetnego człowieka. Szedłem ścieżką po za ogrodem, przez łąkę, ku figurze, dumny, jak król, z piersią przepełnioną uczuciem radości. Łąka mi pachniała, promieniało słońce, a wszystko dokoła było takie piękne, takie jasne i uśmiechnięte, że mi łzy szczęścia wyciskało z oczu. Rozpisałem się nieco obszerniej o tym momencie, gdyż był on jedynym punktem jasnym w mojem życiu szarem i powszedniem. Milszych wzruszeń, rozkoszniejszych wrażeń nie miałem. Raz tylko jeden, niby... ale to do rzeczy nie należy. Przeszło, minęło i przebolane, przecierpiane, zagrzebałem na samem dnie serca. Niech tam śpi snem wiekuistym — i śpi — ale ów pocałunek, złożony na czole sieroty, pozostał zawsze gwiazdą, która mi do samej śmierci przyświecać będzie. Jużem cię od tego czasu nie widział, dobrodzieju mój , już kamienny krzyż na grobowcu twoim mchem obrósł, a ja cię zawsze pamiętam, kocham, czczę i modlę się za twoją duszę przezacną!... Czy mam pisać dzieje pięcioletniego w szkołach pobytu? Po co? Dzień za dniem szedł jednakowo, bez urozmaicenia. Oprócz nauczycieli, którzy mnie uczyli języków, matematyki, nauk przyrodzonych, historyi etc., miałem niedostępną guwernantkę, pannę Biedę... Ludzie unikają jej, a ja powiadam, że to nauczycielka nieoszacowana i, dalibóg, z jej szkoły niezgorsi wychodzą ludzie. Jej to zawdzięczam, ze nie wstydzę się żadnej pracy, że nie znam grymasów, że lubię czarny chleb z solą i przepadam za kartoflami, że nie ciągnie mnie żadna zabawa, że szanuję grosz zapracowany i nie marnuję go napróżno. Jej zawdzięczam, że jestem i panem i służącym, że potrafię sobie doskonale oczyścić obuwie i ubranie, a nawet i naprawić uszkodzone. Zawsze miałem igłę z nicią w czapce, a szydło i dratwę w kuferku. Jak to się w razie złe przygody przydawało, jak się przydawało! Kiedym, trzymając się ściśle poleceń kanonika, przybył do X. i oddał list prefektowi, los mój został odrazu ustalony — przyjęto mnie do klasy trzeciej i zacząłem chodzić do szkoły. Ciężko było z początku, ale prefekt mówił, że kto ma młode zęby, może i powinien gryźć orzechy. Gryzło się, gryzło i ostatecznie zgryzło klasę trzecią i czwartą. Przez dwa lata u księdza prefekta mieszkałem i pożywienie mi u niego dawano; na trzeci rok wziął mnie do siebie pan Klepalski, nauczyciel łaciny. Za uszy on darł zdrowo, ale poczciwy był człowiek. Ksiądz prefekt powiedział, że takim dużym chłopom jak ja, darmo kaszy nie dają i że trzeba iść na swój chleb; że zaś właśnie profesor Klepalski, trzymając kilkunastu uczniów na stancyi, potrzebował dozorcy i korepetytora dla malców z pierwszej i drugiej klasy — więc z tej racyi chleb się dla mnie znalazł. Dostałem kąt w uczniowskiej sypialni, stare łóżko drewniane, stolik zamykany na klucz i objąłem zaraz obowiązki. Przygotowywałem malców do lekcyj, towarzyszyłem im na spacer, pilnowałem, żeby się uczyli i nie zbijali bąków. — Od szóstej rano — mówił pan Klepalski — do dziewiątej wieczorem masz tych smarkaczów nieodstępnie pilnować, za wyłączeniem godzin szkolnych; od szóstej do dziewiątej; a po za tem resztą czasu możesz dysponować, jak ci się podoba. Korzystałem z tej wolności. Zimową porą uczyłem się swoich lekcyj do godziny dwunastej, a do szóstej rano spałem; latem zaś, dla oszczędności świecy, kładłem się spać o dziewiątej wieczór, a robiłem lekcye od trzeciej rano do szóstej. Za zajmowanie się malcami i za korepetycye, dostawałem, jako się rzekło wyżej, kąt umeblowany i zimową porą ogrzewany, jadło wraz z uczniami, cztery razy dziennie, a oprócz tego miałem opierunek i w gotówce, na garderobę, ośmnaście złotych miesięcznie. Nie mogę powiedzieć, że mi było źle, tem więcej, że miało się i uboczne dochodziki; za pisanie ćwiczeń, robienie zadań i tym podobne przysługi, jakich zwykle zamożni chłopcy potrzebują od ubogich kolegów. Nie taję, że i pewien fundusik mi się wiązał, niewielki wprawdzie, aleć zawsze taki, że po skończeniu szkół, miałem za co sprawić sobie cywilne odzienie i jeszcze co nieco w kieszeni pozostało. A kiedym owe szkoły skończył, kiedym patent dostał i kiedy pan Klepalski mi powiedział, że świat stoi przedemną otworem, to doprawdy zrobiło mi się tak jakoś głupio i tak pusto, żem się o mało nie rozpłakał ze strachu. Nie cofam wyrażenia — ze strachu. Nie przeczę, że świat otworem przedemną stał, ale doprawdy zanadto otworem. Jabym wolał był jednę furteczkę maleńką, jednę ścieżynkę, po której przeszedłbym sobie powoli i spokojnie, a tu wrota otwarte na wszystkie cztery strony — idź, dokąd chcesz i wybieraj co chcesz. Inni to lubią, ja nie. Gdyby żył ksiądz Maciejowski, udałbym się do niego; onby mi rady nie poskąpił, onby krokami mojemi pokierował — ale niestety, już tego nieoszacowanego, tego prawie świętego człowieka, na świecie nie było. Zadumany, zakłopotany, poszedłem za miasto, myśląc, że może na świeżem powietrzu, z tchnieniem wiatru, jaka myśl do głowy napłynie. Szedłem przed siebie, aż nagle usłyszałem za sobą wybuchy śmiechu; zgromadka wesołych kolegów doganiała mnie, wołając: — Melchior, Melchior!

Rozdział trzeci, z którego widać, że w braku rady poważnej, przyda się i rada pustaków.

— Melchior! — Słucham. — I ty myślisz? — Nic. — Ha, ha, ha! Jeżeli po to chodziłeś tyle lat do szkół, to poproś dyrektora i belfrów, żeby ci zwrócili pieniądze i wynagrodzili za czas stracony. — Niby z jakiej racyi? — Paradny jesteś! Z takiej racyi, że myśleć nie umiesz. — Przepraszam, umiem. — A nie myślisz. — To co innego. Nie myślę, bo nie wiem, o czem mam myśleć i z którego końca zaczynać. Dali mi patent i powiedzieli, że świat dla mnie otwarty. I cóż ztąd, że otwarty, kiedy ja nie wiem, dokąd iść. — A jednak poszedłeś za rogatki. — To tylko na przechadzkę. I wy zapewne nie w innym celu. — Naturalnie; wyprawimy sobie wspaniałą czerwcówkę i podwieczorek na Rozdrożu... Spodziewam się, że i ty z nami? — Nie wiem, czy wypada. — Oszalałeś! Co nie wypada nam, dorosłym ludziom, mężom dojrzałym, ostemplowanym, opatentowanym? Czy się tobie zdaje, że przyjdzie Klepalski wytargać cię za uszy, albo że stary Rosenmiller powie: Oach, aoch! Pfuj! My wyszliśmy już z tych pieluszek, jesteśmy ludzie. Czuj-że w sobie tę swobodę, mólu zasuszony w najobrzydliwszej edycyi Tacyta. Otrząśnij się! I porwali mnie, jak wiatr porywa drobny listek i unieśli z sobą, jak wzburzona fala unosi lichy wiórek i śmieli się przytem tak, jak tylko śmiać się może dziesięciu ośmnastoletnich chłopaków. Ja dałem im się unieść, dałem porwać, śmiałem się wraz z nimi i śpiewałem „Gaudeamus“, chociaż z czegóż było się cieszyć nadzwyczajnie? Jedliśmy, piliśmy, paliliśmy papierosy, aż do zawrotu głowy. Kiedy już nacieszyliśmy się swobodą, kiedy z głów wyszumiało i wietrzyk wieczorny je orzeźwił, zaczęła się rozmowna o przyszłości. — No, i cóż ty zamierzasz zrobić z sobą nadal? — zapytał mnie kolega, najstarszy z nas wiekiem, niejaki Tomasz syn włościanina z pod X. — Otóż to, że nie wiem — odrzekłem. — Myślałem, zastanawiałem się i nie mam pojęcia, w którą stronę się obrócić. — Ciężki jesteś do namysłu, inni bo postanowili już. Dziewięciu z nas do uniwersytetu idzie. Jaś, Wicek, Szymon, Karol i ja na medycynę, czterej zaś na wydział prawny. Będziemy lekarzami, oni adwokatami i dobrze. Jedź i ty z nami. — Jeżeli mi tak radzisz, to pojadę. — Na medycynę? — To mnie, co prawda, nie nęci. — Więc wal na prawo! — Zobaczę, namyślę się. Kiedyż się zjeżdżamy? — Naturalnie, po wakacyach; gdzież ty czas wakacyjny przepędzisz? — Jeszcze nie wiem. — To ja ci poradzę. Szymon podjął się przygotować dwóch chłopaków do szkół, tu w X., ale że mu się trafia lepsza kondycya na wsi, więc radby pierwszą komuś odstąpić. Bierz, zarobisz sobie na podróż i na opędzenie pierwszych dni w Kijowie. Musiałem przyznać, że rada jest słuszna i na drugi dzień objąłem obowiązki w domu dość zamożnych ludzi. Dano mi osobny pokoik na górze, tytułowano już „panem“. Wziąłem się do bębnów gorliwie i, sumiennie to mogę powiedzieć, że czasu nie traciłem darmo. Wakacye przeszły szybko, zapłacono mi należność i razem z Tomaszem pojechaliśmy w świat. Ma się rozumieć, że przed odjazdem pożegnałem wszystkich nauczycieli, a w szczególności księdza prefekta i pana Klepalskiego. Ten ostatni rzekł do mnie w chwili rozstania: — To miej zawsze na pamięci, że „kto umie po łacinie, w świecie nie zginie“. Bardzo piękne zdanie! Umiejętność tego języka, jak się przekonałem później, daje człowiekowi możność powtarzania reguł gramatycznych i wyjątków aż do śmierci, co przynosi umiarkowane zyski materyalne i pewną sumę przyjemności moralnych. Ostatecznie, po dojrzałym namyśle, zapisałem się na wydział filologiczny... Opuszczam kilka rozdziałów pamiętnika, gdyż są one bardzo długie i więcej poświęcone filologii aniżeli osobie naszego Postaram się opowiedzieć treściwie główniejsze szczegóły. Uczęszczając na kursa przez lat cztery, nieboszczyk czwarty utrzymywał się z lekcyj i przepisywania kursów. Przynosiło mu to tyle dochodu, że nie umarł z wspomina jednak kilkakrotnie w pamiętniku, że monety było bardzo obrzednio i że kiedy czytał o ucztach Lukullusa, to pomimowoli przychodziły mu na myśl obiady u profesora Klepalskiego, kluski z kartofli u organiściny i ów przepyszny ser, który jadł onego czasu, podczas odpoczynku na drodze z Patyków do X., gdzie była karczemka w lesie i taka znakomita woda w studni przy karczemce.... Każdy człowiek ma jakieś wspomnienia rozkoszne. Skończywszy uniwersytet, dowiedział się znowu, że ma przed sobą świat otwarty i że może iść, dokąd mu się tylko podoba. Podobało mu się wrócić na swoje stare śmiecie — i wrócił, w tem mniemaniu, że jako człowiek z kwalifikacyą, powołany zostanie do jakichś obowiązków. Tymczasem nie powoływał go nikt, a natomiast trafiały się różne obowiązki chwilowe. Korepetycya, zastępstwo, wyręczanie kogoś, i na tych czynnościach chwilowych, na takiem zabijaniu czasu, w pracy za drugich i dla drugich zeszło mu lat kilka. Oburzał się na niego Klepalski, gniewał, na świat gwałtem prawie wypychał. — Bądź-że już raz czemś... bądź nareszcie samodzielnym, nie zaś wiecznym wyręczycielem i zastępcą.. Łatwo to mówić! Dziwna rzecz, mówił nieraz w duchu nieboszczyk czwarty, taki Klepalski, łacinnik doskonały i człowiek doświadczony, nie wie o tem, że wszystko zależy od szczęścia. Jedni ludzie je mają, jednym wszystko samo idzie do ręki, drugim wcale nic nie idzie. I tego Klepalski zdaje się nie wiedzieć, że muru głową przebić nie można i że wreszcie, kto ma jakie takie utrzymanie, ten nie powinien narzekać, gdyż są nieszczęśliwi, którzy wcale utrzymania nie mają i nie potrafią przytem odróżnić strony czynnej od biernej. Pomimo oporu ze strony nieboszczyka czwartego, Klepalski tyle dokazał, że go nareszcie wypchnął do Warszawy i wymógł na nim słowo, że nie ustanie w zabiegach, dopóki sobie stanowiska odpowiedniego nie znajdzie. Pojechał tedy pan Melchior i przekonał się, że są trzy gatunki posad na świecie, a mianowicie: takie które nie wakują, takie, które wakowały, ale tylkoco zostały obsadzone i wreszcie posady wakujące, o które ubiega się kilkudziesięciu kandydatów jednocześnie. Kilkudziesięciu! Jest to, bądź co bądź tłok, a pan Melchior w tłoku przepychać się nie umiał, był to bowiem człowiek delikatny i ustępował z drogi każdemu. Pragnąc atoli dogodzić Klepalskiemu, załatwił formalności i został nauczycielem prywatnym. Nie znaczy to, żeby już objął posadę nauczyciela prywatnego w jakiej szkole, ale posiadał na to wszelkie kwalifikacye. Mógł mieć bilety wizytowe i tabliczkę na drzwiach mieszkania, ozdobioną tym i zapisywano mu ten tytuł w księgach meldunkowych. I to ma swoje znaczenie i to jest do pewnego stopnia pociechą, gdyż są ludzie, którzy żadnych tytułów nie Był-by nieboszczyk czwarty dostał napewno posadę nauczyciela w jakiej szkole prywatnej, ale nie miał nikogo, ktoby za nim przemówił, a że sam za sobą mówić nie umiał, przeto go posady mijały. Nie powiem, żeby mnie to bardzo dotykało — pisze w swoim pamiętniku — i w ogóle, żeby mnie tego rodzaju niepowodzenie bolało. Przyzwyczajony mieć zawsze do czynienia z jednym lub z dwoma uczniami, może bym sobie nie dał rady z klasą. I istotnie, zdarzało mi się kilka razy być zaproszonym na zastępstwo nauczyciela historyi powszechnej, na pensyi żeńskiej i zawsze w takich wypadkach, wchodząc do klasy, czułem się do pewnego stopnia żenowany i dobrze skupiać myśli, żeby prowadzić wykład, jak należy. Tyle par oczu wytrzeszczonych, tyle szeptów i uśmiechów, o ile można mniemać, złośliwych i skierowanych „ad personam“, wreszcie owa sztywna dama klasowa, którą porównywałem w myśli do marynowanej Minerwy, wszystko to powiadam, sprawiało mi dystrakcyę. Ostatecznie bez chleba nieboszczyk czwarty nie był; lekcye w domach prywatnych, korepetycye, dawały mu tyle, że opędzał skromne swoje potrzeby, puszczał się nawet, jak pisze, na zbytki. Zawiązał znajomości, miał swoją partyjkę preferansa, kilka razy tygodniowo grywał w szachy w cukierni, a raz na miesiąc rozkoszował się dźwiękami opery, lub podziwiał piękności utworów dramatycznych z wyżyn paradyzu. Lata schodziły, niewiadomo kiedy — pan Melchior przygarbił się nieco, posiwiał, oczom musiał dać okulary i zaczął zażywać tabakę, co, wedle zdania osób kompetentnych, działa w sposób odświeżający na umysł. Za tabaką przyszła czerwona chustka kraciasta, nieco abnegacyi w sposobie ubierania się — i powoli zacny Melchior przybrał wszystkie specyalne cechy typu. Jest w pamiętniku rozdział jeden o sercowych cierpieniach. Dotyczy on tego momentu życia, w którym nieboszczyk czwarty tabaki jeszcze nie zażywał i okularów nie nosił. Był to rodzaj sielanki, pełnej prostoty i wdzięku, lecz powtórzyć go nie mogę, a to wskutek wyraźnego żądania pana Melchiora, który nie chciał wzbogacić świata jednym dowodem więcej, że charakter kobiecy jest przewrotny, uczucia niestałe, a zmienność do najwyższego stopnia rozwinięta. Mam-że naruszyć wolę zacnego pedagoga? Nie uczynię tego za nic w świecie. Płocha wietrznica nie doczeka się rozgłosu, a zasłużoną karę za zranienie kochającego serca znajdzie we własnem sumieniu, „które oby ją od czasu do czasu kolnęło“. Powtarzam dosłownie tekst przekleństwa, jakie rozżalony filolog rzucił na piękną, młodą, a już przecież tak przewrotną, głowę zdrajczyni. Zapewne straszny ten piorun zsunął się po przyprawnym warkoczu wiarołomnej i nie zdruzgotał jej na miejscu.

Rozdział czwarty, w którym wspomniany jest poważny myśliciel, b. p. Tobiasz Tupet i opisana przygoda, jaka się rzadko filologowi trafić może.

Powracamy znowu do pamiętnika. „Był u pisarzy starożytnych piękny i godzien uznania obyczaj, ze dzieła swe rozpoczynali od inwokacyi, zwróconej, bądź to do Muzy, bądź do którego z bogów Olimpu, bądź wreszcie do osoby, wybitne zajmującej stanowisko. Ja się tego zwyczaju nie trzymałem; raz, że wydało mi się rzeczą mniej przystojną pospolite dzieje zwykłego śmiertelnika ubierać w formę klasyczną, a powtóre, że nie władając dość biegle wiązaną mową bogów, nie miałem odwagi puścić się na poezyi flukta rozbujałe. Niniejszego atoli rozdziału bez apostrofy pozostawić nie mogę, a choć uczynię ją w zwykłej, niekunsztownej formie, jednak dogodzę potrzebie serca, które się gwałtem o tę inwokacyę dopomina. O! Tobiaszu Tupecie, który po długim i pełnym rozmyślań żywocie odszedłeś w krainę cieniów! O Tobiaszu! mężu skromny i za szerokim nie goniący rozgłosem, jakże żałuję, że nie doczekałeś rozwiązania zagadki, która nas obu w swoim czasie zajmowała i była nieraz przedmiotem naszych myśli. Czy pamiętasz, o cieniu wspaniały! jak nieraz, skończywszy partyę szachów, zastanawialiśmy się nad pytaniem: „Co ją do tego — i wówczas to inteligencya twoja, o ! i umysł mój własny znajdowały się chwilowo na jednym Tyś nic nie wiedział, i ja nie , tyś nie mógł się domyśleć i ja nie mogłem również i byliśmy obaj, niby tabaka w rogu, a to koleżeństwo ciemności, ta wspólność zajmującej nas zagadki, zamieniła się w węzeł przyjaźni, na nici duchów naszych zadzierzgnięty. Czy pomnisz, o Tobiaszu! chwile, spędzane pod lipą w ogrodzie, lub przy kominku w oficynie, gdziem skromny zajmował pokoik? Przed sobą mieliśmy szachownicę, ale ileż to razy myśli nasze odbiegały od niej i, niby ptaki, unosiły się do wyżyn abstrakcyi, pławiły w atmosferze niedocieczonych zagadnień? Jam twoich mistrzów nie znał, o Tobiaszu! tyś o moich nie słyszał nigdy w życiu, a przecież znajdowaliśmy pewne punkta, na których twoi i moi schodzili się w jak najlepszej harmonii. A zawsze, Tobiaszu nieodżałowany, kiedyśmy użyli do syta szachów i gimnastyki umysłowej w eterycznych wyżynach abstrakcyi, przeszywała nas strzała pytania: „Co jej po tem?“ — i spadaliśmy obaj na ziemię, na ten padół płaczu, na pole zbożem dojrzewającem wysrebrzone, na łąki woniejące, na lasy i patrzyliśmy sobie w oczy i pytali: „Co jej po tem“? I ty nic nie wiedziałeś i ja także — i byliśmy obaj ciemni. O Tobiaszu Tupecie, przyjacielu mój! dla mnie ta zagadka przestała już być zagadką, ale ciebie zabrał nieubłagany anioł śmierci, wprzód nim się nasza wyjaśniła wątpliwość! Dlaczego też cieniom twoim przypisuję ten rozdział. Mówiłeś mi niegdyś, że duch ludzki, niby zapalona łojówka szabasowa, wysyła z siebie naokoło promienie... może więc promyk mego ducha, drobniutki i cienki, jak przędza pajęcza, spotka się z ducha twego oślepiającą , zespoli się z nią i w szeregu drgań eterycznych, w nieujętej mowie światła, w owym języku ognistym, o którym mówiliśmy tyle w swoim czasie, wyśpiewa ci odpowiedź na owo męczące pytanie: „Co jej było po tem“? Była godzina dziewiąta rano, dzień piękny, słoneczny, miesiąc sierpień u schyłku. Siedziałem w swojem mieszkanku, na trzeciem piętrze, pod strychem prawie, i piłem herbatę, która stanowi, wraz z dwiema bułkami, mój zwykły posiłek poranny, gdy naraz usłyszałem trzeszczenie schodów i ciężkie kroki. Tylko hipopotam, lub tapir mógłby podobny efekt ciężkiemi stopami wywołać, ale cóżby takie zwierzę gruboskórne mogło mieć za interes do filologa? A przecież do mnie, gdyż schody wyłącznie do mojej prowadziły izdebki. Jakoż do mnie. Otworzył drzwi nagle i wszedł, schyliwszy się w nich, mężczyzna wzrostu ogromnego, o karku bawolim, ogorzały na twarzy, z wąsami, jak pęk konopi. Wszedł i odrazu, głosem, któryby umarłego mógł przebudzić, ryknął: — Czy zastaję pana Melchiora Kurkiewicza? Dałem mu do zrozumienia, że w samej rzeczy ja noszę to nazwisko i przeprosiłem go za mój strój negliżowy. O tej bowiem godzinie używałem zazwyczaj szlafroka, co mi, ze względu na moje lata i zdrowie, niezbyt osobliwe, wybaczonem być winno. — Ja tam nie jestem panna — odrzekł opryskliwie. Nie mogłem znaleźć nic do nadmienienia przeciwko tej uwadze i zapytałem, z kim mam honor? — A to, panie kochany, honor honorem, a interes interesem. Jeżeli panu o to chodzi, to ja się nazywam Biernacki, na imię mi Michał, jestem rządca z Woli, od pana sędziego Kwiecińskiego i, niech mnie wściekłe psy zjedzą na śniadanie, jeżelim kiedy widział takie podłe schody, jak te, które do pańskiej ciupy prowadzą. Przykro mnie to dotknęło, albowiem mieszkanie moje ciupą nie jest bynajmniej, a są ludzie, którzy mieszkają w gorszych. — Czemże służyć mogę? — zapytałem. — Przychodzę w interesie. Wszak to pan afiszowałeś się w „Kuryerze“? — Ja się afiszowałem? Co pan mówi? — Toż stoi wydrukowane: Pedagog oto, doświadczony... oto, jak byk, panie dobrodzieju! — O, panie, co innego jest afiszować się, a co innego ogłaszać, że się daje lekcye. — E! kochany profesorze, to głupstwo! Jak zwał, tak zwał, aby co dał. Krótko i węzłowato! Mój dziedzic wyczytał ten afisz, czy, jak się panu podoba, ogłoszenie i polecił mi nie wprost, ale boczkiem, stronami, przewąchać, co z pana za ptak? — Przewąchać? Com za ptak? — A cóż pan chcesz, przecież trudno brać do domu człowieka, o którym się nic nie wie. Może być jaki kryminalista, bo, proszę pana, czy to teraz mało różnego łajdactwa na świecie? Więc przewąchałem i dowiedziałem się, że jest z pana facet uczciwy. Obecnie przychodzę w imieniu dziedzica, który sam przyjechać nie może, bo mu artretyzm piekielnie w nodze dokucza, przychodzę tedy, aby panu zaproponować posadę... — Na wsi? — A cóż to pana ma przerażać? Na wsi też ludzie mieszkają i po równej ziemi chodzą, nie po takich schodach łajdackich, jak pańskie. Otóż, krótko mówiąc, bez żadnych ceregielów, prosto z mostu: trzydzieści rubli na miesiąc, pokój z opałem i usługą w oficynie, stół we dworze i wszystkiego po same uszy. Życzę brać. Będziesz pan miał dobrze, co się nazywa. Dziedzic nudziarz, bo nudziarz, ale niezgorszy człowiek; ona zacności kobieta, dom zamożny i wszystko pana dojdzie w swoim czasie, a jakbyś się pan chciał ożenić, to przerzucim pana na ordynaryę i damy morgę gruntu pod kartofle, że choćbyś pan miał dwadzieścia i czworo dzieci, to wszystkiego nie zjesz i jeszcze ze dwa wieprzki upasiesz co roku. Ewentualność pobierania owej ordynaryi i wypasania wieprzków wydała mi się dość dziwna i nieprawdopodobna. Zachowałem tę uwagę przy sobie i zapytałem: — I cóż mam za to robić? — A no, cóż nauczyciel robi? Będziesz pan uczył. — Czego mianowicie? — Podobno tylko łaciny. — Specyalnie? — Dyabli wiedzą; dziedzic nic nie mówił, ale zdaje się, że specyalnie. — W jakim wieku chłopczyk? — Któż panu powiedział, że chłopczyk? — Domyślam się. — A toś pan trafił, jak kulą w płot! Właśnie, że dziewczyna. — W jakim wieku? — Czekaj-że pan... Jak ja nastałem do Woli, miała blisko dwa lata i łaziła po trawie, jak robak. Ja jestem tam szesnaście, właśnie się na święty Jan skończyło — więc podług prostego rachunku, ma pannica teraz pod ośmnaście... Przyszła mi do głowy myśl przerażająca, czy czasem ten mniemany rządca nie jest szaleńcem. Wobec jego wzrostu i postaci niedźwiedziej, tudzież wobec szczupłej kompleksyi, byłaby to sytuacya zaiste niebezpieczna. Zdobyłem się na odwagę i zapytałem nieśmiało: — Czy też pan dobrodziej nie mieszkał kiedy w Warszawie, przy ulicy Bonifraterskiej? Usłyszawszy to pytanie, gość mój wybuchnął szalonym śmiechem. Tupał nogami, uderzał się rękoma po bokach, a policzki jego, usta, broda, nos, czoło — wszystko to ruszało się współcześnie. Jak żyję, nie widziałem wybuchu takiej niepohamowanej wesołości i wróżyłem sobie, że nic z niej dla mnie dobrego wyniknąć nie może. Naśmiawszy się do woli, olbrzym, z wielką poufałością, jakbyśmy się znali oddawna, położył mi ogromne swe ręce na ramionach i rzekł: — A niechże pana kule biją! Tom się uśmiał serdecznie! Pan mnie brałeś za dezertera od Bonifratrów i zbladłeś, jak kreda, ze strachu. No, uspokój się, dalibóg, przy zdrowych zmysłach jestem i nie zjem pana. Kończmy interes i chodźmy na flaki, bom taki głodny, żebym konia z kopytami pożarł. No, drogi panie, po co tu się namyślać? Pewnie się u pana nie przelewa, a miejsce doskonałe. Brać i Bogu dziękować, że chleb daje. — W każdym razie, ja się bardzo dziwię... — Czemu? — Żeby taka panienka... Co jej po tem? Chyba może na medycynę chce iść. — Ja nie wiem. Chce, to chce, może tak sobie, dla fantazyi. — Dla fantazyi, toby było szczególne. — Panie! co pan za gadanie opowiada? Jedynaczka, pięćdziesiąt włók takiej ziemi, że sadź cebulę od skiby do skiby, las, jak drut, łąki nadrzeczne, z których siano panna w tyfusie-by jeść mogła, jezioro, inwentarz, budynki, a podobno stary i kapitalik ma... Jeżeli tedy taka nie może mieć fantazyj, to kto, u dyabła, mieć je będzie?... Chce się uczyć łaciny, niech się uczy. No, nie?... — Zapewne. — No, więc dawaj pan rękę i zgoda!... Oto pieniądze na koszta podróży, na kupno książek potrzebnych i zarazem zadatek dla pana. W preferansa pan grywasz, ma się rozumieć. — Grywam niekiedy. — I zapewne dobrze! — Tak sobie... to zależy... Jak karta idzie, to się co nieco wygra, jak nie idzie, to się cokolwiek przegra. — Skromny z pana człowiek i nie lubiący się chwalić, a ja właśnie słyszałem od kilku ludzi, ze pan grasz, jak z nut. Próbowałem protestować, gdyż bynajmniej za dobrego gracza się nie mam, ale rządca mówić nie dał, wcisnął zadatek do ręki i zapowiedział, że za tydzień przyjedzie po mnie na stacyę kolei. Nigdy jeszcze w życiu mojem nie zdobyłem się na tak szybką decyzyę. — A teraz — zawołał wesoło — ściągaj pan z siebie ten zatabaczony szlafrok i jazda na flaki! Zauważyłem w duchu, że styl pana rządcy, aczkolwiek zaprzeczyć nie mogę, że jasny i dosadny, nie był wykwintny, co do flaków zaś, ośmieliłem się zrobić uwagę, że dopiero dziesiąta. — A to właśnie sam czas! — odrzekł — o suchej gębie do domu nie pojadę, a choć się na każdej stacyi coś przetrąci i, choć mi żona do torby trochę prowiantu na drogę włożyła, jednak porządnie jeść będę dopiero koło północy. Widzisz pan tedy, że muszę założyć jakiś lekki gruncik, bardzo głodnym być nie lubię. Założył też! Ja patrzyłem i podziwiałem. Zjadł, jedna po drugiej, trzy porcye flaków, do tego ośm następnie całą porcyę befsztyku z kartonami i na zakończenie ze ćwierć funta sera z kminkiem, zakropił to kilkoma butelkami piwa i wyraził się hypotetycznie, że do pierwszej stacyi kolejowej z głodu prawdopodobnie nie umrze. Co do mnie, obawiałem się, żeby nie umarł z przesycenia. Później, gdy objąwszy już obowiązek, mieszkałem na wsi i poznałem normalny tryb życia tego człowieka, przyszedłem do przekonania, że apetyt jego nie ma bynajmniej charakteru zjawiskowego, lecz jest do pewnego stopnia normalny. Uporządkowałem swoje interesa, załatwiłem sprawunki i w tydzień po wizycie pana rządcy wsiadłem do wagonu. Co mnie czeka na wsi? Jaka będzie ta nowa życia mego faza?

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…