Read here

Tryumf Stryjenki

Klemens Junosza · 1896 · Free in the US

38,992 words · about 2 h 44 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1896 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tryumf_Stryjenki&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1896
Length
38,992 words · about 2 h 44 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)

Continue:

Z pamiętników konkurenta

Z PAMIĘTNIKÓW KONKURENTA.

Z pamiętników konkurenta

Z PAMIĘTNIKÓW KONKURENTA.

I.

rogi przyjacielu! Podczas gdy ty, pod jasnem niebem Włoch, wolny od trosk i kłopotów, swobodny jak ptak, nie skrępowany żadnymi obowiązkami, używasz życia w całej pełni, zwiedzasz starożytne ruiny, marzysz, malujesz, oglądasz arcydzieła sztuki — ja oto, schylony nad biurkiem, zgnębiony i smutny, rzucam na papier gorzkie wyrazy zniechęcenia i żalu... Smutno mi! Chciałbym wynurzyć się przed tobą, wyspowiadać. Wyobrażam sobie, że pękasz ze śmiechu, że wszystkie muskuły twej twarzy wykrzywiają się najkomiczniej — trzymasz się za boki i padasz ze śmiechu na sofę, czy na piasek morskiego wybrzeża... alboż wiem, gdzie będziesz odczytywał te zwierzenia?! Śmiejesz się, czytasz i oczom swoim nie wierzysz, patrzysz na podpis, i znowuż się chwytasz za boki. Ja cię znam, kochany Władeczku, i właśnie dlatego, że cię znam, proszę o cierpliwość i o chwileczkę powagi. Aczkolwiek dusza moja — tylko nie śmiej się, proszę — nastrojona jest dziwnie melodramatycznie, będę jednak starał się panować nad sobą i pisać spokojnie, tak spokojnie, jakbym ci miał zdawać relacyę z posiedzenia członków jakiej filantropijnej instytucyi. Będę suchy, zwięzły, treściwy — jakby to nie o mnie chodziło — tylko się nie śmiej! Kręcisz głową i dziwisz się, skąd ten ton? co to jest? co mi się stało? Czekaj! Jużciż nie mogę powiedzieć, żebym w życiu stąpał po samych cierniach tylko... Kłamałbym. Wiesz, że troska o byt nie wyryła mi zmarszczek na czole. Dobrzy rodzice dali mi wykształcenie, jakie takie stanowisko i kapitalik, nieodżałowana zaś ciocia Eufrozyna zapisała mi tę ładną kamienicę na Kruczej, w której właśnie kreślę ten nieszczęsny pamiętnik. Żyło się, wiesz jak: wygodnie, bez trosk ale i bez szaleństw. Dnie schodziły według stałego programu i było takich dni... No, przed tobą mogę się przyznać. Pomnóż 365 przez 40, dodaj do tego 10 na lata przestępne, a będziesz wiedział, jaka jest ich liczba. Duża, bardzo duża! Przyznawać się do niej nie lubię i nie wyglądam na nią, jak wiesz. Cerę mam dość zdrową i świeżą, włosy we względnym komplecie, czarne jak smoła (mogę ci dać adres wynalazcy tej wody), nie tyję jeszcze tak jak inni w tym wieku i, ogólnie biorąc, wyglądam dość młodo. Tak przynajmniej utrzymują znajomi. Jednak... w tej dobie życia, w której się znajduję, nabiera się szczególnego zamiłowania do komfortu, do wygód... Nie wiem czy to ogólne prawo, czyj tylko specyalnie we mnie budzą się podobne upodobania, ale zdaje mi się, że nie mógłbym żyć bez wygód, bez systematyczności... Lubię sypiać wygodnie i długo, jadać dobrze, bawić się, podróżować w wagonie pierwszej klasy, lub w najgorszym razie w powozie; lubię mieć swego krawca, swego fryzyera, wreszcie swego służącego, który już zna moje przyzwyczajenia i któremu nie potrzebuję codzień powtarzać jednych i tych samych poleceń. Powiesz, kochany Władziu, że to wszystko mam... Łudzisz się. Jestem wykolejony z trybu życia, chory i rozbity fizycznie, wzruszony moralnie, ogarnia mnie niepokój, nie mogę sypiać... jednem słowem znajduję się na jakimś przełomie. Pytasz dlaczego? Alboż ja wiem! Każdy człowiek ma swoje fatum — ja zaś mam specyalnie stryjenkę. Znasz przecie panią Leonową? Osoba w sile wieku, mająca jeszcze pretensyę do młodości, i nie bez zasady, bo wyszła za mego stryja przed laty dwudziestoma, a miała wtedy, jeżeli jej wierzyć, szesnaście. Balzak apoteozował takie kobiety. Stryjenka jest miła, towarzyska, dowcipna i koniecznie pragnie mnie ożenić. To jej słabość. Ożenić! Wyznam ci szczerze, że nie zastanawiałem się nigdy nad tą kwestyą. Lata zeszły, a nie o dozgonnej towarzyszce życia. Amor nie zranił mego serca aż dotąd, a szukać żony dla losu, dla wzbogacenia się jej posagiem, nie miałem najmniejszej potrzeby, gdyż osobisty mój majątek wystarcza mi aż nadto. Dopóki stryjenka prowadziła ze mną utarczkę podjazdową, niewiele zważałem na jej namowy — ale od kilku miesięcy rozpoczęła bitwę na całej linii. — Nie przestanę cię namawiać i przekonywać — mówiła, — dopóki celu nie dopnę. Jesteś ostatnim przedstawicielem rodu, więc nie wolno ci się nie żenić; jesteś człowiek zamożny, więc nie wolno ci nie podzielić twego mienia z osobą, którąbyś mógł uszczęśliwić. Jesteś nareszcie w tym wieku, że jeżeli jeszcze zwleczesz rok, dwa, trzy najdalej, zostaniesz starym kawalerem i nie ożenisz się już nigdy — a czy ty masz pojęcie o tem, co to jest stary kawaler? — Wiem, proszę stryjenki. — Ciekawam... — Stary kawaler, jest to... kawaler stary. — Nie, nie, sto razy nie! Stary kawaler, to istota godna politowania — to mizantrop, dziwak, często skąpiec, a prawie zawsze egoista. To człowiek, który nie spełnił obowiązków względem społeczeństwa, nie zwrócił mu długu, zaciągniętego z rąk własnych swoich rodziców. To człowiek, który, zasklepiony w egoizmie, nie miał nigdy w sercu uczuć podnioślejszych, szlachetniejszych, lepszych... — Oj, oj, kochana stryjenko, czy nie zasurowo sądzisz mnie i moich biednych kolegów? Przecież i starzy kawalerowie mogą kochać... — O tak, bez wątpienia; kochają oni dobre śniadanka i obiady, szaleją za resursą, starem winem, poświęcają się nawet dla dogodzenia własnym zachciankom i przyzwyczajeniom. Spotyka ich też za życia jeszcze zasłużona kara. — Kara? — A naturalnie, straszna, ale zasłużona zupełnie. Nemezys małżeńska mści się na nich bez litości. Nie daliście, powiada, nikomu serca, i wam też serca nikt nie da; nie osłodziliście nikomu życia, i wam ono osłodzonem nie będzie. Musicie ginąć w opuszczeniu, w samotności, bez opieki, a majątek, do którego przywiązujecie taką cenę, rozdrapią obcy ludzie i nawet nie wspomną poczciwie waszego imienia. — Stryjenka jest dziś w usposobieniu tragicznem. — Bo mi cię żal, mój Jasiu, bo nie chciałabym, żebyś miał zostać takim nieszczęśliwym, anormalnym, wykolejonym człowiekiem; ale ty nie zważasz na moje życzliwe słowa i ile razy zacznę o małżeństwie mówić, zaraz zwracasz na inny przedmiot rozmowę. — Przeciwnie, moja stryjenko — odrzekłem, czując, że się od dłuższej rozmowy nie wywinę — przeciwnie, chętnie gotów jestem rozmawiać. — To nie dosyć; nie wystarcza mi, żebyś rad moich słuchał, ale żebyś usłuchał i żebyś zastosował się do nich. Czy masz co przeciwko małżeństwu wogóle? — Jeden z moich przyjaciół, który ożenił się przed dwoma laty, stara się obecnie o rozwód... — Ach, cóż to znaczy! Wyjątek nie stanowi reguły. Odpowiedz na moje pytanie — czy masz co przeciw małżeństwu wogóle? — Inny znów mój przyjaciel, ożeniony dopiero przed rokiem, ucieka z domu. — Mój kochany, jeżeli życzysz sobie rozmawiać ze mną, to proszę, rozmawiaj porządnie i logicznie. Nic a nic nie obchodzą mnie twoi przyjaciele, pytam o zasadę. Czy uznajesz, że małżeństwo godne jest potępienia? — Nie. — Czy przyznajesz, że rodzina ma prawo bytu? — Zapewne. — Czy nareszcie osobiście, ty, jako jednostka, wolałbyś być szczęśliwym, czy nieszczęśliwym? — Cóż za pytanie! — W takim razie dlaczego się nie żenisz? — Nie miałem szczęścia zakochać się aż dotychczas... Stryjenka wybuchnęła śmiechem, a po chwili rzekła poważnie: — Od dnia dzisiejszego za cztery tygodnie będziesz zakochany po uszy. — Bardzo wątpię. — A ja nie. Chyba że zamkniesz się w domu i przez cztery tygodnie nie pokażesz się na świat. — Przeciwnie, kochana stryjenko, chcę dać dowód odwagi i gotów jestem narazić się na niebezpieczeństwo. — Trzymam cię za słowo. Notabene powiem ci jeszcze, że od dnia dzisiejszego jesteś wolny. — Pod jakim względem? — Przestaję cię zachęcać do małżeństwa. Ani jednem słowem nie wspomnę o okropnościach życia staro-kawalerskiego. Moje rady, uwagi i perswazye ustają. — Czem mam sobie wytłumaczyć ten niespodziewany zwrot? — Tem, że ustała już potrzeba perswazyi i przekonywania. — Nie rozumiem. — Dałeś mi słowo, że się przed niebezpieczeństwem nie cofniesz. — O, niezawodnie! — Więc, ponieważ uważam cię za dżentelmena, który słowa dotrzymywać umie, zobowiążę cię, ażebyć pojechał na wieś, do domu dalekich moich krewnych; tam pobędziesz tydzień, dwa, a reszta sam a się zrobi. — Skądżeż taka pewność, stryjenko? — Przekonasz się; liczę na to, że pojedziesz. — Niezawodnie. — A zatem, drogi Jasiu, za tydzień przyjdź mnie pożegnać, a ja uprzedzę listownie pana Marcina, że przyjeżdżasz do Białki...

II.

Władku kochany! Poco ja przyjmowałem to wyzwanie? Dlaczego dałem się namówić do wyjazdu? Ale słuchaj dalej mojej odyssei nieszczęsnej, nie śmiej się, a jeżeli masz odrobinę serca i współczucia dla mnie, to westchnij nad nieszczęśliwym swoim przyjacielem. Wypadki tak się złożyły, że stryjenka nie potrzebowała pisać do Białki. Pan Marcin przyjechał osobiście do Warszawy i złożył stryjostwu wizytę. Zaproszono go na obiad, na którym naturalnie i ja być musiałem. Przypuszczam że stryjenka musiała coś o mnie staremu szlachcicowi wspominać, gdyż na przywitanie uścisnął mi dłoń tak serdecznie, aż mi w niej wszystkie kości zatrzeszczały, i przez cały czas obiadu nie spuszczał mnie z oka. I ja przypatrywałem mu się uważnie. Istotnie, był to piękny typ; słusznego wzrostu, silnie zbudowany, ogorzały na twarzy, z ogromnymi szpakowatymi wąsami, wyglądał jak rycerz z dawnego portretu. Mówił dużo, może nieco zagłośno, ale wyrażał się poprawnie, a względem stryjenki zachowywał się z tą staroświecką galanteryą, na jaką my, dzisiejsi, niestety, nie potrafimy się zdobyć. Na mnie pan Marcin zrobił dobre wrażenie. Było coś sympatycznego, pociągającego w tym człowieku, jakiś rys niepochwytny, niedający się określić, a zniewalający odrazu. Zapraszał mnie do Białki serdecznie i szczerze. W pierwszej chwili zdawało mi się, że mogę być dla niego pożądany, jako konkurent o córkę — ale później przekonałem się, że byłem w błędzie. On każdego znajomego zapraszał z równą serdecznością i uprzejmością, każdemu pragnął otworzyć drzwi swego domku szeroko, ugościć, uraczyć czem tylko chata bogata... Wszyscy oni tacy. Naturalnie, choćby tylko ze względu na obietnicę, daną stryjence, przyrzekłem że przyjadę, a ponieważ żądał, żebym nie dał długo na siebie czekać, więc obiecałem stawić się za tydzień. Gdym przy pożegnaniu się ze starym szlachcicem przyrzeczenie przyjazdu powtarzał, stryjenka spojrzała na mnie z tryumfującym uśmiechem. — Muszę teraz — rzekła po odejściu gościa — powiedzieć ci coś o domu, do którego się wybierasz. Pana Marcina poznałeś już i, o ile mi się zdaje, podobał ci się. — O, bardzo nawet — odrzekłem. — Spodziewałam się tego. Podoba ci się także i jego małżonka, poczciwa, cała domowi oddana kobieta; pracuje jak mrówka i żyje tylko dla męża i dzieci. Ta nie pomyślała nigdy o rozwodzie — wierz mi. Dzieci mają troje. Syn Julian, najstarszy z rodzeństwa, nie jest w domu, kształci się w akademii rolniczej. Córek jest dwie. — Przepraszam, stryjenko, ale według umowy miałem być narażony tylko na jedno niebezpieczeństwo... — Nie uciekaj się do adwokackich wybiegów. — Trzymam się ściśle umowy. — To postaci rzeczy nie zmienia, ponieważ niewiadomo która z nich stanie się niebezpieczną dla spokoju twego serca. — A jeżeli obie? — Z równą racyą mogłabym i ja powiedzieć: a jeżeli żadna z nich? — Ale stryjenka o to się nie obawia. — Bynajmniej, ja zawsze jestem pewna swego. W jednej z nich musisz się zakochać. — Ta pewność stryjenki przeraża mnie! — Nie lękaj się, wszystko będzie dobrze. Starsza, Krystyna, ma lat... czekaj-no, niech sobie przypomnę... Zapewne ze dwadzieścia; młodsza zaś, Joasia, niedawno powróciła z pensyi. — Podobno takie właśnie są najniebezpieczniejsze. — Zobaczysz. Obiedwie, chociaż rodzone siostry, wcale nie są podobne jedna do drugiej. Zupełnie odmienne typy, kontrasty. Starsza wysmukła, brunetka, o dużych czarnych oczach; młodsza blondynka, dość szczupła, niewielkiego wzrostu, oczy barwy chabru. — Domyślam się. Pierwsza wygląda jak bohaterka z tragedyi, druga niby rozmarzona pasterka z sielanki. — Nie. Domyślność twoja nie jest tak fenomenalna, jak ci się zdaje. — Dlaczego? — Bo nie odgadłeś prawdy. Krysia odziedziczyła charakter i temperament matki, Joasia w ojca się wdała. Pierwsza jest cicha, nadzwyczaj łagodna, marzycielka trochę. Nie lubi wystawiać się na pierwszy plan i, o ile mi się zdaje, radaby całe życie na wsi przepędzić. Druga, przeciwnie, pełna życia i energii, rwie się do świata. Lubi zabawę, ruch, gwar, zawsze wesoła, śmiejąca się, godziny na miejscu nie usiedzi; swoją drogą dziewczyna z najlepszem sercem i pewna jestem, że jak kogo pokocha... — Widzę, że sympatye stryjenki przechylają się na stronę panny Joanny i że... — Chowaj Boże! Jeżeli sądzisz, że chcę wpłynąć na twój wybór, to się bardzo mylisz. — A przecież... — Tego, co ci powiadam, nie bierz za radę, lecz za informacyę. Nie chcę wywierać najmniejszego wpływu na twoje dalsze postanowienia i zamiary, pragnę tylko, abyś, przyjechawszy do Białki, miał niejakie pojęcie o całym domu pana Marcina. Co do majątku... — Przecież nie poluję na posagi. — Wiem, i gdybyś należał do kategoryi tych łowców, tobym cię do Białki nie wyprawiała. — Więc to są ludzie biedni? — Nie wiem, jakby ci to określić, i tak i nie... Niby nie biedni, ale biedni. — Niech się stryjenka nie obrazi, ale muszę się przyznać, że tej definicyi na żaden sposób zrozumieć nie mogę. — Często bywałeś na wsi? — Niegdyś, niegdyś, dawnemi czasy, dzieckiem jeszcze, a potem, jak wiadomo stryjence, życie schodziło mi to w Warszawie, to za granicą. — Więc się nie dziwię, że nie rozumiesz tego, co ci mówię. Wytłómaczę się jaśniej. Niby nie są biedni, mają majątek, dość wygodne mieszkanie, ogród, konie do wyjazdu, a więc wszelkie pozory zamożności — ale z drugiej znów strony dochód z gospodarstwa niewielki; kosztowała ich edukacya dzieci, kilkakrotnie ponosili klęski, więc się też nie przelewa. Są bardzo szczęśliwi, jeżeli mogą koniec z końcem związać. — W takim razie dlaczegóż siedzą na wsi, skoro im się to nie opłaca? — A no, siedzą. Białka od niepamiętnych czasów pozostaje w rękach tej rodziny, więc trudno im się z nią rozstać... Stryjenka przerwała i zamyśliła się czegoś. Milczeliśmy oboje. — Wiesz co? — odezwała się po chwili — jestem bardzo szczęśliwa, że wchodzisz w stosunek z tym domem, a jeżeli moje zamiary się spełnią... — To? — No, nie trzeba łowić ryb przed niewodem. Pojedź i zwycięż, jak jakiś sławny wojownik starożytny. — Jak Cezar, stryjenko; pojadę...

III.

Kręcisz głową, kochany Władziu, bo dotychczas nie dopatrzyłeś w listach moich przyczyny stanu, w jakim się obecnie znajduję. Ustąpiłem prośbom stryjenki, poznałem pana Marcina, dowiedziałem się o istnieniu Krysi i Joasi i pojechałem na wieś. Cóż nad to zwyczajniejszego? jakaż osobliwość? Pan Marcin przecież nie jest ludożercą, Białka nie leży w Patagonii, a te dwie panienki, o których stryjenka mówiła, toć nareszcie nie lwy srogie, szukające kogoby pożreć... Zapewne... Mogłem wyjechać tylko o godzinie szóstej rano, gdyż na ten właśnie pociąg miały oczekiwać na mnie konie z Białki. Miła rzecz, tembardziej, że o drugiej powróciłem z resursy! Mój Jan ułożył mi rzeczy w dwóch walizkach podróżnych i o godzinie piątej przyszedł mnie obudzić. Wstałem z nieznośnym bólem głowy, wypiłem filiżankę herbaty i rozklekotaną dorożką pojechałem na dworzec, licząc na to, że się wyśpię w wagonie. Przedziały pierwszej klasy bywają zazwyczaj puste, tym razem jednak wyjątkowo zapełnione były przez damy z dziećmi i damy bez dzieci. Przysiadłem się do tych ostatnich. Było ich coś pięć. Mama, o ile się zdaje, ciocia i trzy córeczki na wydaniu. Wszystkie jednocześnie mówiły i to z niezwykłem ożywieniem; powracały albowiem z wesela jakiejś panny Wandy z panem Maurycym, które się odbyło bardzo wystawnie i hucznie na wsi, niedaleko od Chęcin. Było mnóstwo osób i naturalnie mnóstwo sukien w kliny, w dzioby, w zęby, z jakiemiś wodami, kwiatami, girlandami i Bóg wie czem jeszcze. Towarzyszki moje krytykowały je zawzięcie, analizując najmniejszy szczegół, najdrobniejszy drobiazg. Miałem pełne uszy atłasów, tarlatanów, mory, pluszów, brokateli, koronek. Nie wiem, czy w największym magazynie warszawskim znaleźć można tyle towarów, ile te panie w moją biedną zbolałą głowę nakładły. Potem przyszła kolej na biżuterye, koafiury, szczegóły kolacyi cukrowej i na mężczyzn. Ten tańczył, ten nie tańczył, ten z ową najwięcej tańczył, a inny podobno się tamtej oświadczył... Uf! Pierwsza stacya, dzwonek. Chcę wysiąść — niestety, siedzę tak, że musiałbym przeciskać się do drzwi między temi paniami, które zdążyły już zabarykadować przejście przeróżnemi pudełkami i koszykami. Nie śmiem im przeszkadzać, tem bardziej, że zajęły się oglądaniem trzech świeżo kupionych w Warszawie kapeluszy, które miały wywołać niesłychany efekt w okolicach Pińska, o ile mogłem zmiarkować z rozmowy. Kapelusze te prawdopodobnie były już oglądane przy kupnie, ale cóż to szkodzi obejrzeć je jeszcze raz i ułożyć na poczekaniu hypotezę dość skombinowaną, że gdyby na miejsce ptaszka z kapelusza pierwszego przenieść kwiatek z drugiego, a na miejsce kwiatka z drugiego przenieść koronkę z trzeciego, to na miejsce koronki z trzeciego trzebaby było przenieść ptaszka z pierwszego — co, wedle ogólnego zdania, wyglądałoby także ni w pięć ni w . Zaczęto więc nowe kombinacye, z następującymi waryantami: koronka, ptaszek, kwiatek; kwiatek, koronka, ptaszek; ptaszek, kwiatek, koronka. W rezultacie tych obliczeń wypadła paniom jakaś sprzeczność, ponieważ faktycznie były tylko: kwiatek, ptaszek, koronka i trzy kapelusze, a im się przyplątał czwarty, bo ciocia wliczała do rachunku kapelusz urojony, ten właśnie, który gdyby do niego przyczepić ptaszka, miał być ni w pięć ni w dziewięć. Po dość ożywionej sprzeczce schowano kapelusze do pudełek i postanowiono po powrocie do domu wezwać na naradę jakiegoś wujaszka Remigiusza, o którym ciocia mówiła, że w rzeczach gustu psa zjadł. To wyrażenie cioci, może trochę zadosadne, nie podobało się mamie i córeczkom, które spojrzały na siebie znacząco, zarumieniły się lekko i umilkły. Głowa bolała mnie szalenie, a przecież położyć się nie mogłem, nie mogłem nawet ze względu na obecność dam, zapalić cygara, ani ziewnąć, chociaż byłem strasznie zmęczony i znudzony. Pociąg szedł dalej i dalej, niby prędko, ale czas wlókł się strasznie powoli, a kiedy wreszcie dojechałem do stacyi, na której miałem wysiąść, czułem się zupełnie jakby rozbity. Przytem głód mi zaczął dokuczać. Wyskoczyłem z wagonu, kazałem posługaczowi wydobyć walizki i pobiegłem wprost do bufetu. Przynajmniej tak mi się zdawało... Próbuję otworzyć jedne drzwi — zamknięte, pchnąłem drugie — otworzyły się i jakiś pan z żółtemi wypustkami przywitał mnie zapytaniem: — Czego? — Przepraszam pana — rzekłem — szukam bufetu... — Na następnej stacyi — odpowiedział lakonicznie, stukając rączką telegrafu. — Więc tu niema? — A nie. Przecież to tylko przystanek. Jeszcze nie dałem za wygraną. Odszukałem posługacza, który wyniósł moje rzeczy z pociągu, i zacząłem go badać, gdzieby się tu pożywić. Machnął ręką niechętnie. — At, wielmożny panie, my tu sami nie mamy co jeść. Budynek stacyjny stał samotny przy linii, wśród lasu; nigdzie nie widać chatki, ani zabudowań mieszkalnych. Stacyjka tylko, a dokoła sosny, sosny i sosny, jakby zadumane, ponure. — Czy tu nie czeka powóz z Białki? — zapytałem. — Jest, wielmożny panie, bryczka. — Bryczka? — spytałem trochę zdziwiony. — A ktoby zaś na taką drogę powozami jeździł — odpowiedział. Poszedłem zobaczyć tę bryczkę. Było to jakieś pudełko żółte, bez resorów, na wysokich kołach, zaprzężone w tęgie trzy deresze. Koniska miały aż na karkach ślady błota. Przy bryczce stał chłop krępy, z wąsami, w płaszczu barwy stalowej i w lakierowanej czapce. Przedstawił mi się i oświadczył, jako jest Maciej, stangret z Białki, że przywiózł dla mnie ukłony od dziedzica i że wielki czas jechać, bo już druga blizko po południu, a dziedzic zapowiedział, żeby przed północą być w domu. Przed północą! A więc co najmniej dziesięć godzin jazdy w tem żółtem pudełeczku! Posługacz przyniósł walizki. Maciej spojrzał na nie uważnie i zaczął się drapać po głowie. — Na cóż czekacie? — rzekłem. — Bierzcie rzeczy na bryczkę i jedźmy. — Jużcić wziąć, to się weźmie — rzekł — ale jak? Ostatecznie zdecydował się pan Maciej mniejszą walizkę ulokować w siedzeniu. (Miałem w niej bieliznę i garnitur frakowy!) Większą, o której wyraził się, że nie jest foremna, postanowił postawić tak, żeby jedną stroną opierała się o jego własne plecy, a drugą o moje kolana. Nie było innego sposobu, musiałem się więc godzić z losem. Od stacyi do gościńca był kawałek szosy. Maciej ruszył z miejsca ostro, z piekielnym turkotem; walizka zaczęła mi podskakiwać na kolanach. Przytrzymywałem ją jedną ręką, a drugą uchwyciłem się bryczki, w obawie, żebym sam nie wypadł na pokryte gęstą warstwą błota kamienie. Turkot mnie ogłuszał, żółta bryczuszka podskakiwała po kamieniach jak piłka, walizka zsuwała mi się ciągle z kolan. Na szczęście kawałek owej miłej szosy nie był długi. Nagle turkot ustał, konie zwolniły biegu i szły już powoli, z trudnością wyciągając kopyta z gęstego, gliniastego błota. Odetchnąłem... Poprawiłem nieszczęśliwą walizkę na kolanach, błogosławiąc błoto, po którem deresze nie mogły biedz prędko. Bryczka nie trzęsła już, przechylała się tylko z boku na bok, jak kaczka, wydając przytem przykre jakieś zgrzytanie. Zapaliłem cygaro i, aby zapomnieć choć na chwilę o dokuczającym mi głodzie, wdałem się w gawędę ze stangretem. — Mój Macieju — spytałem, — czy do samej Białki będzie taka droga? — A niechże Bóg broni, wielmożny panie — odrzekł, — toćbyśmy się za trzy dni nie dowlekli. — Więc znowuż szosa nas czeka? — Skądby tu szosa? Różna droga. Gdzie niżej, jak oto tu, na to mówiący, to błoto; potem zaś znów piasek, to grobelki, a już za Partaczkami do samej Białki dobrze. — Cóż to za Partaczki? Maciej obejrzał się na mnie. Zdawało mi się, że w jego spojrzeniu dostrzegłem coś, jakby zdziwienie, politowanie i zarazem ironię. — Wielmożny pan nie wie? — zapytał, wzruszając ramionami. — Nie wiem. — Miasto. — Miasto! — zawołałem z radością — powiadacie więc, że Partaczki miasto? — Prawdziwie, wielmożny panie, miasto — żydzisków w niem zatrzęsienie. — Bogu dzięki! jakże się z tego cieszę, jakże się cieszę! Maciej znów się obejrzał. Widocznie nie rozumiał powodu mojej radości. — Wybornie, doskonale! — mówiłem z ożywieniem. — Skoro Partaczki miasto, więc musi tam być restauracya. Wszak jest restauracya? — pytałem Macieja, myśląc o porcyi doskonałej polędwicy i o butelce burgunda. — Niby jak wielmożny pan powiada? — Restauracya. — Nie wiem — odrzekł Maciej; — prepinacya to jest. — Ależ ja się pytam czy jest miejsce, w którem możnaby dostać co do zjedzenia... — Acha! to niby o cukiernię... Jest, jest, wielmożny panie, a jakże, sprawiedliwie cukiernia, porządna, i zajazd. Wszyscy panowie tam zawdy stają. — Więc jeść dostanie? — Nawet bilard jest. Ho! ho! Mośkowa to mądra żydowica, dla panów ma stancyę osobliwą z bilardem, a zaś dla narodu izbę prostą, niby jak szynk, jeno że wódka w niej lepsza, niż w szynku. — A innej cukierni niema w Partaczkach? — Jakiej innej? — Takiej, co nie należy do Mośkowej. — Nie, panie, niema i jak Partaczki Partaczkami, nie było. Ja już, proszę wielmożnego pana, też nie dzisiejszy, w Białce jestem za stangreta bez mała chyba ze trzydzieści lat, w Partaczkach dwa, czasem i trzy razy na tydzień, a prócz Mośkowej innej cukierni nie znam. Informacya Macieja nie bardzo mnie pocieszyła, ale będąc strasznie głodny, rad byłem i takiej okazyi. — Pośpieszajcie, Macieju — rzekłem, — bo mi chce się jeść straszliwie. Maciej śmignął batem nad końmi. Błoto było mniejsze, deresze puściły się wyciągniętym kłusem. Ujechaliśmy tak chyba więcej niż milę. Droga szła pomiędzy polami, z oddalenia widać było rzekę, a nad nią po jednej i po drugiej stronie szeroką nizinę. — Zaraz będzie grobelka — rzekł Maciej. Grobelka, pomyślałem, bardzo pięknie; niechże sobie będzie grobelka, byle tylko prędzej dostać się do upragnionego miasta, głód nasycić, odpocząć, choćby tylko godzinę, pół godziny chociaż. Z niewyspania i głodu zaczęły mnie przebiegać dreszcze, powieki opadały, chciałbym drzemać — ale jak? w tem ciasnem, żółtem pudełeczku, z twardą walizką na kolanach! O stryjenko, stryjenko! Gdybym był wiedział, jaką drogę mam przebyć, nie zmusiłabyś mnie do tej podróży. Zaczęła się kochana grobelka... Koła bryczki to zapadały w niezgłębione błoto, to znowu stukały o jakieś kloce, drągi, kawały drzewa. Bryczka przechylała się na jedną, to znów na drugą stronę tak, że sądziłem, że już, już się wywraca. Maciej uspakajał mnie. — Wielmożny panie — — jeszcze nie miałem tego zdarzenia, żebym, Panie uchowaj, w nocy nawet, a nie dopiero w dzień jasny wywrócił. Niech się pan nic nie boi, ja tu każdy wybój, każdą dziurę, nawet i kamień każdy znam. — Ależ o wypadek łatwo. — Nic, wielmożny panie, wszystko bajki, choćby się nie wiem jak bryczka chyliła... tylko niech wielmożny pan daje wagę... — Jakto wagę, co to jest? — Ha no, jak skoro bryczka chyli się na lewo, to niech pan niby swoją osobą na prawo, a jak zaś bryczka na prawo, to pan znów na lewo. — Czy u was zawsze jeżdżą takiemi bryczkami, jak ta? — E nie, panie, mamy jeszcze parę gorszych. — Gorszych?! alboż może być co gorszego od tego trzęsącego pudełka? Maciej zaczął się śmiać. — Czegoż się śmiejecie? — zapytałem. — A bo wielmożny pan musi chyba sobie żartuje. Toć to bryczuszka jak złoto, śliczny stateczek. W Łęczny kupiona na jarmarku... Nasze panienki bardzo lubią nią jeździć, lepiej niż powozem. — Panienki? — A jeno; jak tylko potrzeba im gdzie jechać, to zaraz molestują: mój Maciusiu kochany, mówią, zaprzęgaj aby do małej bryczki. — A z czegóż są u licha te wasze panienki? — zapytałem, dając wedle informacyi Macieja na prawo, gdyż bryczka przechyliła się w tej chwili na lewo, i to nad samym rowem. Maciej nie zrozumiał pytania. — O la Boga! z czego panienki są? a z czegóż mają być... — Jeżeli na tej bryczce jeżdżą i nic im to nie szkodzi, to są chyba z żelaza. — Ech, panienki są jak panienki — odrzekł — dobre panienki, jeno... Nie dokończył; ściągnął lejce i cmoknął na konie. — No cóż — spytałem — Macieju, coście chcieli powiedzieć? — Nic, wielmożny panie. — Ale przecież... — Proszę wielmożnego pana, u nas powiadają po chłopsku, że jak kto ma co zadużo powiedzieć, niech się lepiej w język ukąsi. Tedy ukąsiłem się i tylo... Wio! Nie badałem więcej. Podniosłem kołnierz od paltota, przymknąłem powieki, myślałem że się zdrzemnę choć troszeczkę — złudzenie! Maciej oglądał się od czasu do czasu i patrzył na mnie wzrokiem, w którym malowało się coś jakby politowanie lub zdziwienie. Co ten chłop myślał o mnie? Jak wyglądałem w jego opinii ja, com się nie poznał na wysokich zaletach żółtej bryczki, ani na wartości dereszów, których ani jednem słowem nie pochwaliłem? Znasz mnie i wiesz, że nie lubię mieć niechętnych i nieżyczliwych — taka już moja natura. Postanowiłem tedy przełamać niechęć pana Macieja i lepiej go jakoś usposobić. Było to nawet konieczne, boć ostatecznie znajdowałem się na łasce i niełasce tego chłopa. Mógł mnie trząść jeszcze bardziej po tych przeklętych grobelkach, mógł wywrócić nieznośną taradajkę i utopić mnie w błocie, razem z walizkami i całą moją przyszłością. — Macieju — odezwałem się łagodnie. — Słucham, panie. — Lubicie wy wódkę? — Niekoniecznie — odrzekł, spluwając. Byłem pewny że kłamał, bo sama fizyognomia jego na pierwszy rzut oka świadczyła, że zacny obywatel spirytualiami nie gardzi... — Jednak — rzekłem — w drodze, zwłaszcza gdy zimno, to kieliszeczek nie zawadzi... — Bo i pewnie, że nie zawadzi. — To też pośpieszajcie, mój Macieju, bom głodny, a przytem czuję się bardzo zmęczony. Ja nie powiadam wcale, że wasza bryczka jest zła — owszem, przekonałem się już, że o lepszej na tutejsze drogi marzyć nie można — ale widzicie, ja jestem nietęgiego zdrowia... — Musi, że wielmożny był z maleńkości utrzęsiony... — Bardzo być może. — Juści nie co, jeno z maleńkości, ale to bajki. U nas w Białce chłop stary jeden jest, na utrzęsienie, na łamanie, a choćby na to mówiąc i na zwichnięcie pierwszy doktor. — Bardzo dobrze, będę go prosił o radę. — Ma ci on, wielmożny panie, ma i ziele różnakie i maście — ta i ratuje ludzi jak mogący. — Dalekoż jeszcze do miasta? — A o, dyć już widać — rzekł, wskazując biczem jakieś szare sylwetki, rysujące się w oddaleniu. — Więc to to jest miasto? — To, panie. Miasto sprawiedliwe, ze sklepami het, z kramami, z cukiernią, wszystkiego dostanie w niem, czego jeno komu potrzeba. Obietnica poczęstunku udobruchała Macieja. Gawędziliśmy ciągle, to o lewym dereszu dyszlowym, który ma podobno różne złe przymioty, to znowuż o siwych koniach, co się w domu zostały — to wreszcie o Mośkowej, jako jest spekulantna żydowica i czy dla największego pana, czy dla prostego człowieka, wszystko przysposobienie ma w swojej cukierni, dużo nawet lepiej niż w Warszawie... Gawęda z Maciejem urozmaicała mi trochę tę fatalną drogę, której do końca życia nie zapomnę. Dojechaliśmy wreszcie do upragnionego miasteczka. Maciej, który miał swój stangrecki honor i lubił jeździć po kawalersku, pędził jak waryat po okropnym bruku, przejechał główną ulicę i osadził konie na rynku, przed jakiemś brudnem, odrapanem domostwem. Otoczyła nas wnet gromada żydów, a na progu jakiegoś sklepu, czy szynku, ukazała się żydówka niezwykłej tuszy, w czarnej atłasowej peruce, na której miała znowu jakieś czupieradło szczególne z żółtych wstążek. — A to właśnie, wielmożny panie, jest sama pani Mośkowa — rzekł Maciej, rekomendując mi otyłą damę.

IV.

Sama pani Mośkowa! — Tak, tak — mówiła, gdym z trudnością wydobywał się z bryczki, — ja jestem sama pani Mośkowa, do usług godnego jegimości... Oni tu jeszcze jegomościami tytułują! — Mnie tu wszystkie panowie znają — mówiła w dalszym ciągu — i ja wszystkich panów też znam i jegimości ja znam! Bo dlatego, co jegimości nigdy nie widziałam, to ja wiem, że jegimość dobrodziej jest nie tutejszy. Ja wiem, co będzie potrzebno stancyę. Icie! lojf geszwind, bryng a szlisełe, mach ojs de numer! śliczne stancye mam! Ryfke! dy paskidnice, siest niśt dem purec, dy blinde cygie! a samowar geszwind! To, widzi jegimość, takie dzisiejsze sługi, niech je głowa zaboli... Mam bardzo dobre herbatę. Wszystkie panowie piją... Czego Maciej stoi? niech Maciej jedzie do stajni. Potrzeba owies? jest owies, za co nie ma być owies?... Małke, bryng draj garniec hufer! Może wiązeczkę siana też? Proszę jegimości do stancye, tymczasem na bilard, zanim chłopak numer trochę zamiecie. Icie! Icie! bałamycie niszt. Oj, oj, co ja niosę na swojej głowie, to nie potrafię nawet jegimości powiedzieć... — Moja pani — przerwałem. — Aj pani, pani! niech moje wrogi mają takie państwo, jak ja wielka pani jestem, wszystkie chcą borgować! Mendele, gaj weg! No, patrz pan, to jest mój najmłodszy wnuczek, całkiem maleńki wnuczek, niech un zdrowy będzie. Co ja mam z nim! Un jeszcze nawet gadać nie umie, a już taki nabożny, taki nabożny, jak ja nie widziałam jeszcze! On widzi że dziadzio jego i tate myją sobie czasem ręce przed nabożeństwem, to un też potrzebuje być nabożny i wsadzi całą rączkę w konewkę. On też chce być husyt! Ja sama nie wiem, skąd się teraz biorą takie mądre dzieci! — Pięknie to jest, łaskawa pani — rzekłem — ale przedewszystkiem chciałbym co zjeść. Jestem głodny jak wilk. — Aj, aj, niech jegimość o to się nie frasuje. Jak kto głodny, to znak, że zdrów jest — gorzej, skoro kto wcale nie ma apetyt. Co jegimość każe dać? — A cóż pani Mośkowa ma w swoim sklepie? — Wszystko, wszystko mam, co tylko może być potrzebne. Trunków różnych mam. — Cognac... — Za co nie? Prawdziwy zagraniczny, pierwszy numer, bo trzeba jegimości wiedzieć, że Abram Garwoliner, pewnie go jegimość zna, ten bogacz Abram, co ma wielką dystylarnię w Zielonej Woli, to mój krewny jest. Sardynki też mam, śledzie jest, wszystko jest. — Świeże sardynki? — Aj, aj, żebym ja tak świeży majątek miała! Jakie to sardynki! niedawno przywiezione z Warszawy; najpierwsze panowie u mnie biorą. — A oprócz owych sardynków i śledzi, co pani może mi dać jeszcze? Pani Mośkowa zrobiła wielkie oczy. — No, jakto co? Co jegimość jeszcze może potrzebować? Na co jegimości więcej... Mogę jeszcze cytrynę dać, będzie jegimość miał cały bal!... Zaraz każę podać. Icie! Icie! Wie jegimość, co ja mam z tym Iciem! to jest cały gałgan! On był biedny i dlatego wzięłam jego za myszuresa do mojego zajazdu. Z początku, póki nie miał ani jednego grosza, to był bardzo usłużny, ale teraz... Teraz on już jest wielki purec, wielkie fajnaberye! Zebrał sobie trzy ruble i z furmanami handluje... Za rok to on już zechce zakładać własny szynk, zechce cały kupiec być! Teraz jest świat, aj świat! niech moje wrogi takiego świata nie widzą... Nie wiem jak długo pani Mośkowa byłaby mi opowiadała jeszcze o przewrotnościach tego świata, ale zaszedł niespodziewany wypadek. Ów Mendele, ten bardzo maleńki, a już niesłychanie nabożny wnuczek, majstrował w drugiej stancyi koło samowara i oparzył się. Zrobił się wrzask, o jakim trudno mieć pojęcie: krzyczała jednocześnie sama pani Mośkowa; krzyczała rozczochrana służąca i delikatny wnuczek, a do tego koncertu dołączyły także swe głosy najbliższe sąsiadki pani Mośkowej, które, dowiedziawszy się o wypadku, przybiegły z kondolencyą. Korzystając z tej dywersyi, poszedłem do tak zwanego „numeru,“ już przygotowanego dla mnie, i zapowiedziałem w sposób bardzo stanowczy Iciowi, że jeżeli mi natychmiast nie przyniesie co do jedzenia, to mu wszystkie kości połamię. Widocznie wskutek irytacyi, zmęczenia i głodu, twarz moja musiała mieć wyraz przerażająco-groźny, gdyż szanowny Icio z wielkim pośpiechem wykonał moje polecenie... Czy mam ci opisywać menu tej lukullusowej uczty?... Za nic na świecie — i tak będziesz się śmiał, gdy pomyślisz, że ja, dość wybredny w jedzeniu, uchodzący nawet za smakosza, nie jadłem, lecz pożerałem chałę żydowską i śledzie... Głód jest najlepszym kucharzem, to święta prawda. Posiliwszy się i uraczywszy Macieja, który mi zapowiedział, że konie muszą jeszcze z godzinkę wypocząć i że potem, już bez żadnej przeszkody, lotem ptaka dostaniemy się do Białki, zacząłem rozmyślać nad swojem położeniem, a wzrok mój, błądząc po ścianach stancyi, zatrzymał się na lustrze w poczerniałych, niegdyś zapewne złoconych ramach. W krzywem tem i popękanem w kilku miejscach zwierciedle ujrzałem swoją twarz w karykaturze, wydłużoną i jakby pokrzywioną komicznie. Z przerażeniem dostrzegłem, że zapomniałem przed wyjazdem z Warszawy odwiedzić mego fryzyera. Jakże się pokazać z taką twarzą w domu obcym, do którego przybywam z pierwszą wizytą?... Wołam tedy szanownego Icia. — Mój przyjacielu — pytam, — czy tu w mieście znajduje się jaki porządny fryzyer? Żydziak wytrzeszczył na mnie oczy. — Fryzyer? — zapytał — na co panu fryzyer? Tu u nas wcale niema fryzyer, jest tylko fryzyerka, ale nie mogę zmiarkować, jaki wielmożny pan może mieć do niej interes? Ona robi peruki dla żydówek... — Domyślasz się zapewne — rzekłem, — że nie jestem żydówką i peruki nie potrzebuję. Chciałbym się tylko ogolić. — Nu, dlaczego wielmożny pan odrazu to nie powiedział, jabym zaraz wielmożnego pana zaprowadził do Wulfa. Stąd niedaleko, w drugim domu. — Prowadź więc, tylko prędko. Za chwilę znalazłem się w dość dużej i brudnej izbie, w której, oprócz stolika przy oknie, kilku krzeseł i szafki oszklonej, z przeróżnemi narzędziami felczerskiemi i słojem pijawek, nie znajdowało się nic więcej. W jednym kącie izby pod piecem siedział chłop zapuchnięty z podwiązaną twarzą i jęczał. Na moje powitanie wyszła młoda żydówka, w długiej żółtej bluzie, dość przystojna i tęga. Ruchy miała powolne, leniwe, a idąc, przechylała się z boku na bok, jak kaczka. Jak później objaśnił mnie mój cicerone Icio, była to pani Wulfowa, żona właściciela zakładu. Powiedziałem jej, w jakim celu przybyłem. Wskazała mi ręką krzesło, a następnie gdym usiadł, zaczęła mi mydlić twarz. Sądziłem że drugą część operacyi wykona sam pan Wulf. , ku wielkiemu mojemu zdumieniu, dama owa wzięła brzytwę do ręki. — Jakto? — zapytałem — cóż to za komedya? — Jaka kimedya? Co pan się dziwuje? Skąd pan jest? — Ależ jak żyję nie widziałem, żeby kobieta... — Proszę pana, ja wszystkich panów golę, a mój mąż się tem nie trudni, on ma dość roboty z chorymi. — Ale czy pani to potrafisz zrobić? — Czy ja potrafię? Co tu jest wielkiego do potrafienia? — Potrafi, wielmożny panie, potrafi — odezwał się chłop przy piecu siedzący — pięknie goli, mało kiedy okaleczy, a zaś sam Wulf jeno co bańki stawia, zęby rwie... Ja sam czekam tu na niego od rana, też wedle zębów. Zaledwie mogłem wstrzymać się od śmiechu, podczas gdy pani Wulfowa doprowadzała twarz moją do porządku. Prawdę mówił chłop, że mało kiedy okaleczy, bo mnie okaleczyła tylko dwa razy, ale trzeba jej oddać tę sprawiedliwość, że zaraz zatamowała krew zapomocą bibuły, umaczanej w jakimś płynie gryzącym. Powróciwszy do zajazdu, załatwiłem rachunek z panią Mośkową i, nie słuchając bardzo zajmującego opowiadania tej damy, ruszyłem w dalszą drogę. Maciej był w złotym humorze; czapkę przekrzywił na bakier i wyjechał z zajazdu z takim ogniem i fantazyą, jak gdyby pragnął potłuc na kawałki żółtą bryczuszkę, obie walizki i mnie. Za miastem ogarnęła nas ciemność zupełna. Ja prawie nie widziałem Macieja przed sobą, on zaś dowodził, że widzi całą drogę jak na dłoni i że potrafi ominąć każdy kamień. Musiałem mu wierzyć, gdyż jechał tak śmiało, jak gdyby istotnie posiadał kocie oczy. Nieufność, jaką miał do mnie z początku, gdzieś zniknęła; dał mi nawet do zrozumienia, że niemasz to jak jeździć z dobrymi panami, takimi zwłaszcza, co są honorowi i potrafią uszanować człowieka, nie dadzą mu mrzeć w drodze, ani też dzwonić zębami z zimna. Dodał zarazem, że Mośkowa dlatego ma powodzenie, że daje wódkę sprawiedliwą, a taką grzejącą, że skoro człowiek wypije parę półkwaterków, to może bezpiecznie jechać kilka mil drogi, choćby w trzaskający mróz. Opowiadał mi też szczegółowo historyę wszystkich koni pana Marcina, gdzie który kupiony, od kogo i za ile, do czego zdolny i jaką ma naturę. Dowiedziałem się przy tej sposobności, że konie, tak jak ludzie, mają charakter, że wśród nich znajdują się natury dobre, ale i łajdaków nie brak; przytem dał Maciej do zrozumienia, że tych ostatnich między ludźmi jest znacznie więcej, aniżeli między końmi. W trakcie tej rozmowy bryczka zaczęła się bardzo kołysać i lada chwila groziła przewróceniem. Zwróciłem na to uwagę Macieja, który zaręczył mi jednak, że to tylko kawałek grobelki i że żadne niebezpieczeństwo nie grozi. Zaprzysiągł się na żonę i dzieci, na uczciwość swoją i na zbawienie duszy, że jeszcze nigdy w życiu nie wywrócił i nie wywróci. Zaledwie skończył przysięgi swoje i zaklęcia, gdy nagle bryczka przechyliła się nabok tak, że w jednej chwili znalazłem się w błocie, razem z walizką, którą na kolanach trzymałem. Nie mogłem nawet krzyknąć, gdyż błoto zalepiło mi usta... — O nieszczęście moje! — zawołał Maciej, zatrzymując konie i zeskakując z kozła. — Czy się aby wielmożny pan nie potłukł? A mówiłem wielmożnemu panu, że trzeba wagę dawać, że jak bryczka chyli się na prawo, to pan powinien na lewo... Toć przecie wywrócenia żadnego nie było, tylko pan sam sobie winien, że wagi nie trzymał... Ostatecznie wygramoliłem się jakoś. Potłuczony, zamazany błotem, siadłem na bryczkę i, nauczony smutnem doświadczeniem, tak starannie dawałem „wagę“ to na prawo, to na lewo, aż pot mi wystąpił na czoło... Żadna lalka mechaniczna na sprężynach, żaden człowiek-wąż cyrkowy nie wykonywał takich dziwacznych ewolucyj, jak ja podczas owej pamiętnej ciemnej nocy... Nareszcie zdawało mi się, że nadszedł koniec moich utrapień. Przyjechałem do Białki. Niestety, kochany mój przyjacielu, to był dopiero początek!...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…