Read here

Wrażenia z Anglji

Wacław Sieroszewski · 1926 · Free in the US

18,384 words · about 1 h 17 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1926 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Wrażenia_z_Anglji&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Wacław Sieroszewski
Language
Polish
Published
1926
Length
18,384 words · about 1 h 17 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 42 min
  3. P. E. N. Club about 9 min
  4. Londyn, 6 marca 1927 about 3 min
  5. W dzielnicy robotniczej about 6 min
  6. Szkoły i ochronki about 3 min
  7. Toynbee-Hall about 3 min
  8. Kopalnie węgla w Doncaster about 5 min
  9. „The Bodsworth Main“ about 5 min

Continue:

Front matter

M

Nr. 162. Nr. 162.

A

całość

M

Nr. 162. Nr. 162.

A

CYKL „POLACY NA SZLAKACH ŚWIATA“

WACŁAW SIEROSZEWSKI

WRAŻENIA Z ANGLJI

Nie kłamać — bawiąc. | Nie nudzić — ucząc.

T-WO „RÓJ“ S. Z O. O.

WARSZAWA, KREDYTOWA 1. P. K. O. Nr. 9880.

Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“, Warszawa.

ANGLJA.

P. E. N. CLUB.

P. E. N. Club jest organizacją literatów całego świata. „Pen“ znaczy po angielsku „pióro“, lecz nazwa „Klub Pióra“ powstała jedynie dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, że składają się na nią inicjały trzech rodzajów twórczości: „poets, essayiots, novelists“ wchodzących w zakres organizacji. We wszystkich prawie państwach europejskich, za wyjątkiem Rosji Sowieckiej, utworzyły się kluby pod tą nazwą i połączyły w ogólną federację z centralą w Londynie. Poza Europą istnieją P. E. N. Kluby w Ameryce (Kanada, Stany Zjednoczone) i Azji (Japonja, Indje). Powstał P. E. N. Klub zaraz po w. wojnie. Założycielką P. E. N. Klubu jest wielce zasłużona miss C. A. Dawson-Scott. Pre- zesem federacji jest obecnie J. Galsworthy. Każdy kraj ma swego przedstawiciela w Radzie Centralnej. Jest to przedstawicielstwo honorowe, gdyż życie organizacji skupia się w klubach poszczególnych, zbiorowe zaś zagadnienia rozstrzygane są na zjazdach, odbywających się co rok w innem państwie. Istnieje jeszcze jeden zwyczaj, służący za więź między organizacjami, mianowicie: co miesiąc londyńska centrala P. E. N. Klubów wydaje obiad, na który zaprasza kolejno przedstawicieli sfederowanych związków. W 1927 roku zaproszono Polskę. Było to już trzecie z rzędu zaproszenie, lecz pierwszy z zaproszonych, założyciel polskiego P. E. N. Klubu, Stefan Żeromski, zachorował i umarł, następca jego, J. Kasprowicz również umarł. Musiałem jechać ja, który w tym czasie zostałem wybrany na ich miejsce. Wyznaję, iż zaproszenie zaskoczyło mnie, musiałem zawiesić rozpoczęte prace literackie, ale odmowa lub dalsza zwłoka były nie do pomyślenia. W końcu lutego znalazłem się w Londynie. Oznajmiono mi, że 1-go marca o go- dzinie 6 wieczorem w salach „Garden Club‘u“ odbędzie się uroczysty bankiet. Ubrałem się we frak i pojechałem w oznaczonym czasie, ale spóźniłem się cokolwiek, gdyż szofer, korzystając z mojej nieznajomości Londynu, woził mnie dość długo dookoła. Kiedy nareszcie przybyłem, sala była już pełna pań i panów w wieczorowych strojach. — Nie będzie już czasu na rozmowy i zaznajamiania się!... Idziemy zaraz do stołu! — oznajmił mi mr. Stephen Graham, który przewodniczył w zastępstwie J. Galsworthy‘ego. Ten ostatni podróżował po Południowej Afryce. Posadzono mnie tuż obok „chairman’a“, między dwiema paniami, z których jedna była prześliczną brunetką, a druga uroczą Polką, żoną bogatego angielskiego kupca. Po niejakim czasie zaczęły się przemówienia. Pierwszy przemawiał Mr. Graham, jako „chairman“. Przedstawił mnie zebranym, mówił o znaczeniu polskiej literatury, przyczem pomieszał nas z literaturą rosyjską, wtrącając nazwiska Tołstoja i Dostojewskiego! Mieli jeszcze inni przemawiać, lecz mr. Graham zapoznawszy się ze streszczeniem mego przemówienia, głosu nikomu nie udzielił. — Według naszych zwyczajów każda mowa trwać powinna najwyżej pięć minut. Przygotowane przemówienie naszego gościa jest trzy razy dłuższe, wobec tego nie starczy czasu na inne!... Chciałem się zrzec przemówienia, ale chórem ozwały się głosy: — Prosimy!... Bardzo prosimy! Ostrzegano mnie, żebym nie mówił zbyt poważnie i patetycznie, że w Anglji na wystąpieniach „zastolnych“ to nieprzyjęte. Przystosowałem się o ile możności do tych wskazówek i powstawszy z miejsca, zacząłem czytać: Mister Chairman! Szanowni koledzy, panie i panowie! „Uśmiech jest rzeczą tak rzadką na twarzy ludzi powojennych, że samo wywołanie go jest już, doprawdy, pewną zasługą. Mam nadzieję, że moja angielska wymowa wywoła go nieraz na wasze, panowie, usta. Zapewniam was jednak, że język angielski jest równie trudny dla Polaka, jak polski dla Anglika, że pod tym względem panuje zupełna demokratyczna równość. Trudności porozumienia nie mogą nas zrażać, gdyż dążność do zjednoczenia się kultur i ludów nietylko jest zgodna z duchem czasu, lecz nawet zalecana mocno przez Ligę Narodów. Mówiono wielokroć, że Pen Klub jest Ligą Narodów w dziedzinie my- śli, więc choć przemawiam do mistrzów stylu, liczę na ich pobłażliwość i nie wstydzę się moich niezgrabnych zwrotów. Jestem pewny, że każdy z panów, ubierze w lot moją szarą i niemrawą myśl w najcudniejsze barwy swojej wyobraźni. Opuszczam jednak skwapliwie dziedzinę ogólników, graniczącą blisko z niebezpieczną sferą polityki i przechodzę do rzeczy, która spodziewam się, że zjednoczy nas wszystkich, gdyż grozi naszemu zajęciu — literaturze. Jest nią technika. Nie jestem jej wrogiem. Owszem, przybyłem z przyjemnością do Anglji koleją i parowcem i raduje mnie myśl, że mogę ją opuścić aeroplanem, nawet w czasie marcowych wiatrów. W istocie powinienem był przyjechać konno, jak jeden z muszkieterów Dumasa, gdyż niedawno jeszcze miałem zaszczyt służyć w Legjonach Piłsudskiego. Byłaby to bezwątpienia bardzo przyjemna i pouczająca przejażdżka, ale cokolwiek... przydługa. Kraj nasz nie leży wprawdzie w Małej Azji, jak to twierdził pewien wszechświatowej sławy dyplomata, lecz, bądź co bądź, z Warszawy do Londynu jest około 1.000 mil angielskich. Przebyłem je przez Berlin, Ostendę, Dower w 36 godzin. Jest to podróż wygodna i bardzo krótka, lecz jakże drogo za te jej zalety płaci nasza wyobraźnia! Ile omija nas w ten sposób wesołych przygód, interesujących spotkań, ponętnych uśmiechów, nieoczekiwanych znajomości, jakie były udziałem dawnego jeźdźca albo pasażera dyliżansu! Ile ślicznych krajobrazów, wschodów i zachodów słońca, burz, śnieżyc, ciszy słonecznego południa wchodziło przez oczy nasze do duszy naszej w ciągu tej tygodnie trwającej przejażdżki, aby wyobraźnię naszą na życie całe zapłodnić nieprzebranem bogactwem barw, kształtów i uczuć!... Dziś mocna klatka kolejowego wagonu łączy nas z ludźmi, którzy nie chcą i nie mogą być dla nas zajmujący w ciągu kilku wspólnych godzin kolejowej nudy... Krajobraz przewija się przed szybą naszego „coupé“ z szybkością i mglistością kinematograficznego obrazu. Tyle go i widzimy! Taką jest podróż współczesna — owa po wsze czasy najbardziej życiodajna karmicielka literatury! Ale technika i w wielu innych dziedzinach dąży nieustannie do pozbawienia nas bezpośredniego zetknięcia się z przyrodą, zmusza do zastąpienia jej podnietami sztucznemi, jak sporty, widowiska, charlestony, gazety, polityka... Z kolei przechodzę do bezpośredniej, spółczesnej techniki literackiego tworzenia. Jakże bardzo zmieniła się ona w ostatnich czasach!... Jakże daleko od nas te miłe chwile, kiedy to w skupieniu siadaliśmy przed rozłożonemi na stole ćwiartkami białego papieru i czekali w rozkosznem podnieceniu natchnienia, maczając wielokroć pióro w kałamarzu! Jakże przyjemnie było w chwilach namysłu rysować na marginesie rękopisu główki naszych bohaterek, karykatury bohaterów, opisywane widoczki, ba, całe sceny naszej przyszłej powieści!... Dziś bębni się na piszącej maszynie, jak na fortepianie. Grzmi i pędzi wszystko niby pociąg kurjerski... Zanim się człowiek opatrzy, już nowelka albo powieść skończona... Pozostaje: szum w głowie, niesmak w duszy, jak po zbyt pośpiesznym flircie... Co jednak robić?! Czy można pozwolić sobie na cnotliwą, starodawną powolność?! Co powiedzą wydawcy, którzy nietylko żądają rękopisów pisanych na maszynie, lecz wymagają, aby powieść zawsze była świeżutka jak poranna bułeczka, ciepła jeszcze i cała woniejąca podmuchami współczesności. A publiczność?... Czyż nie kręci nosem na trącące myszką szpargały? Ona potrzebuje bohatera lotnika, nurka podwodnego, widma zaświatowego, wreszcie złodzieja nadzwyczajnego albo mordercy, używającego gazów trujących... A bohaterka? Bohaterka musi być tak nadzwyczajna, że ja nie śmiem nawet o niej mówić w tem poważnem gronie. Sam opis jej toalety wymaga całego słownika technicznych wyrażeń, o których my, starodawni pisarze, pojęcia nie mamy... Cóż dopiero opisanie jej uczuć? To zupełnie coś innego niż opisanie wdzięków brunetki albo blondynki, tak dobrze znanych nam od wieków! Ale gorzej jeszcze, że coraz częściej żądają od nas opisywania duszy maszyny, albo namiętności tłumu, tego wielogłowego sfinksa!... A wszystko być musi w dodatku z wymaganiami i upodobaniami Jej Królewskiej Mości Demokracji!... I ma być to zrobione galopem, w mgnieniu oka, na tej strasznej, piszącej maszynie. Mówią nam w dodatku, że to dopiero początek, że wkrótce i maszyna pisząca zostanie odrzucona jako stary rupieć! Książki, papier, atrament, nawet wydawcy znikną (miljard dolarów oszczędności)! Autorzy przemawiać będą przez fonografy, mikrofony. Czytelnik zamieni się w słuchacza. Zniknie alfabet a z nim razem współczesne szkoły (nowe miljardy oszczędności)... Zamiast szaf bibljotecznych, pojawią się guziczki i słuchawki... Znikną bibljoteczne myszy i bibljoteczny kurz... a ośle uszy zużytych książek zostaną zastąpione przez ochrypłość głosów i zgrzyt zużytych błon... Znikną miłe tomiki w skórzanej lub płóciennej oprawie! Znikną ilustracje — zastąpi je teleradio... Zniknie, rzecz prosta... wydawca, a z nim tak miła sercu literata... zaliczka! Styl wyparty zostanie przez „timbre“ i modulację głosu. Autorzy upodobnią się do śpiewaków. Przewiduję, że rozwój literatury tego rodzaju pójdzie jeszcze dalej i zwykłą koleją rzeczy światowych wróci do tych literackich pierwocin, jakie widziałem wśród dzikich plemion dalekiej Azji. Tam, aby wyśpiewać epos, zbiera się przed słuchaczami cała gromada artystów, jeden śpiewa głosem bohatera, dziewczyna naśladuje bohaterkę, druga czarny charakter, inny znowu opowiada przebieg wypadków, jeszcze inny opisuje krajobraz, udaje szum lasu, bełkot wody, grzmot pioruna... Są tacy, co w odpowiedniej chwili świergocą jak ptactwo, albo ryczą jak zwierzęta dzikie... Niemałą rolę odgrywa ten, co naśladuje konia bohatera... Jeżeli podobne metody zostaną wprowadzone do współczesnej powieści i rozpowszechnione za pomocą radio-głosu i radio-wzroku, autor zejdzie do roli mniej lub więcej zdolnego reżysera kinematograficznego... A wtedy Muza Poezji zniknie z Parnasu, a raczej obetnie włosy, przebierze się w sukienkę i zmieni zajęcie — zostanie artystką kinematograficzną... Kiedy podobne myśli przychodzą do głowy, podchodzę do zwierciadła, przy- glądam się moim białym włosom i mówię sobie z radością: — „Jakże dobrze, że już wtedy mnie nie będzie!“ Obecnie jednak, dopóki telewizja nie zamieniły, miłych jak ten, bankietów na obcowanie cieniów, cieszę się, iż mogę rzeczywistem winem wnieść w ręce współczesnych pisarzy angielskich zdrowie, starej, wesołej Anglji!...“ Słuchano mnie bardzo uważnie a stłumiony śmiech w paru odpowiednich miejscach upewnił mnie, że pomimo mojej złej wymowy — zrozumiano mnie bardzo dobrze. Przemówił jeszcze ktoś już bardzo krótko, poczem przeszliśmy do sąsiedniego salonu, gdzie podano czarną kawę. Potoczyła się ogólna rozmowa, otoczono mnie stron, zasypano zapytaniami, zaczęto zapraszać uprzejmie na „five o clock‘i“ i obiady. Najdłużej jednak i najnatarczywiej interpelował mnie pewien wygolony i chudawy pan o specjalnie angielskim wyglądzie. — Pan wspomniał, że pan był ułanem. Czy to ma znaczyć, że Polacy lubią konie? — Mój naród od wieków był narodem jeźdźców! — odpowiedziałem. — A jakie macie konie? — Koni mamy teraz mało, gdyż dużo wyginęło w czasie wojny, a jeszcze więcej uprowadzili do siebie Niemcy. — Czy to były prawdziwe konie, bo ja słyszałem, że w Polsce są tylko kucyki („pony“). — Nasze włościańskie koniki są małe, ale mamy i rosłe, bardzo dobre robocze konie. W przeszłości mieliśmy piękną rasę własnych koni bojowych, szybszych i zwinniejszych od północnych koni niemieckich, lecz cięższych i wytrzymalszych od koni tureckich i arabskich, od których pochodziły. Taka odmiana była potrzebna dla naszej „husarji“. — Aha, słyszałem, słyszałem: skrzydlaci jeźdźcy — przerwał mi Anglik słuchający z wielką uwagą. — Teraz jednak tej rasy niema? — Tak niema. Staramy się jednak wyhodować własną odmianę. — To niełatwo, Anglicy musieli setki lat... — Zapewne: Ale macie teraz najlepsze wyścigowe konie na świecie. — Nietylko wyścigowe. Mamy wogóle najlepszych jeźdźców i najlepszy sport koński. Sportmeński zapał mego rozmówcy rozśmieszył mnie trochę, zapragnąłem go nieco podrażnić. — Zgoda, macie najlepsze konie, ale jeźdźców najlepszych mamy my! — odrzeklem stanowczo. Efekt był nadzwyczajny, dżentelmen cofnął się o pół kroku. — Co! Pan chyba nie widział naszej jazdy?! Zapraszam pana na przyszłą jesień do siebie na polowanie na lisy! — dodał z pewną wyniosłością i podał mi swój bilet wizytowy. Na karcie odczytałem utytułowane nazwisko, londyński i prowincjonalny adres. Rozstaliśmy się bardzo... bardzo przyjacielsko. Taka była moja najdłuższa rozmowa na Penklubowskim bankiecie w 1927 roku. O literaturze nikt tam wtedy nie mówił; było to zebranie wyłącznie towarzyskie, na którem wydało mi się, że unikano nawet literackich tematów. Jakże inny był bankiet w Oslo w dwa lata później. Jakże się zmienił w miarę rozrostu sam charakter P. E. N. Klubu. Stał się on istotnie „literacką Ligą Narodów“, gdzie poważnie rozstrząsane są na zjazdach ogólnych doniosłe sprawy międzynarodowych literackich stosunków, poszukiwane jest sprawiedliwe stosowanie praw autorskich, oraz zawisłych i niezmiernie trudnych zagadnień przekładowych. Zjazd w Warszawie w roku b. był ogromnym krokiem naprzód w tych kwestjach. Wyznaję, że w Londynie zdziwił mnie trochę a literacki charakter P. E. N. Klubowskiego bankietu. — Czy to zawsze tak? — zapytałem. — Prawie zawsze. — odpowiedziano mi. — O sztuce i literaturze usłyszy pan na „five o‘clock’ach“ lub na „lunchach“ prywatnych; tam gdzie pan może nagadać się i nasłuchać, ile pan bĘdzie chciał, ale na bankietach publicznych Anglicy unikają wszystkiego, co mogłoby wywołać jakąkolwiek dyskusję lub rozdrażnienie. Istotnie, na „five o‘clock‘ach“ słyszałem dużo rozmów o sztuce i literaturze, spotkałem dużo wybitnych i ciekawych ludzi. Między innymi była na jednym księżna Bibesco, bardzo miła, przystojna blondynka, autorka słynnej powieści, gdzie tak złośliwie odmalowała Polaków. Przyglądała mi się równie pilnie, jak ja jej, lecz nie mieliśmy ani ochoty ani sposobności porozmawiać. Na tych wszystkich dość licznych przyjęciach i towarzyskich uderzyła mnie stała obecność Niemców, byli to zwykle bardzo elegancko ubrani to starsi, to zupełnie młodzi panowie, gładcy, mówiący doskonale po angielsku, którzy zostawali do samego końca zebrań i na ostatku zręcznie skupiali dookoła siebie uwagę. Wszystko wiedzieli i o wszystkiem mówili. Zachwycała mnie wprost ich natarczywość i zręczność propagandowa. Zauważyłem ją później i w Ameryce. Z rozmów o literaturze utkwiły mi w pamięci najmocniej rozmowy z panem Drinkwater, znanym autorem „Lincolna“, oraz z panem John M. Murry, niezmiernie miłym i subtelnym redaktorem miesięcznika „The Adelphi“. W obu wypadkach towarzyszył mi p. F. Sobieniowski, a przedmiotem rozmowy było rozbicie i zanarchizowanie powojennych prądów literackich na całym świecie. Pamiętam zdanie wygłoszone w końcu przez p. Murry‘a: — „Trudno, literatura musi być odbiciem życia! Długo więc pewnie będzie odtwarzać poszukiwanie ideałów i tęsknotę za tradycją, rozbitemi i zatraconemi w czasie wielkiej wojny. Długo będzie chora na niemoc syntetyczną!“ — zauważyłem z melancholijnym uśmiechem.

Czy można porwać się na opisywanie Londynu po parotygodniowym w nim pobycie? Samo postawienie kwestji wydaje się dziwne i śmieszne. Potworne miasto, mające tyle prawie ludności, co połowa Czechosłowacji, drwi sobie pod tym względem z ludzkich wysiłków. Setki pisarzy, tu urodzonych, w ciągu setek lat obierały go sobie za przedmiot twórczej wizji i nie wyczerpały jego treści. I wciąż jeszcze Londyn pod piórem powieściopisarzy i nowelistów zdradza nietylko tajemnice naradzających się nowych duchowych powikłań, lecz otwiera przed oczami własnych mieszkańców, odbite w zwierciadłach poetów, czarujące i nieznane piękno jego miejskiego krajobrazu... Nawet mgły i deszcz mają tu swój urok i swoją patetyczność, gdyż z nich to rodzą się te nieuchwytne, często niezrozumiałe dla innych europejczyków, drgania radosne lub bolesne duszy angielskiej. Dwa tylko miasta świata: Pekin i Nowy Jork — dorównywują mu ogromem i bogactwem. Są to zaiste trzy „Malströmy“ ludzkiego życia, oszałamiające potęgą swego ruchu i swej rozmaitości. Ale jakże są różne! Pekin — płaskie jak morze — mrówcze rojowisko ludzkie, błękitno-złote, pstre, krzykliwe, zmieszane, przelewające się z niesamowitym szumem wśród starych i wysokich jak złomy skalne, murów i bram. Z oceanu szarych, niskich dachów wyłaniają się tu i ówdzie wysoko oddzielne szczyty świątyń i pagód, rzeźbione przedziwnie i błękitne z oddali jak tatrzańskie turnie... Nowy Jork — szczególniej jego dzielnica, „drapaczy nieba“ — to jakieś ludzkie Himalaje, zuchwałe, młodzieńcze wyzwanie, rzucone żywiołom i niebiosom przez tłumy ludzi, pędzących spienionym potokiem szczelinami zbudowanych przez siebie ulic, wczoraj jeszcze przestronych, lecz dziś zapłytkich już dlań, zaciasnych... W Londynie nic podobnego. Ludzka rzeka płynie nurtem niemniej obfitym i potężnym, lecz bez śladu burzliwości i niepokoju. Nawet w czasie obiadowej przerwy, albo wieczorem po skończonem zajęciu, kiedy tłumy pracowników wylewają się z biur i warsztatów, kiedy „tub‘y“ (podziemne koleje) i „buss‘y“ (omnibusy) przepełnione są spieszącemi do domów rzeszami, niema tłoku, nikt tu nikogo nie potrąca, nie popycha, chociaż czuć, że każda minuta jest tu dla pracownika droga. Samochodów dużo; jeżdżą szybko i nie trąbią, a mimo to, mam wrażenie, że wypadków tu o wiele mniej, niż w New Yorku, ba, może nawet mniej, niż w Warszawie. Wszędzie czuje się niezmierną, mocno gruntowaną organizacyjność życia, która bez przeszkód i przerw narastała spokojnie w ciągu stuleci. Napisy na rogach ulic, na stacjach, na wirzyskach miejskiego ruchu, jak Piccadilly, Oxford Circus, Trafalgar sq. City — dokładne, ale bez niemieckiej gadatliwości, pozwalają doskonale orjentować się w kierunkach i korzystać z wszelkich rodzajów komunikacyj nawet świeżo przybyłemu do Londynu podróżnikowi. W kłopotliwej chwili zawsze może udać się do policjanta, który choć bardzo zajęty kierownictwem ulicznego ruchu, nie omieszka żądanych wskazówek i nawet zaopiekuje się pytającym w razie potrzeby. Również zapytani o wskazówki przechodnie, dają odpowiedzi szczegółowe, nie zdradzając najmniejszego zniecierpliwienia. Na wszystkiem leży pewien odcień solidności i dżentelmeństwa. Wszystko czynione jest z równomierną, nieprzymuszoną energją, ale bez pośpiechu. I to działa jakoś kojąco na wytrąconego z równowagi lub zmąconego obcością środowiska przybysza. Nawet architektura Londynu jest jakaś . Domy po większej części niewysokie dwu- lub trzy-piętrowe uderzają rozmiarami i mnogością okien. Odrazu się czuje, że poza temi ogromnemi szybami musi być jasno, wesoło, a w słoneczne dnie... słoneczno i przytulnie. Wielka ilość oszklonych wykuszy potęguje to wrażenie „siedlisk gniazd rodzinnych“, obserwujących „ulicę“ z oddala i ukrycia. Tak było dawniej, ale już być przestaje. Podobno dawne liczne rodziny angielskie są coraz rzadsze. Podobno przyrost ludności jest coraz mniejszy, ba, niektórzy mówią, że naogół mniejszy, niż we Francji, i że zaludnienie trzyma się na stałej wysokości jedynie dzięki znacznemu zmniejszaniu się z roku na rok śmiertelności. Nie przypuszczam, aby powodem słabej rozrodczości był niedostatek; nie znać tego; nie jest nią również francuska oszczędność... Na dnie więc tego zjawiska leżą jakieś głębsze, uczuciowe i duchowe pobudki, których tak trudno dociec, gdyż są ukryte w duszy angielskiej, zamkniętej na siedem często spustów nawet dla najbliższych, a często zamkniętej nawet... dla siebie samej..., jak twierdzi Galsworthy, jeden z najlepszych znawców psychologji angielskiej. Czyni to badanie życia Anglików we wszystkich dziedzinach rzeczą niezmiernie zajmującą, szczególniej, jeżeli ma się poczucie, że rozwiązują się tu teraz zarówno polityczne, socjalne, jak i moralne problematy dotyczące przyszłości nietylko Anglji, ale i całego świata.

W DZIELNICY ROBOTNICZEJ.

„Dziś mgła, ale mgła „mist“, którą można wytrzymać. Kiedy zaś przyjdzie mgła „fog“ — od niej każdy dostaje spleenu, gdyż nie widać już nic na długość wyciągniętej ręki“... Na szczęście mgła „mist“ pozwala nam oglądać wspaniałą perspektywę nieskończenie długiej ulicy „Egware Road...“, którą przebywamy na imperjalu autobusu... Ruch wielki, rośnie w miarę zbliżania się do uboższych, przemysłowych dzielnic. Jedziemy do doków, do „Borough of Poplar“ (Okręgu Topolowego). Cały Londyn podzielony jest na samorządowe okręgi, mające osobne dzielnicowe magistraty, oraz rady miejskie, pozostające ze sobą w związku głównie przez osobę Lorda Mayora i podwładną mu centralną magistraturę. „Poplar“ leży na półwyspie, jaki tworzy W środku Londynu pętlica Tamizy. Po obu brzegach rzeki olbrzymie doki, ładownicze przystanie, warsztaty reperacji i budowy okrętów. Dzielnica, zaludniona przeważnie przez robotników, ma magistrat przeważnie robotniczy z Labour Party, i „mayora“ również radykalnego. Byli uprzedzeni o naszem przybyciu; członek magistratu, wyznaczony nam na przewodnika, powitał nas bardzo uprzejmie, zaprowadził do mayora, który na chwilę oderwał się od pracy — jest małym urzędnikiem na poczcie — i przyszedł, aby nas przywitać. Przyszedł trzeci urzędnik, również były robotnik o bardzo inteligentnych, bystrych oczach, który zaczął nam dawać ścisłe odpowiedzi i przytaczać cyfry, tyczące się samorządu, opieki nad robotnikami, organizacji biur pośrednictwa pracy, bezrobotnych i t. d. Wszyscy byli bardzo uprzejmi, ale twarze rozjaśniły im się serdecznie dopiero wtedy, kiedy od mego towarzysza dowiedzieli się, że nietylko jestem pisarzem polskim, lecz należę do najpierwszych założycieli ruchu socjalistycznego w Polsce. Wtedy zupełnie się rozkrochmalili i z pewną nawet skwapliwością zaczęli odpowiadać o działalności ich robotniczego samorządu. Bezrobotnych w swojej dzielnicy mają dużo, coś do 20.000. bezrobotnych używają do robót przeważnie drogowych, brukowych, kanalizacyjnych... Przy budowlach, których wznoszą dużo, trzeba specjalistów i dlatego tak mało pracuje bezrobotnych; przeważnie robotnicy niefachowi, dniówkowi... „Lepiej płacić zapomogi, niż partolić robotę!“ — tłumaczyli. Z początku zapomogi wydaje rząd; ale po 26 tygodniach rząd przestaje wypłacać zapomogę bezrobotnemu. Następuje paromiesięczna przerwa, podczas której bezrobotny musi starać się o ponowne wciągniecie go na listę potrzebujących i zasługujących na wspar- cie. Po nowych 26 tygodniach rząd zupełnie przerywa wypłatę zapomogi temu samemu robotnikowi i jego rodzinie. Przechodzą oni całkowicie na utrzymanie swego samorządu! — Czy to utrzymanie jest gorsze od rządowego? — To zależy: jeżeli w dzielnicy samorząd jest w rękach robotniczych, zapomoga częstokroć jest większa i opieka staranniejsza. Ale w dzielnicach z mniejszością robotniczą jest bezrobotnym źle, często bardzo źle!... — Skąd czerpią fundusze dzielnice robotnicze na utrzymanie swoich bezrobotnych. — Z podatków. Ale prócz tego utworzył się specjalny fundusz zapomogowy wskutek wyrównania przez władze miejskie centralne ogólnych podatków miejskich. Gdyż były dzielnice bardzo bogate mające małe stosunkowo wydatki, nie mające wcale bezrobotnych ani urządzeń społecznych, zamieszkałe przez ludzi zamożnych, gdzie magistraty wskutek tego mogły miejskie podatki niezmiernie obniżyć. Otóż obecnie podatki we wszystkich dzielnicach są zrównane, przewyżka dochodów nad wydatkami wpływa do Kasy Centralnej i jest używana na pokrycie niedoborów w dzielnicach biednych, obciążonych nadmiernemi podatkami, głównie na bezrobotnych, na opiekę społeczną, zdrowotność i t. d. Mimo to jest ciężko... Istotnie, obchodząc dzielnicę, widziałem przed bramami fabryk i domów, pod ścianami wielkich składów, na rogach ulic, gromadki robotników, bezczynnie wyczekujących na pracę, z oczami nieskończenie smutnemi, jakby zapatrzonemi w pustkę i marnotrawstwo ich istnienia, jakby wyjętych z wiru przewalającej się dokoła pracy, niby martwe głazy, sterczące wśród rzeki życia... Tragiczne wprost postacie, młode, silne i zdrowe. Zupełnie podobne do widzianych przezemnie na ulicach Pabjanic, Łodzi, Białegostoku, Warszawy... Samochodem magistrackim zawieziono nas przedewszystkiem do kąpieli miejskich. W wielkim ogrzanym budynku ogromny basen 50 mtr. długi, 30 szeroki, 6 stóp głęboki, wyłożony fajansowemi kaflami — przeznaczony do wspólnych kąpieli (osobno dla mężczyzn, osobno dla kobiet), gdzie dostaje się ręcznik, oddzielną rozbieralnię „wszystko, prócz mydła“ za 6 pensów (dla ubogich i dzieci 2 pensy). Mogą korzystać jednocześnie z prysznicu. Woda w basenie zmieniana jest dwa razy w tygodniu i codzień oczysz- czana mechanicznie zapomocą elektryczności. Radny, który nam towarzyszył, zmusił nas do spróbowania obrzydliwego płynu, który wlewają do wody przed przepuszczeniem przez nią prądu elektrycznego. Był tą „miksturą“ zachwycony i dowodził, że ma przedziwny smak i jest bardzo zdrowa! Prócz ogólnego basenu idą dookoła korytarza oddzielne numery z wannami. Łazienka pierwszej klasy 1 szylinga (dwa złote trzydzieści groszy), drugiej klasy 6 yensów (pół szylinga), trzeciej 2 pensy. Wszystko skromne, proste, ale bardzo czyste i miłe. Wszędzie jakieś ozdóbki, miejscami kwiaty. Takich kąpieli w dzielnicy jest kilka. Stamtąd pojechaliśmy do pralni miejskich. Obejrzeliśmy z początku stare pralnie, a później nowe. Obie pralnie były przepełnione staremi i młodemi żonami robotników, piorącemi bieliznę. Stary system polega na praniu ręcznem w betonowych, oddzielnych dla każdej praczki korytkach. W nowych — maszyny piorą, suszą, maglują. Do prasowania są żelazka elektryczne. Robota odbywa się w nich dziesięć razy szybciej, bielizna zupełnie się nie drze, gdyż w zamkniętych bębnach, ogrzewanych parą o wysokiej temperaturze, obracających się nieustannie, niema żadnych mieszadeł, a bielizna przepłukiwana jest prądem gorącej wody, płynącej bez przerwy. Wyciska wodę i suszy wirówka ośrodkowa, przewiewana gorącem powietrzem. Pranie odbywa się z niesłychaną szybkością. Wejście do pralni nowej kosztuje szylinga, a każda godzina pobytu półtora pensa. W starych pralniach za wejście nic się nie płaci, a od godziny te same półtora pensa. Wszędzie obsługa przeważnie kobieca, jedynie przy maszynach mechanik, tym razem młody ładny chłopak, który wnosi w szeregi praczek dużo wesołości. Inwalida z wojny... Dowiedziawszy się, że jesteśmy Polacy, coś tam mamrotał po rosyjsku, gdyż nauczył się parę słów w niemieckiej niewoli. Chciano nam jeszcze pokazać magistrackie piekarnie i sklepy spożywcze, lecz czasu mieliśmy mało, więc zaproponowałem, żebyśmy ruszyli przedewszystkiem do domów robotniczych, które mię interesowały najwięcej. Nasz przewodnik, zdaje się członek komitetu budowlanego, był zachwycony. — Zobaczy pan, zobaczy pan, wybudowaliśmy całe miasto! Na pustkowiach, na śmietniskach... całe miasto!... — powtarzał, wiodąc nas na kresy dzielnicy. Istotnie niezadługo znaleźliśmy się wśród szerokich, nowych ulic, po obu stronach których ciągnęły się szeregi bar- dzo podobnych do siebie ze struktury, nowych, piętrowych domków. Przed każdym prawie był ogródek. W oknach wszędzie widać firanki i kwiaty. Okna duże, wewnątrz jasno, słonecznie. — Ale zaczniemy od dużych domów, gdyż i my z powodu drożyzny placów przechodzimy do budowy dużych domów! — tłumaczył nam nasz przewodnik, zatrzymując się przed trzypiętrową, długą na paręset kroków kamienicą. W oknach również firanki, rzadziej kwiaty. Zwiedzamy jedno, drugie, trzecie mieszkanie. Zawsze to samo, jeden większy pokój jadalny, jednocześnie bawialny i kuchnia zarazem. Kuchnia ukryta w wielkim angielskim kominie, gdzie w zimie wciąż musi płonąć węgiel. Pokój ten zwykle przepełniony rozmaitemi meblami, wśród których zawsze jest kredens ze szkłem i porcelaną... Wyściełane fotele, rozmaite drobiazgi na półkach, kominku, komodzie... Na ścianach sztychy i oleodruki... Ciasno w tym pokoju; przesiadują tu w wolnych chwilach przeważnie kobiety, gdyż mężczyźni, o ile nie pracują na fabryce siedzą w klubach, na boiskach lub w domach sportowych. Tu również stoi zwykle pianino lub fisharmonja; zastawałem dość często... roztwarte na pulpicie nuty. Mieszkania co do rozmiarów różnią się ilością sypialnych pokoi. Są takie, co mają jeden sypialny pokój, inne dwa, trzy nawet cztery (zawsze prawie na piętrze, jeżeli mieszkanko zajmuje osobny domek). Mieszkanka, składające się z conajmniej trzech pokoików, mają dodatkową kuchenkę do gotowania herbaty i pralnię. Mieszkanka z czterech i więcej pokoi mają prócz tego osobną łazienkę. Wszędzie składzik na węgle, zimna śpiżarka, wygódka, przedpokój... Wszędzie gorąca woda, ogrzewana w palenisku kuchennem, kanalizacja, światło elektryczne i t. d. W sypialniach jedynie wielkie łóżko pośrodku, gołe ściany, żadnych mebli i wiecznie otwarte okno... — W całym Londynie w ciągu trzech lat wybudowaliśmy z pomocą rządu 300.000 takich mieszkań... Teraz budujemy sami... Domy utrzymujemy w porządku z dzierżaw, i z nich spłacamy procenty od pożyczek oraz amortyzację. Za lat 20 domy zostaną własnością gminy. Nie sprzedajemy robotnikom nawet oddzielnych domków, gdyż to sprzeciwia się naszym zasadom, chcemy do obyczajów naszych wprowadzić własność zbiorową... Sprzedaż domów wprowadziłaby własność prywatną i zmieniła, zróżniczkowała charakter ludności... Dziś to są sami robotnicy. Płacą za 4 pokoje z kuchnią, ze światłem i wodą 14 i pół szylinga tygodniowo (33 zł. 35 gr.). Jeżeli nie mają dużo dzieci, lub który z synów wyjechał na zarobek i pokój mają wolny, pozwalamy go odnająć... Choć nie lubimy tego. Jeżeli ktoś nie płaci, a jest bezrobotny, potrącamy mu z wydawanej zapomogi. Pracujących, a niepłacących podajemy do sądu, ale zwykle do tego nie dochodzi. Żyjemy w zgodzie i dobrem porozumieniu, gdyż robotnicy czują, że mają w nas braci i przyjaciół. A teraz pokażę panom jak mieszkali robotnicy przed 50-ciu laty. Mamy jeszcze takie zabytki! — opowiadał nam przewodnik. Zaprowadził nas do małego domku, istnej kupeczki cegły i kamieni z wąskiemi, jak strzelnice, oknami i również wąskiemi drzwiami. Wyszła na nasze spotkanie jakaś zamorusana i odrapana kobiecina. Była trochę zmieszana naszą prośbą o pozwolenie zwiedzenia mieszkania, ale interwencja członka samorządu złamała jej niechęć. Weszliśmy. Co za nora! ciemna, zakopcona, ciasna, zapchana gratami!... Na górę, do sypialni już nas stara puścić nie chciała... Wyobrażam sobie, co tam było w tej maluchnej ciupce, jeżeli wziąć pod uwagę, że rodzina składała się z pięciu osób... Członek samorządu zdawał się być mocno zawstydzony. — już mało i niedługo wcale nie będzie. Kasujemy takie mieszkania!... — powtarzał wielokroć, wyprowadzając nas na ulicę. A przecież nieraz w gorszych o wiele mieszkaniach mieszkają polscy robotnicy. A mimo to polscy robotnicy nie starają się o wprowadzanie swoich samorządów, albo je źle kontrolują, jak w Łodzi!... Kto tu winien?! — pomyślałem sobie, opuszczając dzielnicę robotniczą Londynu i żegnając się z uprzejmymi członkami robotniczego magistratu.

SZKOŁY I OCHRONKI.

Chciałem choć pobieżnie zapoznać się z niektóremi urządzeniami społecznemi, dającemi pojęcie o kierunku i stopniu zainteresowania się szerokiej publiczności angielskiej sprawami pierwszorzędnej wychowawczej wagi. Poprosiłem więc p. posła Skirmunta, zaraz przy pierwszem widzeniu, o umożliwienie mi obejrzenia londyńskich ochronek dla najmłodszych dzieci, tak zwanych „nursery“, oraz „settlementów“ dla dorosłych. Pan poseł uprzejmie się zgodził i wydał odpowiednie zarządzenia, dzięki którym natychmiast po zakończeniu uroczystości w P. E. N. Klubie, zacząłem wędrówkę po Londynie ze specjalnie wydelegowanym , młodym, inteligentnym Anglikiem. Od niego dowiedziałem się, że większość takich urządzeń w Anglji stworzona została przez stare stowarzyszenia na tle religijnem, jak np. „Stowarzyszenie Przyjaciół“ (Friend Association) i t. d. Udaliśmy się więc tam. W ogromnym nowym domu, pełnym biur, sal odczytowych i miejsc zebrań, należącym do takiego towarzystwa, bardzo starego, mającego 300 lat istnienia i bardzo bogatego dzięki nagromadzonym legatom, uzyskaliśmy od wielce uprzejmego pana „manager’a“ (zarządzającego) pozwolenie na zwiedzenie ochronek oraz słynnego settlementu „Toynbee Hall“. Zaczęliśmy od ochronek. Ochronki okazały się nieszczególne. W paru widnych i czystych pokoikach starego ciemnego domu, bawiło się kilkanaścioro dzieci od 2 do 5 lat pod opieką ochroniarki i służącej. Dzieci były wesołe, rumiane, zachowywały się swobodnie, żartowały ze mną, zaśpiewały mi nawet chóralną piosenkę. Dostają śniadanie i „lunch“ bułki i mleko, owoce... Po „lunchu“ śpią i każde ma swoje „polowe łóżeczko“, płócienne wyrko, na niskiej podstawce — poduszeczkę i kołderkę... Mają kupkę piasku i dużo zabawek. Płaci się jedynie za pożywienie i to bardzo mało. Wszystko przedstawiało się bardzo przyzwoicie; ochroniarka była młoda, inteligentna i miła, otoczenie kulturalne... Ale nie to spodziewałem się znaleźć w bogatym Londynie! Wszystko o wiele ustępowało podobnym urządzeniom amerykańskim, gdzie w każdej dzielnicy większych miast są jeden albo dwa domki z ogródkiem, doskonale urządzone, a przeznaczone dla najmłodszych dzieci, nawet takich, że dożywiać je trzeba z flaszeczki. Każda robotnica, każda matka pracująca poza domem może spokojnie zanieść tam swoje dziecię i być pewną troskliwej, umiejętnej opieki... Pośrodku ogrzanej, widnej sali, w suchym basenie, otoczonym niską, wysłaną mięko balustradą, pełzają na ciepłym piasku najdrobniejsze maleństwa. — Tu w Londynie niema nic podobnego. Tu matki same pilnują małych dzieci. Może gdzieś w fabrycznych miastach są dla dzieci robotnic takie zakłady... Tu, w Londynie ich niema... Nawet takich, jakie pan widział, jest wszystkiego w całej stolicy 12 na siedem miljonów mieszkańców — śmiesznie mało, czy nieprawda?, Ale my, Anglicy, uważamy, że robotnik powinien tyle zarabiać, aby stać go było na utrzymanie rodziny bez pracy żony, która i tak ma dużo w domu roboty! — wyjaśniał mi mój przewodnik. Udaliśmy się następnie do podobnych zakładów dla dzieci ułomnych (defective). Utrzymywało je to samo towarzystwo, lecz w tym wypadku samorząd miejski szedł im z pomocą i pokrywał 3/4 wydatków. Wielki, również stary dom posiadał piękne boisko, ogród, obszerną zbiorową salę jadalną i szereg klas. Trafiliśmy właśnie na przygotowanie do „lunchu“ z dwuch dań, prostych, ale pożywnych. Uczyły się tu dzieci „ułomne“ nie w znaczeniu moralnem, lecz fizycznem, wszelkiego rodzaju kaleki: beznogie, kulawe, bezrękie, z zajęczą wargą, wreszcie mniej zdolne, głupawe i t. d. Pokazywano mi chłopaka o śmiałej, wesołej twarzyczce, którego potłukły konie i został czasowo przeniesiony tutaj ze szkoły normalnej. — Zresztą, sam winien, bo konie drażnił... — zauważyła nauczycielka. Uszczęśliwiony wisus wyszczerzył zęby i kiwnął mi potakująco głową. Widziałem wśród tej nieszczęśliwej dziatwy smutną parę, siedzącą na uboczu: ślepnącego chłopaka, któremu pomagał w lekcjach jego przyjaciel. Na ścianach dużo wesołych rycin, między innemi widziałem historję Anglji w humorystycznych i dowcipnych karykaturach. Myślę, iż obrazki te głębiej wbiją w wyobraźnię dziecka ważne z życia jego narodu, niż najdłuższe i najpatetyczniejsze opowiadania, Pokazywano mi również brzózkę, hodowaną przez same dzieci... Każde dziecko, które chce, ma swoją doniczkę lub pudełko z ziemią. A dzieci było w zakładzie około 200. Zarówno z twarzyczek dziecięcych, jak z zachowania nauczycieli wiała wesołość, swoboda i widoczna wzajemna sympatja. Dzieci były śmiałe, odpowiadały na moje pytania chętnie i z pewną dumą pokazywały mi swoje kajety oraz rysunki... Wszystkie dzieci należały do klasy niezamożnej, sama szkoła mieściła się już w dzielnicy robotniczej i była bezpłatna.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…