Front matter
MAKSYM GORKIJ
W WIĘZIENIU
TŁUM. MIRANDOLA
całość
MAKSYM GORKIJ
W WIĘZIENIU
TŁUM. MIRANDOLA
ODBITO NAKŁADEM ADMINISTR. »NAPRZODU«
W DRUKARNI WŁ. TEODORCZUKA W KRAKOWIE.
ył zimny, dżżysty dzień. Nad miastem zwisały nieruchomo ponure, szare chmury, a na brudną ziemię bez szelestu sączył się wolny, cienki deszcz i mętną, drgającą siatką przysłaniał ulice... Kuląc się pod zimnymi, mokrymi murami, otoczona łańcuchem żołnierzy policyjnych szła ociekającym wodą trotoarem gromada ludzi, mężczyzn i kobiet, a nad niemi unosił się zgiełk niepewny, głuchy, niewyraźny. Twarze szare, ponure, szczęki zaciśnięte, oczy spuszczone w dół, ten i ów uśmiecha się z zakłopotaniem, żartuje niby wesoło, usiłując w ten sposób zapomnieć o tem co go gnębi, co ciąży, co narzuca się świadomością bezsilności. Czasem rozlegnie się wykrzyk tłumionego oburzenia, ale brzmi głucho niepewnie, jak gdyby nie wiedział ów człowiek czy już pora się oburzać, czy może już zapóźno. Znużone twarze niektórych policyantów osiadła troska i złość, inni obojętni jakby rzeźbione z drzewa figury. Gęste krople deszczu połyskują na ich czapkach i wąsach, a ponad dachami niebo szare, beznadziejne, ciężkie wilgocią, sieje na tę, bez walki pokonaną gromadę ludzi wraz z deszczem duże lepkie płaty śniegu, od których ciemno się robi i bezmiernie smutno. — Zapędź ich na podwórze! — woła jeden z konwojujących zachrypłym głosem. Policyanci poczęli brutalnie wpychać przemokniętych, zbłoconych ludzi w bramę zamykającą skład drzewa. Powstał ścisk, ludzie zbili się jak owce w zwartą masę i tłum rozlał się ciemną falą po podwórzu. Głośniejsze stały się okrzyki oburzenia, ostre, nerwowe, rozgoryczone głosy się podniosły, z kobiecych ust wybiegły wołania przesiąkłe łzami. Misza Malinin, student z pierwszego roku, wesoły, dobroduszny młody człowiek, szedł pośrodku tłumu i wodził naiwnymi, niebieskiemi oczami po bladych zagniewanych, zakłopotanych twarzach. Płacz i krzyki kobiet, nerwowy śmiech, głuchy pomruk drażniły go, dusił się pośrodku tłumu, przepełniony poczuciem wstydu, gotów płakać z gniewu roztrącał wkoło ludzi, by prędzej dostać się na podwórze i ukryć się tam, odsunąć od innych i zostać sam. ...Małe rączęta chwyciły za rękaw jego płaszcza — ujrzał przed sobą bladą twarzyczkę z wielkiemi wilgotnemi oczami. Mokra od łez i śniegu podniosła się ku niemu, a czerwone, kurczem ściągnięte, wargi wyszeptały namiętnie: — Nie pójdę!... nie mogę i nie chcę! Potrącił mnie, nie mogę na to pozwolić... powiedz mu pan to. Dziewczynka dyszała ciężko, gwałtownie trzęsła głową, a czarne kędziory włosów latały niespokojnie po wilgotnych policzkach i białem czole. — Niech się tylko jeszcze raz poważy! — wykrzyknęła nagle tak głośno, że zagłuszyła cały zgiełk. Podniosła pięść w górę, wyprostowała się jak stalowa sprężyna, a oczy jej rozbłysły płomieniem gniewu. Duma zapaliła się nagle w piersi Miszy, gorąco przeniknęło jego członki, znikło kędyś poczucie wstydu, zaćmiło mu się przed oczyma i poczuł młodzieńczą odwagę, zuchwalstwo. Rzucił się w tłum, który rozprysł się pod jego naporem jak błoto uliczne pod kamieniem, który w nie pada... ujrzał przed sobą wysokiego, barczystego człowieka w szarym szynelu żołnierskim i drżącym z gniewu głosem wykrzyknął — Nie wolno bić, nieważ się bić! — Doprawdy... a to straszna rzecz... a któż bije? — odparł sołdat i zaprzeczająco machnął ręką. Znużoną jego twarz wykrzywił pogardliwy grymas. Potem kładąc rękę na ramieniu Miszy, rzekł: — Chodźno pan... proszę... bardzo proszę! Misza widział ten grymas i uczuł w sercu ostre ukłucie. — Nie pójdę! — wrzasnął rozwścieklony. — Nikt z nas nie pójdzie!... nie jesteśmy trzodą! Dosyć już gwałtów! I wszystkie zasłyszane piękne słowa o wolności i godności ludzkiej popłynęły mu przez usta potokiem i uderzyły w tłum, budząc u jednych gniew, rozgoryczenie u innych. Upojony własnym głosem, ogłuszony szaloną wrzawą wykrzykników, począł, niby iskra w kłębie dymu, krążyć w tłumie, nie zauważył nawet jak ktoś się z nim kłócił i jak go wreszcie porwano z tłumu. Dopiero w dorożce, w drodze do komisaryatu policyi, przyszedł do siebie. Oczy otworzył szeroko, wciągał chciwie powietrze i drżał z świadomego swej siły, młodzieńczego podniecenia. Nie zdawał sobie sprawy z tego co zaszło. Obok niego siedział i trzymał go wpół komisarz policyi, młody człowiek z czarnymi wąsami i szramą na prawym policzku. Wyraz twarzy jego był ponury, wargi miał zaciśnięte, przymrużonymi oczami patrzył przed siebie i dotykał raz po raz lewą ręką twarzy. — Gdzie mnie pan wiezie? — spytał Misza dobrodusznie. — Na komisaryat! — syknął przez zęby urzędnik i twarz jego boleśnie. — Czy pana... uderzył kto? — spytał Misza z współczuciem. — Ząb mnie boli... ach! — Trącił izwoszczyka w plecy i krzyknął złym, histerycznym głosem: — Prędzej, prędzej... przeklęta gadzino! Izwoszczyk, mały siwy starzec zwrócił ku niemu pokrytą zmarszczkami twarz i odrzekł łagodnie mrugając załzawionymi, czerwonymi oczami: — Jeszcze na czas zdążymy. Wasza Wielmożność... więzienie, to nie kościół, nigdy tam nie zapóźno. — Ty śmiesz ze mną rozmawiać? — syknął komisarz. Izwoszczyk ściągnął przerażony cugle i krzyknął na konie: — Hej, hej wio! Na ulicy pojawiały się postaci przechodniów w gęstej, czepiającej się wszystkiego mgle. Zdawało się, że w oparach tych zmylili drogę i błądzą oto smutni bez szelestu tam i nazad niewiedząc dokąd iść. Z głuchym turkotem i zgrzytem przesuwały się wagony tramwajowe, a z pod ich kół sypały się złowrogie, niebieskie iskry. W wagonach siedzieli czarni, nieruchomi ludzie. Bezustannie dźwięczały podkowy końskie na ulicznym bruku, żółte płomienie latarń zapalały się przed oczami, drgały chwilę i tonęły znowu w bezmiernem oceanie mgły. Gumowe koła powozu podskakiwały pędząc po nierównym bruku, a i w Miszy poczęło coś drżeć. Coś drgało mu w piersiach i sprawiało niemiłe uczucie, ale równocześnie zatlił się cichy płomyk jasnej, spokojnej świadomości spełnionego obowiązku. U bramy komisaryatu rzekł zachrypłym, obojętnym głosem mały, gruby, szary jak mgła człowiek: — Ha, ha, to jeszcze jednego pan przywozi? Bardzo dobrze, ale miejsca niema! Jego Wielmożność rozkazał, zaraz zawozić do więzienia. — Niech go porwą wszyscy dyabli! — wyjęknął komisarz, a potem rzekł, zwracając nagle ku Miszy wykrzywioną bólem twarz: — Widzi pan... panie student... i oni też mówią, że my jesteśmy dla ludu! Ach jestem chory... a mimo wszystko muszę pana wieść. Potem, szybko zwróciwszy się do woźnicy krzyknął: — Dalejże ruszaj... słyszysz... do więzienia gubernialnego. Misza mało nie parsknął śmiechem, ale niechcąc obrazić chorego człowieka rzekł grzecznie: — Czemu pan nie weźmie kreozotu? Komisarz nie odrzekł nic, dopiero przy bramie więzienia rzekł smutnie wysiadając z dorożki: — Próbowałem i kreozotu... ale daremnie... Chodź pan proszę!...
więzieniu także miejsca nie było i Miszę osadzono w małej celce, przeznaczonej dla przestępców kryminalnych. Siwowłosy, wysoki dozorca o bezbarwnych, nieruchomych oczach, z podłużną twarzą i spiczastą bródką, zatrzasnął za nim ciężkie drzwi i wsadziwszy głowę w wycięte w nich okienko, rzekł niby przez tubę, głuchym, jednostajnym jak deszcz głosem: — Jeślibyś pan czego potrzebował, proszę zawołać. Jestem tutaj. I znikł cicho, jak mysz. Młodzieniec patrzył za nim chwilę ciekawie, potem pozując trochę sam przed sobą spokojem, począł obserwować celę. Był to mały, wąski pokoik. Po lewej stronie rysowała się gruba, przysadkowata sylweta pieca, zaraz koło niego poczynał się szereg skośnych, brudnych prycz. Było ich cztery. Ostatnia stała tuż pod wielkiem oknem zamkniętem mocną, pokrytą warstwą czerwonej rdzy, kratą żelazną. Między pryczami, a prawą ścianą był pas wolnej przestrzeni, mniej więcej półtora arszyna szeroki. Oprócz prycz, nie było w brudnej, ponurej celi niczego. Pełne pęknięć sklepienie kamienne, ciężkim łukiem wznosiło się w górę i opadało po lewej stronie niemal aż do poziomu prycz. Łuk ten nadawał celi dziwny kształt, regularnie na dwie połowy podzielonej półkuli. W najwyższym punkcie sklepienia, na prawej ścianie paliła się lampka elektryczna pokryta kurzem, oświetlając okryte plamami rozgniecionych pluskiew i różnymi napisami ściany. Obok pieca, ponad pryczami wydrapał ktoś gwoździem niezmiernie długie szeregi cyfr — ktoś dodawał, odejmował, mnożył, widocznie chcąc tem zajęciem zapełnić pustką spędzanych tu dni i walcząc ze straszną nudą samotności... Bliżej okna, na ciemnej plamie wyschniętej pleśni wypisane było wielkiemi literami:
Z Wiazmy kompany myśmy dwa Oj zbiegliśmy świata kawał Bralim, choć nikt nie dawał, Bo kupić chleba tsza, I łykać
Misza uśmiechnął się — cóż to może znaczyć »I łykać?« — Pewnie: »jeść żarłocznie!« — zadecydował spoglądając na szeregi nieforemnych liter rozsianych po ścianie, w jakimś wesołym nieładzie. I oczom jego ukazali się kompany z Wiazmy. Dwa gałgany, zawsze weseli, obdarci, głodni, niczego się nie boją, przed niczem nie cofną, błąkają się bezustanku z jednego miasta do drugiego, jak padnie »biorą choć nikt nie daje« i żyją jak ptaki drapieżne pośród ludzi... Misza odczytał jeszcze raz wiersze, potem nagle uczuł dla tych pogryzmolonych ścian jakąś sympatyę, wesołość go ogarnęła i — roześmiał się. Za drzwiami rozległy się kroki, ktoś szedł, suwając nogami, głos jakiś przytłumiony, wezbrany złością spytał: — Czego pan chcesz? Misza drgnął, obrócił się — przez wycięty w drzwiach otwór patrzyły oczy zimne, nieruchome. — Wołałeś pan? — Nie. — No więc cóż? — pytał natarczywie dozorca wpijając weń wzrok. — Nic, roześmiałem się... roześmiałem się tylko. Oczy i głowa znikły gdzieś za górnym brzegiem otworu, a z kurytarza dobiegł głuchy i jak się zdawało obrażony głos... — Tu śmiać się nie wolno... — — Zakazane? — spytał dobrodusznie uśmiechnięty Misza. Nie było odpowiedzi. Z podwórza więziennego dobiegł zgiełk licznych głosów, gdzieś w kurytarzu pluskała woda, w sąsiedniej celi zabrzękły czasem z cicha łańcuchy, a wszystkie te odgłosy zlewały się w jednostajne głuche warczenie, które nie budziło chęci słuchania. Chuda, długa twarz dozorcy, okrągłe jego bezbarwne oczy, szare, krzaczaste brwi, szerokie, pomarszczoną skórą okryte czoło zjawiły się przed Miszą nagle. — Fedko, zielony potworze! — zgrzytnął ktoś w kurytarzu. Rozległ się śmiech, ktoś przebiegł tłukąc ciężkiem obuwiem pod drzwiami... — Ciszej tam kozły jakieś! — rozległo się wołanie. Misza westchnął i począł odczytywać napisy. Na sklepieniu, w miejscu do którego sięgnąć można było ręką leżąc na pryczy, ktoś wypisał starannie literami drukarskimi: »Tu siedział Ignacyef Usof, za zamortowanie żony i Szaszka Gryzłof za udrękę swej, w miesiącu sdyczniu, działo sie roku 1900 wypuściłem imbebehy.« Misza zadrżał. Zdziwiła go treść napisu, ale więcej może jeszcze staranność, z jaką był wykonany. Czuło się, czytając go, że Ussow wierzył silnie, iż ma prawo mordować. Misza chciał sobie wyobrazić tego Ussowa, ale nie mógł wymyśleć odpowiedniej dlań postaci... spokojny morderca, fantazyi jego przedstawiał się jako punkt bezkształtny a groźny, a po środku tego czarnego punktu błyszczał matowy, czerwony płomyk. Za drzwiami rozległy ciężkie kroki. Ktoś krzyknął: — Spokój! Zazgrzytało żelazo, drzwi się otwarły i do celi weszli dwaj dozorcy i drugi pomocnik dyrektora więzienia — mały człowieczek, o ciemnej, szpiczastej twarzyczce z mysiemi przestraszonymi ciągle oczkami. Z pod oka spojrzał na Miszę, zmierzył wzrokiem całą jego postać i odwrócił się w milczeniu. Jeden z dozorców, ryży, gruby człowiek z wielkim brzuchem podszedł do okna i zbadał ręką kratę, drugi, którego Misza już znał, barczysty starzec stał nieruchomo w progu kaźni i oczy bez wyrazu utkwił w więźniu. Koło nóg starca prześliznął się i wpadł do celi, niby obłok zimnego powietrza podczas mrozu, aresztant-kryminalista, wepchnął szybko naczynie drewniane, grubo dziegciem wysmarowane pod pryczę i znikł. »Władza« też oddaliła się tupiąc głośno nogami i nie rzekłszy do Miszy ni słowa. Zgrzytnęła ogromna zasuwa, zatrzaśnięto z łoskotem drzwi i władza poszła dalej wzdłuż kurytarza, a za nią płynął szczęk kluczy, coraz cichszy, coraz dalszy. — Spokój! — do kaźni Miszy doleciał przytłumiony rozkaz. Gdzieś zaskrzypiał blok żelazny, drzwi jakieś zatrzaśnięto, powietrze drgnęło od wstrząśnienia, niby od strzału, znowu zazgrzytała zasuwa, rozległy się wyraźnie głośne miarowe kroki i Misza posłyszał raz jeszcze groźne: — Spokój! Potem zapadła głęboka cisza, jakby naraz całe więzienie owinął ktoś miękką, czarną, nieprzenikliwą dla dźwięków materyę. Misza poczuł coś, jakby poczynający się ból zęba, ale zaraz zawstydził się tego bólu, potrząsnął głową, wsunął ręce głęboko w kieszenie spodni i poświstując głośno, począł chodzić po celi tam i napowrót. Czerwone oko dozorcy ukazało się w okienku i suchy, starczy głos wyrzekł spokojnie: — Nie wolno świstać! — Nie wolno? — spytał zatrzymując się Misza. — Rozumie się — odparł stanowczo dozorca. — Dobrze, nie będę już! — powiedział Misza i wzruszył ramionami. Przez kilka sekund tkwiło mętne oko w małym otworze w drzwiach, potem zwolna podniosło się w górę; za drzwiami, rozległy się miękkie ciche kroki — oddalały się — ucichły. Z celi sąsiedniej, gdzie siedzili skazani na katorgę, dochodził głuchy, jednostajny odgłos. Pewnie ktoś się modlił, albo opowiadał bajkę. Misza podszedł do okna, wylazł na deskę i z czołem opartem o zimne żelazo kraty zapatrzył się w czarną ciemń nocy jesiennej... Ale tak była głęboka i nieprzenikniona, iż wydało się, że ręka wyciągnięta za okno pokryje się wilgotną, czarną jak sadza warstwą... Gdzieś, w dali odważnie łyskał mały wesoły ognik, a w tej wielkiej, ciemnością zalanej przestrzeni ciasno było i samotnie jak w więzieniu.
głuchym bezwładzie ciszy pogrążony, w cichości, w której dźwięk każdy zabrzmiałby jaskrawo, rozgłośnie poczuł Misza, że rośnie duma jego. ...Pośród setek, on jeden miał odwagę zbuntować się — stawić opór i przeciw gwałtowi zaprotestować... Pamięta od łez wilgotne oczy dziewczynki... cóż się z nią stało? Może jej się udało uciec i oto teraz siedzi w swej izdebce i opowiada przyjaciółkom, jak jakiś smukły młodzieniec o jasnych włosach i niebieskich oczach, z których się sypały iskry gniewu, płomiennymi słowy wzywał do walki, z uciskiem niosąc zapał w tłumy ludzi i żądzę boju o swe prawa. I blada twarzyczka dziewczyny promienieje zachwytem... — Czy ją też kiedy spotkam? — pyta się siebie samego rozmarzony Misza i uśmiecha się. Wysoko, na czarnem niebie, strasznie, strasznie wysoko błyszczą gwiazdy — ledwie je widać przez straszliwie brudne szyby. Misza wsunął rękę między pręty kraty i otworzył kwaterę okna. Buchnęło mu na twarz zimne, nocne powietrze i równocześnie doszedł silny, miły odgłos miarowych kroków. — Warta, — więzienie... — a jednak nie ciężkie to i nie straszne! — myślał Misza, wspominając straszne opowieści o więzieniach. I dodał z pogardliwym uśmiechem, odrzucając dumnie głowę w tył: — Neurastenicy! Było mu miło, iż nie odczuwa przygnębienia, że więzienie nań nie oddziaływa deprymująco, że serce jego tętni równo i spokojnie... Gdyby wszyscy ludzie — myślał — razem, jak ja odważnie — rzucili się na to co im tamuje drogę, co im zacieśnia życie... i wydało mu się, że po jednym takim ataku, po jednym czynie, życie stałoby się zaraz miłe, pogodne, spokojne... Przyszła mu na myśl jego gospodyni, od której odnajmywał stancyę. Lubiła go ona za pogodne, zawsze jednakie usposobienie i traktowała jak syna. Pewnie się bardzo zmartwi, gdy ją wieść dojdzie o aresztowaniu... ale niezawodnie nie omieszka przysłać mu pościel, bieliznę i obiad... zapłacił przecież za miesiąc z góry. — Przerazi się też i siostra. Ale mąż jej potrze sobie, jak zawsze, łysinę i powie z westchnieniem: — Ha, trudno, niema rady! Tego można się było spodziewać... Szkaradny człowiek ten szwagier... — ale co prawda dobrali się w korcu maku... mieszkają w tej zakazanej Kałudze, dostają 1000 rubli rocznej pensyi i nie pragną niczego więcej... Czarne, rozwichrzone chmury przelatywały szybko. Kryły się za nie gwiazdy, i wybłyskiwały znowu po chwili na ciemno szafirowym skrawku nieba... Misza bez zmrużenia powiek wpatrywał się w nie, a myśli jego wirowały powoli, ciągle zmieniając się, ciągle wypierając wzajemnie. Przyjemnie będzie opowiadać o więzieniu tam... — na wolności... niedługo może! — myślał... Może spotkam tę samą dziewczynkę. Ujrzał znowu bladą, czarnymi kędziorami otoczoną twarzyczkę, oczy z których wyzierała troska i gniew. I powstało w nim pragnienie napisania dla niej wiersza. Zamknął oczy, pomyślał i wyszeptał w kilka minut potem w podnieceniu:
Hen z nieba ku ziemi mrugają Gwiazd roje rzucone w zaświaty. Lecz w Rosyi wolności nie mają, I błyszczyć tu muszą przez kraty.
Czterowiersz wydał mu się piękny i mądry. Ucieszony, zeskoczył z okna i począł chodzić po kaźni, śmiać się i powtarzać głośno:
Ach! w Rosyi wolności nie mają I błyszczyć tu muszą przez kraty...
— Mówić nie wolno! — rozległ się półgłośny niespokojny szept. Misza przystanął i przez kilka sekund patrzył w połyskujące w okienku oko dozorcy. — A czemu nie można? — spytał wreszcie zniżając mimowoli głos. — Zakazane! — szepnął dozorca — uspokój się pan! — dodał równie cicho. Miszy wydało się, że oko połyskuje teraz inaczej — jakieś ożywienie zeń patrzyło i komiczna trwoga. — Ale czemu? — spytał Misza, zbliżając się do drzwi i śmiejąc się z cicha. — Prócz pana nikt przecież nie słyszy... czyż pana mój głos razi? Pochylił się do okienka, poczuł na twarzy gorący oddech i posłyszał surowe słowa. — I czemuż się pan śmiejesz, panie student? Czyż pana tu na śmiech wsadzono? — Ale powiedz mi pan... począł Misza. Oko dozorcy znikło, cisza zapadła na nowo. Misza wsadził głowę w okienko i zobaczył przed sobą w półcieniu kurytarza ścianę pomalowaną żółtą farbą, a na niej ciemną plamę, silnie żelazem okutych i na ogromny zamek zamkniętych drzwi. Pośrodku drzwi błyszczał okrągły, jasny otwór... — Panie, panie! — wyszeptał Misza. Czekał na odpowiedzi daremnie. Co za dziwny człowiek, pomyślał i serce mu się ścisnęło boleśnie. — Spokój! — pod oknem rozległ się głuchy, zachrypły obojętny głos. Szczęknął o ziemię karabin. Misza wyskoczył znowu na deskę pod oknem. W ciemności żołnierz z warty mruczał pospiesznie, przyciszonym głosem. — Dwanaście okien, dwie budki szyldwacha. — Hej, Czuwacz! — rzekł ktoś chrapliwie. — Gdy zobaczysz, że z okna wychyla się głowa, albo ręka... uważaj, nie strzelaj! — Tak toczno! — Pamiętaj! — bo oberwiesz jak niedawno, — Bykow... wytłumacz mu dokładnie... W ciszy słowo każde jest jak iskra jasne i wyraźne. — Gdy zobaczysz, że ktoś wygląda przez okno... nie strzelaj... rozumiesz? — mówi głęboki bas. — Tak toczno!... Dwa te słowa wymówione łamanym rosyjskim językiem brzmią smutno, trwożnie... — No, a jakby ktoś wylazł przez okno i biegał tu i tam... to co wtedy... — wiesz? — Tak toczno! — To wtedy zawołaj zaraz: Kto idzie?... i tak do trzeciego razu, a potem strzelaj, ale tylko w górę, by przestraszyć... rozumiesz... a potem strzelaj do uciekającego... — albo go bij kolbą, albo kłuj bagnetem... — jak ci będzie wygodniej... rozumiesz? — Tak toczno! — A teraz chodź stąd dotąd... i patrz po oknach... tak.. a nie poważ się zasnąć! — Nie! — No, naturalnie ty ośle jakiś! A teraz powiedz mi kiedy masz strzelać?... — Gdy ktoś na czwo... czorakach będzie wyłaził... — A jak przejdzie prosto przez ścianę? Milczenie. Słychać czyjś ciężki oddech i jak czyjeś buty uderzają niecierpliwie w mokrą ziemię. — No i cóż durniu jakiś, ha? — Wtedy — wtedy bić — rozlega się lękliwy, cichy szept... — A gdy głowa się pokaże w oknie... co wtedy? Znowu milczenie. — Karabin brzęczy, ktoś spluwa ze złością. — Co wtedy zakuta pało?... co wtedy ty... Rozlega się obrzydliwe słowo, którego oddać niepodobna i odgłos, jakby ktoś dłonią uderzył w stół. — Wtedy, wtedy... nic! — brzmi cicha, ledwie dosłyszalna odpowiedź. — Kłamiesz! — ryczy bas, — wtedy masz powiedz: Precz od okna!... rozumiesz... ach ty bydle, ach ty głupie bydlę! marsz! Misza przycisnął się do kraty i usiłował dojrzeć żołnierza, który tak trwożnie i smutnie odpowiadał. Wąski pas przestrzeni między ścianą więziennego, a wysokim, kamiennym murem zalewała noc nieprzebita, a w tej czerni się zwolna, prawie bez szmeru, mała szara postać z głową do góry zadartą. Jasny języczek bagnetu błyskał w ciemności, jak ryba pływająca w wodzie. — Precz! — rozległ się szybki, przerażonym głosem wyrzucony okrzyk. Misza po cichu zlazł z deski okiennej i obejrzał się dokoła. W kaźni duszno było... na szarej ścianie widniało wypisane wielkiemi literami, ołówkiem wypisane, ordynarne, cyniczne przekleństwo... Przeczytał je, i nagle powtórzył głośno... potem spojrzał na okienko w drzwiach, położył się na pryczy i zamknął oczy. W tej samej chwili błysło w otworze drzwi, ponure rybie oko dozorcy.
isza spał na pryczy twardym snem. Śniło mu się, że z trudem przedziera się przez wązką, ciemną ulicę... biegnie, bo ktoś pędzi za nim, ktoś niewidzialny... Dogania go, chwyta za ramię i krzyczy coś niezrozumiałego, jakieś ostre słowa: — Wstaj pan! Do kontroli! Otworzył oczy i wzniósł nieco w górę głowę. Ujrzał obok siebie ryżego, grubego dozorcę, który szarpał za poły jego surduta, podczas gdy wysoki, pochylony pomocnik dyrektora więzienia wpatrywał się weń, szarymi oczkami z pogardliwą miną. — Raczy pan może wstać nareszcie... tu nie jesteś pan w domu u mamy! — Wstaję! — rzekł Misza nie czując się wcale obrażonym, uśmiechnął się i zeskoczył z pryczy. Pomocnik dyrektora spojrzał mu w twarz, zwrócił się do drzwi, mówiąc już nieco łagodniej. — Powinieneś pan prosić o papier i napisać do domu po pościel... i inne rzeczy. I wyszedł, nie obejrzawszy się. Miszę zaprowadzono do umywalni, na koniec kurytarza, gdzie nad długą, szeroką blaszaną rynną wmurowaną w ścianę, widniał szereg kurków mosiężnych. Woda ciekła z nich strumieniami. Po kurytarzu biegali aresztanci w szarych ubraniach, z blaszanymi saganami w rękach, a od czasu do czasu rozlegało się wołanie: — Gorącej wody, dajcie no gorącej wody! Hej! Szczękając łańcuchami, zbliżył się do Miszy, zakuty w kajdany, barczysty, wysmukły katorżnik o bladej twarzy z gęstą, jasną brodą. Spojrzał na studenta mrugnął oczami i rzekł z uśmiechem na ustach. — Ha paniczu, złapali nareszcie ptaszka! Ryży dozorca przyniósł Miszy w blaszance gorącej, cienkiej herbaty i wielki kawał czarnego chleba. Skórka jego podobna była do podeszwy buta, a lepka ośródka cuchnęła kwaśno. W więzieniu huczało jak w ulu ós spłoszonych. Słychać było śmiechy, przekleństwa, urywki piosenek, i groźne wykrzyki dozorców, a w kurytarzu szeleściły cicho miotły, pluskała woda. Misza ciekawy życia i ludzi zamkniętych w tym starym, z brudu i kamieni składającym się budynku, nadstawiał uszy na te . Mało czytał, mniej jeszcze widział. Aż do czasów uniwersyteckich pędził nudne życie w ponurym domu szwagra. Płynęło mu ono szaro, smutno i gdy potem dostał się między studentów, czuł się nieswojo. Wszyscy mówili z zapałem, mądrze, posługiwali się wyszukanym, książkowym językiem, rozprawiali o różnych sprawach społecznych... Wielka fala niezadowolenia z dotychczasowych warunków życiowych porwała Miszę i obudziła w jego duszy niejasną, ale silną żądzę protestu. Ale nie miał jeszcze czasu zdać sobie z tego sprawy, zrozumieć w jakim kierunku protest ten ma być właściwie zwrócony. Teraz czując się bohaterem, chwytał nowe wrażenia z chciwością i wypełniał nimi młodą wrażliwą duszę. Wypił herbatę i wlazł znowu na okno. Ścieżką biegnącą wzdłuż muru, otaczającego budynek więzienny, kroczył szybko z założonymi na plecach rękami, barczysty, czarnowłosy mężczyzna, w czapce i krótkiem, grubem palcie. Czasem odrzucał w tył głowę, i nie zatrzymując się obrzucał bystrem, krótkiem spojrzeniem okna. Misza poczuł, że to spojrzenie jasno błyszczących oczu prześlizgło się kilka razy po jego twarzy. Chciał mu coś powiedzieć, wymienić swe nazwisko, zapytać za co go uwięziono, i gdy człowiek w palcie znalazł się pod oknem, zawołał Misza półgłosem: — Słuchaj pan! — Nagle wylazł skądś żołnierz i krzyknął ostro, grożąc palcem Miszy: — Hej ty tam słyszysz... niewolno! Człowiek w palcie wzruszył ramionami i poszedł dalej, uśmiechnąwszy się do Miszy. Misza zeskoczył na podłogę. Żołnierz wyskakujący nagle, licho wie skąd, przeraził go, ale natomiast uradował bardzo uśmiech nieznajomego o błyszczących oczach i wydawało mu się, że ten uśmiech utrwalił między nimi jakąś bardzo miłą, cenną sympatyę i równość. Około południa przyszedł, młody, cienki jak szczypa dozorca, z twarzą straszliwie zeszpeconą ospą. Stanął w progu i rzekł cicho, nie patrząc na więźnia. — Kazano mi prosić, by pan wyszedł na przechadzkę. Na podwórzu błoto było wielkie. W dołach, pomiędzy kamieniami, stały łachy wody brudnej. Aresztanci uzbrojeni w mietły chodzili po podwórzu i popychali leniwymi ruchami wodę ku bramie, ale rzadkie błoto rozlewało się znowu pomiędzy kamienie... Nadzorca zaprowadził Miszę, za węgieł gmachu więziennego i rzekł półgłosem. — Proszę spacerować, tam i napowrót, od rogu do muru... rozmawiać z aresztantami nie wolno! Tutaj, pod szafirowem w bezmiar rozlanem niebem słowo »niewolno« pierwszy raz ukłuło Miszę w serce. W jego dźwięku poczuł coś co poniża, co zwala z nóg... coś jak tępe uderzenie. Ściągnął brwi i spojrzał w zeszpeconą, jak maska nieruchomą twarz, porośniętą na kościach policzkowych i policzkach rzadkiemi pęczkami żółtych włosów. Wyglądała komicznie, a oczy zdawały się na tej twarzy, na pierwszy rzut oka, czemś zgoła różnem od niej i obcem. Były to oczy ciemne, owalne, oczy pięknej kobiety, łagodne, słodkie ocienione długiemi rzęsami. Spoglądały życzliwie, smutnie wyzierało z nich wahanie, lękliwość i tragicznie harmonizowały ze straszną maską twarzy. — Niech pan chodzi! — rzekł dozorca. — Stać także niewolno! Misza począł iść powoli, dozorca oglądając się, szedł za nim nieco z boku. — Czemu się ciągle buntujecie? — spytał cicho, patrząc w ziemię. — Czyż nie lepiej uczyć się... byłby Pan mógł zostać z czasem pomocnikiem prokuratora... a może i czemś więcej a pan się zamiast tego buntuje... taki młody piękny człowiek... szkoda... masz pan zapewne matkę? Miszę uderzyły przyjemne, słodkie, łagodne słowa, stanął, uśmiechnął się i już chciał powiedzieć coś prostego a miłego i grzecznego... już kładł rękę na sercu... gdy nadzorca odskoczył przerażony, rzucił okiem dokoła i wyszeptał. — Chodź pan, chodź pan! Gdyby nas zobaczono... ukarano by mnie za rozmawianie... zresztą nic więcej! Oddalił się pospiesznie i znikł za narożnikiem budynku, a Misza z duszą pełną smutku, ciekawości i jakiejś radości zarazem, począł zwolna chodzić wzdłuż wysokiego, dokoła więzienia, muru... Nad zapadłym jakoby w ziemię, prostokątnym budynkiem więziennym o czterech wieżach po rogach rozlany był niemy, blady jakby, deszczem jesiennym wypłukany firmament... pusto tam było, smutno i zimno... i od wilgotnych murów więzienia wiało smętkiem i nędzą rozpaczną... Ciekawym ile ja tu dni pobędę? myślał Misza, rozglądając się wokoło. Był przekonany, ze już i teraz, gdyby go wypuszczono, mógłby wiele ciekawych rzeczy opowiedzieć o więzieniu. W wyobraźni zjawiła mu się znowu ulica, tłum osępiałych, przerażonych, czarnych postaci, policyanci, dziewczynka... Zatopiony w rozmyślania nie spostrzegł, jak szybko czas przechadzki minął i gdy zjawił się znowu ospowaty dozorca i odezwał się: — Proszę wracać do kaźni! Misza zdziwiony zawołał: — Jakto, już? Dozorca skinął potakującą głową. W kurytarzu szepnął Miszy do ucha: — Moja matka żyje w przytulisku dla starców. I spuścił głowę zawstydzony. — Aha! No... to nic... — odparł Misza i uśmiechnął się. Nie mógł znaleść stosowniejszego słowa. Znowu zazgrzytała przenikliwie żelazna zasuwa i trzasnął zamek... Misza został sam na środku kaźni. Stał i spoglądał przez chwilę dokoła, a potem siadł na pryczy. Wszystkie wspomnienia, wszystkie marzenia gdzieś pierzchły, uczyniła się w nim pustka dziwna i zapadł w półsenne odrętwienie. Dzień za dniem płynął mu tak czas jednostajnie bezbarwnie szaro... ale dzień każdy mimoto przydawał nieznaczną, małą kropelkę czegoś nowego, każde najmniejsze, najbłachsze wrażenie wydawało się jaskrawą plamą na tem dziwnie monotonnem podścielisku codziennego życia.
ontrola dawno skończona i więzienie zapadło w ciężki kamienny sen. Przez okienko w drzwiach dochodzą czasem dziwne szelesty... ktoś mruczy przez sen... ma może gorączkę. Cicho skrada się pod drzwiami dozorca. Dzisiaj ma służbę nocną starzec z rybiemi oczyma. Stąpa wolno kurytarzem i mruczy coś. Misza leży na pryczy, nadsłuchuje i myśli... Dziś podczas przechadzki opowiedział mu ospowaty całą historyę swego życia. Jest synem jakiegoś oficera który uwiódł matkę jego — szwaczkę — a potem porzucił, zostawiając jej na pamiątkę swoją fotografię i dziecko. Młoda kobieta pracowała bez odpoczynku, niezmordowanie, prócz dziecka nic jej życie nie dało. Posyłała syna do szkółki parafialnej, potem do szkoły miejskiej, ale tam wytargał go nauczyciel za włosy. Matka która nigdy złego słowa nie dała dziecku, zabrała przeto syna do domu. W dwa lata potem wyrobiła mu miejsce pisarza w kancelaryi sędziego śledczego a sama szyła, robiła na drutach, fabrykowała sztuczne kwiaty i pracowała, pracowała bez końca. Syna wzięto do wojska. Wychowany miłością matki, kochając ją i ubóstwiając, znieść nie mógł drwinek jakie sobie z niej robił podoficer któryś, i podczas mustry uderzył przełożonego. Za to przydzielono go na trzy lata do karnych batalionów i nie policzono tych trzech lat do służby. A matka pracowała dalej, była już teraz starą kobietą, ale pracowała dalej, opłakując los syna. Gdy po siedmioletniej służbie wrócił do domu, wyczerpany był, wystraszony, na ciele i duszy złamany. Matka tymczasem prawie że oślepła, nie mogła już pracować i musiała żebrać pod kościołem. Ale podarowała wracającemu synowi szalik na szyję, ostatnie swoje dzieło, ostatni wysiłek drżących rąk i ślepych oczu, ostatni wytwór upadających sił i życia poświęconego synowi bez skargi i wyrzutu. Przez ciąg kilku miesięcy nie mógł znaleźć roboty i żył z uzbieranych przez matkę pieniędzy. Matka niedługo oślepła do reszty, a syn znalazł miejsce dozorcy więziennego. Ktoś umieścił staruszkę w przytulisku i żyje tam robiąc po omacku skarpetki dla syna... — Co za kobieta! — myślał Misza. — Ileż miłości i pracy włożyła w życie tak piękne, tak proste, tak wzruszające! — Panie Malinin! — Misza posłyszawszy półgłosem wyszeptane swe nazwisko, zeskoczył z pryczy. W okienku błyszczało niespokojnie oko dozorcy. — Czemu pan mówi do siebie? — spytał stary. — Ja?... Ależ ja wcale nie mówię — odparł zdziwiony. — Słyszałem wyraźnie. — A to z pewnością tylko tak... mimowoli. — A właśnie, właśnie... radzę jednak panu, by się pan hamował! Oko znikło na małą chwilę, ukazało się jednak znowu. Stary począł szeptać głosem ostrzegawczym: — Akurat tak jak pan, mawiał tu jeden do siebie... tak, zupełnie tak samo — no i prawdę powiedziawszy, ...to był... mój siostrzeniec... — No i coż? — szybko spytał Misza. — No cóżby, — posłali go do domu waryatów... — Waszego siostrzeńca?... — A no tak... — szeptał starowina, a oko jego podskakiwało dziwnie, pewnie kiwał potakująco głową. — I on tu siedział?... — spytał cicho Misza. — W kaźni Nr. 9. — A wyście go... wyście go... wyście też tu byli? — mówił Misza głosem przerywam, czując równocześnie jakiś niemiły zimny kurcz w sercu. — Jestem tu już od siedemnastu lat — odparł stary ze spokojem — właściwie idzie mi już na ośmnasty. Misza spoglądał na matowe oko starego i jego suchy, kościsty nos i miał ochotę spytać: — Czyście szpiegowali swego siostrzeńca, tak jak mnie? Ale nie powiedział tego głośno, nie chcąc robić staremu przykrości, rzekł tylko: — A toście tu już dawno!... — Czekaj no pan, przyniosę sobie krzesło, — szepnął dozorca mrugając swojem okiem — ciężko mi już schylać się... bolą mnie krzyże! Poszedł. Misza stał u drzwi, słyszał suwanie pantofli starca i myślał: Jeśli ten człowiek ma duszę, to musi ona być równie czarna, zwiędła i sucha, jak jego twarz... Stary wrócił za małą chwilę, postawił kszesło bez szelestu pod drzwiami. Znowu oko jego błysło w otworze. — Tak, ...tak dużo wygodniej! — ...począł. — Spać nie mogę, ...wszystkie kości mnie bolą — pan także nie śpi... no to pogwarzymy... W nocy wolno... w dzień zakazane, ale w nocy... ktoby się tam zresztą dowiedział? W dzień udaje srogość wobec pana... być inaczej nie może... — rozumie się, władza każe! Ale w nocy mogę sobie pofolgować z panem. A zresztą cóżeś to pan za zbrodzień? Głupstwo! Nie zabiłeś pan nikogo, nie okradłeś... he, he, he, rumiane policzki... młody... żal mi pana doprawdy... Śmieje się, to... cieszy, jakby dostał awans!... he, he, he! Ot młodość!...ściśle biorąc głupstwoś pan zrobił, trzeba było usłuchać władzy i koniec na tem!... Miszy nieprzyjemnie było tego słuchać. Wychylił nerwowym ruchem głowę za drzwi i spytał: — A czem się zajmował wasz siostrzeniec? Bezbarwny, suchy głos starca wyszeptał odpowiedź: — Był ślusarzem... zastrzelił inżyniera... pisało o tem nawet w dziennikach... doprawdy! Sam mi czytał. Przyszedłem tu przypadkiem... i ot stał przedemną... jakby tam... czytał a śmiał się — zupełnie jak pan... O, ostry to był chłop... a matka jego... niby siostra moja... wyła! Niech ręka boska broni, jak wyła! Ale łzami nie zmyjesz krwi! Czasem mówię do niego... no Fiedor... jakże ci się podoba w więzieniu? Ale on się śmiał i śmiał... Zrazu ciągle milczał... zły był. Potem począł mówić... ciągle mówi i mówi... ano domówił się... zupełnie jak pan. — I cóż takiego mówił? — pytał cicho Misza. — Ano, różności... któż to może wymiarkować? Czy pan z Kaługi? — Tak. — A właśnie... znane mi coś pańskie nazwisko. Był swego czasu w Kałudze poczmistrz Malinin. — To był mój ojciec. — Taak! a to ładnie... ja także jestem z Kaługi... tak jest! A czy ojciec pański umarł? — Tak. — Taak... ha, no wszyscyśmy śmiertelni! Mówili ze sobą szeptem, a głosy ich w ciszy szeleściły jak zwiędłe liście. Poza oknami dudniły głośno miarowe kroki szyldwachów, jakby liczyły minuty szybko przemijające, a gdzieś z oddali, ledwie dosłyszalne, płynęły smutne, rozlewne tony dzwonu zegarowego wydzwaniającego godzinę. — Czy wam tu nie nudno? — spytał Misza. — Wszystkim wszędzie nudno! — dobiegł z poza drzwi szept przygłuszony, jednostajny. — A wasz siostrzeniec... czy wam było żal... gdy tu siedział? — I czemuż by mi było żal? Przecież on zabił człowieka... siostry mi było żal... ale kto zabił człowieka... Stary znikł nagle, twarz jego znikła, jakby się w ziemię zapadł. Misza patrzył w okienko i czekał. — Czemu kłamiesz? — rozległo się za drzwiami pytanie półgłosem wyrzeczone. — Co mówicie? — spytał Misza wychylając, o ile się dało, głowę przez okienko. Twarz pojawiła się teraz na równej wysokości z twarzą Miszy i stary poruszając zwolna suche wargi, otoczone bujnymi, zwichrzonymi, siwymi włosami wyrzekł, kiwając głową i robiąc grymas niby śmiechu dziwnego. — Skłamałem... żal mi Fedia... bardzo żal... i on był młody... dzielny, odważny chłopiec... Nagle przeszył powietrze dziki wstrząsający skowyt. Stargał w sekundzie i skłębił całą ciszę, jak uderzenie nagłe wichru skłębią wody zaśnionego stawiska. — Nie biiij!... nie bij! Dobrzy ludzie... zmiłujcie się... zmiłujcie się! Aaach! — Co to, co to? — pytał Misza drżąc na całem ciele. — Pst! cicho! — syknął stary... to nic on tak przez sen... każdy ma swe sumienie... ale dość, idź pan teraz spać!... Kładź się pan w Imię Boskie... dobranoc... już wybiła północ. Wstał i odszedł. Misza słyszał jak powłóczy nogami, niby ciężkimi tłumokami czegoś miękkiego. Misza podszedł do pryczy, położył się utkwił smutny wzrok w brudne kamienne sklepienia, zwieszającego się nad jego głową. Otoczyła go cisza bezsennej, pełnej zjaw i zwidzeń nocy.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of W więzieniu.
