Read here

W puszczy

Adolf Dygasiński · 1898 · Free in the US

39,555 words · about 2 h 46 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1898 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=W_puszczy_(Dygasiński)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Adolf Dygasiński
Language
Polish
Published
1898
Length
39,555 words · about 2 h 46 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 23 min
  3. Rozdział I about 1 min
  4. Rozdział II about 5 min
  5. Rozdział III about 3 min
  6. Rozdział IV about 4 min
  7. Rozdział V about 7 min
  8. Rozdział VI about 6 min
  9. Rozdział VII about 10 min
  10. Rozdział VIII about 5 min
  11. Rozdział IX about 8 min
  12. Rozdział X about 15 min
  13. Rozdział XI about 11 min
  14. Rozdział XII about 8 min

Continue:

Front matter

Y. (PÓŁ FANTAZYI NA TLE WSPOMNIEŃ.)

Rozdział I Jacyś ludzie. Rozdział II Mitologiczne i życiowe prawdy. Rozdział III Tajemniczy strzał i zapowiedź wojny. Rozdział IV Tynia, Marek Kukułka i Sobek Guzik. Rozdział V Wyraźni złodzieje i niewyraźny człowiek. Rozdział VI Skutki nocnych strzałów i domysły Marka Kukułki. Rozdział VII Życie i śmierć jastrzębia. Rozdział VIII Marcycha i spotkanie się dwóch starych znajomych. Rozdział IX Przygody dzików z ludźmi i ludzi z dzikami. Rozdział X Historya, w której wilki są bohaterami. Rozdział XI Obława. Rozdział XII Nietylko majątek otrzymuje się w spadku.

całość

Y. (PÓŁ FANTAZYI NA TLE WSPOMNIEŃ.)

ROZDZIAŁ I.

Roku 18.. pod koniec czerwca w nocy, z narożnika boru w Orłowej Woli wysunęło się trzech ludzi; mieli na sobie szare, obcisłe kurtki, głowy ich nakryte były skórzanemi czapkami, rozmawiali cicho, jakby prowadząc tajemną naradę, z niedowierzaniem zaś oglądali się na wszystkie — Więc stanowczo zostajesz, Stanisławie? — zapytał jeden. — Nie myślę się ztąd ruszyć; wiem, że nie umiałbym wyżyć między obcymi — odrzekł zapytany. Przez chwilę panowało milczenie, które przerwał jeden z towarzyszów, nucąc półgłosem:

„Za kilka godzin rumiane zorze Promieńmi błyśnie jasnemi, Obaczę niebo, obaczę morze, Lecz nie obaczę“..

— No, Kazimierzu, to nie zwlekajmy! — przerwał śpiewającemu inny, którego towarzysze nazywali Janem. — Niema się czego rozczulać, pożegnajmy Stacha i w drogę! — Stanisława trudno przekonywać... Taki , nakarmiony Słowackim i innymi tego rodzaju słowikami... — Nasłuchałem się już dosyć waszych morałów i mam nadzieję, żeście mnie uznali za nieuleczonego! Bądźcie zdrowi, przyjaciele! Wszyscy trzej uścisnęli się serdecznie. — A jeśli kiedy powrócimy, jakże się odnajdziemy? — pytał Kazimierz — Jak, tego już nie wiem, lecz niezawodnie w puszczy Orłowej Woli — odparł stanowczo Stanisław. — Więc do widzenia! Wnet potem Kazimierz i Jan zniknęli gdzieś w polach między zbożami. Stanisław popatrzył przez chwilę za odchodzącymi, westchnął i zapuścił się w bór ciemny, majestatycznie szumiący.

ROZDZIAŁ II.

Szybko upłynęło piętnaście lat od owej nocnej rozmowy pod borem. Wszyscy ludzie w Orłowej Woli i w okolicy wiedzieli, iż po puszczy tuła się jakiś niszczyciel zwierzyny, pół-człowiek, pół-czart. Opowiadania o nim wyglądały na mit; albowiem zdawało się, że go nikt nigdy nie widział. Jedni nazywali go kłusownikiem, inni dali mu imię Kostuch, a jeszcze inni zwali go poprostu — On, mrugając tajemniczo oczyma. Opowiadano, że Kostuch jest to chłop barczysty i ogromnie silny. Barwa jego postaci miała odpowiadać ciemnym barwom boru. Kiedy stanął pod drzewem, trudno go było odróżnić od jakiej krzewiny lub pniaka. Miał też podobno przytem jakąś tajemniczą umiejętność przysiadania, przystawania i zaczajania się tak wytrwałego, iż potrafił wybornie oszukiwać bystre i czujne zmysły zwierząt. Opowiadano, że prawe oko miał na wierzch wysadzone, a dolna część oprawy tego oka była zupełnie odwrócona i krwawo świecąc, opuszczała się ku dołowi. Lewe znów oko miało posiadać barwę siwą, czarną i zielonkowatą. Wszystko to nadawało fizyognomii wyraz nadzwyczaj szpetny. Chytrość lisa, dzikość wilka, drapieżność jastrzębia i pożądliwość piekielnika stanowiły moralne cechy Kostucha podług wyobraźni ludowej. Niby krzaki siwego mchu na dębowej korze, unosiły się gęstym opłotkiem brwi pod wązkiem czołem, pomarszczonem w głębokie bruzdy i mającem barwę suchych liści. Twierdzono, że Kostuch nie wydaje dźwięków ludzkiej mowy, że jest zawsze ponury, milczący, zły. Zwierzęta miał prześladować z nadzwyczajną namiętnością, ponieważ nietylko był żarłocznym i chciwym na ich mięso, lecz doznawał rozkoszy na widok krwi przelanej. Pomocnikiem w dziennych, oraz nocnych rozbojach Kostucha, jak utrzymywano, był pies, któremu także nadano imię — Żmijka; stworzenie to, podobno małe, niezmiernie zwinne, posiadało taki sam charakter, jakim się pan jego odznaczał. I Żmijka, według podania, nigdy nie szczekał, co najwyżej wydawał z siebie warczenie mrukliwe, jakby z pod ziemi wychodzące. Byli to więc dwaj pełzający tropiciele, milczący rozbójnicy, najstraszniejsi kłusownicy. Kostuch nie zawsze miał na wyprawę brać ze sobą Żmijkę; bardzo często chadzał po lesie sam jeden. Jeżeli jednak szli samowtór, to szli tak cicho, jakby się wąż przesuwał pomiędzy krzakami. W okolicach Orłowej Woli powszechnie rozmawiano o Kostuchu i psie jego, przeto nic dziwnego, że mit nieustannie nabierał objętości. Ten i ów strzelec lasów rządowych, czy prywatnych, miał czatować na Kostucha, opowiadano też, że się z nim spotkał twarz w twarz jakiś wysoki dygnitarz leśny. Słyszano nieraz po kniei grzmiące strzały i umiano słuchem rozróżniać ich nadprzyrodzoność. Nigdy jednakże nie schwytano kłusownika na gorącym uczynku. Bo w danej chwili, mawiano, umiał on tak zręcznie utaić zabitą zwierzynę, broń i przybory myśliwskie, że byłoby daremnym trudem narażać się na poszukiwanie. Tylko on zresztą znał różne dyabelskie dziury i wertepy w kniei, tylko on wiedział, gdzie i jak co ukryć, przechować. A jeśliby się przypadkiem ów czarodziej sam stropił, jeśliby mu nie dopisały nadludzkie umysłowe i zmysłowe władze, od czegóż był Żmijka, jeżeli nie dyabeł w psiej skórze, to niezawodnie pies z piekła rodem? Ten potworek miał posiadać zdolności genialnego wyżła, znakomitego ogara i wybornego jamnika. Na rozkaz swego pana szedł w bór podczas dnia lub nocy i dopóty nie powracał, dopóki nie odnalazł ukrytego łupu lub schowanej broni. Ci dwaj wspólnicy porozumiewali się krótko: Kostuch pomyślał sobie, czego chciał, i wyciągał palec serdeczny w którąś stronę, Żmijka to rozumiał, szedł i znajdował przedmiot żądany; potem wracał i wtedy nie potrzebował wcale mówić, jeno był przewodnikiem. Opisywano także sposób odżywiania się Kostucha i jego psa. Pierwszy jadał surowe mięso zwierząt, pijał ich krew i robił sobie wódkę z soku brzozowego, oraz z rozmaitych jagód leśnych; pies zjadał jelita zamordowanych zwierząt, a był chciwy niezmiernie na serce i żółć, co mu dawało odwagę, jako też złość ogromną. Rewir ich myśliwski sięgał daleko, jednakże nikt nie wątpił na chwilę, iż knieja w Orłowej Woli stanowiła rezydencyę zezwierzęconego człowieka i prawie uczłowieczonego psa. Nie było przecież takiej pory roku, w którejby te dwa kłusowniki nie miały na co polować. Gdy ludzie chodzili po lesie, Kostuch prawdopodobnie szydził sobie z nich, siedząc gdzie w krzaku, na drzewie, albo i w dziupli, czy w moczarach, w ten sposób sprawiał, że niejedną babę, zbierającą grzyby lub jagody, przechodziły w lesie ciarki. — To Kostuch! — pomyślała sobie wtedy i czemprędzej zmykała z lasu. Na przypołudniu każdy zwyczajny człowiek w Orłowej Woli je obiad, albo drzemie; na polach i po lasach panuje wówczas taka sama cisza, jak o północy. Któż tam może wiedzieć, co o tej porze robi Kostuch i pies jego? Wtenczas mógł on wleźć nawet do sadu, stodoły, czy obory!... Dzięki temu zapewne identyfikowano też niekiedy Kostucha ze zmorą, która dusi chłopów w południe, gdy sobie dobrze podjedzą na obiad i śpią w cieniu po sadach, stodołach, chlewach. Kostuch nie potrzebował nigdy dwa razy strzelać do zwierzyny, nawet do dzika nie poprawiał; strzelał zawsze napewno, a po strzale Żmijka znów puszczał się niebawem za śmiertelnie zranionem zwierzęciem, szedł jak woda, dopóki nie dotarł do trupa; poczem wracał do pana, ukrytego gdzieś za pniem lub w krzaku, kiwał ogonem, śmiał się czarnemi jak smoła wargami, wyskakiwał radośnie do góry i ku zdobyczy prowadził. Jużci ludzie nie wyssali sobie z palca żadnego mitu. Wszystko ma swoje przyczyny, miał je i mit o Kostuchu. Przy pewnych warunkach mity powstają w nas samych, podobnie jak się wytwarzają myśli. Jak nie być poetą, twórcą mitów, będąc mieszkańcem Orłowej Woli, mając pod bokiem puszczę?... Słychać poważny szum, uroczystą muzykę. Czy może skargą jest wzniosły jęk borów, ten huk jednostajny, jak nieśmiertelne prawa przyrody? Tylko jeden jeszcze ocean ma taką pieśń wielką, która od wieków uczy człowieka czuć i myśleć, tworzyć. Miliony potoków tak grzmią, pędząc we wszystkich kierunkach po świecie; nie jesteśmy w stanie ująć uchem tego tętna życia całej ziemi. Nasz własny los, ciężka ludzka niedola zanadto gniecie i tłoczy do jednego punktu, więc ginie dla nas harmonia dźwięków wszechświata. Wchodzisz do boru i ogarnia cię taki uroczysty nastrój, że nieśmiało kroczysz naprzód, jakaś dziwna siła cię powstrzymuje; prędzej może zgiąłbyś kolano i pozostał już tak niewzruszony, jak przykute do ziemi stoją dzieci puszczy, odwieczne dęby, jodły, buki, sosny. Dziwne jest prawo naszego życia! Jestestwem swojem wrosnąć w kawałek ziemi; na lada marnym odłamie skały, wśród mchów, kamieni i piasków ugrzęznąć myślą i uczuciem, żyć i odradzać się, umierać!... Czemże jest życie? Czerpaniem sił z ziemi i z nieba. A czem jest śmierć? Ona jest zwrotem, oddaniem wszystkiego, cośmy ze świata czerpali. Wiecznie w to jedno koło wpleceni, wiecznie spełniamy ten obowiązek my, wszyscy potomkowie przyrody. Smutni, czy szczęśliwi, ulegamy tylko prawu konieczności. Nad nami zawsze jedna tarcza jasnego słońca i niezliczone gwiazd miliony. Sąż one iskrami życia? I po co życie wśród tych olbrzymów światła, ruchu? Aby czuć i myśleć? Aby przecierpieć wszystkie boleści, przebłądzić otchłań ciemności, poznać jedną prawdę, wyssać niekiedy kropelkę szczęścia? To dla człowieka za dużo, dla ciebie przyrodo — za mało. Dlaczego w człowieku iskrzy się brylant życia, piękny w szczęściu, a może piękniejszy jeszcze w cierpieniu? Potężne siły wszechświata potrzebują tej marnej czaszki i bijącego serca, ażeby ziemi przelać dzielną moc swoją. A tak, zwikłani milionami węzłów z życiem całego świata, wpatrzeni w ciemne błękitu tonie i łańcuchem pracy przykuci do ziemi, spełniamy maleńką cząstkę dzieł niezmierzonej przyrody. Może być dumnym, kto wszechświat uczuwa w sobie! I uważa człowiek przyrodę za wielką, jeżeli sam jest wielki; on ją czcić musi, jeżeli czci — sam jest Ale człowiek na ziemi jest jeszcze dzieckiem, które nie dorosło swego przeznaczenia, nie dorosło uczuciem i myślą. On drży niespokojnie w puszczy, wśród wspaniałych kolumn, nakrytych zielonem sklepieniem, pod którem tak swobodnie gołębie gruchają i szczygły wyśpiewują pieśń godową. On w lękliwie stąpa po kobiercu miękkich trawników, gdzie się do niego uśmiechają kwiaty sasanek, pierwiosnków i konwalij. Puszcza jest dzikim stanem przyrody. Zwierzęta wykonywają tu ruchy nagłe i zwinne; ich spojrzenia są bystre, lękliwe; głosy pełne trwogi; barwy połyskują świeżością. W puszczy człowiek przestaje rozumować, opadają go dziwne uczucia, a wyobraźnia jego tworzy, przerabia rzeczywistość na mity.

ROZDZIAŁ III.

Tajemniczy strzał i zapowiedź wojny.

Było to w maju, wiosna napełniała powietrze balsamiczną wonią pękających drzew. Słońce nie weszło jeszcze, tylko purpura jutrzenki szeroko zalała niebo; pod obłokami skowronki rzewnym głosem wyciągały już swoje jakby nabożne pieśni; w kniei rozlegały się w gąszczach śpiewy kosów, niby ludzkie wygwizdywania. Trzęsie się bór czarodziejskim gwarem, a urok takiego poranku nie da się piórem opisać. Któżby powątpiewał, że ta muzyka, te rozgłosy szczęścia jedynie uczuciom miłości towarzyszyć mogą? Tylko potężne uczucie zdoła wyrwać z głębi istot żywych hymny wesela, tęsknoty i uwielbienia. Tam oto w gęstwinie, na suchym sęczku, z opuszczonemi skrzydły, z nieco zadartym ku górze ogonem, jakby z zachwyconemi oczyma, przysiadł żółtodzioby kos; świecą się jego czarne pióra, a melancholijne, tęskne gwizdanie, daleko w las leci. Zaskoczona przez dzienne brzaski, niby wieszczka puszczy, poważna, od stóp do głowy napuszona, tuż przy czarnej dziupli zasiadła znów sowa; światło ją razi, odurza, więc dlatego widać spogląda jakoś uroczyście, czasami głową kiwnie, okiem mrugnie, czasami ostrożnie posunie się na gałęzi, szukając głębszego cienia. A w górnych piętrach konarów, pod baldachimem miękkich wieńców, sypiących się gęsto z odrodzonego na wiosnę świerku, zatrzepotała skrzydłami para ze snu ockniętych turkawek; przelatują z gałęzi na gałąź, migają białe pióra ich ogonów, a one głosem się wabią, nawołując: „krrrru, krrrru!“ I wszędy słychać tęskne odgłosy przyzwania. Niedziw, bo pogody nocne bywają tu tak straszne, iż wczora jeszcze szczęśliwi narzeczeni lub nowożeńcy nazajutrz o świcie gorzko opłakiwać muszą rozłąkę. A i dzień nie każdemu też przychyla niebo szczęścia. Ale jakiż to dziwny głos zabrzmiał? Co za osobliwsza kantata kniei? Niby świśnięcie rozległo się po boru. Może to bóstwo lasów wdzięczy się na powitanie młodego słońca? Cyt!... Coś jakby dudni, słychać: „Czczcz-jo!“ I zaraz potem: „Rrrrtuu-ruu-urrr!... Rrrrutuu-tuu-urrr!“ To cietrzew, przepyszny ptak, wygrywa i odprawia swoje miłosne tany! Cietrzew, wspaniała ozdoba lasów. Czarny, na szyi i głowie lśni się świetnością, nad oczyma nosi brwi purpurowe, w skrzydła ma wprawioną jakby przepaskę białą, a jego rozpięty wachlarz ogona obwiedziony jest w samym środku rąbkiem śnieżnej białości. Przypadł do ziemi, otulił ją skrzydłami, rozpostarł ogon, wyciągnął szyję; lubieżnie zmruża niekiedy oczy pełne jakiegoś płomiennego niepokoju, kręci się a zwija i przyśpiewuje sobie pieśń na poły miłosną, na poły wojenną. Wtem niespodziewanie wypadł zdradziecki strzał, cietrzew podskoczył, wzniósł się nieco na skrzydłach i padł na ziemię, po której dopiero co pląsał; teraz trzepnął skrzydłem, drgnął szyją, grzebnął kilka razy nogami. Rozlana krew ptaka poczęła broczyć po młodej, zielonej trawie. Z głębi krzewiny wysunął się pies na krótkich nogach, szedł z wystawionym naprzód nosem, wietrzył; wnet dotarł do zwłok cietrzewia, powąchał je, jak oprawca na śmierć zobojętniały, potem ujął silnie zębami i powlókł w krzaki. Na krótką chwilę cisza zapanowała w całej okolicy: sfrunęły w trwodze turkawki, umilkło gwizdanie kosów, ustały głosy miłości i tęsknoty, sowa schowała się do dziupli. Ale krótką musi być żałoba śmierci tam, gdzie śmierć nieustannie gości. Żywi żyć przecież muszą, a jak tu żyć bez kochania. Więc znów zagrzmiały radosne pieśni i przy nich olbrzymie oko słońca z pałającym żarem w źrenicy spojrzało na ziemię. Wkrótce potem w lesie Orłowej Woli rozległy się znów ludzkie nawoływania: — Hop! hop! — brzmiał głos donośny, dziwnie chrapliwy i dziki. Po drodze biegła jakaś kobieta, nawoływała, wywijała rękoma, wodziła błędnem spojrzeniem. Wpadła na ścieżkę, zapuściła się w ostęp, w bór głęboki; tu nasłuchiwała wyraźnie i od czasu do czasu wydawała okrzyk: — Hop! hop! Wyszła nareszcie na małą polankę, na ług od rannej rosy błyszczący. Znać było na nim ślady świeżo przelanej krwi ptaka. Na ten widok kobieta przystanęła, oczy jej osłupiały, w ową krew wpatrując się z dziwną bacznością. — Wojna! — wrzasnęła dziko, a echo odbiło wykrzyk. Ona przysłuchiwała się echu. — Tu była wojna, wojna! — wołała, tocząc dokoła przerażonym wzrokiem. Ale fizyognomia jej zwolna traciła wyraz dzikości i przerażenia, oczy jej zaszły łzami, kobieta poczęła jęczeć, szlochać: — Zabili go, zabili! — biadała wśród obfitych łez, załamując ręce ogorzałe od słońca, czarne prawie. Porwała się wreszcie, poskoczyła w las i, biegnąc, wołała: — Stasiu! Hop, hop! Stasiu!

ROZDZIAŁ IV.

Tynia, Marek Kukułka i Sobek Guzik.

Właścicielem Orłowej Woli z przyległościami był Kornel Maurycy Strojomirski, starzec bardzo już podeszły w lata, pan bogaty, nietylko jako posiadacz ziemi, lecz i kapitałów. Oszczędny, zapobiegliwy szlachcic, zgromadził znaczny majątek, który z dnia na dzień rósł nieustannie. Przyszłą dziedziczką całej tej fortuny miała być córka pana Kornela, Leontyna, jedynaczka, znana powszechnie pod imieniem Tyni. Dziewczę wychowało się prawie bez matki, która zmarła wtedy jeszcze, kiedy Tynia nie wyszła z lat niemowlęcych. Trzebaby było zwiedzić dużo świata, aby znaleźć kobietę podobną do panny Leontyny. Tynia była hoża, posągowo zbudowana, piękna; w upodobaniach zaś swoich i w charakterze panna Strojomirska znalazłaby współzawodnika raczej wśród płci męzkiej, aniżeli między niewiastami. W postanowieniach swoich była nieugięta, trzęsła całym domem i robiła wszystko, co chciała. Ojciec okazywał tyle słabości względem jedynaczki, iż nigdy nie sprzeciwiał się najmniejszym jej zachceniom. Jako panna bardzo bogata, uczyła się Tynia wszystkiego, co należy do wielkoświatowego . Swego czasu w Orłowej Woli była i francuzka z Paryża, i rodowita angielka, i znakomity metr muzyki, i dobrze urodzona polka, jako dama do towarzystwa. W siedemnastym roku życia dziewczyna dosięgnęła już całkowitego fizycznego rozwoju; miała wzrost wysoki i pełne ponęt kształty. W tym czasie postanowiła wziąć rozbrat z nauką, więc wzięła. Zamknęła fortepian i przestała się egzercytować; wszystkie zaś książki, oraz kajeta, zapisane w różnych europejskich językach, poleciła zawrzeć w wielkiej szafie. Natomiast wydobyto na wierzch ubiór amazonki, szpicrózgę, siodło i munsztuki. Parę wierzchowców: klacz Atalantę i ogiera Pyrola prawie nieustannie i z kolei przeprowadzał masztalerz po dziedzińcu, a Tynia z istnie rycerskim zapałem konno goniła po polach, lasach, wąwozach. Wielki kudłaty chart, Jaśmin, był jej nierozdzielnym towarzyszem w tych wyprawach. Resztę pozostałego czasu panny Strojomirskiej wypełniały czynności takie, jak: strzelanie do celu z fuzyi, lub pistoletów, pływanie w czółnie po rzece albo jeziorze, polowanie. Ćwiczenia tego rodzaju rozwijały zręczność Leontyny i doskonaliły jej mięśniową energię. W Orłowej Woli bywało mało gości, bo Tynia, choć bardzo uprzejma, nie lubiła towarzystwa płci własnej i gotowa była ziewać w salonie wśród najbardziej doborowego zgromadzenia. Jej ciemno-błękitne oczy iskrzyły się pełnią życia i składały szczere świadectwo, że ich posiadaczka nie może znieść żadnego narzuconego przymusu. Dwa grube warkocze ciemno-blond włosów spadały na barki i, sięgając poniżej pasa, stanowiły wspaniałą niewieścią ozdobę. Na licu kwitł rumieniec, istny kwiat rzetelnego szczęścia, oraz zdrowia, o czem też najniewątpliwiej świadczył wesoły, pełen swobody i dziecięcej prawie naiwności uśmiech. Dodajmy małe, karminowe usteczka, dozwalające widzieć dwa rzędy śnieżnej białości ząbków, a będziemy mieli obraz Leontyny Strojomirskiej. Tynia była też po części wychowanką puszczy, oddychała powietrzem boru, brała udział w życiu jego. Słuchała legend o Kostuchu, opowiadań o nadzwyczajnym odyńcu, zwanym Austryakiem, o bandzie złodziei, którzy tu mieli swoją siedzibę, o przemytnikach i t. d. Chodzącą kroniką puszczy był Marek Kukułka, strażnik leśny i nadworny strzelec Strojomirskiego. Był to zapalony myśliwy i ulubieniec Tyni. Dotychczas nie wiadomo, czy i on kiedybądź w życiu spotkał Kostucha, choć opisywał kłusownika z nadzwyczajną dokładnością. Napewno możemy tylko powiedzieć, że Kukułka niejednokrotnie był na tropie jakiegoś tajemniczego łowcy, a ponieważ stary umiał z tropu opowiadać rzeczywiste nocne przygody sarn, dzików, wilków, zajęcy, przeto mógł wnioskowanie swoje zastosować i do człowieka. Jednakże pod tym względem uderzały go różne nadzwyczajności. Tropy Kostucha były jakby nieludzkie, oznaczały niekiedy tylko pół stopy, a przytem miały miejsce klucze o wiele zawilsze, aniżeli zajęcze. Kukułka klął się publicznie, że jeśli kiedy spotka oko w oko bobrującego po kniejach kłusownika, palnie mu w łeb bez żadnego skrupułu. „Bo taki tępiciel zwierzyny — mawiał stary strzelec — gorszy jest przecież od razem wziętych: wilka, lisa i jastrzębia.“ Jednakże w tej mowie starca była przechwałka, bo w gruncie rzeczy bał on się Kostucha nadzwyczajnie, a ilekroć o nim opowiadał lub mu się odgrażał, robił to zawsze dosyć pocichu i przytem oglądał się na wszystkie strony. Któż tam mógł wiedzieć, czy w dzień albo w nocy tajemniczy ów bohater nie siedzi gdzie przyczajony, czy z krzaka, albo gdzieś z gęstwiny konarów nie bierze na cel głowy twojej? Strzeli, zabije, nie potrzebuje nawet trupa zakopywać, lub w bagno rzucać, bo pogrzebu dopełnią wilki, lisy i kruki. To też Kukułka rzadko kiedy sam puszczał się nocą do boru; częstokroć, chociaż strzał posłyszał, chociaż był pewnym, że to grzmi strzelba kłusownika, nie kwapił się jednak zbytecznie i pomimo całej zawziętości, puszczał płazem rabusia. Dopiero w parę godzin, albo i nazajutrz, dobrawszy sobie nieraz drugiego strzelca do pomocy, sprawdzał krew przelaną, przekonywał się z rozmaitych znaków, jaki mianowicie gatunek zwierza padł ofiarą. Zresztą nikt lepiej od Marka Kukułki nie pojmował, że takiego gracza jak Kostuch bardzo trudno jest dojść, gdy się zaszył w knieję. Z nim i obława niewieleby pomogła. Bo kłusownik widocznie miał wyborny wiatr i słuch nadzwyczajny, a przytem tak rozumiał całe położenie, tak dobrze wiedział, gdzie w danej chwili mogą być ludzie, a gdzie zwierzęta, iż podobno tylko z jednymi złodziejami miał parę razy niespodziewane spotkanie w nocy. Hersztem bandy złodziejów, ukrywających się w puszczy, był Sobek Guzik, człowiek, który już żadną miarą nie mógł być za mit poczytywany. Ten zuchwały rabuś niejednokrotnie dostawał się w ręce sprawiedliwości, ale żadne łańcuchy nie zdołały go skuć tak mocno, aby się z nich wyzwolić nie umiał. Był on straszną plagą okolicy w kilkomilowym promieniu. Każda noc stanowiła dla niego dobrą sposobność wyłamywania zamków, rabowania, a w razie potrzeby, popełnienia nawet morderstwa. Rzecz dziwna, Guzik chodził nieraz do karczem poblizkich, do miasteczka na jarmarki, kumał się z różnymi chłopami i nie stroniono tak dalece od niego, podczas gdy tajemniczą mgłą mitu przyodzianego uważano na równi z dyabłem. Sam Guzik miał gdzieś komuś opowiadać, że z powodu kłusownika nigdy nie może należycie utaić skradzionych rzeczy, że Kostuch już niejednokrotnie zniweczył złodziejskie i przyłożył się w tajemniczy sposób do wykrycia rozmaitych kradzieży. Naczelnik rabusiów także więc zaprzysiągł zemstę Kostuchowi, obiecując go powiesić przy spotkaniu „na pierwszej lepszej gałęzi.“ Tego rodzaju obietnica była znacznie poważniejsza, niż groźby Kukułki, ponieważ zemsta, zapowiedziana przez złych ludzi, ma zawsze daleko większe widoki powodzenia; przytem Guzik z bezczelnem zuchwalstwem łączył siłę olbrzyma.

ROZDZIAŁ V.

Wyraźni złodzieje i niewyraźny człowiek.

Wyobraźmy sobie jasną, spokojną i chłodną noc październikową. Gwiazdy jaśniały w ciemnym błękicie, wyznaczając rozmaite figury na niebie, właśnie z za boru wychylała się jaskrawo krwawa łuna księżycowego koła, zwolna rzucając na ziemię promienie tajemniczego światła. Na skraju lasu przemykał wówczas cicho jakiś człowiek, przystawał chwilami i jakby badał, rozpatrywał położenie, czy może przysłuchiwał się szczekaniu psów, które tu z siół odległych dochodziło. Trzy lub cztery krzaki, obszernie rozrosłe na objętość, rosły opodal od lasu, jakby się wysunęły z boru i zdążały w pole. W jeden krzak taki wszył się ów człowiek, przykucnął w owym namiocie tak nieznacznie, iż go bardzo wprawne oko mogłoby zblizka wziąć za kawałek polnego granitu. Tuż u stóp jego przywarował cichutko pies dosyć długi, a na krótkich nogach, jak gdyby do pełzania stworzony. Miałżeby to Kostuch ze swoim Żmijką polować na wychodnego? A może!... Ludzie opowiadali o nim, że podczas zimy na takiej zasadzce przyodziewał się białą płachtą, a psa też zwykle przyoblekał w białą szmatę. Gdy się tak czaił człowiek z psem, niedaleko od niego z lasu wyszedł ostrożnie rosły chłop; powiódł po polu okiem, a potem wydał donośny głos, wybornie naśladujący wołanie sowy. Pies drgnął w krzaku, lecz się z miejsca nie ruszył, warknął tylko głucho, w głębi piersi głos tłumiąc. Czatownik w krzaku przycisnął psa do ziemi, nakazując mu widocznie w ten sposób milczenie. Po niejakim czasie ukazał się pod lasem inny chłop. Znów zabrzmiało echem po lesie hukanie sowy. Zebrało się pięciu ludzi; później przybyli otoczyli tego, który się pierwszy pojawił, i teraz coś przedstawiał swoim towarzyszom. Jakkolwiek szept pod lasem był przytłumiony, niewyraźny, jednakże człowiek zaczajony w krzaku słyszał taką mniej więcej rozmowę: — Koniecznie z wami pójdę, Sobku — upierał się jeden. — I Jankla weźmiewa ze sobą... Będzie nam wartował przed stajnią; on to dobrze uczyni.. Wy się sprawicie ze starym, co przy koniach stróżuje. Nie będzie pokrzykiwał, jak mu się w gębę zasadzi pakuły.. A nie, to... I tu mówiący pokazał ręką na gardło, potem zaś dodał jeszcze: — Nikt tu lepiej odemnie nie zna tych koni; nie darmo przez kwartał służyłem na Orłowej Woli; wiem, jak zażyć.. — No, więc prędzej! Majchar i Jankiel ze mną na Wolę, a Kijanka i Garłacz machną po te sołtysowe siwki do Żabic!.. Zwijać się prędko, żeby za kilkanaście pacierzów być pod lasem!.. Flaszkę z gorzałką, sakwę z chlebem i szperką zostawiam przy dębczaku — mówił człowiek, będący widocznie wodzem wyprawy. — Kto nie wróci, ten się nie napije — rzekł wesoło Majcher. — Może się napije, ale wody w kryminale — powiedział Sobek. Każdy się domyśli, iż Guzik to urządzał przedsiębiorstwo ze swymi towarzyszami. Człowiek w krzaku ani drgnął, a właśnie z narożnika lasu prosto pod światło księżyca wybiegł na strzał zając; stanął na miedzy słupka i odrysował się w przestrzeni wyraźnie; snadź szmer posłyszał, bo oto, kicając, sunął w pole, poczem niebawem zniknął w oddaleniu. Czatownik widział dobrze zająca, mógł strzelić i zabić go, skoro na wychodnego polował; ale on widać wolał obserwować grubszego zwierza, Sobka Guzika. W cichości rozbiegli się złodzieje i parowami, a każdy oddzielną drogą, zdążali do celu. Teraz dopiero zaczajony człowiek poruszył się w krzaku i wstał na równe nogi, popatrzył wkoło, posłuchał. Wykręcił z obu luf dubeltówki naboje zajęczego śrótu i nabił grubemi siekańcami, jakby na dziki; potem wydobył dwa pistolety, odwodził kurki, zdejmował stare kapiszony, a nowe nakładał. Nareszcie wziął psa za kark i wpakował go do myśliwskiej torby. Poczyniwszy takie przygotowania, tajemniczy ów człowiek zawiesił strzelbę na plecach i szedł z nadzwyczajną przezornością, jak gdyby nie chciał po sobie zostawić śladu na trawie lub piasku. Nakoniec podszedł do rozłożystego dębu, wdrapał się nań z niezwykłą zręcznością i usadowił na grubym konarze, tak, iż przy świetle księżyca mógł ztąd widzieć wszystko dokoła siebie. Uroczysta cisza zapanowała, czasem tylko zbudzony ptak gdzieś zatrzepotał, lub pisnął; psu, wyglądającemu z torby i spokojnemu jak dobre dziecko, połyskiwały ślepie; obracał on łeb na wszystkie strony, zdawał się być przyzwyczajony do takiej sytuacyi. Upłynęła prawie godzina czasu, gdy się rozległo głuche tętnienie w polu. Pies drgnął, ale snać nie wolno mu było ani w głębi piersi warknąć, bo gdy to uczynił, pan jego niebawem ścisnął mu pysk i pies stał się cichy, tylko całą skórą drżał niespokojnie. Pod las podjechał człowiek na białym koniu, mającym pysk obwinięty jakimś łachmanem, widocznie, aby nie rżał głośno, kopyta konia również obwiązano szmatami, zapewne dlatego, ażeby nie odciskały po drodze i nie pozostawiły za sobą śladów, czy może w tym celu, aby się nie zdradzać odgłosem. Przybyły uwiązał konia do drzewa i nasłuchiwał. Wnet zatętniało znów głucho i pojawił się inny jeździec; pędził na wspaniałym rumaku, który się niespokojnie rzucał na prawo i na lewo, a podobnie jak koń biały miał też łeb skrępowany i szmaty na nogach. Złodzieje skradli w Orłowej Woli wierzchowce Tyni: Atalantę i Pyrola. — Gdzie jest żyd? — spytał Guzik, który pierwszy przybył na białej klaczy. — Wnet przyjdzie z hańtej strony poprzez łąki — szeptał Majcher, ukazując ręką kierunek; potem zaś dodał: — Żeby ino w Żabicach nie capnęli Garłacza i Kijanki. — Gadaj-ta zdrów — rzekł Guzik. — Musiałby się z harmatą zasadzić taki, coby Garłacza chciał przycapić!... Opóźnią conieco, bo im kto może — Pst!... Już jadą! — powiedział Majcher, natężając wzrok i słuch. Jakoż na dwóch szpakowatych mierzynkach przybyli nareszcie oczekiwani złodzieje; w milczeniu zeskoczyli z koni i wiązali przy drzewie swoje wierzchowce. — Dobre pieniąchy będą za te szkapy! Cnotliwości bydlęta!... Rwą truchta aż miło — mówił pocichu Kijanka, podchodząc do Guzika. — Jankiel weźmie to wszystko na swoją porękę — odparł herszt. — Przesiachruje kaj niebądź na jarmarkach, ino mu je musiewa czemprędzej dostawić za rzekę... — No, Sebastyanie, duchem trza coś przetrącić i w nogi! — rzekł Garłacz — żeby się nie opatrzyli i nie pognali za nami... Miesiączek pięknie przyświeca. — Niema nic nagłego; poczekajmy na Jankla — powiedział Guzik. — Po co czekać? toć on trefnej wódki nie pije i szperki też nie przełknie — mówił znów Garłacz. — Już idzie, idzie! — szeptał Kijanka, ukazując w oddaleniu szarą postać, która się szybko poruszała. — Świśnijcie mu dla pewności, żeby nie błądził — odezwał się Guzik. I rozległ się po boru świst przerażający, pełen jakiejś dziwnej grozy. Na świst ten odpowiedziano krótkiem szczeknięciem, jakie nieraz ni ztąd, ni zowąd zaspane psy wydają. — Napijmy się — poszepnął Guzik. Poczem podniósł z ziemi flaszkę, przechylił ją i przez chwilę wysączał. Następnie flaszka przeszła w ręce Garłacza; herszt dobył długiego noża, uciął nim kawałek słoniny i począł ją z chlebem zajadać. — A co, czy wszystko w porządku? — zapytał Jankiel, stając pośród chłopów. — Ma nie być — odrzekł z obojętnością Guzik. — Żebyś tylo za kunie pieniądze zwalił!... Kiedy powrócisz? — No, jakto kiedy? Ja tu rano muszę już być na gruncie przecie... Jakby mnie nie było, powiedzieliby wszyscy zaraz, że Jankiel złodziej. — Nie to! — powiedział Guzik — ino mi gadaj, kiedy wrócisz z pieniędzmi? Żyd począł cicho na palcach rachować i zawołał: — Za dwa dni będę u was w Zabrańskiej Budzie!... W nocy z czwartku na piątek złożę wam pieniądze. — Ino mi czego nie stumań, pamiętaj! Bobym na sośnie za brodę obwiesił! — groził herszt złodziejski. — Siła że wy, Sebastyanie, myślicie za one konie zapłacą? Czy ja wiem, za co sprzedam? — usprawiedliwiał się Jankiel. — Jak nie wypadnie po czterdzieści rubli do podziału na czterech, to mi się na oczy nie pokazuj; ino się dobrze schowaj, bo ja umiem szukać! — rzekł Guzik ze stanowczością. — Oj, oj! Co to za gadanie? Taki mądry człowiek, a Bóg wie, co mówi... A dla mnie co będzie? A droga, a.. — No, no, nie wydziwiaj, nie mądruj!... Za takie koniki letko zgolić można ze trzysta rubelków, choćby się je w strachu sprzedawało — przerwał żydowi Guzik. — Nie bałamućcie — rzecze Garłacz. — W drogę, bo już wielgi czas i cno! Wypić tę krzynę gorzałki, co we flaszce ostała, i dalej marsz! To powiedziawszy, zbliżył się do butelki, która stała na ziemi u stóp Guzika, opartego o drzewo; butelka połyskiwała w świetle księżyca. Właśnie gdy się Garłacz pochylił, pomiędzy konarami poblizkiego dębu huknął strzał podobny do gromu i straszliwem echem rozsypał się po głuchym boru. — Oj, oj, oj! — zawył żałośnie Garłacz, upuszczając na ziemię co tylko podjętą butelkę. W tejże samej chwili i Sobek Guzik skurczył się jakoś i zgiął ku ziemi, a chociaż głosu nie wydał z siebie, znać było po jego trzepotaniu rękoma, iż dostał postrzał. Pozostali trzej złodzieje skamienieli z przerażenia. Pierwszy Kijanka rzucił się do Garłacza, niosąc mu pomoc i usiłował go doprowadzić do koni. Również Jankiel i Majcher porwali znów Guzika i spiesznie poczęli z nim w las uchodzić. Aliści niebawem rozległ się za nimi strzał

słychać było kulki świszczące po liściach, jak gdyby grad gwałtowny z nieba spadał. Konie, które już i tak niespokojnie stały przy drzewach na uwięzi, urwały się i rozbiegły po polach. Tymczasem człowiek na drzewie w milczeniu nabił znów swą strzelbę.

— Sparzyli nas — mruczał Majcher, unosząc wspólnie z Janklem postrzelonego Guzika. — Oj, wiem ja, wiem, kto mnie tak urządził! — jęczał herszt Teraz tajemniczy człowiek spuścił się z dębu zręcznie jak dzięcioł, wyzwolił z torby psa i, trzymając na pogotowiu broń nabitą, udał się w stronę przeciwną kierunkowi złodziejów. Szedł jakoś niezwykle, zataczał koła, jak gdyby usiłował, ażeby ślady swoje na rosie zatrzeć; wychodził na ścieżkę, puszczał się w gąszcz i znów nagle zmieniał kierunek, udając się niby miedzą na pole.

ROZDZIAŁ VI.

Skutki nocnych strzałów i domysły Marka Kukułki.

Rano dnia tego około dworu w Orłowej Woli był ogromny ruch i rwetes; znaleziono bowiem w stajni starego masztalerza nawpół żywego, był bardzo skrępowany, a usta miał wypchane konopnemi pakułami. Przy żłobach brakowało białej Atalanty i złotego kasztana Pyrola. Wieść niebawem doszła do panny Leontyny. Cała służba rozbiegła się na wszystkie strony; wszyscy byli czynni, bo każdy szczerze pragnął wyświadczyć przysługę powszechnie wielbionej dziewczynie. Kierunku, w którym uszli złodzieje, jakoś nie umiano odnaleźć; uszli zapewne do boru, ale bór roztaczał się na wszystkie Sama Tynia dopadła konia i w towarzystwie psa Jaśmina popędziła także ku lasowi; ona jedna była na dobrej drodze, na złodziejskim szlaku. Pędziła przez las, podniecając szpicrózgą wierzchowca. Naraz Jaśmin przystanął na drodze, przyglądał się uważnie jakiejść czerwonej plamie, obwąchiwał ją i począł szczekać. Tynia wstrzymała konia, wezwała psa do siebie, ale kiedy zwierzę nie okazywało zwykłego posłuszeństwa, podjechała i spostrzegła na ziemi znaki krwi. Domyśleć się trudno było, że to krew ludzka; jednakże panna Strojomirska jechała w las za tym czerwonym śladem; Jaśmin nieustannie ją poprzedzał i zdradzał wielką ochotę do poszukiwania. Krew połyskiwała wśród rosy na zielonej trawie, na mchach. — Być może, iż w nocy raniona sarna, lub inne jakie zwierzę przebiegło tędy — pomyślała Tynia, a choć skradzione wierzchowce niepokoiły jej umysł, jednakże puściła się w gąszcz za krwawym tropem. Jaśmin gnał naprzód, kiedy niekiedy odwracał głowę i mądrym wzrokiem spoglądał ku swej pani. Przybyli nareszcie w nieprzebytą gęstwinę, poprzez którą prawie niepodobieństwem było przedzierać się na koniu. Tutaj Jaśmin grubym głosem począł zaciekle szczekać i w las popędził. Tynia zwróciła się w tę stronę i zobaczyła uciekającego człowieka, którego pies doganiał. Daremnie panna Strojomirska przywoływała Jaśmina, mniemając, iż uciekający jest zwykłym leśnym złodziejem; pies dopędził chłopa i rzucił się nań z wściekłością. Drżący z przestrachu Kijanka — on to był bowiem — upadł na ziemię, podczas gdy Jaśmin szarpał go natarczywie. Tynia, ażeby bronić napadniętego, musiała zsiąść z konia i pozostawić go pod drzewem, kiedy się zaś zbliżyła do miejsca walki, chłop wzniósł ku niej błagalne spojrzenie, nie mogąc słowa wyrzec, tak był wylękły. Dziewczyna zauważyła natychmiast, że ręce, twarz i cała odzież chłopa były zakrwawione; jak błyskawica przeszła jej przez głowę myśl, że człowiek ten mógł być kłusownikiem Kostuchem, o którym tyle razy słyszała od strzelca Marka Kukułki. „Niósł pewnie zabitą zwierzynę i ukrył ją gdzieś w krzakach“ — pomyślała, wstrzymując Jaśmina, zrywającego się nieustannie do chłopa. Napróżno atoli usiłowała wydobyć słowo z ust wybladłego chłopa i drżącego Kijanki. Tynia przyzwała wreszcie psa i poczęła się przedzierać do swego wierzchowca; jednakże zaledwie uszła kilkanaście , gdy Jaśmin straszliwie się pojeżył na karku i począł przeraźliwie warczeć. W niewielkiej odległości ujrzała teraz straszny obraz: Garłacz, porzucony przez Kijankę, rozciągnięty na ziemi w kałuży krwi własnej. Jakkolwiek uczucie męztwa nie było obcem dla panny Leontyny, zadrżała jednak na widok człowieka, wijącego się w cierpieniach, i na myśl, że w miejscu tym popełniono widocznie straszliwą zbrodnię. Wspomniała sobie przerażenie Kijanki, ślady krwi na całem ciele i zimny dreszcz ją przeszył. Pierwszą atoli rzeczą było niesienie pomocy cierpiącemu. Garłacz zdawał się być obojętnym na wszystko, co się działo dokoła niego; oddychał ciężko, jakaś mgła przysłoniła mu oczy, a na twarz padał cień śmierci. — Gdzie jesteś ranny, nieszczęśliwy człowieku? — zapytała wzruszona Tynia. Garłacz rozwarł ponure, zamglone oczy, wpatrzył się w piękną, łagodną twarz dziewczęcia i jakby mu ulżyło, z wysiłkiem podniósł rękę, ukazując na piersi, oraz okolicę żeber; poczem z wielkim trudem wyjąkał cicho: — Niech mnie paa-nien-ka raaa-tuje... Bóóóg na-groo-dzi... — Spotkałam tu w lesie przed chwilą człowieka, który już uszedł, czy to był twój zabójca? Chłop przecząco wstrząsnął głową; widocznem było, że mówić nie mógł. Dużo czasu nie było do stracenia; Tynia zrozumiała, iż powinna wracać do domu, jeżeli pragnie skuteczną pomoc przynieść nieszczęśliwemu; Garłacza należało przedewszystkiem zabrać z boru i pod dach przenieść. Myśl swą w krótkich słowach mu oznajmiła i pobiegła do wierzchowca, którego postawiła była pod drzewem; daremnie jednak poszukiwała konia, puszcza jak gdyby pochłonęła go w siebie. W pobliżu właśnie Majcher i Jankiel opatrywali ranę Guzika, kiedy naraz usłyszeli rżenie konia. Herszt złodziejów, choć mocno cierpiał, pierwszy rzucił domysł, iż musi to być któryś z koni w nocy skradzionych i że sprowadzenie go byłoby bardzo na rękę. — Lżej nam będzie ztąd się wydostać, a nocy na darmosa nie stracimy. Majcher spełnił życzenie Guzika i do taboru przywiódł konia z damskiem siodłem, co złodziejom dało dużo do myślenia. Jankiel znacząco kiwał głową, mówiąc: — Jest w tem coś złego!... Pewnie nas szukają po lesie; panna z Orłowej Woli jest tu gdzieś blizko... Wszystko mi się zdaje, żem słyszał przed chwilą szczekanie psa... Trzeba zmykać. — Może złowili Garłacza i Kijankę! — wtrącił Majcher. — Nu, to co robić? Po co próżno gadać? Trzeba uciekać jak najprędzej! — powiedział Jankiel, któremu się zdawało, że pogoń ma już na karku. Stanęło na tem, iż żyd na koniu odstawi rannego herszta w głęboką puszczę, do tak zwanej Zabrańskiej Budy, Majcher zaś niech się ratuje, jak może. Plan ten niebawem urzeczywistniono. Kiedy Tynia powróciła do domu, wzruszona zaszłemi wypadkami, miała tę przynajmniej pociechę, że znalazła tu już w stajni Atalantę i Pyrola. Skoro wszakże przybyła znów do lasu, aby zabrać ztąd rannego Garłacza, złodziej już wyzionął ducha. Obok panny Strojomirskiej zjawił się też w lesie strzelec Kukułka. Ten uważnie przyglądał się zmarłemu, obejrzał jego rany i rzekł: — Oho to także był rzadki ptaszek!... Za ludzką krzywdę Bóg mu srogo zapłacił. — Poczem dodał: — Pokój wiekuisty racz dać duszy jego, Panie! — Cóż myślisz, Marku, co znaczy ta zbrodnia dzisiejszej nocy? — spytała Tynia. — Nic innego, tylko, że Garłacz ukradł dziś w nocy konie panienki; za to głową poręczyć mogę. Byli tu z nim i inni złodzieje, było z pięciu lub sześciu chłopów... I nie on jeden postradał życie... Działy się tu dzisiaj w boru straszne, dawno niepamiętane rzeczy! Obejrzałem tropy; krwi ludzkiej pełno wszędzie, jeszcze nie obeschła, choć to już prawie południe. Ale kto do nich strzelał?... Kto śmiał zaczepić bandę Guzika?... On tylko chyba, on, nie kto inny! — Kostuch kłusownik? — spytała Tynia. Kukułka obejrzał się mimowoli i wykonał ręką ruch, jakby się chciał przeżegnać; potem dodał pocichu, mówiąc niejako sam do siebie: — Zkąd on mógł do nich strzelać? — Jakto zkąd? O co ci chodzi? — Znalazłem miejsce, gdzie stały w nocy przywiązane konie; wiem, w którem miejscu znajdowali się złodzieje, przekonałem się, że pili wódkę, jedli chleb i szperkę; odnalazłem flejtuch od dwóch strzałów; widziałem znaki na drzewie od takich siekańców — tu Marek pokazał wielkość kulek na palcu — a nie mogę wyszukać śladu człowieka, który strzelał. To były tęgie strzały, krwi po nich wylało się dużo!... — Szczególna rzecz! — mówiła Tynia, zamyślając się o tych zdarzeniach. — Wiem, że ktoś siedział w krzaku pod lasem, czatował Bóg wie na co... Czy panienka uwierzy, żem śladu ludzkiej stopy nie znalazł?... Z krzaka onby nie strzelił do tych ludzi, a przytem kulki poszły nie ztamtąd; widać to po drzewach... W głowie mi się przewraca, jak to być mogło. Z takiego Garłacza będzie w piekle tęga uciecha; no, a jeśli jeszcze utłukł Guzika, to mu już chyba Lucyper dobrze za to zapłacił!... — Ależ, Marku, piekło się wtedy tylko cieszy, gdy źli ludzie żyją na ziemi!... — A kto ich tam wiedzieć może, panienko! Niech im Bóg przebaczy grzechy; ale dopiekli oni ludziskom. Wszystkie wilki z tej puszczy przez sto lat nie zrobią tyle szkody, ile nabroił sam Guzik przez rok jeden. — No, ale jeśli go zabili, trzeba odnaleźć zwłoki; zawsze to człowiek i powinien być pogrzebany — Odnajdą się, odnajdą! — zawołał Kukułka. — Jeśli my się o to nie postaramy, wyprawią mu w nocy piękny pogrzeb wilki i lisy... Będą tam i świeczki i muzykanci. Po chwili strzelec znów dodał: — Ale zkąd on mógł do nich strzelać?... Naraz rozległ się po boru okrzyk: — Hop, hop!.. Stasiu!.. I znowu zabrzmiał — Hop, hop!.. Tynia i strzelec ujrzeli w dali spiesznie biegnącą po ścieżce kobietę. — To Marcycha, waryatka! — mruknął Kukułka. — Nieszczęśliwa! — szepnęła panna Strojomirska. Kobieta szła prosto ku nim, niespokojnie wywijając rękoma, twarz i ręce miała zczerniałe; z pod brudnej chustki, narzuconej na głowę, widać było włosy poplątane w nieładzie. Ominęła po drodze strzelca, jakby go nie spostrzegła, i podeszła do Tyni, wpatrując się w nią dzikim, obłędnym wzrokiem. — Wojna, panienko! — zawołała — wojna! Strzelali tu dziś w nocy po lesie! — Zdaje ci się tak tylko, moja Marcysiu; nie było tu żadnej wojny — rzekła łagodnie panna Leontyna. — Powiadam panience, że była! On wie, że tu wojna była! — i ukazała palcem na Kukułkę. — Oj, zabili mi go!.. Zabili!... Z temi słowy poczęła płakać. Tynia przystąpiła do biednej kobiety, objęła jej głowę i uspakajała nieszczęśliwą. — Zabili mojego Stasia na wojnie, już go nie zobaczę, moja panienko! — jęczała kobieta. I dalej pobiegła ścieżką, wołając jakimś dziwnym, chrapliwym głosem: — Stasiu!... Hop, hop! Stasiu!... A echo odbijało ten głos daleko w puszczy.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…