Read here

Trapezologjon

Józef Ignacy Kraszewski · 1875 · Free in the US

60,516 words · about 4 h 14 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1875 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Trapezologjon&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1875
Length
60,516 words · about 4 h 14 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 7 min
  3. I about 6 min
  4. II about 7 min
  5. III about 7 min
  6. IV about 13 min
  7. V about 9 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 16 min
  10. VIII about 21 min
  11. IX about 17 min
  12. X about 21 min
  13. Przypisek about 2 min

Continue:

Front matter

.

PRZEZ

J. I. Kraszewskiego

całość

.

PRZEZ

J. I. Kraszewskiego

.

W księgarni Gubrynowicza i Schmidta

przy placu św. Ducha l. 10

.

.

W księgarni Michała Glücksberga

Nakładem Pillera i Gubrynowicza i Schmidta. Drukiem Kornela Pillera.

Jedna z powieści, które przeszły jakoś cicho po bożym świecie, nie uczyniwszy wielkiego wrażenia — choć nie jest gorszą od innych. Ale i. My ją z ojcowskiem sercem, od wielu innych wolemy — ale, cóż to dowodzi. Rodzice do słabych i ułomnych dziatek czasem się najwięcej przywiązują. Przepowiednia Nieklaszewicza tycząca się autora, po dwudziestoletniej próbie trwałości i rzetelności, dziś się nam jeszcze trafniejszą wydaje niż była. — Lecz o tem pomówiemy innym razem. Trapezologjon napisany był w r. 1851.

Jeśliby kto był bardzo ciekawy wiedzieć dlaczego to opowiadańko, tak straszliwą grecką czapką przykryliśmy; aby mu oszczędzić szukania w słowniku lub domysłów pracowitych, tłumaczym z , że Τραπεζα po grecku stół znaczy, a Δογιον wyrocznia (oraculum, responsum). Boję się by przepolszczając ten tytuł, nie przyszło go zmienić na Stołowe nogi. które u nas tak złą mają sławę, i dlatego zostawiam Trapezologjon, wprawdzie niezrozumiały ale za to niezmiernie poważny!

I.

Czuła się w obowiązku Ameryka czemkolwiek wywdzięczyć staruszce Europie za troskliwość z jaką ją ona wyposażyła na nowe gospodarstwo, i jak to czasem wnuczki przynoszą babuni nadgryzioną gruszkę, lub obłamany sucharek, z uśmiechem zadowolenia, przysłała nam, — a ba! zgadujcie kochani czytelnicy!! zgadujcie: nie mówię ani o wyrobach z kauczuku, ani o gutta perce, ani o olbrzymich fotografiach, ani o mięsnych konserwach..... tylko o gadających stołach. Nieprawda że podarunek ładny?? Utrzymuje ktoś tam bardzo uczony, że u Ammiana Marcellina mowa już jest o stołach gadających za czasów Rzymian, ale w Ammianie Marcellinie znajduje się co kto zechce, i stoły amerykańskie daleko za sobą zostawiły rzymskie. Stoły Ammiana była to jakaś lichota, coś z rózeg i prętów sklejonego, a ów miljony kosztujący stół z drzewa cytrynowego, któren jak grzech wyrzucano na oczy Cyceronowi, pewnie gadać nie umiał. Za naszych zaś czasów, wszelki stół i stołowe nogi gadają, rozumniej nawet daleko od tych, których mowa zdała się być dotąd wyłącznym udziałem, i amerykański wynalazek dał życie istotom, które go nigdy nie miały. Jeszcze chwila, a jak rozruszawszy się poczną paplać i sprzęty wszelkie i cała nas otaczająca natura.... o to dopiero gwar będzie.... choć uciekaj. Wróćmy tymczasem do stołów gadających.... Któż nie pamięta tego szału który był opanował nagle jak stoliki, ale co gorzej ludzi, i tej chwili dziwnej, kiedy, gdzieś się obrócił wszędzie się doświadczenie ze stolikami spotykało. Kręciły się naprzód stoły, potem kręcili ludzie, aż z tej krętaniny głowy się pozawracały, i dziwolągi pleść zaczęto. Widziałem ludzi co nie wierzyli w nic na świecie i po za światem, co się śmieli ze wszystkich świętości, a kłaniali się stołom i rozumowi nóg stołowych. — Nie wiem co tu było dziwniejszego czy rozum kawałka drzewa, czy głupstwo ale koniec końcem zdaje mi się, że nigdy ludzkość bardziej upokorzoną nie została, nigdy srożej ukaraną za wiek niedowiarstwa i swawoli; nigdy z piersi zbolałej, nie wyrwał się też mimowolnie silniejszy dowód potrzeby wiary i nadziemskiego świata. Niedawno zaprzeczaliśmy egzystencji duszy, a przyszło nam uznać duchy i do licha! mieszkające w nogach stołowych!! O samym fenomenie kręcenia, kręcielstwa i gawędy, nic nie powiem, wierzę bardzo, że człowiek gdy co zapragnie zrobić, to potrafi: będą mu się kręcić nietylko stoły, ale światy, będą mu mówić kamienie. Przyjmujemy więc fenomen za istotny, tem chętniej, żeśmy go nigdy oczyma własnemi sprawdzić nie mogli, prócz zdarzenia, które wam właśnie opowiem. Było to w roku stołowej manji (poszukajcie w pamiętnikach miasta Warszawy daty, bo ja jej już nie pamiętam), jechałem o kilkadziesiąt mil z domu gnany gwałtowną potrzebą, dość smutny, stroskany i zaprzątniony, do miasta, w którem żywej duszy nie miałem znajomej. Najmilszą w drodze rozrywką, przypatrywać się krajowi który przebywamy i robić zapasy obrazów, zapasy wspomnień na przyszłość; pomimo smutku i zaprzątnienia oparłszy się w głąb powozu, śledziłem okiem coraz nowe widoki przesuwające się przed oczyma. Wołyń nasz prześliczny.... dla malarza, rysownika, poety, ile tu wdzięcznych przedmiotów! opromienić je tylko pyłkiem ideału, którego każdy, zapas powinien mieć w sobie, a cuda się z tego urodzą! Z góry rozwija ci się przestrzeń kilkomilowa a po niej rozsiane sioła, laski, rzeki, stawy, aż serce bije do tej panoramy na pozór jednostajnej i monotonnej, a w istocie pełnej rozmaitości i wdzięków niedostrzeżonych pospolitemu oku. Spójrz-że bliżej siebie, co krok to obrazek niedorównany, tam stary młynek w słomianej czapie, na kulach podparty, wśród wierzb mimo poobciosywania kształtnych jeszcze i naprawujących co popsuł nielitościwy człowiek, owdzie chatka lepiona, sztukowana, dołatywana z malowniczemi płoty i bramką; dalej kuzienka z dachem porosłym zielenią, i dwór biały w starych lipach u brzegu stawu i karczemka ze swą galerją słupów i mostek jakby go Ruyzdael komponował do swojej wody umyślnie, i gliniasty obryw pokryty powojami i rozchodnikiem, i cerkiewka czarna, ozieleniona mchami, z potrzaskanemi gontami na pochyłej kopułce... i... ale kto to policzy. Często stanie za obraz cały, jeden wypruchniały pień dębu, otoczony gawiedzią zielska co z niego wyrosło, z obmytemi korzeniami, z wypaloną dziuplą, ze mchami i porostami które się go poczepiały; często kawał kamienia i trochę piasku tworzą ci Calam’owską całość prześlicznego efektu, to natura dopiero, cóż ludzie.... Każdy spotkany niesie ci na plecach dramat, na twarzy powieść, w oku długą historję; zgadujesz te chodzące zagadki i marzysz rozkosznie.... Ale to miłe zajęcie próżniacze, dla mnie nagle dnia tego zatrute zostało.... Burza może być rzeczą niesłychanie wspaniałą, niedorównanie w swoim rodzaju piękną, przecież ja jej wcale nie lubię; a w drodze wolałbym monotonię pogody, niżeli piorun zawieszony nad głowami. — W razie nawet grożącej nawałnicy, jakkolwiek nie mam zwyczaju wstępować po drodze, używam przywileju szlacheckiego i gdzie mi komin zabieleje gotówem zajechać, byle czuć dach nad sobą.... Kiedy tak zatopiony w rozważaniu piękności natury siedzę sobie najspokojniej i dumam o niebieskich migdałach, jak gdyby w czterdziestym roku życia jeszcze o nich marzyć było wolno, nagle blaski słoneczne przyćmiły się, i coś w oddaleniu zahuczało. Oglądam się!.... wystawcie sobie państwo przestrach mój i zdumienie gdym ujrzał po za sobą doganiającą mnie chmurę.... I nie była to sobie owa wiosenna chmurka która przeleci, zahuczy, zabłyśnie, lunie i poszła dalej, ale nimbus, paskudny nimbus, czarny, siny, płowy, plamisty, którego nie widać było końca.... Ciarki po mnie przeszły gdym to straszydło zobaczył, oko w oko się z nim spotkawszy.... A to już grzmi na dobre, i niedalej jak o werstę widać siwe smugi deszczu przerzynane wężykowatemi piorunami; a chmura jakby ją kto pędził leci, leci, nabiega na nas na skrzydłach wiatru.... W zbliżaniu się burzy jest coś może straszniejszego nad nią samą.... w około jeszcze cisza przerażająca, jakiegoś oczekiwania, przelęknienia, upadku, żaden liść nie zadrży, powietrzem odetchnąć nie można, a na niebiosach... Konie lecą, szaleją, grają, pędzą już, i tylko chwilami świśnie ci wiatr przodowy goniec, w twarz uderzy i poszedł dalej. Czujesz że tuż, tuż, ot zerwie się uragan, że to co stoi spokojnie, strzaska się może pod jego ramienia ciężarem.... a to przed tą potęgą ani się skryć, ani z nią walczyć!! Radbyś żeby ta chwila zbliżyła się już, przyszła i przeszła, widzisz jak pędzi ku tobie i doczekać jej nie możesz.... Takie było właśnie położenie moje, a najpierwszą myślą szukać gościnnego dachu, któryby mnie przyjął póki burza nie przeminie; znaleść choćby karczmę, choćby chatkę, ale w koluteńko nie mogłem dopatrzyć żadnej... wsi nie było! naostatku pomyślałem o dworze, bo najmniej chętnie zajeżdża się tam, gdzie opłacić się potem nie można, a zawadzać się musi, — i ujrzałem nieopodal od drogi w prawo, ponad trzcinami zarosłym stawkiem, którego drugi brzeg otaczał lasek brzozowy, maleńki dworek z białemi dwoma kominami, ukryty wśród drzew rozłożystych.... Nie było ani wsi ani gospody, tylko z jednej strony prosty młynek nad grobelką, z drugiej ów dworek przyczajony wśród i zarośli. Ale z powierzchowności wnosiłem, że do wielkiego pana nie należał, i kto wie, mógł nawet tylko ekonoma ukrywać, nie wahając się, naglony grzmotami, kazałem zwrócić drogą ku niemu. Jakkolwiek jużem się był zebrał na tę determinację, a huk oddalonych grzmotów odwagi do popasu na spokojny dworek dodawał, pilnie wszakże poglądałem na wszystko, by odgadnąć jaki mnie tu los mógł czekać. Drożyna wiodąca do dworu była zupełnie zarosła... miało to swoje znaczenie; w ulicy, w dziedzińcu nawet pełno chwastów.... płoty porozwalane.... oficynka przy domu licha i w ziemię wklękła, ściany jego z tynku poopadały, jeden komin był wyszczerbiony, na dachu stare z niebardzo młodą kłóciły się słomą... Dojrzałem zbliżywszy się po jednej stronie powybijane szyby zalepione papierem... i ogół tych nieporządków uspokoił mnie trochę, bo wolę zajechać zawsze do ubogiego... a tu ubóstwo każdą dziurą wyglądało. Nie jestem wcale panofobem, ale pan jest jak cukierek, doskonały na zakąskę, nic nie wart gdy człowiek głodny. Nie wiem czyby mnie jaka burza potrafiła zapędzić do pałacu... bo służby jaśnie wielmożnych i przedpokojów arystokracji, gorzej się boję, niż grzmotów. Jużem miał odetchnąć, zajeżdżając przed skromny na dwóch słupkach oparty ganeczek, będąc pewien, że znajdę pod tą strzechą jakiegoś starego gracjalistę lub ekonoma; gdy pustka dziedzińca, brak na nim ptastwa i naczyń, bielących się płócien, koryt i korytek do napajania trzody, brak sprzętów wiejskie gospodarstwo otaczających, dały mi nieprzyjemnie do myślenia znowu. Gdzieżby to eks-oficjalista lub czynny oficjalista wytrwał bez tych akcessorjów i gospodarki na własną rękę? Któryżby z nich nie hodował gęsi, kaczek, kur, indyków, koni, bydła, świń, owiec i gołębi korzystając z pośladów, okładów i rozmaitych nie liczących się za nic, zwłaszcza na Wołyniu, śmieci stodołowych. A tu ani tego, ani sztuczki płótna, na którąby gospodyni naprzędła, ani motków bielących się, ani nic... a nic... Zagrzmiało ogromnie, wyskoczyłem w ganku i jużem się odwrócił, spodziewając ujrzeć przed sobą dziewkę, lub chłopaka w najprostszym stroju złożonym z koszuli i spodni płóciennych, gdy na progu sieni zetknąłem się z olbrzymim hajdukiem... wyobraźcie sobie państwo!! w popielatym surducie.... to nic.... w butach i szarawarach... to fraszka.... w czerwonej kamizelce.... bagatel... ale z herbowemi guzikami!! Był to drugi piorun... struchlałem na widok pieczystego służalca i już ust nie umiałem otworzyć.... Wtem błysnęło ogromnie, szeroko grad sypnął jak kule i piorun rozstrzaskał wierzbę o kilkaset kroków od dworku na grobli przy stawie. Nie było sposobu zawrócić nazad. — Jest pan w domu? — spytałem. — Pan podkomorzy? a w domu — rzekł hajduk — i panna Celestyna przyjechała, i pan Henryk jest, i stara jejmość... Na te słowa struchlałem łamiąc ręce, ale uherbowany służący drzwi mi otworzył, musiałem wejść.... wystawcie sobie państwo położenie moje!...

II.

Jużem miał rozpocząć mowę, do której wstęp patetyczny układałem w głowie przez całą szerokość sieni, gdy w pierwszym zaraz pokoju dziwny widok uderzył oczy moje, i ust nie dał mi otworzyć... Dziwny — bo niespodziewany zupełnie. Pomimo herbowego służalca, nie sądziłem, żebym w lichym tym i opuszczonym dworku zastał wykwintniejsze towarzystwo; nie myślałem go też napaść na uczynku niezwykłym i dla mnie zrazu całkiem niezrozumiałym. Tymczasem oczy moje spotkały obraz osobliwszy, dla którego nawet o burzy zapomnieć było potrzeba. W pierwszym dość obszernym pokoiku, opuszczonym jak domek cały, z brudną u okna firanką, z chwiejącą się posadzką dość dawno nie mytą, z kominkiem niepobielanym na wielkanocne święta, — w pokoju w którym kilka krzeseł ze strzałami w poręczach, kanapa w tymże rodzaju i para konsolek w stylu XVIII-go wieku stały po kątach, cztery osoby siedziały w głębokiem milczeniu, z natężoną uwagą nad stoliczkiem o trzech nogach, nie śmiejąc się ruszyć, tchnąć, podnieść oczów, tak zajęte były, w pierwszej chwili niepojętemi jakiemiś dla mnie czarami. — Nikt nie spojrzał nawet gdym wchodził, nikt głowy nie odwrócił, nikt mnie nie spostrzegł, stanąłem nie wiedząc co począć wielce zaambarasowany... ale ta chwila posłużyła mi do rozpatrzenia się w towarzystwie. Domyśliłem się odrazu, że najstarszy mężczyzna, który przysiadł na kanapie, musiał być panem podkomorzym; był to szpakowaty, żylasty, dobrze zbudowany jegomość, w lekkim paltocie, w chustce na szyi zawiązanej a la Colin, z którego czuba zadartego do góry, faworytów utrzymanych starannie znać było, że się nie pozbył pretensji do młodości, daleko już, daleko na drodze życia zgubionej... Rysy jego twarzy były wyraziste, ale pospolite, czoło wielkie, cera blada, a piętnem charakterystycznem w fizjonomji, zrażenie zarazem i zwierzęcy jakiś wyraz siły. Ubiór kusy, opięty, ale dość staranny, zdaleka dozwalał go wziąć za młokosa; bo się trzymał po żołniersku. Pani nazwana jejmością, jakiem się domyślił podkomorzyna, dość otyła, biało-różowa i przed laty zapewne piękna, z drobniuchnemi rysami przystojnej 1 świeżej suberetki, które starzejąc dziwnie na szerokiej twarzy się rozlokowały, z niebieskiemi oczyma; ubrana w białą suknię, wstążki niebieskie jako blondynka, miała wyraz dobroci miękkiej, nieudolnej, obojętnej.... Znać było, że żyła więcej roślinnym żywotem niżeli duszą i myślą, która w niej spała nieprzebudzona. Trzecią osobą był pan Henryk, w króciutenieczkim tużureczku elegant, z ogromną szpilką, na której rycerz zabijał smoka, wpiętą w chustkę jasnego koloru buchasto zawiązaną na szyi, w spodniach w kraty nadzwyczajnych rozmiarów, ze wszystkiemi przyborami lwa odznaczającemi, z cygarnicą wyglądającą z kieszeni jednej, z łańcuchem od zegarka wiszącym na brzuchu, z trzciną w gałce oksydowanej i t. d., i t. d. Włosy jego długie, wąs i broda, dawały mu fizjonomję żurnala mód, najgłupszą jaką mieć można, przesadną a pospolitą, bijącą w oczy a niesmaczną. Nareszcie obok siedziała jeszcze panna Celestyna, jakby to grzecznie powiedzieć?? stara panna! Tak jest, niestety, panna dobrze już nie młoda, chociaż bardzo jeszcze ładna, słusznego wzrostu, giętkiej i dobrze wciętej w pasie postawy, wystrojona z najwytworniejszym gustem i elegancją dobrego tonu. Prześliczne jej orzechowe włosy, gładko uczesane, niczem nie przybrane, spadały na szyję białą jak kość słoniowa, ramiona kształt miały utoczony, spływającą linją schodząc zwolna ku rękom na pół odkrytym z pod szerokich rękawów koronką obszytych. — Profil, który dostrzegłem czysty był, proporcjonalny, jak rysunek Overbec’ka aniołów; ale na całej tej postaci lata i smutek zostawiły piętno swe nie zmazane; a uczucie, prawie żadnego nie wyryło na niej śladu! Zajechać do dworku w czasie burzy, potrzebując gościnnego przyjęcia i wpaść na takie cztery twarze, z których żadna nie obiecywała nic, nie pociągała ku sobie, na to potrzeba było mojego szczęścia! a w dodatku przybyć w chwili, gdy ci państwo tak byli zajęci, tak zaprzątnieni, że z konieczności musiałem im być natrętnym!... prawdziwa fatalność! Stałem nie wiedząc co począć, poznawszy już nareszcie o co chodziło im, że stolik którego dotykali rękami miał się kręcić, czy gadać — gdy pierwszy pan podkomorzy ziewnął, podniósł głowę i zobaczył mnie jak słup w milczeniu wpatrującego się w nich z miną zafrasowaną. — A! — wyrwało się z ust jego — myślałem że Michałek. I z kolei trzy jeszcze A! różnemi wymówione głosami zabrzmiały mi w uszach, nieukontentowaniem, zapytaniem, wymówką. Nikt jednak rąk od stolika nie odjął, nikt nie wstał, a ja z ukłonem uniżonym począłem tłumaczenie moje... dość nieforemne niestety! Bo jak się tu proszę logicznie wytłumaczyć grzmotami z napaści niesłychanej, niepojętej ludziom, którzy się grzmotów nie obawiali nigdy i nie pojmują, żeby ktoś niezaprezentowany śmiał do ich domu zajechać! Podkomorzy jednak, gospodarz domu jak widać, niezbyt nie rad gościowi, prosił mnie siedzieć gościnnie i zawołał nie wstając od stolika na Michałka, ażeby koniom kazał odejść do stajni. — Widzisz pan — rzekł, gdym usiadł tchórzliwie w kątku — zajmujemy się tu ciekawem doświadczeniem obrotu stolików. Ja i moja żona nie wierzymy w to wcale, ale pan Henryk dowodzi... — Ale proszę papy, to już dowiedzione dla całej Europy... — dorzucił elegant z wyższością. — Tysiąc razyśmy próbowali — dodała panna Celestyna nieukontentowana, że ktoś obcy zastał ich nad taką niewdzięczną robotą. — Ja nie uwierzę, aż zobaczę! — szepnęła matka — ale to coś długo, a tu tak gorąco! Mówili jeszcze, gdy stół zadrgał od strony pana Henryka, zatoczył się jak pijany, pan Henryk komenderować począł pospiesznie, wszyscy z miejsc powstali i ożywiony sprzęt okręcił się, raz, drugi, trzeci, wodząc za sobą posłusznych magnetyzerów. Podkomorzy zaciął usta, sama poczęła się śmiać pokrywając niepokój widoczny, pan Henryk przybrał minę człowieka, który dopełnia niezmiernie ważnej czynności, a panna Celestyna szukała lustra oczyma wskazując, że już ją to znużyło. Obrót stolika poprowadził go ku kominowi, do progu, pod okno, nareszcie zachwiał się wędrownik, zakołysał i mimo usiłowania podtrzymujących, upadł na ziemię... Doświadczenie skończyło się na tem. , który wcale tego nie rozumiał, dźwignął stolik ruszając ramionami, i postawił go na miejscu, a że deszcz lunął jak z cebra, wszyscy zasiedli na miejscach, na przemiany mnie i deszczowi się przypatrując... Za gościnę musiałem płacić językiem, a chwytając gotowy przedmiot, począłem zaraz o stołach, usiłując sobie przypomnieć na pamięć co tylkom gdzie o nich słyszał. Przyznam się państwu, że mnie to bardzo mało obchodziło od początku do końca, i żem na te cuda patrzał obojętnem okiem, żałując ludzi, co swe siły marnowali na obracanie kawałka drzewa, gdy użyć ich mogli lepiej; ale na ten raz trzeba było dobyć z kieszeni całej erudycji i uśmiechając się, zdawałem im sprawę z wszystkiego co pisma publiczne ogłosiły były o tej mistyfikacji amerykańskiej. Znać było po twarzach, że przekonawszy się z mowy, z kim mieli do czynienia, to jest, żem nie był ani kupczykiem, ani kancelarzystą z bliższego miasteczka, lepszem na mnie spojrzeli okiem. Pan Henryk mocno mi dopomagał, cuda nad cudami prawiąc o stołach, o których mówił jak człowiek, co ani fizyki, ani żadnej z nauk przyrodzonych dobrze nie zna, a śmiało i stanowczo wyrokuje, przywykły będąc, że mu nikt nie zaprzeczy. A mnie też (póki trwały grzmoty), przeczyć wcale nie wypadało, choć doprawdy takie prawił androny, żem słupiał z podziwu nad zuchwalstwem jego. Podkomorzy uśmiechał się roskosznie słuchając dźwięków tej mądrości drogo opłaconej w Berlinie i Götyndze... którą brał za dobrą monetę... Pani Podkomorzyna ziewała, jak zwykle osoby otyłe przed deszczem a panna Celestyna siedziała zamyślona o czem innem. Pan Henryk widząc, że przy mnie wszystko mówić można i wysondowawszy, że mu zaprzeczać nie myślę, posunął się w stolikowym szale do krańców ostateczności. Na trzech nogach biednego sprzętu budował całą teorję jakąś najosobliwszą duszy, ducha, duchów, związku materji ze światem niewidzialnym, związku żywych z umarłymi i t. d., i t. d. Bałamucił i tumanił, ale gdy kuso było bardzo, rzucił wyrazem niezrozumiałym jak piaskiem w oczy i znowu dalej... Tymczasem deszcz lał, a jam siedział i słuchał. Podkomorzy to ruszył brwią, to zażył tabaki ze złotej tabakiereczki, to nogę za nogę założył, to chrząknął i przez te sygnały zostawał w związku sympatycznym z bredniami pana Henryka. Ja miałem czas powoli zbadać trochę towarzystwo, wśród którego się znalazłem i napracowawszy się dobrze myślami, dopierom sobie przypomniał, że osoby te nie były mi całkiem nieznane. Nigdym ich wprawdzie w życiu nie widział, ale któż u nas na dwadzieścia kilka mil wkoło nie zna, nie wie otaczającego go świata? Byle uszy, można się o nim nasłuchać; byłe pamięć, można przy kardem nazwisku znaleźć w zapasie całą jego historję... Tytuł podkomorzego, pan Henryk, panna Celestyna, sama pani, nagle mi się przypomnieli jako typy o których nasłuchałem się od mego przyjaciela p. Brażewskiego, znającego cały Wołyń w szerz i wzdłuż, jakby miał to tylko posłannictwo na świecie, skupienia w swojej głowie w jedność rozpierzchłych rysów obrazu naszej prowincji. Przypadek zaprowadził mnie pod dach pana podkomorzego, ale któżby się był po tym dachu, wielkiego pana podupadłego własną winą domyślił? Ten dworek, wioseczka mała przy nim, ekscypowana z dóbr obszernych były jedyną pozostałością starca, który nadtrwoniwszy majątku na hulankę długą, oddał nareszcie dzieciom niedobitki fortuny, sam z kilką faworytami usuwając się na ustronie, pod nie wiem jakim pozorem. Podkomorzyna z córką mieszkały w pałacu w Berbeciach, o milkę od podkomorskiego dworku w Monplaisir; pan Henryk w Ciopkowie, gdzie sobie dom gotycki pobudował tymczasowo. Ten Monplaisir dziś zarosły, zrujnowany, zachwaszczony, zdziczały, dawniej był parkiem i miejscem przejażdżki, balów, wieczorów... Któżby go poznał słomą pokrytym, bez płotów... bez bram i mostków, bez karuzelów i huśtawek, których tu tyle być miało! Słyszałem wiele o podkomorzym dawniej i z tak różnych stron, że rad byłem poznać go bliżej i sam osądzić. Jedni mi mówili, że to był rozpustnik, babiarz i utracjusz, drudzy żałowali go, iż się ze wszystkiego wyzuł posłuszny kaprysowi żony i dzieci, z największego przepychu schodząc na ubogie życie szlachcica o kilkunastu chatach. Ale w rodzinie tej nie widać było nic, coby znamionowało, że w niej zgoda zachwianą została na chwilę, ani wielkiej czułości, ani też kwasu nie dostrzegałem, podkomorzy wcale nie wyglądał na ofiarę, żona niepodobna była do tyrana, a dzieci — były sobie jak wszystkie teraźniejsze dzieci, co to dorosłszy do wąsa, papę biorą pod rękę i traktują po przyjacielsku, a bez ceremonji. Pan Henryk mówił jeszcze, ja jeszcze słuchałem, gdy drzwi się otworzyły i weszło coś suchego, długiego, w szaraczkowej kapocie, z rękami w tył założonemi, w których ogromna chustka niebieska i czarna tabakierka rodzaj trofeu formowały. Blady ten z zaciętemi usty jegomość, pochylony na prawo nałogowo, skłonił się i zasiadł przy drzwiach.

III.

Na przybyłego nie wiele kto zważał, a po obejściu z nim poznać było można, że się liczył za domowego, za coś nakształt rezydenta. — Mnie wyraz jego twarzy uderzył więcej niż innych. Głowę miał mocno śpiczastą i łysą, twarz niezmiernie długą, wybladłą, oczy dziwnie wypukłe na wierzchu siedzące, żabie; usta wykrzywione w tęż samą stronę co ramiona; a w ogóle był jak mara jaka. Wzrost jego, przygarbienie i pochylenie, przymrużanie jednego z tych oczów naprzeciw skrzywionego ust kąta, odpowiadające zgięciu ramion, a szczególniej pełen niespokoju charakter fizjonomji, wielkie na mnie zrobił wrażenie; poczułem wstręt nieopisany do niego. Musiał i on doznać tegoż samego uczucia na widok natręta, gdyż jednem okiem swojem wyszczerzonem, a drugiem powieką nawpół pokrytem pilno mi się przypatrywał, jakby chciał odgadnąć kto byłem, i po com przyjechał. Pan Henryk rozprawiał tymczasem, szczególniej na słuchaczy obrawszy ojca i matkę, a mnie za konfirmatora. — Tak, kończył z głową podniesioną i tonem doktora mówiącego z katedry, przyszły czasy potężnych odkryć, przyszła era ducha i jego rozwoju... Duch tryska zewsząd by się zlać w ognisku duszy ludzkiej, do jedności. Obrót stołów jak zawsze drobnostka, poczyna epokę nową i wielką, od kropli z lodów alpejskich rodzą się rzeki ogromne... Zaledwie się poczęły obracać: jużci mówią, zgadują, prorokują. — A toż co? przerwał ojciec... niechże kręcą się to jeszcze, przyczyna być może , ale żeby mówić miały... — A kiedy mówią! i co gorsza wróżą, zgadują, opowiadają i rozumują. — Co? oszalałeś? ruszając ramionami rzekł podkomorzy. — Ale tak jest! widziałeś papa jedno, możesz zobaczyć i drugie... — Nie żartujże ze mnie! dodał po cichu. — Ale to najprawdziwsza prawda... Stoły gadają... — Jakimże sposobem? — Nogami! zawołał pan Henryk. — A toż być trzeba głupim jak stołowe nogi, by temu uwierzyć! krzyknął podkomorzy. — Ojcze kochany, przerwał uczony pneumatolog, w rzeczach ducha nie ma niepodobieństwa. Siadajmy i probujmy... — Mnie jeszcze od pierwszego doświadczenia ręce drgają, niechętnie odezwał się podkomorzy, dziękuję, dziękuję! do gawędy ze stołem należeć nie będę... macie na miejsce moje Nieklaszewicza... Blady jegomość skłonił się tylko wstawszy trochę z krzesła i przysiadł, ale usta jego wykrzywił uśmiech tak tajemniczo szyderski, że mi się aż straszno zrobiło. Gdy się to dzieje, podkomorzyna przywoławszy uśmiech na usta, drzemie i przebudza się co chwila, panna Celestyna bawi się pasem sukni, a ja przestraszony oczekuję ażali mnie nie przywołają do stolika, czegom się niezmiernie obawiał. Szczęściem pan Henryk który się zajął urządzeniem gadającego stolika, pociągnął siostrę i matkę, przywołał Nieklaszewisza, pospiesznego na zawołanie, a ja prostym tylko widzem zostałem z podkomorzym. Na dworze tymczasem wtórem do czarnoksięzkiej owej roboty odzywały się pioruny, huczało niebo, błyski co chwila stawały się gęstsze i ciemność przeraźliwsza po nich, a deszcz nieustając lał jak z wiadra. Nim ręce związano w ów tajemniczej władzy łańcuch, który miał mową obdarzyć stolik niemy, pan Henryk zajął się obszernym wykładem teorji języka stołów, rozpowiedział jak nogą stukać będzie na litery i t. d. Nieklaszewicz który milczał do tej pory, wzruszył ramieniem z tej strony z której był nieskrzywiony, bo uważałem, że część upośledzona u niego do niczego się nie wdawała, i odezwał się zachrypłym głosem nadzwyczaj cienkim, tak że mnie głos ów niemniej od postaci jego przejął. — Proszę pana grafa, już kiedy może stukać nogą, to mógłby i gadać, poprostu jak my. — A kiedy gęby nie ma! odpowiedziała bardzo naiwnie podkomorzyna tłumiąc ziewanie. — Tak to jest, że gęby nie ma, ani słowa, że nie ma, rzekł spuszczając głowę Nieklaszewicz, ale ba! kiedy ludzie magnetyzowani brzuchem widzą, stolik mógłby gadać nogami. — Śmiejcie się państwo, przerwał pan Henryk gorąco, ale na honor, Nieklaszewicz ma racją, zupełną ma racją... stolik mógłby i powinienby gadać. Podkomorzy splunął i ruszył ramionami, ja grzecznie milczałem, a towarzystwo złączyło się końcami palców i objęło nieszczęśliwy stolik. Nieklaszewicz zabrał się do tej czynności, z takiem, jeżeli tego wyrazu użyć wolno, namaszczeniem, z takiem woli napięciem, że podwójnie stał się straszny. Oko jego jedno wyszło zupełnie na wierzch, drugie zaciągnęło się powieką, usta przechyliły i zacięły skrzywione poczwarnie, policzki ściągnęły w jednę stronę a blade wielkopalczaste ręce z góry wpięły się w stół, jak szpony jastrzębia w nieszczęśliwe kurczę.... Nic mu nie brakło do fizjognomji czarownika. Głuche milczenie przerywane tylko szumem wichru i wyciem burzy panowało w pokoju, przez którego jedyne okienko przelatywały błyskawice to żółte, to czerwone, to sine... Scena poczynała nabierać fantastyczności... a ja nie mając co robić i chcąc oczy odwrócić od Nieklaszewicza, którego fizys mnie męczyła jak zmora nocna, począłem przyglądać się stolikowi męczennikowi, będącemu właśnie pod władzą magnetyzujących. Sprzęty które nas otaczają mają wszystkie fizjonomię jakąś nadaną im przez myśl ludzką co ich dokonała, lub przez długie ich użycie. Stoły, kanapy, krzesła nasze byle im się przypatrzyć uważnie, każdy z właściwym przedstawiają się nam charakterem; znam między niemi arystokratów, znam birbantów, widziałem indywidua łagodne i burzliwej dyspozycji. Są sprzęty do których przywyknąć niepodobna tak są nietowarzyskie, są inne przylepki z któremi odrazu jesteś jak stary znajomy. Toż co z ludźmi. Stoliczek o którym mowa, znać przeniesiony do Monplaisir z dawnej rezydencji podkomorstwa, ze starego ich pałacu, nie był już wcale młody, a budowano go w czasach gdy wszystko robiło się na greckim smaku. Miał też coś niby trójnogowego, jakieś ornamentacje w stylu grecko-rzymskim, i choć odarty, odrapany, poklejony, z poodskakiwanym miejscami fornirem, pachniał jeszcze pałacem. Nie wiem z jakiego drzewa zrobiono go pierwiastkowo, ale po wierzchu okryty był mahoniem, trochą bronzu, a u spodu ponad trzema jego nóżkami związanemi w pośrodku, artysta przylepił trzy główki sfinksów z twarzami niewieściemi, koloru zielonego bronzu... Te trzy główki na których zielona masa połuszczyła się tu i owdzie i biały gips z pod spodu jej wyglądał, miały wyraz spokojnej powagi i tę piękność pospolitą, zimną, jaka zwykle cechuje naśladowania sztuki greckiej. Siedzieli dość długo czarnoksiężnicy nad biednym stoliczkiem, który się w początku ani ruszył, po kilkunastu jednak minutach zadrgnął konwulsyjnie jak gdyby się chciał wyrwać z ich rąk, zakołysał, poruszył... Nieklaszewicz przycisnął go lepiej jeszcze i usta zacisnął mocniej, a oko przymrużył... — Kto jesteś duchu? spytał pan Henryk... Jakoś i burza trochę ustała na chwilę, a podkomorzy usłyszawszy pytanie, odwrócił się od okna w które patrzał. — Kto jesteś? powtórzył pytanie magnetyzujący. Patrzałem w tej chwili na twarz Nieklaszewicza, usta mu zadrgały jakby intencją uśmiechu. — Kto jesteś? po raz trzeci ozwał się pytający. Stolik co miał stukać nogą, czy rady Nieklaszewicza posłuchał, czy licho go tam wie co mu się zamarzyło, zdawało się jakby doprawdy zcicha mruczeć coś począł. Wszyscy nastawili uszy, podkomorzyna zbladła, panna Celestyna drgnęła, pan Henryk osłupiał. Wyraźnie z pod stoliczka szmer, jakby zdaleka pomięszanemi głosy kilka razem osób mówiły, dawał się słyszeć ku nam zbliżając... Obracający stolik patrzali po sobie, jeden Nieklaszewicz ani mrugnął. — Kto jesteś? spytał przyjmując na siebie obowiązek pana Henryka, który zaniemiał. — Źle pytacie! źle pytacie! dał się słyszeć głos cichy ale wyraźny... Podkomorzy i ja, jakbyśmy uszom wierzyć nie chcieli, zbliżać się poczęliśmy powoli... — Źle waćpanowie pytacie! powtórzył stolik. — Jakże pytać mamy? przerwał ośmielając się pan Henryk. — Kto jesteście rzekł stolik... — Dlaczego podchwycił pan Henryk. — Bo nas kilkoro... Gdy to się wyraźnie i coraz wyraźniej o uszy nasze obiło, podkomorzy pobladł, a całe towarzystwo znalazło się w najprzykrzejszem w świecie położeniu. Proszę sobie wystawić grono niedowiarków którymby nielitościwa ręka rzeczywistości cudem oczywistym dała w twarz nagle i niespodzianie. — Któż teraz z was za ten stolik gada te głupie żarty, rzeki podkomorzy ruszając ramionami. — Ale na honor papo, głos wychodzi z pod nóg naszych! odezwała się panna Celestyna bledniejąc... — Pierwszy tego rodzaju fenomen, dodał pan Henryk... ale dla ducha nic nie ma niepodobnego. Mogę papie dać słowo honoru... że nikt z nas ust nie otworzył... tylko mu nie przerywajmy... — Nie przerywajmy! powtórzyli wszyscy, a ja bojąc się podejrzenia o podpowiadanie, jak to bywało w klasie między uczniami, odsunąłem się w sam kąt pokoju. — Kto jesteście? odezwał się pan Henryk z powagą zasiadającego na indagacji sędziego... Trochęśmy na odpowiedź czekać musieli, aż głosik z pod stołu znowu się dał słyszeć wyraźny, ale cichy, póki się nie rozgadał i nie wzniósł coraz wyżej. — Duchy na pokucie! Na te słowo podkomorzyna jeszcze bardziej pobladła, podkomorzy głową pokiwał i ramionami ruszył. — Jest nas tu siedmioro... trzy duchy mieszkające w trzech nogach, czwarty w blacie na wierzchu, piąty w karuku, szósty w ćwieczku którym przeszłego roku połatano złamany bronzik, siódmy w kawałka bronzu.... jest nas siedmioro... — Suto ich tu widzę! rzekł do siebie podkomorzy. — Kto jesteście, mówcie z kolei, zawołał pan Henryk. Znowu musieli się duchowie naradzać, czy może po naszemu ceremonjowali się kto z nich pójdzie przodem, ale nareszcie któryś z nich odezwał się powoli. — Ja jestem Jan... — Nazwisko?... — Zrzuciłem z ciałem... u nas nazwisk niema. Jan się za życia zwałem; na naszym świecie nie pytają, kto cię rodzi i czem się zwiesz... ale co przynosisz z sobą... — Wszędzie się wciśnie ta demokracja! rzekł po cichu podkomorzy. — Radzibyśmy wiedzieć coś więcej... przerwał pan Henryk. — A! możecie odpowiedział duch ze stolika, qu’a cela na tienne! — Dobrze wychowany! zdziwiona dorzuciła panna Celestyna... — Cyt! cyt! nie przerywajcie! I zbliżyliśmy się w milczeniu podziwu i ciekawie oczekując co z tego dalej będzie, a ja spojrzawszy na Nieklaszewicza, chciałem wybadać co się z nim działo, ale żaden kuchta z zimniejszą krwią nie urzyna łba kurczęciu, jak on gadał ze stolikiem... Na jego twarzy ani zdumienia, ani zajęcia, ani znaku życia, podniecanego tak nadzwyczajnym fenomenem, siedział ciągle rozpięty z oczami w stół wpojonemi, ze wzrokiem wytężonym, z ustami zakąszonemi... chłodny, nieporuszony, jakby najpospolitszą w życiu spełniał funkcję. Stolik tymczasem rozgadał się w ten sposób.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…