Szkic z życia wiejskiego
SYN PANA MARKA.
przez
Klemensa Junoszę.
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX
Szkic z życia wiejskiego
SYN PANA MARKA.
przez
Klemensa Junoszę.
I.
Opisanie Wólki — rodzice bohatera — sprowadzenie tego ostatniego z miasta.
Jesteśmy na wsi. Przed nami rozległa przestrzeń, w której zieleni się łąka upstrzona tysiącami różnobarwnych kwiatków, kołyszą się jak fale łany złocistej pszenicy, bieleją chatki wieśniacze, a cały ten obrazek ujęty w ciemną ramkę jodłowych borów, wprawdzie przetrzebionych dobrze, ale jeszcze imponujących zdaleka ogromem i zielenią. Zresztą, gdzie dzisiaj znajdziesz owe lasy gęste, w których żubry sypiały pod masztowemi sosny, a modrzewie i buki splatały konary w siostrzanym uścisku... Popłynęło to wszystko powoli, potrochu, a poczciwa stara Wisła wydźwigała tych olbrzymów na barkach srebrzystych, oblała ich łzą pożegnania, i mrucząc na nieoględność ludzką, rzuciła na Bałtyk. Już wieczór, wracają ludzie z pola — kudłate psisko zagania owce, wozy turkoczą, dziad dzwoni w kościele w sygnaturkę, nie wiele większą od dzwonka u sanek, a domorosły artysta wygrywa na ligawce melodye nieuczone, ale smętne i łzawe jak historya doli kmiecej. Jeszcze gdzie niegdzie słychać gwary, wreszcie wszystko usypia i nastaje cisza, którą przerywa szczekanie psów, lub turkot oddalonego młyna. I noc zakrywa przed naszemi oczami ten miły i swojski krajobraz. Ale noc ta jest łagodna, cicha, księżycowa — i czytelnik nie narazi się na zaziębienie ani na katar, jeżeli raczy przejść się myślą po piasczystym gościńcu dla powzięcia wyobrażenia o posiadłości pana Marka Chojnowskiego, właściciela Wólki i białego dworku pod A zatem idziemy. Zamiast jednak zastanawiać się nad głębokością piasku, pokrywającego gościniec, lub zamiast liczyć lipy, które wbrew obyczajom narodowym, dorosły do wcale pięknych rozmiarów, pogawędzimy sobie o samym właścicielu Wólki. Trzeba wam wiedzieć, iż takich panów Marków niewielu już można naliczyć. Jeszcze jakiś czas, a będziecie ich znali tylko z rysunków Kostrzewskiego, lub pamiętników waszych babek... Wprawdzie w planie naszej gawędki nie leży kreślenie bjografii pana Marka, na sposób przyjęty przez pisma ilustrowane, wszelako jednak musimy wspomnieć, że pan Marek urodził się w Wólce, a tam wyrósł, zmężniał, utył, posiwiał, wyłysiał, i tam prawdopodobnie głowę położy. Wieść niesie, że pan Marek w młodości chodził do szkół, w których się uczył. Godzi się jednak wątpić czy się wiele nauczył, gdyż z erudycyą nie rad się popisywał, i nie miał nawet zamiłowania do drukowanej bibuły, wskutek czego ani jedna ekspedycya pism perjodycznych nie mieściła go na liście prenumeratorów. Chociaż pan Marek nie był prenumeratorem żadnego pisma, chociaż nie wiele czytywał, był jednak człowiekiem zacnym, i cieszył się miłością sąsiadów. Był on jednym z tych poczciwych ludzi, którzy piszą góra przez u i rzeka przez ż. Nie idzie jednak za tem, żeby pan Marek nie miał być rozumnym. Owszem, na gospodarstwie znał się wybornie, a nawet po długich medytacyach kupił sobie żniwiarkę, która pogodziła go z postępem. Działo mu się nieźle, chociaż wyrzekał na ciężkie czasy, i miał podobno trochę gotówki, o czem wiedział dobrze ksiądz Symforyan, proboszcz parafii pana Marka. Kiedyś pan Marek kochał szalenie. Skutkiem tego wstąpił w świętą koniunkturę matrymonialną, z ideałem swych marzeń. Uczucie jego, owa miłość młodzieńcza, przerodziła się z czasem, i odbyła metamorfozę. Pan Marek drżał przed swoją połowicą, a złośliwi plotkarze utrzymywali, że drżał ze strachu. Chociaż ksiądz Symforyan mówił na panią Markową „hic mulier,“ my jednak nie będziemy się wdawali w tajemnice domowego pożycia tych państwa. Dla naszej opowieści wystarczy, jeżeli powiemy, iż pan Marek przez ożenienie się zyskał tyle, że spiżarnia jego stała się wzorem spiżarni, a on sam stał się wzorem uległości i biernego posłuszeństwa. Oprócz tego, dom pana Marka ożywił się znacznie, a do spodziewanej po nim sukcesyi było ośmiu spadkobierców w linji prostej. Ci młodzi ludzie, których imiona miały kiedyś figurować w dziale II księgi hypotecznej dóbr Wólka B., a z których obecnie siedm ósmych części figuruje w łóżkach, dzielili się na następujące kategorye: do płci męzkiej pięcioro, do żeńskiej troje. Według wieku zaś, miał lat 17 i był uczniem klasy trzeciej gimnazyum w panienka jedna miała lat 15, druga 13, trzecia 11... reszta zaś potomstwa byli to chłopcy. Widząc jednak, że wiek dzieci państwa Marków poczynając od pierworodka, przedstawiał arytmetyczny postęp malejący z wykładnikiem dwa, i wiedząc o tem, że liczba wyrazów tego postępu była ośm, za pomocą właściwych formuł matematycznych możemy twierdzić, że ostatni wyraz tego postępu, mały Jasio, ma obecnie lat trzy. Zapewne obserwując rzeczy ze stanowiska czysto patryarchalnego, jest rzeczą bardzo przyjemną widzieć się otoczonym licznem gronem rodziny, i tego zapewne przekonania był pan Marek; odwieczna jednak prawda, iż każdy medal ma dwie strony, dawała mu się uczuć dotkliwie, i kazała mu zastanawiać się nad przyszłością tego arytmetycznego postępu. Że jednak w parlamencie małżeńskim państwa Marków, stronie opozycyjnej, to jest panu Markowi, niepodobna było myśleć o wnioskach, więc właściciel Wólki zdał się na wolę losów, powtarzając w duchu od czasu do czasu; co to będzie? co to będzie.... Ale otóż i dworek.... Przypatrzmy się — chociaż to noc, jednak poczciwy księżyc, powiernik zakochanych, świeci blademi policzki, i nie przeszkadza podobnym oględzinom. Jeżeli znacie Polowskie gawędy, toście już taki dworek widzieli w waszej Taki sam, niski, pochylony, bielony, nie ręczyłbym nawet czy nie modrzewiowy. Okienka małe i ganek na słupach i ogródek z tyłu, i tradycyjny gołębnik na środku dziedzińca. Zabudowania gospodarskie znać zeszłej zimy świeżo słomą poszyte, imponują żółtemi dachy. Cały zaś ten obrazek ujęty w skromną ramkę chróścianego płotu. , że założyciel tej ustronnej siedziby znał słowa poety:
„Naprzód przed drzwiami, lipę zasadzę, Wkoło płotami sad oprowadzę.... Będzie przy wodzie pięknie ciosana Kamienna postać świętego Jana....“
I to jest. Nad wodą stoi kapliczka, a w niej figura tego świętego — figura ciosana, chociaż czy pięknie, to znowu inne pytanie. Nie przychodzimy tu jednak w charakterze krytyków, na wystawę Towarzystwa zachęty sztuk pięknych, a to samo uwalnia nas od wygłaszania sądu o wartości estetycznej tego dzieła snycerstwa krajowego — a zresztą, te figury wykonywane przez amatorów-artystów, według skali pojęć estetyki wieśniaczej, piękne są, bo święte, a to im wystarcza. A dziewczyna wiejska z równem nabożeństwem uklęknie przed taką figurką, jakby uklękła przed dziełem Canovy lub Michała-Anioła. Jesteśmy tedy przed dworkiem. Czemu jednak gdy cisza nocy otoczyła całą okolicę, gdy wszystko spoczywa błogim snem ujęte, czemu jednak w okienku pana Marka jaśnieje światełko? Żeby na to odpowiedzieć, trzeba zajrzeć przez okno. Nad stołem pochylony siedzi pan Marek, znać ważną sprawą zajęty, ponieważ widzimy tylko jego łysinę oświetloną niepewnym blaskiem łojówki. Przed nim leży szmat papieru, stoi atrament w flaszeczce pozostałej po kroplach na robaki, leży kilka piór gęsich skazanych na to, aby jednym końcem strzedz czystości fajki pana Marka, a drugim wzbogacać literaturę familijną. Pan Marek pisze. Nie sporo mu jednak idzie — od czasu do czasu podnosi głowę, pociąga ogromną ilość dymu z pieprzowego cybucha, i wygląda w owej chwili jak Jowisz siedzący w chmurach i rzucający pioruny. Nie myślimy być tak niedyskretnymi, aby kopiować utwory pana Marka, i wywoływać przez to złośliwe komentarze co do ortografii, o jakiej ani profesor Małecki ani Ks. Malinowski nie słyszeli. Nie możemy jednak powstrzymać się od przytoczenia treści tych utworów. Pierwszy z nich zaadresowany: „do własnych rąk Imć Pana Czesława Chojnowskiego, ukochanego syna i ucznia klassy III Gimnazyum,“ wzywał adresanta aby przyjechał pod dach rodzicielski, oraz aby miał w drodze baczenie na starego Onufrego woźnicę, który znany był ze swej słabości do kieliszka. Drugi zaś utwór adresowany do właściciela handlu winnego i korzennego, był po prostu spisem rozmaitych ingredyencyi gastronomicznych — prośbą o łaskawe nadesłanie takowych wraz z rachunkiem. Dwa te dokumenty niesłychanie ważne w życiu naszego bohatera, były wykonaniem rozkazu dziennego, który wyszedł z różanych usteczek pani Markowej, i brzmiał mniej więcej temi słowy: — Mój Mareczku, trzeba Czesia odebrać ze szkół, i trzeba pojutrze przyjąć gości. Właśnie na ten dzień nadjedzie mój braciszek z Galicyi, i jako człowiek bywały i mądry, poradzi nam najlepiej, co mamy robić z dzieciakiem. — Dobrze moja duszko, odpowiedział pan Marek. — Wypraw więc Onufrego na całą noc, niech jedzie do miasta, przywiezie Czesia i sprawunki według tej karteczki załatwi. — Dobrze mój aniołku.... odrzekł pan Marek, a po chwili, gdy żona wróciła do swego pokoju, zasiadł nad stołem i uczynił te dwa wypracowania piśmienne, o jakich wspomnieliśmy przed chwilą. Skończywszy pisanie opieczętował listy sygnetem, na którego olbrzymim krwawniku wyryte było wyobrażenie herbowej tarczy domu Chojnowskich, zapalił olbrzymią latarnię oplecioną drutem zielonym, która nie wyjdzie nigdy z mody na Podlasiu, tej krainie konserwatyzmu i piasku, i uzbrojony długim sękatym kijem udał się do stajni, skąd tubalny głos jego rozchodził się po wszystkich zabudowaniach folwarcznych. W pół godziny potem, dwa grube, łyse kasztany ciągnęły po gościńcu żółty wózek węgierski, na którym kiwał się w różnych kierunkach na pół śpiący Onufry, nie przewidując nieszczęścia jakie go spotkało.... gdyż sławny bat na trzcinowej kozicy, godło jego godności, i zarazem pamiątka z Łęczyńskiego jarmarku, wypadł z bryczki i został na szerokim gościńcu, aby nazajutrz stać się łupem powracającego pocztyliona. Pan Marek położył się spać, błogosławiąc noc — Onufry zaś obudził się przeklinając miasto, dziedzica i nocną jazdę; która go pozbawiła tak pięknego „statku“ jakim był ów batog. Ponieważ obie te akcye nie są ciekawe, przeto szanowny czytelniku, dajmy za wygranę spostrzeżeniom dzisiejszej nocy, a raczej zajrzyjmy do Wólki wtenczas, kiedy promienie słońca obudzą naszych bohaterów, i dozwolą im przedstawić się waszej wyobraźni w przyzwoitych kostiumach.
II.
Żeby określić stosunki rodzinne państwa Chojnowskich, trzeba przedewszystkiem zawrzeć bliższą znajomość z samą panią Wólki, i rozkazodawczynią swego małżonka. Znać Wólkę, nie znając pani Markowej, jest to samo, co być w Rzymie a nie widzieć papieża. Nie chcąc, aby czytelnicy z winy autora narażeni byli na niekonsekwencye tego rodzaju, przystępujemy do określenia tej samodzielnej i wybitnej w swojej sferze osobistości. Nie mamy trzech potrzebnych rzeczy, to jest talentu, farb i płótna, gdyż moglibyśmy dołączyć do niniejszego numeru portret pani Chojnowskiej, który mógłby być nad wszelki opis plastyczniejszy. Rozporządzając niestety tylko piórem i atramentem, musimy poprzestać jedynie na dobrych chęciach zamiast na uczynku, i na piórze zamiast pędzla. Mieszkańcy stali trzech sąsiednich powiatów w ogóle, a mieszkańcy parafii Wólka w szczególności, wiedzieli aż nadto dobrze, że osobistość płci żeńskiej ukazująca się w powoziku nie zbyt świeżego fasonu, ciągnionym przez czwórkę rumaków, z których każdy tak maścią jakoteż usposobieniem i wiekiem różnił się od swoich towarzyszów, była pani Markowa. Ci mieszkańcy widzieli ją przejeżdżającą czwórką, a czwórka prezentowała się nieźle, stary Onufry na koźle wyglądał dziarsko, powozik chociaż trzeszczał i niemiał skrzydła z lewej strony a klamki u drzwiczek z prawej, imponował zieloną barwą pudła; pani Markowa wyglądała pokaźnie, a we wzięciu się i ruchach miała coś arystokratycznego. Dlaczego arystokratycznego zobaczymy poniżej. Wyglądała jak Semiramida na wspaniałym rydwanie, wleczona przez lwy, co przynosiło ogromny zaszczyt staremu Onufremu, który umiał cztery różnorodne charaktery końskie zjednoczyć, i pozór przyzwoity im nadać. Mózg Onufrego wysilał się nad debatami, jak sprządz te cztery indywidualności zwierzęce, z których jedna zdawała się być stworzoną do włóczenia brony, druga do siodła, trzecia do monotonnego obracania kieratu, czwarta zaś, do szalonej jazdy jarmarcznego bałaguły. Nikt nie wie, ile to Onufry wymyślił kombinacyi w jakich dozach rozdzielać owies i razy batoga, jak długo dumał nad najstosowniejszą dla każdego rumaka długością postronków, i nad stroną z której go w zaprzęgu umieścić należało; zasługi te przepadły bez uznania, bez zaznaczenia.... a jednak były to zasługi, których jedyną nagrodą były mizerne 30 rubli zasług i ośmnaście korcy ordynaryi. Onufry miał jeszcze jeden talent, z którym chętnie popisywał się przy każdej sposobności, i za co dostawał od pani kieliszek szumówki, nie mającej wprawdzie 32% według probierza Trallesa, ale rozdawanej zwykle wszystkim pracownikom ziemi w dominium Wólka. I teraz, w rozwartych szeroko wrotach dworu Wólki, ukazała się naprzód para lejcowych, skarogniady z bułanym, potem dyszlowy kasztan ze srokatym, za niemi na wysokim koźle Onufry z czerwonym nosem, a nakoniec, sama pani w kapeluszu przypominającym kląb kwiatów. Onufry strzelił z bata, stado kaczek spłoszone uciekło w stronę sadzawki, a kilka psów głośnem szczekaniem anonsowało przybycie Jaśnie Pani. Bo powiedziawszy nawiasem, w naszych poczciwych okolicach jest taki zwyczaj, że kto ma siedm włók gruntu, ten z natury rzeczy jest „Jasnym“ aż do dnia subhastacyi, i mieszka we „dworze“ aż do dnia, w którym osiada na bruku. Kiedy Jaśnie Pani przywitana przez dzieci i domowników zatoczyła się do swego pokoju, a Onufry zatoczył powóz do wozowni, prawo autora pozwala nam otworzyć drzwiczki buduaru pani Markowej, i opowiedzieć czytelnikowi jak nasza jejmość wygląda. Na jej twarzy znać jakieś zakłopotanie, widać że ma na myśli coś, co jej dolega, jakąś troskę, kłopot czy też kwestyą ważną, a do rozwiązania trudną. Zrzuciwszy z siebie okrycie i kapelusz, zdjąwszy suknię odświętną, a przywdziawszy płócienkowy negliż, usiadła zadumana przy swej tualecie, a przymknąwszy powieki wsparła głowę na dłoni i utonęła w medytacyach, co nie było wcale dziwnem, ze względu na liczne jej potomstwo i nieodłączne od tej pociechy kłopoty. Pani Markowa była niezwykle pełnej tuszy, wdzięki jej wybiegały daleko po za te formy, jakie przyroda kształtowi kobiety przeznaczyła, jej twarz była pełna i nadto rumiana, podbródki w ilości kilku egzemplarzy tworzyły wdzięczną harmonią z jej obliczem, na którem zresztą malowała się poczciwość i energia. W tej kobiecie były dwie sprężyny pobudzające ją do ruchu i działalności, a temi sprężynami było przywiązanie do dzieci i zamiłowanie w gospodarstwie. Są typy śmieszne ale zacne i sympatyczne, bo ten element konieczny, który się w nich wyrobił, powstał z poczciwych i poczciwie przesadzonych chęci. Do takich typów należeli państwo Chojnowscy. On dobry, poczciwy, pracowity gospodarz, kochał swoję żonę, i miłość dla niej objawiał przez bezwzględną uległość. Ona kochała go nie mniej, kochała dzieci do szaleństwa, i dla tej miłości robiła wszystko, co tylko macierzyńskie jej serce podyktowało. Uczeni, którzy się znają na ludziach, i jakoś tam własności ducha człowieczego kombinować potrafią, powiadają, że serce błądzi częstokroć, jeżeli nie jest kierowane rozumem. Ależ miły Boże, skąd brać tego rozumu i jak go pojmować! Ileż to razy, to, co jeden nazywa rozumnem, drugi gani i chrzci brzydkim epitetem, i odwrotnie. I pani Markowa podług skali swych pojęć miała rozum, postępowała rozumnie. I pan Marek tak samo. Sumienie ich własne nic im nie wyrzucało — pełnili swoje obowiązki; a chociaż można w ich życiu dostrzedz pewne niekonsekwencye, chociaż oboje byli śmieszni pod pewnemi względami, niemniej jednak stanowili parę poczciwą i zacną, która gdyby miała tyle oświaty i nauki, ile posiadała uczucia, serca i cnót domowych, byłaby podobno feniksem, mogącym służyć za wzór tym wszystkim uczonym, którzy piszą szerokie i mądrze obmyślane dzieła pedagogiczne. Ale cóż, kiedy nie zawsze trafiają się szczęśliwe kombinacye uczucia i rozumu w jednej osobistości. Zresztą, co nam po tych debatach, wplątały się one tutaj jak Piłat w Credo, i przerwały na chwilę gawędkę o losach państwa Marków, którąśmy rozpoczęli i mamy niekłamany zamiar zakończyć. Gawędźmy więc. Pani Markowa utonęła w marzeniach i myślach — i ani śliczny wieczór lipcowy, ani hałaśliwie traktowana na dziedzieńcu kwestya zajętego przed chwilą włościańskiego bydła ze szkody, nie mogła jej wyrwać z tego stanu spoczynku dla ciała a niezwykłej ruchliwości i pracy umysłu. O czem marzyła, nad jakim debatowała przedmiotem? Widzieliśmy przed chwilą Onufrego, co nam dowodzi, że zacny ten pracownik i specyalista hippiczny, powrócił z miasta, do którego był wysłany — a stąd możemy łatwo przyjść do przekonania, że pierworodka państwa Marków, i sprawunki ze sklepu. Zapoznamy się później z tym młodym człowiekiem, który od najmłodszych lat okazywał szczególniejsze zdolności do rybołówstwa, rakołapstwa i bąkostrzelstwa, i dla tych sztuk wyzwolonych poświęcał naukę. Obecnie jednak idźmy za myślami rodzicielki naszego bohatera, idźmy za temi dumkami, które jak nitki w ręku pracowitej prządki nawijają się na ostre wrzeciono. Wrzecionem w danym razie była przyszłość pierworodka. Ta zawiła kwestya obserwowana przez pryzmat rodzicielskiego serca pani Markowej, przedstawiała się w kolorach jaskrawych i świetnych, ale jednak otoczonych mgłą jakiejś niepewności. Kwestya synowskiego losu była w swoim rodzaju pewnem perpetuum mobile, nieprzestającem nigdy poruszać się w duchowej jaźni rodzicielki, i dającem jej powód do zastanawiań się, długich medytacyi i bezsennych nocy. Nie mamy powodu mniemać, że pani Markowa była skłonną do rozmyślań w przedmiotach abstrakcyjnych, i nie mających związku z gospodarstwem domowem; ale też nic nie upoważnia nas do przypuszczeń, żeby kwestya synowska nie była jedną z największych kwestyi, jakie kiedykolwiek rozwiązywały się pod czepkiem pani Markowej. Kwestya ta była tem ważniejszą, że łączyła się silnym węzłem z kwestyą losów całej młodej generacyi tego szczepu. Bo chociaż nie śmielibyśmy posądzić pani Markowej o znajomość ułamków, matrona ta wiedziała jednak dobrze, że jeżeli Wólka w całości przedstawia nie wielką wartość dodatnią, to też Wólka podzielona przez ośm, i obciążona dożywociem rodziców, jest wielkością, jeżeli nie urojoną to ujemną, i korzyści przynosić nie mogącą. Pani Markowa kombinując kiedyś w myśli ilość inwentarzy żywych, znajdujących się na gruncie Wólki i porównywając z ilością osobników rodziny, mających prawo do podziału, i czyniąc takowy podział w myśli, z uwzględnieniem praw żyjących rodziców, przyszła do takich rezultatów: że na każde z dzieci przypada jedna dziesiąta część konia wierzchowego, piąta cugowego, cały koń fornalski, 12½ owcy, 3¾ sztuk bydła rogatego, pół psa i 28 sztuk tego rodzaju inwentarza, którego miano niewiadomo z jakich logicznych powodów, nie przechodzi przez cenzurę towarzyskiej przyzwoitości. Rozdzieliwszy w podobny sposób myślą grunta orne, lasy, nieużytki, młyn i dochód z propinacyi, pani Markowa, przyszła do tego smutnego przekonania, że potomstwo jej nie tylko nie będzie mogło imponować Rotszyldom, ale nie zaćmi nawet bogactwem skromnej firmy handlowej: „Pinkus Apfel und drei Söhne“, w sąsiedniem miasteczku. I któż się zadziwi, że pani Markowa od niejakiego czasu niemogła sypiać spokojnie... że przed dwoma miesiącami wyprawiła list do brata mieszkającego w Galicyi, i że obecnie siedzi zadumana, milcząca, a poczciwe niebieskie jej oczy zapatrzone w jakiś punkt oddalony, nie dostrzegają nawet, że tłusty bury kocisko, z uciętym ogonem, gospodaruje w śmietance troskliwie zebranej na przyjęcie ukochanego brata, pana kapitana Władysława Pomian Iskrzyckiego. Marzenia Markowej trwałyby dłużej jeszcze, przerwałyby się może dopiero z zachodzącem słońcem, gdyby nie gwałtowne ujadanie psów, turkot bryczki, i krzyk radosny wszystkich dzieci. Jeszcze pani Markowa nie zdążyła zdać sobie sprawy z tego hałasu, gdy do jej sypialni wpadła jasno-włosa Magda, wołając: — Proszę Jaśnie Pani, pan kopiton przyjechał. — Nareszcie! zawołała pani Markowa, a po chwili na ganku, brat i siostra witali się po kilku latach niewidzenia.
III.
Wizyta na wsi tak jest niepodobną do wizyty w mieście, jak wieś niepodobną jest do miasta. W mieście przyjeżdżasz przed kamienicę, i nikt niezauważy nawet przybycia twego ekwipażu — dzwonisz — otwierają ci, wchodzisz, i albo jesteś przyjęty osobiście, albo też obowiązki gościa przelewasz na kartkę wizytową, załamawszy jeden jej rożek. Na wsi zupełnie co innego. Skoro bryka lub powóz wyjedzie z lasu na wzgórek, jest już przedmiotem obserwacyi trzech małych gapiów, którzy pasąc rogaty lub nierogaty inwentarz przypatrują ci się zdaleka, dzieląc się pomiędzy sobą wrażeniami, jakie na nich sprawia żółty kolor bryczki, lub czerwona kierezya woźnicy. Wjeżdżasz do wsi, musisz przejechać koło młyna i nie ujdziesz bystrego oka arendarza, który natychmiast z zadziwiającą biegłością i wprawą, oceni wartość twoich koni, bryczki, zaprzęgów, tłomoka, garderoby, i obliczy z fizjonomji maximum kredytu, jakim ci może usłużyć w razie potrzeby. Nawiasem powiedziawszy, pachciarze i arendarze wiejscy, są to znakomici fizyonomiści — nie czytali oni co prawda Lavatera ani Galla, ale wielu z nich na twarzy szlachcica widzi wykaz hypoteczny jego majątku. Zdawałoby się, że ciężary, zobowiązania i służebności ryją jakieś tajemnicze znaki na obliczu hreczkosieja, hieroglify dla wszystkich nieodgadnione, ale dla pachciarzy i arendarzy widoczne. Na drugi dzień, w czterech najbliższych miasteczkach, gminy izraelskie wiedzą do kogo przyjechałeś, po co, jaki masz interes, a jeżeli posiadasz prawną ewikcyą, to możesz być pewnym, że zawiązane zostały cztery spółki, celem pożyczenia ci pieniędzy, lub co na jedno wynosi, celem kupna zboża, któregoś jeszcze nie zasiał. Minąwszy ten punkt obserwacyjny, jesteś już we wsi. Trzeba Wam wiedzieć, że każda wiejska ulica nie byłaby ulicą, gdyby nie miała na sobie łokciowego pokładu błota, tyle razy garnirowanego sosnową faszyną, ile razy jaka znakomitość z powiatu bywa spodziewaną. Każdy chłop jadący z ciężarem, przejedzie szczęśliwie wszystkie groble i mostki, ale uwiąźnie w błocie przed własną chałupą, a dopiero przebrnąwszy tę ostatnią trudność, może sobie z dumą powiedzieć „si finis bonus, laudabile ale ponieważ cywilizacya nie doszła jeszcze do tego, żeby chłop z Podlasia miał mówić po łacinie, przeto właściciel wozu wybrnąwszy z błota, ogranicza się tylko na dobitnej i dosadnej klątwie mazurskiej, co w rezultacie prawie to samo oznacza co i łacińskie przysłowie. Dla tych to przyczyn, ekwipaż twój nie może się przesunąć z szybkością ścigającego wiatry pustyni farysa — ale raczej, zmuszony jest toczyć się majestatycznie i powoli, jak wóz tryumfatora, a ty wraz z woźnicą, kiwasz się na wszystkie strony, irytując gromadę psów, która z głośnem szczekaniem odprowadza cię aż do końca wsi. Wreszcie wydobyłeś się na szeroką lipami wysadzoną aleję, twój Bartłomiej lub Maciej zbiera krótko lejce, pali z bata dwa razy, a zacinając zlekka lejcowe konie, nadaje im pewną ruchliwość i fantazję, puszcza w lancady, znów strzela z bata i wyciąga dobrym kłusem, aby je potem z techniczną znajomością fachu, na miejscu przededworem osadzić. Mały Kuba, jeden z licznych potomków kucharza, nie mając nic lepszego do roboty, bawił się z psem nieopodal od dworu na środku gościńca, skoro cię spostrzegł, zrywa się z piasku, i puszcza pędem wołając „ktoś zasmolona Magda karmiąca przed kuchnią indyki, podchwytuje ten sygnał i biegnąc ku dworowi woła znowuż: ktoś jedzie! Słyszy to siedząca w oknie panienka, i klaszcząc w ręce, wpada do pokoju siostrzyczek powtarzając to samo. Wreszcie psy wybiegają przed wrota, i z głośnem ujadaniem biegną przy bryczce, powiększając wrzawę i zamięszanie ogólne. Gospodarz domu oczekuje na ganku, ekwipaż wjeżdża na dziedziniec, jeszcze dwa wystrzały z bata, Bartłomiej osadza przed gankiem, a kury, kaczki, indyki i prosięta używające przechadzki po dziedzińcu, umykają w różne strony ku wielkiemu zdumieniu cielęcia, które obserwując tę wędrówkę zwierząt, apatycznie spogląda w koło siebie, jak gdyby chciało powiedzieć „vanitas vanitatis et omnia vanitas...“ Nie inaczej przyjmowano u państwa Chojnowskich, a przyjmowano tem serdeczniej, że gość przybyły czwórką spienionych dereszów, byłto ukochany, dawno oczekiwany brat pani Markowej, pan kapitan walecznej armji Austryackiej, Władysław Pomian . Całował go też pan Marek w oba policzki, koląc niemiłosiernie od tygodnia niegoloną brodą, ściskała pani Markowa, przytulając do piersi siostrzanej, cmokały po rękach dziewczęta i chłopcy, witając ukochanego wujaszka co dobre cukierki przywozi, i zawsze jak z puszki Pandory rozmaite osobliwości i zabawki z tłomoka wydobywa. — Hej Onufry! wołał pan Marek, głosem dochodzącym do stajni przynajmniej o trzysta kroków odległej; Onufry, a wziąć tam do stajni konie pana kapitana — pójść do Jacentego do stodoły, niech przyjdzie po klucze — obrok wydać! — a ty Krakowiaku, dodał zwracając się do woźnicy pana Kapitana, przyjdziesz do kuchni, żeby ci jeść dali. — Słucham jaśnie Panie, odpowiedział woźnica. — Słuch a a a m! odzywał się ze stajni głos Onufrego, a wołanie to przypominało wyszłe dziś z użycia sygnały szyldwachów, lub nawoływania w lesie podczas obławy. Potem pan Marek znów całował szwagierka. — A mój drogi, jedyny, kochany; i znów przerywając to wylanie uczuć braterskich, zwracał się do służby, krzycząc: — Magda, biegaj po kucharza... a mój Władysiu jedyny.., Maciek, a znosić rzeczy, gamoniu jakiś! Opuśćmy tę scenę rozrzewnienia, niech ją czuły słuchacz w własnej duszy dośpiewa... przypatrzmy się kapitanowi. Zrzucił z ramion burkę krojem płaszcza wojskowego zrobioną i odsłonił postać niewielką wprawdzie, ale czupurną i militarną. W palonych w krótkiej marynarce ze wstążeczką w guziku — wąs wykręcony węgierską pomadą, czupryna posiwiała cokolwiek ale jeszcze gęsta, krótko przystrzyżona, twarz pełna, rumiana i czerstwa, oko niebieskie, oto aktualny konterfekt pana kapitana. „Oesterreichisch — ungarischer Militär,“ tak sam siebie lubił nazywać pan kapitan, który był sobie człowieczkiem dobrym, ale nie bez... ale. Przedewszystkiem miał to ale, iż był Lwowianinem, i to Lwowianinem czystej krwi. Jak każdy prawie Lwowianin mówił bardzo głośno i bardzo niegramatycznie, i należał do wiecznej opozycyi. Są ludzie nigdy z niczego nie zadowoleni... pan Władysław wymyślał na sejmy, chociaż mandat deputowanego był jego marzeniem — nie cierpiał orderów, co wszelako nie przeszkadzało mu nosić w pętelce wstążeczkę czarną z białemi wypustkami, nienawidził tytułów, a lubił gdy go nazywano kapitanem, chociaż był tylko podporucznikiem Austryackiej piechoty. Pan Władysław był pessymistą i wojownikiem — należał do wielu bractw i stowarzyszeń nabożnych, a klął po węgiersku, po niemiecku i po polsku. Miał się za człowieka pełnego odwagi, gdyż pamiętał różne bitwy w których nie brał udziału, miał się za uczonego i erudyta, gdyż czytywał „Dziennik Lwowski“ i „Szczutka.“ Pragnął słynąć jako agronom, gdyż był posiadaczem trzeciej części z czwartej części dóbr Sowie głowy w Tarnowskiem, spadłej na niego po ś. p. Hilarym Pomian Iskrzyckim, rodzonym a nieodżałowanym stryjaszku. Zresztą, zbytecznem byłoby tutaj spisywać biografią pana Władysława, czem zaś był w chwili kiedy przyjechał do Wólki, świadczy bilet wizytowy, który pan Władysław zostawiał chętnie w przedpokojach lwowskich i krakowskich znakomitości, a którego wierzytelny odpis przedstawiamy: „J. C. K. A. M. Wojsk Austro-Węgierskich 42-go regimentu piechoty, podporucznik w pełnej dymisyi
Władysław Pomian Iskrzycki.
Właściciel dóbr Sowie głowy Orderu Korony Żelaznej kawaler.“ Cały ten tytuł, jakkolwiek bardziej długi niż imponujący — pewność w zdaniu, głos donośny i mina wojownicza — wszystko to w oczach pani Markowej podnosiło braciszka do takiej powagi, jaką nie cieszyła się chyba i nieboszczka Pythia, rzucająca wyrocznie z trójnoga. Pani Markowa, ta potęga wobec swego małżonka, była nicością wobec brata, bo brat był dla niej autorytetem, wyrocznią, kwintesencyą doświadczenia, nauki i rozumu. I cóż dziwnego, że poczciwa kobiecina, powodowana czystą miłością macierzyńską, nie śmiała sama zadecydować o losie ukochanego pierworodka, nie ważyła sobie zdania męża, rad i uwag księdza Symforyana, ale całe zaufanie położyła w mądrości Władzia. Któż się zadziwi, że poczciwa pani Markowa, która oprócz napisania kilku kwitków na mięso, nie zgrzeszyła jeszcze żadnym literackim utworem, sama napisała długi list do brata, malując położenie rzeczy, i prosząc o jak najrychlejszy przyjazd i radę w kwestyi przyszłości kochanego Czesia. Wprawdzie z listu siostry, pan Iskrzycki pomimo, iż czytywał Dziennik Lwowski, położenia rzeczy zupełnie nie zrozumiał, pojął jednakże to, że siostra wzywa go aby przyjechał. Będąc zaś w „pełnej dymisyi,“ i nie mając nic lepszego do roboty w Sowich-głowach, zapakował po wojskowemu swoje manatki, i po dwóch tygodniach jazdy, stanął szczęśliwie i zdrowo przed wrotami Wólki. Był oczekiwany, ale też i przyjęty serdecznie — cały zapas najlepszych przysmaków ze wzorowej spiżarni pani Markowej był ustawiony na stole, pół tuzina kurcząt z krwi niewinnej złożyło ofiarę siostrzanej miłości, a dziewczątka uwijały się około stołu, usługując kochanemu wujaszkowi. Ma się rozumieć, że o interesie, o celu dla którego pana kapitana sprowadzono i mowy nawet być nie mogło, gdyż strudzony podróżą Władzio, potrzebował przedewszystkiem zwątlone siły pokrzepić, i braterstwa o zdrowie i powodzenie wypytać. Pan Marek wydobył z piwnicy dwie stare omszone bocianki, i tak jedząc, gawędząc o drożyznie robotnika, wysokiej opłacie od wódki, wygłaszając barbarzyńskie opinje na temat samorządu włościan, a zakrapiając to wszystko ożywczym napojem, ani się obejrzeli jak zegar z kukułką jedenastą godzinę wydzwonił i wykukał. Pan Władysław w gronie rodziny nie żenował się wcale, i ziewnąwszy szeroko, powiedział: — Trzeba iść spać. Po tem dictum, nastąpiły pocałunki i życzenia dobrej nocy, a gospodarz ująwszy gościa pod ramię, zaprowadził go do swego pokoju, gdzie mu wygodne łóżko przygotowano, wyegzmitowawszy z tej przyczyny cztery stare chomonta, dwie banie z oliwą do maszyn, i cztery pęki postronków, co wszystko ułożone z pewną symetryą, zdobiło jeden kąt pokoju pana Marka. Pokój ten powszechnie nazywano kancelaryą — kto go tak nazwał i dla czego? o tem kroniki pisane i tradycya milczy, widocznie jednak, miano to wynalazł jakiś złośliwy bardzo człowiek, dla tego chyba, że tam nigdy nic nie pisywano. A — przepraszam, mimowoli popełniłem błąd, sam byłem świadkiem, że przed dwoma laty zawarto tutaj i spisano dobrowolną umowę pomiędzy Wielmożnym Markiem Chojnowskim, i Janklem Milchmacher spekulantem, o trzyletnie wydzierżawienie pachtu i propinacyi w dominium Wólka. Tak, pokój pana Marka był rzeczywiście kancelaryą. Ułożył się do spoczynku pan Władysław, legł odmówiwszy krótki pacierz pan Marek, zapalili sobie fajki do poduszki, pogawędzili parę minut, westchnęli na ciężkie czasy, a potem, kancelarya stała się przybytkiem głośnego chrapania, świadczącego że podróż zarówno jak krzątanie się przy gospodarstwie, bezsenności nie sprawia. Tylko jeszcze w apartamencie pani domu światło nie zgasło, poczciwa matka tonęła w dumkach i marzeniach, i dopiero donośne pianie kogutów przypomniało jej, że to już północ, i że jutro o godzinie czwartej, minucie 28, wstanie jasne słońce, a z niem i ciemne czarnego życia kłopoty.
IV.
Dawno już w Wólce nie pamiętano takiego ożywienia i ruchu. Wschodzące słońce już wychyliło z za stodoły złocistą głowę, a jego łamały się w brylantowych kroplach rosy na trawnikach i drzewach. Pan Marek już pojechał w pole, donośny głos pani Markowej brzmiał w kuchni, a pan Władysław spoczywał jeszcze po trudach wczorajszej podróży. Już Magda i Jagna, dwie freiliny pani Markowej, biegały ze dworu do kuchni i z kuchni do dworu, dźwigając na sobie góry wykrochmalonych spódniczek, czem wprawiały w zadumanie dwóch białych indorów, zostających w widocznem nieporozumieniu z kogutem. Stary kucharz Bartłomiej w krwawych zapewne zamiarach, przesunął się przez z okrutnym nożem w dłoni i skrył się w zabudowaniach, a po chwili ostry, przeraźliwy krzyk ofiary, manifestował piąty akt jednego z tych dramatów, o których nikt nie pisze. W kącie podwórza, stróż Walenty rąbał drzewo, panienki biegały tu i owdzie, służba obojga płci zwijała się na wszystkie strony, a sama pani, jak generał podczas bitwy, rozsyłała ordynanse kierujące całą kompanią gastronomiczną, przedsięwziętą dla ugoszczenia jutrzejszej kompanii. Była to praca nie lada bo pani chciała wystąpić, a zdaje się że w planach szanownej gosposi leżała przedewszystkiem myśl, aby nikt z gości nie był głodny. Nie był głodny.... pojęcie o głodzie inaczej bo wygląda na wsi. Jadają tam pięć razy na dzień, nie licząc owych przegryzek, przekąsek i zakąsek, konsumowanych chodzący lub stojący, po prostu tylko chyba dla zabicia czasu. A cóż dopiero, kiedy liczna kompania ma zjechać, i cały Boży dzionek w gościnnym domu przepędzić. Nie lada też kłopot miała pani Markowa; ale że była specyalistką w swym fachu, w gospodarstwie domowem miała zaprowadzony wzorowy ład i porządek, a w wyprawie otrzymała jeszcze po prababce pozostałe dzieło kulinarnej treści, nie obawiała się przeto krytyki łaskawych sąsiadek, i zajęcie swoje traktowała z tą pewnością, która cechuje tylko artystów, posiadających znakomity talent i niesłychaną wprawę. Wspomnieliśmy o dziele figurującem w wyprawy ślubnej pani Markowej. Nie od rzeczy będzie zatrzymać się na tym punkcie, ponieważ to manuskrypt nader cenny, i pani Markowa nie oddałaby go za pół królestwa. Cała bowiem tradycya kuchenna dwóch niemal stuleci, przedstawiała się w nim w formie przepisów. Pani Markowa ceniła tę drogą spuściznę, komentowaną i dopełnianą przez prababki i babki, nie ze względu na jej archeologiczną wartość, ale dla niesłychanie ważnych poglądów na sprawy żywota w niej zawartych, i dla tego że już teraz nie rodzą się kobiety z takim duchem inwencyi i znajomością przedmiotu. Na tytułowej karcie tego rękopismu, domowej fabryki inkaustem, dużemi literami wykaligrafowany był napis: „Thesaurus culinaris, albo gospodyniey wzorowey sekrety, w którym masz specimen ingredyencyey wszelakich, jako i według proporcyi słusznej do pieczenia, warzenia i smażenia zażywać się godzi; przytem w suplemencie znajdziesz sztuki tortarskiej i aptekarskiej sapientiam apteczki domowej nessessitates i różnych innych rzeczy
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Syn pana Marka.
