Read here

Sukcesorowie skąpca

Klemens Junosza · 1894 · Free in the US

47,792 words · about 3 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1894 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Sukcesorowie_skąpca&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1894
Length
47,792 words · about 3 h 21 min
Sections
10 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (10)
  1. Obrazek under 1 min
  2. Obrazek about 1 h 40 min
  3. Obrazek about 13 min
  4. Obrazek about 7 min
  5. Obrazek about 16 min
  6. Obrazek about 8 min
  7. Obrazek about 9 min
  8. Obrazek about 18 min
  9. Obrazek about 16 min
  10. Obrazek about 13 min

Continue:

Obrazek

SUKCESOROWIE SKĄPCA.

Obrazek

SUKCESOROWIE SKĄPCA.

I.

Okolica jest smutna, płaska, równa; gdzie niegdzie tylko las czernieje, gdzie niegdzie stawek lub jezioro się srebrzy, to znów gościniec żółtym pasem drogę przecina, oto i wszystko, całe urozmaicenie dla oka. A kiedy zimą śniegi spadną, a pola i łąki wielką białą szmatą zaścielą, to już wzrok nie ma na czem spocząć. Równo wszędzie, biało wszędzie, tylko miejscami ciemna zieleń sosnowych borów czerni się zdala. Zdaje się na pierwszy rzut oka, że to pustynia bezludna, ale to się tylko zdaje. W rzeczywistości inaczej jest. Życie tam tętni, ciche na pozór i ukryte, niby strumyk maleńki, co się w gęstwinie między krzakami wije, a zieleń ruchliwe wody jego srebrne całkiem prawie zasłania, ale też jak ów strumyk wartkie, z niewyczerpanych nigdy źródeł płynące. I ludzi tam nie brak. Jest ich niemało, tylko że się po dość dużej rozsypali przestrzeni i siedziby ich rozrzucone są po okolicy, więc nie znać ich tak bardzo. Kilka wiorst można przejechać i żywego ducha, zwłaszcza zimową porą, nie spotkać, ale za to w kościele przy święcie, w miasteczku na jarmarku, tysiącami się gromadzą. Jeżeli wzrok po tej płaszczyźnie szerokiej puścić, a przypatrywać się bacznie, to można na śnieżnej równinie wzgóreczki jakieś dostrzedz, a choćby kto oczu tak bystrych nie miał i wzgórków owych nie rozróżniał, to musi zauważyć chociaż szare słupy dymu, jak powoli się wznoszą ku górze i rozpływają w przestrzeni — to mu wreszcie wpadnie w oko grupa drzew, linie płotów, mostek garbaty na grobli, żóraw studzienny, wreszcie wiatrak na wzgórzu. Ten przecież widoczny jest zdaleka. Dach obielony ma śniegiem, a ściany pyłem mącznym, macha szaremi skrzydłami zawzięcie od rana do wieczora, a nieraz i w nocy, bo w zimie ludzie zboże mają i więcej jedzą chleba niż zwykle. Idźmy drogą, wprost przed się, przez grobelkę, przez mostek koło wiatraka, a od wiatraka zwrócimy na lewo w stronę lasu. Już nam się wyraźniej linie płotów rysują i studzienne żórawie i drzew grupy i chałup kształty, wioska cała. Wyraźnie wypisane na słupie: «Wieś Kociuba. Do Woli Kociubskiej wiorst 5, do Przysiadki w. 2, do Zawrotek w. 1, do Suchej w. 2½.» Drogi tu rozstajne są w tem miejscu, w cztery strony świata się rozchodzą, a słup drewnianemi rękami kierunki podróżnym wskazuje. Nie wiele ciekawego w tej Kociubie, zwyczajna wioska, nic więcej; karczmę tylko murowaną ma, z owych czasów, kiedy tędy trakt szedł, ludzi dużo po nim jeździło i propinacya była coś warta, ale licho przyniosło inżynierów, którzy w odległości kilku mil od traktu, wytknęli i wybudowali drogę żelazną. Ludzie koleją jeździć zaczęli, ruch na gościńcu ustał, propinacya zmarniała, z karczmy tynk poopadał i dachówka, a i żyd byłby z niej opadł, gdyby go inne geszefta nie trzymały na miejscu. Mijamy tedy Kociubę i dążymy ciągle już wprost przed siebie, do Woli Kociubskiej. Znajduje się ta wieś za lasem, a wygląda zupełnie inaczej. W Kociubie nie ma dworu, bo niemiec, który folwark na spekulacyę był zakupił, grunta na drobne kawałki podzielił i posprzedawał, budynki rozebrał i przehandlował je na materyał, drzewa w ogrodzie powycinał na opał — tak że ani śladu nie pozostało z folwarku; a w Woli Kociubskiej i folwark jest i dwór i całkiem inna mina. Wprawdzie na folwarku budowle bardzo

jedna stodoła chyli się na prawo, druga na lewo, obora tak wygląda, jak gdyby miała zamiar upaść frontem na ziemię, spichrz zaś, wypaczony cudacznie, robi wrażenie tłuściocha pyszniącego się okazałym brzuchem.

Nawet gołębnik na dziedzińcu pochylił się dla ogólnej harmonii i tylko patrzeć, kiedy się przewróci i z nadziei przyszłych pokoleń gołębich jajecznicę zrobi. Dwór bynajmniej nie w lepszym stanie, niż inne budynki. Łatają go wprawdzie, podpierają, ale pomaga mu to tyle, co umarłemu kadzidło. Wypowiada służbę stara rudera i na złość ludziom, gdy ją z jednej strony podeprą, ona się zaraz na drugą przekrzywi, gdy załatają w niej podłogę, ona dziurę w dachu pokaże, albo z drzwiami, oknami takie awantury porobi, że wcale się zamykać nie dadzą. Oddawna należałoby chałupie tej wypoczynek dać i nowy dom postawić, ale dziedzic Woli Kociubskiej, pan Edward, ma takiego węża w kieszeni, że wolałby sobie wszystkie zęby trzonowe dać wyrwać, aniżeli na tak znaczny wydatek się narazić. Żona, znacznie od niego młodsza i zupełnie inaczej zapatrująca się na życie niewiasta, co kilka tygodni kwestyę nowego domu wszczynała, atakując coraz gwałtowniej, co pan Edward z przedziwną wytrzymałością znosi. — Mieszkać już w tej budzie psiej nie sposób — mówiła. — Mieszkał ojciec, dziad, dla czegóżbyśmy mieszkać nie mieli? — Wielka sztuka! Dziad mógł mieszkać; raz że był dziad, a powtóre że za jego czasów ten dom nie był taki stary i taki zniszczony jak teraz. — Ale zkąd! — Był przecież niegdyś nowy, choćby za króla ćwieczka, czy wcześniej ale nowym być musiał. — Bardzo o tem wątpię, moja Tereniu — odpowiadał flegmatycznie pan Edward. Panią doprowadzało to do pasyi. — Więc nie przypuszczasz, że ten dom kiedyś ktoś stawiał! Sądzisz, że spadł on z obłoków prosto do Woli Kociubskiej i stanął tu, na tem miejscu, odrazu taki stary, pokrzywiony i zrujnowany, jak go dziś widzisz? — Co ja mam przypuszczać, moja Tereniu, albo nie przypuszczać. Nie jestem uczony; nie zajmuję się ani archeologią, ani historyą, tylko gospodarstwem. Mało mnie to interesuje, kto budował, co i kiedy budował... Wiem tylko, że wziąłem po rodzicach majątek z tym domem i oddam go dzieciom z tym domem, a po mojej śmierci budujcie sobie co wam się podoba, choćby piramidy, labirynty, lub kryształowe pałace. — Więc nowego nie postawisz? — Nie postawię. — Człowieku, zastanów się! pomyśl, że przecież jesteśmy ludzie, żeśmy już nie młodzi, należą nam się pewne wygody... zresztą to cię nie będzie kosztowało nic, albo prawie nic. — Aha! — Drzewo mamy, jest przecież las. — A obróbka? — Parobcy obrobią. Sam wiesz, że Jan jest z natury majstrowaty, a Michał to prawie cieśla skończony. — A gonty? — Żydzi zrobią za psie pieniądze. — Akurat! — a stolarz? — Edwardzie! Ja ci dam piętnastu stolarzy, teraz ludzie sami proszą o robotę, jak o największą łaskę. — Zapewne — proszą, ale każą sobie płacić i to grubo. Taki jak ci zaśpiewa, to aż ci się zimno robi — a przecież na stolarzu nie koniec. Gdzie mularz, moja pani, gdzie zdun, gdzie ślusarz, gdzie szklarz? A teraz jeszcze cegła, wapno, okucia, a to, a owo. — Wszystko to tylko twój upór i twoje skąpstwo przebrzydłe. Masz trzy córki, trzeba będzie wkrótce zacząć prowadzić dom otwarty, a ty nic, nic, i nic! Chcesz chyba, żebym się z dziećmi wyprowadziła do stodoły, albo do obory! — Jestem aż nadto pewny, że tego nie zrobisz. — Ciekawam, kto mi zabroni? — Bo tam widzisz nie jest tak pięknie jak tutaj: w stodole zimno, tu ciepło, tu na jesieni kazałem wszystkie dziury w ścianach gliną pozalepiać; kosztowało mnie to grubo, ale chciałem ci dać dowód przywiązania. — Tą głupią gliną?! — Glina głupia nie jest; bo żeby nie glina i mech, toby człowiek z zimna, za przeproszeniem, umarł. — Nie powtarzaj mi tych sentencyj, słyszę je od ciebie codzień aż do uprzykrzenia. — Zapewne, codzień się pytasz, więc codzień odpowiedź słyszysz; gdybym nie odpowiadał, płakałabyś ze złości, że cię lekceważę i zbywam milczeniem. — Jabym miała płakać? Ja?! Czy nie wiesz, kto jestem z domu. — O ile sobie przypominam, Śmietankiewiczówna. — Proszę! o ile sobie przypominam, w naszym rodzie kobiety nigdy nie płakały. — To bardzo pięknie z ich strony. — I nie znały co opór. Obie moje siostry, ta co jest za Kozłowiczem i ta co za Szczygielskim, mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie. — Tak jest, tak, mają też długów po same uszy. — Czy po uszy, czy nie po uszy, co je to obchodzi. Od tego są mężowie, żeby długi płacili; ale każda żyje jak pani, mieszka jak pani, ubiera się jak pani, jada jak pani — a ja co? Co ja mam? No powiedz, powiedz, co ja mam? Czy kobieta z dobrego domu, żona zamożnego człowieka, matka dorastających córek, może tak żyć, jak ja żyję? — Zapewne może, skoro ty żyjesz, moja pani. Bogu dzięki, dotychczas jeszcze z głodu nie umarłaś, z zimna nie zmarzłaś, ubrać się w co masz, a co się tycze tuszy, to nie wymawiając, ani nie przymawiając, możnaby ci nawet pozazdrościć. W rzeczy samej, pani Edwardowa była bardzo pulchna, skutkiem czego ruchy miała powolne, a idąc, przechylała się trochę z boku na bok. Pod względem powierzchowności pani ta stanowiła rażący kontrast ze swym małżonkiem, gdyż pan Edward był wzrostu małego, szczupły, zawiędły, suchy, a pomimo mocno szpakowatych już włosów, nadzwyczaj ruchliwy. — Przepraszam cię — rzekła — z wielu rzeczy można żartować, ale z cierpienia bliźniego, a zwłaszcza z cierpienia żony, kobiety, dla której, bądź co bądź, masz pewne obowiązki — nie godzi się. — Czyż jesteś chora? — Ach! więc i tego nie wiesz, że ta, jak ją nazywasz, moja tusza, jest właśnie skutkiem cierpienia i zgryzot... — Dziwne rzeczy opowiadasz, moja żono, słyszałem już, że ludzie ze zgryzoty chudli, ale żeby kto tył ze zmartwienia... — A jednak tak jest; jeżeli nie wierzysz, zapytaj doktora. — Wielka mi powaga! — Przecież doktór kształcił się w swoim zawodzie, chodził do uniwersytetu, praktykował przy szpitalach. Ty może nie wierzysz w naukę, ale ja wierzę. — Zapewne; w przeszłym roku powiedział twej siostrze Kozłowiczowej, że jeżeli nie pojedzie do wód, to umrze; tymczasem żydzi pieniędzy nie dali, do wód nie pojechała — i jak była jejmość jak ćwik, tak jest sobie jak ćwik, po dzień dzisiejszy. — Bóg ją zachował dla dzieci! — A doktór straszył dla żydów; bo gdyby był Kozłowicz pieniędzy dostał, siódmą skórę byliby z niego zdjęli. Całe szczęście, że nie dostał, bo i tak z nim bardzo już krucho. — Krucho, albo nie krucho. — Mogę cię zapewnić, że bardzo. Cała ich habenda wisi na nitce pajęczej. — Dziś może jest rzeczywiście niedobrze, a jutro zupełnie inaczej. — Ciekawym, jakim cudem? — A czy stryja Dominika z Warszawy nie liczysz? — Dominika? — A tak, przecież to bogacz. — Tak mówią. — Tak jest, mój kochany, rzeczywiście; bogacz, krociowy pan, a bezżenny i bezdzietny. Cały majątek jego dostanie się siostrom moim i mnie. — A jeżeli się ożeni? — Kto? on? — Juścić że on. — Mając siedmdziesiąt pięć lat życia? — Nie ma tak późnego wieku, w którymby dyabeł nie mógł człowieka opętać, zwłaszcza jeżeli poszle sprytną babę. — Jesteś zachwycająco uprzejmy dla kobiet, mój mężu, i wyrażasz się bardzo elegancko. Swoją drogą, przypuszczenia twe, co do stryja Dominika, nie mają żadnej podstawy. Jest to człowiek solidny i porządny, oszczędza, aby zostawić więcej siostrzenicom. — Stary sknera! — O! za pozwoleniem, mój panie! W porównaniu z tobą, nazwać go można rozrzutnikiem. On przynajmniej w porządnym domu mieszka, nie w takiej walącej się budzie jak my. — Ale nasz dom jest własny, a on siedzi w cudzym. — Wolę ja cudzy, ale porządny. — Znowuż to samo, moja pani, dajże już raz pokój temu domowi, bo to się na nic nie zda. Ja nowego stawiać nie myślę i nie będę, i żebyś moja duszko niewiem co robiła — nie postawię. Po mojej śmierci bawcie się w architekturę, ile wam się podoba. Z powodu tej sprzeczki, pani przez cały dzień nie mówiła do męża. Co prawda na razie powzięła postanowienie, że nie odezwie się do niego nigdy w życiu — ale po namyśle, wydało jej się to zbyt okrutnem, skróciła więc też do lat siedmiu, że zaś nie mogła wytrwać w postanowieniu dłużej nad dwanaście godzin, to już nie jej wina. Człowiek może wytrzymać tylko tyle — ile może. Jej siostry miały życie o wiele łatwiejsze i mężów dobrych, posłusznych na każde skinienie; mieszkały w domach porządnych, wewnątrz urządzonych z elegancyą i podług mody, przyjmowały gości, bawiły się, wyjeżdżały do Warszawy, a co parę lat za granicę; przychodziło im to łatwo, bez walk i utarczek domowych. Szepnęło się słówko mężowi, mąż znów szepnął słówko żydowi i wywijało się wszystko, jak z Był szyk, elegancya, wygoda, nawet komfort, o ile to na wsi jest możliwe. Dopiero w ostatnich kilku latach coś się zaczęło psuć w tej parafii. Zdarzało się, że żona szepcze do ucha mężowi, przekonywa go, namawia, a on zaczyna głową kręcić; zdarzało się, że mąż przemawia łagodnie do żyda, żyd nie słyszy. Szczególniejsza epidemia głuchoty dotknęła mężów i żydów. Oczywiście, że było się nad czem zastanowić i pomyśleć, w jaki sposób złemu zaradzić. Ze wszystkich gatunków mężów, najgorszy jest mąż «wymykający się», bo jeżeli odrazu był skąpy, oporny i zawojować się nie dał — to żona godzi się z losem, ale mieć męża potulnego, łagodnego jak baranek, posłusznego jak dziecię — i widzieć że ten mąż się wymyka, że zaczyna mieć swoją wolę, swoje grymasy, że nie słyszy, kiedy słyszeć powinien, nie stara się, kiedy trzeba żeby się starał — to jest szczyt okropności. Pani Helena Szczygielska i Julia Kozłowiczowa zwierzały się jedna przed drugą z trosk swoich — i obie przyszły do przekonania, że tak jak jest, dłużej być na żaden sposób nie może. Panowie mężowie zaczynają mówić o oszczędności i ciężkich czasach; znamy ten płaszczyk, pod którym kryje się sknerstwo! Czy można oszczędzać, gdy się ma dorosłych synów i córki? Pierwsi chcą wejść w świat, drugie należy wydać za mąż — z tych racyj wydatki nie tylko nie mogą być zmniejszone, lecz przeciwnie powiększyć je należy. Dla panienek trzeba prowadzić dom otwarty, a synowie, chcąc żeby zrobili karyerę, muszą pokazywać się w świecie z odpowiednim szykiem. Jest to prawda jasna jak dzień i dowodzenia nie wymaga. Mężowie może w gruncie rzeczy podzielali zdanie żon, ale żydzi mieli zupełnie odmienny pogląd na te sprawy. Faktem jest, że pan Piotr Kozłowicz, ulegając życzeniom żony, osobiście do miasteczka jeździł, że następnie posyłał furmankę, po niejakiego pana Abrama Gliksmana i że pan Gliksman w Suchej-Wierzbie był i konferencya z nim ciągnęła się przynajmniej ze trzy godziny. To są fakty, ale że to wszystko nie doprowadziło do żadnego rezultatu, to jest także fakt. Gliksman na wszelkie najkorzystniejsze propozycye, odpowiadał odmownie i nadzwyczajnie grymasił. Nie podobała mu się hypoteka Suchej Wierzby, jako bardzo, według jego zdania, zaszargana; nie podobał mu się weksel pana Piotra, jako nie dość pewny; nie chciał kupić rzepaku, z powodu że zielony, a wełny dla tego, że nie urosła. Nawet bardzo cierpliwy i umiejący panować nad sobą pan Piotr, nie mógł już wytrzymać i przemówił dość porywczo: — Cóż u licha! Tego pan nie chcesz, owego nie chcesz — czegóż więc nareszcie chcesz!? — Owszem, proszę pana dobrodzieja, ja chcę, żebyśmy cokolwieczek uregulowali nasze dawniejsze rachunki... Tego znowuż nie życzył sobie pan Piotr i z powodu tej niezgodności pragnień, nie można było przyjść w żaden sposób do porozumienia. Jak Gliksman z panem Piotrem z Suchej Wierzby, tak samo zupełnie z panem Michałem z Zawrotek obszedł się niejaki Szmul Handelsbrief, również kapitalista, kupiec i obywatel, mający zasady niewzruszone. — My teraz — rzekł — panie dobrodzieju, nie mamy zamiaru nowych interesów robić, idzie nam tylko o to, aby dawne regulować i kapitały swoje wycofać. Ze wszystkich brzydkich interesów na tym świecie, najbrzydszy jest zbożowy i pieniężny na wsi. Żadnego zysku nie daje, a pracy i zdrowia kosztuje tyle, że nie można wytrzymać. Lepiej nic nie robić, aniżeli takie interesa. Jakżeż w obec tak kategorycznego postawienia kwestyi, można marzyć o przyzwoitem wyekwipowaniu synów i wprowadzaniu ich w świat, jak można marzyć, zwłaszcza gdy synowie nie chcieli wchodzić w świat pieszo, ale upierali się, by wyjechać eleganckim ekwipażem i odrazu olśnić wszystkie posażne panny. Synowie mieli racyę, ojciec miał racyę, Handelsbrief miał racyę, a już to najgorsza do osądzenia jest sprawa, w której wszystkie strony słuszność mają. Siostry pani Teresy postanowiły jednak nie dać za wygranę, zwłaszcza pani Julia, która koniecznie chciała wprowadzić w świat obydwóch swoich synów — Józia i Wicusia. Byli to dorodni młodzieńcy; wprawdzie z nauką nie szło im szczególnie, bo też nie wszyscy mają do nauczycieli szczęście i nie każdy ma zdrowie do łaciny. Krótko też gościli w gubernialnym przybytku wiedzy i wziąwszy rozwód z książkami, odrazu stali się młodzieńcami dorosłymi. Po kilku latach pobytu w domu rodzicielskim, mały światek bliższych i dalszych sąsiadów wydał im się za ciasnym, postanowili zadebiutować na szerszej arenie. — Znajdziemy sobie coś mamo — mówili. — O tak; nie wątpię. Nie byłoby chyba sprawiedliwości na świecie, żeby tacy dwaj nie zrobili karyery. Jesteście młodzi, przystojni, umiejący się znaleźć... i podług mego przekonania, czeka was los świetny, trzeba tylko się ruszyć, trzeba na szerszy świat wyjrzeć, bo tu... — Ach! tu mamo, można zapleśnieć. — Więc jedźcie, jedźcie co prędzej. — Ale jak mamo? Ojciec mówi, że nam nic dać nie może, a bez pieniędzy nie wiele można zwojować. Ja przynajmniej nie potrafię gołemi rękami — rzekł Józio. — Oczywiście — dodał sentencyonalnie Wicuś — słusznie powiedziano, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy, a mianowicie: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. — To prawda, moje dzieci, ale cóż zrobić, kiedy Gliksman tak zhardział, że ani rusz. Ja sama próbowałam z nim i tak i tak... Wszystko na nic. Ojciec mówi, że trzeba czekać lepszych czasów. — Ojciec zawsze tak mówi, a my tymczasem zestarzejemy się w domu. Pani Julia ucałowała czule obu synków i przyrzekła im, że poruszy niebo, ziemię i piekło, aby im do zrobienia karyery dopomódz. Było to jej ulubione wyrażenie; właściwie jednak nie poruszała ona ani nieba, ani ziemi, ani piekła, tylko prawowitego swego małżonka, pana Piotra. On jeden był poruszony, ale dobrze, na wszystkie strony. uczuwał to i Gliksman, ten jednak, gdy nie chciał, to się nie dał i nie wiele sobie robił z ataku. Powiedział stanowczo nie — i nie. Pani Julia wiedziała o tem dobrze, że się coś w stosunkach finansowych zepsuło i że małżonek jej, pomimo wszelkich usiłowań, rady sobie z Gliksmanem nie da, postanowiła przeto działać na własną rękę. — Już nic od ciebie nie chcę — rzekła pewnego dnia do męża — tylko proszę cię o konie do kolei i o głupie kilkadziesiąt rubli na drogę. Małżonek zwrócił uwagę, że kilkadziesiąt rubli głupimi nazywać nie można. — Już się o to, mój drogi, nie spieraj, tylko daj. — Ale moja duszko, dokąd pojedziesz i po co? — To moja rzecz. — Przecież jako mąż i głowa domu powinienbym coś o tem wiedzieć. — Tym razem pozwolisz, że zachowam tajemnicę, zależy mi na tem bardzo wiele. — Lecz... — O! chyba nie przypuszczasz nic takiego, co mogłoby ci uchybiać. — Ależ oczywiście, pytam tylko... — Powiem ci za powrotem; wyjeżdżam w interesie dzieci, dla szczęścia dzieci i dla naszego szczęścia. Pani Helena takich ceremonij nie robiła z mężem. Miała swoje własne z gospodarstwa kobiecego dochody, kazała zaprządz konie i oznajmiła tylko mężowi, że na kilka dni, lub na tydzień do Warszawy wyjeżdża. Pan Michał pytaniami żony nie nudził. — Ha — rzekł, jedziesz to jedziesz, powiedz tylko, kiedy mam przysłać konie na stacyę. — Zawiadomię cię listownie, mój mężu. Na tem się skończyło.

II.

W Warszawie, na Starem Mieście, w kamienicy wąziutkiej, a wysokiej niepomiernie, na czwartem piętrze, mieszkał od lat trzydziestu blizko pan Dominik. Najregularniej opłacał komorne, prowadził stale jednakowy tryb życia, o tej samej godzinie z domu codzień wychodził, o tej samej przychodził, z nikim prawie nie żył, stosunków z ludźmi unikał, a w opinii sąsiadów uchodził za wielkiego bogacza. W sklepikach, wśród stróżów, wśród przekupek nad straganami siedzących, kursowało przysłowie «bogaty jak pan Dominik», albo wprost jak «stary Dominik», bo istotnie stary to już człowiek był, a przynajmniej na starego wyglądał. Wysoki, przygarbiony, chudy, w okryciu staroświeckiego kroju latem, w płaszczu futrzanym w zimowej, a zawsze w starym, zrudziałym cylindrze, w niebieskich okularach, dobrze był znany w całej dzielnicy miasta. Twarz miał szczupłą, wydłużoną, nos duży, trochę garbaty, faworyty czarne, a właściwie uczernione tylko, wąsów i brody nie nosił. Koloru ani wyrazu oczu z po za wielkich okularów poznać nie było można. Był zamknięty w sobie, ponury i nieprzystępny. Gości nie przyjmował, służby nie trzymał, tylko przychodził do niego posługiwać rankami stary Grzegorz eks-woźny, taki sam mruk jak i pan Dominik. Stróż krzywo na to patrzył, bo sam rad był za usługę zarobić, ale pan Dominik nie miał bynajmniej zamiaru rozstawać się ze starym famulusem, od Bóg wie ilu lat mu znanym i cieszącym się jego zaufaniem. Niegdyś pan Dominik urzędował i podobno dom miał swój własny na Zakroczymskiej ulicy, ale po wysłużeniu lat, urzędowanie porzucił i emeryturę brać zaczął, a dom sprzedał. Miał się więc z czego utrzymać, chociaż, Panie odpuść, jakie utrzymanie to było. Stróż porządny żyje lepiej i większe ma wygody. Mieszkanie wprawdzie z dwóch dużych dość stancyj i ciemnej kuchenki złożone, jak dla jednego człowieka, było aż nadto obszerne, ale dziwnie ponure, a że zaledwie dwa razy do roku w niem sprzątano, więc wydawało się niby zapuszczony skład starych rupieci. Okna od dawna niemyte, pokryte warstwą kurzu, przepuszczały bardzo niewiele światła, pajęczyna zwieszała się z sufitu, w kątach gromadziły się fury śmieci, które stary Grzegorz dla porządku widać tam składał. Mebli w tem mieszkaniu było pełno, niby na Pociejowie. Kanapy starego fasonu, stoły masywne z klapami i bez, biurka gdańskie z bronzami, szafy, komody, a w kącie pierwszej stancyi ogromne łóżko staroświeckie mahoniowe, z bardzo nędzną pościelą. Na ścianach wisiało kilka luster i obrazów, pokrytych taką grubą warstwą kurzu, że się ani przejrzeć w pierwszych, ani odróżnić figur na drugich nie było można. W kuchence, na kominie, stał zaśniedziały samowar z obtrąconą nóżką, tacka lakierowana niegdyś zapewne, nadtłuczony imbryczek i kilka szklanek grubych zielonych. W oknie wisiały dwie klatki, ale w nich ptaków nie było. Gdy pan Dominik rano na miasto wychodził, przekupki pokazywały go sobie palcami. — O, o, niechno pani Michałowa patrzy, stary skrobisz już idzie. — A tak, tak, droga pani Janowa, idzie, idzie. Ciekawość, gdzie też taki łazi? — Może do kościoła. — Aha! taki by też poszedł! — Dla czego? — Wierzyć, czy nie wierzyć, nie wiem — ale mówią, że on dawno już dyabłu duszę zaprzedał, jak Twardowski. — Czy być może? — Chytry na grosz on, bardzo chytry, moja pani kochająca, więc jeżeli mu dyabeł dobrze zapłacił... — Eh, chyba nie. Dwa lata temu sama na swoje oczy widziałam go na roratach, żegnał się po chrześcijańsku. — To widać później ten handel zrobił. — Ha, może; kto go tam wie. — Moja pani kochająca, jego na miliony rachują. — Patrzcie, a jak u mnie raz dwa jabłka kupował, to targował się chyba z pół godziny, ażem mu powiedziała, żeby sobie poszedł do licha, jeżeli nie chce usłyszeć brzydkiego słowa. — I poszedł? — Ale gdzie tam; targował się. Teraz, jeżeli czasem przyjdzie, to już mam na niego sposób. Jeśli się należy trzy, to mu powiem dziewięć, niech się targuje. — Pewnie, pewnie, moja pani; jeżeli taki nie , to któż ma płacić. Juścić nie biedny człowiek. — E, trzecia przekupka, pani Marcinowa, — a może on właśnie jest biedny. — On?? — A no tak, któż jego miliony rachował? — Ludzie. — A byłaś pani przy tem? Widziałaś pani swojemi oczami? — O jak to znać, żeś pani nie tutejsza i nowa, żebyś tak jak my, przesiedziała ze dwadzieścia lat nad straganem, tobyś pani znała całe Stare Miasto na durch — i wiedziałabyś, jak kogo trzeba znać i rachować. To przemówienie skończyło się na mocnej kłótni pań przekupek, kłótni, która wznowiła się nazajutrz i przeszła następnie w stan chroniczny, to jest, że powtarzała się na targu stale i codziennie. Potworzyły się wśród straganów partye, nie szczędzące sobie wzajemnych wymówek i docisków. Pan Dominik regularnie o godzinie dziewiątej rano z domu wychodził i dążył do Saskiego Ogrodu; jak przepędzał czas do południa — nie wiadomo, ale o pierwszej zjawiał się na ulicy Piwnej, gdzie się w podrzędnej restauracyi stołował. Koło drugiej wracał do domu, a wieczorami rzadko kiedy wychodził, chyba że wyjątkowo piękna pogoda wywabiła go na ulicę. Rzadko się to jednak zdarzało. Mówiono, że dziad skarbów swoich strzeże i dla tego tak niechętnie dom opuszcza. Do mieszkania jego, oprócz Grzegorza, nikt nie miał przystępu, tyle tylko wiedziano, że drzwi są opatrzone bardzo mocnym zamkiem, że oprócz tego jest przy nich zatrzask i łańcuch żelazny. Pewnego dnia pani Wincentowa, osoba utrzymująca sklepik wiktuałów, wybrała się w odwiedziny do swej przyjaciółki, prowadzącej taki sam proceder na Lesznie, przy samym końcu tej ulicy, za Żelazną. Było to przed południem. Szła sobie kobiecina spokojnie, rozmyślając o różnych kłopotach, gdy wtem o mało nie krzyknęła z przerażenia. Po drugiej stronie ulicy szedł jegomość chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie — pisz, maluj, pan Dominik. Wydało się to dobrej kobiecinie wprost niemożliwem, aby ten człowiek, który mało z domu wychodzi i okolic Starego Miasta prawne nigdy nie opuszcza, mógł znaleźć się na końcu Leszna. Coby go tam sprowadziło, jaka potrzeba? Aczkolwiek pani Wincentowej nic na tem nie zależało, postanowiła jednak śledzić dziada; poszła więc za nim powoli, trzymając się w pewnem oddaleniu i nie spuszczając go z oka. Pan Dominik szedł dość żwawo, a że nogi miał długie i kroki duże robił, więc korpulentnej kobiecinie trudno było za nim dążyć. Była chwila, że chciała śledztwa zaniechać, ale ciekawość przemogła. Zadyszana, dreptała coraz prędzej, byle go z oczu nie stracić. Dość długo ta gonitwa trwała, aż nareszcie przed niepokaźnym domkiem drewnianym zatrzymał się pan Dominik i w okno zapukał. Pani Wincentowa zatrzymała się także, co było jej bardzo na rękę; mogła przynajmniej odsapnąć po tak forsownym marszu. Nie upłynęły trzy minuty, z domku wybiegła młoda dziewczyna; mogła mieć siedemnaście, najwyżej ośmnaście lat życia; ubrana skromnie, ale gustownie, w porządnem okryciu, w kapeluszu; jednem słowem panna. Wybiegła uśmiechnięta, wesoła i przywitała się z dziadziem serdecznie, jak z najlepszym znajomym. On także się do niej uśmiechał. — Toś ty taki ptaszek! — szepnęła jejmość — dowiem ja się o wszystkiem! Złość i gniew dobrej niewiasty zwiększyły się jeszcze i z tego powodu, że dziewczyna była bardzo ładna. Wysmukła, zgrabna, twarz miała świeżą, jak rozkwitająca różyczka, a oczy duże, czarne, a tak wesoło i figlarnie patrzące, że pani Wincentowa nie mogła się wstrzymać od westchnienia nad upadkiem obyczajów i powszechnem świata zepsuciem. Postanowiła też sobie, że choćby miała iść za niemi dziesięć mil drogi, to pójdzie, wszystko zbada, spenetruje, wyśledzi i pod sąd opinii odda. Niestety, przewrotność ludzka granic nie zna, a pan Dominik zamiast iść powoli i dać dobrej kobiecie możność przekonania się o «prawdziwej prawdzie», skinął na dorożkę, którą akurat licho w taki kąt zakazany przyniosło — wsiadł w nią ze swoją panną i odjechał. — A to łotr dopiero! — rzekła na cały głos pani Wincentowa i zapomniawszy o celu, który ją na Leszno sprowadził, podreptała co prędzej do tramwaju, aby powrócić na Stare Miasto i dobrym przyjaciółkom, tę najświeższą i najbardziej sensacyjną wiadomość zakomunikować. Pasya ją porywała na to, że musiała czekać na przystanku blizko dziesięć minut na tramwaj, że w połowie drogi musiano czekać na przejście pogrzebu, że wreszcie komunikacya tak jest źle urządzona, że chcąc się na Stare Miasto dostać, trzeba na placu Teatralnym wysiadać i z tamtąd iść pieszo. Właśnie szła pieszo, przez plac i już była wprost ulicy Piwnej, gdy nagle z tej właśnie uliczki wyszedł człowiek chudy, wysoki, w płaszczu, w okularach, w zrudziałym cylindrze na głowie... jednem słowem pan Dominik. Wyszedł i powoli, nie śpiesząc, przez Ś-to Jańską udał się na Stare Miasto i zniknął w bramie domu, w którym mieszkał. Od śmierci nieboszczyka drugiego męża, pani Wincentowa nie miała podobnie nadzwyczajnego wydarzenia. Nic innego, tylko chyba takich panów Dominików musi być w Warszawie dwóch. Pobiegła natychmiast do przyjaciółek i opowiedziała z wszelkiemi szczegółami całą swoją wyprawę, spodziewając się, i słusznie, że wywoła nadzwyczajne wrażenie; tymczasem stało się wprost przeciwnie, kumoszki wysłuchały, pokiwały głowami i jednozgodnie orzekły: — Przywidziało się pani, albo też... — Co albo? — Chce nas pani manić — ale my nie dzisiejsze. Wszystko co pani mówi, jest to «zawracanie». Widziałyśmy go na swoje oczy rano i teraz, zkądby się zaś wziął na Lesznie i jeszcze z jakąś panną... Żarty! — Mogę na to przysiądz, na swoje własne oczy widziałam; szedł sam a potem z nią, a potem do dorożki wsiedli i pojechali. — Komedya doprawdy. Dawnoż to było? — Dopiero, tylko co z Leszna wracam i nie na piechotę, ale tramwajem jechałam. — No, moja pani, to dziwne, bo on dopiero co z Piwnej ulicy przyszedł, a że tam obiady jada, to wiadoma rzecz. Tyle lat na to patrzymy. — To już ja nie wiem — odrzekła pani Wincentowa, mocno zmieszana. — Nie jestem ani szalona, ani ciemna; oczy Bogu dziękować mam dobre. Sama patrzyłam, sama widziałam i przysiądz mogę na to. Chyba że dwóch takich samych jest, jeden tu, drugi na Lesznie. — Ech, gdzieby znów. — Chyba że brata ma. — Taki odludek! — Powiadam wam, moje panie — zapewniała pani Wincentowa — taki płaszcz, kapelusz, okulary — nawet ruch taki sam. — A głos? — Głosu, co prawda nie słyszałam. — A no, widzi pani, wszystko mogło być podobne i takie same a głos inszy; po głosie zaś najłatwiej człowieka poznać, nawet po ciemku. Źle się pani spisała, trzeba było do niego zagadać. — Nie wypadało... zresztą o czem-że z takim rozmawiać? — O la Boga, cóż łatwiejszego? Trzeba było grzecznie: proszę pana, którędy na ulicę Żytnią? — I tak czy siak, bąknąłby coś przecie. — Prawda, święta prawda, moja pani kochająca. Jutro idę na Leszno — i niech się co chce dzieje, bylem tylko spotkała dziada, zaraz go z miejsca zaczepiam. Naumyślnie pójdę, żebym tak świąt szczęśliwie doczekała.

III.

Przez zakurzone okna z trudnością dostawało się słońce do sypialni pana Dominika, a gdy dzień był pochmurny, to w izbie panował mrok zupełny. Właśnie był ranek czerwcowy, posępny, na niebie gromadziły się chmury, zapowiadające burzę, stary zegar godzinę siódmą wskazywał. Pan Dominik wstał, ubrał się w szlafrok i poszedł otworzyć mocno zaryglowane drzwi i zdjąć łańcuch, o tej porze bowiem Grzegorz — punktualny jak najlepszy zegarek — przychodził. Właśnie gdy pan Dominik z wewnątrz łańcuch odczepiał, on już z zewnątrz za klamkę trzymał; i tak się spotykali przy tych drzwiach codzień, o tej samej minucie, a prawie że i sekundzie. Zgrzytnął rygiel w zamku, brzęknął łańcuch, Grzegorz wszedł i ukłonił się pokornie: — Moje uszanowanie panu radcy. Zawsze radcą pana Dominika, jeszcze z biurowych czasów, tytułował. — Jak się masz, stary, cóż słychać? — Dziś wszystko, do usług pana radcy, niepomyślnie. — A cóż się stało? — Niby nic, a przecież... — Mówże. — Chociaż pan radca, jako człowiek edukowany, w takie rzeczy nie wierzy, ale ja już wypraktykowałem, że ile razy mi się żaba śni, tyle razy coś brzydkiego stać się musi nieodmiennie, a właśnie dziś żaba mi się śniła. — Pleciesz sam nie wiesz co. Pewnie opiłeś się piwska na wieczór i miałeś sen niespokojny. — Do usług pana radcy — rzeczywiście trochę się piło, trochę na Dunaju, a trochę na Mostowej. Wczoraj bo jeden mój przyjaciel imieniny obchodził; ale piwo piwem, a żaba żabą, i właśnie od samego rana złe znaki są. Naprzód jest pochmurno i tylko patrzeć chlapaniny i błota, powtóre — o! — Cóż? — Pana radcy but z lewej nogi pić chce. Wczoraj jeszcze, kiedym go czyścił, był calusieńki, a dziś oto gębę rozdziawił, dycht, pisz, maluj, jak żaba. — A to łajdak! — mruknął pan Dominik. — Święta prawda, tylko że, do usług pana radcy, nie wiem dobrze kto... — Szewc! szewc! wyraźnie ci powiadam, że szewc! Co to za rzemieślnicy dzisiaj są, wszakże to prawie nowe buty, wprost z kopyta, kiedyż ja je sprawiłem?... — Zaraz przypomnę... aha! już wiem, wiem doskonale, jak dziś pamiętam, na święty Marcin będzie tym butom akurat cztery lata. — No widzisz i już naprawki, już reparacye! — Godziłoby się je podzelować, panie radco. — Zwaryowałeś stary, czy co? Pokaż no ten but bliżej. Pan Dominik wziął but do ręki, pilnie go obejrzał i rzekł: — Żadnych zelowań nie potrzeba... tu oto zeszyć, tu łatkę dać i dość. Założyłbym się, że już przy robocie poderznął skórę nożem, żeby prędzej pękła... — Oni tak robią, do usług pana radcy, o robią. Ja to wiem, bo jeszcze jak byłem młody, to miałem ciotkę za szewcem. Pomarli oboje, świeć Panie nad ich duszami, ale na fuszerkę tam szło. — Dajże mi pantofle, tamte lepsze, a jak pójdziesz po bułki, buty daj do zeszycia, a targuj się, pamiętaj, targuj się... — Dobrze, panie radco — a bułeczki? — Czerstwe; tylko wybieraj duże, co największe... — Podług starszeństwa ząbków, mógłby pan radca czasem parę świeżych bułeczek skonsumować. Bardzo dobra taka świeża bułeczka do herbaty. — Grymasy, grymasy, mój stary. Niema na świecie twardych bułek. — Juścić temi, które się dla pana kupuje, możnaby, bez urazy, ulice brukować. — Głupie masz koncepty. Kosztują taniej, a rozmoczone w herbacie są bardzo mięciutkie. Jeżeli masz mówić bez sensu, to lepiej nic nie mów. Grzegorz westchnął. — Monitum dostałem od pana radcy — rzekł. — Przeklęta żaba, zawsze mi coś niedobrego wywróży, a tu jak na złość wszystko się składa na to, żeby pan radca się gniewał dzisiaj. — Cóż nowego? — Cukier już widzę wyszedł, węgli tak jakby nie było, na nastawienie samowara nie starczy — a herbaty to już miałem honor wczoraj meldować ani krzty. — Węgli kupisz. — A herbata? — Ile razy naparzana wczorajsza? — Już dwa razy. — Tylko dwa razy! to naparz ją jeszcze dziś. — Bardzo wymoczona. — Grymasy! Zalej-no ją tylko bardzo gorącym ukropem, to jeszcze pełny imbryk esencyi wypuści. To tylko u nas panuje taka głupia moda, żeby codzień herbatę zaparzać świeżą. W Chinach, trzeba ci wiedzieć, to po siedm razy zaparzają i tyleż razy suszą i taką jeszcze sprzedają za granicę masami. — W Chinach? Przepraszam, do usług pana radcy; czy pan radca wojażował kiedy po Chinach? — Czym wojażował, czy nie — to moja rzecz; a co do herbaty, to się znam. — A jakże z cukrem będzie? — Nie ma nic? — Ani okruszynki. — Ha, skoro tak, to trudna rada, trzeba się zatrzymać dzisiaj. Wypiję bez cukru. Tu cukier drogi i źle ważony; będę po południu na mieście, to kupię sam. Znam jeden doskonały sklep, w którym wszystkiego tanio dostanie, jeżeli kto się umie targować. — Wiem, wiem... — Co wiesz? — Ha, wiem ja gdzie ten sklep i czyj ten sklep i panią Malcerowę znam. Wiem, ja wiem, że tam dla pana radcy zawsze taniej. — No to kiedy wiesz, to trzymaj język za zębami i siedź udał, że nie słyszy. — Śliczności to była panienka swojego czasu, oj śliczności, ja zawsze mówiłem, że takiego gustu jak pan radca ma, to nikt drugi na świecie niema. I później, gdy za Malcera wyszła, jeszcze bardziej wypiękniała — a i teraz jeszcze jest na co popatrzeć. — Jest, powiadasz? — Dalibóg jest, panie radco, i niechby się co chciało, to działo, ja bym... — Cóżbyś ty? — A no, do usług pana radcy, jakby którego dnia miał tam iść, tobym się herbaty z cukrem też napił, słowo uczciwe. — Bestyo! kusicielu, kupżeż tego cukru. — Funt. — Zwaryowałeś na starość; kup za sześć, a z szewcem się targuj, nie daj mnie obdzierać — pamiętaj... — Łajdak! — mruknął pan Dominik po wyjściu Grzegorza — na taki wydatek mnie naraził... Mój Boże, Melcerowa, Melcerowa. Dawne dzieje i piękne dzieje; sam sobie winien jestem, nie trzeba było bawić się w Cunctatora, ale iść do celu odrazu i jak Cezar, veni, vidi, vici. Melcer miał większy rozum, nie pytał się i nie ociągał. Teraz przepadło, przepadło na zawsze, na amen. Dobrze mi tak, bardzo dobrze, nie trzeba być głupim. Bardzo dobrze. W kącie sypialni znajdowała się staroświecka fajczarnia, a na niej z dziesięć cybuchów. Wybrał pan Dominik najdłuższy, fajkę grubym tytoniem nałożył i zapalił. — Obrzydliwy nałóg — monologował półgłosem — ohydny, ale cóż, nie mogę się oprzeć, to już nad siły moje. A tyle pieniędzy z dymem idzie. Aj, panie Dominiku, panie Dominiku, gdzie twoja siła woli? gdzie twój charakter? Głupiej fajki nie możesz się pozbyć. Czyż naprawdę nie możesz. O tak, nie mogę, nie mogę. Może dla tego że głupia, nie zdołam obejść się bez niej. Tak rozmyślał pan Dominik, paląc fajkę i monologując, gniewając się sam na siebie i rozkoszując jednocześnie dymem, który sinawemi kłębami wlókł się po stancyi. Gdy tak palił i dumał i perorował do siebie, usłyszał przededrzwiami żywą sprzeczkę. Rozróżniał w niej wyraźnie dwa głosy: gruby baryton i cienki sopran kobiecy. Zanim zdążył zmiarkować co jest, do pokoju wpadł Grzegorz, dziwnie zaaferowany i zmieszany. — A, proszę pana radcy, do usług, tego jeszcze u nas nie bywało! — Co? — Tak, owak, rozmaicie można sądzić, ale wizyt pan radca nie przyjmował. — Jakich wizyt u licha. Czyż to ja jestem matka córek na wydaniu? — Ja tam nie wiem; dość że pani jakaś przyszła i dobija się koniecznie. Powiedziałem, że pan radca jest owszem w negliżu, że o tej porze nie przyjmuje, ale ona nic i, za przeproszeniem pana, nazwała mnie gamoniem i niedołęgą. — Cóż to za jedna, jak wygląda? — Co za jedna nie wiem; wygląda jakby nie tutejsza, a tak rozkazuje jakby... — Stara? młoda? — Trudno dojrzeć, bo u nas na schodach nie bardzo widno, tak sobie jednak, średnia. Powiada, że ma pilny interes i że pan radca jest jej jakoby stryjaszek. Co mam z nią zrobić, bo się znowuż dobija? — Ha, cóż, proś. Niech tu posiedzi, ja się w drugim pokoju cokolwieczek ogarnę. Cóż? ten szlafrok nie wygląda zbyt świeżo. — Piękny jeszcze, ale obniszczony grubo, do przyjmowania dam nie bardzo pasuje. Gdy przebrawszy się w czarny odwiecznego kraju garnitur, pan Dominik wyszedł do pierwszego pokoju, zastał damę, która z okrzykiem wielkiej radości rzuciła mu się na szyję wołając: — Stryjaszku, najdroższy stryjaszku! — Bardzo mnie to cieszy — odrzekł — że jestem najdroższym stryjaszkiem, ale ś. p. brat mój miał kilka córek, radbym przeto wiedzieć z kim mam tedy honor? — Więc mnie stryjaszek nie poznał? Mnie? swojej tak niegdyś ukochanej Julci?! — No proszę, ktoby się spodziewał, taka kobieta! Niechże pani siada, to jest siadaj, proszę, pomówimy. Przedewszystkiem, cóż cię moja piękna kuzynko sprowadziło w ubogie progi starego odludka? — Chęć zobaczenia stryjaszka, dowiedzenia się o jego zdrowie. — No, no. — I zamiar zaproszenia, serdecznego zaproszenia do nas na wieś. — Mnie? — A tak, chociażby tylko na parę tygodni. Bardzo, bardzo serdecznie prosimy, całem sercem zapraszamy. — Hm... bardzo pięknie — a dalekoż to? — Jednego dnia staje się na miejscu. Zresztą co mam dużo opowiadać, nasze okolice dobrze są stryjaszkowi znane. — Zapomniałem już, kiedy tam byłem. Dawne czasy, bardzo dawne. Oczywiście mieszkasz w swoim majątku. — Cóż tam taki majątek, mająteczek raczej. Na wyżywienie wystarcza, ale synów mamy dwóch, których w świat trzeba puścić i córeczka też podrasta. — No proszę, dwóch synów i córeczka — a jakże się miewają twoje siostrzyczki? — Helenka ta, co za Szczygielskim w Zawrotkach — wcale nieźle, a Terenia, co za Łopuszką w Woli Kociubskiej — majątek zbija. — To ślicznie, to bardzo ślicznie. I jakżeż ona go zbija? — Widzi stryjaszek, właściwie ona to nie, tylko on. Stryjaszkowi wiadomo, że my, kobiety z pewnej sfery, mamy pewne obowiązki, musimy się liczyć z różnemi względami; on zaś swego chowu człowiek. — Jakto swego chowu? — A no tak, jakże powiedzieć? Swego, dziwaczy i na nic nie zważa, aby tylko pieniędzy nie wydać. Ach, stryjaszku, nasza dola kobieca nie jest słodka. — Rozmaicie to bywa — i męzka także. — A przepraszam, panowie mężczyźni, to zupełnie co innego, niczem nie skrępowani, robią co im się podoba. Ale na seryo, mój stryjaszku, czy możemy się spodziewać, że nasza prośba będzie uwzględniona, że stryjaszek zaszczyci swoją obecnością nasz ubogi zakątek. Na umówiony dzień powóz oczekiwać będzie na stacyi. — Powóz, to wy powozami jeździcie? — A mamy stary grat, jeszcze kawalerski mego męża. Nie stad nas na karetę, musimy się więc obywać czem można. Stryjaszkowi pobyt na wsi dobrze zrobi na zdrowie, bo tu w Warszawie jest trochę duszno, zwłaszcza na Starem Mieście. — Grymasy, moja pani, chciałbym ja mieć tyle tysięcy, ile ludzi tu żyje i dobrze wygląda. Pokazałbym ci, mężczyźni jak ćwiki, a kobiety jak róże. — Jednak doktorzy mówią, że na wsi powietrze dużo zdrowsze. — Co oni tam wiedzą! Grymasy, wymysły niepotrzebne i nic więcej. Ja tyle lat tu siedzę i czuję się zdrowym zupełnie. — Jeżeli więc nie dla zdrowia, to dla przyjemności, kochany stryjaszek raczy z nami czas jakiś wspólnie przepędzić. Pan Dominik uśmiechnął się trochę złośliwie. — Ciekawym — co za przyjemność, wy, młodzi, moglibyście mieć ze mną, starym człowiekiem? — O to niech się stryjaszek nie troszczy; wszakże są związki krwi — jest głos krwi, która woła: kochajcie się. Czytałam niedawno prześliczną książeczkę pod takim tytułem. Z godzinę trwała wizyta pani Julii, zaproszenie powtórzone było kilkanaście razy i ostatecznie stryjaszek musiał przyrzec, że przyjedzie. Pożegnał synowicę z prawdziwą radością, rad, że się ta wizyta już skończyła — skoro tylko wyszła, zawołał na Grzegorza, aby herbatę czemprędzej podawał. Stary woźny uśmiechał się znacząco. — Czegóż się wykrzywiasz? — zapytał rozdrażniony pan Dominik. — Owszem, proszę, do usług pana radcy — ale nic, tak sobie tylko. — Przecież... — Jeżeli mam prawdę powiedzieć, to z tego, że jednak dziś wyśniła mi się żaba, do usług pana naczelnika. Dzień następny przyniósł nową wizytę. Tak samo w godzinach porannych zjawiła się dama, tak samo spierała się z Grzegorzem, dowodząc, że pan Dominik jest jej stryjaszkiem. Była to pani Michałowa z Zawrotków. I jej również przyszła myśl zaproszenia stryjaszka na wieś, na świeże powietrze, dla poratowania zdrowia, jako też dla zrobienia całej rodzinie największej przyjemności. Okazało się jednak, że pani Michałowa była lepszą dyplomatką, aniżeli jej siostra z Suchej Wierzby; przyjechała ona do stryjaszka nie z próżnemi rękami, ale z ogromnym koszem, w którym się doskonały chleb, masło, konfitury, trochę wędlin, miodu, słowem takich smakołyków, jakich pan Dominik prawie nigdy nie jadał, a nigdy nie kupował. Stryjaszek zrobił uwagę, że to niepotrzebne koszta i zbytki, ale, ostatecznie, kosz przyjął i przyobiecał, że przyjedzie na wieś za kilka tygodni. Pani Michałowa, uszczęśliwiona z obietnicy, odjechała do domu, pożegnawszy stryjaszka jak umiała najczulej. — No i cóż, Grzegorzu — rzekł pan Dominik, wskazując na kosz, przez kuzynkę zostawiony — piękna spiżarnia, co? — Do usług pana radcy, to nawet nie spiżarnia, ale cały spichlerz. Godna to musi być pani i szczera, skoro miarkuje, że w Warszawie drożyzna i że za każdą prowizyę trzeba gotowym groszem płacić. Wspaniała pani, ja to zaraz poznałem. — Zobacz-że co tam w środku jest, powyjmuj i poustawiaj w porządku. Grzegorz otworzył kosz i wyjmował sztuka po sztuce, nie tając zachwytu, jaki w nim dary pani Michałowej wzbudzały. — O, jaka szkoda — mówił — że się dziś po bułki chodziło, toż tu chleba bochen, do usług pana radcy, aż pachnie; musi to być znaczny dwór, skoro w nim takie chleby pieką. — Znaczny, powiadasz. Podobno nie bardzo. — Ale... a oto masło świeżuteczkie, tu takiego nie dostanie, żeby nie wiem jak przepłacać, a oni to mają bez kosztu. Dobra to rzecz wieś, bardzo dobra, bo pieniędzy nie trzeba wydać, a jest wszystko swoje, czego tylko dusza zapragnie. Żeby to pan radca kiedy wieś kupił, jabym z wielką chęcią w służbę poszedł do pana... — Co ci w głowie świta, Grzegorzu, jabym wieś miał kupić!... — Dla czegóżby nie; alboż to panu radcy kto zabroni. — Ale za co? Wiadomo ci, że biedny jestem. — Bieda biedą, a wieś wsią; gdyby zaś taka chęć przyszła, toby pan radca nie potrzebował ani ludziom się kłaniać, ani pieniędzy pożyczać. Ja to wiem dokumentnie. — Cicho bądź, stary gaduło, nie pleć głupstw, wydobywaj co jest, bo ja na miasto zaraz wyjdę. — O, do usług pana radcy, kiełbasa... żebym się nie powstrzymywał to bym ukąsił, tak pachnie! Ser z kminkiem, samo prawie do piwa — ale jaki! Na Piwnej takiego nie uświęci — a tu oto jakieś słoiki, flaszeczki, jakby z apteki, niech no pan je obaczy. — To są konfitury — rzekł pan Dominik — postaw je na oknie rzędem, równo, słoik przy słoiku. Grzegorz spełnił polecenie. — O! — rzekł zaglądając znowuż do kosza — znów garnek tęgi... aha, czuję zapach, to jest właśnie miód. Nie żałowali, z garniec chyba nakładli, czysta patoka. Ciekawość, co pan radca z tem zrobi? — Już wiem. Odniesiesz ten garnek jeszcze dziś. — Owszem, do usług pana radcy, tylko że nie wiem dokąd, komu i na co. — Odniesiesz do sklepu, o którym wspominałeś, komu — wiesz, a na co — niepotrzebna ciekawość. Od czasu, w którym pan Dominik miał niespodziewane wizyty kuzynek, zaczęło się dla niego długie pasmo kłopotów. Przyjąwszy zaproszenia i obiecawszy przyjechać na wieś, trzeba było przyjąć i konsekwencye ztąd wynikające. Naprzód tedy odbył się bardzo staranny przegląd garderoby. Grzegorz pootwierał szafy i powydobywał z nich całe stosy różnych efektów sukiennych i kortowych, bardzo dawnego fasonu, gromadzonych od lat kilkudziesięciu. Jaki pracowity badacz mógłby z tych ubrań ułożyć monografię mody męzkiej z przed lat czterdziestu, gdyż swego czasu pan Dominik był wielkim dandym i ubierał się ściśle podług żurnalów. Później wszakże wielki «dandy» zaprzestał się stroić, a moda poszła naprzód i daleko, daleko pozostawiła za sobą eleganta. Przegląd trwał dosyć długo. Grzegorz garderobę na stole rozkładał, a pan Dominik przyglądał się każdej sztuce i przez okulary i bez okularów, podnosił do okna, nareszcie zmęczony, westchnął ciężko i rzekł: — Nie obejdzie się bez krawca... — A nie — potwierdził Grzegorz — podług mego pomiarkowania, tylko krawiec będzie mógł coś wyspekulować. — Ale który? — Jest ich, do usług pana radcy, kopami, ja sam z piętnastu chyba znam. — Więc jakże myślisz? — Ha, inaczej nie będzie, tylko trzeba którego sprowadzić. Jednego znam, na Podwalu ma sklep, znaczny krawiec, do usług pana radcy, ojciec jego też krawcem był. Takie kury, to rodem czubate. Sprowadzić? — Dziękuję, nie chcę frontowych elegantów, tacy drą bez miłosierdzia. — I to racya. Więc może prywatnego, na Ślepej ulicy mieszka, warsztat prowadzi, czeladników ma dwóch, też porządny majster. — Także zdzierca. — Tedy już sam nie wiem, kogo mam wołać. — Kogo chcesz, byleby był tani, bo ja pieniędzy na wyrzucenie nie mam. Licho mnie skusiło przyjąć to zaproszenie na wieś, tylko wydatek niepotrzebny. Gdyby nie to, że dałem słowo, to doprawdy przeprosiłbym listownie. A możeby pojechać tak jak stoję — cóż o tem myślisz, stary? — Nic nie myślę, głupie moje zdanie, a pan radca ma dość swego rozumu, żeby wiedział, jak ma postąpić. — Pięknie mówisz, dobrze mówisz i subordynacyę znasz. — Służyło się, panie radco, czterdzieści dwa lata i miesięcy sześć. — Tak, tak, mój stary, ale chcę poznać twoje zdanie, daję ci przez to dowód zaufania. — Dziękuję pokornie za honor. Otóż, mojem głupiem zdaniem, nie można jechać bez pięknej garderoby, bo na to nie pozwala godność pana radcy. — Prawda. — I nie tylko według godności nie można, ale i według prowizyi też nie wypada. — Prowizyi? — Właśnie, do usług pana radcy, według prowizyi. Osobliwie po tych prowiantach znać, że dom znaczny, państwo wspaniałe, goście też tam pewnie bywają, więc trzeba się pokazać. Niech na wsi wiedzą, że co Warszawa, to Warszawa. Zawsze wielmożny pan radca elegancko chadzał, a choć się trochę pod starsze lata zaniedbał, ale... — Masz racyę stary... Elegancko, ale z kredką... — Jeżeli z kredką, to już chyba najlepiej będzie zawołać Abrama. Że mi to odrazu na myśl nie przyszło! — Cóż to za jeden? — Krawiec, do usług pana radcy; na Krzywem Kole mieszka i można sprowadzić go każdej chwili, i o szewcu godziłoby się też pomyśleć — z tą przyszczypką pan daleko nie zajedzie. — Licho nadało! Krawcy, szewcy, szczęście że kapelusz jeszcze dość świeży, a rękawiczek jest w komodzie kilka par. Pyszne rękawiczki, dziś już takich nie robią, skórka jak żelazo. Powlókł się Grzegorz po Abrama, ale nie znalazł go zaraz, dopiero na drugi dzień przyłapał go w mieszkaniu. Przyszedłszy, obejrzał całę szatnię okiem wytrawnego znawcy, cmokał ustami, gładził brodę, nareszcie po długim namyśle rzekł: — Jabym panu radcemu poradził, że do tej garderoby jeden doktór nie wystarczy, trzeba zrobić konsylium. — Cóż wasan pleciesz, co to za żarciki? — Uchowaj Boże! Jabym śmiał robić żarty z takiej osoby? z takiego pana? Nie, nigdy! — Więc czegóż właściwie chcesz?... — Pan dobrodziej pozwoli; ja zawołam kilku handlarzy. — Idź-że do licha z taką radą! — Niech-no pan dobrodziej posłucha: ja nie sprowadzę takich zwyczajnych łapserdaków, co chodzą po podwórkach i krzyczą: handel! handel! ale porządnych, którzy tylko z delikatnemi osobami mają do czynienia. Oni tę całę kupę starzyzny od wielmożnego pana kupią, a jak wielmożny pan dołoży do tego kilkanaście rubli, to będzie mógł mieć bardzo ładny, całkiem nowomodny garnitur. Ja sam podejmę się zrobić. — Co? jakto? całą garderobę sprzedać i kilkanaście rubli dołożyć i mieć za to jeden garnitur. Czy ja dobrze słyszałem? — Bardzo wielmożny pan dobrze słyszał. Ja sam podejmę się ten garnitur zrobić z mojego materyału. Będzie na co popatrzeć. Na moje sumienie. Pan Dominik przygryzał wargi i chodził szybkim krokiem po pokoju, nareszcie zatrzymał się nagle przed swoim famulusem i rzekł bardzo poważnym i uroczystym głosem: — Grzegorzu! — Słucham pana radcy... — Czy widzisz tego żyda? — Widzę panie. — Weź go tedy za kołnierz i w delikatny wyprowadź za drzwi, a następnie zrzuć ze schodów. Abram cofnął się ku drzwiom. — Bardzo przepraszam — rzekł — bez urazy jasnego pana, to się nie opłaci. Po co pan Grzegorz ma się fatygować, kiedy ja pójdę sam, jak tylko skończymy interes — i po co mnie za drzwi wyrzucać, kiedy choćbym był wyrzucony, to potrafię powrócić. — Jesteś bezczelny człowiek! — krzyknął pan Dominik w wielkiej pasyi. — Ale bardzo doskonały krawiec; cała Warszawa mnie zna! Niech się pan dobrodziej zapyta, jak mnie zna?! Nietylko do takiego interesu co z nowości jest, ale do każdego łatania, cerowania, do przeróbki, do wywabienia plamy, do przenicowania, do wszystkiego. Kto jest pierwszy krawiec? Abram. Kto pięknie robi, a nie drogo bierze? Abram. Kto ze starego nowe zrobi? Abram. — Kłamiesz, kłamiesz. — Szczera prawda, jak to że dziś mamy od Pana Boga dzień. — Ładnie przerabiasz, sprzedać stare, a kupić nowe, to podług ciebie nazywa się przeróbka. — Alboż ja tak chciałem? — A któż proponował sprowadzenie handlarzy?! — Jam sądził, że wielmożny pan sobie tego życzy. Co ja miałem proponować? Wielmożny pan rozumie, że każdy człowiek ma swój fach; ja mam fach od reparacyi, ale nie od propozycyi. Ten argument rozbroił pana Dominika. — Odrazu trzeba było tak mówić — rzekł — obejrzeć, zastanowić się, zdecydować, jak ma być i, główna rzecz, zgodzić się. — O to najłatwiej. W dwóch słowach skończymy; pan dobrodziej coś dołoży. — Jeszcze nie wiem ile zażądasz, a już chcesz, żebym ci dokładał. — Tak się mówi; pan dołoży, ja trochę opuszczę i znów pan dołoży i znów ja opuszczę, w jednej chwili zgoda. Ta jedna «chwilka» przeciągnęła się kawał czasu. Abram aż ochrypł, dowodząc, jaka kolosalna robota go czeka, ile jego własnej pracy i pracy jego czeladników w nią wejdzie; jakie koszta pociągnie za sobą dodanie kawałka podszewki, kilku guzików, tasiemek. Zasapał się, zmęczył, tak dalece, że musiał usiąść, gdyż nie mógł się już na nogach o własnych siłach utrzymać. — Oj! — jęczał — przepraszam wielmożnego pana. Widziałem ja już różnych panów i różne reparacye, ale takiej reparacyi i takiego pana ja jeszcze w życiu swojem nie widziałem. Obraził się, wyszedł, powiedział, że jego noga nigdy w tem mieszkaniu nie postanie; że takie interesa odda jaknajchętniej swoim wrogom, aby je wychorowali; po chwili jednak znów powrócił i znów przerwaną nitkę rokowań nawiązywał. Nareszcie dobili targu. Abram czerwoną chustką obtarł spocone czoło, pan Dominik z przyjemnością zapalił fajkę i uśmiechnęli się obadwaj przyjaźnie, jak szermierze po skończonej utarczce. Gracz gracza poznał. Abram, zabrawszy przeznaczoną do odnowienia i przerobienia garderobę na rękę; nie udał się wprost do domu, lecz wstąpił do narożnej szynkowni i kazał sobie dać kieliszek dobrej, mocnej wódki. Zazwyczaj biedny krawczyna żałował sobie na takie zbytki i pierwej trzy razy grosz obejrzał, zanim go wydał, tym razem jednak nie namyślał się ani minuty i z przyjemnością wychylił kielich, uważał bowiem, że za tyle gadania, za tyle pracy, słusznie mu się to należało. Miał najzupełniejszą racyę.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…