Read here

Roman Zero

Włodzimierz Stebelski · 1883 · Free in the US

12,077 words · about 51 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1883 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Roman_Zero&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Włodzimierz Stebelski
Language
Polish
Published
1883
Length
12,077 words · about 51 min
Sections
44 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (44)
  1. I about 1 min
  2. II about 1 min
  3. III under 1 min
  4. IV about 1 min
  5. V about 1 min
  6. VI under 1 min
  7. VII about 1 min
  8. VIII about 1 min
  9. IX about 2 min
  10. X about 1 min
  11. XI about 1 min
  12. XII about 1 min
  13. XIII about 3 min
  14. XIV about 1 min
  15. XV about 2 min
  16. XVI about 1 min
  17. XVII about 1 min
  18. XVIII about 1 min
  19. XIX about 1 min
  20. XX about 1 min
  21. XXI about 1 min
  22. XXII about 1 min
  23. XXIII about 1 min
  24. XXIV about 2 min
  25. XXV about 3 min
  26. XXVI about 1 min
  27. XXVII about 1 min
  28. XXVIII about 1 min
  29. XXIX about 1 min
  30. XXX about 3 min
  31. XXXI about 1 min
  32. XXXII about 1 min
  33. XXXIII about 2 min
  34. XXXIV about 1 min
  35. XXXV about 1 min
  36. XXXVI about 1 min
  37. XXXVII about 1 min
  38. Xxxviii about 1 min
  39. XXXIX about 1 min
  40. XL about 1 min
  41. XLI about 2 min
  42. XLII under 1 min
  43. XLIII about 1 min
  44. XLIV about 1 min

Continue:

I

...A więc po walce niemej a tragicznej Postanowiłem sobie w łeb wypalić! Ale nie schodzę z życia drogi mlécznej, Aby jak gwiazda gasnąc się rozżalić, By na cmentarzu w skardze Żebrać o pomnik i pamięć utrwalić — Nie chcę nikogo do litości wzruszyć, Chcę tylko boleść konania zagłuszyć.

Może nie zawsze będę stać spokojny, Kiedy skalpelem sobie pierś rozkrwawię, I kiedy, w śmierci jeszcze w prawdę zbrojny, Na strzaskanego życia stanę nawie, I żywot marny, znikczemniały, znojny, Obnażę Bogu w bólu i niesławie — Od samobójcy czyliż kto usłyszy Piosnkę pogody i słonecznej ciszy?

Ale ty nie sądź, co te znajdziesz karty, Żem się wychował w szarlatanów lidze, Która jak aktor na Tarpei wsparty Woła: Narodzie, ja płaczę i szydzę! Patrz, jaki kostium mam pięknie rozdarty! I dotąd jeszcze szczerze nienawidzę Tego Musseta, co absyntem spity, Bluźniercze skargi miotał pod błękity.

Albowiem wrogiem od młodości byłem Wyuzdanego samoubóstwiania, Co szuka wrzawy i w powietrzu zgniłem Kadzidła tłumów jako płaz pochłania — Nigdy w koronę głowy nie stroiłem, Kłamana wielkość mnie nie obałwania! Wierzyłem w Boga, nie wierzyłem w tłumy, Jeśli umieram, to umieram z dumy!

I może poznasz, mój ty czytelniku, Że ta opowieść jest wydarta z serca, Że nie skąpana w obcych gadek mleku, Ni z wyobraźni wysnuta kobierca — Albowiem zawsze znać po żywym krzyku Boleść, co z piersi jak wąż się wywierca I echem woła mroźnem i rozbitem — Ja ci na nerwach takim zagram zgrzytem!

Lecz jeśli czujesz, że dla tej powieści Dusza ci nie jest dość opancerzona, Że sobie nową wiarę w niej wypieści, A stara smutnie jak skazana skona — Jeśli to czujesz, to nie słuchaj treści! Nie chcę żadnego mieć tu epigona, Nie chcę niczyjej wiary walić spiżu, Nie chcę nikogo mieć na moim krzyżu!

A więc zaczynam smutną tę legendę... Wielkiej poezji nie dam jej szkarłatów, W modne girlandy stroić jej nie będę — W przededniu śmierci nikt nie szuka kwiatów! Ani też sławy sobie nie wyprzędę — Kto się zwie Zero, ginie bez wiwatów! Tylko wysnuję z wspomnień mych spowicia To co mi stworzył demon mego życia.

II

Zowię się Zero. Kiedym się urodził I tchu zapragnął, łkając: pierwsze jestem, Fagasów zastęp do mnie nie przychodził W kornej postawie z powitania gestem — Nikt pocałunkiem ust mi nie osłodził I nikt miłości nie uświęcił chrzestem; Matka umarła, ciężkim bolem ścięta I bezimienna jak nieznana święta.

Ojca nie znałem także. Powiadano, Że znikł gdzieś w burzy, co chronicznie błyska I rewolucyj polskich nosi miano I z domowego rzuca nas ogniska. Więc narzeczonę rzucił rozpłakaną — Dawno ją blady śmierci anioł ściska! A skryba prawdę wypowiedział szczerą, Kiedy do księgi wpisał imię Zero.

O mój grabarzu! Gdy powtórzysz imię, Ty nie uwierzysz, jaki byłem dumny, Kiedy w nicestwa mego marnym dymie Między wyniosłe szedłem wciąż kolumny, I dziś, gdy gasnę już i duchem drzemię Na czarnem wieku mej ubogiej trumny — Z tej smutnej celi leci myśl skrzydlata I błogosławi wszystkie Zera świata!

Ty może myślisz, że pragnąłem sławy? Takiej, co w sobie wszystek blask zestrzela I wśród gawiedzi wyścigowej wrzawy I dzwonów bicia sobie tron wyściela? Takiej, co sama grzmi u świata nawy, A wszystko inne marnie zatopiela, By zwyciężała, w żądzy swej szalona. Albo ginęła z patosem Nerona?

Nie tego chciałem w poczuciu, żem mały. Chciałem nie wiele zrobić, ale szczerze, W cichego trudu modły i zapały Pragnąłem wcisnąć całe życia , Skrzydeł genjuszu słuchać, co wspaniały Nawet maluczkich wiedzie na przymierze — Aby do pracy szli w poświęceń stali I co kochają, gorąco kochali!

Widzisz grabarzu, że z mojej tyrady Czysty zdrój płynie serdecznemi słowy, I że, siadając do śmierci biesiady, Jeszczem spokojny, rozumny i zdrowy... Lecz jeśli prawda, że bywają gady, Co rozdeptane wnet podnoszą głowy, To jestem z dumnych tych, co wnet konają, Bo rozdeptane nigdy już nie wstają...

III

Jestem rzeźbiarzem. Wszakże-ście widzieli Skromne, niewielkie dzieła mego dłuta! W moich posągów marmurowej bieli Nie była żadna trwoga burz wykuta, W moich kamieniach zawsze się anieli Pogoda ducha, z tej myśli wysnuta, Że powołaniem jest szlachectwa sztuki, W ozdobie piękna służyć dla nauki.

Więc na wystawach śledziłem w ukryciu, Czyli kto patrzy na mej myśli dzieło I jak się w jego duszy upowiciu Moje pragnienie jak ziarno poczęło. Wrażenia sztuki wciąż szukałem w życiu I zawsze serce mi radością drgnęło, Gdy patrzącego mając na widoku, Ujrzałem prawdę moją w jego oku.

IV

Któż mi dał spokój cichy i słoneczny, Co się wciąż psalmem dziękczynienia tkliwi, Co zapatrzony w niebios namiot mleczny Pokarmem szczęścia swojego się żywi I tylko żąda, aby był on wieczny, I aby wszyscy byli tak szczęśliwi! — Dało mi życie, co wzięło sierotę, Aby mu złożyć całowanie złote.

Więc mnie w sieroctwie i mizerji zoczył Mąż miłosierdzia, jak apostoł prawy — Bezimiennemu przyszłość rozobłoczył, Kazał do pracy iść i cichej sławy; Taką sierotę opieką otoczył, Że chleb ten ciała i ducha łaskawy Nigdy nie gorzkniał w ustach łzą zroszony — Bo mi go dawał prorok namaszczony!

Tak jest! Ten szlachcic dziś niezrozumiany, Ten Nawarecki wielkim jest prorokiem! On na narodu swego patrzy rany Źrenicą ojców, ale nowym wzrokiem, A jego dłonią chleb nędzy podany Staje się zdrowia balsamicznym sokiem — Goi otwarte dawnych grzechów blizny I społeczeństwo zbawia dla ojczyzny!

Tak jest! Ten szlachcic wolę miał niezłomną, Kiedy się z pola głośnych walk usunął, Gdy nad ruiną stojąc wiekopomną, Zamiast filaru, który w próchno runął, Chciał wybudować świątynię ogromną — Więc architektom wtedy w oczy plunął Za to, że kłamnie, z miną wyuzdaną, Własne mu serce w oczy fałszowano!

Ale nie poszedł spać — i gdy na karkach Ciężyło tamtym godło wybawienia, Gdy sztandar życia w mizernych frymarkach, Jak ogon pawia ciągle się odmienia — On wierzył w siebie i na własnych barkach Wyniósł z ruiny arkę odkupienia I nad tą arką czuwał sam od rana — I taką była zemsta dżentelmana!

Więc sobie chleba ujął sam od gęby — I miłosierny jak Samarytanin, Poszedł do nędzy w ciche dziewosłęby Aż do najdalszych społeczeństwa tkanin. A upior głodu i pożarów kłęby Znają już dawno czarę jego danin — Chociaż ta czara nigdy nie rozbłyska Dla bulwarowych tłumów widowiska.

Tylko z daleka szmer po mieście chodzi, Że z szlachetnego starzec ten metalu. Więc żadna krzywda drogi mu nie grodzi I niedopada mu do pjedestału Kamień oszczerstwa, ten honoru złodziej, Ani ta pani, co żądna skandalu Zbiera kamienie jak pstra arabeska — Opinja świata... metresa królewska!

V

Hrabia ma żonę. O czyli-ż wam znana Ta postać miękka i jak palma wiotka? W jakiej-ś nieziemskiej rosie ukąpana, Jak seraficznej pieśni wonna zwrotka? W każdem spojrzeniu w uśmiech rozigrana, W każdym uśmiechu jak zbawienie słodka? Wszystko to mało! Tej czarownej pani Trzebaby złożyć sto metafor w dani.

Ani ja umiem w zimnem świetle gazu Migać najdroższej pamiątki pierścieniem! Ani ja wskrzesić jej obrazu, Choćbym maestrów władał namaszczeniem! Jej nie odczujesz w martwej formie głazu, Musisz koniecznie jej oddychać tchnieniem, Patrzeć jej w oczy, patrzeć na nią całą — Abyś zrozumiał, co się ze mną stało!

A nadewszystko te niebieskie oczy! Widziałem wszystko już: modre błękity, Dalekich mórz, widziałem strop przeźroczy Niebios, co wzniosłe Alp całują szczyty, Szafiry z złotych wypadłe jak z warkoczy — Nawet haszyszu słodkim snem spowity W błękitne oczy hurysek patrzałem — Takich błękitów jednak nie widziałem!

Bo taka biła z oczu tych tęsknota, Pełna pragnienia a zrodzona z wiary, Żeś musiał krzyknąć: Tak wygląda cnota, Co pójść gotowa i na stos ofiary, By grzech odkupić bliźniego żywota I jad odwrócić od bliźniego czary — Że hrabia serce to ukochał tkliwe, Jako swej myśli objawienie żywe. —

Że jako dzieci smutnego rozgromu Wielkim bożyszczom nie bijali czołem, A salon nędzy otworzyli w domu, Aby za szczerym pożywiona stołem, Wracała wolna od głodu i sromu, Bo dom szpitalem był i był kościołem, Gdzie nad litości pracując kobiercem, Jan był rozumem, a Janina sercem. —

Żem czerpał światła z tego serca brzasku, Aż mnie oblała natchnień skra złocista, Żem kuł w kamienie z gwiaździstego piasku, To co szepnęła jej dusza przeczysta, Że ją wielbiłem w piękna, w cnoty blasku, I jako człowiek i jako artysta, Że jej oddałem każde serca bicie, Oddałem wszystko — wszystko — nawet życie!

VI

Czy ją kochałem? Nie! — Jeżeli miłość Jest rozpaloną żądzą posiadania, Co w duchu rodzi wszelkich praw zawiłość — I tak ci całą istotę pochłania, Że cię aż wiedzie na grzechu pochyłość — To ja przysięgam w agonji konania, Żem tą miłością wtedy nie rozkwitał, Kiedym w jej oczach rozkosz cnoty czytał!

Miałem-że temu, co mi życie stworzył, Za chleb kamieniem cisnąć miast podzięki? Temu, co całą rękę mi rozłożył, Jak wąż się wśliznąć do wspaniałej ręki? Temu, co sam w młodości mojej ożył, Takiego życia morał zatruć miękki? Nie, ja nie byłem z niewdzięcznego ptactwa, Nie byłem zdolny grzechu świętokradztwa!

VII

Dawno już temu, gdy z mojego dłuta Statua wyszła. W figurze niewieściej, Która w szeroki płaszcz była zakuta, Każdy gest płynął z symbolicznej treści; Źrenica w niebo patrzy, w łzę rozsnuta, A ręka dziecko rozklęczone pieści. Nie była w rzeźbie żadna myśli skrytość; Ona mówiła, że zowie się Litość.

A miałem sługę. Dobry chłopak Janek, Rzeźwy, wesoły, a często jowjalny, Kuchennych gracyj pupil i kochanek, Nawet do sztuki wielkich bóstw zapalny, Bo nieraz, dzierżąc w ręku wody dzbanek, Kamiennym damom palił hymn pochwalny, Dusza otwarta, a czasami szczéra — Coś jakby błazen w tragedji Szekspira.

„Panie rzeźbiarzu! — rzecze mrużąc oczy — Nie zrobi sławy pańska ta figura! Czemu-ż kankana sobie nie podskoczy Ta ślamazarna i żebrząca rura? Czy-ż ją mecenas na wystawie zoczy? Po co jej tego mniszego kaptura? Czemu panicza, miast dziecka nie woła? A nadewszystko, czemu nie jest goła?“

„Panie artysto! Powiem panu zaraz, Czemu w tej rzeźbie jest mankament wielki. Boś pan z fantazją pewnie miał ambaras, Robiąc figurę całkiem bez modelki. Wiesz pan, gdzie Mimi? Wielka pani naraz, Chodzi po mieście, w blichtr ubrana wszelki!“ Rzekł i wyleciał z dzbankiem, pełen tonów, Śpiewając arję z „Cornewilskich dzwonów.“

Po tem kazaniu wstała mi w pamięci Febra minionej przelotnej bohemji, Której druhami byli wszyscy święci Z anielicami lekko dobranemi — Nie długo wszakże taki pół-świat nęci, Zawsze się zjawi poezji Jeremi, A z mgły powstaje genjusz jasnolicy, Jak złoty motyl z szarej gąsienicy.

VIII

Drzwi się rozwarły. Wszedł przyjaciel Hugo. Lat miał dwadzieścia, a już w nic nie wierzył, Mówił, że przebył cierpień chryję długą, Że wszystkich zasad nicość już wymierzył. Miał długie włosy, chodził wciąż z maczugą Nihilistycznie zawsze zęby szczerzył — I żądał głośno wszystkich Madon ścięcia, A wyuzdanej Nany wniebowzięcia.

Mówił, że nigdy niema śmiechu w duszy, Choć z doskonałym jadał apetytem, Wołał, że nic go nigdy już nie wzruszy, Chyba huragan śnieżny pod zenitem, Chyba, gdy pożar całą prerję skruszy, Albo Florencja padnie z głodu zgrzytem — I byłby godzien ten dityramb grzeszny Wielkiej litości — gdyby nie był śmieszny.

A razem przyszedł ojciec też Hugona, Właściciel pięknej włości na Podolu. Głowa olbrzymia, w silny kark wtłoczona, A głos potężny, jak orkan na polu. Mina dziedzica dziś jednak skruszona, I rzecze do mnie w niekłamanym bolu: „Panie, mój Hugo na wszystko narzéka; Czy on udaje, czy też dostał bzika?“

Rzekłem druhowi nie wiem po raz który: „Kochaj i pracuj!“ ale druh zawzięty Krzyknął, drapując czoło nakształt chmury, Że nim świat ujrzał, to już był przeklęty! Ojciec się żachnął, krząknął, spojrzał z góry, Sens ten albowiem był mu niepojęty — I gdy ten nonsens mu kotłował w głowie, Drzwi się rozwarły, weszli trzej panowie.

IX

Czołem! Bo to są władcy mego losu! Przyszli ocenić mego dłuta dzieło: Kordjan Tumanek, szef — redaktor „Głosu“, Pisma, co nieraz wielką wrzawę wszczęło, I doktor Kąkol prawniczego kłosu I ich przyjaciel nazwiskiem Krywełło. Przyszli, stanęli i wszyscy w zapale Krzyknęli: „Dobrze! świetnie! doskonale!“

Jeden powiedział: „Lśni realizm z czoła, Albowiem litość musi być realna.“ „Jest idealizm w nodze!“ drugi woła „Bo litość zawsze do idej zapalna.“ Trzeci osądził: „To jest nowa szkoła, Co dotąd jeszcze nie jest namacalna.“ Lecz nie o sztukę panom tym chodziło, Gdy do mnie przyszli z miną wielce miłą.

„Panie Romanie!“ — rzekł pan Kąkol do mnie, Jesteś bożyszczem w Nawareckich domu; Hrabia w apatji dla nas trwa niezłomnie, Mamy ideę potężnego łomu, Hrabia nieufny teraz jest ogromnie, Tobie uwierzy, a zresztą nikomu — A ta idea i z tyłu i z przodu, Ma na programie zbawienie narodu!“

„Panie Romanie!“ — pan Krywełło rzecze — My towarzystwo wielkie zakładamy; Oddajem tobie świętą sprawę w pieczę! Gdy prezydentem filantropa mamy, To towarzystwo nam już nie uciecze I wtedy lud i bank i rząd zyskamy! Popularności trzeba i koncesji — Firma hrabiego ma zadanie presji.“

„Panie Romanie!“ — woła pan Tumanek, Ja nienawidzę wszystkich hrabiów świata! grzmi z dziejowych tkanek, Tu zaś potrzebna jest z zasad obiata!“ Zasadniczości niewierny kochanek Zrobił tu pauzę — żar po twarzy lata — Spojrzał męczeńsko na przyjaciół parę, Ci się skłonili, jako czczą ofiarę.

„Dzięki! — Bo wierzę, że mnie rozumiecie!“ Rzekł pan Tumanek, pełen wieszczych darów I począł szukać w ogromnym kajecie, Co mu z kieszeni sterczał na wzór Larów. Wreszcie zawołał: „Wnet wam podam kwiecie, By nie upadło w zapomnienia parów; Zagram na sercach, a na mózgach dogram! Panie Romanie, słuchaj! Czytam program!“

Już pan Tumanek w wielkiej pozie stawa, Lecz trzeba było sprezentować gości: „Dziedzic Porzecza, pan Jerzy Gozdawa!“ — „Co?“ krzyknął Kąkol. „Sługa jegomości! To doskonale! Górą nasza sprawa! To się przypadkiem układa najprościéj. Miałem do pana dzisiaj jechać właśnie — Słowo honoru, lub niech piorun trzaśnie!“

„Czy znasz pan skarby, co błyszczą w Porzeczu? Ach my nie znamy skarbów wśród omamień! W porzeckiej ziemi pacierzowym mleczu Leży cudowny, złotodajny kamień! Na tej idei stoim jak na mieczu I pan się cały w nią z zapałem zamień!“ — A zaczynając akcji epopeę, Rzekł do Krywełły: „Pokaż pan ideę!“

Krywełło w ręku zawiniątko dzierzył, W którem kamienna spoczywała bryła; Więc ją rozwinął i o stół uderzył: „To jest idea, co nas połączyła!“ Gozdawa strasznie oczy w nią wyszczerzył, A Kąkol krzyknął: „Cudotworna żyła! Porfir się zowie — i takie-ż nadano Naszej kompanji tytułowe miano!“

X

W ręku Tumanka drżał programu listek, Ale nim zaczął, rzeknie do szlachcica: „Znasz artykułów moich szereg wszystek? Naprzykład: Baczność! czyli Targowica, Jest podpisany pseudonimem:“ Chłystek, Co mu kaganiec oświaty przyświéca“ I jest w cudowne motta opowity:

Kordjan Tumanek, co ma piękne imię, Ma w małym palcu wszystkie świata motta, A w tym gwiaździstym haseł baldachimie Jak mysz spoczywa Tumanka istota, A w każdym jego pisma pseudonimie Tkwi wyrazista dla narodu nota, Że oto wyrósł Polski prawodawca I w mesjanizmach obiecany zbawca.

Kordjan Tumanek jest „trybunem ludu“. Nieraz w ogrodach pod namiotem biada, Że jeśli dotąd nie bywało cudu, To on go teraz pewnie już wygada! Że na zwycięstwo powszechnego trudu On w kamizelce talizman posiada! Potem talizman rzuca z kamizelki, A gawiedź ryczy: „Brawo! Jesteś wielki!“

Kordjan Tumanek jest wytrwałym chwatem, Zmienność gawiedzi wcale go nie zraża; Jest wszech godności wiecznym kandydatem, Jeżeli padnie, wraca do ołtarza! Naród mu spiżu nie chce dać — a zatem Z papieru sobie sam monument stwarza! I żyje wiecznie na drukarskim kliszu I w nieśmiertelność płynie — na afiszu!

XI

Znowu ktoś wchodzi do mojej pracowni... Twarz czarna, zbita, podarta, zgorzała Miała oblicze przygaszonej głowni, W której w ukryciu jeszcze iskra tlała. Wszyscy „Porfiru“ rzecznicy wymowni Zamilkli naraz. Postać się zerwała I rzecze do mnie: „O mój młody Zero! Ta twoja rzeźba jest szlachetną, szczerą!“

„A zkąd pan“ — rzeknę — uwiadomion o niej, Skoro jej jeszcze nie zapowiadano?“ — „Jakto!“ — zawołał — „Głos“ dzisiejszy dzwoni Reklamę z wielkim dymem napisaną!“ — „Ja napisałem!“ Kordjan się zapłoni „Intuicyjnie zgadłem rzeźbę rano!“ Szlachcic Gozdawa krzyknął: „Co za głowa!“ — Dziwnie ten „Porfir“ koło mnie się snowa.

„Panowie!“ — rzecze potem nieznajomy — Jak błędny rycerz nieproszony wchodzę; Z długiej tułaczki wracam w swojskie domy, Ojczystej mowy nie słyszałem w drodze — Tylko, gdy zwątpień waliły mię gromy, Wtedy księgami trzema smutek słodzę; Każda ci daje wieczny jubileusz: Biblja — Kazania Skargi — Pan Tadeusz!“

„A to my właśnie — woła pan Tumanek — Program „Porfiru“ odczytywać siędziem.“ Odgarnął włosy, usiadł u firanek, Krzyknął: Z „Porfiru“ złotą nić wyprzędziem!“ A gdy już wszyscy siedli w krąg we wianek, Wyciągnął szyję, jakby był łabędziem — A Nieznajomy z dziwną miną siedział, Jakby przeczuwał coś lub wszystko wiedział.

XII

„Myśl narodowa“ — grzmi redaktor „Głosu“ — Myśl narodowa (albo genjusz), która Od własnych synów wciąż doznaje losu Jak ta Nioba (lub Nioby córa), Mogłaby zmarnieć z kłosem (lub bez kłosu Jak bez piorunów znicestwiona chmura) — Gdyby nie stanął anioł na mogile, (Tu można śmiało dodać Termopyle!)

„Ten anioł poszedł potem do Porzecza, (Panie Kąkolu, daruj mi to słowo!) Z pacierzowego (brawo!) dobył mlecza Bryłę strzelistą i czerwonogłową — I patrz narodzie, oto twoja piecza! Uczcij nabożnie inkarnację nową I śpiewaj z „Głosem“ pieśń nowego miru: „Wszystko przez „Porfir“ a nic bez „Porfiru!“

„O bo już trzeba rękawy zakasać! Wrzeszczeć z miłością (albo z oburzeniem!) Elektryzować i palcami hasać Po wszech organach radykalnem brzmieniem! A więc narodzie, lont na moździerz nasadź, Niech „Porfir“ wzleci cudownym płomieniem! Kto nie z „Porfirem“, ten jest winowajca!“ Krywełło dodał: „Mało! ten jest zdrajca!“

„My przez ten „Porfir“ z zmartwychwstałą siłą Uwiecznim naród — sami się uwiecznim — (Teraz o hrabiach) mgłę rozrzucim zgniłą, (Teraz o ludzie) masy uspołecznim, I co Europie dotąd się nie śniło, Ku jej zdumieniu w mgnieniu uskutecznim — Tylko niech naród wita nas z zapałem! Adwokat dodał tu: „I z kapitałem!“

„Nic nam nie zrobi wrogów okrzyk dziki. Mamy krew zapalną! Z porfiru będą gałki i guziki, Potem zbudujem kolej wicynalną, Potem połamiem przy wyborach szyki I stworzym w sejmie rzeszę radykalną — Ludu! Bóg-ojczyzna woła: — Tu mi cytaty już zabrakło zgoła!“

— „Co Bóg-ojczyzna“ — Nieznajomy wrzasnął, „Chcesz pan cytaty?“ — wołał w nagłym żarze; Szlachcic tymczasem głośno w dłonie klasnął I ucałował trybuna w dwie twarze, A zaś Hugonek jak niemowlę zasnął — „Znasz pan katechizm? Co katechizm każe? Weź pan cytatę, co się burzy we mnie: Nie będziesz wzywał Boga nadaremnie!“

XIII

„Tak jest! Niewolno“ — wołał rozogniony, W imię ojczyzny na jarmarku stawać I dla humbugu albo dla mamony Z starych sztandarów kawałki wykrawać I w te kawałki ubierać histrjony, Aby je potem jako blichtr sprzedawać! Święta ojczyzna nie żąda reklamy, My z myślą o niej żyjem i konamy!“

„Tak jest! ten „Porfir“ jest zrodzony z blagi, Czuję to patrząc i słuchając czuję; Jutro nie będzie śladu tej odwagi, Która dziś wielkość i karjerę snuje! Dla tego wara ruszać sarkofagi! W imieniu prochów żywy protestuję! Bo nie chcę, aby, gdy was zdruzgotano, „Śmiertelnej twarzy“ w oczy zaglądano!“

„Wara na grobach stroić maskarady! Bo rezurekcja ich już niedaleka! Ten duch zamarły i w letargu blady Nie chce szmermelu, bo na pożar czeka. A gdy odkupi dawnych grzechów ślady, Wyłamie gwoździe sromotnego wieka! Jakże-ż wy śmiecie zaklinać kamienie, Nie rozumiejąc, co to odrodzenie!“

„Chciałem ja także Polskę kłamstwem zbawić! Patrzcie mi w oczy, ogorzałe w dymie!... Chodziłem długo obce prawdy sławić, Szukać, czy nasza w blasku ich nie drzémie. Poszedłem wszystkie barykady krwawić I zapisywać we krwi Polski imię — Ażem tych ofiar poznał nieudolność, Bo każdy naród ma odmienną wolność.“

„Gdzie ja nie byłem? W czyich buntów szyki Ja nie nosiłem orła mych legjonów! Latałem Niemcom stwarzać republiki I sycylijskich zbawiać lazzaronów! W łunie pożarów stałem wszędzie dziki I rozbestwiony wśród alarmu dzwonów — A w niszczycieli wpisan zastęp tłumny, Musiałem walić — wandomskie kolumny!“

„W radykalizmu płomiennym uścisku, Ja — „Winkelried“, poznałem wszystkie dzidy, A kiedym w ciała wszelakiego spisku Mierosławskiego wlewał kantarydy, W tureckich, galskich, włoskich szabel błysku Śpiewał chorały polskiej panachidy — Bluźniłem myśląc, że jestem miljonem, O którym Adam wielkim wieszczy tonem!“

„Jak ptak bez gniazda wracam do ojczyzny, A doświadczeniem wzbogacony twardem, Witam cię, łanie zielony i żyzny! I z czołem kornem, a tak niegdyś hardem Na wszystkich bitew obcych klnę się blizny: Byłem Kiszotem, ale nie Bajardem, Prawie lancknechtem, a nie muszkieterem, I nie miljonem, lecz zbłąkanem zerem!“

„Czyż wiecie, kim jesteśmy? Ja wam powiem! Przed laty walczył rycerz, w szablę zbrojny; Trofea bitwy była mu węzgłowiem — Aż raz zapomniał o zadaniu wojny! I przeszedł gniew po twarzy Boga mrowiem, Kiedy ten rycerz własny dom spokojny Zniesławił krwią braterską, w proch wdeptaną, Więc Bóg odebrał szablę zesromaną!“

„I tak ze zbroi ojców swych odarty, Rycerz za karę stoi wciąż w łachmanach U trzech pałaców obcych na kształt warty, I wolno grzebać mu jedynie w ranach, Co nosi w piersi, jako ślad niestarty Po bratobójczych wojen krwawych tanach — I tak ten rycerz wielkiej niegdyś buty, Sto lat już dźwiga ciężki krzyż pokuty!“

„Ale już nieraz zrywał się bez broni, By z troistego zmartwychwstanąć krzyża; Całemu światu skarga jego dzwoni, A świat szyderczo zęby mu wyszczerza, Za każdym hufcem oko jego goni I wszystkim bogom serce się rozszerza, I gotów nawet wejść w przymierze djable — Byle mu dano ojców jego szablę!“

„Lecz czy zrozumiesz ty, rycerzu blady, Jak nosić szablę z grobu wyłamaną? Jeśli pożądasz szabli dla parady, To niechaj będzie jeszcze zagrzebaną! Jeśli pożądasz jej dla dawnej zwady, To niech przepadnie szabli polskiej miano! Albowiem nie śmiesz do nowego domu Wnosić upiora anarchji i sromu!“

„I jeszcze dotąd nie jest odkupiona Ta romantyczna wina duszy lackiej! Dwa typy rosną u ojczyzny łona: Magnat Radziwiłł i liryk Słowacki! Albo hulanka bezbrzeżna, szalona, Albo nerwowy smutek desperacki — Pełno fantazji, szumu, czarnoksięstwa! Mało rozumu, miłości i męstwa!“

„A wy palacze ogni festynowych! Koryfeusze wrzawy, zgiełku, ścisku! Dla barw jaskrawych, charakterów płowych Trzeba koniecznie sztucznych świateł błysku! Lecz precz z winietą uczuć świętych, zdrowych, W robotach kłamstwa i w fabrykach zysku! Zdrady szukacie z sercem, złem, nieszczérem? „Porfir“ jest zdradą — bo nie jest porfirem!“

XIV

A gdy to mówił, to blednął na twarzy, Albo mu płomień z długich szramów bije, Był jako kapłan na grobowców straży, By świętokradztwo nie weszło niczyje. Takim mnie ogniem człowiek ten rozżarzy, Że mu się cały rzuciłem na szyję — On mi powiedział i aż się rozszlochał: „O mój młodzieńcze, jabym ciebie kochał!“

„Panie! Jeżeliś“ – rzecze trybun z góry — Z tego porfiru inny kamień wykuł, To ci odpowiem na szpaltach broszury, Jeśli w dziennikach ogłosisz artykuł. Albo zwołamy wielki wiec, na który W taczkach dowodów przywiozę fascykuł — Tu zaś prywatnie stawać do zapasu Nie mam ochoty i nie mamy czasu.“

„Nie mamy czasu“ — Krywełło powtórzył, Badawczym wzrokiem patrząc na Gozdawę. Ten, gdy Tumanek szumem go odurzył, Całusem uczcił oratora sławę; Gdy Nieznajomy kłamstwo to rozburzył, Na tył położył wtedy ramię prawę. Teraz za guzik chwycił go Krywełło, Z uśmiechem zaczął propagandy dzieło.

XV

Imci Krywełło ma przeszłość bogatą: Lat był dwadzieścia generałem w Chili, Dwadzieścia jeden konsulem w Donato, Dwadzieścia dwa zaś tancmistrzem w Brazylji, Tylko piętnaście płużył w Texas, za to Trzydzieści w Sidney badał kształty lilij, Trzydzieści jeden w Polinezji wody — I przy tem wszystkiem dosyć jeszcze młody!

Imci Krywełło w wspomnienia obfity: U Keczewaja na śniadaniu bywał, A z Agassizem jeździł na odczyty, A z Bonapartem do Londynu pływał, A z Nasreddinem bił się na dziryty, A z Vanderbiltem w karambola grywał, A dziecku Francji dostarczył piastunki, A z Catalani miał aż dwa stosunki!

Imci Krywełło rzecze do szlachcica: „Raz polujemy wśród Florydy łanu, Aż tutaj nagle z rzeki coś przyświéca, Gdyśmy pędzili żubra do limanu, Sir Lyell woła: „To odblask księżyca, I rybia ikra płynie z oceanu!“ — Wiesz pan, co było? — Korale szamowe! I założyłem towarzystwo nowe!“ —

„Wiesz pan, co potem?“ — rzecze Nieznajomy — Taki obfity był korali połów, Że wszystką wodę wsiąknęły ich łomy, A rzeka wyschła. Wtedy do jej dołów Z parową dźwignią przyszli agronomy, Wyschłe łożysko wcale bez mozołów Na obie strony w lot wywindowali; Z jednej pszenicę, z drugiej mak zasiali.“ —

„To być nie może!“ — Gozdawa zawoła I nagle z krzesła jak rażony wstanie. A zaś Krywełło spokojnego czoła Pyta: „A zkądże ta wiadomość panie?“ A Nieznajomy, spokorniały zgoła: „Tak mi na balu raz w Tmutorakanie Opewiadano.“ — „E, opewiadano!“ Rzeknie Krywełło z miną w śmiech rozlaną.

Teraz Gozdawę Kąkol wziął pod ramię I teraz zabił szlachcica z kretesem. „Panie!“ — zawołał — „adwokat nie kłamie; „Porfir“ na honor będzie interesem! Mianujem pana w poważania znamię Akcjonarjuszem i — wiceprezesem!“ „Vivat!“ — Krywełło krzyknął jak najęty, Szlachcic Gozdawa został szturmem wzięty.

„Panie Tumanku! — szepnie Kąkol, „blankiet!“ I podpisano dekret po kolei. A wiceprezes, bez wyborczych ankiet Dla „Porfirowych“ zdobyty nadzieji, Krzyknął: „Panowie, zapraszam na bankiet! Bo u mnie obiad to chrzciny idei! Potem jakoby do ataku stawa, „Czekajcie!“ — wrzasnął — górą dziś Gozdawa!“

„Wszyscy Byczyńscy w mym powiecie zbledną! Trzej szambelani — jak to umie puszyć, Jak to pomiata tą czamarą biedną, Jak to gębuje, że ani się ruszyć! Porfir nie porfir — to mi wszystko jedno! A każę sobie nawet mundur uszyć! Wszystkim Byczyńskim dziś na bezhołowie! Niech żyje „Porfir“! Na obiad panowie!“

XVI

Hugo, co dotąd drzemał we fotelu, Zerwał się nagle, przebudzony wrzaskiem I opowiedział, że mu z djabłów wielu We śnie najstarszy sypnął w oczy piaskiem Mówił mu „ty“ i rzekłszy: Wstań mścicielu! Z assafoetidy żółtym dobył paskiem — Ojciec zaś znowu kwestję tę wywléka: „Czy on udaje czy też dostał bzika?“

Tu Nieznajomy spojrzał chłopcu w oczy, Szukając smutnych ducha przeobrażeń; Ale, że tam się rozespana tłoczy Tingel-tanglowa muza nocnych marzeń, I, że ta boleść, co młodzieńca toczy Do uleczalnych należy zakażeń — Więc Nieznajomy zaraz przejrzał chmurę, I rzekł Gozdawie; „Panie, daj mu w skórę!“

Hugonek pisnął: O hola mój panie! Ja ci odpowiem z pistoletu końca! Tumanek zgromił praw ludzkich zdeptanie, Jako gorący wszech swobód obrońca, Krywełło, w akcji wciąż na zawołanie, Do restauracji pobiegł nakształt gońca, A zaś Gozdawa rzekł do syna swego: „Wiesz, że cię kocham... Możeby ten-tego?“

— „Minęły czasy“ — rzecze Nieznajomy — Kiedy chłopięta, ledwie życia lizną, Już w Kainowe rozhulane gromy, Zamiast się uczyć, świat i Boga gryzną. Takiej młodości zgasły już fantomy, Dziś to jest farsą i parafjańszczyzną! Zrzuć zatem kostium, mój ty chłopcze młody, Ten kostium śmieszny, bo już wyszedł z mody!

„Nikogo klątwa twoja nie zatrwoży, Nikt się nie boi twoich szyderstw grotu, Bo duch ludzkości jasnej żąda zorzy Dla wielkiej pracy gorącego potu! Nawet lamentu twego, co się sroży, On nie usłyszy wśród maszyn turkotu! Mazgaj i próżniak to nie apostoły; Hamlecie, przebierz się i idź — do szkoły!“

XVII

Poszli na ucztę „Porfiru“ prorocy. Niech ta kompanja na mnie już nie liczy, Przejrzałem bowiem wśród omamień nocy! — A ten, co rozwiał ów obłok zwodniczy, W poczuciu wielkiej swej nademną mocy Wskazał na rzeźbę i pełen słodyczy Spytał — a z twarzy mej rumieniec bije: „Powiedz, rzeźbiarzu, czy ta Litość żyje?“

„Żyje!“ — krzyknąłem — „A jest to kobieta, W piękności powab i majestat strojna! Zdala od wrzawy, jak anachoreta Dla miłosierdzia żyje bogobojna! Wierna, jak kapłan — tkliwa, jak poeta, Jak gwiazda czysta, jak błękit spokojna! Czuje ją zawsze i widzę ją wszędzie: Jest mi natchnieniem sztuki — jest i będzie!“

Taką odpowiedź dałem płomienistą, On rozkrzyżował ręce; czekał, póki Nie skończę hymnu — i taką przejrzystą, Zimną przestrogę oddał dla nauki: „Pragniesz kobiety dla życia, artysto? Strzeż się, bo może ci zginąć dla sztuki! Ta, co ci w sztuce gwiazdy pozapala, Ta sama w życiu posągi rozwala!“ —

„Nie, to nie ona!“ — protestuję żywo. Wtem do pracowni Hugo znowu wpada. „Panie łaskawy!“ — z miną rzekł wstydliwą — „Czyliż to prawda, że się już nie gada Mową boleści, albowiem jest ckliwą, I nie jest w modzie desperacja blada?“ „Prawda!“ rzekł mistrz wesoło i z uśmiechem — „Choć to u ciebie jeszcze nie jest grzechem.“

Teraz Hugonek począł się przymilać: „Panie! umknąłem z „Porfiru“ orszaku, Chodźmy na spacer. Chcę przed panem wylać Całego ducha, który jest w zygzaku. Wszystkie kielichy będą się wychylać! Zabijem gorycz, niech nie będzie znaku.“ Wziął go za rękę, uwisł u ramienia, A mistrz mi ciepło szepnął: „Do widzenia!“

XVIII

Jestem sam-na-sam z statuą — i dumnie, Rozkosznie patrzę na dzieło młodzieńcze. A blask słoneczny spoczął na kolumnie I skroń Litości w cudną stroi tęczę. Jutro ta rzeźba już nie będzie u mnie, Jutro lub nigdy w wawrzyn ją uwieńczę — Na dzień imienin w kornej złożę dani Dla moich natchnień miłościwej pani.

Tak mi Tumanek zawieruszył głowę, Że chcę koniecznie dać tej rzeźbie motto. A mam ja w sercu motto już gotowe, Które jest dla mnie ewanielją złotą — Mam od Janiny hasło życia zdrowe, Co w każdej burzy opancerza cnotą — Więc wydobyłem mój talizman święty, Bilet Janiny tysiąc razy zmięty:

„Panie Romanie! Przecież to nieładnie, Tak samolubnie zapominać o mnie! Jeźli Madonny posąg rzeźbisz zdradnie, Chcę o rysopis jej zapytać skromnie. Cokolwiek jednak w życiu ci wypadnie, Kochaj i pracuj! — W hasło to niezłomnie, Chociaż pan Roman o mnie zapomina, Wierzyć mu każe niezmienna Janina!“

„Kochaj i pracuj!“ — Więc postanowiłem Wyryć anielskie tej kobiety . Na postumencie bilet jej przybiłem I chcę jej pismo odwzorować szczerze; Nucę piosenkę w uniesieniu miłem I tak literę rzeźbię po literze — Jeźli w tych znaków zaczyta się rzędzie, To z nich rysopis Madonny dobędzie.

XIX

Moja Madonno! Lubiłem z wieczora, Gdy słońce gasło, stanąć na uboczu. Na twem obliczu jaśniała pokora A lilja tkwiła w złocistym warkoczu. Jak w tło Jordanu tęskna sykomora, Patrzałem niemo w błękit twoich oczu, A gdy patrzałem z rozmodlonem czołem, Czyliż ja ciebie dla życia pragnąłem?

Madonno moja! Gdyś mi nieraz tkliwie Kazała tajnie wyspowiadać duszy, To na zielonych pragnień moich niwie Nie było ziemskich żądz gorącej suszy; Kiedym zaklęty w hołdzie i podziwie, Jak ten asceta, gdy go zapał wzruszy, Snował zachwyty z uczuć upowicia, — Czyliż ja ciebie pragnąłem dla życia?

I nawet dzisiaj — o niezapomniana! — Kiedy umieram i w bluźnierczej dumie Każda pamiątka pada rozdeptana, I, kiedy wszystko rwę i wszystko tłumię — Owa poezja kwitnie niezerwana Jak liść powoju na zwalonym tumie! Chciałbym ja bez niej iść w śmiertelną drogę; Mogę ją przekląć — wyrwać jej nie mogę!

Prędzej do kresu! — Ach, bo z ciężkim znojem Piszę testament pod masztem okrętu... Zanim ten statek, zamęczony bojem, W drzazgi rozbity, zaginie do szczętu, Chcę opowiedzieć z epickim spokojem Historję gwiazdy, co spadła do mętu, Chcę z fizjologii ludzkiej krwi wydostać Dokument bolu i niemocy postać.

XX

Pan doktor Kąkol z twarzą niedokrewną I błyskiem oczu stęchłym i cmentarnym, I talją gibką, jak burzan powiewną, Nie jest — na honor! — charakterem czarnym! Aby być łotrem, trza namiętność pewną Łączyć z umysłem przewrotnym, niezdarnym — Trza pełnym haustem pić z szaleństwa czary, — Adwokat Kąkol to charakter szary.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…