całość
I.
lesistej, smutnej okolicy, dość daleko ode wsi, tuż prawie pod wiecznie zielonym borem sosnowym, był niewielki folwarczek. Budynki gospodarskie mieściły się osobno, a przy drodze stał dworek drewniany, bielony, dość nizki i widocznie dawne pamiętający już czasy. Dach na nim poczerniał miejscami i ciemno zielony mech, jak aksamit na nim porastał. W oknach, których szybki przepalone od słońca mieniły się kolorami różnemi, widać było białe firanki i kwiatki widocznie troskliwą otoczone opieką. Były wśród nich oleandry blado-różowo kwitnące, małe szkarłatne różyczki, pelargonie i ułanki pospolite, ale pielęgnowane z wielkiem zamiłowaniem. W koło dziedzińca, wznosiły się klomby bzów i jaśminów, a na środku był krąg ogrodzony baryerami nizkiemi, krąg wbrew zwyczajowi nie trawą, lecz wysypany żółtawym piaskiem — i starannie wygrabiony codzień. Po za domem rozciągał się ogród otoczony wysokim ostrokołem; ogród stary, cienisty, przez który leniwie przepływała niewielka rzeczułka; na niej zrobiono kilka lekkich mostków z poręczami z białej brzeziny. Rzeczułka z ogrodu wypływała na łąkę i rozlewając się coraz szerzej wpadała do szerokiego stawu, na którego przeciwległym brzegu wznosił się młyn. Przy jednym z mostków w ogrodzie uczepione było małe, zgrabne czółenko. Kołysało się ono lekko na spokojnej powierzchni rzeczki, to przysuwając się powoli do brzegu, to znowuż zwracając ku środkowi, jakby się mu bezczynność przykrzyła. W czółenku leżały dwa wiosła maleńkie, lekkie, które niezawodnie w silnej dłoni przewoźnika lub flisa złamałyby się zaraz. Na szczęście swoje, nie miały one jednak nigdy do czynienia ani z dłonią zbyt silną, ani z falą oporną. Rzeczułka toczyła swe srebrne wody leniwie, powoli, a powierzchnia stawu była gładka, jak ogromne zwierciadło. Raniutko, kiedy zaledwie słońce wychyliło snop promieni z za lasu, a na trawach i kwiatkach drgały jeszcze duże majowej rosy krople, kiedy się dopiero ptactwo rozśpiewało, a las napełniał powietrze swym balsamicznym oddechem, otworzyły się drzwi dworku i w ogrodzie, z piosenką na ustach, ukazała się młoda dziewczyna. Ubrana w lekką perkalową sukienkę, w dużym słomkowym kapeluszu osłaniającym i włosy jej czarne i śliczną, bardzo jeszcze młodziutką twarzyczkę, przebiegła lekkim krokiem szpaler leszczynowy i znalazła się tuż nad brzegiem rzeczułki. Wskoczyła zgrabnie w czółenko, odczepiła je od słupa, odepchnęła od brzegu i popłynęła. Z początku wiosłowała szybko, lecz gdy już ogród minęła, gdy rzeczka na swym grzbiecie zaniosła ją na łąki, od czasu do czasu tylko poruszała wiosłem i płynęła powoli, jakby podziwiając w kontemplacyi niemej, cudowny poranek, pełen blasków i woni, barw i aromatu. Rzeczka robiła zakręt w tem miejscu; po obu jej brzegach rozrosły się kępy olch starych, poważnych, jakby zadumanych wiecznie. Rzucały one cienie na wodę, na sitowia i trzciny nadbrzeżne i na te rośliny wodne, co szerokiemi liśćmi i kwiatami żółtemi rozłożyły się na powierzchni wody. Cicho tu było i poważnie, tylko turkawek para gruchała w gęstwinie liści, czasem rybka plusnęła mignąwszy łuszczką srebrną, lub też jaskółka zwinna, w pogoni za owadem, musnęła wodę skrzydełkiem. Dziewczyna położyła wiosło — łódka wsunęła się przodem w trzcinę przybrzeżną i zatrzymała się na chwilę. Zamyślone dziewczę nie zważało na to. Zdjęła kapelusz, położyła go w czółnie i wpatrywała się w niebo jasne, po którem przepływały lekkie, białawe obłoczki; patrzyła na drzewa nadbrzeżne, na trzcinę szumiącą, na lekkie łątki unoszące się nad wodą. Może myślała o piękności tego cichego ustronia, może ją zachwycał widok budzącej się ze snu przyrody, bo na ustach drobnych, wykrojonych prześlicznie, błądził uśmiech — a duże, rozumne czarne oczy patrzyły jakby w zachwycie. Po chwili schyliła nieco główkę i ujrzała w wodzie własny swój obraz. Nie przestraszył on jej zapewne, przeciwnie przypatrywała mu się z zadowoleniem. Woda mówiła jej, że jest piękną, a kobieta lubi to słyszeć, nawet lubi długo słuchać tego. Z niewinną kokieteryą patrzyła też ona na wodę, a kiedy wietrzyk zakradł się przez trzcinę i gładką powierzchnię rzeczki poruszył — śmiała się ze zmarszczek, w które się stroił jej obraz... Bawiła się tą zmianą jak dziecko... Bawiła się tak dalece, że na chwilę zapomniała nawet o celu swej podróży — wodnej. A przecież miała tyle interesów do załatwienia! Naprzód, przejrzeć się w wodzie; powtóre wylądować na łące po niezapominajki, których tam rosło mnóstwo, a niezapominajki to jej ulubione kwiaty. Zrywa je codzień, układa z nich wieńce na talerzach i ozdabia niemi wszystkie stoły we dworku; po trzecie, miała zobaczyć co się dzieje z ptaszkami w gniazdku, które wypatrzyła nad brzegiem. Czy jeszcze tam siedzą, czy też pofrunęły już w świat, na swój chleb? Nakoniec miała przedostać się na drugą stronę stawu, wysiąść na grobli i pójść do młyna, odwiedzić starą młynarkę cierpiącą od dwóch tygodni na febrę. Tyle interesów na raz to nie żarty! ale ponieważ spóźniła się już trochę, więc jutro narwie niezapominajek i zobaczy gniazdko, a dziś przedewszystkiem pośpieszy do chorej. Ma w koszyku trochę cukru, herbaty i jakieś krople niezawodne, które robi sam dziadzio. Mają one być cudowne, bo wchodzi w nie dziewięć ziół, a każde z innej strony świata pochodzi. Z takim kordyałem, co od razu może chorą uleczyć, — nie można się przecież opóźniać, chwyta więc obydwoma rączkami wiosło i pracuje jak może, by czas stracony odrobić. Lekka łódka posuwa się żwawo, już minęła łąki nadbrzeżne, już pruje gładką powierzchnię stawu. Za pięć, sześć minut, najwyżej za dziesięć, stanie u celu podróży. Ale którędy płynąć? Czy środkiem stawu, gdzie woda głębsza i czysta, czy też bokiem, przez wązki przesmyk wśród trzciny. Przesmyk ten wyrobili w trzcinie młynarczyki, bo im był potrzebny do bliższej komunikacyi z drugą groblą i upustem, jest on tak wązki, że ledwie jedna łódka tamtędy przesunąć się może — ale droga krótsza za to. Pojedzie przesmykiem. Zdecydowała się tak, bo już słońce wzbija się coraz wyżej i trzeba wracać do domu niebawem. Dróżka którą obrała, przypomina ścieżkę krętą wydeptaną w gęstwinie leśnej... Z jednej i z drugiej strony, wysoko, jak mur zielony wznosi się trzcina, szeleszcząca dziwnie. Chłodno tu i spokojnie. Woda nie głęboka, lecz czółno sunie prędko, bo się wiosłem można o dno opierać. Oba brzegi łódki trą się z szelestem o trzcinę. Dziewczyna prowadzi czółenko stojący, opiera wiosło o dno i odpycha je rękami, każde poruszenie posuwa łódkę o sążeń. Na samym środku owej dróżki, wśród trzciny jest zakręt — trzeba tak manewrować, żeby go minąć szybko, bo przy nieumiejętności kierowania można tu uwięznąć — no i czekać zmiłowania, dopóki jaki młynarczyk nie nadpłynie i nie wybawi z kłopotu. Ale ona znała doskonale to miejsce, przepływała je przecież tylokrotnie, a w zimie, gdy mrozy silne były, a gładka powierzchnia stawu zamarzła, przesuwała się tędy nieraz na łyżwach. To też i teraz opiera się o wiosło z całej siły i oto już minęła szkopuł i znalazła się... tuż na wprost drugiego czółna z przeciwnej dążącego strony. W czółnie znajdował się młody człowiek nieznany jej zupełnie. Wybrał się widocznie na przejażdżkę wodną i na polowanie, bo broń leżała na dnie czółna. Natrafiwszy na tak nieprzewidzianą przeszkodę, dziewczyna wydała lekki okrzyk, a piękna jej twarzyczka pokryła się rumieńcem szkarłatnym. Młody człowiek, niemniej tem spotkaniem zdziwiony i pomięszany cokolwiek, machinalnie uchylił kapelusza i skłonił się w milczeniu. Stali tak chwilkę oboje naprzeciwko siebie z wiosłami w rękach, a czółna ich stykały się z sobą. Pierwsza przerwała milczenie dziewczyna. — Jakżeż teraz będzie? — rzekła patrząc mu w oczy — wyminąć się tu niepodobna przecie, a ja muszę być we młynie. — Ja pani ustąpię jak najchętniej, odpowiedział — cofnę łódkę, a na stawie będziemy mogli się minąć. I z temi słowy zaczął manewrować wiosłem. Widocznie jednak nowicyuszem był jeszcze w tej sztuce, gdyż łódka nie poruszała się wcale. — Niech pan podeprze z prawej strony — rzekła — mocniej! ach Boże! jakiż pan niezgrabny! — Ma pani słuszność — co prawda jest to dopiero trzecia moja wodna wycieczka, więc nie mam jeszcze wprawy i widzę, że uwięznę tu chyba, ta łódź widocznie zaczepiła się o coś... — Mówię, niech pan odpycha się wiosłem z prawej strony! — Ależ na prawdę, to niepodobieństwo, ta łódka jest jak przymurowana — co tu zrobić? przecież niepozwolę, żeby pani miała mi z drogi ustępować. — Więc ja panu pomogę ruszyć to czółno — rzekła — i z temi słowy przysunęła swą łódkę bliżej — i jednym zręcznym skokiem była już w czółnie nieznajomego. — Przecież nie możemy tu obozować — mówiła — a chociaż mogłabym sama bardzo łatwo powrócić tą drogą, którą przybyłam, ale znowuż nie mogę zostawić pana uwięzionym w łodzi... bardzo rzadko tu można kogo spotkać, mógłby pan więc siedzieć przez dzień cały w tem miejscu. — Jakżeż mam pani dziękować?! — Najlepiej wcale nie dziękować, tylko przedewszystkiem przyczepić moją łódkę do pańskiego czółna; tam jest przybity łańcuszek, a ja tymczasem zobaczę o co się pańskie czółno zatrzymało. Ach! takie głupstwo! szczebiotała, w wodzie jest jakaś gałąź i o nią zaczepił się łańcuch od czółna. Stoimy więc na kotwicy! Teraz podsunąwszy wiosło pod czółno, łatwo nam się będzie uwolnić. O widzi pan, już jesteśmy wolni! Teraz proszę wziąć wiosło z mojej łódki i oprzeć je mocno z prawej strony o dno, ja to samo zrobię z lewej. Zaczynamy więc, raz! dwa! trzy! Widzi pan, że już płyniemy, niedługo będziemy na stawie, niedaleko grobli. No teraz jesteśmy już u celu, zwracam pańskie wiosło i przesiadam do mojej łódki. Chociaż młody człowiek rad byłby przeciw temu protestować, nie miał jednak dość czasu. Zręczna dziewczyna bowiem w jednej chwili była już w swej łódce, odczepiła ją i wprawnem poruszeniem wiosła, odrazu oddaliła się o parę sążni. — Niechże pani podziękuję przynajmniej! za nią. Lecz ta udała, że tego nie słyszy, ukłoniła mu się tylko z wdziękiem i szybko popłynęła ku grobli. Niewprawny żeglarz probował ją gonić, ale napróżno. Dziewczyna kierowała łódkę z wielką wprawą i zanim ten zdołał kilkanaście sążni — ona już była u brzegu... i pobiegła do młyna. Niewprawny żeglarz pocieszał się nadzieją, że ją raz jeszcze spotka. Wszakże sama mówiła, że śpieszy do młyna i musi niebawem powracać. Nie przybijał więc do brzegu, lecz lawirował po stawie... Zajął stanowisko obserwacyjne i czekał. Co prawda niezbyt długo, bo po kwandransie może, już dziewczyna wskoczyła w łódkę i prosto przez sam środek stawu popłynęła ku rzeczce. Próbował ją dogonić — ale wioślarz debiutant nie mógł mierzyć się z wprawną kierowniczką łódki. Ograniczył się więc tylko na ukłonie, na który lekkim skinieniem głowy i uśmiechem odpowiedziała, a kiedy już zniknęła mu z oczu łódka pod cieniem olch przybrzeżnych, przypłynął do brzegu i przez groblę, powoli, udał się do młyna. Tam się zapewne dowie, kto jest ta piękna, młodziutka nieznajoma?
II.
Przed dworkiem, na owym kręgu ogrodzonym i piaskiem usypanym starannie, kilku chłopców stajennych na ładnych i rosłych koniach jeździło w kółko. — Wyprostowani jak struny, słuchali komendy, stósownie do której robili zwroty, zatrzymywali się, lub też posuwali się naprzód. Na środku tego zaimprowizowanego maneżu stał sam pułkownik. Twarz miał ogorzałą, nos orli, a usta zasłonięte długiemi białemi wąsami. Ubrany był w biały, opięty surdut, buty z cholewami, a na głowie miał furażerkę wojskowego kroju. W ręku trzymał szpicrutę, którą gniewnie poruszał ilekroć koń niedobrze wykonywał ewolucye, lub który chłopak zaniedbywał się na siodle. Marszczył się wówczas stary, komenderował »stój!« a zbliżywszy się do niepojętnego ucznia, tłómaczył mu zasadę, nie szczędząc przy tem różnych komplementów. Dziś jakoś pomyślnie skończyła się lekcya i pułkownik w dobrym był humorze, bo chłopcy się starali zadowolnić starego. Kazał im zejść z siodeł, przeprowadzać konie powoli żeby ostygły, a sam usiadł na ganku, fajeczkę zapalił i patrzył... Drzwi otwarły się zcicha i ukazała się w nich nasza znajoma z porannej wycieczki. W czarnych, lśniących włosach miała wpiętą maleńką szkarłatnej barwy różyczkę, na twarzy igrał uśmiech. Pocichu stanęła za krzesłem starego i z nienacka obydwiema rączkami zakryła mu oczy... — A jesteś panna? śmiejąc się, to tak wędrowała od rana? — Ach, dziaduniu kochany, byłam we młynie, u tej biednej chorej, woziłam jej właśnie krople, które dziadzio tak zachwalał na febrę. — Tak... tak... bądź pewna, że jej pomogą; już one niejednego postawiły na nogi — ale cóżeś tam widziała więcej w tej podróży? — Niezapominajki... olszynę... bociana... — Wronę! cztery żaby! trznadla! mości dobrodzieju... prawda? — Dziadunio śmieje się ze mnie!.. — No tak, bo ja się pytam coś widziała? a ty mi powiadasz: bociana... olszynę... wierzbinę... Toć wiadomo że w lecie są bociany, niezapominajki i inne różne rzeczy — ale czy nad to nie widziałaś nic więcej? Dziewczyna zarumieniła się mocno i po krótkim namyśle odpowiedziała: — Nic, dziadziu... Sama nie wiedziała dlaczego, ale skłamała, a chcąc jak najprędzej uniknąć dalszych zapytań, wybiegła do pokoju, pod pozorem że chce dziadkowi przygotować śniadanie. Liczyła na to, że staruszek, którego czas bardzo był systematycznie ułożony, po śniadaniu zaraz wyjedzie na łąki i w pole, a ona tymczasem ochłonie z wrażenia i uporządkuje myśli, które jakoś dnia tego dziwnie były podobne do pasm a nitek splątanych. Zwykle, gdy się krzątała po domu, na ustach jej brzmiała piosenka wesoła, dziś uwijała się milcząc, a taka była roztargniona szczególnie, że zamiast w filiżankę nalała kawy na talerz. Spostrzegła się jednak dość wcześnie, bo gdyby dziadzio zobaczył — żartowałby z niej przez dzień cały. Jeszcze się nie skończyło śniadanie — a już przed gankiem stał piękny, kary wierzchowiec, z niecierpliwością bił nogą w ziemię i gryzł błyszczące wędzidło. Stary wnuczkę w głowę pocałował, czapkę włożył i wyszedłszy przed dom raźno na konia wskoczył; kary rzucił się kilkakrotnie, lecz silną ręką jeźdźca osadzony na miejscu, spokojnie stępa poszedł za bramę. Pułkownik wyprostowany po wojskowemu, z prawą ręką opartą na biodrze, defilował jak niegdyś przed frontem — i ktokolwiek go ujrzał nie mógł na żaden sposób przypuścić, że widzi przed sobą starca, dźwigającego siedm krzyżyków na grzbiecie. A jednak tak było. Dzielny starzec zahartował się w trudach i niewygodach żołnierskich; nie szczędziły go kule w bitwach, bo kilkakrotnie był ranny, nie oszczędzało go i życie samo, gdyż przeszedł całą szkołę niewygód, kłopotów, ciężkich zmartwień i strat bolesnych... a jednak nie ugiął się i nie złamał... Rogata dusza siedziała w tem ciele, ona to ożywiała je i dodawała sił, gdy krzyże były zbyt ciężkie, — ona podtrzymywała go, zachęcała do życia... A trzeba było jakiejś zachęty i podniety, bo samo życie zbyt mało przedstawiało powabów. Młodość jego na burzliwe natrafiła czasy — i gdy mu się właśnie uśmiechało szczęście, gdy był przy boku kochającej i ukochanej kobiety, gdy patrzył na dziecię igrające na jej kolanach, powołano go gdzieindziej; — poszedł tam gdzie krew się lała i ludzie jak skoszone kłosy padali — i nie oszczędzany w tym boju, skaleczały, jak liść uniesiony na wzburzonej fali rzeki, wyrzucony został na obce, a niezawsze gościnne brzegi. Kawał to czasu już temu. Wydobrzawszy, Południe całe przeszedł i Wschód, ale i pod rozkosznem niebem Włoch i nad brzegami Bosforu nie zaznał upragnionego spokoju. Zawsze ciągnęła go nieprzeparta tęsknota do swoich, do rodzinnego zakątka, do tych łanów obszernych i lasów cienistych, które z oddalenia wydawały mu się tak cudownie pięknemi, jak żaden krajobraz na świecie. Patrzył na palmy, a myślał o sośnie karłowatej; oddychał wonią wspaniałych kwiatów południa, a oddałby je wszystkie za jeden wonny bławatek z sandomierskiej pszenicy; przechadzał się pod smukłemi portykami najwspanialszych dzieł architektury — a zapłakałby rzewnie gdyby mu dano ujrzeć zwykłą wioskę ubogą, gościniec nasz piaszczysty i poczerniały od deszczów krzyż przydrożny... W pracy, nieraz nad siły podejmowanej, znajdywał najskuteczniejsze przeciw tęsknocie lekarstwo. Po kilku latach wędrówki do książki się wziął, uczył się, wyższą szkołę w Paryżu ukończył, a kiedy otrzymał z kraju wiadomość, że mu śmierć ukochaną kobietę zabrała, wstąpił do wojska znowuż i szukał zapomnienia w Algierze. — Nigdzie jednak nie zaznał pociechy, nigdzie ukojenia. i żal miał za nieodstępnych stałych towarzyszów. Wreszcie i jemu uśmiechnęło się szczęście — mógł wracać. Miał jeszcze córkę w kraju — córkę zamężną już i szczęśliwą podobno, przy niej też miał zamiar przepędzić starość i odpocząć po ciężkiej życiowej wędrówce... Niedługo miał jednak tę pociechę upragnioną i spokój. Córka słabego zdrowia była i zmarła, zięć zaś, ladaco niestety, wyjechał w inne strony i ożenił się z jakąś bogatą wdową, a pułkownik pozostał znów samotny i smutny jak przedtem. Nie wyrzekał jednak i nie złorzeczył losowi, bo po córce pozostała mu wnuczka, śliczne dziecko, z czarnemi, rozumnemi oczami. Gdy szczebiotała do niego, targała mu wąsy, gdy obejmowała jego szyje rączętami drobnemi, to zdawało się staremu, że nic w życiu nie przeszedł, że żadnej boleści nie zaznał — że to był tylko sen przykry, krótkotrwały, po którym najpiękniejsza nastąpiła rzeczywistość. Nieraz w takiej chwili po jego twarzy spływała łza rozrzewnienia, nieraz wznosił oczy do nieba, jakby tem wejrzeniem chciał przesłać dzięk serdeczny za jedyną, a jednak tak wielką pociechę. Wziął wnuczkę całkiem do siebie. Zebrawszy resztki funduszów kupił ten mały folwarczek — i uciekł ze skarbem swoim w ustronne zacisze. Klarcia była dzieckiem wątłem i słabowitem, ale powietrze, balsamiczna woń iglastego lasu i ruch ciągły wzmocniły, zahartowały ją, a gdy podrosła już nieco, ćwiczenia fizyczne wykształciły jej muskuły i rozwinęły ciało. Klarcia miała swego własnego konika, białego jak mleko, spokojnego, ujeżdżonego wybornie, — miała łódkę, w której puszczała się na rzeczkę i na staw szeroki, w zimie zaś używała ślizgawki, którą namiętnie lubiła. O ile jednak stary wiarus dbał o zdrowie i rozwój fizycznych sił dziewczęcia, o tyle z drugiej strony nie zapominał o potrzebach duszy i umysłu. Wziął do domu ubogą, lecz zacną i w dobrych zasadach wychowaną kuzynkę, matkę Klarci — a oprócz tego przez lat siedm, zdolna nauczycielka, nie ze Szwajcaryi lub z Francyi, lecz wykształcona polka, była jej przewodniczką w naukach. Niemało też pomagał i sam dziadunio, dla którego lekcye z wnuczką były zatrudnieniem najmilszem. W tym roku skończyła się właśnie edukacya Klarci. Panna Michalina, owa nauczycielka, byłaby bezwątpienia pozostała dłużej, lecz trafiło jej się wyjść zamąż, więc pożegnana serdecznie przez pułkownika i szczerze przywiązaną do niej uczennicę, poszła na swój chleb, a Klarcia dostała długą sukienkę i awansowała na dorosłą pannę. Takie są, skreślone w krótkości, dzieje dziadka i wnuczki; pozostaje nam jeszcze trzecia osoba w dworku, a mianowicie ciotka Józefa. Była to już osoba niemłoda, ale ani podobna do przeciętnego typu starej panny, typu, który się tak często w życiu daje spotykać. Pomimo wątłej i szczupłej postaci, pełną była siły, energii i życia. — Z ust jej nikt nie słyszał nigdy słów żalu i zniechęcenia — lecz przeciwnie, każde jej słowo głosiło ideę czynu, pracy i miłości. Bystre jej oczy przenikały do głębi, a chociaż twarz nie była piękną i świeżą, malował się jednak na niej wyraz dobroci, który nie opuszczał jej nigdy. — Skutkiem różnych okoliczności skazana na samotność, nie mając rodziny własnej, oddała serce całe domowi, w którym znalazła przytułek, a pozyskawszy szacunek pułkownika i serdeczne przywiązanie Klarci, stała się w tym domu tak niezbędną, tak konieczną niemal, jak matka. Teraz znamy już wszystkich mieszkańców dworku, pędzących życie ciche, spokojne, a prawie szczęśliwe. Poważną zadumę na twarzy pułkownika rozprasza srebrzysty i wesoły śmiech Klarci — a ciotka podziela ich chwilowe smutki i radości.
III.
Wyszedłszy z czółna, które pozostawił na brzegu, młody człowiek zarzucił strzelbę na ramię i powoli, ze zpuszczoną głową, poszedł w stronę łąk. Czuł się zawstydzonym i upokorzonym trochę. Wszakże przybył z wielkiego miasta na wieś, do brata, aby użyć wszystkich przyjemności wiejskich. Wybrał się na przejażdżkę wodną i na polowanie — ale przekonał się że ani czółna prowadzić, ani polować nie umie. Nawet marny wróbel nie jest jego myśliwskim trofeem, a gdyby nie pomoc jakiejś nieznajomej panienki, byłby do tej pory siedział uwięziony w trzcinie, bo nie miał wyobrażenia o tem jak się z owej matni wyplątać. A przecież ani polować, ani pływać nie jest tak wielką sztuką. Marcin, gajowy jego brata, prosty chłop, który prawdopodobnie ani czytać ani pisać nie umie, przyniósł tyle różnego wczoraj — a wiosłować znów lada przewoźnik potrafi. Co gorsza jednak (bo te dwie pierwsze nieumiejętności można wybaczyć) co gorsza jednak, to że on, obyty w salonach, używający przecież opinii człowieka umiejącego z wystrojonemi paniami paplać o niczem z jak największą łatwością, wobec tej dziewczyny wiejskiej, tej jakiejś parafianki, rumienił i zachowywał się jak student. Nie potrafił zdobyć się ani na jedno słówko grzeczne, ani na jeden komplement, co już przecież jest szczytem niepowodzenia! A ta parafianka znowuż ma w sobie jakiś wdzięk szczególny, piękna jest i śmiała, tą właśnie pełną prostoty śmiałością, która onieśmiela najśmielszych. Nie ujął jej nawet za rękę, ba! nawet nie przedstawił się i nie powiedział swego nazwiska. Tak może się znaleść chyba tylko niedźwiedź, lecz nie stały mieszkaniec salonów, po których ślizkich posadzkach umie się z taką łatwością przesuwać. Takie czyniąc sobie wyrzuty, szedł młody człowiek przez ścieżkę wydeptaną wśród zielonej łąki, a ścieżka ta wiła się wśród upstrzonej kwiatami zieleni i niknęła w małym lasku brzozowym. Zaraz też za laskiem widać było duży dwór murowany o piętrze, dwór do którego wiodła szeroka lipowa aleja. Wyglądał on na pańską rezydencyą, ale przypatrzywszy się bliżej znać było, że już owa »rezydencya pańska« dotkniętą została zębem czasu, a z walących się opodal zabudowań folwarcznych, z porozbieranych płotów, wiał duch zniszczenia. Znać tu było nieład i upadek. Wszakże przed stajnią, której ściany popodpierano kołkami, stangret mył nową karetę — a na werendzie przed tak zwanym pałacem, wyfrakowany lokaj nakrywał do herbaty. Słońce dość już się wzbiło wysoko — w pałacu wstawano dopiero. Najpierwsza na werendzie ukazała się sama pani domu, w eleganckim suto koronkami obszywanym negliżu, za nią wysunęła się sucha i sztywna miss, prowadząca za rękę bladą, dziesięcioletnią dziewczynkę — wreszcie nadszedł gospodarz, młody jeszcze, lecz zwiędły i znużony, czy może też znudzony życiem przedwcześnie, a nakoniec nie przyszła lecz przybiegła wesoła, szczebiocząca nieustannie panienka. Była to kuzynka pani domu, przybyła tu na lato. Właśnie w chwili kiedy całe to grono zasiadło przy ogromnym stole, dźwigającym na sobie masę porcelany i srebra, nasz znajomy powrócił ze swej wycieczki. — Zabijasz się kuzynie! blada pani, wyciągając rękę do niego — jakżeż można wstawać tak rano?! — Chcę używać wszelkich przyjemności wiejskich i dla tego dziś wcześniej wybrałem się z domu, później bo, co prawda, skwar nieznośny... — Ach! kuzynek polował!? szczebiotliwa blondynka, widzę, że z bronią przyszedł! Czy nie każesz, panie Alfredzie, posłać ze dwa wozy po tę zwierzynę, gdyż przypuszczam, że sam jej nie mogłeś udźwignąć. — Panna Natalja musi zawsze żartować, a niestety, zasługuję na to, zrobiłem bowiem kompletne fiasco i nie przynoszę nawet wróbla. — Co też mówisz Alfredzie? gospodarz, nas taka przecież obfitość zwierzyny. — Być może, Stasiu, lecz ja właśnie nie chodziłem na polowanie, tak jak ty chodzisz naprzykład. Co prawda nie ufałem swoim zdolnościom i nie brałem z sobą psa, bo się nic na tych, jak wy tam zwiecie: »wystawianiach« nie znam. A jednak chciałem coś upolować, choćby na złość pannie Natalii, która podjęła się zwierzynę przezemnie zabitą, upiec na swoim różowym paluszku... — Widzi pan jednak, że mu niebezpieczeństwo nie grozi. — Prawda, lecz bądź co bądź, chciałem żeby groziło. Udałem się więc wprost aleją lipową, potem polem, później przez brzezinę, przez łąki, aż nad staw... — To już nie nasze terytoryum — zauważył gospodarz. — To mi było wszystko jedno. Idąc napawałem się świeżością poranku, który był istotnie prześliczny. — Nad brzegiem spotkałem jakiegoś młynarczyka, ten pozwolił mi wsiąść do swej łodzi i powiedział, że w trzcinie jest mnóstwo dzikich kaczek, kurek wodnych i innych ptaków, których nazwisk już zapomniałem w tej chwili. Należało tylko podpłynąć powoli, bez szelestu i strzelić, a paluszek kuzynki będzie musiał pełnić funkcyę rożna... Rzeczywiście, ten sposób wydawał mi się bardzo dobrym. Wsiadam więc w czółno i jak mogę radzę sobie wiosłem. — A czy kuzynek równie dobrze wiosłuje jak strzela? — Prawie tak samo, z tą tylko różnicą, że łatwiej jest trafić wiosłem w wodę, aniżeli śrutem w ptaka. W każdym razie, znajduję że pływanie czółnem nie jest tak dalece trudnem, gdyż ostatecznie udało mi się dotrzeć do owej trzciny. Wysoka ona jest i gęsta — ale zauważyłem, że wśród niej wyrobiona jest jakby dróżka, jakby jakiś korytarzyk mały. Otóż myślę sobie, tam wjadę — a jeżeli w owej gęstwinie nie zabiję z pół kopy dzikich kaczek, dzikich kur i dzikich indyków — to już chyba stanowczo nigdy myśliwym nie będę. — I niestety przepowiednia się sprawdziła! Kuzynku! ja mam ochotę napisać elegię na zgon twej sławy myśliwskiej. — O! nie spiesz — pani, przygoda moja jest raczej materyałem do bardzo romantycznej ballady... — Romantycznej? — zapytała pani domu — zaczynasz nas zaciekawiać Alfredzie. — Co prawda, najbardziej zaciekawiony jestem ja sam, ale słuchajcie państwo... Płynę wśród owej trzciny i obliczam wiele mam naboi i czy wszystka zwierzyna zmieści się w czółno, w tem łódź unosząca mnie i moje losy, zatrzymuje się tak, że jej ani naprzód ani w tył posunąć nie mogę. — Wszystkie wysiłki mojej inteligencyi i muskułów są nadaremne — i widzę że jestem skazany na uwięzienie w trzcinie, w towarzystwie dzikich kaczek. Rzeczywiście sytuacya nie do zazdrości! Gdy rozmyślam jakim cudem wyjść z tego położenia, nagle słyszę jakiś szum, trzcina się rozchyla i zgrabna, malowana łódka uderza w przód mego czółna. Z początku przestraszyłem się, ale zdziwienie moje jeszcze bardziej wzrosło, gdym ujrzał w czółnie... — Zapewne młynarza? — Prześliczną, młodziutką osóbkę... — I jakże, w obec tego, śmiesz twierdzić kuzynku, że nie masz szczęścia do... kaczek?! — Ej kuzynko, nie żartuj, gdyż zaręczam, że byłabyś szczęśliwą — i bardzo szczęśliwą, gdybyś przy twoich blond włosach, mogła mieć takie piękne, duże, czarne oczy... co wszakże nie jest powiedziane z zamiarem ubliżenia twoim... — Ależ nie kłóćcie się o oczy, tylko opowiadaj co się dalej stało! — Ano — to się stało, że jako grzeczny młodzieniec, chciałem jej z drogi ustąpić, a jako niezgrabny wioślarz nie mogłem ruszyć się z miejsca. — I zostaliście tym sposobem uwięzieni w trzcinie... oboje? — Ale gdzież tam! Widząc moją niezgrabność, wskoczyła do czółna w którem ja siedziałem, ruszyła kilka razy wiosłem i wyprowadziła mnie na czystą wodę, a potem do swojej łódki przesiadła — ukłoniła mi się bardzo grzecznie i... — I? — No — i już koniec. — Chciałem wprawdzie spotkać ją gdy powracała z młyna, ale zanim zdołałem zrobić kilka niezgrabnych poruszeń, łódka jej pomknęła szybko przez sam środek stawu, a ja wysiadłem na ląd i powróciłem tu, rozmyślając przez drogę o tej ślicznej rusałce — i gubiąc się w domysłach, zkąd ona tam się wzięła i co za jedna jest? — O, uspokój się kuzynie, my ci tę zagadkę rozwiążemy, ta rusałka to jest pułkownikówna z Borków. — Tak — rzekła z przekąsem pani domu — Natalcia domyśliła się odrazu, co zresztą było bardzo łatwem, gdyż panna Klara znaną tu jest w okolicy... — Braterstwo bywają w tym domu? — Zkąd znowuż?! co prawda oni także nie żyją prawie z nikim. Maleńki folwarczek, ledwie piętnaście włók. Pułkownik stary oryginał, a panienka wychowana jak dragon. — Ostrożnie kuzynku z tą pięknością — zauważyła panna Natalia — zawojowałaby cię odrazu... Nawet co do mnie, to nie wiem czy ją mam uważać za kobietę... — Jakto? cóż znowu? — Bo to dziwna mięszanina! Jest to pół syrena, pół dragon — albo chlapie się po stawie jak kaczka — albo harcuje na koniu, jak baszybuzuk... — O, kuzynko, cóż za porównania!... — Ależ tak, tak, — wtrąciła pani domu — raz jechałyśmy z Natalcią wolantem na spacer, wtem na polu wzniósł się tuman kurzu... Stangret nasz zatrzymał konie i powiada: proszę jaśnie pani, pułkownik poluje. Biorę szkło — patrzę i cóż widzę? Naprzód pędzi zając, zanim dwa charty, a za niemi tuż, tuż, ta twoja dzisiejsza rusałka i pułkownik konno. Wszystko to pędzi jak uragan! przeskakują przez rowy, a ta... przecież panienka... przebiegając koło naszego powozu, trzaska z harapnika tak głośno, że mi później z pięć minut w uszach dzwoniło. Jeżeli ci się podobała, to winszuję owego ideału z kańczugiem, ale... nie zazdroszczę. — Widziałam też raz w kościele jej rączki... opalone i wcale nie zgrabne. — Ale bliżej jej panie nie znacie? nie wiecie czy jest wykształconą... — Nie widziałam w niej ani materyału do studyów, ani właściwej dla nas towarzyszki. Co do wykształcenia... miała jakąś guwernantkę i podobno edukacyę kończyła w... Borkach. Przypuszczam, że musi umieć dobrze smarzyć konfitury i prawdopodobnie z powodzeniem trudni się hodowlą drobiu... Pan domu z niecierpliwością wąsy przygryzał milcząc, pani zaś cedziła dalej zwolna, jakgdyby delektując się dźwiękiem własnych wyrazów: — Tak, kochany kuzynie — bezwątpienia, dla jakiego ekonoma, lub drobnego dzierżawcy, partya to świetna — nawet majątkowo może — ale dla człowieka z towarzystwa, to, choćby zamknąć oczy na ekscentryczne wychowanie panny, bo jak wiadomo, kobieta się prędko do otoczenia przyzwyczaja i potrafi zastosować się do sfery w którą wchodzi, gdyby, powiadam raz jeszcze, zamknąć na to wszystko oczy — to i ów dziadunio marsowaty, egzemplarz przypominający starego kaprala ze sceny, jest niezbyt ciekawy! Pan domu poruszył się gniewnie. — Moja Lorciu, mogłabyś być bardziej względną w sądach. Przedewszystkiem pułkownik jest człowiekiem honoru, zasługi i uczciwości nieposzlakowanej, powtóre panienka nie jest tak źle wychowana jak ci się zdaje. — To zależy od poglądu. — Pozwólże mi także mieć własny pogląd na rzeczy. Nareszcie, co do sytuacyi materyalnej, to kto wie, czy za czyste, nieodłużone, nie potrzebujące pomocy lichwiarskiej Borki, nie oddałbym z chęcią naszego obszernego Starzyna... — Tak pan sądzi?? — spytała uszczypliwie żona. — To jest moje głębokie przekonanie. Tam żyją spokojnie, pracują i mają swój własny kawałek chleba — do nas przez szybę wiedeńskiej karety zagląda lichwiarz, a w każdej cegle tej naszej rudery, zwanej pompatycznie pałacem, siedzi grosz cudzy, który gnębi całym ciężarem. Pani wstała od stołu. — Chodź Natalciu — rzekła — mój pan zrzędzi. Jest to widzisz, procent od krociowego majątku, który mu wniosłam wraz z sercem... niezrozumianem niestety! Chodź i ucz się, jaki los nas oczekuje po wyjściu za mąż. Pan Stanisław nie oponował, na ceremonialny ukłon żony odpowiedział ukłonem, poczem wstał i z bratem poszedł w cieniste aleje ogrodu. — Oto — rzekł do Alfreda — masz obraz jaśniepańskich resztek, tego wstrętnego kwasu, który zatruł, a i zatruwa jeszcze dotąd, nasze życie. I ja toczyłem się i toczę dotąd po tej pochyłości fatalnej, — fatalnej, bo już sposobu zatrzymania się nie widzę, bom słaby, bezsilny i jak bryła bezwładna, spadam swoim własnym ciężarem. Mnie już nie pora się cofać, ale tyś młody, czas masz jeszcze przed sobą. Zaledwie ci dwadzieścia cztery lata ubiegło... — Ależ doprawdy, ja nie rozumiem dokładnie, do czego, kochany Stanisławie, te wyrazy twoje, pełne żalu i goryczy, prowadzą? Nad czem właściwie płaczesz? — przed jakim niebezpieczeństwem mnie ostrzegasz? — Tem gorzej dla ciebie, że nie rozumiesz. Nie będę cię też długo nudził morałami i wskazywaniem prawdy, którą niestety znalazłem zbyt późno; powiem ci tylko tyle, że nam młodość schodziła bez troski, jak ów dzień motylka, o którym mówi poeta, to też gdy ostrzejszy wiatr zawiał, staliśmy się jak motylki bezsilne, jak trawa zwiędła od przymrozka. Nas pytano tylko: co masz i zkąd pochodzisz, a odpowiedź na to wystarczała — dziś pytają człowieka: co umiesz? i w tem jest cała różnica. — A cóż komu do tego, co ja myślę i co umiem? pora egzaminów przeminęła już dla mnie. — Tak ci się zdaje... No to sprobuj. Dogryź resztki tej ojcowizny, która ci do jakiegoś czasu chleb daje i chciej żyć o własnych siłach? — Pójdź, sprobuj powiedzieć ludziom że czas już minął dla ciebie! Rozśmieją ci się w oczy. Nie pozwolą ci tłuc młotem w kuźni, jeżeli nim władać umiejętnie nie potrafisz! Zechciej ustalić sobie życie i wejść do rodziny — ale nie z naszej, nieopatrznej sfery, gdzie jeszcze patrzą tylko na nazwisko, lub na majątek; ale chciej wejść do rodziny zacnej, już odrodzonej w chrzcie niedoli i pracy... Pójdź, powiedz tym ludziom, że przychodzisz do nich z uczuciem serdecznem, powiedz żeby ci powierzyli swe dziecko? — Więc cóż? więc sądzisz żeby mnie odepchnięto? — żeby mnie odmówiono? ależ bracie, nareszcie ten twój pessymizm zaczyna być nudnym! Bądź co bądź, przecież... — Bądź co bądź — zawołał zdenerwowany Stanisław, chwytając go za rękę — możesz mieć zaraz dowód. Patrz, tam po za tą brzeziną, za stawem, jest biedny szlachecki folwarczek... w nim mieszkają ludzie należący, podług mnie, do zdrowej, rdzennej, jędrnej sfery społecznej, a mówiąc językiem mojej żony, mieszka tam stary kapral z komedyi — i ta dziewczyna, niby pół-syrena, pół-dragon, specyalistka od konfitur i kurcząt. Każ ze sobie zaprządz moje kare konie do powozu, pojedź tam i powiedz: — Pułkowniku, jestem Alfred X., współwłaściciel Starzyna... Wypada na moją część blizko sto włók ziemi (tylko nie powiedz czasem, że na każdej włóce siedzi trzech żydów), mam powóz, służbę w liberyi. Otrzymałem edukacyę w domu, pod kierunkiem bardzo miłej guwernantki, resztę wiadomości dopełniłem za granicą. Mam tyle i tyle z dzierżawy — i przychodzę prosić cię pułkowniku, abyś mi pozwolił bywać w twym domu, w zamiarze starania się o rękę twojej wnuczki. Idź, powiedz mu to, a jak usłyszysz od niego odpowiedź, wtenczas racz osądzić czy mój pessymizm jest prawdą? czy też utworem chorobliwej wyobraźni, zdenerwowanego, zmęczonego ciężkiem życiem człowieka? — Co też ty mówisz? mnieby nie przyjęto? mnie?! któremu w Warszawie tyle się świetnych partyj trafiało. Wybacz bracie, ale to już chyba złudzenie, którego powód zaliczyć trzeba na karb cierpienia i źle przepędzonej nocy... — To jeszcze wielka kwestya, mój kochany...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pułkownik.
