Read here

Powiastka o wietrze

Eliška Krásnohorská · 1884 · Free in the US

27,679 words · about 1 h 56 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1884 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Powiastka_o_wietrze&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Eliška Krásnohorská
Language
Polish
Published
1884
Length
27,679 words · about 1 h 56 min
Sections
10 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (10)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 58 min
  3. I about 5 min
  4. II about 8 min
  5. III about 7 min
  6. IV about 7 min
  7. V about 8 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 7 min
  10. VIII about 6 min

Continue:

Front matter

POWIASTKA

O

E.

całość

POWIASTKA

O

E.

NAPISAŁA DLA MŁODZIEŻY

A.

Z CZESKIEGO PRZEŁOŻYŁ

JÓZEF CHOCISZEWSKI.

| I. |

POZNAŃ.

NAKŁADEM KSIĘGARNI LUDOWEJ

Za Bramką Nr. 5.

1884.

Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łoziński) w Poznaniu.

I.

tara, nizka chałupka stała na pagórku w odosobnieniu. Przy niéj w małym ogródku wznosiła się rozłożysta jabłoń. Na niéj było pełno maleńkich, zielonych jabłuszek, twardych jak kamienie, jeszcze niewyrosłych i niedojrzałych. Naraz zaczęła się jabłoń chwiać na wszystkie strony, jabłka uderzały o siebie, aż w końcu powstał tak silny wiatr, że nagiął całą jabłoń ku chałupce, a jabłuszka uderzyły trzy razy w okienko. W chałupce mieszkał stary ojciec Błażéj. Zasmucił się wielce, gdy usłyszał kołatanie jabłek w okienko. Wspierając się na szczudle, obudził swoje dzieci, gdyż ponieważ było jeszcze rychło rano, przeto oboje Dorotka i Witek jeszcze spały. Dorotka zaraz wstała, lecz Witek ziewając, usiadł na pościeli i pytał się, dla czego go dziś ojciec tak rychło rano budzi. Ojczulek usiadł między niemi i chwycił ich za ręce. „Moje miłe dziatki,“ opowiada im spokojnie, „nadszedł czas, że trzeba mi mówić wam o tém, czegoście jeszcze nie słyszały. Słuchajcie uważnie, jeżeli jako dobre i szczere dzieci mnie miłujecie. Jest temu wiele lat, kiedy straszna burza huczała na ziemi i na morzu. I moje pola doznały skutków téj okropnéj burzy, gdyż grad zniszczył mi plony na polach, sad i winnica do szczętu zostały zniszczone, dom i wszystek dobytek się zatopił, a nawet i moje okręty z towarami zatonęły. Dawniéj byłem bardzo bogaty, a potem miałem tylko tę chałupkę, w któréj wprzód mieszkał mój owczarz. Wy byłyście ówczas małemi niemowlętami, a miałyście wszelkie wygody. Był to straszny dla mnie dzień, gdym pierwszy raz usłyszał, jakeście z głodu płakały, prosząc o kawałek chleba. Wtém razu pewnego — dziś właśnie upływa jedenaście lat od téj chwili — jechał około téj chałupki na koniu cudzy pan, który spostrzegł naszą biedę i zlitował się nad nami. Wszedł do chałupki, usiadł z nami za stołem i rozkazał swemu służebnikowi, aby nam zastawił śniadanie. A gdy się to stało, wstał i dał mi pełną sakiewkę dukatów, abym mógł sobie kupić małe pole, żeby was wyżywić. Z radości nieomal oniemiałem, przecież nie pozwoliłem mu odejść bez wszystkiego. Panie, rzekłem, całując jego ręce, powiedzcie mi, kto jesteście i gdzie was znajdę, abym mógł wam kiedyś rzetelnie się odpłacić. Pan zadziwił się i tak się odezwał: Dla czego chcesz mi oddać, kiedy ci daruję? — Chcę dobre dobrém opłacić, odpowiedziałem, i starać się będę, abym wam mógł oddać cały wasz podarunek. — Myślisz tak na prawdę? pytał mnie się pan i patrzał mi bystro w oczy. — Mam poczciwy zamiar, rzekłem i podałem mu na to rękę. Wtem z podwórza zapukała jabłoń w okienko, a pan mówił z powagą: Słyszysz, tam za oknem jest świadek. A kiedy mi chcesz odpłacić? — O panie, mówiłem, będę oszczędzał co rok, a co oszczędzę, to wam oddam. — Na to pan: Będę ci czekał lat jedenaście, a potem mi oddasz, co będziesz miał uzbieranego. Dzięki wam, panie, zawołałem pełen radości, za jedenaście lat poznacie, żeście obdarzyli męża poczciwego. Jak się atoli nazywacie i zkąd jesteście, mój panie? — Tu zapukała znowu jabłoń w nasze okienko; pan uśmiechnął się smutnie i mówił: Słyszysz ten wiatr? uważaj: zkąd dziś wieje; gdy po 11 latach znowu z téj strony zawieje, wtedy idź wciąż trzy dni mu naprzeciw, nie oglądaj się ani na prawo, ani na lewo i nie daj się niczem z raz obranéj drogi zwrócić, a wtedy mnie znajdziesz. Potem pytaj się tylko: gdzie jest ojciec, który ma synów setkami, w rzeczy zaś saméj żadnego; a każdy ci powie moje nazwisko. Oddaj mi uczciwie, jesteś bogatszy niż ja, gdyż mnie burza w morzu większy, niż tobie, skarb zatopiła. — Pan wnet wyszedł, siadł na konia i popędził naprzeciw wiatru i nigdym go już nie widział.“ Tu stary ojciec Błażéj zamilknął, spoglądając smutnie i w zamyśleniu na starą jabłoń, która była świadkiem jego przyrzeczenia. I przytuliła się ku niemu Dorotka, pytając: „I jakżeż ojczulku, co się stało dalej?“ „Stało się tak,“ dołożył ojciec, „że dar dobroczyńcy mego obronił nas wszystkich od głodu i biedy, gdyż mogłem was, moje dzieci, używić i wychować. A teraz, dziś właśnie upływa jedenaście lat, wiatr wieje znowu z téj strony, jak ówczas, dziś miałbym iść i oddać dług dobroczyńcy.“ „Tybyś nas opuścił?“ zawołał Witek, i objął ojca za szyję. „Nie, miłe dzieci, gdyż nic nie mam, abym dług oddał, bo wiatr i burza co rok mi wszystko na polu zniszczyły. Gdybym był zdrów i młody, poszedłbym do dobroczyńcy i odpłaciłbym mu dług wierną służbą i pracą rąk swoich.“ Tu Dorotka powstała i rzekła stanowczym głosem: „Ojczulku, ja pójdę zamiast ciebie i będę tak długo u dobroczyńcy służyła, dopóki naszego długu nie odpłacę.“ „Dobrze, moje dziecię,“ mówił ojciec, „masz już lat czternaście, możesz iść w służbę, aby dobroczyńca twego ojca uważał za poczciwego. A co ty Witku?“ „Ojczulku, jabym miał od ciebie iść precz?“ pytał się bojaźliwie Witek, nie śmiejąc spojrzeć ojcu w oczy. „Masz już lat trzynaście i ty możesz służyć twemu dobroczyńcy, aby twój ojciec nie był kłamcą i niepoczciwym człowiekiem.“ „Ty pójdziesz ze mną,“ mówiła Dorotka, „ojciec dał słowo, a to musi być jak święte. Czy słyszysz tego świadka?“ mówiła, gdy jabłoń znowu zapukała w okienko. „Uczynicie dobrze, moje dzieci,“ mówił drżący ojciec; „ciężko mi się z wami pożegnać, ale za to będzie szczęśliwe nasze powitanie, gdy waszę powinność wykonacie.“ I wyszedł stary Błażéj do ogródka, gdzie usiadł pod jabłonią i płakał gorzko, że musi się z dziećmi pożegnać. Dorotka przygotowała wszytko na podróż. Zrobiła dwa zawiniątka: jedno sobie, drugie dla Witka, a choć jéj niejedna łza upadła, gdyż opuszczała z ciężkiém sercem ojca, przecież wiedziała, że poczciwe słowo ojca koniecznie trzeba spełnić. Wzięła z komórki na trzy dni chleba dla siebie i Witka, włożyła w koszyk, obejrzała się po raz ostatni po miłéj izdebce i zaprowadziła Witka pod jabłoń, aby się pożegnać z ojcem. Tam przytuliły się oba dzieci ku niemu, a on im dał błogosławieństwo na daleką podróż i tak do nich przemówił: „Tyś Dosiu większa i roztropniejsza, broń mi więc Witka od wszego złego i przyprowadź mi go napowrót ku mojéj radości. A teraz, moje złote dzieci, idźcie wciąż przez trzy dni naprzeciw wiatru, a niech się dzieje co chce, nie oglądajcie się ani na lewo, ani na prawo, nie dajcie się niczem zastraszyć, ani odwrócić, dopóki nie znajdziecie dobroczyńcy i dopóki mu nie odsłużycie. Pytajcie się tylko o ojca, który na setki liczy dzieci, a przecież nie ma żadnego.“ Wtem zatrzęsła się jabłoń nad niemi a twarde jabłuszka padły im na łono. „Schowajmy je sobie na pamiątkę,“ mówiła Dosia; i wzięli sobie obaj po trzy jabłka do zawiniątek. Potem ucałował je ojciec raz ostatni i dzieci udały się w drogę naprzeciw wiatru. Były im przykre te pierwsze kroki, gdyż ani w lewo, ani w prawo nie wolno im było się oglądać, i dla tego nie widziały, jak ojciec wyszedł za niemi na szczudle i tak długo im błogosławił, dopóki nie stracił ich z oczu. A gdy wracał do swéj chatki, zaszumiał dziki wiatr i przełamał starą jabłoń na dwoje. Wtedy stary ojciec padł na kolana i modlił się gorąco, aby jego dzieciom nie stało się nic złego.

II.

Gdy słoneczko weszło nad góry, już dzieci były daleko od domu, nieznana kraina naokół nich się

, a w dali przed niemi czerniały szerokie lasy. Nie znały drogi, tylko tyle mając wiadomości, że wciąż pod wiatr iść mają, a że wiatr wiał od lasów, przeto szły tam prosto. Były spokojne, ale bały się jednak tych szumiących lasów, które tak były wielkie, jakby były bez końca. W samo południe przyszli pod wysoką skałę, która się wznosiła na brzegu tych lasów, a że pod nią znajdował się w cieniu zdrój świeżéj wody, przeto rzekła Dorotka: „Usiądźmy tu i zjedzmy po kawałku chleba.“ Witek bardzo się ucieszył, gdyż nachodził się niemało i był głodny. Napił się ze zdroju, najadł się, a wtedy dopiero rozwiązał mu się niespokojny języczek. „Dla czego ojciec posłał nas obydwóch?“ mówił, nieśmiało, „mógł był tylko ciebie posłać a mnie zostawić w domu.“ Dorotka go zganiła: „Czyż nie mamy obydwaj jednakowo odsłużyć się dobroczyńcy, który nas obydwóch od głodu uratował? czyż nie mamy być posłuszni ojcu?“ Witek zamilknął, jadł daléj, aż po chwili zaczął znowu: „Ojcu samemu będzie tęskno w domu.“ Dorotka wiedziała, do czego Witek zmierza, a więc odrzekła: „Za to prędzéj dług odpłacimy, gdy razem służyć będziemy i wrócimy prędzéj do ojca.“ Było jéj jednak Witka żal, że musiał się puścić w taką daleką podróż, dla tego nazbierała dla niego najpiękniejszych jagód. Witek zjadł je z chęcią, a że już był czas, aby iść daléj, mówił: „Dosiu, ja się boję tego czarnego lasu! słyszysz, jak tam wiatr huczy!“ Dorotka go głaskała, a pocieszając, rzekła: „Nie bój się niczego, dopóki nam wiatr drogę ukazuje, nie zabłądzimy i w najczarniejszym lesie.“ I wzięła go łagodnie za rękę, weszła z nim na leśną ścieżynkę i długo, długo szli w milczeniu nie widząc człowieka, ani nie słysząc śpiewającego ptaszka, tylko wiatr huczał nad niemi, niby największa burza. Czem dalej, tém częściéj pękały gałęzie na drzewach, aż wreszcie zerwała się szalona burza, która silne dęby i sosny wyrywała z korzeniami. Dzieci już ledwie mogły iść, nawet ustać było im trudno; Witek wołał i narzekał, ale Dorotka z powodu silnego huku nic nie słyszała. Idąc dalej, napotkali stós drzew wywróconych, które im zupełnie drogę zawaliły; przytem było ciemno, gdyż gasnące promyczki słoneczne nic już nie oświecały. Ścieżki nigdzie widać nie było. Wiatr się uciszał. Rzekła Dorotka: „Trzeba nam się, kochany Witku, puścić gęstwiną, a może znajdziemy ścieżkę.“ Gdy to Witek usłyszał, zaczął krzyczeć na całe gardło i chciał uciekać do domu i byłby pewnie puścił się w stronę ku domowi, gdyby naraz nie odezwał się łoskot, jak gdyby kto siekierą rąbał. „Tu są ludzie,“ zawołała z uciechą Dorotka, a Witek zaraz się obrócił i udając wielkiego zucha, krzyczał: „Hej! hej! jest tam kto?“ Odezwie się z lasu głos chrapliwy: „Przyjdźcie tylko bliżéj!“ i znowu usłyszały dzieci łoskot siekiery, ale zagłuszył go wnet nowy poświst wiatru, wychodzący z głębi lasu. Dorotka chwyciła Witka za rękę, tak iż czy chciał, czy nie chciał, iść musiał. Szli przez dziką puszczę, nieraz przebiegały obok nich leśne zwierzęta, huk siekiery ginął gdzieś w dali, na wołanie nikt nie odpowiadał. Ciemno było, gdy dzieci z gęstwiny przedarły się na wolne miejsce — ale tu nigdzie nie było widać człowieka, nawet wiatr nie zawiał. Co teraz czynić? gdzie się obrócić? Czy się położyć w lesie na ziemi? „O ten niegodziwy wiatr, gdzie on nas zapędził!“ zawołał Witek pełen złości, zaciskając pięści. Dorotka natomiast zdjęła chustkę z głowy, a trzymając ją za koniec, rzekła: „Dobry wietrzyku, zawiéj raz jeszcze i ukaż nam prawdziwą drogę.“ Wtem powstał wiatr, chustka wionęła, a Dorotka szła z nią wesoło niby z chorągiewką naprzeciw wiatru; niedługo ukazał się księżyc na niebie i ukazał dzieciom ścieżkę. Za górą las się skończył, a szerokie łąki się zaczęły. Niedaleko siedział staruszek, który miał siekierę i wiązkę gałęzi. Jego włosy i wąsy były wiatrem potargane, także suknia była podarta. Trząsł się od zimna i starości. Oczy miał chytre. Chrapliwym głosem pozdrowił dzieci: „Dobry wieczór, dzieci! Dokądże to tak późno?“ Dorotka pozdrowiła uprzejmie staruszka, zawiązała sobie chusteczkę na głowie i rzekła: „Jeteśmy w dalekiej podróży, a nie wiemy jak iść. Czy nie znacie, staruszku tego ojca który ma setkami synów a mimo to, żadnego? Do tego idziemy w służbę.“ „O tego to dobrze znam,“ zaśmiał się dziadowina; „łatwo go najdziecie, powiem wam drogę: idźcie tylko wciąż naprzeciw wiatru, tak pójdziecie jutro cały dzień, a na wieczór dopytacie się daléj.“ Staruszek wstał i zaczął iść daléj. Dorotka podziękowała, wzięła wiązkę gałęzi i niosła za dziadkiem. Zdawało jéj się, że z niego zimno wychodzi. Witek szedł w tyle i uważał, że za każdym krokiem starca wiatr się porusza i nań wieje. Zasunął tedy kapelusz na oczy, nic sobie z tego nie robiąc, że dziadek raz po raz nań zerkał i chytrze się uśmiechał. Doszli do staréj chałupki, u któréj drzwi były popsute, okna powybijane, w dachu świeciły dziury a komin tak się nachylił, iż każdéj chwili można było się spodziewać upadku. „Jeżeli nie macie gdzie przenocować,“ rzekł starowina, „zostańcie u mnie do rana; dam wam chętnie nocleg, tylko mi zapalcie ogień. Mnie przez cały dzień gaśnie na ognisku, to też mnie staremu zimno, że się aż trzęsę.“ „Chętnie zapalimy i podziękujemy wam, tylko pozwólcie, abyśmy się w waszéj chałupce przespali.“ Wnet Dorotka zamknęła drzwi i okna i zaczęła niecić ogień. Witek łamał drewka, lecz dziwna rzecz zdawało mu się, że ze staruszka zimny wiatr wychodzi, który przeszkadzał rozpaleniu się ognia. Siedm razy zgasnął ogień a siedm razy Dorotka cierpliwie nanieciła. Witek poglądał chmurnie na starca i złorzeczył wiatrowi. Wreszcie się rozgniewał, rzucił drewienka, położył się na swoje zawiniątko, zjadł chleba, i usnął; Dorotka zaś tak długo się męczyła, dopóki nie zapaliła ognia; potem powiedziała staruszkowi: dobra noc, zmówiła pacierz, pomodliła się za ojca a położywszy się, usnęła. Gdy się dzieci rychło rano obudziły, nie ujrzały chałupki, zniknęła, jakby ją wiatr porwał, a oni obydwaj leżeli na wonnéj łące, ptaszki przy nich dzióbały okruszyny chleba, a tylko trochę popiołu i kilka kamieni leżało — wszystko zdawało im się, że tylko snem było. Dziwiły się dzieci temu wszystkiemu, ale wnet pomodliły się, zjadły trochę chleba i wnet w dalszą udały się podróż. Wiatr wiał, ale nie tak ostro jak wczoraj. Dziś wiał od gór w dali, do których prowadziła droga samemi łąkami, gdzie mnóstwo było prześlicznych kwiatków, które wiatrem poruszane, skłaniały główki, jakoby na powitanie idących. Podróż była bardzo przyjemną. Gdzie niegdzie wyskoczyła żabka, albo sunęła jaszczurka, ale człowieka nigdzie nie było. Tak szły do samego południa, aż przyszły do lipy, pod którą płynął potok; tam usiadły, aby odpocząć i zjeść obiad. Dorotka nakrajała chleba, a gdy się Witek nasycił, zaczął znowu mądrować, gdyż tęskno mu było za domem i bał się służby u obcych ludzi. „Dorotko,“ rzekł z płaczem, „ten obcy pan jest złym dobroczyńcą, jeżeli się spodziewa, abyśmy mu odpłacili, co nam dał.“ Dorotka łajała go łagodnie, mówiąc: „Czybyś chciał aby nasz ojczulek był taki zły i niewdzięczny, żeby nie chciał swemu dobroczyńcy się wypłacić?“ Witek zamilkł i gryzł skórkę od chleba, niedługo atoli zaczął na nowo: „Dosiu, ojciec przyrzekł panu, że zapłaci, skoro zgromadzi pieniędzy, ale gdy nie zgromadził, przeto nie potrzebuje zapłacić.“ „Ojciec nie zebrał pieniędzy, ale zebrał dla nas wiele dobrego pouczenia, że mamy żyć poczciwie, przeto pójdziemy spełnić swą powinność i odsłużyć się naszemu dobroczyńcy, jak umiemy.“ Tak zbijała Dorotka złe myśli Witka, ale gdy widziała, że mu łzy płyną po twarzy, uczuła żal nad nim; spojrzała na lipę, gdzie było gniazdo dzikich pszczół, a że pszczółek nie było w domu, przeto wzięła piękny plastr miodu i podała Witkowi. Ten jadł ze smakiem, a tymczasem zebrała Dorotka rzeczy do koszyka i chciała iść daléj. Witek zjadł miód, a potem chciał wrócić do domu. „Dosiu,“ błagał „wróćmy się napowrót, gdyż inaczéj zabłądzimy! Dziś wieje wiatr zupełnie z innéj strony aniżeli wczoraj i prowadzi nas na błędną drogę!“ Dorotka objęła Witka za szyję i tak mu prawiła: „Czy nam się podoba lub nie, my musim iść daléj naprzeciw wiatru. Przyrzecz mi, że przestaniesz narzekać.“ I nie czekając na jego przyrzeczenie, pocałowała go go daléj za rękę. Szli długo, długo łąkami i byli już blizko gór, gdy mrok zaczął zapadać. Potem mgła ich otoczyła, że ani na krok przed sobą nic nie widzieli, a wiatr ucichnął zupełnie. Witek się zaczął lękać, gdyż przed nimi huczało — a nie był to wiatr, lecz zapewne bystra rzeka tak szumiała. Łatwo do niéj wpaść mogli, gdyż szli jak niewidomi. Witek drżał na całém ciele, serce biło mu mocno, a naraz taki go strach ogarnął, że już chciał uciekać, i pewnie byłby niezawodnie się puścił z powrotem, gdyby w blizkości nie odezwał się dźwięk w pobliżu, jak gdyby kosa trawę kosiła. „Są tu ludzie?“ zawołała Dorotka, a Witek zaraz przystanął, nastroił minę zuchowatą i krzyknął: „Hej, jest tam kto?“ Usłyszeli potem brzęk kosy, a niedługo odezwał się głos chrapliwy: „Tylko bliżéj, bliżéj!“ Dorotka wzięła odważnie Witka za rękę, tak że chcąc nie chcąc iść musiał, choć gęsta mgła była naokół. Brzęk kosy niknął gdzieś w dali, a na wołanie nikt nie odpowiadał. Naraz uczuły dzieci, że weszły we wodę. „O niegodziwy wiatr, gdzie nas to zapędził!“ zaczął znowu Witek wyrzekać. Dorotka natomiast zdjęła z głowy chustkę, uchwyciła za koniec i rzekła: „Dobry wietrzyku zawiéj raz jeszcze i ukaż nam prawdziwą drogę!“ I oto wiatr zawiał, chustka wionęła, a Dosia szła z nią wesoło. Niedługo wyszli z wody, a gdy wiatr rozwiał mgłę, i księżyc zaświecił na niebie, zobaczyli ścieżkę. Wkrótce przyszli nad brzeg wielkiéj rzeki, za którą się wznosiły wysokie, szare góry. Na rzece nie było widać ani łódki, ani mostu, ani człowieka. Dorotka nic się nie bała, tylko szła daléj nad rzeką, aż niedługo ujrzała łódkę, a niedaleko siedziała na kamieniu staruszka, mając obok siebie kosę i snopek trawy. Jéj odzież i włosy były wiatrem potargane, trzęsła się od starości i zimna, ale oczy miała bystre. „Dobry wieczór, dzieci, a gdzież to tak późno, gdzie?“ zawołała. „Jesteśmy w dalekiéj podroży,“ odpowiedziała Dorotka, „szukamy ojca, który ma setkami synów a mimo to żadnego, gdyż chcemy do niego wstąpić w służbę. Czybyście, babuniu, nie mogli nam pokazać drogi ku niemu?“ „Mogę, mogę,“ odrzekła, „znam dobrze drogę. Najprzód przeprawicie się przez rzekę, potem wciąż naprzeciw wiatru, a na wieczór dopytacie się daléj.“ Potem zaczęła odwięzywać łódkę. Dorotka podjęła snopek trawy i położyła na łodzi, a potem prosiła, aby jéj wolno było z Witkiem wsiąść do łódki. Babinka pozwoliła, dała każdemu wiosło, a potem weszli samotrzeć do łodzi. Z początku było dobrze, ale niedługo zaczęła się staruszka kurczyć od zimna, a ile razy ręką machnęła, wnet budził się wiatr, który burzył wodę. Gdy dzieci trochę naprzód dowiosłowały, wnet wiatr ich spędzał napowrót. Bałwany biły tak silnie, jakoby chciały łódź pochłonąć. Nalało się i wody wiele do łódki. Wtedy Witek ze strachu rzucił wiosło i zaczął wylewać wodę kapeluszem. Dorotka wzięła obydwa wiosła i zaczęła tak silnie i zręcznie wiosłować, że doprowadziła szczęśliwie łódkę na brzeg przeciwny. Tu ujrzeli chałupkę, która miała drzwi zupełnie popsute, zamiast okien były dziury, strzecha była przywiązana powrozem, a komin podparty belką. „Nuże dzieci,“ rzekła babulka, „jeżeli nie macie gdzie przenocować, zostańcie u mnie do rana; chętnie dam wam nocleg, jeżeli mi nasypiecie pierzynę; dziś przez cały dzień wiatr mi pierze zabiera, a ja biedna staruszka drżę od zimna.“

„Chętnie nasypiemy i jeszcze podziękujemy, tylko pozwólcie, abym się przespali,“ odpowie Dorotka, a wnet zamknąwszy drzwi na kołek, zaczęła sypać pierze z dziurawego miecha w dziurawą pierzynę. Witek trzymał pierzynę, ale dziwna rzecz, jemu zdawało się, że staruszka umyślnie pierze rozpędza, bo niechno rękami machnęła i dmuchnęła, wnet pierze latało po całéj izbie. Dorotka siedm razy je zbierała. W końcu sprzykrzyło się to Witkowi, rzucił więc pierzynę na ziemię, spojrzał gniewnie na babinkę, zjadł kawałek chleba i usnął na swym węzełku. Dosia nie naśladowała jego przykładu, lecz wzięła igłę z nitką i zaszyła pierzynę. Potem powiedziała staruszce dobra noc, zmówiła pacierz, pomodliła się za ojca i dopiero spać się położyła.

III.

Gdy rychło rano dzieci się obudziły, już nie było chałupki, — zniknęła, jakby ją wiatr zmiótł, a oni leżeli na piasku przy wodzie, w której wesoło pływały rybki, chwytając chciwie okruszyny chleba, co z Witka spadły, gdy wstawał. Kilka tylko piórek świadczyło o wczorajszém zdarzeniu, zresztą zdawało się, jakby to we śnie się stało. Wnet opuściły dzieci to miejsce, które zdawało im się, że jest zaczarowane. Pomodliły się, zjadły śniadanie i szły ku górom dalekim, zkąd wiatr im wiał w oczy. Droga, którą postępowali, była kamienista i przykra, to też każdy niemal krok im dolegał — i nie dziw wszak już trzeci dzień byli w podróży. Dorotka czuła, że niejeden ostry kamień do krwi ją zranił, nic jednak nie mówiła; czuł to i Witek, dla tego płakał na potęgę. Tak błądziły dzieci pomiędzy górami, gdyż wiatr dziś to z téj to z owéj wiał strony, czasem nawet kołem się toczył, a że trzeba było wciąż iść naprzeciw wiatru, to zaszli w końcu między dzikie i ponure skały, zkąd się, że już nigdy nie wyjdą. Nad niemi krakały posępnie kruki, u stóp ich czasem potoczył się z łoskotem w przepaść kamień, a zresztą nie było nic żywego. W samo południe przyszli na wierzchołek, gdzie nie było ani drzewka, ani wody, tylko nagie kamienie i trochę ostu. Tu usiedli na skale, aby się posilić. Chlebek był już twardy jak kamień; Witek spragniony ledwie go mógł połykać. Zaczął tedy płakać i wyrzekać. „Ach Dosiu,“ mówił, „dla czegośmy się w tę podróż udali? Tu śmierć nas czeka. Ten bogaty pan, który nam dopomógł przed laty, nie potrzebuje naszych usług.“ Dosia także zapłakała, ale nie z głodu i pragnienia, lecz z żałości, że Witek tak niewdzięcznie myśli. „Nasz ojciec był także dawniéj bogatym, a jednak tak podupadł, że byłby zginął, gdyby nie ów dobroczyńca. Może i ten pan podupadł, zatem trzeba mu się odwdzięczyć,“ odpowie siostra. Witek milczał, ale wnet wybuchnął jeszcze z większym płaczem: „Jeżeli podupadł, to jakaż będzie u niego służba? Może tylko chleb suchy i twardy jadać będziemy i na gołéj ziemi sypiać i kto wie, kiedy téj biedzie będzie koniec?“ Rzecze siostra: „Spokojnie sypiać będziemy na twardej ziemi i jeść chleb suchy, bo będziemy mieli czyste sumienie.“ Witek nie chciał, czy nie mógł zrozumieć tej pociechy, tylko się smutnie oglądał, że tu nie ma jagód, ani miodu, ani nic innego, ani nawet kropelki wody, aby polepszyć suchy obiad. Żal było Dorotce Witka tym więcéj, że ojciec oddał jéj go w opiekę, dla tego przemyśliwała jakby go pocieszyć, ale daremne były jéj usiłowania, gdyż naokół nie było nic do jedzenia. W węzełku też już nic nie było. Przypomniały jéj się trzy niedojrzałe jabłka, które jabłoń zrzuciła jéj na łono przy pożegnaniu. Rozwiązała tedy swoje zawiniątko, ale jakież było jéj zdziwienie, gdy ujrzała trzy jabłka dojrzałe i czerwone, jak gdyby je kto pomalował. Pełna radości dała je Witkowi, a ten wnet je zjadł do szczętu, że i ziarnka nie zostawił. Potem trzeba było daléj wyruszyć, ale to mu się nie podobało. „Dosiu, kto wie do jakich ludzi idziemy, a z pewnością zbłądzimy, gdyż wiatr wieje z wszystkich stron, a nie widać nigdzie drogi,“ mówił. Siostra pocieszała braciszka, jak mogła, mówiąc łagodnie: „Gdyśmy tyle wycierpieli, to wytrwajmy do końca. Wszak dziś trzeci dzień, a trzy dni trwać ma nasza podróż. Najgorsze już znieśliśmy, bądź odważnym, bracie, gdyż jutro już będziemy u celu.“ Byłby się Witek mimo to wrócił do domu, ale w tych skałach nie było śladu, zkąd przyszli i dokąd idą. Rad nierad musiał Witek iść za siostrą. Szły długo dzieci wąwozami, w których wiatr syczał, wył i huczał, jakby całe stado psów i wilków ich goniło. Nagle pociemniało, na niebie zaległy ciemne chmury, zaczęło się błyskać, pioruny grzmiały przeraźliwie, a przytem lunął deszcz rzęsisty. Zdawało się, że koniec świata się zbliża. Dzieci skryły się do jaskini. Okropny miały widok. Ciemno było, że oko wykol, a tylko raz poraz ogniste błyskawice rozświecały ponurą okolicę. Gdy grzmot ryczał, to zdawało się, że wszystkie skały runą. Deszcz lał jak z cebra. Przecież po niejakim czasie uciszyło się wszystko — a deszcz przestał padać. Dzieci wyszły z jaskini, a że noc już była, przeto nic nie widziały przed sobą. Szły powoli, a gdy kamień się potoczył, lub woda ze skał padała, stawały słuchając, czy nie usłyszą głosu ludzkiego. Darmo wołał Witek: „Jest tam kto?“ — tylko echo słowa jego powtarzało. „Gdyby tu był choć dziadek lub babka!“ — pomyślała sobie Dorotka, gdy przeciwnie Witek podniósł w górę zacięte pięści, wołając: „O ten niegodziwy wiatr, który nas zagnał do pustyni, a teraz nas opuścił i nie wskaże nam drogi, abyśmy ztąd wyszli!“ Dorotka zdjęła swą chusteczkę z głowy i wionęła w powietrzu, wołając dobry wiatr na pomoc, ale chusteczka przemokła nie wskazywała kierunku, gdyż tak było cicho naokół, że i listek nie byłby się poruszył. Blady księżyc wyszedł zpoza chmur i oświecił smutną okolicę. Dzieci ujrzały, że znajdują się pomiędzy posępnemi skałami. Witek prosił choć o kawałek suchego chleba, ale i tego już Dorotka nie miała. Tylko jedno jéj pozostało: a to jéj wielka miłość dla brata. Płaczącego, zziębniętego i głodnego wzięła na łono, przykryła chusteczką i sukienkami, głaskała i cieszyła, aż też sen go zmorzył. Wtedy dobra siostra modliła się gorąco do Boga za braciszka, bo tylko o niego miała kłopot, i jego cierpienia ją bolały, gdyż o siebie była spokojna w tem przeświadczeniu, że w podróży, która miała cel poczciwy, pobłądzić nie może. Wtem usłyszy naraz jakoby psa szczekanie, widać że było ludzkie mieszkanie w pobliżu. Brat spał, wzięła go tedy na ręce i niosła, choć było jéj ciężko, i szła w stronę, zkąd ją dolatywało szczekanie. Ledwie wyszła za pierwszą skałę, aliści odezwało się straszne wycie i brzęk łańcucha, a wnet zobaczyła opustoszoną chatkę, podpartą podporami i jakoby przylepioną do skały. Groźny pies z łańcuchem na karku obchodził chałupkę naokół i szczekał przeraźliwie. Witek się obudził, a rozgniewany, że go pies przebudził, chwycił za kamień i chciał nim psa ugodzić. Pies zaczął wyć głośniej, a zdawało się, jakoby wiatr świszczał z jego jamy. Dorotka natomiast łagodziła psa miłym głosem, mówiąc: „Tyś dobry piesek, gdyż twój głos mi wskazał, że tu jest chatka.“ Pies zaczął się łasić, i pozwolił jéj wejść do chałupki, ale na Witka wyszczerzył zęby i mruczał. Dorotka się przecież omyliła, gdyż tu ludzie nie mieszkali. Chacisko było bez drzwi i okien z dziurawą strzechą. Jednakże dzieci były rade, że się mogą gdziekolwiek przespać. Były wprawdzie głodne, ale tu nie było nic tylko kamienie i glina. Witek z głodu nie mógł usnąć. Przypomniał sobie, jak mu w południe smakowały Dosine jabłka. Wiedział, że i on ma trzy w swym węzełku, zatem pocichu w kątku je wyjął, aby według słuszności nie dać choć jednego siostrze, odrzucił je wnet jednak, gdyż były twarde jak kamienie, nie

dojrzały mu bowiem, jak to się stało Dorotce. Położył się rozgniewany, ale nie mógł spać ani też Dosia, gdyż pies wciąż obchodził chatkę, wył i pobrzękiwał łańcuchem, a gdy potrząsnął siercią, wnet wiatr szedł z niego do chaty. Naraz zaczął skakać i skomleć. Wnet słyszeć było można, że ktoś się zbliża i z psem się ciećka. Niedługo wszedł do chałupki dziadek z siekierą, w podartéj sukni z potarganemi od wiatru włosami i wąsami. Trząsł się od zimna, zacierał ręce i spoglądał dziwnie na dzieci. Wnet za nim weszła babina w podartéj sukni, z kosą na ramieniu. Spojrzała na dzieci i rzekła chrapliwym głosem: „Te dzieci spotkałam w méj podróży“. „Ja je także spotkałem“ — odrzecze dziadek. Dzieci udawając, że śpią mocno, słuchały pilnie téj rozmowy. „A gdzież ty chodziłeś, miły Wietrze?“ zapytała się babinka. „Chodziłem po królewskich lasach i nawywracałem drzew co niemiara. A gdzieś ty chodziła, miła Wichrzyco?“ „Chodziłam po łąkach i górach; spędzałam chmury, że było ciemno i sprawiłam okropną ulewę. A co wiesz o tych dzieciach?“ „Są to dobre dzieci, gdyż nanieciły mi ognia w chałupce. Dam im za to jaki podarek na pamiątkę. A co ty im dasz?“ Dziadek wziął Dosiną chusteczkę, chuchnął na nią i rzekł: „Téj chustce dałem moc, że kto z nią stanie naprzeciw wiatru i powie: leć, wietrzyku leć, do dobrego mnie prowadź — temu zawsze ukaże się prawa droga i zaprowadzi go tam, gdzie ma co dobrego i poczciwego wykonać; atoli musi iść naprzeciw wiatru, gdyż kto chce dobrze czynić, ten musi pokonywać przeciwieństwa. A czego ty im udzielisz?“ Babulka wzięła Witka kapelusz, chuchnęła nań i rzekła: „Temu kapeluszowi daję moc taką, że kto się z nim postawi z wiatrem i powie: leć, wietrzyku, leć, do szczęścia mnie prowadź, temu ukaże się zawsze droga i zaprowadzi go tam, gdzie może znaleźć szczęście i bogactwo; musi atoli iść z wiatrem, gdyż szczęście zawsze z wiatrem ulata. Te dzieci na to sobie zasłużyły.“ „Tak, zasłużyły,“ dodał staruszek, „a rano niech się podzielą, jak chcą. Teraz atoli, miła Wichrzyco, patrzmy, abyśmy się ztąd wynieśli.“ I wnet staruszek z babką się zakręcili, pies zawył, wiatr zahuczał, chałupka rozleciała się na kawałki, a dziadek z siekierą na ramieniu, babka zaś na kosie ulecieli w powietrze. Za chwilę wszystko znikło i ucichło. Dorotka z Witkiem siedzieli obok siebie przerażeni i nie mogli długo do siebie nic przemówić z przestrachu. Potem nastała piękna, cicha, jasna noc, to też wesołość wstąpiła w ich dusze. „Słyszałaś, co Wichrzyca z wiatrem sobie powiadali?“ szeptał Witek bojaźliwie. „Słyszałam Witku; dali nam dwa piękne podarunki. Wybierz sobie który chcesz.“ Witek milczał, atoli przy świetle księżyca było widać, jak poczerwieniał na twarzy a oczy mu się zaiskrzyły. „Jakżeż Witku,“ rzekła łagodnie siostra, „może chcesz obydwa dary? Powiedz a dam ci je chętnie.“ „Chcę tylko jeden,“ odrzekł Witek, „chcę dar, który prowadzi do szczęścia. Należy się i tak do mnie, gdyż Wichrzyca dała tę moc memu kapeluszowi.“ „To weź go sobie, Witku, gdyż ja i tak wolę podarek, mi będzie ukazywał drogę do dobrych uczynków. A więc jesteśmy podzieleni podług naszych życzeń. Teraz dobra noc, gdyż chcę się jeszcze pomodlić, abyś znalazł zawsze w rzeczy saméj to szczęście.“

IV.

Dorotka niedługo usnęła, mając czyste sumienie. Witek nie mógł usnąć, gdyż trapiły go tysiączne myśli o przyszłém szczęściu i bogactwie. Droga do nich prowadząca stała mu otworem; już jutro mógł być bogatym panem. Zdawało mu się, że popełniłby największe głupstwo, gdyby porzucił swoje szczęście i poszedł ze siostrą służyć nieznajomemu człowiekowi, może złemu, biednemu, lub chciwemu. Wszakże dość wyżył biedy podczas trzech dni w podróży, a teraz miałby jeszcze dłużéj cierpieć? Gdy sobie wspomniał na ubogą chatę rodzicielską, to nie brała go tęsknota za domem rodzicielskim. Roiły mu się tylko w głowie pałace, karety i życie, pełne zabaw bez trudu i pracy. Myślał i myślał, aż wreście wstał po cichu i poszedł się przekonać, czy Dorotka śpi rzeczywiście. Widział, że spała. Wtedy chwycił swój kapelusz, szedł cicho na palcach i zaszeptał: „Leć, wietrzyku leć, do mego szczęścia mnie prowadź.“ Ledwo że podniósł kapelusz w górę, aż wnet uczuł, że wiatr go silnie prze naprzód. I bieżał szybko z wiatrem, ile mu nóg starczyło. O świcie poznał, że się zbliża do wielkiego, prześlicznego miasta. Wprzód sobie odpoczął, gdyż był bardzo zmęczony, a potem nim wszedł powziął zamiar, że szukać będzie szczęścia u pierwszego bogatego człowieka, którego napotka. Odpocząwszy sobie, zbliżył się Witek do miasta. Wkrótce ujrzał się na wspaniałéj ulicy, gdzie były piękne domy, niby pałace. Było jeszcze rychło rano, dla tego kupcy dopiero kramy otwierali. Witek patrzał, gdzieby mieszkał najbogatszy kupiec. Spoglądał z podziwieniem na złoto, drogie kamienie i inne kosztowne towary, najwięcéj jednak zwrócił jego uwagę skład, w którym były prześliczne futra i wypchane zwierzęta. Kupiec futer, pan w podeszłym wieku, spoglądał z uśmiechem na chłopca, pochłaniającego to wszystko oczyma. „Cobyś ty chciał?“ zapytał go się po niejakim czasie. Witek się przeląkł i z płaczem przemówił: „Ach panie, proszę o kawałek chleba.“ „Kto jesteś i zkąd?“ pytał się pan, a wziąwszy go za rękę, wprowadził do kramu. „Jestem zdaleka, trzy dni błądziłem, nim doszedłem do tego miasta.“ „Czy już nie masz rodziców?“ pytał się pan z współczuciem.“ „Nie mam,“ odrzekł Witek, zapierając się ojca, aby go pan lepiéj obdarzył. „I nie masz nikogo więcéj?“ „Nie mam,“ odpowie Witek, zapierając się siostry, aby pan tym więcéj się nad nim zmiłował. „A czy nie masz gdzie służby?“ pytał się znowu, a Witek znowu zaprzeczył, zapierając się dobroczyńcy, któremu miał służyć. „Tyś tedy zupełnie opuszczony,“ rzekł kupiec futer, „i chodzisz po żebrocie. Chcesz się uczyć mego rzemiosła, to zostań u mnie, a jeżeli będziesz się dobrze sprawował, przyjmię cię za syna i oddam ci późniéj cały mój majątek.“ Tak więc Witek za pomocą swego czarodziejskiego kapelusza już znalazł szczęście, podczas kiedy Dosia jeszcze spała. Jakżeż się przelękła biedna siostra, gdy obudziwszy się, nie zobaczyła brata. Płakała, załamywała ręce, wciąż wołając brata, ale nikt się nie odzywał. Przyszło jéj wreszcie na myśl, że obawiając się służby, uciekł do ojca. Myśli sobie daléj: cóż się stanie, jeżeli w górach zabłądzi, albo w błocie uwięźnie lub w lesie spotka się z wilkiem lub gadem! Chciała już iść w stronę ku domowi, aby znaleźć Witka i od złego obronić; lecz oto przypomniała sobie, że przez to złamałaby przyrzeczenie ojca; niedaleko widziała wielkie, piękne miasto, tam zapewne mieszkał ich dobroczyńca, tam był jéj cel, do którego trzy dni wśród wielkich przeciwieństw dążyła. Czy miała opuścić upartego braciszka, czy też dobroczyńcę, któremu dał ojciec słowo, że dług odda? Co zrobić, aby uczynić najlepszy wybór? Wtem przypomniała sobie dar staruszka Wiatra; wszakżeż jéj chusteczka miała ją w tę stronę zaprowadzić, gdzieby mogła iść sprawiedliwą i poczciwą drogą. Ucieszyła się wielce, że dostała ten podarunek. Cóżby bez niego poczęła? Wzięła wtedy swoje zawiniątko, a zobaczywszy na ziemi jabłka z rodzicielskiego ogrodu, które był Witek wczoraj porzucił, podniosła je i schowała dobrze, gdyż to była pamiątka pożegnania się z ojcem. Potem rozwinęła chusteczkę i rzekła: „Leć, wietrzyku leć, do dobrego mnie prowadź,“ a wnet zaczęła szybko naprzód pędzić naprzeciw wietrzyku do miasta tą samą drogą, którą Witek w nocy uciekał. Postanowiła sobie, że gdziekolwiek przyjdzie, pytać się będzie równocześnie o brata i o dobroczyńcę, aby, jeżeli można, obydwóch odszukać. Szła ulicą około wspaniałych kramów i szukała takiego człowieka, któryby z widzenia zdał jej się dobrym i mądrym człowiekiem, aby go się poradzić. Kupiec futer rozmawiał przed kramem z jakimś panem, który miał złotą gwiazdę na sukni. Zaprzestali rozmowy, gdy ujrzeli dziewczę, które im w twarz patrzało. „Kogo szukasz, dzieweczko?“ zapytał się łagodnie kupiec. „Szukam braciszka, który mi się dziś w podróży gdzieś zapodział; nazywa się Witek i jest do mnie podobny; o panie, czyście go snać w tem mieście nie widzieli?“ Handlerz futer zadziwił się wielce. „A macie wy rodziców?“ pytał się daléj. „Mamy ojca, który mieszka ztąd daleko. Posłał nas, abyśmy stary dług odsłużyli, ponieważ nie możemy go zapłacić.“ „Tak!“ zawołał z żalem kupiec, gdyż poznał, że Witek zaparł się ojca, siostry i powinności. „Tak więc się te rzeczy mają, a ja tego chłopca przyjąłem za swego.“ „Przyjęliście go za swego,“ zawołała radośnie Dorotka, „o panie, składam wam za to dzięki serdeczne. Pozdrówcie go, dobry panie, ode mnie, gdyż ja muszę iść daléj szukać dobroczyńcy, któremu mam służyć.“ „A któż to jest?“ „Przed jedenastu laty przyszedł do nas obcy pan, który pomógł ojcu z biedy. Mówił on, że jest ojcem, który ma setki synów a przecież żadnego. Nie wiecie, panie, kto on jest?“ Na to rzekł pan z gwiazdą: „To jest nasz miłościwy król i pan, pójdź ze mną, ja cię do niego zaprowadzę.“ I wziął zdziwiony dziewczynę za rękę i szedł z nią ulicami. Był to królewski dworzanin. Dorotka nie mogła się dosyć ucieszyć swemu szczęściu, że idzie do królewskiéj służby; smutno jéj atoli było, że braciszek swoim uporem pozbawił się tego dobrodziejstwa. Znalazł owszem szczęście u dobrego pana, ale większe byłoby dlań szczęście, gdyby z nią był poszedł, ale któż to mógł wiedzieć, że to będzie służba królewska. Kupiec futer tymczasem wrócił się do kramu i czekał na powrót Witka od krawca, do którego go posłał ze służącym. Niedługo przyszedł Witek w prześlicznym ubiorze. „Idź mi z oczu!“ zawołał kupiec, „ty łgarzu i niewdzięczniku! Zaparłeś się ojca, siostry, dobroczyńcy i obowiązku, ponieważ nie chciało ci się iść do służby. Próżniaka i oszusta byłbym wziął za syna. I mnie zapewne wyparłbyś się w starości, tak jakeś się zaparł ojca, siostry i dobroczyńcy. Idź mi precz z oczu, gdyż już nic o tobie wiedzieć nie chcę. Szukaj szczęścia gdzie indziéj. Popraw się, pracuj i unikaj kłamstwa, jak ognia.“ Zamknął potem drzwi przed zdziwionym Witkiem, który stał jak przykuty. Krótki czas było mu przykro i sumienie czyniło mu wyrzuty, ale wnet wzięła lekkomyślność górę. Zatoczył się na obcasach nowych butów i zawołał: „Cóż mi z tego, że mnie wypędzasz kramarzu! już ja znajdę moje szczęście. Machnę tylko kapeluszem a wnet będę miał, czego pragnę.“ I odszedł a kupiec widząc, że nie myśli przeprosić i jeszcze się zeń naśmiewa, zamknął i serce przed nim i postanowił nigdy się nad nim nie zlitować. Dworzanin zaprowadził niedługo Dosię do ogrodu. „Idź po cichu,“ mówił do niéj, „gdyż król z królową znajdują się w pobliżu.“ Wnet stanęli pod starém, rozłożystém drzewem, gdzie na darniowéj kanapce siedzieli król i królowa. Był to pan jeszcze niestary, ale twarz jego oznaczała cierpienie, a w czarnéj jego brodzie było niemało siwych włosów. Królowa smutna i blada pani, czytała na głos z jakiéjś nabożnéj książki; oboje byli ubrani w ciemny ubiór, prawie żałobny. „Kogóż to prowadzicie, dworzaninie?“ zapytał się król, gdy królowa, zobaczywszy dziewczynę, czytać przestała. „Przyprowadzam waszéj królewskiéj mości poczciwe dziecko poczciwego ojca,“ odrzekł, a wtedy poważna twarz króla zajaśniała miłym uśmiechem. „Mów sama, dziewczyno,“ przemówił, „jak się nazywasz i zkąd przychodzisz.“ Wtedy Dorotka przystąpiła z uszanowaniem, ale bez bojaźni, całując kraj szaty króla a rękę pani królowéj, gdyż nie czynili na nią wrażenia, że są dumni surowi władcy, ale raczéj uważała ich za dobrych a nieszczęśliwych ludzi, ku którym zaraz powzięła wielkie przywiązanie. Patrząc z szczerą prostotą w oczy królowi, mówiła: „Jestem Dosia, córka ubogiego Błażeja, którego wasza królewska mość przed jedenastu laty raczyłeś odwiedzić w biednéj chałupce, a którego z dziećmi swą szczodrością uratowałeś od głodu i nędzy.“ „Nie mogę sobie przypomnieć,“ odrzekł król, „a czego chcesz obecnie?“ Dorotka pomyślała sobie, że król dla wielu ludzi był szczodrym i że bardzo wielu ubogich obdarzył, przeto nie mógł o wszystkich pamiętać. Spoglądała więc nań jeszcze serdeczniéj, mówiąc daléj: „Mój ojciec wam przyrzekł, miłościwy królu, że za jedenaście lat odpłaci dar wasz, a wy przyjęliście jego przyrzeczenie na jego poczciwość.“ „Nie przypominam sobie,“ rzekł znowu król, „ani tego człowieka, ani jego przyrzeczenia.“ „A czy nie pamiętacie panie królu?“ zawołała nagle Dosia, „że właśnie wtedy stara jabłoń pukała twardemi jabłuszkami w okno chałupki, a wy rzekliście: oto świadek!“ „Przypominam sobie, mówisz prawdę,“ rzekł król, a wtedy cała twarz jego wdzięcznie się rozjaśniła. „Moje serce zapomina o niejednym smutku, gdy widzę, że mam takich poczciwych poddanych. Taki sprawiedliwy mąż, jak twój ojciec, godzien jest, aby jego sprawiedliwość całemu krajowi służyła. Panie dworzaninie, wyprawcie zaraz jutro poselstwo, które niech przyprowadzi do méj stolicy poczciwego Błażeja, a ja go uczynię najwyższym sędzią całego królestwa.“ Dorotka stała w pokorze, choć oczy jéj błyszczały wdzięcznością, a serce jéj skakało z radości; trapiła ją tylko myśl, że to wielkie szczęście nie stało się także udziałem Witka. „Teraz nam pokaż, cóżeś przyniosła, aby odpłacić dar króla,“ rzekła łaskawie królowa. Szczerze a skromnie odpowie Dosia: „Nic, pani królowo, tylko próżne ręce i mą dobrą wolę, aby odsłużyć ten dług wiernie a poczciwie, gdyż jesteśmy biedni ludzie. Nie gniewajcie się, że się ośmielam przystąpić przed wasze oblicza, gdyż nie wiedziałam, że nasz dawny dobroczyńca jest królem, a myślałam, że moja służba może mu być pożyteczną.“ Król z niedowierzaniem spojrzał na Dorotkę, mówiąc: „Jakto? toś ty nie wiedziała, że jestem królem? a jakżeś mnie szukała i znalazła?“ „Ten pan mi to dopiero powiedział,“ odpowiedziała Dosia, patrząc spokojnie „ja tylko tyle wiedziałem, że mam szukać ojca, który ma setki synów a w istocie jednak żadnego.“ Tu nagle powstała królowa, a łzy polały się na jéj twarzy; król się odwrócił, schylił głowę w ciężkim smutku na piersi i westchnął głęboko; dworzanin zbladł i drżał na całém ciele. Król skinął ręką, a dworzanin wnet dziewczynę odprowadził. Dosia odchodząc, widziała przez gęstwinę, jak blada królowa padła królowi w objęcia i jak potem obydwoje gorzko płakali. Dworzanin prowadził Dorotkę pustemi gankami, gdzie na drzewach zwieszał się bujnie żółty mech i pajęczyna, a pokrzywy zamiast kwiatów w trawie wzrastały; widoczna, że tu dawno nikt się tą częścią ogrodu nie zajmował. Pomiędzy opuszczonemi grządkami, na których jeszcze rosły szczątki sadzonych tu niegdyś kwiatów, zostawił dworzanin dziewczę, mówiąc: „Tu poczekaj, aż się wrócę, aby ci zwiastować, czy król przyjmie twą służbę.“ I odszedł.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…