Powieść egzotyczna
ALFRED
Przyjaciółka kapitana
Powieść egzotyczna
8
KSIĘGARNIA TOWARZYSTWA SZKOŁY LUDOWEJ
Drukarnia „Słowa Polskiego“, Lwów, ul. Zimorowicza l. 15.
Powieść egzotyczna
ALFRED
Przyjaciółka kapitana
Powieść egzotyczna
8
KSIĘGARNIA TOWARZYSTWA SZKOŁY LUDOWEJ
Drukarnia „Słowa Polskiego“, Lwów, ul. Zimorowicza l. 15.
ROZDZIAŁ I.
Owego dnia — było to 29 września 1856 r. — około trzeciej po południu, członkowie ljońskiej akademji nauk, zebrani na uczoną sesję, jednozgodnie zasypiali. Na obronę panów akademików trzeba powiedzieć, że od południa musieli słuchać sprawozdania z uczonych badań sławnego doktora Maurycego Schwartza von Schwartzhausen, badań nad śladem, jaki pozostawia na piasku lewa noga wygłodniałego pająka. Zresztą żaden z członków nie uległ Morfeuszowi, bez poprzedniej walki. Jeden, zanim oparł łokcie na stole, a głowę na łokciach, próbował narysować ołówkiem rzymskiego senatora w profilu, ale sen schwycił go właśnie w tej chwili, gdy uczona ręka zaczęła kreślić poważne kształty togi; drugi w uczonych palcach skręcił okręt z papieru, a chrapaniem zdawał się naśladować wiatry mor- skie, któreby żaglami jego kierowały. Prezes tylko, w tył pochylony i oparty o poręcz fotelu, spał z powagą, z ręką na dzwonku, jak żołnierz pod bronią; wyglądał bardzo imponująco. Tymczasem czytanie sprawozdania nie ustawało i pan doktor Maurycy Schwartz von Schwartzhausen sadził się na wykazanie ważności i prawdopodobnych skutków, jakie z jego odkryć wypłyną. Nagle zegar uderzył trzecią, wszyscy się obudzili. Prezes zabrał głos: — Panowie — rzekł — piętnaście pierwszych rozdziałów znakomitego dzieła, któreśmy dotąd wysłuchali, zawierają tyle nowych i głębokich myśli, że akademja, oddając wszelką sprawiedliwość i należny hołd doktorowi-autorowi, zgodzi się, jak sądzę, na odłożenie do przyszłego tygodnia lektury pozostałych piętnastu rozdziałów. Takim sposobem, każdy z nas będzie miał więcej czasu do namysłu i zastanowienia się nad tem dziełem, aby, jeśli tego będzie potrzeba, zrobić autorowi jakie zarzuty. Uczone ciało i pan Schwartz na propozycję przystali. Postanowiono zająć się czem innem. Podniósł się wtedy jakiś mały człowieczek, któremu skóra ledwie wystarczała na pokrycie kości. Dał znak, że chce mówić i wszystko uciszyło się; był to bowiem jeden z tych, którego wszyscy członkowie słuchali, przybierając miny zmęczonych wyżłów na polowaniu. I usłyszeli następujące słowa: — Panowie! nasz szanowny i nieodżałowany kolega, p. Delaroche, zszedł z tego świata na przesmyku Suezkim, prawie w on czas, gdy miał już wypłynąć do Indyj, aby tam między górami Gates, u źródeł Godavery, odszukać Gurukaramtę, świętą księgę Hindusów, dawniejszą jeszcze niż księga Wedy, starannie ukrywaną przed europejczykami. Szlachetny ten mąż, którego imię w nauce nie zaginie, umierając, myślał jeszcze o swojem przedsięwzięciu. Urzędownie sporządzonym testamentem, przeznaczył sto tysięcy franków temu, kto odszuka tę księgę. Naszą sławną akademję zrobił egzekutorką testamentu, prosząc, aby sama wybrała człowieka, jakiego potrzeba do tej ważnej misji. Będzie to trudno, gdyż podróżnik, o jakiego tu chodzi, musi być jednocześnie silny, odważny, przebiegły i uczony. Silny, aby znieść niewygody podróży i klimatu; odważny, aby nie trwożyć się ani tygrysów, ani słoniów, ani Hindusów; przebiegły, aby nie wzbudzać podejrzenia w Anglikach, którzy starają się usilnie o wynalezienie tego piśmienniczego i religijnego zabytku, i nie chcieliby ustąpić sławy Francuzowi; wreszcie musi być uczony, to jest powinien znać wszystkie języki, jakiemi tam w Indjach mówią. Widzicie tedy, szanowni koledzy, że to nie bagatela i dlatego proszę akademji, aby ogłosiła konkurs. Akademja przystała i poszła na obiad. Miesiące mijały jedne za drugiemi; kandydatów było pełno. Żaden się do tego nie nadawał. Nakoniec 26 maja 1857 r., znowu podczas posiedzenia akademji, wręczono prezesowi kartkę od jakiegoś nieznajomego, który czekał w przedpokoju i chciał wejść na salę. Na tej kartce napisane było: kapitan Korkoran. — Korkoran, zawołał prezes, czy zna kto to nazwisko? Nikt nie znał; zgromadzenie jednak, ciekawe, choć nie z cór Ewy złożone, zażądało widzieć przybysza. Otwarły się podwoje. Wszedł. Był to młody, wysoki mężczyzna, bardzo skromnie odziany. Twarz miał bladą, bez zarostu.. W oczach błyszczała szczerość i odwaga. — Słyszałem, panowie, że macie kłopot. Przychodzę ofiarować wam swoje usługi... — Kłopot! przerwał mu prezes z dumą; mylisz się pan bardzo. Ljońska akademja nauk nigdy nie była w kłopocie. Radbym wiedzieć, czem się ma kłopotać zgromadzenie, które liczy — nie mówiąc o jej przewodniczącym — tyle znakomitych genjuszów, tyle dusz pięknych, szlachetnych serc... Tu trzykrotne oklaski przerwały mówcy dalsze uzupełnienie rozpoczętych myśli. — Skoro tak, skoro panowie nie potrzebujecie nikogo — odrzekł Korkoran, cofając się — mam zaszczyt pożegnać was. — Dlaczegoż tak prędko, powiedz nam pan przynajmniej cel swojej wizyty, śpiesznie wyrzekł prezes. — Dobrze. Wszak panowie szukacie Gurukaramty, prawda? Prezes uśmiechnął się pół-ironicznie, pół-łaskawie i rzekł: — Więc pan chcesz podjąć się wynalezienia tego skarbu? — Tak jest. — A znasz pan warunki testamentu naszego i nieodżałowanego kolegi, pana Delaroche? — Znam je. — Mówisz po angielsku? — Jak oxfordzki profesor. — Czy możesz pan dać zaraz dowód tego? — Yes sir — rzekł Korkoran — you are a stupid fellow. Może życzysz pan sobie innego dowodu mojej umiejętności... — Nie, nie — przerwał prezes, który znał tylko tyle język Szekspira, ile posłyszał na scenie teatru Palais-Royal. — To dosyć, kochany panie. I sanskryt, jak sądzę, pan znasz? — Może kto z panów poda mi książkę sanskrycką Bogawata Purana; będę tłumaczył, gdzie się otworzy. — No, no — zawołał prezes. — A parsi, a hindustani? Korkoran ruszył ramionami. — Dziecinna zabawka — rzekł i zaczął w nieznanym języku dziesięcio-minutową tyradę, której akademja wysłuchała z budującą uwagą. Nagle w sąsiednim pokoju dały się słyszeć kroki kogoś uciekającego, poczem drzwi zatrzasnęły się z łoskotem. — Co to? — rzekł prezes do Korkorana. — To Ludwisia się niecierpliwi, moja towarzyszka. — No, niech czeka — odrzekł prezes z godnością — nasza akademja nie może być na rozkazy pani czy panny Ludwiki. — Ma się rozumieć — przyznał Korkoran — ale mnie wypada się pośpieszyć. To mówiąc, usiadł nieproszony na fotelu, czekając na dalsze uwagi prezesa. Lecz uczonemu, który chciał okazać Korkoranowi ważność przedsięwzięcia jego, nie szło jakoś, albowiem służący zapomniał o szklance wody z cukrem, która, jak wiadomo, nieodzownym jest warunkiem wymowy. Dla za- radzenia temu, prezes zadzwonił, raz, dwa, dziesięć razy; nikt nie przychodził. — Nie dzwoń pan, panie prezesie — rzekł Korkoran — służący się pewnie pokłócił z Ludwisią i wyszedł z przedpokojowej sali. — Z Ludwisią! — zawołał prezes. — Ależ, widzę, nieznośny charakter ma ta młoda osoba. — Owszem wcale znośny. Trzeba się tylko z nią poznać. Chciał pewnie z nią postępować surowo; ona tak młoda, prawdopodobnie wpadła w gniew. — Młoda? w jakimże wieku panna Ludwika? — Najwyżej pięć lat. — O w tym wieku, toć można sobie z nią poradzić. — Nie tak bardzo. Drapie niekiedy, kąsa —nawet. — No, dosyć już o pannie Ludwice, wróćmy do naszego przedmiotu. Jesteś pan wytrwały, silny? — Zdaje mi się, odpowiedział Korkoran. — Miałem cholerę dwa razy, raz żółtą febrę, a przecież żyję. Mam wszystkie trzydzieści dwa zęby; co zaś do włosów, widzicie, że nie wyglądają wcale na perukę. — Ależ — odezwał się znowu prezes — cóż to za hałas? Czy to znów panna Ludwika? Idźże pan na chwilę i uspokój ją. — Tu, Ludwisiu, tu — zawołał Korkoran, nie wstając z fotelu. Na to wezwanie drzwi otwarły się, jakby pod uderzeniem taranu i ukazał się w nich wspaniały tygrys królewski. Jednym skokiem przesadził po nad głowami akademików i usiadł przy nogach Korkorana, który rzekł łaskawie: — Cóż to, Ludwisiu, cóż to kochanie, hałasujesz w przedpokoju, przerywasz uczone sesje? Wstydź się. Leż spokojnie, jeśli nie przestaniesz, nigdzie cię już z sobą nie wezmę. Zdawało się, że Ludwisia zadrżała ze strachu, usłyszawszy tę groźbę. Strach Ludwisi był jednak niczem w porównaniu ze strachem członków sławnej lugduńskiej akademji. Naprzód wszystkim jedna przyszła myśl, to jest ucieczka do sąsiedniej sali. Ta jednomyślność zgubiła ich właśnie. W mgnieniu oka wszyscy byli przy drzwiach, nie dbając na porządek, gdyż prezes, który we wszystkiem powinien przewodniczyć i dawać przykład, był dopiero dziewiętnastym od progu. Niestety, nikt tego progu nie przestąpił. Ludwisia, która lubiła towarzystwo, odgadła ich myśli, znowu jednym susem przeskoczyła zbiegów i upadła tuż przed szanownym sekretarzem dożywotnim, przodującym w rejteradzie. Na ten widok przewodnik zrobił jeden krok w tył, a byłby niezawodnie zrobił i więcej kroków, gdyby mu nie zawadzali towarzysze. Wkrótce jednak i oni zmienili kierunek rejterady i całe grono stało drżące, niezdecydowane w środku salonu, a Ludwisia krążyła w około. Gdy się opamiętano, prezes, człowiek uczony, jak to poznaliśmy z jego oracyj, wyraził głośno zdanie, że życzeniem jest szanownej akademji. „aby pan kapitan Korkoran wyniósł się najprostszą drogą i jak najprędzej z sali posiedzeń“. Chociaż wyrażenie „wyniósł się“ nie jest bardzo parlamentarne, Korkoran się nie obraził, wiedząc dobrze, że są w życiu ludzkiem chwile, w których niema bardzo czasu zastanawiać się nad tem, co się mówi. — Żałuję bardzo, moi panowie, że... — Nie żałuj przez Boga, tylko wychodź! — zawołał sekretarz dożywotni. Twój tygrys ma coś do mnie, tak się patrzy, aj! nie wytrzymam. W istocie Ludwisia była bardzo zaintrygowana. Przewodnik rejterady nie zważał, że mu peruka spadła na ramię; Ludwisia zaś, zobaczywszy kolano na głowie, nie mogła wyjść z zadziwienia. Dostrzegł to Korkoran i nic nie mówiąc, posunął sie ku drugim drzwiom wchodowym wraz z Lud- wisią. Na nieszczęście drzwi te były zaryglowane, a że były tęgie, żelazne, więc nawet i sam Korkoran nie mógł ich otworzyć. Jednak gdy je uderzył ramieniem, mury się zatrzęsły. Chciał już drugi raz uderzyć, prezes zatrzymał go. — Byłoby gorzej jeszcze, mój panie, jakby się dom zawalił wraz z nami. Ludwisia zamruczała z cicha. — Cicho, moja panno — rzekł wznosząc szpicrózgę. Cicho, albo się z tem poznasz. Bądź to wzrok kapitana, bądź widok batoga uspokoiły tygrysicę. Położyła się na brzuchu u nóg swojego pana, o które przecierała szyję, mrucząc zupełnie jak kot. — Panowie rzekł prezes — skoro zwierzę się uspokoiło, proszę was siadajcie. Ponieważ drzwi są zamknięte, to widać, że służący poszedł po pomoc. Czekając, dla zabicia czasu, poprosimy kapitana Korkorana, niech nam opowie, jakie to przygody złączyły go z tym tygrysem, chcę mówić z panną Ludwiką. Korkoran z uszanowaniem schylił głowę i zaczął w te słowa: — Syn znakomitego ojca, o sobie mało mam do powiedzenia. Urodziłem się z wędką w ręku. Kierowałem łodzią wówczas już, gdy inne dzieci abecadła jeszcze nie znają, a gdy mój ojciec uto- nął w czasie burzy, wsiadłem na okręt, na „Skromną Zuzannę“ i wyjechałem na połów wielorybów do cieśniny Behringa. Odtąd lat kilka nie rozstawałem się z morzem, zmieniając tylko „Zuzannę“ na „Emilję“, to znów na „Artabana“ itd. — Ale — przerwał prezes — miałeś pan mówić o Ludwisi. — Zaraz — odrzekł Korkoran — spieszę do niej. Ale nie mógł rozpocząć mówić. Głos bębnów zagłuszył go. — Co to? — rzekł prezes z niespokojnością. — Domyślam się — zawołał Korkoran — to bębnią na apel, na skutek prośby służącego. Ale cóż to, dzwonią na gwałt? Do stu piorunów, będzie ci gorąco Ludwisiu; widzę, że cię myślą zdobywać jak fortecę. — Wracając do mojej historji, panowie, muszę wam powiedzieć, że w r. 1853 kazałem zbudować dla siebie okręt „Syn Burzy“ i powiozłem na nim do Batawji kilkaset beczek wina Bordeaux, Interes powiódł mi się wybornie; więc zadowolony i z siebie i z bliźnich i z mojego handlu postanowiłem zrobić sobie przyjemność, której nie można sobie pozwolić na morzu, postanowiłem zapolować na tygrysa. Wyszedłem z Batawji z fuzją na ramieniu i w butach wysokich, zupełnie jak paryżanin, który się wybrał w pole Saint-Denis na zającą. Pan Cornelius van Crittenden, mój przyjaciel, chciał mi dodać dwóch malajczyków do pomocy i do tego, żeby w razie potrzeby dali się zjeść tygrysowi za mnie. Roześmiałem się z tego, bom się wcale nie bał tygrysa, ale że zawsze był mi ktoś w drodze potrzebny, więc dwaj malajczycy poszli ze mną, dźwigając namiot i żywność. Na kilka mil od Batawji, znalazłem las, przepełniony małpami; obfituje on pewnie nie mniej w te zwierzęta, jak departament Sekwany w ludzi. Tam to spotykamy się ze lwem, z tygrysem, boa, panterą i kajmanem, najdzikszemi pod słońcem istotami, wyjąwszy naturalnie człowieka, który zabija nieraz bez potrzeby, dla samej przyjemności zabijania. Upał południowy zmusił nas do wypoczynku. Malajczycy, choć przyzwyczajeni do własnego słońca, położyli się pod drzewem w cieniu; ja zaś na wózku, gdzie był namiot. Na wszelki przypadek oparłem rękę na kurku. Było to nad rzeką. Nazywano ją powszechnie Mackintosh, od nazwiska jednego, młodego Szkota, który przyjechał do Batawji szukać fortuny. Jednego dnia płynął łodzią po tej rzece w towarzystwie kilku przyjaciół. Wiatr zerwał mu z głowy kapelusz. Schyla się po niego, i w chwili, gdy już go ręką dostaje, straszna paszcza ukazuje się z wody, chwyta go za rękę i wciąga za sobą na dno. Była to paszcza kajmana. Próżne były usiłowania batawijczyków, nie aby odnaleźć Mackintosha, bo to było niepodobieństwem, ale przynajmniej pomścić go. Opatrzność jednak i tak skarała żarłocznego potwora. Mackintosh miał na guziku u surduta zawieszoną lunetę. Żarłoczny kajman nie zastanawiał się, co połyka. Luneta stanęła mu kością w gardle, nie mógł ani połknąć biednego Szkota, ani wypłynąć na wierzch wody dla odetchnięcia i w ten sposób padł ofiarą swej żarłoczności, gdyż w kilka dni znaleziono go nieżywym nad brzegiem rzeki; w zaciśniętej paszczy widać było prawie całe zwłoki Mackintosh’a. Ale wracam do Ludwisi. Była może druga popołudniu, gdym się obudził na skutek strasznych krzyków. Dwaj moi malajczycy uciekali ku mnie, kryjąc się w rozpaczy pod wóz. — Panie! panie! — zawołał jeden z nich. — „Stary“ idzie, strzeż się pan! — Co za stary? — odrzekłem. — Tygrys! — To dobrze, oszczędzi mi drogi; nie będę go szukał. Gdzie on? Mówiąc to, zeskoczyłem z wozu i szedłem naprzeciw wroga. Nie było go jeszcze widać, ale przybycie jego zapowiadał wielki popłoch między zwierzętami. Wszystko uciekało. Małpy wskakiwały na wyższe gałęzie. Ja nie obawiałem się o siebie, bo czułem, że przejdzie do rzeki, nawet mnie niedostrzegłszy. Nakoniec ujrzałem go z profilu. Miał zakrwawioną paszczę. Kroczył poważnie z miną zadowoloną, jak kapitalista, który po dobrem śniadaniu idzie na bulwar włoski zaciągnąć się cygarem za franka. Odwiodłem kurek mojej fuzji, usłyszał to, zatrzymał się, spojrzał na mnie; widać było, że się zastanawiał. I ja zastanawiałem się także, chcąc go zabić, trzeba było wycelować w czoło lub serce, a on stał bokiem nieporuszony, jak gdyby moja broń była aparatem fotograficznym. Ale Opatrzność nie chciała, abym był morderca, gdyż ten to tygrys, a raczej ta tygrysica, leży teraz u moich nóg. Ludwisia (mogę ją teraz już tak nazwać) była, jak panom powiedziałem, po śniadaniu, szczęściem dla mnie i dla siebie: jedynie pragnęła tylko spokojnie trawić. To też popatrzywszy na mnie kilka sekund z ukosa, zupełnie tak, jak patrzy teraz na pana, dożywotniego sekretarza, (tu pan sekretarz zmienił miejsce i usiadł za krzesłem prezesa) postąpiła zwolna ku rzece. Nagle ciekawość moja wzięła górę, nad myśliwską chętką. Ludwisia, która dotąd szła poważnie i zwolna, jeszcze bardziej zwolniła kroku i wyciągając swoją piękną figurę, czołgała się prawie, niechcąc być usłyszaną, około jakiegoś długiego pnia, rozciągniętego na piasku, po nad brzegiem rzeki Mackintosh. Poszedłem za nią ze strzelbą na ramieniu, ciekawy, co z tego będzie. Zdziwienie moje podwoiło się, gdym dostrzegł, że ten pień, o którym mówiłem, ma nogi i łuski, błyszczące na słońcu. Był to krokodyl. Spał, ale paszcza była otwarta. Sny nie trapiły go widać, chrapał spokojnie, jak zwykle chrapią krokodyle, którym sumienie wyrzutów nie czyni. Ludwisia prawdopodobnie nie rozumowała tak. Sielankowy ten widok nie wzruszył jej. Uśmiechała się z podełba, jak żak szkolny, kiedy ma spłatać figla nauczycielowi. Podniosła zwolna łapę i włożyła ją w otwartą paszczę gadziny. Chciała śpiochowi uszczknąć kawałek języka, aby sutemi wetami dokończyć śniadania; trzeba bowiem panom wiedzieć, że Ludwisia bardzo lubi łakotki. Jest to wada jej płci i jej wieku. Surowa kara spotkała ją za zły zamiar. Jeszcze nie dotknęła smakowitego ozora, gdy szczęki zapadły. Gad otworzył oczy zielone i spojrzał na moją przyjaciółkę z wyrazem podziwu, gniewu i boleści zarazem. I ona nie była dobrą w tej chwili. Jak wilk w potrzasku rwała się na wszystkie strony, chcąc oswobodzić swoją nóżkę z ostrych uścisków kro- kodyla. Szczęściem szpony tygrysie tak silnie trzymały go za język, że nie mógł skupić całej siły; inaczej bowiem byłby łatwo odciął łapkę mojej ukochanej Ludwisi. Dotąd walka była równą i ja sam nie wiedziałem, za kim się ująć, boć w każdym razie zaczepnie działająca strona miała niezbyt uczciwą intencję. Ale Ludwisia była tak piękną! miała tyle gracji w swojej talji, tyle żywości w ruchach; podobną była do małego kociątka, które igra na słońcu pod okiem macierzy. Niestety! Ludwisia nie dla igrania wiła się po piasku, ale dla bólu, a jej ostre jęki echo roznosiło po lesie. Małpy, zawieszone na gałęziach palm, śmiały się do rozpuku z jej nieszczęścia. Jedna nawet z odważniejszych posunęła śmiałość do tego stopnia, że opuściwszy się, gładziła Ludwisię po nosie, wydając przytem ironiczne krzyki. Żart ten wszystkie lemury przyjęły homerycznym śmiechem, ale Ludwisia, drażliwa nawet w takiej chwili, odpowiedziała im gestem tak strasznym, że wszystkie zaniemiały na chwilę. Tymczasem krokodyl ciągnął biedną Ludwisię do rzeki. Podniosła oczy ku niebu, jakby o litość błagała, a raczej wzywała je na świadka swej męczarni. Potem, opuszczając wzrok, przypadkiem spojrzała na mnie. Jakież słodkie i melancholijne spojrzenie! Mieścił się w niem cały obraz mąk i konania. W tej chwili krokodyl zanurzył się w rzece, ciągnąc Ludwisię za sobą. Byłem już zdecydowany. Ze wzburzonej wody widać było, jak strasznie walczą ze sobą. Szczęściem Ludwisia, nie głupia, choć tylko zwierz dziki, chwyciła w rozpaczy za pień jakiegoś drzewa nad brzegiem. Ta ostrożność ocaliła jej życie; albowiem zdołała przynajmniej podnieść łeb ponad wodą, przez co uniknęła zatopienia. Wkrótce i gad wychylił się, poczuwszy potrzebę odetchnienia i nolens volens posunął się znów ku brzegowi. Tu czekałem nań. W mgnieniu oka wycelowałem i kula przeszyła mu lewe oko. Nędznik otwarł paszczę, nie miał czasu nawet jęknąć, uderzył o piasek ogonem i zakończył życie... doczesne. Tygrysica rozerwaną łapę w jednej chwili wyciągnęła z pomiędzy ostrych kłów martwego wroga. Nie mogę powiedzieć, że sobie przypomniała zaraz o wdzięczności ku mnie. Chciała nawet uciekać, ale na trzech nogach było trudno. Łatwo ją dogoniłem. Wyznam panom, żem się szczerze do niej przywiązał, już dlatego nawet, żem jej oddał przysługę, a jak wiadomo, więcej lubimy tych, dla których coś uczyniliśmy, niż tych, którzy dla nas co uczynili. Przytem jej dobry humor, jej żartobliwy krok względem wodnego potwora odra- zu zjednał moje serce; nadzwyczaj bowiem lubię wesołość i żywość charakteru. Zresztą byłem sam w obcym kraju, bez przyjaciół, rodziny i myślałem sobie, że byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł posiąść przyjaciela, chociażby o czterech nogach i z pazurami. Czyż nie miałem słuszności? Miałem. Najlepiej dowiodła tego przyszłość. Ale, aby nie wyprzedzać mojej historji, muszę wrócić do owego naszego zaznajomienia się. Ludwisia nie czuła widać takiej potrzeby zaprzyjaźnienia się ze mną, jak ja czułem względem niej. Przyjąwszy zaczepną postawę, czekała na mnie, rycząc nie z bólu, lecz z gniewu. Ale ja umiem oswajać najdziksze zwierzęta. Zbliżyłem się zatem spokojnie i po przyjacielsku pogłaskałem ją. Zrazu niedowierzająco spojrzała na mnie; ale gdy dostrzegła szczerość na mojej twarzy, polizała mię po ręku i ze smutkiem podała mi bolącą łapę. Wzruszył mnie ten dowód zaufania i starannie obejrzałem ranę. Nie była niebezpieczną. Oblałem ją zimną wodą i dałem znak Ludwisi, aby szła za mną. Czy to przez wdzięczność, czy z innej przyczyny usłuchała mnie. Moi malajczycy uciekali, zobaczywszy mię z daleka w takiem towarzystwie; wołania moje nie pomogły. Nie byli tak posłuszni jak Ludwisia. Na drugi dzień powróciliśmy do Batawji. Crittenden ledwie uwierzył mojej powieści. Tygrysica, którą zaraz przezwałem Ludwisią, chodziła za mną po ulicach, jak pies. W tydzień po tem wsiadłem na okręt i zabrałem ją z sobą. Odtąd nigdy mię nie opuszcza, a raz nawet, opowiem panom, było to około brzegów Borneo — uratowała mi życie. Statek mój z powodu zbytniej ciszy zatrzymał się o trzy mile od wyspy. Około północy, gdy cała załoga, złożona tylko z tuzina majtków, spała, na statek wpadli korsarze, a było ich około stu. Naprzód rzucili w morze sternika, a tak cicho, że nikt nie słyszał, nikt nie mógł pomóc biednemu. Potem rzucili się ku drzwiom mojej izdebki. Szczęściem były zamknięte. Podważają. Ludwisia, która spała przy samych drzwiach, zrywa się i poczyna ryczeć z całych sił. Nie upłynęło sekundy, gdym stał naprzeciw drzwi z pistoletem w każdej ręce. W tej że chwili drzwi pękają, korsarze wpadają do kajuty. Pierwszemu roztrzaskałem łeb kulą z pistoletu. Drugi również upadł raniony. Trzeciego Ludwisia powaliła o ziemię i jednem poruszeniem szczęk zdruzgotała mu czaszkę. Porwałem leżącą na ziemi siekierę i rozpłatałem czwartego, rozpaczliwie wołając o pomoc. Tymczasem Ludwisia dokazywała cudów. Rzucając się tu i ówdzie, chroniła mię od napaści malajów. W dwie minuty sześciu uprzątnęła. Pazury i kły, jak szpada, przeszywały ciało. Trzy rany, które otrzymała, nie zdawały się robić jej przykrości. Nakoniec nadbiegli moi majtkowie, uzbrojeni w siekiery i rewolwery. Odtąd szala zwycięztwa już stanowczo przechyliła się na naszą stronę. Utopiliśmy ze dwudziestu piratów. Reszta uciekła wpław do swych łodzi; nam ubył tylko jeden człowiek, to jest sternik. Możecie się domyślić, jak leczyłem biedną Ludwisię. Od tej nocy postanowiłem jej nie opuszczać nigdy. Proszę więc, darujcie mi panowie, żem ją i tu przyprowadził z sobą. Zostawiłem ją w przedpokoju, ale odźwierny się zląkł zapewne, zatrzasnął drzwi i pobiegł po pomoc wojskową. — Dobrze to wszystko, mój panie — odezwał się prezes słodko — ale przez pana a raczej przez pannę Ludwikę spóźnimy się na obiad i wszystko wystygnie. Wtem hałas począł się wzmagać na ulicy; wyjrzano oknem. — Bogu dzięki! — zawołał dożywotni sekretarz — siła wojskowa nadchodzi. Będziemy wyswobodzeni. W rzeczy samej trzy tysiące osób zebrało się na placu przed akademją. Oddział pie- choty stał na czele i nabijał broń. Urzędnik policyjny wyszedł na front i silnym głosem zawołał: — W imię prawa, poddajcie się! — Panie dobrodzieju — zauważył prezes przez okno — tu nie idzie o poddanie się, lecz poprostu o otworzenie drzwi. Ślusarze zbliżyli się do zaklętych podwojów i z trudem otworzyli zamek, który przestraszony służący zatrzasnął z całych sił. — Panowie — rzekł Korkoran do akademików — możecie wyjść. Co do mnie, pozostanę, i Ludwisia ze mną; nie bójcie się zatem. Nie potrzebował dwa razy powtarzać; natomiast musiał mitygować tygrysicę, która chciała koniecznie rzucić się za łysiną pana sekretarza. Gdy sami zostali Korkoran przyzwał Ludwisię i stanęli oboje w . Żołnierze z wycelowaną bronią czekali na rozkaz wystrzału. — Panie — rzekł Korkoran do urzędnika policyjnego — gotów jestem wyprowadzić stąd tygrysa spokojnie, nikogo nie draśnie nawet; obiecajcie mi tylko, że doń nie strzelicie. Pójdę z nim prosto na statek parowy i zamknę go w kajucie tak, że nie będzie mógł wyjść w żaden sposób. — Nie! nie! zabić tygrysa! — krzyczał tłum, kontent, że ujrzy nowego rodzaju polowanie. — Odsuń się pan — wołał urzędnik. Korkoran usiłował jeszcze mówić; nie dano mu. Postanowił tedy raz skończyć. Pochylił się ku Ludwisi i serdecznie ją uścisnął. Zdawało się, że jej coś szeptał do ucha. — Dosyć tych czułości — rzekł znowu zniecierpliwiony oficer. Korkoran spojrzał nań złośliwie. — Jestem gotów — rzekł — nie strzelaj pan tylko, proszę, aż wyjdę na ulicę. Nie mógłbym znieść widoku jej śmierci. Zgodzono się na ten warunek. Kilka osób zainteresowało się nawet losem Ludwisi. Korkoran mógł swobodnie oddalić się, Ludwisia, ukryťa nieco za ramę okna, patrzyła nań troskliwie. Nagle Korkoran, który już minął i wojsko i tłum, zwrócił się i krzyknął: — Ludwisiu, Ludwisiu! Na ten głos, tygrys dał jednego susa i już stał na dole przed wojskiem. Jeszcze oficer nie zdążył zakomenderować ognia, gdy już Ludwisia dała drugiego susa i przesadziwszy wojsko, szła zwolna za Korkoranem. — Strzelajcież — wołał tłum, prawie nie wiedząc, co się dzieje. Oficer kazał wziąć broń na ramię, bo rzeczywiście, chcąc strzelać, można było ranić a nawet zabić kilkadziesiąt osób. Tłum mimowolnie pra- wie szedł za zbiegiem aż do portu, gdzie Korkoran wsiadł na okręt i stosownie do obietnicy odpłynął w dół Rodanu. Nazajutrz kapitan stanął w Marsylji, gdzie oczekiwał na instrukcje od ljońskiej akademji. Instrukcje te, zredagowane przez samegoż pana prezesa, powinnibyśmy przytoczyć w całości, gdyż zasługiwały na pamięć u najdalszej potomności, ale nieszczęśliwy wypadek zmusił Korkorana do ich spalenia, nie możemy zatem wywiązać się czcigodnym czytelnikom z naszego obowiązku, za co serdecznie ich przepraszamy. Tymczasem zaś przerywamy, aby w następującym numerze opowiedzieć straszne przygody kapitana w Indjach, oraz wyjaśnić, przez jakie to niesłychane wypadki doszedł do korony cesarza Marattów. Nie wątpimy, że cała ta powieść o tyle prawdziwa, o ile prawdopodobna, żywo zainteresuje czytelników.
ROZDZIAŁ II.
Lord Henryk Braddock, jeneralny gubernator Indostanu, do pułkownika Barclaya, posła przy dworze Holkara, księcia Marattów, w Bagawampur nad Nerbuddą.
„Ze wszystkich stron dochodzą mię wieści, że krajowcy knują coś przeciw nam. Gdyby wybuchło jakie zaburzenie w kraju Marattów, całe Indje wzięłyby za broń. Należy się mieć na szczególnej baczności. Otóż jak tylko pan odbierzesz niniejsze pismo, powinieneś natychmiast skłonić księcia Holkara do rozbrojenia armji i wydania w nasze ręce tak fortec, jak amunicji i skarbu. Tym sposobem obezwładnimy go, a mając jego skarb w ręku, możemy na wszelki przypadek trzymać go w szachu. Przytem, prawdę powiedziawszy, skrzynie Kompanji są puste i bardzoby się skarb Holkara przydał. „Jeżeli się będzie opierał, dowiedzie, że ma złe zamiary i nie powinien liczyć na żadne względy z naszej strony. W takim razie obejmiesz pan zaraz dowódtzwo nad 13-tym, 15-tym i 31-ym pułkami piechoty europejskiej, które sir Wiliam Maxwell, gubernator Bombaju, odda zaraz pod wasze rozkazy, wraz z kilku pułkami krajowej kawalerji. Z wojskami temi wejdziesz pan do Bagewapur, chociażby trzeba było oblegać i nie przyjmiesz kapitulacji Holkara, jak tylko pod warunkiem zdania się na łaskę i nie łaskę. Najlepiej by jednak było, gdyby mógł zginąć w bitwie, tak jak Tipos-Saheb, gdyż Kompanji jest bardzo nie na rękę mieć tylu i tak krnąbrnych wasalów, którym jeszcze, co najgorsza, musi płacić pensję. Zresztą zdaję na wasz rozsądek polityczny i wojenny, radzę tylko pośpiech, bo wybuch nie zdaje się być daleki“. Braddock, gubernator jeneralny. Pułkownik Barclay, poseł angielski, do księcia Holkara, panującego w kraju Marattów. „Podpisany, mam sobie za obowiązek uprzedzić Waszą Książęcą Mość, że doszło do mojej wiadomości, iż Wasza Książęca Mość rozkazałeś dać pięćdziesiąt kijów swojemu pierwszemu ministrowi Rao, bez względu na to, że nie zasłużył niczem na tak okrutną karę. Podpisany, powinienem także uprzedzić Waszą Książęcą Mość, że dostrzeżono kilkakrotnie w nocy, jak wozy naładowane wjeżdżały przez bramy wewnątrz twierdzy, i że według rozmaitych danych, których nie widzę potrzeby przytaczania tu, wozy te były naładowane bronią, żywnością i amunicją, co, jak wiadomo, sprzeciwia się traktatom i wzbudza słuszne podejrzenia ze strony Wysokiej i Potężnej Kompanji Indyjskiej. „Wskutek tego podpisany, porozumiawszy się z gubernatorem jeneralnym, chce, ten raz jeszcze, pozostać głuchym na przychodzące zewsząd raporty; aby zaś podać sposobność księciu Holkarowi do koniecznego usprawiedliwienia się, poprzestanę dziś na tem, że wymagam od Waszej Książęcej Mości, abyś zdał w moje ręce swoją broń, swoją amunicję i swój skarb prywatny, które natychmiast wyślę do Kalkuty, gdzie pozostaną w depozycie u jeneralnego gubernatora dopóty, dopóki nie otrzymamy jasnych dowodów niesłuszności naszych podejrzeń. „Oprócz tego, wzywam tegoż księcia Holkara, aby oddał w moje ręce swoją jedyną córkę Szitę, którą również odeślę natychmiast do Kalkuty z liczną świtą i zachowaniem wszelkich względów, jakie się należą osobie na jej stanowisku. Tylko spełniwszy powyższe żądania podpisanego, Wasza Książęca Mość, możesz zachować łaskawą protekcję Wysokiej i Potężnej Kompanji Indyjskiej.
Książę Holkar do pułkownika Barclaya, rezydenta. „Podpisany ma sobie za obowiązek wezwać pułkownika Barclaya, aby natychmiast opuścił Bagawapur, jeśli nie chce, aby podpisany skazał go na śmierć, przez ścięcie, po upływie dwudziestu czterech godzin. Holkar“. Pułkownik Barclay do lorda Henryka, gubernatora jeneralnego. „Milordzie! Mam honor przesłać JW. Panu kopję listu, który napisałem do księcia Holkara, stosownie do udzielonych mi instrukcyj, jakoteż własnoręczną tegoż księcia odpowiedź. Wyjeżdżam natychmiast do Bombaju, aby również stosownie do instrukcyj, objąć dowództwo nad armją i przywrócić Holkarowi rozum. Przyjmij milordzie itd. Od listu ostatniego upłynęło sześć tygodni. Holkar, głęboko zamyślony, siedział na samym szczycie najwyższej wieży, w swoim pałacu, oblanym dokoła Nerbuddą i melancholijnie spoglądał na wierzchołki gór Vindhya, które jeszcze Bramę pamiętają. Obok niego siedziała jego jedynaczka, piękna Szita, ze wzrokiem wlepionym w smętne rysy ojca. Holkar był to szlachetny starzec, czysto indyjskiej rasy, potomek owych książąt-marattów, którzy tak zacięcie walczyli z Anglikami o swoją ziemię. On sam brał kiedyś udział w tych walkach, w których stracił i ojca. Zwyciężony, byłby zginął jak inni z rąk kata, ale gdy się zobowiązał płacić daninę, zostawiono go przy dziedzictwie przodków. Długo myślał o uwolnieniu się zpod hańbiącego jarzma, aż nareszcie, gdy stracił synów bezdzietnie, wypadki te przygnębiły go tak, że nie myślał już o zemście, chciał tylko żyć w pokoju i zostawić tron swojej ukochanej Szicie. Była może piąta popołudniu. Bagawapur, stolica Holkara, była zupełnie cicha i spokojna. Żołnierze, stojący na warcie, drzemali, inni, siedząc na ziemi, grali w szachy. Mieszkańców owładnął jakiś smutek śmiertelny; nawet Holkar pogrążony był w stanie jakiejś apatji. Wszystko zwiastowało burzę. Holkar wiedział dobrze, że Anglicy chcieli mu wydrzeć władzę i serce mu się krajało, gdy wspomniał o swojej jedynaczce. — Niech się dzieje wola Bramy — rzekł nakoniec, jakby mimowoli kończąc myśl dawno tłumioną. — O czem myślisz, ojczulku? — odezwała się Szita. Na całej przestrzeni od przylądka Komorin do gór Himalaya próżnobyś szukał czytelniku piękniejszego od Szity dziewczęcia. Miała dopiero piętnasty roczek. — Myślę — odrzekł Holkar — że przeklęty to dzień, w którym się urodziłaś, ty, pociecho mojej starości, ostatnia moja rozkosz na świecie. Ja umrę, a ty? Ty wpadniesz w ręce tym rudym barbarzyńcom. — Lecz czemuż masz tak słabą nadzieję, kochany ojcze? — zauważyła Szita. — Choćbym miał i silniejszą, dziecię moje, czyż potrafię ją wlać w moich żołnierzy? Sam widok wrogów ich przestrasza. Ah! czemużem nie umarł wraz z ostatnim mym synem? — Zapominasz o mnie, mój ojcze — rzekła Szita, otaczając ramionami szyję starca. — Bynajmniej, kochanie, ale się obawiam o ciebie. Odebrałem dziś wiadomość, że pułkownik Barclay zbliża się ze swojem wojskiem ku brzegom Nerbuddy. Już tylko ma dwa dni drogi do Bagawapur. Na nieszczęście nie mogę stoczyć z nim bitwy, bo nie jestem pewny swojej armji. Mam podejrzenie na tego nędznika Rao, że mię chce zdradzić. Jeśli to prawda, ciężko mi za siebie odpowie. Ale... ciągnął dalej, patrząc przez lunetę na widnokrąg, cóż to za parowiec zbliża się rzeką ku nam? Byłażby to już awangarda Barclaya? W tej chwili rozległ się wystrzał działowy. Jakiś artylerzysta dał ognia do statku, chcąc go zatrzymać w oddali. Kula przebiegła ponad steamerem i sycząc, zanurzyła się w wodzie. Na ten sygnał kapitan statku, Korkoran (jak się zapewne domyślił łaskawy czytelnik, choć wolelibyśmy, żeby przyjął to jako niespodziankę), wywiesił trójkolorową flagę i zbliżał się śmiało do brzegu. Gdy wysiadł, żołnierze chcieli mu drogę zatarasować, skrzyżowano bagnety. Korkoran podniósł jakiś przedmiot od pasa do ust i gwizdnął przeraźliwie. W tej chwili Ludwisia wyskoczyła z kajuty i stanęła u nóg swego pana. Kto tylko mógł, wziął nogi za pas; wkrótce został tylko na placu jedynie Korkoran, Ludwisia i jakiś żołnierz, którego kapitan schwytał w chwili ucieczki za ramię. — Prowadź mię do księcia Holkara — zawołał. Drżący ze strachu żołnierz tłumaczył się jak mógł, ale nic nie pomogło, musiał się podjąć tej niebezpiecznej misji; prosił tylko o tajemnicę, i wpuściwszy Korkorana do pałacu, sam drapnął nazad co prędzej. Nasz kapitan kroczył cierpliwie po kilkuset schodach wieży, Ludwisia przed nim. Pierwsza stanęła na wierzchnim tarasie. Ujrzawszy ja, Szita krzyknęła, Holkar dał ognia, ale kula nie trafiła, uderzyła o mur i sprawiła lekką kontuzję wchodzącemu Korkoranowi. — Nadtoś żywy, Holkarze — rzekł zwolna kapitan. — Pójdź tu, Ludwisiu, tu! dodał szybko, widząc, że tygrys rwie się ku swojemu wrogowi. — Tu, moje dziecię — ciągnął dalej. Tak, — dobrze, połóż się... bardzo dobrze... a teraz idź do księżniczki, złóż jej ukłon... Nie bój się, pani; Ludwisia to istny baranek... przeprosi cię za przestrach... dalej, Ludwisiu, dalej, przeproś panią... Ludwisia wykonała rozkaz, a uspokojona Szita pogłaskała ją po grzbiecie. Tymczasem Holkar stał ciągle w obronnej postawie. — Kto jesteś? — zawołał z dumą. — Jakim sposobem przybyłeś tu? Czyż mnie już zdradzili niewolnicy i wydali Anglikom? — Panie, — odrzekł uprzejmie kapitan — nikt cię nie zdradził, a ja, dzięki Bogu, nie jestem Anglikiem. Holkar uderzył młotkiem w stół, co znaczy tyle, co u nas dzwonić na służącego. Nikt nie wszedł. — Panie — ciągnął Korkoran dalej z uśmiechem — próżno stukasz, nikt cię nie usłyszy. Wszyscy uciekli, ujrzawszy moją Ludwisię. Ale uspokój się. Ludwisia jest dobrze wychowaną, nic złego nie zrobi. A teraz, powiedzże mi pan, jakiejże to zdrady się obawiasz? — Kiedyś nie Anglik rzekł Holkar — któżeś taki? skąd przychodzisz? — Jestem Francuzem. Nazywam się kapitan Korkoran. — Jak to zawołał Holkar — niegdyś dowódzca statku p. n. „Syn Burzy“? — Ten sam. — Ten, który z siedmiu ludźmi odparł napaść dwustu korsarzy? — Tak jest. Ale skądże to pan wiesz? — Czytałem — rzekł Holkar. — Gdzie? W „Bombay Times“. Ale tam napisano, że Korkoran Anglik. — Ja, Anglik? — krzyknął oburzony Korkoran — nigdy! — To też potem się wydało, że to było tylko samochwalstwem z ich strony. W tej chwili we drzwiach ukazał się niewolnik Ali. — Panie — rzekł zwracając się do Holka- ra, gdy ten cudzoziemiec ukazał się na wybrzeżu, minister Rao myślał, że to wysłaniec angielski, ogłosił wojsku, że książę Holkar zginął, raniony kulą z pistoletu i przemawia tam coś na rynku o swoich prawach do tronu. — Ah, zdrajca! każę go wbić na pal! Tymczasem gwar na mieście coraz wzrastał, wojsko, a na czele Rao, zbliżało się ku pałacowi! Szita jednym rzutem oka oceniła całe niebezpieczeństwo i składając ręce, zawołała do Korkorana: — Panie, ratuj mojego ojca! — Czyż mogę się oprzeć prośbie i łzom takich pięknych ocząt? — odpowiedział kapitan. — Daj mi, książę, rewolwer, a odpowiadam za wszystko, za całość twojej osoby i za zemstę nad niecnym zdrajcą. Już kule świszczały w powietrzu i zaciągano działa, gdy Korkoran stanął na dole i śmiało otworzył drzwi wchodowe, zatarasowane przez Alego. — Gdzie minister Rao? — zapytał. — Jestem — odrzekł pytany — podjeżdżając — na koniu, ze świtą; — czyż Holkar zdaje się na laskę i niełaskę? — Jeszcze czego — zawołał Korkoran i za- gwizdał na Ludwisię. Zwierz, idąc za gestem kapitana, rzucił się na zdrajcę, świta pierzchła, a Rao, na pół zemdlony, leżał wkrótce u nóg Korkorana. Zabobonni Indjanie oniemieli z podziwu na widok człowieka, który spadł jakby z nieba. Kto uciec nie zdążył, stał nieporuszony. — Ali, weź Rao jako niewolnika — zawołał nasz zwycięzca, a potem, zwracając się do cipajów, zapytał, czy myślą się jeszcze opierać. — Niech żyje Holkar! — krzyknięto prawie jednogłośnie. — Dobrze, moje dzieci — pochwalił ich Korkoran widzę, — żeście wierni swojemu prawemu monarsze... rozbrójcie oficerów... tak... dobrze... a teraz idźcie do koszar i cicho... bo jakbym się dowiedział o najmniejszym oporze, sprawię Ludwisi śniadanie. — Dobranoc, dzieci; a my, mości książę, chodźmy wieczerzać.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Przyjaciółka kapitana.
