Front matter
WINCENTY KOSIAKIEWICZ
WARSZAWA 1912.
Nakład Tow. Akc. Wydawniczego „Świat".
całość
WINCENTY KOSIAKIEWICZ
WARSZAWA 1912.
Nakład Tow. Akc. Wydawniczego „Świat".
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów.
I.
Jeszcze jeden pocałunek, — ostatni z ostatnich. Są już oboje w przedpokoju. „Do widzenia“, — szepce Flor z czułym naciskiem. Miękko, ale swobodnie odpowiada mu Joasia: „Do...“. Flor stoi przy drzwiach, Joasia odsunęła już zasówkę zatrzasku, a on jeszcze nie wypuszcza z krzepkiego uścisku swej ręki delikatnych i pracowicie pielęgnowanych jej paluszków. Joasia się uśmiecha. Znosi ona z rezygnacyą bujność pieszczot tego chłopca, świeżego, jak wiosna. Wszak tu idzie o rolę! o nową, wielką rolę w sztuce, o której już teraz jest głośno. A czego dla roli, zwłaszcza dla takiej roli, nie zrobi aktorka, którą ze stanowiska, nigdy nadto mocnego, spychają współzawodniczki młodsze, piękniejsze, zdolniejsze, — i podlejsze?! Joasię ta rezygnacya niewiele zresztą kosztuje, Flor ma bowiem sposób kochania młody, uściski jego są prawie pierwsze, prawie niewinne, a z za- pachem rozgrzanych zmysłów jego przenika do atmosfery, otaczającej ich miłości, coś z poezyi, coś, co ma skrzydła i wyprowadza gdzieś w górę ponad nędzę rzeczywistości. Joasia to lubi. Wolałaby, swoją drogą, mniej szorstkie, więcej delikatne dotknięcie jego ust, a zwłaszcza rąk, które na jej białej, matowej, hennerowskiej skórze zostawiają czerwone ślady, a nieraz i sine wspomnienia. Edukuje wprawdzie go trochę w tym kierunku, ale uczeń to mało pojętny. Trzebaby stosować do niego system kar, coraz to surowszych, w miarę potrzeby — a na to zawcześnie. Na progu, w drzwiach już otwartych, jeszcze jeden pocałunek, ten — najostatniejszy. „Do wieczora“, — mówi Flor z upojeniem. „Więc o ósmej“, — odpowiada Joasia tonem bliższym przypomnienia, aniżeli czułości. Flor powtarza, rozanielony ciągle: „O ósmej!“ I pragnie jeszcze jednego pocałunku, — najostateczniejszego z najostateczniejszych. Ale na schodach słychać stąpania. Joasia się cofa z uśmiechem, przyrzekającym dalszy ciąg rozkoszy po krótkiej przerwie. Flor decyduje się więc, wobec zamkniętych już drzwi, zestąpić ze schodów. Czyni to bez pośpiechu, a ponieważ pamięta o obowiązku obserwacyi, jaki ciąży na twórcach, zastanawia się zaraz nad tem, dlaczego krok jego, choć młody, jest tak powolny? „Jestto krok ludzi szczęśliwych — myśli. — Gorączka pośpiechu znamionuje brak równowagi w duszy. Świat współczesny nie dlatego się tak ciągle śpieszy, że ma więcej do roboty, aniżeli poprzednie światy, lecz, że jest mniej od nich szczęśliwy. Bogowie Grecyi w wolnem tempie przechodzili od rozkoszy do rozkoszy“. Poczem, sięgnąwszy do skarbca literatury, zawołał do siebie: „Das Leben ist doch schön“. Joasia tymczasem położyła się na szezlongu w usposobieniu mniej podniosłem. Nie była w stanie oddać się całkowitej radości z posiadania nowej roli, — dziesięcioarkuszowej roli, wierszem trzynastozgłoskowym, roli Alcesty w „Powrocie z za świata“. Tę rolę ma, posiada, umie ją na pamięć, studyuje ją z autorem od miesiąca, i w pismach ukazało się o tem kilkanaście już wzmianek. Ale do szczęścia brak jej małej formalności: rolę dostała od autora, urzędowego rozdawania ról jeszcze nie było, a dyrektor milczy, jak pień, choć parokrotnie usiłowała go sprowokować... Wydaje się jej nie dość tego, że ma autora za sobą. Flor jest może genialnym poetą?! Tak jej mówią Najmłodsi, którzy tyle hałasu umieli podnieść wokoło „Powrotu z za świata“, i tak ją zapewnia sam Flor. Ale Joasia pamięta o tem, że to jest pierwsze jego zetknięcie z teatrem. A teatr — trzeba znać, mój Boże... Przytem Joasia posiada w temperamencie swoim zmartwienie łatwe. Krytyk Niezdarski, jeden z tych, którzy niemało się napocili, aby jej zrobić sta- nowisko na scenie, mawiał, że ona się martwi chętnie. Istotnie, należy ona do typu pesymistów, którzy zwlekają z radością aż do chwili, gdy wszystkie bez wyjątku szanse staną po ich stronie. I żyją w stałej obawie przykrej niespodzianki. Książę Miecio powiedział jej raz trafnie: „Tu es une amante triste“... Joasia pewnoby się z tego wyleczyć nie mogła, choćby i pragnęła, bo takie usposobienie jest najczęściej karą, którą nosimy w sobie za głębszy jakiś błąd życia. Ale ona raczej przechwalała się swoim brakiem zdolności do radości. Zdaje się jej, że zna równie dobrze życie, jak i teatr, i mniema, że jedno do drugiego jest bardzo podobne, a jedno tyle warte, co i drugie. W ciągu dnia otrzymała wiadomość, która ją pokrzepiła. Flor poszedł, instynktem wiedziony, po obiedzie, do teatralnej kawiarni i spotkał się z dyrektorem, który powiedział mu, że „od miesiąca za nim goni“, i że czas obsadzić sztukę. Flor zapewnił go, że obsada jest od miesiąca gotowa i zaraz na stojący mu tę obsadę wyrecytował. Dyrektor grzecznie zapytał, czy to jest już ostateczne? Flor odrzekł na to: „Ja myślę“. W istocie niemało się nad tą sprawą napracował zarowno z Joasią, która nie szczędziła mu dobrych rad, starając się pozyskać najwięcej ról dla tych, co mieli dla niej w teatrze prawdziwą, czy obłudną życzliwość, i nie myśląc przytem ani odrobiny o interesie sztuki lub autora, — jak i z Najmłodszymi, , odrodzicielami kunsztu dramatycznego przez powrót do tradycyi greckich, którzy w kawiarni „Pod Nieskończonością“ (tam się ci tradycyonaliści zbierali przez powszednią ironię losu) długie nad obsadą „Powrotu z za świata“ odbywali dyskusye, forytując tych aktorów, którzy możliwie największą ilość klas spędzili w przymusowym kulcie łaciny i greki. Dyrektor odrzekł na zapewnienia Flora z całą swobodą: „Doskonale!“, — pomyślawszy sobie przytem, że takiego młodego szpaka nietrudno będzie nauczyć jakiej się podoba ptasznikowi melodyi. Więc naznaczył mu tylko schadzkę na jutro, bo trzeba przecież pogadać o sztuce. Dyrektor był niegdyś złym aktorem na scenie, poczem przeniosł działalność swą aktorską w życie, uważając, że tu jest znacznie mniejsza konkurencya i że tu potrzeba daleko mniej talentu do powodzenia. Z minimum sztuki i względów też zmieniał swój ton sto razy w ciągu dnia, w zależności od tego, z kim mówił, i coraz to inaczej traktował te same osoby, w stosunku do zmian w ich sytuacyi, nie kierując się nigdy niczem innem, oprócz swego prostego, nagiego, ordynarnego interesu chwilowego. W cynizmie i ironii nawet nie znajdował żadnego upodobania i tylko w razie potrzeby się niemi posługiwał, interesownie i bez żadnego artyzmu. Flor natychmiast po rozmowie z dyrektorem podleciał do telefonu i zadzwonił Joasi nowinę: „Sztuka już obsadzona ostatecznie. Właśnie dokonałem tego przed chwilą z dyrektorem. Jutro narada nad innemi, ostatniemi szczegółami!“... Nie miał on na myśli uspokojenia Joasi, bo te niepokoje nie były mu pokazywane. Joasia uważała za mądrą politykę traktowanie roli Alcesty jako swej osobistej i strzegła się naruszyć we Florze dumnej, a nieco naiwnej jego pewności w kwestyi praw autorskich. Pragnęła wytworzyć w nim najgrubszy możliwie grunt pewności siebie. Uzbrajała go w ten sposób do walki za nią innym, oprócz miłości jego do niej, orężem, na wypadek, gdyby walka o Alcestę była potrzebną. Teraz więc Joasia odetchnęła i wzięła w rękę rolę z głęboką miłością, jaką się ma do przedmiotów drogich i koniecznych, a dopiero po długiem utęsknieniu otrzymanych do użytku. Ale w chwilę potem przyszedł do niej Filipko, kolega teatralny, zwany popularnie Fipką, i cały ten błogi, a tak rzadki u Joasi nastrój doszczętnie zepsuł. Należeli oni do jednego naturalnego stronnictwa niezadowolonych, które powstaje samorzutnie w każdem ludzkiem społeczeństewku, gdzie są pokrzywdzeni, lub choćby tylko zawiedzeni. One to, stronnictwa te, wywiązują nastroje tak krytyczne dla tych, co stoją na wyżynach powodzenia, i sprawiają prędkie i często nagłe upadki wszystkiego, co szansą a nie siłą się utrzymuje. Fipka, po krótkich i przypadkowych tryumfach, odsunięty do dalszych szeregów, żył w ciągłym i tragicznym niemal strachu przed życiem. Lada moment oczekiwał dymisyi i się na ratowanie swej pozycyi przez subtelne, imaginacyjne i bezpłodne intrygi. Aby utrzymać ciągłość stosunków z teatralnym światkiem, który od niego stronił instynktywnie, jako od istoty bezużytecznej a mogącej lada moment zażądać usług, rozpowszechniał w stronnictwie niezadowolonych wieści tajemnicze a zawsze nieprzyjemne. Miał jakby dar zdobywania fatalnych informacyi i stawał się ich pierwszym gońcem dla tych, którym mogły zepsuć życie. I, niby tchórz w momentach niebezpieczeństwa, zatruwał złemi odorami i tak już mało wonną atmosferę teatru. Fipka był komikiem w swych kreacyach. Ten i ów z kolegów, odetchnąwszy na moment powietrzam jego duszy i uderzony skowyczącym tam strachem życia, mówił mu: „Fipka, mnie się zdaje, że ty jesteś tragik...“ To Fipkę sugerowało i pokrzępiało nadzieją. Marzył o roli tragicznej. W sztuce Floryana niesposób było mu jej wyrobić jednak, choć Joasia za nim parę razy przemawiała, ponieważ Fipka otrzymał wychowanie handlowe i neo-klasycy słyszeć o nim nie chcieli. — Wiesz już nowinę? — rzekł Fipka od proga, rozstrojony (był takim zawsze) i ziejący robionem oburzeniem. — Co za nowinę? — pyta Joasia, owładnięta natychmiast przez niepokój. — Cóż?! rolę Alcesty dali, naturalnie, Nieciemskiej. Ta młodziutka, śliczniutka, głupiutka i bardzo przebiegła aktoreczka uchodziła za kochankę dyrektora. Joasia osłabła najprzód, potem nabrała prędko sił i nie słuchając dalej Fipki, zaczęła wymyślać nieobecnemu dyrektorowi słowami tak energicznemi, że nie poznałby jej w tej chwili żaden z bywających u niej znajomych i przyjaciół z literatury, prasy i „świata“. Żądała ona bowiem od nich form dobrych i miała sama dużo smaku w przestrzeganiu granicy, oddzielającej inteligentny wybryk języka a choćby gestu od nieopłaconej niczem brutalności. Ale tu szło o rolę, a więc o rzeczywistość i o poezyę, o teraźniejszość i przyszłość, o stanowisko, o życie aktorki. Wobec tych rzeczy staje się taką, jaką się jest, nagą. Tembardziej, gdy patrzą na to tylko teatralne oczy z tego rodzaju nagością otrzaskanego kolegi. Czas jakiś dawała więc sobie szczerą folgę. A Fipka przyświadczał tej jej piosence, grającej unisono z dźwiękami jego duszy, i dogadywał: „Widzisz... widzisz...“ Ale uspokoiwszy się nieco, Joasia poczęła pytać Fipkę o bliższe informacye i wtedy się pokazało, że informacyi nie miał Fipka wogóle żadnych. Role nie były wcale jeszcze rozdane. Nieciemska do nikogo się nie odzywała z żądaniem Alcesty. I cała historya sprowadzała się do przypuszczenia, wyrażonego przez starą jakąś aktorkę, że komużby ten stary rozpustnik dał tak świetną, chociaż wierszem napisaną, rolę, jeśli nie swej nałożnicy?! Wtedy Joasia wybuchnęła nowem oburzeniem, tym razem na Fipkę, nie mogąc mu darować tego najprzód, że ją tak nastraszył bez powodów, a potem, że była tak głupia, iż go nie wysłuchała dokładnie i odsłoniła się w swej moralnej nagości, tak kompletnie bez potrzeby. Powiedziała mu więc poprostu: — Idź do djabła! I nie chciała z nim więcej gadać. Gdy została sama i wykipiała z reszty gniewu na niego i siebie, zaczęła znowu wątpić. Radosny nastrój, jaki przepełnił ją pod wpływem telefonicznej wiadomości od Flora, nie powrócił już, niby ptak spłoszony a pierzchliwy. W usposobieniu melancholijnem wyczekiwała przyjścia Flora, aby od niego dowiedzieć się wkońcu, że wszystko, czem jej dusza dziś była tak głęboko poruszona, zarówno ból i gniew, jak i radosne uniesienia, były jakiemś oszukaństwem i igraszką losu, że nic napewno nie jest ustalonem jeszcze, i że zadługo, doprawdy, coś złowieszczego, nad nią zawieszonego, a mającego wpływ na jej dolę, morduje ją torturą niepewności. Flor jednak o niczem z tego wszystkiego nie wiedział i nic a nic jej nie rozumiał. Nosił on się od pewnego czasu z myślą wspaniałą, którą właśnie dziś postanowił wypuścić na próg urzeczywistnienia. Jego obecnie jedyną, a głęboką troską były braki poważne, jakie zaobserwował w wykształceniu Joasi. Wiele, doprawdy, jej niedostawało w ogólności, ale pod względem klasycznych dyscyplin była to poprostu tabula rasa. Przechodząc z nią rolę Alcesty, miewał Flor dla niej prawdziwe wykłady historyi, literatury i archeologii starożytnej. Ledwo wypoczęli po uściskach, już miał do powiedzenia Joasi coś pożytecznego, mającego czasem związek z „Powrotem z za świata“, a coraz to częściej takiego związku nie mającego. Namawiał ją, żeby uczyła się łaciny i greki, tłomaczył, że to będzie konieczne dla niej, jako dla aktorki, ponieważ za lat parę klasycyzm ogarnie scenę bezwzględnie, i układał z nią podróż do Rzymu i Aten. Joasia słuchała tego czasem inteligentnie, czasem roztargniona, czasem pieszczotliwie, nie przywiązując do słów jego wielkiej wagi i nawet nie podejrzewając, iż ją mają. Tuliła się czasem do Flora, szepcąc: „Joasia będzie się uczyła po łacinie i po grecku, a pan profesor będzie ją stawiał do kąta...“ Ale w głębszy sposób ze wszystkich tych projektów brała tylko plan podróży do Aten i do Rzymu. Dziś właśnie Flor przyniósł w kieszeni gramatykę łacińską i ułożył sobie rozpocząć z Joasią lekcye bez zwłoki. Joasia jednak podniosła na niego zdziwione oczy i rzekła: — Co? ja? po łacinie? Na co?... Flor się zdziwił jeszcze więcej, bo mu się wydawało, że to było między niemi zupełnie już ułożone. Dotknięty do żywego i nie umiejący sobie zdać sprawy z otrzymanego przytyka, umilkł, schował gramatykę łacińską do kieszeni i nie podnosił tej sprawy. Joasia innego dnia, przy większej równowadze ducha, z pewnością znalazłaby się bardziej inteligentnie w obliczu gramatyki łacińskiej, jakkolwiek wykluczoną musi być z zasadniczych względów wszelka zażyłość między temi dwiema istotami. Dziś była zbyt zdenerwowaną. Tem się zabezpieczyła od dłuższej wizyty Flora, który wcześnie wrócił na łono neo-klasyków, do knajpy „Pod Nieśmiertelnością“, uniewinniając Joasię z jej szorstkiego i dziwnego: „na co?“, i nie utraciwszy jeszcze nadziei wprowadzenia jej w świat klasyczny, gdzie wszystko jest tak wyraźne, proste i mocne.
II.
O wyznaczonej wczoraj młodemu dramaturgowi godzinie siedzi dyrektor w swoim gabinecie, pali cygaro i wertuje przygotowany do scenicznego użytku egzemplarz Powrotu z za świata“. Niczem on go nie pociąga, niczem nie odpycha. Nie zna tej sztuki dyrektor wcale, choć ją wystawia, i pewno nie pozna nigdy. Nie dla siebie przecież utrzymuje teatr?! A jednak nie jest to człowiek bez głębszej inteligencyi: nie próbował, naprzykład, z samego czytania sztuki prorokować jej furory albo klapy na scenie, nigdy więc się pod tym względem nie omylił. Byłto rzadki dyrektor, nie kierujący się chimerą znajomości sceny. Należało mu oddać i tę sprawiedliwość, iż nie był zgoła pozbawiony ideału: wierzył on w coś, a mianowicie we wpływ prasy na publiczność. „Powrót z za świata“ przyjął do grania, ponieważ pewne pisma, wrażliwe na sprawy literackie, podniosły namiętny hałas wokoło tylko co zro- dzonego neo-klasycyzmu. Domagano się wielkim głosem prób i doświadczeń. Zarzucano teatrowi obojętność dla sztuki, kultury, postępu, ojczyzny i ludzkości. Dyrektor powiedział więc: „Ależ — czemu nie?“ I opracował piękny gest w formie listu do narodu, oddając swój teatr do rozporządzenia Najmłodszych. Na szczęście, neo-klasycy rozporządzali już jedną sztuką, napisaną przez najzdolniejszego poetę grupy. Byłto dalszy ciąg historyi bohaterskiej żony, Alcesty, dramat podjęty w tem miejscu, gdzie stary Eurypides go zakończył, i malujący nieszczęśliwe pożycie dwóch dusz, z których jedna w tragicznej próbie wykazała całą miarę swej wyżyny, a druga odsłoniła cały padół swego dna. Zaniesiono tę sztukę dyrektorowi, który poprosił neo-klasyków o zamieszczenie wzmianki w dziennikach, iż przyjął „Powrót z za świata“ — „z zamkniętemi oczyma“, w nowym tym geście łącząc w ten prosty sposób wspaniałomyślność z ostrożnością. Tymczasem Flor dąży na konferencyę w towarzystwie Gipskiego. Stało się to tak, że wczoraj oznajmił „Pod Nieskończonością“ o naradzie ostatecznej z dyrektorem. Obchodzono to jak nowy tryumf neo-klasycyzmu. Przy rozejściu Gipski zaofiarował się odprowadzić Flora do domu i po drodze zaproponował mu: „Chcecie, to jutro pójdziemy razem gadać z dyrektorem o sztuce?“ Flor mu zaraz podziękował za tyle życzliwości. Ależ, doskonale... Prze- cież, Powrót z za świata“ jest do pewnego stopnia dziełem całej grupy!... Na co Gipski skwapliwie się zgodził. Ten Najmłodszy miał już lat pod czterdzieści i był powagą w grupie, lecącej tak hałaśliwie na podbój świata. Starał się o to zresztą wytrwale i zręcznie. Filolog, nauczyciel języków klasycznych, nieudany krytyk dotychczas, spotkał się naraz z silnym powiewem artystycznym, w stronę klasycyzmu dmącym; podstawił więc co prędzej wiotkie swe skrzydełka pod ten wiatr dobroczynny i rzeczywiście wylatywał z nim w górę. Nazwisko Gipskiego zaczynało być głośnem, a byłoby może już sławnem, gdyby nie artykuły, które od czasu do czasu pisywał. Te mu szkodziły. Na szczęście, ktoś ze Starych powiedział o Gipskim, że „aż łuna bije od jego impotencyi“. Wyrażenie zrobiło furorę w mieście i posłużyło do umocnienia powagi Gipskiego, — takie szczęśliwe wyrażenia, jak wiadomo, w mieście tem lepiej usługują dotkniętym niemi, im bardziej są trafne i słuszne. Miewał zresztą Gipski pomysły genialne, jak naprzykład wproszenie się na konferencyę autora z dyrektorem, gdzie nie było żadnej dlań roboty, a skąd wyjdzie z nowym promykiem w nimbusie, tak zabiegliwie, a dyskretnie splatanym wokół bujnej swej czupryny. Skoro tylko neo-klasycy weszli do gabinetu dyrektorskiego, zaczęły się rozprawy estetyczne. Najmłodsi nie mieli ich nigdy dość. Zdawało się, słuchając ich, że Prawda zależy w całości od ilości razy potwierdzenia jakowejś formuły. Dyrektor słuchał tego roztargniony, znudzony i niecierpliwy. Ale gdy Gipski zawołał po swojemu: „Precz z tapicerami z teatru! Tak! precz z tapicerami!“ — nastawił ciekawie uszu. Co prawda, było to specyalnością Gipskiego wołać: „precz z tapicerami“. Wkładał on w to hasło jakąś zimną pasyę i skoncentrowaną nienawiść. Wybuchał tym okrzykiem, niby lodowy wulkan jakiś, mroźny a szalony. I słuchając go, miało się ochotę, à propos, a zwłaszcza nie à propos, wołać: tapicerami! tak, precz z tapicerami!“ — Jak to panowie rozumiecie? — zapytał dyrektor. Wytłómaczyli mu to zaraz. Sztuka normalna dzisiejsza, zwłaszcza taka, którą dyrektorzy, aktorzy, krytycy i tłum nazywają dobrą sztuką, jestto „zupa z gwoździa“. Bierze się do niej dwadzieścia przypraw i tworzy miszkulancyę, w której sam gwóźdź jest najniepotrzebniejszym z dodatków. Dekoracye, meble, kostyumy, oto czem dziś się działa na tłumy. To, co jest w sztuce wiecznem, nieśmiertelnem, zasadniczo ludzkiem, klasycznem więc, nie odgrywa żadnej roli. Należy uprościć całą tę dekoracyjną stronę teatru do minimum, do elementów najpierwotniejszych. I niech ze sceny mówi do narodu Poezya! Jak kwiaty polne lepiej są ubrane od żon Salomonowych, tak wier- sze są bardziej królewską szatą od najwyszukańszych i najkosztowniejszych dekoracyi dla dzieła talentu. Dyrektor dał się porwać. — Ależ to, co panowie zamierzacie, jest... rewolucyą? — zawołał. — Ja myślę, — rzekł pogardliwie Gipski. — Zatem żadnych nowych dekoracyi?! ani nowych kostyumów?! ani nowych rekwizytów?! Precz z tapicerami?! — Precz z tapicerami! Tak, precz z tapicerami! Dyrektor, choć tak trzeźwy, poczynał dostawać zawrotu głowy! Jakto?! więc premiera nie będzie kosztować nawet dziesięciu oboli?! Ależ to jest najrozkoszniejszy ze snów, jakim marzyć może dyrektor teatru?! I byłożby to jawą?! Ręce mu drżały, tak go wzruszenie ogarnęło w obliczu nowej estetyki. Począł ściskać dłoń Gipskiego, który mu się zdołał już uwypuklić, jako generalny sprawca przewrotu, i szepnął: — Niech wam Bóg błogosławi! Poczem dodał uroczyście i z naciskiem stosownym: — Ja jestem cały z wami... I poinformował się zaraz, w której kawiarni neo-klasycy się zbierają. — Przejdźmy teraz do ataku. Jeżeli mamy zrobić rewolucyę, my, Najmłodsi, nie możemy przegrać tej pierwszej batalii. A w takim razie trzeba sztukę obsadzić bez błędu. Alcesty nie może grać Joanna. Flor się zaniepokoił. — Dlaczego? — zapytał. — Jest za nizka i głosu ma za mało. Posiadam w trupie aktorkę, jakiej nam potrzeba, a której miałem właśnie dać dymisyę, bom nie wiedział, co z nią zrobić przy naszym zgniłym repertuarze dotychczasowym. Malinowska. Znacie ją? Bohaterka urodzona. Głos jak Niebardzo młoda. Ale ma rysy. Wszystko, czego nam potrzeba. — Ależ Joanna nauczyła się już roli szepnął Flor, trochę przestraszony tym nagłym obrotem sprawy. — Wielkie rzeczy?! To nie ma żadnego znaczenia w tej kwestyi — zapewnił dyrektor. A Gipski natychmiast pospieszył mu to potwierdzić. — Malinowska? znam — poparł dyrektora. — Jakby stworzona do koturnów. Głęboki głos kontraltowy. Tego nam potrzeba. Wybornie się składa. Że myśmy odrazu na to nie wpadli?!... Sprawę prędko więc załatwiono. Dyrektor widział już teraz przed sobą tylko Gipskiego. I nowe uwagi, niezbyt zresztą natarczywe, Flora zbył argumentem mocnym: — Przecież jej nie zależy na tem, aby samej zrobić klapę i położyć panu sztukę?! Potem ułożono plan wystawy. Jako dekoracya jedyna — morze! Jest w składzie morze. Na froncie portyk domu Admetesa. Jest taki portyk. Solistom sprawi się nowe greckie stroje, a chórowi da się kostyumy z Pięknej Heleny. Może one nie będą archeologicznie ścisłe, ale neo-klasycy gardzą i archeologią w teatrze. Niech uczucie artysty i wiersz poety stworzy prawdziwą Grecyę na scenie! Dyrektor jest ciągle jeszcze wzruszony, jak nie był od lat. Ściska dłonie obu rewolucyonistów z wylaniem... — Młodzieży błogosławiona! — żegna ich. — W tobie mieszka przyszłość! Tak jest! Precz z tapicerami!
III.
Idzie tego wieczoru Flor do Joasi pełen niepokoju, smutny i nawet zgryziony. — Będzie niekontenta, będzie zła, — myśli sobie. Układa w głowie naiwnie, jak to on wyperswaduje jej, iż i dla sztuki i dla nowej szkoły, i dla aktorki samej będzie lepiej, jeżeli rolę tę zagra inna. Spodziewa się niezadowoleń. Nie podejrzewa, iż stoi przed zadaniem, godnem nowożytnego Herkulesa, obdarzonego potęgą oczyszczania najbardziej zagnojonych stajen. Joanna ledwo rozumieć może fakt, który się stał, choć nie przestała się go stale spodziewać. Tego, czem Flor fakt ten przystraja i okrasza, ona poprostu nie słyszy. — Jakto?! Nie ja?! — pyta, wyciągając ku Florowi szyję i wytrzeszczając oczy, jakby chciała najbardziej zblizka, a więc najpewniej, najmocniej uchwycić fatalną nowinę i przekonać się już niezawodnie, że się nie myli. Zapytać teraz, więc — któż?“, uważałaby Joasia za najbardziej pustą z ciekawości. Gnie się pod ciężarem tej wiadomości, chwieje i przysiada na fotelu. — Jestem zgubiona! — myśli rozpaczliwie. Powtarza to sobie w myśli wielokrotnie, to jedno, ale tak natarczywie, że jej usta poruszają się niemo w takt tej myśli, a potem i głosem ją powtarzają. Flor staje zdumiony przed tym obrazem rozpaczy. Serce mu się ściska i skręca. Przerywa swe komentarze, które miały Joannę naprowadzić na drogę rozsądnej, choć może i na razie burzliwej nieco rezygnacyi. Nie pojmuje, nie ogarnia jej rozpaczy. Nie był do tego niczem przez Joasię przygotowany. Przeciwnie, kryła się ona przed nim z całą sumą i pięknem nadziei, jakie zawieszała w myśli swojej na nitce roli Alcesty. Nie westchnęła przed nim ani razu tak częstem swem westchnieniem: „Może nie zapóźno jeszcze?.... Może wielka rola przychodzi jeszcze w porę?...“ Przywykła manowcami uczęszczać teatralne terytoryum, nie wysłuchała Joanna głosu wewnętrznego, który tym razem tak wymownie i słodko zapraszał ją do szczerości. — Jedna rola mniej lub więcej?!... — szepce Flor stropiony i niezdolny zrozumieć rozpaczy Joanny. Szepce tak, aby coś głosić i czemś pokryć to zdumienie, które go wytrąciło narazie ze wszelkich dróg myślenia. Joanna gotową jest już jednak do rozmowy, do wyjaśnień, do wielkiej sceny. Zapomina o subtelnościach swej polityki i nie kombinuje, że to jej wyrachowania doprowadziły do klęski. Gdyby Flor wiedział, jak całą duszą ona pragnie, łaknie i woła o rolę Alcesty, inaczejby się zachowywał w gabinecie dyrektora teatru?! Teraz mu to wszystko mówi, rozdrażniona bólem, bez celu i wyrachowania, niezdolna do panowania nad sobą i obejrzenia się za środkami ratunkowemi, a uciskana tylko potrzebą wyrzucenia z siebie myśli i uczuć, krwawiących ją i rozdzierających. — Ta rola?! Ach! Czem była dla mnie ta rola?! — rzuca jakby jeszcze do siebie. Te słowa, te pytania poddają jej ton, nastrajają ją, jak potrzeba. Budzi się w niej aktorstwo, i to ogólno-ludzkie, którem człowiek sztukuje swą niemoc powszechną, zawodzącą go nawet przy wyrazie swych bólów, i to specyalne, sceniczne, teatralne, które aktorom podsuwa z tej suflerskiej budy, jaką jest pamięć, gotowe formy wyrazów, gestów, sytuacyi. Siada więc Joanna bliżej Flora, koncentruje się w pozie zaczepnej a malowniczej, podpiera twarz zaciśniętą kurczowo pięścią, wlepia w niego spojrzenie płomienne i, ile da się, palące, zaciska usta, aby ich następnemu otworzeniu dać kształt wybuchu. — Ta rola?! Ta rola?! I objaśnia Flora, jaka to wojna o role toczy się na tym okrutnym i bezwzględnym terenie boju, którym jest teatr?! Gdzie wszystkie perspektywy są zebrane i skurczone, aby uwydatnić w tem większej nagości pychę mocnych i nędzę słabych?! Gdzie dary i szanse rozdziela życie brudnemi i ordynarnemi rękoma dyrektora teatru?! Gdzie obcą jest lojalność, śmieszną rycerskość, głuchą sama litość?! Jak trudno jej było w ostatnich latach?! Jak okropnie ciężko?! Od tak dawna żaden już tryumf nie odświeżył jej artystycznych ambicyi. A w teatrze tryumfy jakieś są konieczne, absolutnie konieczne, bo tuż, tuż blisko, w kulisach wraz z inspicyentem, wywołującym aktorów na scenę, kręci się widmo groźne zapomnienia, cień tem czarniejszy, im jaskrawiej błyska światło rampy. Przypomina sobie szczęśliwe porównanie z jakiejś powieści o życiu aktorskiem: — Droga aktorki jest chodzeniem po drucie! Dla utrzymania równowagi na tej niebezpiecznej ścieżce dają nam, do żonglowania, płonące pochodnie. To role — te pochodnie. Każda z nich gotowa oparzyć żywem ogniem rękę, wyciągniętą dla utrzymania równowagi. A jednak, gdy tej obracającej się pochodni niema — spada się z wysokości w bagno lub przepaść... Gdyby jeszcze nie wiedziano o ich stosunku?! Ale takie rzeczy zawsze są wiadome, tembardziej, skoro się nie myślało o tem specyalnie, aby je ukryć?! — Udawano się do mnie o protekcyę?.... Zdjął ją żal bezmierny. — O protekcyę do ciebie! Wruszyła tragicznie ramionami: — Co o mnie powiedzą teraz?! Co o mnie będą myśleć?! Jak mnie będą lekceważyć?! Jak mną będą poniewierać?! Nie mogłam, nie umiałam dostać roli nawet... nawet... od... ciebie?! Na usta rwał się frazes: „Nawet od kochanka?!“ Przez poczucie efektu, które jej nie opuszczało, pominęła to słowo ze sztuczną wstydliwością. I to po to, aby zaraz bezpośrednio wybuchnąć słowem okrutnie bezwstydliwem: — A ty wiesz, czem ja będę, czem ja się stanę, gdy utracę moją pozycyę w teatrze?! Gdy nie będę mogła już nazwać się aktorką? artystką? I rzuca przed nim wyraz najdotkliwszy, jakim można zranić i sponiewierać kobietę. Cierpi, istotnie, strasznie. Mówi pewno prawdę. Ale mówi ją fałszywie, po aktorsku, jaskrawie i z przesadą. Jednak Flor czuje ból w tej pozie i mękę w tej przesadzie. Poza przecież płynie także z głębiny jakiejś potrzeby ludzkiej. A jeżeli człowiek czasem zieje dysonansami w momencie dramatycznym, może to obrażać smak artystyczny widza i słuchacza, ale ból nie jest przez to mniej rzeczywisty i mniej dojmujący. Ot, niektórzy ludzie nie umieją pięknie cierpieć. Brak im tego talentu. Joanna go nie posiadała. Flor zrozumiał ją przecież dokładnie już teraz, choć trochę późno i odczuwał w niej tragizm człowieka słabego, pod którym załamują się podstawy jego egzystencyi. Nie może wybaczyć sobie, jak był ślepym i jak dalece zatopionym we własnych tylko, swoich interesach. Ogarnia coraz lepiej rozmiary swej winy i siedzi skurczony, przytłoczony, pełen skruchy i niemego żalu, w pozycyi, jaka przystoi wielkim winowajcom. Oczywiście, wszystko to jutro odrobi. Niema już mowy, aby ktokolwiek inny grał Alcestę?! A to odrobienie uważa za rzecz tak prostą, naturalną, elementarną, że mu nie przychodzi na myśl powiedzieć o tem Joannie. I oto jedno słowo, to samo słowo, które leży prawie na jego ustach, wprowadziłoby odrazu pogodę do burzą skłóconej tak srogo atmosfery tego przytulnego apartamentu. Cień gęsty nieporozumienia rozsiałby się natychmiast. I nowe tęcze by wykwitły po sprzeczce żywiołów. Dobre duchy usłyszałyby tu już składanie się ust do nowych pocałunków. Ale ludzkich interesów pilnują i inne duchy. Naszeptały one coś do zgorączkowanej głowy Joannej. I ta znalazła zaraz nowe, większe jeszcze powody do rozpaczy. Bije się oto teraz białemi piąstkami po gładkiem czole. — Ależ ja byłam głupia dopiero! — woła po pauzie. — Jaka głupia?! Jaka głupia?! Zostawiona sama sobie przez młodzieńcze niedołęstwo Flora, wyobraża sobie teraz Joanna, że zrozumiała i przejrzała nawskroś tego chłopca z tak niewinną pozornie miną. Ależ on ją przecież — oszukał! Oszukał haniebnie! W pole wywiódł jak pierwszą lepszą szwaczkę! Kiedy ona prowadziła z nim politykę subtelną, cienką, w gruncie rzeczy śmieszną i niemądrą, on także z nią prowadził grę! Grę — jakże prostą, zwykłą, banalną! I ona dała się na to wziąć? Ona?! Tak doświadczona?! choć ciągle tak nieostrożna?! Tego fatalnego wieczoru to wydaje się jej najgorszem ze wszystkiego, najdotkliwszem, najbardziej upokorzającem, bo odsłania w niej zasadniczą słabość wobec życia, błąd organiczny jej natury, przez który musi nieodwołalnie zginąć. Jest za głupia, za łatwowierna, zamało ostrożna, zbyt ufna. Nie umie się nauczyć nic w szkole życia, w akademii teatru?! — Ach! teraz rozumiem wszystko! — woła. — Kawaler wziął mnie na kawał! Jak się bierze na kawał! Ah, na prosty, ordynarny, zwykły kawał! Poczyna się śmiać śmiechem sztucznym, naigrywającym nad jej własnem niedołęstwem. — Kawał? — pyta Flor, wytrzeszczając oczy z obawą, że może znowu czegoś w tej dyabelnej sprawie nie rozumie. Joanna zmienia tonacyę swego śmiechu. Teraz wybucha w sposób ostry, zjadliwy, zły i znieważający Flora: — Ale robił ciągle poetę! Wszystko w wielkim stylu! Wszystko wierszem! I powtarza z naciskiem: — Poeta?! Poeta?! Flor nie oryentuje się, jakie to razy nań spadają. Zaślepia go współczucie dla Joanny i szczere rozpamiętywanie swej winy. — Moja Joasiu, — odzywa się tonem, proszącym o łaskę przebaczenia. Ją teraz oburza, że on się nie demaskuje, że nie kwituje niczem z odbioru tego, co mu się należy. Powieksza więc dozę obelgi: — Znany dobrze ten typ, mój paniczu, znany. Wszystko wziąć i nic nie dać! Na tem polega sztuka! Cóż! Powinszuj sobie! Udało ci się, kawalerze!... Teraz dopiero Flor trzeźwieje, i nagle, jak nagle obudziłby się z drzemki człowiek, któremu by dano policzek. Wszystko wziął? Nic nie dał? Nareszcie rozumie. Rozumie wiele odrazu. To naprzód, że w różowy splot momentów, któremi upajała go miłość, wkręcała się stale i nić szara interesu. W naturze jego była i rea- lizmu pewna miara. To spostrzeżenie tem mniej go zrazić było zdolne dziś, kiedy odkryty przed nim został ciężki żywot tej kobiety, którą przywykł tak uważać za narzędzie radości i rozkoszy, iż nie przeleciało mu nigdy przez głowę, aby w niej paliły się bóle i jęczały smutki. Dobrze. Jeżeli jest coś interesownego w miłości aktorki do autora dramatycznego, rozporządzającego rolami, to gotów upatrywać w tej sytuacyi jakąś dozę sprawiedliwości. Ludzie powinni sobie służyć wzajemnie i pomoc nieść. Ale drży w nim coś głęboko w duszy z oburzenia, że przedstawiono mu ten element interesu w formie rachunku do zapłacenia!? I, co najgorsza, tak brutalnie, jakby był podstępnym bankrutem! Odzierają go z uroku! Wyobrażają go sobie i sądzą innym, niż on jest, zwłaszcza, aniżeli pragnąłby być wyobrażanym i sądzonym. A urok urabia sobie każdy człowiek żywotny, jakby się z wierzchu pokrywał rodzajem skóry, wystawianej na zmienności aury stosunków między-ludzkich. I ta skóra, naczyniana wpół świadomie a wpół pociemku, krojona jest na miarę duszy, dla uplastycznienia jej wszystkich wyżyn, i głębin, i zaokrągleń. W młodości skórka ta jest delikatna, bo świeża, a oddzieranie jej bardzo bolesne. Robi więc Flor natychmiast gesty ratunkowe, dążące do zachowania swego uroku, po- mimo, że zdaje sobie sprawę i z tego, że tu zaszła jakaś wielka katastrofa, która porywa i unosi to, czemu urok jego potrzebnym byłby najbardziej. Mówi do Joanny spokojnie, o ile może, i stanowczo, o ile go stać na to: — Uspokój się, Joasiu! Nikt nie myślał cię oszukiwać! Będziesz miała rolę! Joanna najmniej tego się w tej chwili spodziewa. Jeżeli dała sobie tyle folgi, to dlatego, że uważała wszystko za stracone. Likwidowała sytuacyę i zapisywała swe ciężkie straty. Przyjęła słowa Flora za dalszy ciąg kawału: — A jakże? Nieciemska odda rolę, jak jej każesz?! — Nieciemska nie dosłała roli... Joanna ogromnie się temu zdziwiła. — A kto? — zapytała głucho. — Malinowska. Zdumiała się! — Malinowska? — powtórzyła, jak echo. Coś w rodzaju nadziei odwiedziło zaraz jej serce. Powierzenie nowej wielkiej roli aktorce najzupełniej do roli tej odpowiedniej, przedstawiło się Joannie jako fakt, mniej dokonany od wielu innych. — Jakto? więc nie wszystko stracone?... — Nic nie było i nie jest stracone. — Ja mogę dostać tę rolę? — Masz ją. Daję ci słowo. Rzekł to z naciskiem. Ten nacisk jednak odnosi skutek odwrotny. Joasia myśli sobie: — Pożąda mnie jeszcze! I już wierzy, że nie wszystko jest stracone, tylko najmniej tę wiarę opiera na słowie uroczystem Flora. Buduje ją teraz szybko na namiętności jego, którą odgaduje żywą właśnie z jego słowa uroczystego. Uspokaja się. Postanawia naprawić kapitalny błąd swój, jak mniema, robi wstecz dwa kroki, odsłonięte ramiona cofa za siebie symbolicznym gestem. I mówi Florowi: — Dobrze. Owszem. Czekam na rolę. A do tego czasu, jeżeli łaska, zostaniemy... tylko przyjaciółmi.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Powrót z za świata.
