Read here

Podróż w czasie

Herbert George Wells · 1899 · Free in the US

56,544 words · about 3 h 58 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1899 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Podróż_w_czasie&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1899
Length
56,544 words · about 3 h 58 min
Sections
19 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (19)

Continue:

Opowieść fantastyczna

H. G. WELLS

Podróż w czasie

OPOWIEŚĆ FANTASTYCZNA

Z ANGIELSKIEGO PRZEŁOŻYŁ

Feliks Wermiński

SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI J. FISZERA

Nowy Świat № 9.

1900

Druk. P. Laskauera i W. Babickiego w Warszawie.

Opowieść fantastyczna

H. G. WELLS

Podróż w czasie

OPOWIEŚĆ FANTASTYCZNA

Z ANGIELSKIEGO PRZEŁOŻYŁ

Feliks Wermiński

SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI J. FISZERA

Nowy Świat № 9.

1900

Druk. P. Laskauera i W. Babickiego w Warszawie.

I.

WSTĘP.

Podróżnik po krainie Czasu (tak bowiem wypada go nazwać) wykładał nam przedmiot tajemniczy. Jego oczy szare świeciły i błyszczały, a na twarz, bladą zazwyczaj, wystąpił żywy rumieniec. Ogień na kominku jasno płonął, a miękkie promieniowanie świateł w srebrnych świecznikach uroczo muskało bulki, które powstawały i znikały w naszych szklankach. Krzesła nasze, jego wynalazku, — zamało powiedzieć, że nam wygodne dawały siedzenie: one nas obejmowały i pieściły. Owiewała nas ta poobiednia atmosfera zbytku, gdy myśli biegną z pewnym wdziękiem wolne od więzów ścisłości. I tak też biegły jego myśli w ciągu wykładu, w którym punkta tezy swej oznaczał cienkim swoim wskazującym palcem, podczas gdyśmy siedzieli i niedbale podziwiali jego gorące przejęcie się tym, według naszego zdania, nowym paradoksem, a więcej jeszcze — niezwykłą bujność jego myśli. — Zważcie dobrze — mówił. — Staję w sprzeczności z jedną lub dwiema ideami jaknajpowszechniej uznawanemi. Geometrya, np., której uczyliście się w szkołach, jest oparta na błędnem założeniu. — Czy nie jest to kwestya zbyt wielka, abyśmy się nią tutaj zajmować mogli? — zapytał rudowłosy Filby, człowiek wygadany co się zowie. — Nie myślę od was żądać, abyście przyjmowali cośkolwiek bez przekonania. Wkrótce zgodzicie się przynajmniej o tyle, o ile jest to dla mnie samego potrzebnem. Wiecie z pewnością, że linia matematyczna, linia grubości zero, niema bytu realnego. Uczyliście się przecież tego? Również nie ma bytu płaszczyzna matematyczna. Te rzeczy — to tylko czyste abstrakcye. — Wszystko to prawda — rzekł Psycholog. — Niema również bytu realnego sześcian, posiadający tylko długość, szerokość i grubość, czyli wysokość. — Na to się już nie zgadzam — powiedział Filby. — Bryła z pewnością może istnieć. Wszystkie ciała rzeczywiste... — Tak mniemają powszechnie. Ale poczekaj chwilkę. Czy może istnieć sześcian momentalny? — Nie rozumiem — rzekł Filby. — Czy może mieć byt realny sześcian, któryby nie trwał ani jednej chwili? Filby zamyślił się. — ciągnął dalej Podróżnik w Czasie — każde ciało realne musi mieć rozciągłość w czterech kierunkach: musi posiadać długość, szerokość, grubość i ; lecz przyrodzona nieudolność naszego ciała, którą wam natychmiast wyjaśnię, skłania nas do przeoczania tego faktu. W istocie są cztery wymiary: trzy, które nazywamy trzema płaszczyznami przestrzeni, i czwarty — czas. Istnieje wszakże dążność do wytykania bezzasadnej granicy pomiędzy trzema poprzedniemi wymiarami a ostatnim, ponieważ tak się dzieje, że nasza świadomość biegnie bez przerwy w jednym kierunku, wzdłuż tego właśnie ostatniego wymiaru, od początku do końca naszego życia. — Jest to — odezwał się Człowiek Bardzo Młody, czyniąc spazmatyczne wysiłki dla zapalenia cygara nad lampą — jest to w samej rzeczy najzupełniej jasne. — Otóż na szczególną uwagę zasługuje to, że tak powszechnie fakt ten lekceważą — ciągnął dalej Podróżnik w Czasie, z odcieniem lekkiej wesołości. — Rzeczywiście to, o czem ja mówię, jest tem samem, co zwykle rozumieją jako czwarty wymiar, choć z wielu ludzi, prawiących o tym czwartym wymiarze, żaden nie wie nawet, że nic innego właśnie nie ma na myśli, tylko pojęcie, przeze mnie tu wyrażone. Jest to tylko inny punkt patrzenia na czas. Niema innej zgoła różnicy pomiędzy czasem a którymkolwiek z trzech wymiarów przestrzeni, oprócz tej, że nasza świadomość porusza się wzdłuż tego właśnie czwartego wymiaru. Lecz niektórzy głupcy uwikłali się w fałszywy pogląd na to pojęcie. Słyszeliście wszyscy, co oni powiadają o czwartym wymiarze...

— Ja nie — rzekł major z prowincyi.

— Rzecz się ma tak. Przestrzeń, podług zdania naszych matematyków, ma mieć trzy wymiary, które można nazwać: długością, szerokością i grubością, i daje się zawsze określić stosunkiem do trzech płaszczyzn, z których każda leży pod kątem prostym do pozostałych. Lecz niektórzy ludzie filozofujący zapytali: dlaczego tylko trzy wymiary, dlaczego nie inny jeszcze jaki kierunek pod kątem prostym do trzech pozostałych? — i starali się nawet zbudować geometryę czterowymiarową. Będzie może miesiąc temu profesor Szymon Newcomb miał w tym przedmiocie wykład w Towarzystwie matematycznem. Wiecie jak na płaskiej powierzchni, która ma tylko dwa wymiary, możemy przedstawić rysunek bryły trój - wymiarowej. Otóż analogicznie sądzą niektórzy, że za pomocą modeli trój - wymiarowych będą mogli przedstawić ciała cztero - wymiarowe — jeżeli tylko owładną perspektywą przedmiotu. Czy nie tak?

— Tak sądzę — mruknął Major z prowincyi i, marszcząc brwi, wpadł w stan zadumy wewnętrznej i poruszał ustami, jak człowiek, który wymawia mistyczne jakieś wyrazy. — Tak, zdaje mi się, że teraz już rozumiem, — powiedział po niejakim czasie, z twarzą na chwilę wypogodzoną.

— Dobrze... Nie przypominam sobie, czy wam mówiłem, że czas jakiś zajmowałem się tą geometryą cztero - wymiarową. Niektóre z moich rezultatów są ciekawe. Np. oto portret jednego i tego samego człowieka, jeden w ósmym roku życia, drugi w piętnastym, inny w siedmnastym, w trzydziestym trzecim, i tak dalej. Wszystko to są przekroje, jakby trój - wymiarowe wyobrażenia, istoty cztero - wymiarowej, która jest przedmiotem stałym i niezmiennym. Uczeni — mówił dalej Podróżnik, z pewnym namysłem dla lepszego uchwycenia przedmiotu — wiedzą dobrze, że czas jest tylko rodzajem przestrzeni. Oto jest znany powszechnie diagram naukowy — sprawozdanie ze stanu pogody. Linia, którą pokazuję palcem, ma wskazywać ruch barometru. Wczoraj rtęć stała tak wysoko, w ciągu nocy opadła, dziś z rana podniosła się znowu, i tak dalej podnosi się stale aż do chwili obecnej. Z pewnością rtęć nie kreśli tej linii w jednym z wymiarów przestrzeni znanych dotychczas, lecz linię samą nakreśliła, a ta linia, jak musimy wnioskować, poszła w kierunku wymiaru czasu. — Ale — odezwał się Lekarz, patrząc uporczywie na płonące węgle — jeżeli czas jest rzeczywiście czwartym wymiarem przestrzeni, to dlaczego obecnie jest, a dawniej był, uważany za coś zupełnie odrębnego? I dlaczego nie możemy się poruszać wzdłuż czasu tak, jak się poruszamy wzdłuż każdego innego wymiaru przestrzeni? Podróżnik uśmiechnął się. — Czy tylko jesteś pan pewny, że możemy swobodnie poruszać się w przestrzeni? Możemy poruszać się na prawo i na lewo, w tył i naprzód, ile chcemy, i tak ludzie poruszali się zawsze. Przypuszczam, że mamy swobodę ruchów w dwóch wymiarach. Ale co powiedzieć o ruchu w górę i na dół? Tu krępuje nas ciążenie. — Nie zupełnie — rzekł lekarz. — Mamy przecież balony. — Ale przed wynalezieniem balonów, jeżeli pominiemy spazmatyczne podskoki oraz nierówności gruntu, człowiek nie miał wcale swobody ruchów w kierunku pionowym. — Zawsze jednak mógł poruszać się cokolwiek w górę i na dół — rzekł Lekarz. — Łatwiej, daleko łatwiej na dół niż w górę. — Ale pan nie zdołasz poruszyć się w czasie, wyjść z chwili obecnej. — Kochany panie, w tem właśnie się mylisz. Cały świat ma mylne wyobrażenie pod tym względem. Ustawicznie uciekamy od chwili bieżącej. Nasz byt umysłowy, który jest niemateryalny i nie ma wymiarów, porusza się w kierunku czasu z jednostajną szybkością, od kolebki do grobu, zupełnie tak, jak-byśmy musieli zejść na dół, gdybyśmy rozpoczęli istnienie nasze na wysokości pięćdziesięciu mil nad ziemią. — Największa jednak trudność w tem — przerwał Psycholog, — że możesz się pan poruszać w każdym kierunku przestrzeni, lecz nie możesz się poruszyć w czasie. — W tem tkwi jądro mojego wielkiego odkrycia. Lecz nie masz pan racyi, mówiąc, że nie możemy poruszać się w czasie. Jeżeli np. żywo przypominam sobie jakiś wypadek, to wracam w myśli do chwili, w której się wydarzył: staję się, jak mówią, absent - minded (w nieobecności nastrojonym na obecność); na chwilę odskakuję w tył. Zapewne, nie możemy zatrzymać się w czasie na przeciąg dłuższy, podobnie jak człowiek dziki lub zwierzę nie może się utrzymać na wysokości sześciu stóp nad ziemią; lecz człowiek cywilizowany stoi pod tym względem wyżej od dzikiego. Wbrew sile ciążenia może wznieść się w górę balonem: to i dlaczegóż nie miałby mieć nadziei, że wreszcie zdoła zatrzymywać lub przyśpieszać swój bieg wzdłuż wymiaru czasu, lub nawet zawracać i puszczać się w inną drogę? — O, co to... — zaczął Filby — to już jest... — Dlaczegoby nie? — przerwał mu Podróżnik w Czasie. — Sprzeciwia się to rozumowi — rzekł Filby... — Jakiemu rozumowi? — zagadnął Podróżnik. — Argumentami możesz pan dowieść nawet, że czarne jest białem — rzekł Filby — lecz nie zdołasz mnie pan nigdy przekonać. — Być może — rzekł Podróżnik — lecz zaczynacie już teraz spostrzegać przedmiot moich dociekań w geometryi cztero - wymiarowej? Oddawna już świtał mi pomysł machiny... — Do poruszania się w czasie?! — wykrzyknął młodzieniec. — Tak, do odbywania podróży w każdym kierunku czasu i przestrzeni, w jakim tylko jadący poruszyć się zechce... Filby ledwo się wstrzymał od śmiechu. — Ale ja mam sprawdzian doświadczalny! — rzekł Podróżnik. — O, jakżeby się taka machina przydała historykowi! — zauważył Psycholog. — Nie jeden mógłby cofnąć się daleko w przeszłość i sprawdzić powszechnie przyjętą opowieść o bitwie pod Hastings! — Sądzisz, że zwróciłby kto na ciebie uwagę? — rzekł Lekarz — przodkowie nasi nie bardzo się rwali do anachronizmów. — Niejeden mógłby tę grekę, której drugich naucza, wziąć z własnych ust Homera lub Platona — zauważył młodzieniec. — W tym wypadku byłbyś uważanym za drepcącego małym kroczkiem pedanta. Erudyci niemieccy tak już przecież wydoskonalili znajomość greczyzny. — W każdym razie na tej drodze jest przyszłość — powiedział Młodzieniec. — Dobra myśl! Możnaby zebrać swoje kapitały, złożyć na procent składany i puścić się na złamanie karku! — Aby znaleźć społeczeństwo — zauważyłem — zbudowane na podstawie ściśle komunistycznej. — Co za szalone dziwactwa! — zaczął Psycholog. — Tak, i mnie się to samo zdawało; to też postanowiłem nikomu nic nie mówić, dopóki-bym... — Nie sprawdził doświadczeniem... — podchwyciłem. — Więc istotnie myślisz o eksperymencie? — Eksperyment! — krzyknął Filby, który już czuł, że mózg mu schnąć zaczyna. — Pokaż w jakikolwiekbądź sposób swoje doświadczenie — powiedział Psycholog — chociaż, wiecie, wszystko to humbug. Podróżnik po krainie Czasu w koło się do nas uśmiechnął. Następnie, nie przestając zlekka się uśmiechać, zagłębił ręce w kieszenie spodni i wyszedł zwolna z pokoju. Słyszeliśmy tylko jego pantofle, jak klapały w długim korytarzu, który prowadził do laboratoryum. Psycholog spojrzał na obecnych. — Ciekaw jestem: co też zmajstrował? — Jakaś sztuczka prestidigitatorska lub coś podobnego — rzekł Lekarz. Filby zaś zaczął opowiadać o magiku, którego widział w Burslem, lecz, nim zakończył wstęp do opowieści, Podróżnik po krainie Czasu wrócił i anegdota Filby’ego przepadła.

II.

Machina.

Podróżnik po krainie Czasu trzymał w ręku jakiś przedmiot połyskujący. Był to mechanizm metalowy, niewiele większy od małego zegarka, a wykonany bardzo delikatnie, z kości słoniowej i jakiegoś przezroczystego ciała krystalicznego. Teraz muszę się bardzo jasno tłómaczyć, gdyż to, co następuje — jeżeli wogóle uznamy objaśnienie przyrządu za możliwe — jest czemś, co opowiedzieć się nie da. Podróżnik w Czasie wziął jeden z ośmiokątnych stolików, jakich kilka było w pokoju, i umieścił go przed ogniskiem, obiema zaś nogami stanął na dywanie przed kominkiem. Na stoliku postawił mechanizm, przysunął krzesło i usiadł. Na stole, oprócz przyrządu, była tylko niewielka lampa z przyciemką; jasne jej światło oświecało model. Było jeszcze nadto może ze dwanaście świec, z których dwie w bronzowych lichtarzach na kominku, a inne w srebrnych kandelabrach, tak, iż pokój był oświetlony rzęsiście. Siedziałem w nizkim fotelu, jaknajbliżej ognia, i wysunąłem się naprzód, aby znaleźć się pomiędzy ogniskiem a Podróżnikiem w Czasie. Po za nim siedział Filby, patrząc mu przez ramię. Lekarz i Major z prowincyi widzieli go z profilu ze strony prawej. Psycholog z lewej. Młodzieniec stał za Psychologiem. Byliśmy wszyscy na straży. Wydawało się niepodobnem do uwierzenia, aby można było odegrać przed nami jakąkolwiek sztuczkę, choćby najsubtelniej obmyślaną i wykonaną najzręczniej. Podróżnik w Czasie spoglądał kolejno na nas i na mechanizm. — No, cóż? — spytał Psycholog. — Ten mały przyrząd — odrzekł Podróżnik w Czasie, opierając łokcie na stoliku i ściskając aparat w rękach, jest tylko modelem, pomysłem machiny do podróżowania w czasie. Widzicie, że wygląda dość dziwacznie. Ten drążek ma dziwnie migocącą powierzchnię, jak coś, coby nie miało bytu realnego — wskazał przytem palcem na daną część przyrządu. — Tu znowu jest jedna niewielka dźwignia biała, tam druga. Lekarz podniósł się z krzesła — i spojrzał na przedmiot. — Jak to ślicznie wykonane! — zawołał. — Ten przyrząd zabrał mi dwa lata pracy — odparł Podróżnik w Czasie, a gdyśmy wszyscy poszli za przykładem Lekarza, mówił dalej: — Teraz chciałbym, abyście pojęli jasno, że gdy naciśniemy tę dźwignię, machina zostanie wprawioną w ruch postępujący w przyszłość. Ta druga dźwignia nadaje ruch w kierunku odwrotnym. To siodełko przedstawia siedzenie Podróżnika w Czasie. Obecnie nacisnę sprężynę, i maszyna pójdzie naprzód; zniknie, przejdzie do przyszłości i stanie się niewidzialną. Patrzcie bacznie na przyrząd. Patrzcie również na stolik, i bądźcie pewni, że tu niema żadnych sztuczek. Nie potrzebuję rozmyślnie pozbywać się tego modelu: uchodziłbym potem za szarlatana. Nastała jednominutowa przerwa. Zdawało się, że Psycholog chciał coś mówić do mnie, lecz zmienił zamiar. Podróżnik w Czasie wyciągnął palec ku dźwigni. — Nie — rzekł. — Daj rękę — i, zwracając się do Psychologa, wziął jego rękę w swoją i kazał mu wygiąć wskazujący palec tak, iżby Psycholog sam puścił model machiny czasu w nieskończoną podróż. Ujrzeliśmy wszyscy obrót dźwigni. Jestem najzupełniej pewny, że nie było w tem oszustwa. Uczuliśmy powiew wiatru, a płomień lampy wybuchnął w górę. Zgasła jedna świeca na kominku, a mała machina zaczęła nagle wirować, stała się niewyraźną, w ciągu sekundy było ją widać tylko jak widmo, jako wir połyskującego zlekka bronzu i ko- ści słoniowej, aż wreszcie przepadła — znikła! Na stole nie było nic prócz lampy. Na chwilę wszyscy oniemieli. Pierwszy Filby uznał się pobitym. Psycholog ocknął się z podziwu i nagle spojrzał pod stół. Wówczas Podróżnik w Czasie wesoło się roześmiał. — No, cóż? — zapytał, powtarzając słowa Psychologa. Następnie, podniósłszy się, poszedł do pudełka z tytuniem na kominku i, odwrócony tyłem, zaczął nakładać fajkę. Patrzyliśmy w osłupieniu, jedni na drugich. — Spójrz — rzekł Lekarz — czy mówisz seryo? czy istotnie sądzisz, że maszynka rozpoczęła już podróż w Czasie? — Z pewnością — odpowiedział Podróżnik, nachylając się dla zapalenia drewienka przy ogniu. Następnie obrócił się, zapalając fajkę, i spojrzał w twarz Psychologowi. (Psycholog dla okazania, że się nie czuje wcale wytrąconym z równowagi, szukał ratunku w cygarze i miał już je zapalić, zapomniał tylko obciąć). — Co więcej, mam dużą machinę na ukończeniu, tam — tu wskazał w stronę laboratoryum. — Gdy ją złożę w całość, sądzę, że będę mógł odbyć podróż już sam we własnej osobie. — Sądzisz pan, że machina powędrowała w przyszłość? — spytał Filby. — W przyszłość lub przeszłość — nie wiem z pewnością w którym kierunku. Po chwili Psycholog wpadł na nowy pomysł. — Musiała powędrować w przeszłość, jeżeli wogóle dokądkolwiek poszła — rzekł. — Dlaczego? — zagadnął Podróżnik w Czasie. — Ponieważ przypuszczam, że nie poruszyła się w przestrzeni, a gdyby powędrowała w przyszłość, to byłaby tutaj ciągle przez cały czas, gdyż musiałaby przejść ten czas. — Lecz — rzekłem — gdyby pomknęła w przeszłość, musiałaby być widoczną wtedy, gdyśmy po raz pierwszy weszli do tego pokoju, i w ostatni czwartek, gdyśmy tu byli, i w przedpokoju, i tak dalej! — Poważne zarzuty — zauważył Major z prowincyi, z miną bezinteresowną, zwracając się do Podróżnika w Czasie. — Ani na źdźbło — odparł Podróżnik, a następnie zwróciwszy się do Psychologa, dodał: — Pomyśl pan. Pan możesz to objaśnić. Jest to wyobrażenie z przed proga świadomości, wyobrażenie rozcieńczone (diluted presentation). — W samej rzeczy — rzekł Psycholog i wrócił nam pewność — jest to kwestya prosta w psychologii. Powinienem był o tem pomyśleć. To wystarcza i przepysznie podpiera paradoks. Nie możemy widzieć, nie możemy rozpoznać machiny, zarówno jak nie możemy zauważyć szprychy kręcącego się koła lub pocisku przebiegającego powietrze. Jeżeli ta machina przebiega czas pięć- dziesiąt lub sto razy szybciej niż my, jeżeli w naszą sekundę przebywa minutę, to wrażenie, jakie może wywołać, będzie z pewnością jedną pięćdziesiątą lub jedną setną tego, jakieby wywołała, gdyby nie przebiegała czasu. To dość jasne. Przesunął ręką przez to miejsce, w którem przedtem stała machina. — Czy widzicie? — zapytał, uśmiechając się. Siedzieliśmy może minutę, patrząc na pusty stół. Następnie Podróżnik zapytał nas: co myślimy o tem wszystkiem? — Łatwo w to uwierzyć wieczorem — powiedział Lekarz — lecz poczekajmy do jutra. Poczekajmy na zdrowy rozsądek poranku. — A czy nie chcielibyście zobaczyć samej machiny czasu? — zapytał Podróżnik. Następnie, wziąwszy lampę do rąk, poprowadził nas długim, ciemnym korytarzem do swego laboratoryum. Żywo przypominam sobie drżące światło, sylwetkę jego oryginalnej, dużej głowy, tańczące po ścianach cienie. Pamiętam jak szliśmy za nim, zakłopotani, pełni nieufności, i jak w laboratoryum ujrzeliśmy większe wydanie tego samego małego mechanizmu, który rozwiał się nam był w oczach. Jedne części były z niklu, inne z kości słoniowej, inne znowu niezawodnie wypiłowane z kryształu górnego. Wogóle przyrząd był już gotowy, tylko pookręcane pałeczki kryształowe leżały na ławce jeszcze niewykończone obok kilku arkuszy rysunków; wziąłem jedne z nich do rąk, aby się lepiej przyjrzeć. — Tak, zdaje się, że to kwarc. — Spójrz — rzekł Lekarz — czy mówisz naprawdę, poważnie? Czy też jest to tylko sztuczka, podobna do tego ducha, którego nam pokazywałeś w ostatnie święta Bożego Narodzenia? — Na tej machinie — rzekł Podróżnik, podnosząc do góry lampę, — zamierzam zwiedzić Czas. Rozumiecie? Nigdy w życiu nie mówiłem z większą powagą. Nikt z nas nie wiedział co o tem trzymać. Pochwyciłem wzrok Filby’ego poprzez ramię Lekarza; niedowiarek mrugnął na mnie znacząco.

III.

Podróżnik po Krainie Czasu wraca.

Sądzę, że kiedy się to wszystko działo, nikt z nas nie wierzył w zupełności w Machinę Czasu. W istocie, Podróżnik po Krainie Czasu był jednym z tych ludzi zbyt śmiałego umysłu, którym z powodu tej śmiałości właśnie wierzyć nie można. Nie wierzyło się w to, co się widziało dokoła niego; zawsze podejrzewało się podejście subtelne, zasadzkę jakiegoś ciekawego pomysłu pod pozorami szczerej otwartości. Gdyby np. Filby pokazał nam model i objaśnił rzecz słowami Podróżnika, okazalibyśmy mniej sceptycyzmu; z łatwością bowiem zdołalibyśmy przeniknąć jego pobudki: nawet i czeladnik rzeźnicki mógłby zrozumieć Filb’ego. Lecz w naturze Podróżnika tkwiło coś więcej niż powiew dziwactwa, i dlatego nie dowierzaliśmy mu. Rzeczy, które-by ustaliły sławę człowieka mniej zdolnego, w jego ręku wydawały się sztuczkami. Nie wzbudza ufności zbyt łatwe czegoś dokonanie. Ludzie poważni, którzy i jego też brali poważnie, nigdy nie byli bezpieczni od wybryków jego myśli; w końcu zawsze poznawali, że solidaryzowanie się z jego poglądami znaczy tyle, co przyozdabianie pokoju dziecinnego misterną porcelaną chińską. Nie sądzę przeto, żeby który z nas w rozmowach zajmował się bardzo podróżowaniem po Krainie Czasu, przez ten tydzień od ostatniego czwartku, jakkolwiek w większości umysłów naszych bezwątpienia tkwiła dziwaczna myśl jej funkcyi, zrozumiałości jej pomysłu a trudności do uwierzenia jej w praktyce, ciekawiej możliwości anachronizmu i szczególnego pomieszania pojęć, jakie w danym wypadku zachodzi. Co się tycze mnie osobiście, to głównie byłem zajęty sztuczką z modelem. Pamiętam, że rozprawiałem o tem z Lekarzem, którego w piątek spotkałem w Muzeum Linneusza. Powiedział mi, że w Tubindze widział już coś takiego, co przy pewnym wysiłku mogło zgasić świecę; nie umiał wszakże objaśnić w jaki sposób zrobiony był ten figielek. W następny czwartek znowu udałem się na ulicę Richmond. Sądzę, że byłem jednym z najstalszych gości Podróżnika w Czasie. Przybywszy dosyć późno, zastałem już cztery czy pięć osób zgromadzonych w salonie. Lekarz stał przed kominkiem, trzymając w jednej ręce jakiś papier, w drugiej zegarek. Obejrzałem się dokoła, szukając Podróżnika, a Lekarz się odezwał: — Już w pół do ósmej; możemy już chyba zasiąść do obiadu? — Gdzie on? — zapytałem o gospodarza. — A, dopiero pan przychodzisz? Coś dziwnego! Ma przeszkodę, od której nie mógł się uwolnić. W tej oto kartce prosi mnie, aby zasiąść do obiadu o siódmej, jeżeli nie wróci. Mówi, że wytłómaczy się po powrocie. — Zdaje się, że nie warto sobie psuć obiadu — rzekł wydawca naszego dziennika, a w tejże chwili Doktor zadzwonił. Oprócz Psychologa, Doktora i mnie nikt z obecnych dziś nie był na poprzednim obiedzie. Z nowych gości był Blank, wydawca, o którym wyżej, pewien dziennikarz i jeszcze jeden gość, jakiś badacz, spokojny i lękliwy, którego nie znałem, a który, o ile mi się zdaje, ani razu nie otworzył ust w ciągu wieczora. Przy obiedzie stawiano różne przypuszczenia o nieobecności gospodarza, ja zaś w pół żartobliwym tonie podsunąłem myśl podróży po Krainie Czasu. Wydawca zażądał wyjaśnienia. Psycholog rozpoczął niezręczne opowiadanie o «dowcipnym paradoksie i sztuczce», której byliśmy świadkami przed tygodniem. Był już w środku opowieści, gdy drzwi kurytarza otwarły się zwolna, bez skrzypnięcia. Siedziałem nawprost i pierwszy zauważyłem, że ktoś wchodzi. — Ach — zawołałem — nareszcie! Drzwi otwarły się szerzej — i Podróżnik w Czasie stanął przed nami. Wydałem okrzyk podziwu. — Na miłość boską! człowiecze, co się z tobą dzieje? — krzyknął Lekarz, który z kolei po mnie go ujrzał. I cały stół zwrócił się ku drzwiom. — Podróżnik w Czasie miał niepojęty wygląd. Jego surdut był zakurzony, brudny, wzdłuż rękawów czemś zielonem powalany; włosy, w nieładzie, wydawały się przypruszone siwizną — nie wiadomo czy wskutek pyłu, czy też wskutek rzeczywistej zmiany koloru. Blady był jak widmo; nad podbródku miał ciemną szramę, nawpół zabliźnioną, — wyraz twarzy błędny i wyczerpany, jakby po długiem cierpieniu. Na chwilę zawahał się na progu, jakgdyby oślepiony światłem. Następnie wszedł do pokoju: szedł krokiem nierównym, jaki spostrzegałem u kulejących. W milczeniu spoglądaliśmy nań, czekając co powie. Nie wyrzekł ani słowa, lecz z trudnością zbliżył się do stołu i wskazał na wino. Wydawca napełnił kieliszek szampanem i przysunął mu go. Podróżnik wychylił, i widocznie zrobiło mu to dobrze, bo rozejrzał się dokoła stołu, a na twarzy zajaśniał mu błysk dawniejszego jego uśmiechu. — Gdzieś był? na jakich światach, człowiecze? — zapytał Doktor. Podróżnik po Krainie Czasu, zdawało się, słów tych nie słyszał. — Nie przeszkadzajcie sobie — rzekł, jąkając się. — Nic mi nie jest. Zatrzymał się, znowu podsunął kieliszek i znowu wychylił go duszkiem. — Teraz już dobrze — powiedział. Oczy jego zaświeciły silniej, a lekki rumieniec ukazał się na policzkach. Jego wzrok ślizgał się po nas z wyrazem pewnego niejasnego zadowolenia, a następnie pobiegł dookoła ciepłego i wykwintnego pokoju. Później znowu zaczął mówić, ciągle jakby słów dobierał: — Pójdę się umyć i ubrać. Wrócę i opowiem wam... Zostawcie dla mnie kawałek tej baraniny... Łaknę kawałka mięsa. Spojrzał na Wydawcę, który był rzadkim gościem, uprzejmie go przywitał. Wydawca chciał go zapytać. — Zaraz wam opowiem — rzekł Podróżnik. — Jestem śmieszny! Będę gotów za minutę. Postawił kieliszek i skierował się ku drzwiom. Znowu zauważyłem utykanie i powłóczenie nóg po podłodze. Z miejsca swego przyjrzałem się tym jego nogom, gdy obok mnie przechodził. Nic nie miał na nich, oprócz pary zniszczonych, pokrwawionych skarpetek. Nareszcie drzwi zamknęły się za wychodzącym. Z początku chciałem iść za nim, alem sobie przypomniał jak nie lubił, żeby się nim zajmować. Może około minuty mój umysł pracował nad zagadką. Później słyszałem jak Wydawca powiedział, myśląc głośno (po jego wyjściu). — Dziwne zachowanie się naszego znakomitego scientysty! — Słowa te ściągnęły moję uwagę napowrót na oświetlony stół. — Co to znaczy? — rzekł Dziennikarz — Czyby on z amatorstwa zajmował się sprzedażą nabiału? Nie rozumiem. — Spotkałem się ze wzrokiem Psychologa i w jego twarzy wyczytałem własne tłómaczenie zagadki. Pomyślałem o tem, z jaką trudnością nasz Podróżnik musi się gramolić na schody. Nie sądzę, żeby kto więcej jeszcze oprócz mnie zauważył utykanie na nogi. Pierwszym, który ochłonął ze zdziwienia, był Lekarz; chwycił za dzwonek, bo Podróżnik nie lubił, aby podczas obiadu usługujący oczekiwali w pokoju na przyniesienie nowej potrawy. W tej chwili Wydawca z namaszczeniem powrócił do swego noża i widelca, a za jego przykładem poszedł i Milczący Gość. Obiad się kończył. Przez chwilę rozmowa składała się z wykrzykników z małemi przerwami niemego podziwu. Wydawca usychał z ciekawości; pytał: — Czy nasz przyjaciel nie doznaje czasem zawodu w pobieraniu swych dochodów? A może ulega napadom, jak Nabuchodonozor? — Jestem pewny, że to sprawa Machiny Czasu — rzekłem i przypomniałem to, co nam Psycholog powiedział był na poprzedniem zebraniu. Nowi goście wyrazili otwarcie niedowierzanie. Wydawca wystąpił z zarzutami: — Czemże właściwie było owo podróżowanie w Czasie? Czy człowiek może pokryć się pyłem, zanurzywszy się w paradoksie? Jestże to możliwe? Następnie, gdy się już raz myślą swoją rozgrzał, puścił się zaraz na karykaturę. — Czy w przyszłości niema miotełek do czyszczenia ubrania? — zapytywał. Dziennikarz również wierzyć nie chciał za żadną cenę i przyłączył się do Wydawcy w łatwem zresztą zadaniu ośmieszenia całej sprawy. Obaj byli dziennikarzami w nowym stylu: ludzie młodzi, bardzo weseli, nieszanujący powag. — Nasz korespondent specyalny z dnia pojutrzejszego donosi, — mówił, a raczej z humorem krzyknął, Dziennikarz, gdy Podróżnik już powracał do sali. Istotnie wszedł. Był ubrany w zwykły garnitur wieczorowy i nic, prócz błędnego wzroku, nie przypominało tej zmiany, która mnie odrazu tak w nim uderzyła. — Mówię — rzekł wydawca wesoło — że ci nic-dobrego mówili o tobie, iż podróżowałeś w środek przyszłego tygodnia! Jeżeli łaska, opowiedz nam wszystko o małym Roseberym. Jakiego chcesz honoraryum? Podróżnik po Krainie Czasu zasiadł na swojem miejscu, nie mówiąc ani słowa. Podług dawnego zwyczaju uśmiechał się spokojnie. — Gdzie moja baranina? — zapytał. — Jaka to przyjemność znowu wetknąć widelec w mięso! — A teraz opowiadaj! — krzyknął Wydawca. — Pal dyabli opowiadanie! — rzekł Podróżnik. — Muszę co zjeść. Ani słowa nie powiem, dopóki do moich arteryi nie dostanie się trochę peptonu. Dziękuję. — A teraz, soli. — Słówko — rzekłem. — Czy podróżowałeś w Czasie? — Tak — odpowiedział Podróżnik, mając pełne usta pieczeni, i skinął przytem głową. — Dam szylinga za wiersz dosłownego opowiadania — rzekł Wydawca. Podróżnik z Krainy Czasu posunął swój kieliszek w stronę Milczącego Gościa i trącił go końcem paznogcia; w odpowiedzi na to Milczący Gość, ciągle w twarz jego wpatrzony, poruszył się gwałtownie i nalał mu wina. Reszta obiadu przeszła spokojnie. Co do mnie, wiele kwestyi zawisło mi na ustach i muszę powiedzieć, że to samo było i z innymi. Dziennikarz usiłował przerwać ogólne skrępowanie, opowiadając anegdoty o Hettie Potter. Podróżnik po krainie Czasu całą uwagę swoją skierował na obiad i okazywał apetyt godny włóczęgi. Człowiek od Medycyny ćmił papierosa i z pod brwi spoglądał na gospodarza. Milczący Gość wydawał się bardziej jeszcze niezdarnym i niezdarzonym niż zazwyczaj: pił szampana w prawidłowych odstępach czasu i ze stanowczością spokoju dalekiego od wszelkiej nerwowości. Wreszcie Podróżnik odsunął talerz i rozejrzał się wkoło. — Przypuszczam, żem się wam winien wytłomaczyć — powiedział. — Byłem poprostu zgłodniały. Przeżyłem bardzo dziwne chwile. — Wyciągnął rękę po cygaro, obciął je i zapalił. — Lecz przejdźmy do fajczarni. Zbyt to długa historya, aby ją można opowiedzieć przed talerzami po jedzeniu. Nacisnąwszy dzwonek po drodze, poprowadził nas do sąsiedniego pokoju. — Czy mówiłeś Blankowi, Dashowi i Chose’mu o machinie? — spytał mnie, zwrócony do trzech nowych gości, rozpierając się w fotelu na biegunach. — Ależ cała ta sprawa to przecież żart! — zawołał Wydawca. — Dziś, tego wieczora nie będę się wdawał w dowodzenia. Nie mam zamiaru opowiadać wam bajek, lecz nie mogę też i wytaczać dowodów. Pragnę tylko — ciągnął dalej — opowiedzieć wam, co mi się wydarzyło, jeżeli słuchać zechcecie, lecz nie przerywajcie mi. Muszę wam to opowiedzieć. Źle na tem wyjdę: większa część tego, co powiem, wyglądać będzie na kłamstwo. Ale niech i tak będzie! Jest to przecież prawdą — każde słowo, wszystko co do słowa. — Byłem w laboratoryum swem jeszcze o czwartej, a od tego czasu... przeżyłem ośm dni... takich, jakich dotąd nie przeżyła żadna istota ludzka! Jestem dyabelnie znużony, lecz nie mógłbym zasnąć, dopóki - bym nie opowiedział wam wszystkiego. Wtedy dopiero pójdę do łóżka. Ale nie przerywajcie! — zgoda? — Zgoda — rzekł Wydawca, a pozostali echem powtórzyli: — Zgoda! I Podróżnik po Krainie Czasu zaczął opowiadać swe przygody, które tu dalej przytaczam. Z początku siedział w fotelu i mówił jak człowiek zmęczony; następnie się ożywił. Zapisując tę opowieść, czuję aż nadto dobrze niedostateczność pióra i atramentu, a nadomiar nieudolność własną do wyrażenia wszystkich jej zalet. Przypuszczam jednak, że przeczytacie z uwagą; szkoda tylko, iż nie możecie widzieć bladej, szczerej twarzy mówcy w jasnem oświetleniu małej lampy, — iż nie możecie słyszeć intonacyi jego głosu. Nie będziecie też mieli wrażenia z wyrazu jego twarzy, odbijającej w sobie koleje samych przygód. Większa część słuchaczy pogrążona była w cieniu, bo nie zapalono świec, i tylko twarz Dziennikarza i nogi Milczącego Gościa od kolan do stóp znajdowały się w oświetleniu. Z początku wciąż na siebie. Po pewnym czasie przestaliśmy patrzeć jeden na drugiego i wpatrywaliśmy się już tylko w twarz Podróżnika przybyłego z Krainy Czasu.

IV.

Podróż w Czasie.

— Przeszłego czwartku niektórym z was mówiłem o zasadzie, na jakiej zbudować można Machinę Czasu. Pokazałem w pracowni swej sam ten przyrząd, jeszcze wówczas niewykończony. Stoi on tam napowrót, trochę zniszczony w podróży; jeden z prętów kości słoniowej pękł, jeden drążek bronzowy się wygiął, lecz inne części są w dość dobrym stanie. Spodziewałem się, że wykończę przyrząd w piątek; lecz w piątek właśnie, gdy już prawie dobijałem do brzegu ze składaniem, spostrzegłem, że jeden pręt niklowy był zakrótki o cal, i musiałem to naprawić, tak, iż machina była gotową dopiero dziś rano. Dopiero tedy o dziesiątej dnia dzisiejszego najpierwsza ze wszystkich machin czasu rozpoczęła swą czynność. Dałem jej jeszcze ostatnie przyłożenie ręki, jeszcze raz sprawdziłem wszystkie śruby, wpuściłem jedną kroplę więcej oliwy na czop kwarcowy i zasiadłem na siedzeniu. Przypuszczam, że samobójca, który przykłada pistolet do czaszki, doznaje takiego samego podziwu nad tem, co go ma spotkać, jakiego ja doznawałem wówczas, gdym w podróż po Krainie Czasu wyruszał, jedną ręką ująłem dźwignię do puszczania w ruch, drugą — dźwignię do zatrzymywania, nacisnąłem pierwszą, a potem drugą. W tej chwili doznałem takiego wrażenia, jakgdybym się wywracał; jak zmora nocna dręczyło mnie uczucie padania. Spojrzałem dookoła: laboratoryum było jak przedtem. Co się stało? Na chwilę podejrzewałem, że mię mamią własne moje zmysły. Później spojrzałem na zegarek. Przed chwilą była może minuta po dziesiątej; teraz już prawie po wpół do czwartej! — Odetchnąłem, zacisnąłem zęby, ująłem oburącz dźwignię poruszającą i szybko zacząłem się poruszać. Laboratoryum ogarniał mrok coraz ciemniejszy. Pani Watchett, widocznie nie spostrzegłszy mnie, przeszła przez pokój ku drzwiom do ogrodu. Przypuszczam, że potrzebowała około minuty mniej więcej dla przejścia tej przestrzeni, lecz mnie wydawało się, że przeleciała przez pokój jak rakieta. Przesunąłem dźwignię do ostatniej podziałki: noc w jednej chwili, jakbyś lampę przykręcił. Upłynęła chwila, a po nocy znowu nagle poranek. Widziałem laboratoryum w konturach niejasnych i ciemnych; i odtąd już coraz niewyraźniej. Czarna noc następna prze- biegła, później znów dzień, znowu noc i dzień, i tak dalej, w coraz - to szybszej kolei. Uszy moje napełniły się szmerem jakiegoś wiru, a na umysł spadła mi dziwna, ciężka pomroka. Obawiam się, czy zdołam należycie wyrazić szczególne uczucie podróży w Czasie, uczucie bardzo nieprzyjemne. Dla samego siebie byłem jak człowiek wyrzucony z procy, spadający głową na dół. Gdy przyśpieszyłem bieg, noc następowała za dniem, jakby za uderzeniem czarnego skrzydła. Niewyraźny, mroczny obraz laboratoryum zniknął mi z oczu, i teraz już widziałem słońce, jak szybko biegło po sklepieniu niebios, jak przeskakiwało je w ciągu minuty, a każda minuta oznaczała dzień. Przypuszczałem, że laboratoryum już gdzieś przepadło, a ja dostałem się już w otwarty przestwór. Miałem niewyraźne wrażenie wchodzenia na rusztowanie, lecz poruszałem się zbyt szybko, abym mógł sobie zdać sprawę z ruchów, odbywających się wkoło mnie. Najpowolniejszy ślimak, jaki kiedykolwiek pełzał, dla mnie przelatywał jeszcze zbyt szybko. Migające się kolejno ciemności i światła było niezmiernie uciążliwe dla oczu. W przerwach ciemności widziałem księżyc, bieżący szybko od pierwszej kwadry do pełni, i spostrzegłem słabe migotanie gwiazd, krążących po niebie. Teraz, przy ciągle wzrastającej szybkości, drgania nocy i dnia zlały się w jednostajną szarość; sklepienie nieba nabrało cudnej głębokości błękitu, barwiło się wspaniale, jakby od zorzy porannej; żarzące się słońce stało się jedną pręgą ognistą, jednym łukiem świetlanym w przestrzeni a księżyc zmienił się we wstęgę falującego światła. Nie widziałem już gwiazd; widziałem tylko tu i owdzie wirujące jasne koła na błękicie. Krajobraz był mglisty i niejasny. Byłem wciąż jeszcze na stoku wzgórza, na którem stoi obecnie nasz dom; z boku wychylały się szare i ciemne pagórki. Widziałem drzewa wyrastające i znikające jak opary, to zielone, to szare; rosły, rozpuszczały konary i nikły. Widziałem wyrastające olbrzymie budynki, piękne, lecz jakby za mgłą i znikające jak we śnie. Zdawało mi się, że cała powierzchnia ziemi zmienia się, zlewa i topnieje w moich oczach. Małe wskazówki na tarczach zegarowych, które pokazywały szybkość lotu, obiegały krąg swój coraz szaleniej. Zauważyłem teraz, że pręga słoneczna przeskakuje ciągle to w górę, to na dół od jednego punktu przesilenia do drugiego w ciągu kilkudziesięciu sekund, jeszcze prędzej, coraz prędzej, że zatem więcej niż rok przebiegam w jednej minucie; i co minuta biały śnieg zasypywał świat i znowu znikał, ustępując miejsca jasnej i tak samo szybko przemijającej zieloności wiosny. Naraz nieprzyjazne wrażenie biegu utraciło swą przykrość, aż wreszcie zamieniło się na coś przypominającego wesołość hysteryków. Spostrzegłem niewłaściwe pochylenie machiny, i nie umiałem zdać sobie z niego sprawy. Umysł mój był zanadto wstrząśnięty, aby wytężać uwagę. Jakby ogarnięty szałem rzuciłem się w Przyszłość. Z początku nie przyszło mi na myśl zatrzymać się, nie myślałem zgoła o niczem, doznawałem tylko tych nowych wrażeń; lecz teraz w umyśle moim powstały nowe szeregi uczuć — pewnego rodzaju ciekawość, a następnie strach. Nareszcie uczucia te zawładnęły mną zupełnie. — Co za dziwny rozwój ludzkości! — mówiłem sobie. — Jakiż niesłychany postęp w naszej, ledwie zaczątkowej, cywilizacyi z czasem dokonać się może — myślałem, wpatrując się bliżej w ten ciemny, wymykający się świat, który biegł i falował przed memi oczyma. — Widziałem jak wyrasta dokoła mnie ogromna i wspaniała architektura, dająca nieskończenie wyższe wrażenie potęgi niż wszystkie budynki naszych czasów, a jednak napozór zbudowana z połysku tylko i mgły. Widziałem jak na pochyłości wzgórza rozkrzewia się o wiele bogatsza zieloność, a nic z bujności swej nie traci w porze zimowej. Ziemia wydawała mi się piękniejszą nawet poprzez tę jakby gazę oczarowania. I tak mój umysł, zrobiwszy niejako obrót koła, uczuł w sobie potrzebę zatrzymania się. Szczególnem niebezpieczeństwem grozić mogło to, że w przestrzeni zajmowanej przeze mnie lub przez machinę mogła się znaleźć jakaś materyalna substancya. Dopóki podróżowałem w Cza- sie z wielką szybkością, nie miało to znaczenia: byłem, że się tak wyrażę, wysubtelniony, przeciskałem się jak para przez odległości spotykane między cząsteczkami materyi. Lecz przy zatrzymaniu się groziło mi niebezpieczeństwo uwięźnięcia w przestworze, pochwycenia każdej mojej drobiny przez tę materyę, jaką mogłem na swej drodze spotkać; moje atomy mogłyby wejść w tak blizkie zetknięcie z atomami przeszkody, iż w rezultacie dokonałaby się głęboka zmiana chemiczna — być może nawet wybuch sięgający daleko, któryby i mnie i mój aparat wyrzucił przez wszystkie możliwe wymiary — aż do dziedziny tego, co nazywamy Nieznanem. Możliwość czegoś podobnego ustawicznie przychodziła mi na myśl, gdy budowałem machinę; lecz wówczas przyjmowałem to wesoło, jako ryzyko, niedające się pominąć — jedno z tych, na jakie człowiek zawsze musi się odważyć. Teraz, gdy ryzyko już bezpośrednio, nie widziałem go już w tak różowem świetle. W istocie, szczególnie dziwne położenie, w jakiem się znalazłem, dręczące brzęczenie i podskakiwanie machiny, a nadewszystko uczucie długiego upadku w przestrzeni wyczerpało zupełnie moje nerwy. Powiedziałem sobie, że nigdy już chyba nie będę mógł się zatrzymać, i w porywie wesołości postanowiłem zatrzymać się natychmiast. Jak obłąkaniec niecierpliwy szarpnąłem gwałtownie dźwi- gnię; w jednej chwili machina zatrzęsła się, a ja poleciałem w przestwór głową naprzód. W uszach rozległ mi się huk piorunu. Na chwilę byłem ogłuszony. Dokoła mnie szumiał grad bez litości, ja zaś siedziałem na miękkiej trawie przed wywróconą machiną. Wszystko wydawało mi się szarem, lecz zauważyłem już, że ustał zamęt w mym słuchu. Rozejrzałem się. Byłem, jak się zdaje, w ogrodzie, na małym trawniku, otoczonym zaroślami rododendronów, i zauważyłem, że ich fioletowe i ponsowe kwiaty sypały się jak deszcz od ciosów gradu. Spadający i odskakujący grad otaczał machinę jakby mgłą, a nad powierzchnią ziemi miał w oddali postać dymu. W jednej chwili przemokłem do nitki. — Piękna gościnność! — zawołałem — okazana człowiekowi, który podróżował niezliczone lata, żeby was zobaczyć. Teraz pomyślałem, jakiem było szaleństwem z mej strony wystawiać się na przemoczenie. Stałem i rozglądałem się dookoła. Poprzez ciemny strumień wody dawał się niewyraźnie dojrzeć olbrzymi jakiś kształt na tle rododendronów; była to postać wykuta z białego kamienia. Nic innego zresztą na świecie całym nie widziałem. Wrażenia moje trudno mi opisać. Gdy kolumny gradu zcieńczały, ujrzałem wyraźniej ową białą figurę. Była ogromnej wielkości, bo do ramion jej sięgały górne gałęzie brzozy. Marmurowy posąg miał kształt jakby skrzydlatego sfinksa; skrzydła jednak nie były osadzone prostopadle z boków, lecz rozpostarte jakby do lotu. Piedestał, jak mi zdawało, z bronzu, pokrywała gruba warstwa śniedzi. Oblicze zwrócone ku mnie; oczy, pozbawione wzroku, zdawało się jakby mnie śledziły; na ustach igrał lekki uśmiech. Twarz była silnie zmieniona przez wpływy atmosferyczne, co nadawało jej nieprzyjemny pozór chorobliwości. Stałem tak, patrząc na olbrzyma czas pewien — pół minuty, a może pół godziny. Doznawałem takiego złudzenia, jakby olbrzym przysuwał się i odsuwał w miarę tego, czy grad padał gęstszy czy rzadszy. W końcu oderwałem od niego oczy na chwilę i zauważyłem, że zasłona gradowa nabiera już przejrzystości, niebo się rozjaśnia, a słońce zaczyna się przez chmury przebijać. Znów spojrzałem na czołgające się białe kształty, i nagle stanęło przede mną jasno okropne zuchwalstwo mojej podróży. — Co będzie, co mogę ujrzeć, gdy ciemna zasłona zupełnie już zniknie? Czego już ludzie nie przeżyli? Co będzie, jeżeli okrucieństwo stało się namiętnością pospolitą? Co będzie, jeżeli w tym przeciągu czasu rasa zatraciła swe człowieczeństwo i wyrodziła się w coś nieludzkiego, niesympatycznego, a podbijająco potężnego? Może ujrzę jakie dzikie zwierzę z dawnego świata, tylko jeszcze straszniejsze i budzące odrazę wskutek podobieństwa do czło- wieka, — jakieś wstrętne stworzenie, które należałoby bez wahania zabić? Rozróżniałem już teraz inne wielkie kształty, olbrzymie budynki z krętemi balkonami i smagłemi kolumnami; obok nich zarosłe lasem zbocza wzgórzy wysuwały się, jakby pełzały ku mnie. Burza ustawała. Ogarnął mię strach paniczny. W szale skoczyłem do Machiny Czasu i starałem się szybko doprowadzić ją do porządku. Podczas tej czynności słońce uśmiechnęło się, promienie jego przedarły się przez burzę piorunową. Szary opad, zmieciony, rozwiał się jak powłóczysta szata ducha. Nade mną, na ciemnym błękicie letniego nieba, niewielkie resztki chmur kłębiły się, znikając powoli. Wokoło mnie stały jasno i wyraźnie olbrzymie budynki, błyszczące od wody deszczowej i upstrzone na biało ziarnami gradu, które jeszcze nie zdołały stopnieć, w kupkach tu i owdzie leżących. Czułem się bezbronnym pośród dziwnego tego świata; czułem niejako to, co może odczuwać ptak w czystem powietrzu, który wie, że nad nim krąży sokół i ma się nań rzucić. Obawa moja doszła do szału. Zaparłem oddech, zacisnąłem zęby i znowu pięścią i kolanami nacisnąłem machinę; poddała się rozpaczliwemu wysiłkowi: obróciła się, uderzając mnie silnie w podbródek. — Trzymając jedne rękę na siodle, a drugą na kierowniku, stałem cały drżący, gotów wzbić się na nowo. Lecz wraz z możliwością szybkiego odwrotu wróciła mi odwaga. Patrzyłem teraz z większą ciekawością a mniejszą trwogą na ten świat dalekiej przyszłości. W okrągławym otworze, wysoko w murze najbliższego domu, ujrzałem grupę osób ubranych w kosztowne, jedwabiste szaty. Zobaczywszy mnie, twarze swe ku mnie zwrócili. Wtedy usłyszałem zbliżające się głosy. W zaroślach około białego sfinksa migały się ramiona i głowy biegnących ludzi. Jeden z nich ukazał się na ścieżce, wiodącej prosto na trawnik. Była to mała, wątła istota — może cztery stopy wysokości — odziany w tunikę ponsową, przepasaną skórzanym pasem. Na nogach miał sandały, czy trzewiki — nie mogłem dobrze rozpoznać, łydki miał obnażone aż do kolan; szedł z gołą głową. Podczas tych spostrzeżeń dało mi się uczuć po raz pierwszy gorąco w powietrzu. Zbliżająca się postać uderzyła mnie odrazu jako istota bardzo piękna i wdzięczna, lecz i niesłychanie wątła. Rumiana twarz przypominała ładny typ suchotników — ową piękność hektyczną, o której tak wiele słyszymy. Na widok zbliżającego się nagle odzyskałem ufność. Odjąłem ręce od machiny.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…