Read here

Pod biczem zgrozy

Edgar Wallace · 1929 · Free in the US

42,352 words · about 2 h 58 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pod_biczem_zgrozy&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1929
Length
42,352 words · about 2 h 58 min
Sections
10 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (10)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 29 min
  3. I about 7 min
  4. II about 10 min
  5. III about 14 min
  6. IV about 9 min
  7. V about 14 min
  8. VI about 5 min
  9. VII about 12 min
  10. VIII about 18 min

Continue:

Front matter

EDGAR WALLACE

POD BICZEM

ZGROZY

całość

EDGAR WALLACE

POD BICZEM

ZGROZY

POWIEŚĆ

PRZEŁOŻYŁ F. MIRANDOLA

SKŁAD GŁÓWNY:

UDZIAŁOWA SPÓŁKA WYDAWNICZA

KRAKÓW 1929.

DRUKARNIA L. GRONUSIA I SKI W KRAKOWIE.

I.

AMATOR — WŁAMYWACZ.

Gdy w nocy dnia 27 maja r. 1911 policjant odbywając ront służbowy, stosownie do przyjętych na się obowiązków, zbadał drzwi i zamek magazynu jubilerskiego firmy Gilderheim, Pascal et Comp. w Little Hatton Garden, nie zauważył nic niezwykłego. Aż do dziewiątej wieczór p. Gilderheim i pierwszy jego buchalter zabawili w sklepie. Urzędnik policyjny, w cywilnem ubraniu, który miał za zadanie śledzić niezwykłe wydarzenia, uznał, że światło w oknie pierwszego piętra zasługuje na służbową jego obserwację, toteż wszedł po schodach, by stwierdzić przyczynę tego zjawiska. Dzień 27 maja był sobotnim, a w sobotę, w Hatton Garden, pracodawcy i funkcjonarjusze zwykli byli kończyć pracę najpóźniej o trzeciej popołudniu. P. Gilderheim, człowiek bardzo ugrzeczniony na odgłos pukania, pospieszył do drzwi, chwytając w rękę rewolwer, który na wszelki wypadek nosił stale w kieszeni. Doznał wielkiej ulgi przekonawszy się, że pukanie nie wywoła żadnej groźnej przygody, a tylko spowoduje rozmowę ze znanym mu urzędnikiem policji. Oznajmił mu, że otrzymał przesyłkę djamenŁów od pewnej firmy amsterdamskiej i chce kamienie posortować, przed pójściem do domu. Pożartowawszy jeszcze na temat siły uwodzicielskiej, jaką pociągają „potęgi ciemności“, djamenty wartości 60.000 funtów, urzędnik odszedł. O dziewiątej, czterdzieści minut zamknął p. Gilderheim klejnoty w swym, wielkim trezorze, przed którym w dzień i w nocy błyszczała lampka elektryczna, potem zaś w towarzystwie swego urzędnika opuścił dom Nr. 93, przy Little Hatton Garden i ruszył w kierunku Holbornu. Pełniący służbę policjant życzył im dobrej nocy, a urzędnik w ubraniu cywilnem, będący na drugim końcu ulicy, zamienił z nimi jeszcze słów parę. — masz pan służbę przez całą noc? — spytał p. Gilderheim, podczas gdy jego funkcjonarjusz przywoływał dorożkę. — Tak proszę pana! — rzekł urzędnik. — To dobrze — powiedział kupiec. — Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz wziąć na oko dom mój zwłaszcza. Trochę się boję, gdyż zostawiłem w kasie przedmioty wielkiej wartości. Urzędnik uśmiechnął się. — Niema, sądzę, żadnego powodu do obawy! Gdy tylko dorożka z p. Gilderheimem odjechała, wrócił do domu Nr. 93. Ale w krótkim przeciągu czasu od odjazdu handlarza djamentów, do powrotu funkcjonariusza tajnej policji zdarzyło się niejedno. Zaledwo Gilderheim doszedł doń, z drugiego końca ulicy nadeszło szybko dwu mężczyzn. Jeden z nich przystąpił do domu Nr. 93, otworzył bramę kluczem i wszedł. Drugi podążył za nim. Ruchy ich nie zdradzały braku pewności, ani też ukrywania się. Można ich było uważać za długoletnich lokatorów domu, wobec zupełnie normalnego i naturalnego sposobu postępowania. Nie upłynęło jeszcze pół minuty od wejścia człowieka drugiego, gdy zjawił się trzeci, idąc z tej samej strony, stanął przed domem, otworzył bramę z tym samym spokojem, jaki cechował pierwszego i wszedł także. W trzy minuty później, dwaj z całej trójki znaleźli się na pierwszem piętrze. Z niezwykłą zręcznością dobył jeden z kieszeń dwie, małe flaszki stalowe, dopasował węże gumowe i zmontował małą kolbę do lutowania u lampki swojej, podczas gdy drugi rozłożył na podłodze mały zbiór precyzyjnych i skończenie pięknych narzędzi. Żaden nie wyrzekł słowa. Leżeli płasko na podłodze, nie gasząc światła błyszczącego przed trezorem. Przez czas pewien pracowali w milczeniu, potem zaś silniejszy z nich dostrzegł zwierciadło umieszczone w suficie, tak, by przechodnie mogli widzieć górną część trezoru. — Myślę, że te zwierciadło może nas zdradzić. Drugi włamywacz, smukły młodzieniec, z włosami przypominającymi muzyka, potrząsnął głową. — Jeśli specjalnie dla tego celu nie postawiono na głowie wszystkich praw optyki, nie możemy być dostrzeżeni! — powiedział lekko cudzoziemskim akcentem. — Uspokaja mnie to! — odparł pierwszy. Podczas tego syczący płomień toczył stalowe drzwi, gwizdał zcicha i nucił jakąś melodyjkę. Starannie wytopił zamek, nie wątpiąc zgoła w powodzenie, gdyż kasa była starego typu. Przez pół godziny nie zamienili ze sobą słowa. Człowiek z kolbą kontynuował swą robotę, drugi zaś przyglądał się z niemem zainteresowaniem, gotów odegrać rolę swoją, gdy tylko nadejdzie czas właściwy. Po upływie pół godziny otarł starszy z nich wierzchem dłoni spotniałe czoło, gdyż płomień odbity od drzwi stalowych dawał się tęgo we znaki. — Czemużto, zamykając bramę, zrobiłeś tyle hałasu? — spytał. — Zazwyczaj jesteś bardziej ostrożny, Calli. Calli spojrzał nań z pewnem zdziwieniem. — Wcale nie narobiłem hałasu, drogi Jerzy! — powiedział. — Stojąc u wnijścia, nie był- byś nic usłyszał. Istotnie, zamknąłem drzwi równie cicho, jak przy otwieraniu. Potniejący człowiek, rozciągnięty na ziemi, uśmiechnął się. — Było to, zresztą, dla ciebie rzeczą łatwą. — Z jakiego powodu? — Z tego powodu, żem wcale nie zamykał. Wszedłeś wszakże zaraz po mnie. Było coś w milczeniu jakiem przyjęte zostały jego słowa, co go zmusiło podnieść oczy. Twarz towarzysza miała wyraz zdziwienia. — Otworzyłem drzwi kluczem własnym! — oświadczył młodzieniec przeciągłym tonem. — Otworzyłeś? — leżący na ziemi człowiek, zwany Jerzym, zmarszczył brwi. — Nie rozumiem cię Callidino. Wszakże zostawiłem bramę otwartą, ty zaś wyszedłeś zaraz po mnie. Udałem się prosto na górę, a ty za mną. Callidino spojrzał na towarzysza i potrząsnął głową. — Otworzyłem bramę sam, kluczem! — rzekł spokojnie. Może ktoś wszedł po tobie, natenczas mielibyśmy słuszny powód zbadać kto to uczynił. — Myślisz...? — Myślę, — rzekł młody Italczyk — że byłaby to rzecz arcy nie pożądana, gdyby trzeci dżentelmen był naszym świadkiem w tak nieodpowiednich okolicznościach. — Oczywiście, byłoby to wprost fatalne. — Dlaczego? Zerwali się, zdumieni wielce, gdyż głos, który zadał to pytanie bez śladu podniecenia, był właśnie głosem owego, trzeciego. Stał pod drzwiami, w kącie pokoju, zabezpieczony od dostrzeżenia przez okno. Miał na sobie frak, a przez ramię zwisał lekki płaszcz. Nie mogli osądzić, co to był za człowiek i jak wyglądał, gdyż czarna maska zasłaniała mu twarz od czoła, aż po podbródek. — Proszę, nie ruszajcie się panowie — powiedział — i nie uważajcie rewolweru w moim ręku za pogróżkę. Noszę go jeno dla własnej obrony, co jak przyznacie chyba jest zupełnie uzasadnione w tych okolicznościach i z uwagi na moje bardzo drażliwe położenie. Czynię to jeno przez ostrożność. Jerzy Wallis zaśmiał się z cicha. — Sir — powiedział, nie zmieniając postawy. — Zdaje mi się, jesteś pan człowiekiem wedle serca mego, ale będę pewniejszy, gdy się dowiem dokładnie, czego pan chcesz właściwie. — Uczyć się chcę! — oświadczył nieznajomy. Stał, patrząc na obu z wyraźnem zainteresowaniem. Przez otwory maski widniały oczy żywe i bystre. — Prowadźcie, panowie dalej dzieło swoje — powiedział. — Nie radbym, żadną miarą przeszkadzać. Jerzy Wallis ujął z powrotem kolbę i zwrócił się do drzwi kasy. Niezmiernie łatwo przystosowywał się do wszystkiego i nie było wypadku, by go w jakiejś sytuacji przyparto do muru. — Ano, mogę robić dalej, — powiedział — rzecz to bowiem obojętna teraz czy przestanę, czy nie, jeśli pan jesteś przedstawicielem prawa i porządku. O ile zaś nie wcielasz pan w sobie tych dwu, czcigodnych, wyśmienitych i koniecznych instytucji, to za zgodą pańską mógł- bym zabezpieczyć sobie bodaj połowę zdobyczy. — Zatrzymaj pan wszystko! — rzekł nieznajomy ostro. — Nie mam chęci dzielić się z pa-nem owocami rabunku, pragnę tylko poznać, jak się to robi... Oto wszystko. — Nauczę pana — oświadczył Jerzy Wallis, najsłynniejszy z włamywaczy — i to fachowo, gdyż znam swój zawód, proszę wierzyć. — Wiem o tem! — powiedział nieznajomy z całym spokojem. Nie zważając już zgoła na dziwną przeszkodę, jaka zaszła, podjął Wallis dalszą robotę. Ręce małego Italczyka drgały nerwowo. — Mogłoby było z jego strony zajść jakieś niepożądane wystąpienie, ale przeważna siła i zimna krew Jerzego, który był widocznie kierownikiem i przywódcą miały taki wpływ na towarzysza, że i on także przyjął na siebie wszelkie skutki, jakie mogły zagrażać z powodu obecności tego człowieka. Zamaskowany przybysz pierwszy przerwał milczenie. — Czy nie jest to dziwne, że istnieją szkoły techniczne,, poświęcone wszelkiego rodzaju rze- miosłom, a żadna nie zajmuje się umiejętnością niszczenia. Wierz pan, mówię szczerze, czuję wielką wdzięczność, że mogę patrzeć na dzieło mistrza. Mówił tonem dość sympatycznym, ale głos jego był potrosze twardy, co stało w sprzeczności z niedbałą formą słów. Człowiek na ziemi pracował dalej. Po chwili rzekł, nie obracając głowy. — Chciałbym wiedzieć w jaki sposób zdołałeś pan wejść. — Szedłem tuż za panem, — odrzekł zamaskowany — wiedząc, że obaj, przez roztropność, zachowacie pewne oddalenia od siebie. Wiedziałem także, iż obserwowaliście ten sklep już od tygodnia blisko, zmieniając się formalnie w pełnieniu służby nocnej. Dalej wynajęliście panowie wyżej, w ulicy, mały warsztat, z którego możliwem było śledzenie tego miejsca. Wyciągnąłem stąd wniosek, że dziś rano przynieśliście panowie swój gaz i noc obecna wybraną została do wykonania zamysłu. Jeden z panów śledził bacznie, kiedy zgaśnie światło w oknie, a p. Gilderheim wyjdzie. Zaraz po jego odjeździe, przyszedłeś pan, atoli towarzysz pański nie pospieszył za panem natychmiast. Ponadto zatrzymał się po drodze, by podnieść małą paczkę listów, zgubioną widocznie przez kogoś roztargnionego. Ponieważ wśród listów znajdowały się dwie, opieczętowane małe pakieciki, jakie zazwyczaj posyłają kupcy Hatton Garden odbiorcom swoim, było mi możliwem ujść baczności pańskiego towarzysza i wejść krok w krok za panem. Callidino zaśmiał się z cicha. — Wszystko w porządku! — rzekł, kiwając głową w stronę leżącego na ziemi. — To było bardzo zręcznie zrobione. Przypuszczam, żeś pan sam upuścił tę paczkę. Zamaskowany skłonił głowę gestem potwierdzenia. — Pracuj pan, proszę dalej, niech obecność moja nie powstrzymuje pana. — A co się stanie, gdy skończę? — spytał Jerzy, mając twarz zwróconą ciągle w stronę kasy. — Nic, o ile to mnie dotyczy. Gdy pan skoń- czysz robotę i dobędziesz to, co można stąd zabrać, odejdę niezwłocznie. — Przypuszczam, że zechcesz pan otrzymać swój udział? — Wcale nie! — odparł przybysz spokojnie. — Pod żadnym warunkiem nie przyjmę udziału, nie mając do tego prawa. Pozatem moje stanowisko społeczne, nie dopuszcza mi iść tą ślizką ścieżką dalej, jak do zamknięcia oczu na kradzież pańską. — Powiedzmy... zbrodnię włamania. — Zgoda! — oświadczył. — Niech będzie... zbrodnia włamania. Czekał aż do chwili, kiedy ciężkie drzwi trezoru ustąpiły bez szelestu, a Jerzy wsadził rękę, by wydobyć jego zawartość. Potem, nie rzekłszy słowa, skierował się do drzwi, zamykając je za sobą. Dwaj wspólnicy usiedli, nadsłuchując bacznie, ale doleciało tylko ciche zapadnięcie bramy na klamkę, nic pozatem. Dziwny człowiek opuścił tedy dom. Patrzyli po sobie... Jeden z nich był zaintrygowany, drugi zaś rozweselony. — Dziwny człowiek! — zauważył Callidino. Jerzy potwierdził gestem. — Bardzo dziwny! — rzekł. — A jeszcze dziwniejszem będzie, jeśli tej nocy ujdziemy z łupem naszym z Hatton Garden. Istotnie nastąpiło to „dziwniejsze“, gdyż nikt nie widział odchodzących złodziei klejnotów. Włamanie do trezoru Gilderheima stało się tematem interesujących rozmów, na równi z szansami „Funstora“, podczas wielkich wyścigów.

II.

WIELKI WYŚCIG FUNSTORA.

I znowu przyszło! Gilbert Standerton słyszał melodję łagodną, bolesną, poprzez rozgwar dźwięków i szmer głosów. Po chwili znowu znowu zaginęła, zapodziała się, jak złota nić zaplątana w szarą tkaninę życia powszedniego. Rozbłysła i zgasła. Gilbert usiłował stwierdzić skąd rozbrzmiały te tony. Była to melodja w tonacji F. dur, grana przez niewidzialnego skrzypka. — Będzie burza! — powiedział ktoś. Gilbert nie słyszał. Siedział na koźle powozu, oplótłszy ramionami kolana, a twarz jego okrywał pot rzęsisty. W postawie jego było coś tragicznego, tak, że budziło nawet pewną obawę. Profil, którym obrócił się do podrażnionego przyjaciela miał linje klasyczne, wysokie, dobrze wymodelowane czoło, nos za długi trochę może, oraz silny, zdecydowany podbródek. Gdy Leslie Frankfort podniósł oczy na nieprzytomnego marzyciela, wspomniał znany powszechnie portret Danta, mimo, że Dante nie miał twardego kapelusza, ani też nie okazywał tak wybitnego zainteresowania dla tłumu w dniu wyścigów. — Będzie burza. Leslie wyspinał się po stopniach i zajął miejsce na widowni obok Gilberta, który ocknął się z zadumy. — Naprawdę? — spytał, ocierając czoło. Ale rozglądając się w koło nie spojrzał wcale na ciemne chmury, spiętrzone ponad Bansteadem, jeno jął patrzeć po zbitych gęsto masach mężczyzn i kobiet, po jaskrawych plakatach, po stertach z desek na wzgórzu, długich szeregach płóciennych anonsów, zachwalających różne rodzaje wódek, cienkich rusztowaniach trybun na przeciwległej stronie areny. Bieganina, hałas i ożywienie nieprzejrzanych mas ludzkich, czyniły coś takiego, jak burza czerwcowa, rzeczą bez znaczenia zgoła. — Gdybyś pan wiedział, drogi przyjacielu, jak nieszczęśliwie wyglądasz z opuszczonemi brwiami, — powiedział teslie Frankfort, trochę zgryźliwie, ale dobrodusznie — nie siedziałbyś tu w pozie, która przypomina zupełnie obraz „Zrujnowany gracz“. Wiesz, przyjacielu, z ta wydłużona, ponura twarzą, byłbyś doskonałym modelem do ryciny kolorowej w świątecznym numerze pisma przeciw grze skierowanego. Myślę, że pismo takie istnieje chyba. Gilbert roześmiał się krótko. — Ludzie ci interesują mnie — powiedział, czyniąc wysiłek, by mówić. — Czy możesz pan sobie wyobrazić jakie myśli nurtują ich? Każdy poszczególny to cała, swoista osobowość, każdy nosi w sercu obawę, lub nadzieję, każdy z nich posiada zdolność kochania, nienawidze- nia, czy smucenia się. Spójrz pan na tamtego, oto człowieka! — wskazał długim, nerwowym palcem. Wskazany człowiek stał pośród małej, zielonej oazy, gdzie ruch publiczności był tak uregulowany, że pozostało trochę wolnego miejsca. Stał tu człowiek średniego wzrostu, w czarnym, sztywnym kapeluszu nasuniętym na czoło, z długiem cienkiem cygarem w białych, regularnych zębach. Był zbyt oddalony, by Leslie mógł dostrzec te wszystkie drobne szczegóły, ale wyobraźnia Gilberta Standertona uzupełniła luki w obrazie człowieka, którego zresztą raz już widział. Jakgdyby badawcze spojrzenia, człowiek ów obrócił się i podszedł zwolna do placu zarezerwowanego dla powozów. Wyjąwszy z ust cygaro, uśmiechnął się na widok znajomego, siedzącego na koźle. — Co słychać, sir? Głos jego brzmiał przenikliwie i cienko, jakby ich dzieliła przestrzeń niezmierna. Ale krzyczał widocznie dlatego, by zostać dosłyszanym mimo rozgwaru głosów tłumu. Gilbert uśmiech- nięty pozdrowił go skinieniem dłoni, poczem człowiek ten złożył ukłon kapeluszem i obróciwszy się wpadł w tłum, który go pochłonął. — To złodziej, — rzekł Gilbert — a w dodatku — typu największego i najpiękniejszego. Nazywa się Wallis. Iluż takich Wallisów tutaj. Dla człowieka myślącego, tłum taki jest widowiskiem strasznem. Towarzysz spojrzał nań bystro. — Tłum ludzki jest dopiero wówczas straszny, gdy trzeba się przezeń przeciskać podczas burzy — rzekł jako człowiek praktyczny. — Mo jem zdaniem, powinniśmy odejść stąd i wziąć auto. Gilbert skinął głową. Wstał sztywnie, jak-by miał skurcz nóg i zstąpił powoli po stopniach na ziemię. Przeszli zagrodzenie wskos przez arenę, mały placyk do siodłania przeznaczony, potem długie kurytarze, gdzie jak zawsze w dniu wyścigów tłoczyli się sprawozdawcy dziennikarscy, dżokeje i kelnerzy. W końcu dotarli do ulicy głównej. Wśród otoczonego linami parku automobilowego odnaleźli swój wóz i co było dziwniejsze, zastali szofera. Dwa razy już zamigotały nad Downsem ostrzegawczo sine błyskawice, a dusznem powietrzem wstrząsnął grzmot, w chwili gdy wóz zaczął się włączać w nić pojazdów, wracających do Londynu. Burza, kotłująca już przez całe popołudnie runęła ze straszną wściekłością na Epsom. Błyskało nieustannie, deszcz stał się jedną, nieprzeniknioną falą wody, a pioruny padające raz po raz ogłuszały jadących. Wielki tłum ludzi na wzgórzu rozpełzł się. jakby topniejąc. Brzegi jego wystrzępiły się w długie, czarne kosmyki. Wszyscy biegli spiesznie ku trzem stacjom pobliskim. Trzeba było niezwykłej zręczności, by przewijać auto poprzez chaos powozów i dorożek automobilowych, w którym grzęzło nieustannie. Standerton zajął miejsce obok szofera, mimo że wóz był kryty. Był człowiekiem o bystrej spostrzegawczości i zaraz przy drugiej błyskawicy, zauważył, że twarz szofera pobladła i wargi drzeć mu zaczęły. Nocna, nieledwo ciemność, okryła niebo. Widnokrąg brzeżyła wokoło mętna, groźna, pomarańczowej barwy mgła. Tak strasznej burzy nie było w Anglji od lat całych. Młodzieniec obok szofera nie zwracał uwagi na strugi deszczu. Obserwował tylko nerwowe jego ręce, które musiały kręcić kierownicą nieustannie w obie strony, gdyż wóz zataczał zakręty w drogi poboczne, by uniknąć zatłoczonego gościńca głównego. Nagle tuż przed autem zamigotał pas światła, a Standertona ogłuszył huk, straszliwszy jeszcze od poprzednich piorunów. Szofer rzucił się instynktownie wstecz, pobladłszy ze strachu, drżące ręce puściły kierownicę, a stopa spadła z pedału. Wóz byłby mógł stanąć, gdyby nie to, że znajdował się tuż nad brzegiem silnego spadu. — Boże wielki! — jęknął. — To straszne! Nie dam już rady, sir. Natychmiast chwyciły dłonie Standertona kierownicę, a elegancko obuta stopa spoczęła na pedale hamulca. — Idź pan stąd! — wykrzyknął gniewnie. — Prędko, zamieńmy miejsca! Szofer usłuchał i drżący, z oczyma zasłonionemi dłońmi zajął miejsce swego pana, podczas gdy tenże przesunął się na miejsce kierowcy i włączył motor. Całe szczęście, że był wybitnie zręcznym automobilistą, ale musiał wytężyć wszystkie swe zdolności, by sprowadzić wóz po zboczu, wiodącem do gliniastego downsu. Podczas gdy jechali rzutami, spadła znowu taka zlewa, że ziemię pokryła fala, jak w czasie powodzi. Koła ślizgały się i usuwały po gliniastym gruncie, ale kierowca zachował bystrość umysłu i zjechawszy po pochyłości, wyprowadził wóz z powrotem na gościniec. Był zasiany biegnącymi spiesznie ludźmi, toteż trąbiąc nieustannie, posuwał się powoli. Nagle wóz drgnął i stanął. — Co się stało? Leslie Frankfort spuścił okno, dzielące siedzenie kierowcy od wnętrza. — Patrz pan na tego, starego człowieka! — rzekł Gilbert przez ramię. — Czy pozwolisz, bym go wziął ze sobą? Potem powiem dlaczego to czynię. Wskazał dwie, smętne postacie nad skrajem gościńca. Był to stary i dziewczynka. Leslie nie mógł dokładnie widzieć ich twa- rzy. Stali, zwróceni plecami do burzy, rozpościerając nad sobą cienki płaszcz. Gilbert krzyknął coś, a na dźwięk jego głosu stary obrócił głowę. Miał twarz piękną, wąską, wykwintnie zakrojoną i uduchowioną, była to twarz artysty. Szpakowate włosy spływały poza kołnierz, a pod płaszczem trzymał coś, co chronił z wielką pieczołowitością, nie zważając na straszliwą ulewę i własną ochronę. Dziewczyna, stojąca obok niego miała około siedmnastu lat. Spojrzenie jej było smutne. Bez trwogi patrzyła wielkiemi oczyma na siedzących w aucie. Stary człowiek zawahał się, wobec zaproszenia Gilberta, ale gdy tenże uczynił gest niecierpliwy, przeniósł dziewczynę przez gościniec, a Leslie otworzył drzwiczki. — Wskakujże pan prędko! — powiedział. — Woda cieknie z pana! Zatrzasnąwszy drzwiczki usiadł naprzeciwko. W opłakanym znajdywali się oboje stanie. Suknia dziewczyny zwiotczała zupełnie, a twarz miała tak mokrą, jakgdyby wyszła wprost z wody. — Proszę zdjąć płaszcz! — powiedział Leslie krótko. — Mam kilka suchych chustek, chociaż przydałoby się pani raczej prześcieradło. — Bardzo pan uprzejmy — odrzekła z uśmiechem, — ale zniszczymy panu auto. — O, to nic nie szkodzi! — rzekł z uśmiechem. — Zresztą nie jestem właścicielem wozu. W każdym razie — dodał — gdy wejdzie tu Mr. Standerton, zawala go znacznie gorzej jeszcze. Zadał sobie pytanie, jaki dziwny kaprys skłonił Standertona do udzielenia tym ludziom schrony w swej limuzynie. Stary jegomość uśmiechnął się, nim zaczął mówić, a pierwsze zaraz słowa dały objaśnienie. — Pan Standerton był dla mnie zawsze bardzo dobry! — rzekł uprzejmie, pokornie niemal. Głos miał łagodny, mile brzmiący, a Leslie nabrał przekonania, że jest to głos człowieka kulturalnego. Uśmiechnął się mimowoli, nawykły do spotkań z przyjaciółmi Standertona. Toteż nie zdziwił go wcale ten, ociekający wodą skrzypek uliczny. Tak go oszacował, widząc szyjkę skrzypiec, wyzierającą z pod przemoczonego płaszcza. — Znasz go pan tedy? Potwierdził skinieniem. — Znam go bardzo dobrze! — powiedział. Dobył z pod płaszcza skrzypce, a Leslie zauważył, że był to stary instrument. Stary muzyk zbadał skrzypce starannie, potem zaś, westchnąwszy z ulgą, położył je na kolanach. — Sądzę, że nie ucierpiały, nieprawdaż? — spytał Leslie. — Nic, sir! — odparł muzykus. — A już bałem się bardzo, by w dniu tak pomyślnym nie ponieść klęski. Grali w Downs i zarobili sporo. — Bratanica moja gra także — dodał skrzypek — coprawda, oboje nie lubimy tłumu, ale znaczy to tyle co pieniądze — uśmiechnął się — a położenie nasze nie pozwala odsuwać korzystnej sposobności. Wydostali się z zasięgu burzy, a minąwszy Sutton, wjechali w okolice o suchych niemal drogach. Gilbert zatrzymał wóz i oddał kierownicę zawstydzonemu szoferowi. — Bardzo mi przykro, sir! — zaczął biedak. — Nie martw się pan tem! — powiedział Gilbert z uśmiechem. — Cóż za wstyd, że człowiek boi się burzy. Sam nieraz dawniej doznawałem czegoś takiego, zanim zdołałem słabość tę opanować... Są rzeczy gorsze... — zakończył, napoły do siebie. Podczas gdy biedny szofer bąkał słowa podzięki, Gilbert otworzył drzwi i wsiadł. Skinął głową staremu, a dziewczynę pozdrowił przelotnym uśmiechem. — Poznałem pana zaraz! — powiedział. — To jest pan Springs... — zwrócił się do Leslie Frankforta — mój bardzo dawny przyjaciel. Jeśli jadałeś pan kiedy u St. Johnsa Wooda, musiałeś pan niechybnie słyszeć skrzypki Springsa... Była to już część programu... nieprawdaż? Zresztą, czy grałeś pan... — spytał nagle i urwał a stary skrzypek, mylnie zrozumiawszy te słowa, potwierdził gestem głowy. — W każdym razie — powiedział Gilbert odmiennym tonem — nie byłoby to po ludzku pozwolić, by moja orkiestra prywatna utonęła w Epsom Downs, nie mówiąc już o możliwości zabicia przez piorun. — Czy istniało rzeczywiście takie niebezpieczeństwo? — spytał Leslie zdziwiony wielce. Gilbert skinął głową. — Przejeżdżając przez Downs widziałem jakiegoś zabitego piorunem biedaka! — powiedział. — Zebrało się wkoło niego dużo ludzi, tedy nie zatrzymałem wozu. Widok był straszny. Spojrzał przez owalne okienko w tylnej ścianie. — Jeszcze dziś wieczór będziemy mieć huragan w Londynie! — dodał. — Ale w mieście burza nie oddziaływa tak podniecająco. Dachy wysokich domów mają coś uspokojającego dla ludzi nerwowych. W Balham rozstali się ze starym skrzypkiem i bratanicą jego, a gdy auto ruszyło dalej, Leslie zwrócił się do towarzysza z wyrazem zdziwienia. — Gilbercie, jesteś pan człowiek dziwny i wyznać się na panu trudno! — powiedział. — Jeszcze dziś rano nazwałeś się sam „rozbitkiem nerwowym“... — Czy tak powiedziałem? — spytał Gilbert oschle.. — Nie użyłeś pan, coprawda, tych słów — odparł Leslie z niechęcią, — ale było to bardzo podobnem sformułowaniem stanu, odpowiadającego panu wyraźnie. Potem zaś, wobec huraganu, który i mnie napędził strachu niemałego, zajmujesz pan, poprostu, miejsce szofera i prowadzisz wóz poprzez wichurę. Ponadto masz pan tyle jeszcze względów, że zabierasz po drodze starucha, chociaż nikt nie uczyniłby panu najlżejszego wyrzutu, gdybyś go zostawił na pastwę losu. Gilbert milczał przez chwilę, potem zaś rzekł, roześmiawszy się gorzko. — Istnieją całe tuziny rodzajów nerwowości, ale żadna, przypadkowo nie jest moją. Ten staruch, to czynnik ważny mego życia, chociaż o tem nie wie... a ponadto narzędzie losu. Uroczyście niemal, zniżył głos, po chwili zaś przypomniawszy sobie, że spoczywa na nim zaciekawione spojrzenie towarzysza, powiedział oschle. — Drogi przyjacielu, nie wiem, w jaki sposób odniosłeś pan wrażenie, że jestem „rozbitek nerwowy“. Jest to, coprawda stan niezbyt od- powiedni dla człowieka, który ma zamiar w tym jeszcze tygodniu wstąpić w związki małżeńskie. — To właśnie może być przyczyną, drogi przyjacielu — powiedział Leslie z rozwagą. — Znam mnóstwo ludzi, których ta ewentualność wprawiła w stan niesamowitego rozdrażnienia Na przykład, choćby taki Tuppy Jones, który poprostu uciekł. Dzienniki zamieściły wiadomość, że utracił pamięć, czy podobną podały brednię. Gilbert uśmiechnął się. — Uczyniłem coś, co niemal równa się ucieczce, poprosiłem mianowicie o odłożenie zaślubin. — Ale dlaczego? — badał Leslie. — Jeszcze dziś rano, przybywszy po pana, chciałem o to spytać, potem jednak wyszło mi z pamięci. Pani Cathcart powiedziała, że słyszeć o tem nie chce. Mimo, że Gilbert nie zachęcał do dalszego snucia tego tematu, ciągnął gadatliwy młodzieniec dalej. — Synu mój, przyjmij dar bogów. Zaraz otrzymasz posadę w ministerstwie spraw zagranicznych, za czas niedługi możesz zostać wice- ministrem, przytem zachwycająca, piękna narzeczona. Jesteś pan bogaty... — Wołałbym nie słyszeć tego! — rzekł Gilbert szorstko. — Tak sądzą wszyscy w Londynie. Tymczasem, poza pensją nie posiadam żadnych zasobów pieniężnych. Ten wóz — dodał w odpowiedzi na pytające spojrzenie — jest, coprawda, moją własnością... przynajmniej dał mi go stryj i nie sądzę, by zażądał zwrotu, zanim go sprzedam. Dla mnie, nie ma to na szczęście żadnego znaczenia — podkreślił, twardym jeszcze tonem — ale jestem niemal pewny, że dwie trzecie stosunków przyjacielskich i cała serdeczność, jaką mnie darzą ludzie czasem, wszystko to polega na łudzeniu się co do mego bogactwa. Ludzie myślą, że jestem spadkobiercą stryja. — Czyż nim pan nie jesteś? — spytał Leslie ze zdumieniem. Gilbert zaprzeczył gestem głowy. — Niedawno wyraził stryj zamiar, zapisania całego majątku tej, czcigodnej instytucji, która oddaje tak nieocenione przysługi psiemu rodzajowi... domowi psów w Battersea. Dobroduszne rysy Leslie nabrały wyrazu tragicznego osłupienia. — Czyś pan to powiedział pani Cathcart? — spytał. — Pani Cathcart? — zdziwił się Gilbert. — Nie, nie wspomniałem o tem wcale. Nie sądzę, by to było potrzebne... Zresztą — dodał z uśmiechem — Edyta nie zaślubia mnie dla pieniędzy. Sama jest bardzo majętna, nieprawdaż? Chociaż niema dla mnie znaczenia, czy jest bogata, czy biedna. Resztę drogi przebyli obaj w zupełnem milczeniu, a przy skręcie Jamesstreet wysadził Gilbert przyjaciela. Sam pojechał dalej, do małego domku, wynajętego przed rokiem, wraz z całem urządzeniem, w czasie, kiedy małżeństwo stanowiło możliwość bardzo odległą jeszcze, a jego warunki życiowe były nierównie świetniejsze, niż obecnie. Standerton zaliczał się do jednej z tych przedziwnych rodzin, których członkowie są wyłącznie kuzynami, bliższymi i dalszymi. Stryj jego, zdziwaczały Anglo-Hindus wziął na siebie przyszłość chłopca i wpływowi jego głównie zawdzięczał Gilbert stanowisko teraz zajmowane. Co , naznaczył go swoim spadkobiercą, że zaś był człowiekiem raczej gadatliwym, niż skrytym, wieść o wielkiem szczęściu Gilberta rozeszła się po wszystkich zakątkach Anglji. Potem, na miesiąc przed początkiem niniejszego opowiadania, padła niby bomba krótka wiadomość od stryja, że uznał za stosowne zmienić postanowienia testamentu i Gilbert może liczyć tylko na tysiąc funtów, które to pieniądze należą mu się z prawa, podobnie jak innym, niezliczonym krewnym. Nie był to dla Gilberta cios wielki, zasmucił się tylko z obawy, że mógł czemś urazić swego, porywczego stryja. Cenił dobroć staruszka zbyt wysoko, by mu brać za złe to dziwactwo, mimo, że go uczyniło człowiekiem biednym niemal. Zmieniłoby to było w znacznej mierze cały dalszy przebieg życia, gdyby zawiadomił jednego bodaj człowieka o zmianie widoków na przyszłość.

III.

GILBERT ODDALA SIĘ NAGLE.

Właśnie przebierał się Gilbert na wieczór, gdy nadpłynęła na Londyn burza. Nie utraciła jeszcze ni cząstki swej, niesamowitej potęgi. Przez godzinę łyskotało błękitne światło wyładowań elektrycznych po całej ulicy, a dom dygotał, wstrząsany strasznemi uderzeniami piorunów. Nastrój Gilberta harmonizował z rozpętaniem żywiołów, bowiem w sercu jego szalała burza, wstrząsająca podwalinami życia. Zewnętrznie nie było widać śladu tej męki. Twarz, jaką widział w lusterku do golenia była nieruchomą maską, bez wyrazu. Posłał służącego po taksówkę. Burza przeszła szybko ponad stolicą i gdy wyszedł na ulicę, wymytą do czysta deszczem, rozbrzmiewały już tylko grzmoty dalekie. Kilka, sieczonych wiatrem kłębów chmur sunęło szybko po niebie, spóźniły się, usiłowały doścignąć szalonym polotem armję główną. Wysiadł powoli, wahając się przed domem Nr. 279, przy Portland Square. Miał się pozbyć niemiłej sprawy, równie, a może bardziej jeszcze niemiłej dla niego, niż przyszłej teściowej. Nie wątpił zgoła, że podejrzenie, jakie w nim obudziły słowa Lesliea jest niesprawiedliwe i niegodne. W salonie, gdzie go wprowadzono, nie zastał ani jednego gościa. Spojrzał na zegarek. — Przybyłem widać zbyt wcześnie, nieprawdaż Cole? — spytał lokaja. — Tak jest, sir, — odrzekł Cole — ale zamelduję panience, że pan już jest. Skinął głową, potem zaś podszedłszy do okna i założywszy ręce na plecach, patrzył w mokrą ulicę. Minęło z pięć minut może, on zaś zadumany, zwiesił na piersi głowę. Otwarcie drzwi zbudziło go, obrócił się, by powitać wchodzącą. Edyta Cathcart była jedną z najpiękniejszych kobiet Londynu, chociaż wyraz „kobieta“ był zbyt pompatyczny dla tej smukłej dziewczyny, zaledwo przekraczającej wiek szkolny. Swoiście szare oczy jej, o dziwnie łagodnym wyrazie były, jakby nieustannie przerażone... strach i błaganie, jednocześnie, widniały w nich. Oczy te czujne były zawsze, a nawet jeśli wywarły na kimś wrażenie i dany mężczyzna uległ ich sile przyciągania, to umiały zbyt gwałtownego zalotnika utrzymać we właściwej odległości. Nos miała potrosze podniesiony w górę, a pełne wyrazu usta harmonizowały z płochliwemi oczyma. Niemal całkiem czarne włosy spadały na czoło. Ubrana była w suknię pojedyńczą z atłasu, koloru wody morskiej z nielicznymi jeno klejnotami i ozdobami. Zbliżył się szybkim krokiem i ujął obie jej dłonie, a oczy szukały z tęsknotą spojrzenia narzeczonej. — Ślicznie wyglądasz dziś, Edyto! — powiedział ledwo dosłyszalnym szeptem. Wysunęła łagodnie dłonie z jego uścisku, uśmiechając się jednocześnie. — Czy dobrze bawiłeś się na Derby? — spytała. — Było to istotnie, niezwykle interesujące i dziwię się, że nie brałem w tem dotąd udziału. — Nie mogłeś wybrać gorszego dnia Gilber- cie. Czy cię ogarnęła burza? Tutaj było strasznie! Mówiła spiesznie, a każde zdanie brzmiało przy końcu jak zapytanie. Miało się wrażenie, że chce pozostać z narzeczonym na dobrej stopie, ale go się potrosze boi. Jak dziecko starała się wykonać dobrze zadanie swoje i od czasu do czasu widać było w niej uczucie ulgi, jakiego doznaje ktoś, kto przezwyciężył nową przeszkodę. Gilbert uświadamiał sobie dobrze owo napięcie cechujące ich stosunek. Po kilkanaście razy na dzień mówił sobie, że niepodobieństwem jest, by tego rodzaju skrępowanie istnieć mogło. Ale znajdował dostateczne uzasadnienie w niedowierzaniu i tajemniczej trwodze, które snuły się po jej oczach, jak cienie po morzu. Była dużo, dużo młodszą od lat swoich. Piękny pąk nie rozwarł się jeszcze, a narzeczeństwo ucierpiało znacznie z powodu nadmiaru formalności. Poznał ją, jak to bywa zazwyczaj, na balu. Został przez matkę formalnie zaproszony, tańczył z nią, robił wycieczki, przedsiębrał przejażdżki wioślarskie po rzece i woził, wraz z ma- tką autem do Ascot. Wszystko szło normalnym, powszednim tokiem. Ale brakowało czegoś. Gilbert ani na chwilę nie miał niepewności w tym względzie. Szukał winy tego co brakowało, w sobie, mimo że w przeciwieństwie do chłodnych, konwencjonalnych zaręczyn, był czemś w rodzaju romantyka. Jej oczy o wyrazie błagalnym nie dopuściły go bliżej, niż innych mężczyzn. Czuł ten odstęp pomiędzy nimi, w samej chwili oświadczyn, w których płynną zręczność cechował brak wszelakiego przejawu uczucia. Przyjęła go, cicho wyszeptanem; tak i podała do pocałunku chłodny policzek. Potem zaś, niby schwytany ptaszek, szukający swobody, wywinąwszy się z jego ramion uleciała z konwencjonalnej oranżerji ze strasznemi palmami i fatalnemi figurynkami tanagryjskiemi. Gilbert, w roli zakochanego zachowywał się jak młokos, marzyciel pełen zachwytu. Słabostkę tę dzielił zresztą z wielu innymi dojrzałymi mężczyznami. Bowiem w najbardziej nawet uzdolnionych do czynu kryją się nieprzewidywane zgoła źródła romantyzmu. To też poprzesta- wał na marzeniach, snując w głębi serca fantazje na temat słodkiego oddania się. Kochał ją głęboko i wyłącznie. Była mu boskim, woniejącym kwiatem. Ujął znowu jej dłoń i zauważył z przykrością, którą łagodziło potrosze poczucie, iż jest śmieszną, zauważył jej usiłowanie wyzwolenia ręki z uścisku. W tej chwili weszła do salonu pani Cathcart. Była to kobieta wysoka i piękna jeszcze, chociaż wiek nadał jej pewną sztywność. Niemiłosierne oddziaływanie lat, zmusiło ją do używania środków sztucznych, by uzupełnić swe wdzięki. Miała usta wąskie, prostolinijne i surowe, a podbródek zbyt śpiczasty, by go można było nazwać pięknym. Przeszedłszy z szumem salon podała, uśmiechnięta młodzieńcowi dłoń w rękawiczce. — Wcześnie przyszedłeś pan, Gilbercie. — Tak... — odparł z zakłopotaniem. Miał teraz sposobność, której szukał, ale coś nieokreślonego nie dozwoliło mu skorzystać. W chwili, gdy drzwi otwierano puścił dłoń narzeczonej, która cofnąwszy się bezwiednie o krok, patrzyła nań z powagą pełną napięcia skrzyżowawszy na plecach ramiona. — Chciałem pomówić z panią! — powiedział — Ze mną? — spytała pani Cathcart żartobliwie. — Nie, napewne nie ze mną. Uśmiech jej dotyczył zarówno córki, jak i Gilberta. Z jakiegoś powodu, którego w tej chwili nie mógł ująć jasno, uczuł się nieswojo. — Tak, miałem zamiar pomówić z panią! — oświadczył. — Nie jest to chyba dziwne w tych dniach właśnie. Roześmiał się. Podniosła ostrzegawczo palec. — Nie troszcz się pan, proszę zgoła przygotowaniami. Zostaw wszystko mnie, a przekonasz się pan, że nie będzie powodu do niezadowolenia. — Nie o to idzie... — powiedział żywo. — Jest to coś... coś... co... Zawahał się. Chciał jej uprzytomnić całą wagę sprawy, która mu leżała na sercu. Ale właśnie w chwili, gdy zbliżyła się kwestja roz- mowy, doznał mglistego poczucia, że położenie jego jest nader trudne. Jakże mógł tej kobiecie, która go otaczała zawsze serdecznością dać do poznania, że przypisuje jej motywy, nie przynoszące zgoła zaszczytu sercu, ni rozumowi. Jakże mógł ubóstwo swoje przekładać kobiecie, która nie raz, ale sto razy oświadczyła mu, że jego przyszłość, rokująca nadzieje, oraz stosunki majątkowe stanowią jedyną trudność w osiągnięciu tego, co uważała za idealne małżeństwo z miłości. — Chciałabym niemal, byś pan był biednym, Gilbercie!! — mawiała często. — Bogactwo jest zdaniem mojem, strasznem niebezpieczeństwem dla dwojga młodych, jak pan i Edyta. Nieraz już wyrażała tę obawę z powodu bogactwa jego. A mimoto, skutkiem rzuconego przelotnie słowa Leslie Frankforta zwątpił w czystość jej motywów! Z coraz to większem podrażnieniem wspomniał, że właśnie sama pani Cathcart doprowadziła do skutku ten związek. Człowiek o prostackim sposobie myślenia, mógłby był nawet idąc dalej, przypuścić, że rzuciła mu córkę w ramiona. Po rozwadze, przy- znał, że było dość powodów na uzasadnienie obaw przyjaciela. Ale patrząc na tę wysoką, wykwintną kobietę uczuł wstyd, że wogóle zwrócił uwagę na tę podejrzliwą wzmiankę. — Czy mogę prosić o kwadrans rozmowy... — urwał, chciał powiedzieć „przed kolacją“ ale przyszło mu na myśl, że może to nastąpić lepiej nawet jeszcze, potem, przeto zakończył — ...po kolacji? — Z przyjemnością! — uśmiechnęła się. — Cóż mi pan masz do powiedzenia? Musi wyspowiadać się z pewnych nieregularności młodzieńczych? Ściągnąwszy zlekka usta potrząsnął głową. — Proszę być pewną — rzekł — iż nie opowiadałbym o tem pani nigdy. — A więc pomówimy po kolacji! — zgodziła się. — Będzie tu dziś mnóstwo osób. Nie wiem, doprawdy, jak podołać robocie. Wy, narzeczeni — dotknęła z wyrzutem jego ramienia wachlarzem — pojęcia nie macie jakie wprowadzacie zamieszanie w domowe życie nieszczęsnych, przyszłych rodzin waszych. Edyta stała z boku w tej samej jeszcze po- stawie, jaką przybrała w chwili gdy Gilbert puścił jej dłoń i śledziła z zaciekawieniem tak rzeczy, nie biorące w tem udziału. Tak oddziaływała zawsze obecność pani Cathcart na córkę, co Gilbert zauważył ze sto już razy ze zdziwieniem. Nie zostawała usuwaną w cień, albo ignoowaną. Zdawało się raczej, że wejście na scenę nowej aktorki, powoduje odejście tej, która przedtem grała rolę główną, wyobrażał sobie, iż Edyta czeka w kulisach na słowo, które ją uczyni z powrotem osobą działającą z słowem tem zawsze było odejście matki. — Zjawi się tu dzisiaj sporo bardzo miłych ludzi, Gilbercie! — powiedziała pani Cathcart, spoglądając na listę, trzymaną w ręku. — Niektórych nie znasz pan jeszcze, a są i tacy, których poznać radziłabym bardzo. Jestem pewna, że ci się spodoba niezmiernie nasz, kochany doktor Cassylio... Dosłyszała stłumiony okrzyk i spojrzała ostro. Ale Gilbert opanował już wyraz twarzy swojej, która stała się maską nic nie mówiącą. Edyta obserwowała tę maskę, zdziwiona wielce. — Co panu jest? — Nic! — odparł niedbale. — Mówiła pani o gościach swoich, nieprawdaż? — Chciałam powiedzieć, że musisz pan poznać doktora Barelay-Seymoura... to człowiek niezmiernie miły. Sądzę, że nie znasz go pan jeszcze? Gilbert potrząsnął głową. — Tedy trzeba to dogonić! — oświadczyła. — Jest on drogim przyjacielem moim. Nie mam zresztą zgoła pojęcia z jakiego powodu praktykuje w Leeds, zamiast prowadzić klinikę przy Harleystreet. Postępowanie mężczyzn jest zgoła niepojęte... Następnie przybędą jeszcze — przeczytała szereg nazwisk, znanych po części Gilbertowi. — Któraż to godzina? — spytała nagle. Gilbert spojrzał na zegarek. — Trzy kwadranse na ósmą? — Ach, muszę już iść. Zaraz po kolacji pomówię z panem. Ale doszedłszy do drzwi obróciła się raz jeszcze z wahaniem. — A może wolno przypuścić, że zmienisz ten swój plan? — spytała Gilbert odzyskał już spokój. — Nie wiem jaki dziwny plan ma pani na myśli? — Plan spędzenia miesięcy miodowych w mieście! — odparła. — Myślę, że należałoby to zostawić Gilbertowi! — wmieszała się Edyta poraz pierwszy, a matka rzuciła jej ostre spojrzenie. — W tym razie, droga moja — powiedziała lodowato — idzie o sprawę, która obchodzi więcej mnie, niż ciebie. Gilbert pospieszył ochronić narzeczoną przed burzą. Pani Cathcart wpadała łatwo w gniew, a chociaż Gilbert nigdy nie uczuł jej ostrego języka, żywił podejrzenie, iż przyszła żona nieraz już była jego ofiarą. — Jest rzeczą niezbędną, bym w czasie przez panią oznaczonym przebywał w mieście! — powiedział. — Prosiłem nawet dlatego... — O odłożenie ślubu? Mój drogi chłopcze, jest to wprost niemożliwe. Prośba ta zresztą nie była pomyślana serjo — wszak prawda? Uśmiechnęła się doń tak słodko, jak tylko pozwalał na to nurtujący ją gniew. — Myślę, że przeciwnie... — powiedział niepewnie. Nie rzekłszy już słowa, czekał, by się za nią drzwi zamknęły, potem zaś powiedział żywo, zwrócony do narzeczonej. — Edyto! Proszę cię o przysługę! — O przysługę? — spytała zdziwiona. — Tak, najdroższa. Muszę odejść niezwłocznie. Znajdź, proszę jakieś usprawiedliwienie wobec matki. Właśnie przypomniałem sobie sprawę niezmiernie ważną, o której nie myślałem w chwili, gdy... Mówił z wahaniem, nie przywykły do kłamstwa. — Odejść? — spytała zaskoczona raczej, niż rozczarowana, co stwierdził w zrozumiałem podrażnieniu. — Nie możesz odejść teraz! — powiedziała, a lękliwy wyraz wystąpił w jej oczach. Goście zjeżdżają już właśnie. Istotnie z miejsca, gdzie siedział, zauważył trzy auta dwusiedzeniowe, które jednocześnie niemal zajechały przed dom. — Muszę odejść! — rzekł z rozpaczą. — Czy możesz mnie którędy wypuścić? — Nie chciałbym spotkać się z tymi ludźmi. Mam ważne powody. Zawahawszy się na moment, spytała: — Gdzie masz kapelusz i płaszcz? — W kurytarzu... Masz jeszcze dość czasu... — powiedział. Wpadła do kurytarza i wróciwszy z rzeczami, poprowadziła go przez salon, do przeciwległych drzwi, wchodzących do małej . Było stamtąd wyjście do garażu i na ulicę po tylnej stronie domu. Zmieszana patrzyła za wielką, oddalającą się spiesznie postacią. Gdy już zniknął z oczu, zamknęła drzwi bibljoteki i znalazła się w salonie w sam raz po to, by spotkać się z matką. — Gdzie Gilbert? — spytała pani Carthcart. — Poszedł! — powiedziała Edyta. — Poszedł? Skinęła powoli głową. — Przypomniał sobie coś bardzo ważnego, tak, że musiał wracać do domu. — Ale wróci, oczywiście? — Nie przypuszczam tego, mamo! — oświadczyła spokojnie. — Mam wrażenie, że to sprawa bardzo pilna. — Nonsens! — Wykrzyknęła, tupiąc. — Ludzie, których sprosiłam umyślnie, by go poznali są już w komplecie. To haniebne. — Ależ mamo... — Na miłość boską, daj pokój z tem „ależ mamo!“ — zawołała. Były same, gdyż goście zebrali się w salonie większym, tak że pani Corthcort nie miała powodu stłumić uczuć swoich. — Tyś go wyprawiła, nieprawdaż? — spytała. — Jemu czynić wyrzutu nie mogę. Jakże możesz przywiązać do siebie człowieka, traktując go niby handlarza jarzyn, proszącego o zamówienie. Dziewczyna słuchała z rezygnacją, nie podnosząc oczu od dywanu. — Robię co mogę! — rzekła cicho. — Źle robisz, całkiem źle. Podjęłam ogromny wysiłek, by ci dać jednego z najbogatszych młodych ludzi Londynu, ty zaś mogłabyś przynajmniej zdobyć się na okazanie, że obecność je- go jest ci miłą. Gdyby był djabłem we własnej osobie nie mogłabyś objawiać większej odrazy, gdy jesteście razem, a także głębszego zadowolenia, gdy odejdzie. — Mamo! — szepnęła Edyta z oczyma pełnemi łez. — Daj pokój, proszę cię, z tem wiekuistem mamo! — powiedziała z naciskiem. — Kaprysy twoje i uprzedzenia wpędzą mnie do grobu! Czegóż chcesz właściwie? Co ci mam dać jeszcze? W desperackiem podrażnieniu wyciągnęła ramiona. — Nie chcę wychodzić za mąż! — powiedziała dziewczyna cicho. — Ojciec nie zmuszałby mnie nigdy do małżeństwa. Śmiałe to były słowa i przekroczyły o wiele to na co się zdobywała Edyta podczas scen z matką. Ale w czasach ostatnich nabrała odwagi. Rozpacz, która ją zrazu ogłuszyła, przeistoczyła się we wściekłość. Płomień oburzenia zatlił w jej duszy, a chociaż przejawy tego, wzrastającego rozgoryczenia były rzadkie i dzie- liły je znaczne okresy czasu, z każdym wybuchem nabierała odwagi. — Ojciec? — parskała pani Cathcart, blada z pasji. — Przypominasz mi ojca? To był głupiec! Głupiec! — Słowa te wyrzuciła z sykiem niemal. — Zrujnował mnie i ciebie, gdyż nie miał tyle zdrowego rozsądku, by utrzymać odziedziczony majątek. Przez lat dwadzieścia uważałam go za wcielenie mądrości, dobroci uduchowienia, a on zdołał w ciągu czasu roztrwonić mienie na przeróżnych głupich spekulacjach, wodzony za nos przez szubrawych rycerzy przemysłu. On by cię nie zmuszał? — roześmiała się gorzko. — Oczywiście, zezwoliłby ci wyjść za szofera, o ile by go wybrało serce twoje. Był wcieleniem dobrodusznego niedołęstwa i niezaradności. Nienawidzę ojca twego! Zimny blask szeroko rozwartych niebieskich jej oczu świadczył tak wyraźnie o nienawiści, że dziewczyna zadrżała. — Nienawidzę go na nowo za każdym razem gdy muszę traktować z podejrzanym meklerem, by skorzystać z jego doświadczenia giełdowego, nienawidzę za każdą oszczędność, jaką muszę znosić, nienawidzę ponownie, gdy nadpływają szczupłe dywidendy moje, ja zaś widzę, jak je pochłaniają następstwa głupoty jego. Strzeż się, bym i ciebie także nie znienawidziła! — dodała, wskazując ostrzegawczo na córkę. Edyta skuliła się pod nawałem tych słów, ale urąganie zmarłemu ojcu przepełniły ją uczuciem, które niweczyło strach przed skutkami dalszych jeszcze wybuchów gniewu matki. Stojąc wyprostowana, patrzyła matce prosto w oczy. Twarz miała bladą, a podbródek zadarty spornie w górę. — Mów o mnie, matko co chcesz! — powiedziała spokojnie. — Ale ojca mego hańbić nie pozwolę. Uczyniłam wszystko, co chciałaś i jestem gotowa wyjść za człowieka, którego cenię jako sympatycznego i miłego, który jednak jest mi równie obojętny, jak pierwszy lepszy przechodzień w ulicy. Składam ci matko tę ofiarę. Nie żądaj jednak, bym porzuciła wiarę w tego, którego wspomnienie stanowi całą wartość mego życia. Pani Cathcart miałaby była dużo do powie- dzenia na to, ale przeszkodziło jej wejście służącego. Przez chwilę stały naprzeciw siebie matka i córka bez słowa. Potem pani Cathcart obróciła się na pięcie i wyszła. Edyta, zaczekawszy jeszcze trochę, udała się do bibljoteki, przez którą wybiegł , zamknęła za sobą drzwi i zaświeciła, gdyż mrok zapadł. Drżąc całem ciałem dała upust stłumionym uczuciom. Radaby była płakać z gniewnego oburzenia. Po raz pierwszy w życiu sięgnęła spojrzeniem w głąb serca matki. Gromadzone latami rozgoryczenie wyładowało się wbrew wyrachowaniu. Objawiła nienawiść, która drążyła przez cały czas jej duszę, a wybuch ten oświetlił jaskrawo nie wiedzącej o niczem dziewczynie stosunek rodziców do siebie. Edyta domyślała się wprawdzie, że nie żywią dla siebie gorącego uczucia, ale na podstawie zaczerpniętego w ich sferze towarzyskiej wiedziała, że chłodny dystans męża i żony nie jest rzeczą zgoła dziwną. Znała mnóstwo małżeństw tego rodzaju, które łączyły jeno związki przyjaźni i uważała to za zupełnie normalne. Oburzało ją, wprawdzie do głębi, że tak jest i jako dziecko jeszcze wyczuwała, iż coś tutaj nie w porządku, ale właśnie te doświadczenia pogodziły ją z myślą poślubienia Gilberta. Życie z nim nie mogło być chyba gorsze, a nawet zapewne przyjemniejsze od tego, jakie wiodła w zetknięciu z ludźmi, spotykanymi codziennie. Ale gwałtowny wybuch matki uświadomił jej nagle czego brakowało w tem małżeństwie, wiedziała teraz dlaczego ojciec dawniej pogodny, miły, pochopny do serdecznego śmiechu i pełen zaufania, przemienił się nagle w milczącego, ponurego człowieka, będącego jeno cieniem własnym, którego złamaną postać zachowała w pamięci. Droga jej życia przybrała w tej chwili inny kierunek, a widok niespodziany rozwarł się przed nią. Uczyniło ją to bardziej spokojną i pewniejszą siebie. W ciągu tych niewielu minut skupienia myśli, podczas, gdy stała w półmrocznej bibljotece, patrząc przez okratowane szyby na brzydkie ulice, ciągnące się poza podwórzem, brukowanem cegłami, przechodziła jeden z owych wielkich wewnętrznych przewrotów, jakie zdarzają się czasem u ludzi. W mgnieniu oka uzyskała odmienny pogląd na rzeczy i nowy miernik dla współludzi. Rozwinął się w niej inny duch, a mały pokoik był świadkiem potężnego oburzenia na tradycyjne zapatrywanie. Dziwił ją samą spokój, z jakim wróciła do salonu, by się zmieszać z tłumem gości. Zauważyła z przerażeniem, że patrzy na matkę obojętnie, jak na osobę obcą zupełnie. Pani Cathcart spostrzegła to opanowanie się Edyty i doznała lekkiego przygnębienia. W nadziei, że ją wprawi w zakłopotanie, zwróciła się do niej nagle i osłupiała widząc z jaką pewnością siebie dziewczyna wytrzymuje jej spojrzenie, oraz chłodny sposób czynienia zarzutów przeciw pozycjom matki. Była to nowość dla władnej kobiety. Dziewczyna mogła być zresztą w złym humorze, ale przejawiała to hardością, niezwykłą dotąd. Nie było znać gniewu ni urazy, a także ani śladu łez. Doświadczone oczy pani Cathart odkryłyby to zaraz. Była zdumiona wielce i czuła pewien niepokój. Przyznawała w myśli, że posunęła się za daleko i postanowiła zawrócić, co było lepsze niż pozwolić wyrastać rozdźwiękowi. Chciała tylko upokorzyć córkę. Będąc dobrą taktyczką, w pierwszej linji umyśliła nie upierać się przy stanowisku wrogiem, ale odzyskać „stan przedwojenny“. Dotknęło ją niemile, gdy spostrzegła, że i ta przepadła na zawsze. Jeśli miała nadzieję, że zebranie wieczorne zakłopota ją i zawróci pod jej skrzydła, to bardzo szybko przekonała się, iż tak nie jest. Ku wielkiemu jej zdziwieniu rozmawiała Edyta, jak nigdy przedtem, o małżeństwie swojem, bez zmieszania, bez zająknienia chłodno, rozsądnie i płynnie. Pod koniec wieczoru Edytę , podczas, gdy matka zepchnięta została na stanowisko podrzędne. Pani Cathcart zaczekała, aż do chwili odejścia ostatniego z gości, potem przeszła do małego saloniku, by pomówić z Edytą, która stojąc pod kominkiem patrzyła zadumana na arkusz papieru, leżący na gzymsie. — Cóż cię to tak bardzo interesuje, moja droga? Edyta wzięła arkusz i złożyła go powoli. — Nic szczególnego! — powiedziała. Ten doktor Cassylis to człowiek zabawny. — To człowiek niezwykle zdolny! — odparła matka surowo. Darzyła lekarzy zaufaniem bezwzględnem, składając im trybut hołdu, przysługujący zazwyczaj tylko istotom nadziemskim. — Naprawdę? — powiedziała dziewczyna chłodno. — Chętnie w to wierzę, ale dlaczego w takim razie praktykuje w Leeds? — Edyto, co słyszę! Wychodzisz nareszcie ze swej skorupy ślimaczej! — powiedziała matka, darząc ją serdecznym uśmiechem uznania. — Nie zauważyłam dotąd, by cię tak żywo interesowali ludzie z towarzystwa. — Od tej pory będę się więcej zajmować ludźmi, — odparła niedbale — przez ciąg całego życia brakowało mi tyle... — Zdaje mi się, że jesteś trochę bezwzględna! — powiedziała matka, z trudem hamując gniew. — Jesteś wprost niewdzięczna. Myślę, że przyczyną tych wszystkich głupstw jest nie-właściwe ujęcie tego, coś powiedziała. Edyta nie dała odpowiedzi. — Mam ochotę położyć się! — rzekła po chwili. — Skoro już raz zaczęłaś sobie formułować pogląd na ludzi, — ozwała się pani Cathcart z podejrzanym spokojem — może zechcesz wytłumaczyć zachowanie się twego narzeczonego. Doktor Cassylis chciał bardzo poznać go. mogę ci, mamo, wytłumaczyć niczego! — odparła dziewczyna. Edyta, stojąca już niemal pod drzwiami, uczyniła zwrot lekki, mówiąc do matki przez ramię, ze spokojem i naciskiem. — Mamo! Chcę ci coś wyjawić. Oto, jeśli raz jeszcze przyjdzie do takiego starcia i jeśli znowu srogość twa dotknie mnie, napiszę do Gilberta, zawiadamiając go, że zrywam zaręczyny. — Czyś szalona? — wyrzuciła matka. — Nie, tylko zmęczona, — odparła — zmęczona różnemi rzeczami. Pani Cathcart mogłaby dużo na to odpowiedzieć, ale spóźniony już nieco spryt nakazał jej trzymać język za zębami, aż do chwili, kiedy drzwi za córką zapadły. Potem, mimo bardzo późnej pory wezwała kucharkę i przez pół godziny kłóciła się z nią gniewnie z powodu zepsutego na nic voal-au went.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…