Read here

Pieniądze

Ada Negri · 1924 · Free in the US

10,651 words · about 45 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1924 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pieniądze_(Negri,_1924)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Ada Negri
Language
Polish
Published
1924
Length
10,651 words · about 45 min
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)
  1. I about 11 min
  2. II about 21 min
  3. III about 13 min

Continue:

I

Weronka miała dwanaście lat, kiedy pewnego dnia zapytała matkę: — Mamo, masz ręce delikatne, jak dama. Dla czego chodzisz do fabryki? — Aby mieć pieniądze, dziecinko. Bez pieniędzy nie można żyć na świecie. Wiesz przecież, że jesteśmy same jedne, że nam nikt nie dopomoże, — odparła matka, Anna Longhena, szczupła, niezmiernie żywa kobiecinka, obdarzona przez naturę parą czarnych, szeroko pod wypukłem czołem otwartych oczu i parą drobnych, niby zabawki, rączyn, dziwnie delikatnych jak na ręce tkaczki. — Są jednak ludzie, którzy mają pieniądze, nie potrzebując pracować — zaprzeczyła uparta dziewczynka. — Tak, dziecko, ale to są bogacze. — Źle hamowany smutek zasępił twarz kobiety, która niezawsze była biedną, pamiętała lepsze czasy, lubiła książki, łąki i pola i jedynie swojemu ukochaniu życia i niewyczerpanej swojej energji nerwowej zawdzięczała odporność na dziesięciogodzinną orkę przy warsztacie tkackim. Pracowała niezmordowanie od świtu do nocy, nie tracąc mimo to pogody ducha. — Tak, — powtórzyła dziewczynka — tak... bogacze... — Prostopadła zmarszczka, przecinająca jej czoło, postarzała ją tak, że wydawała się starszą niemal od matki. Anna zaczęła nucić. Natura jej silna, łatwo zmieniająca nastroje, nie znosiła na dłuższą metę smutku ani cierpienia. Posiadała, jak ptaki, instynkt śpiewu i beztroski. Wystarczał jej widok promyka słońca murze , aby piosenka zrywała się sama z jej ust. Głosik miała niewielki, ale lekki i dźwięczny jak głos dwudziestoletniej dziewczyny. Weronka zupełnie była inna. W duszy jej rodziły się i wibrowały tłumionemi akordami melodje poważne i słodkie, ilekroć jednak otwierała usta, aby je wydobyć na zewnątrz, głos brzmiał chrypliwie, urywał się, zacinał. Milkła wówczas i pozostawała niema przez długie godziny w ciszy bielonych wapnem, zupełnie niemal pozbawionych mebli, izdebek, gdzie — poza godzinami szkolnemi — żyła w oczekiwaniu powrotu matki z fabryki. Obrazy i postacie, wyraźne, niemal rzeczywiste, zaludniały jej samotność, wymowniejszą i bardziej drgającą życiem niż zgiełkliwe zbiorowiska ludzkie. Dwa stare, pożółkłe sztychy z wypisanemi gotykiem nazwami: „Skazanie“ i „Ucieczka Feliksa Orsini“ — zdobiły jedną ze ścian. W żywej wyobraźni dziecka dzieje rewolucjonisty bogaciły się setkami szczegółów, wyczarowywały szeregi innych jeszcze niezwykłych przygód spiskowców, ich skazań, ucieczek i szubienic. Pozostałaby tak pogrążona w rojeniach fantastycznych, aż do zmierzchu, gdyby nie dwa świeże głosiki dziecięce, rozlegające się z dołu, z ogrodu: — Weronko!... Chodź bawić się... Były to dwie córeczki właścicielki domu: Nanetka i Ninka. Białe fartuszki krojem luźnych tiunik, noszone przez nie przy zabawie, niewiele różniły się formą od szarego, kraciastego fartuszka Weronki. Wszystkim trzem opadały włosy swobodnemi falami na ramiona; bogate zwoje, pachnące jeszcze dziecięctwem, tworzące harmonijną gamę odcieni i miękkości: czarne i gładkie — Nanetki, kasztanowate i lekko zwichrzone — Ninki, rudawe i szorstkie, o dzikim zapachu leśnym i ciemniejszych falowaniach — Weronki. Obie siostry, bogate dziedziczki, nie umiały jeszcze znaleźć się w swojej roli; były swobodne i płoche, jak istoty, które na żadne dotąd nie natrafiły w życiu trudności. Bawiły się z córką robotnicy w teatr, powierzając jej obmyślenie osób działających i scen. Fantazja dziewczynki nie wyczerpywała się nigdy. Stwarzała nowe codziennie epizody, wytryskające z niej niby ze źródła nektaru drogocennego, którym upajała się młoda wyobraźnia. Każda z dziewczynek przeistaczała się całkowicie w obraną przez siebie postać dramatyczną: Nanetka — w jasnowłosą, piękną „Księżniczkę Marję“, Weronka — w tajemniczy, ciemnooki majestat „Księżniczki Oliwji“, a Ninka, najwyższa, najłatwiej przystosowująca się do szybkich przeobrażeń, grała rolę „Lazurowego Królewicza", księcia, rycerza i wszystkie wogóle, jakie wypadło, postacie męskie. Bankiety, bale, intrygi, miłości, zemsty — cały scenarjusz bajek, atmosfera widzeń sennych. Księżniczka Oliwja wyniośle wlokła za sobą po ścieżkach ogrodu powłóczyste szaty barwy promienia księżycowego, a Księżniczka Marja przywdziewała wspaniały, usiany gwiazdami, płaszcz przebogaty; Książe nadjeżdżał galopem na śnieżnym, spienionym rumaku, promieniejący radością i dumą z odniesionego w bitwie zwycięztwa. Boska naiwność bajek, pełnych przygód romantycznych, paziów, karłów, królewiczów i królewien, splatała się ze szczegółami przeżyć rzeczywistych, tworząc pospołu nieskończone bogactwo scen i obrazów. Fantazja dziecięca, zwłaszcza fantazja Weronki, znajdowała w nich karm wonny jak siano sierpniowe, dojrzewające w słońcu. Brama wjazdowa z granitowemi kolumnami, wybrukowana szaremi i czarnemi kostkami cementowemi, była sceną. Gdy zaś wypadło zaludnić ją mnogością postaci, przeistaczały się drzewa i krzewy rozległego ogrodu w istoty ludzkie. Piękna błękitna sosna w pobliżu furtki stawała się hrabią Sergjuszem. Krzew, obsypany od maja do września różami herbatniemi, a przez resztę roku najeżony gołemi kolcami, był baronową Julją. Kępy nieśmiertelników, splątane zwoje bluszczów, gąszcze pysznych, dekoracyjnych hortensji świetniejących bukietami różnych barw i odcieni: zielonawo-liljowych, błękitnych i różowych, udawały piękne damy i dostojnych rycerzy, prawiących sobie wzajem z dworską gatanterją komplementy i dusery. A dwa środkowe rzędy mieczyków i irysów dostąpiły pewnego pięknego dnia czerwcowego zaszczytu tworzenia orszaku panny młodej, którą rozradowane oczy dziewczynek widziały — prawdziwie widzały — czystą jak płatek śnieżny w bieli szaty ślubnej, w cieniuchnym jak mgiełka, welonie, usianym kwieciem pomarańczy... Dzwonek obiadowy odwoływał Nanetkę i Ninkę do pospolitych funkcji życia codziennego. Córka tkaczki, która wracała również do swojego mieszkanka, aby przygotować, jak umiała najlepiej, trochę strawy dla powracającej z fabryki matki, żyła w dalszym ciągu, dzięki dziwnemu procesowi promieniowania myśli, rojeniami swojemi fantastycznemi. Dla czegóżby te cztery nagie ściany nie miały okrywać się dla niej kunsztownemi gobelinami, skrzyć się blaskiem srebrnych i złotych świeczników?!... Dość było zapragnąć ich, dość o nich pomyśleć, a już widziała je takiemi, o jakich zamarzyła. O słodkiej godzinie zmierzchu, oparta o krawędź, wychodzącego na ogród balkoniku, snuła Weronka przędziwo marzeń o stworzonych przez samą siebie postaciach, za któremi szły tęskne jej oczy. Drzewa i krzewy, kwiaty i kolumny, kamienie i okna... wszystko patrzyło na nią ludzkiemi oczami, przemawiało do niej przyciszonym szeptem ludzkich głosów. Rozmarzona, zobojętniała na wszystko, czuła, że dusza jej wzbiera radością pełni życia.

Pewnego popołudnia w porze karnawałowej (plusk deszczu i blaski słońca zmieniały się wciąż kolejno) majestatyczna dama, z szacunkiem nazywana przez wszystkich donną Karolą, wlokącą zawsze po pokojach treny pompatycznych szlafroków i przemawiająca stanowczym tonem władczyni — spotkawszy Weronkę w bramie, zagadnęła ją: — Lubisz gorące ciasteczka z konfiturami?... Będziesz mogła jeść ich, ile zechcesz, dzisiaj wieczorem u nas, jeśli pomożesz pokojówce podawać do stołu. Rumieniec oblał twarz dziewczynki, nie śmiała jednak odmówić; nie mogła tego zrobić! Wieczorem poszła, ustrojona starannie przez matkę, która szepnęła jej już na schodach: — A pamiętaj przynieść kilka sztuk i dla mnie... Wprowadzono ją odrazu do kuchni, gdzie w tej chwili właśnie wyjmowała kucharka z pieca apetycznie dymiące, pachnące, złotawe ciasteczka, które obsypywała na gorąco miałkim cukrem z wanilją. Pokojówka, śmiała, prostacza, wygadana dziewczyna, wsunęła Weronce w ręce tacę, uginającą się pod stosem wonnych słodyczy i nakazała jej: — Uważaj, mała... Trzymaj mocno!... i idź mną... I, ujmując drugą taką samą tacę, weszła wraz z dziewczynką do sali jadalnej. Blask licznych świateł olśnił oczy Weronki, oślepiając je nieledwie. Nanetka i Ninka, w różowych sukienkach, z szerokiemi różowemi wstążkami, przepasującemi zaczesane w górę włosy, nie spojrzały na nią nawet. Chichotały wesoło ze swojemi przyjaciółkami, — a ona w tym jarzącym blasku świateł widziała bukiety hortensji, snopy mieczyków i kielichy irysów, tworzące orszak księżniczki Oliwji. Dławiące uczucie wstydu przygwoździło ją do miejsca, o trzy kroki od oszklonych drzwi wejściowych, z tacą w jej rękach. — Któż to były te osoby w jedwabnych sukniach i czarnych frakach?... Dlaczego ona właśnie miała usługiwać im?... Czy nie mogły usłużyć sobie same?... — Na lewo, na lewo — ostrzegła ją szeptem pokojówka. — Na lewo głuptasie!... Teraz nie rozumiała już Te kryształy, te kwiaty, ci ludzie ubrylantowani, te obojętne uśmiechy Nanetki i Ninki policzkowały ją wprost. Postawiła tacę na rogu stołu, zawróciła i z błyszczącemi dziko oczami uciekła z pokoju...

— Mamo!... Mamo!... Nie chcę być biedną. Nie chcę usługiwać!... — Cicho, dziecinko, uspokój się... I biedna matka, ułożyła na pościeli dziewczynkę, wzburzoną, na wpół przytomną z płaczu, szczękającą z rozgorączkowania zębami, wstrząsaną łkaniem spazmatycznem, tuliła ją łagodnie, koiła i usypiała miękkiem, pieszczotliwem muskaniem ręką po czole, jakiem wszystkie matki tulą do snu chore swoje dzieciny. I nie znajdowała innego sposobu na łagodzenie okrutnego bólu po za powtarzaniem jednej i tej samej wciąż odpowiedzi na straszliwe zarzuty dziecka: — Cicho, dziecinko, uspokój się... Weronka ucichła w końcu, uspokoiła się, ale późno w noc dopiero. Ogromne, większe od całej twarzyczki, oczy szukały badawczo w mrokach nocy rozwiązania dręczącej zagadki. Wreszcie głosem łagodniejszym, niemal pokornym szepnęła: — Opowiedz mi, mateńko, raz jeszcze historję o rzece. Wiesz, jak to ja wtedy przedostałam się przez balustradę mostu,.. — Dziecinko droga!... Opowiadałam ci ją tysiąc razy!... Dawno już temu, miałaś wtedy półczwarta roku i byłaś małem djablątkiem z łebkiem nastroszonym chmarą rudawych loków... Pewnej niedzieli, na moście, trzymałam cię za rękę i rozmawiałam z bladą Djonizą, wiesz, tą, co umarła na suchoty. Nadeszły dwie siostry Velluti i przyłączyły się do nas. Nagle uczułam, że nie trzymam już twojej rączki, i w tej samej chwili zobaczyłam Djonizę i dwie siostry Velluti, blade, nieruchome, trzy upiory z oczami wlepionemi w balustradę... Wymknęłaś mi się, prześlizgnęłaś się po przez kratę, rozumiesz, dziecko jedyne, przez kratę... I stałaś wyprostowana na wązkiej krawędzi marmuru — na wąziutkim występie — wpatrzona w wodę. Pod tobą była głębia... Kto w nią wpadnie, nie wypłynie już więcej... Miałam siłę nie krzyknąć, nie wymówić ani słowa, nie zawołać cię. Byłabyś może odwróciła się i w tym ruchu nagłym mogłabyś wpaść do wody, wprost w toń... głową naprzód... Nie wiem do dnia dzisiejszego jacy święci powstrzymali mnie. Wcisnęłam rękę pomiędzy kratę, schwyciłam cię za sukienkę i wciągnęłam lekko z powrotem na most... O, Weronko, Weroneczko, Werońciu moja... — A ja, co powiedziałam, mamusiu?... — zapytała dziewczynka z pełnem ciekawości spojrzeniem. — Powiedziałaś: — Ładna woda. Weronka umilkła. Miała wrażenie, iż rzeka jest tuż o dwa kroki pod nią, lazurowa, chłodna, bystra... Jaka łączność zachodziła pomiędzy sceną na moście, a sceną z tego wieczora — nie zdawała sobie wyraźnie sprawy. Coś jednak musiało być. Po tamtej stronie wody były brzegi, wsie, pola, miasta, kraje... dal nieznana. Musi przepłynąć rzekę, wydostać się na brzeg wymarzony, wyzwolić się. — Mamo, mamo, wysłuchaj mnie... Nie chcę być biedną. Nie chcę być robotnicą ani służącą. Chcę się uczyć. — Dobrze, dziecinko, będziesz się uczyła.

I Weronka uczyła się. Jako dziewczynka wstąpiła na pierwszy kurs seminarjum nauczycielskiego. Nie dla tego, aby ją pchało w tym kierunku specjalne powołanie do pedagogiki; nie: była to dla niej jedyna droga do zdobycia wiedzy, znalezienia ujścia dla niezbadanych sił tajemnych, przyczajonych w jej młodej duszy. Niewszystko przychodziło jej z łatwością: matematyka nudziła ją, wielbiła natomiast historje, gotowa była karmić się poezją wyłącznie, dniem i nocą, nie znosiła wszakże żadnych reguł i w wypracowaniach swoich wyłamywała się stale z pod ich rygoru; budowała zdania indywidualnie, jak jej dyktowało poczucie harmonji, zrodzone we własnej jej duszy, dawała się zanadto unosić fantazji, lub też malowała życie z brutalnym realizmem, wywołującym nauczycielki — zasuszonej, pedantycznej, zapleśniałej jak stara pożółkła książka. Profesorowie nie lubili jej, uważając ją za przekorną i nie widząc, że była jedynie oryginalną. Nie lubiły jej także koleżanki, uważając ją za dumną i nie widząc, że jest tylko nieśmiałą i niepodobną do żadnej z nich. Aby módz kupować książki, wnosić regularnie opłatę szkolną i posyłać córkę do seminarjum przyzwoicie ubraną, sprzedała już Anna Longhena swoje złote kolczyki, czarną jedwabną suknię, i — skarb najdroższy — złotą obrączkę. Uczyniła to pogodnie, z prostotą beztroską, z piosenką na ustach, której zwrotkę: „Krzyż i miłość, — serca radość..." nuciła, drobiąc do filiżanki mleka kromki chleba i spożywając z zadowoleniem ten skromny posiłek po dziesięciogodzinnej pracy przy warsztacie. Dziewczynka nie zdawała się spostrzegać tych poświęceń; uważała może za rzecz naturalną, że matka pozbawia się wszystkiego dla niej. Aż nareszcie pewnego wieczora powróciła Anna z fabryki z gorączką, z ręką owiązaną z powodu przebicia gwoździem, który rozszarpał jej całą dłoń. — Dziecko jedyne — rzekła do córki — trzeba będzie, abyś i ty pomyślała o zarobku. Dlaczego nie poszukasz sobie jakich lekcyj?... Masz teraz ferje. Znajdzie się chyba która z dziewcząt, mających egzainin, do którego chciałaby się przygotować za niewielką opłatą. — Poszukam, mamo. Poszukała i znalazła. Znalazła córkę owocarki z sąsiedniej ulicy, krępa, pucułowatą, czerwoną jak piwonja, ograniczoną dziewczynę, którą ogłupiał jeszcze bardziej upór matki, chcącej zrobić z niej za wszelką cenę nauczycielkę, bodajby nawet za cenę życia. Nieszczęśliwa ta ofiara ambicji matczynej obkuwała się bez skutku od dwóch lat, aby zdać egzamin na trzeci kurs przygotowawczy. Ułożyły się, że Weronka da jej trzydzieści lekcyj, po pół lira za godzinę. Ale młoda nauczycielka, której bujna wyobraźnia przeistaczała z łatwością krzewy różane i krzaki jerzyn w postacie z dramatu, stawała się sama biednem, wylęknionem stworzonkiem wobec grozy ułamków, z trudnością omijała niebezpieczne rafy geometrji, a ilekroć przyszło jej powtarzać: „południo-wschód“ lub: „północo-zachód", myślała bezwiednie o wielkich różanoskrzydłych ptakach, ginących w dali bezkresnej, pomiędzy morzem a niebem. Obie dziewczynki — nauczycielka i uczenica — pracowały gorliwie. Często, wobec zadania matematycznego o zagadkowym dla obu wyniku, bezmyślna, opasła twarz uczenicy i żywa, ruchliwa twarz nauczyczycielki jednakie zdradzały naprężenie uwagi i wysiłek woli istot, starających się zrozumieć i nie mogących dotrzeć do jądra rzeczy. Ostatniego dnia egzaminów, około wpół do piątej po , usłyszała Weronka stukanie do drzwi. Od rana już drżała z obawy o wynik, trzęsła się też, idąc otworzyć. Na progu stała gruba, potężna, sapiąca, cała pąsowa z gniewu, owocarka: — Janina zamknęła się w swojej izbie: beczy, przepadła z ruchunków... Słowa te wyrzuciła z siebie niepodobnym do określenia akcentem. Wściekłość, pogarda, sknerstwo — mieszało się w nich wszystko, niby syczące gadziny, skłębione w pustej misie. Rzuciła na komodę trzy pięciolirowe papierki i odeszła bez pożegnania z miną, obrażonej, oszukanej królowej. Młoda nauczycielka stała wciąż nieruchomie na progu. Z pokoju dolatywało brzęczenie muchy, uderzającej w locie skrzydełkami o meble. Mając uszy pełne tego brzęku, podniosła machinalnie papierki. Były brudne, wytarte, nosiły na gładkiej powierzchni ślady niezliczonych palców: jeden z nich, przedarty w dwu miejscach, zaklejony był połówkami zużytych marek pocztowych. Wszystkie przesiąkły wonią potu, zamkniętej, nieprzewietrzanej izby za ladą, tytoniu i brudnych, chciwych rąk. — Więc to są pieniądze... Bez nich nie można byłoby żyć. Dla zdobycia tych brudnych, wstrętnych papierków matka jej marnowała się od świtu do nocy, zużywała siły przy warsztacie, rozszarpała dłoń o stary, wystający gwóźdź, omal nie padła ofiarą gangreny... I wszystko to dla pieniędzy... Dla nich ona, Weronka, naraziła się na lekceważący ton tej ordynarnej baby, tej analfabetki, straganiarki!.. Kto ma wiele tych papierków wytłuszczonych a potężnych, kto, jak rodzice Ninetki i Ninki posiada ich tak dużo, że nie mógłby ich zliczyć, może kazać się obsługiwać przez tych, którzy ich nie mają, a ten, kto próbowałby je zabrać im, poszedłby do więzienia. Spojrzała na papierki ze wstrętem. Były to pierwsze pieniądze, zarobione przez nią, zarobione za cenę zasłużonego, a tak bolesnego upokorzenia. Będzie musiała zarobić ich dużo jeszcze, z wysiłkiem najwyższym, przezwyciężając odrazę, jaką do nich czuje. Chcąc żyć, chcąc zdobyć prawo istnienia na tym świecie, będzie musiała aż do śmierci wtłaczać w cudze głowy głupstwa, w które sama nie wierzy. Kto, naprzykład, potrafi przekonać ją, dowieść jej, że dwa i dwa jest cztery, właśnie cztery ani mniej ani więcej?... Nauka zdobywana z takim trudem w celu wyzwolenia się, przyczyni się jedynie do zrobienia z niej niewolnicy czy wyrobnicy odmiennego tylko rodzaju: niewolnicy szkoły, metody, pamięci; wyrobnicy i niewolnicy — i nic więcej. Tamta inna twarz z lustra, stojącego na komodzie, pytała ją: „Czemże więc chciała byś zostać?“ Blada, o wydatnych kościach policzkowych, o wzdętych nozdrzach szerokich i wilgotnych wargach, o śmiało zarysowanym łuku brwi nad błyszczącemi fosforycznie i spoglądającemi z dziwną mocą i bystrością oczami, tamta twarz, z którą często dziwne prowadziła rozmowy, wydała jej się w tej chwili obliczem osoby, którą znała niegdyś w innem życiu. Z życia tego pozostały w jej ośrodkach mózgowych przelotne jedynie błyski, cienie nieuchwytne, drobne, ułamkowe okruchy wrażeń. — Winszuję, winszuję — szydziła — dobrze zaczęłaś... — O, kto wie, czy nie wypadnie narażać się na stokroć gorsze jeszcze rzeczy!... Niema co, trzeba się przyzwyczaić. — Zaczęła śmiać się, śmiać na cały głos, śmiać się, aby nie płakać; śmiała się, przechylając całe szczupłe swoje, zwinne ciało chudej kotki przez poręcz balkonu. Słońce, czyste i jasne w tej pierwszej dekadzie października, rozpalało ogniste blaski w zwichrzonej gęstwinie jej włosów. W powietrzu promieniało tyle klejnotów, tyle jaśniało świateł... I cały ogród, kwiecisty i wonny, należał do niej, chociaż tak bardzo była biedna; do niej, ponieważ mogła przeistaczać go dowoli w bogatej fantazji swojej, pełnej wizji najprzeróżniejszych. Posiadała więc świat, do którego pieniądz nie miał przystępu?... Stała się znów księżniczką Oliwją, piękną, strojną we wszystkie rozsiane w powietrzu klejnoty, królewną z bajki, otoczoną świetnym orszakiem rycerzy z obliczami kwiatów. Od czasu do czasu jednak, na tle jaśniejącego jak gwiazdy przepychu tego mrugały na nią porozumiewawczo trzy papierki pięciolirowe, brudne, wytłuszczone, budzące wstręt, jak stare, zużyte karty do gry.

II

Kwiecień. Niebo jasno-szare, miękkie, jak gdyby utkane z puchów. W powietrzu drgają zielono-złote błyski pierwszych pąków wiosennych. Różane kielichy wczesnych magnolji japońskich na nagich, pozbawionych liści, gałęziach. Zapach niedostrzegalnych fijołków przesyca cały ogród. Zapach młodości... Weronka na balkonie, z książką w ręku, czyta półgłosem wiersze. Powinnaby, coprawda, popracować nad pierwiastkami sześciennemi, została przecież na drugi rok na tym samym kursie (...biedna mama!.. jakie to dla niej zmartwienie!...); została przez tę przeklętą matematykę. Ale sonet Petrarki zbyt ją pociąga, wsiąka powoli w jej krew, upajając ją bardziej jeszcze niż powietrze wiosenne:

„Sento l'aura mia antic, a e i dolci colli Veggo apparir, onde'l bel lume nacque...

Nagle czarny tłum ludzi wali z ulicy ku furtce. Furtka zamyka się i cała czarna ciżba wlewa się falą w podwórze... Przynoszą jej z fabryki matkę.. nieżywą. Upadła nagle, stojąc pomiędzy dwoma warsztatami, i uderzyła głową o skrzynię pełną wrzecion. Bez słowa, bez westchnienia, bez jęku. Trochę krwawej piany na ustach, nagłe zaszklenie się gałek ocznych, zesztywnienie wszystkich członków — i ...cisza. Zanim zdążyła ukończyć swoją pracę, zanim urzeczywistniła cel, dla którego żyła, padła na posterunku. Sierota pochwyciła ją w ramiona, dopomogła do złożenia jej na łóżku, niema, ziemisto-blada, z szeroko rozwartemi oczami, nieczuła napozór. Przerażona raczej, zdało się, niż zdjęta bólem! Ojca nie znała. Nie myślała nigdy o śmierci. Po raz pierwszy teraz zetknęła się z nią bezpośrednio, w osobie ubóstwianej matki, jedynej istoty, która ją obchodziła tak blisko, która była jej tak niezbędną i którą znała jak siebie samą. Nie mogła sobie nigdy wyobrazić matki, jako istoty odrębnej, samej dla siebie, z którą mogłaby się kiedykolwiek rozłączyć, która mogłaby ulegać indywidualnym prawom życia, choroby i śmierci. Była jej matką, a więc oczami, któremi patrzyła, członkami, któremi się poruszała, sercem, którem odczuwała swoje istnienie, rękami któremi pracowała, aby ona, Weronka, mogła się uczyć. Stała przy łóżku, nie widząc i nie słysząc przychodzenia i wychodzenia ludzi, zapełniających pokój, głaszcząc tylko ruchem jednostajnym, rytmicznym czoło zmarłej, przezwyciężając odrazę, jaką budził w niej szczególny chłód, zupełnie różny od dotknięcia marmuru, śniegu, lodu. Skupiała i natężała władze myślenia, aby przeniknąć tajemnicę. Mijały godziny. Zapadł wieczór. Dwie ręce litościwe (Weronka nie wiedziała czyje) złożyły na ubogiej białej kołdrze kilka zerwanych w ogrodzie, świeżo rozkwitłych gałązek różowej aspirei i postawiły gromnice na lewo od wezgłowia. Jakiś głos łagodny i przekonywający (Weronka nie poznała czyj) usiłował zniewolić dziewczynkę, aby odeszła od łóżka; za całą odpowiedź potrząsnęła jedynie przecząco głową, nie odrywając wzroku od czoła matki. Pozostawiono ją wreszcie samą. I kiedy straszliwego milczenia trupa nie zakłócały już kroki ani szepty, uczuła się spokojniejszą. W miarę jak upływał czas, rysy zmarłej sztywniały, rzeźbiąc się w linje niewypowiedzianego piękna. Kiedyż w ciągu całego mozolnego życia swojego usta jej zarysowywały się takim wyrazem zdumienia i zachwytu? Kiedy miał owal jej twarzy harmonję taką przedziwną? Kiedy gościł na jej obliczu spokój taki błogi?... Co oglądały te oczy zawarte?... co słyszały uszy skamieniałe?... Czy widziały i słyszały Boga?... Gdzie był i jakim był ten Bóg?... Cała istota Weronki rozdwoiła się: jedną połową cierpiała, a drugą obserwowała własne cierpienie, rozszerzając własne źrenice, aby głębiej je przeniknąć. Tak więc wygląda śmierć?... Matka jej miałaby już taką pozostać nazawsze?... I przypomniała sobie głos szczebiotliwy i ręce niestrudzone i serce nieulękłe z wiecznie kiełkującem w niem ziarnem nadziei, nawet w dni najposępniejsze, jak te ostatnie... Która była prawdziwą Anną Longheną?... Ta, tutaj, czy tamta dawna?... — Mamo!... — zawołała półgłosem. Milczenie. Bezruch. Piękno najwyższe. I spokój. Spokój zupełny. Spoczynek. Nigdy jeszcze dotychczas nie oglądała Weronka widoku, który wydałby jej się tak imponującym. Dumą przejęła ją myśl, że zdolna jest zrozumieć i odczuć takie piękno i taki majestat, że potrafi wznieść się do nich, zamiast zachwiać się pod ich ciosem i tonąć we łzach daremnych, że stoi obok matki, oko w oko ze zmarłą, że patrzy na nią spokojna i i znosi ból z męstwem dojrzałości, jak równa wobec równej... Odrzuciła precz, jako niegodną siebie, bojaźń samotności i lęk, że pozostaje sama na świecie, bez krewnych, bez opiekunów, bez środków do życia. O dalszej nauce w seminarjum nauczycielskim niepodobna myśleć nawet. Pozostała na drugi rok, straciła więc prawo do stypendjum. Nie obchodziło jej to jednak wcale; nie usiłowała nawet zrozumieć dla czego. Była wolna. Miała już tylko obowiązki względem samej siebie. Przeżywała moment podniosły, stojąc tak u wezgłowia zmarłej, która odczuła ją mimo kamiennej nieruchomości swojej. Jakaś siła przeogromna, której błyski budziły się w duszy jej już dawniej, nigdy wszakże z taką jak w tej chwili potęgą, przyśpieszała tętno jej krwi, zacierała w niej świadomość, że zawarta jest w granicach krzepkiej szczupłości własnego ciała. Siła ta była jej bronią w walce o istnienie, dziedzictwem, którem obdarzyła ją matka, nie mogąc przekazać córce innej po sobie spuścizny. Z zapamiętaniem wchłaniała w siebie i wzajem sobą przenikała przedmioty otaczające ją, ich tajemnicze piękno i sens ich głęboko ukryty: modlitewny płomień świecy, nieruchomy spokój trupa, ostry profil łóżka, zamienionego na sarkofag, prostokąty obrazów: „Skazanie i Ucieczka Feliksa Orsini“, wyłaniających się z półmroku, w którym tonęła reszta pokoju i na oścież rozwartą wnękę okienną, po przez którą wlewały się wraz z balsamami ogrodu trwożliwe migotania gwiazd nocy wiosennej. Wszystko drgało życiem. I śmierć nawet. Wszystko było jasne, przejrzyste, nie było nic tajemniczego, Nieświadoma granic i wagi ciała własnego, cała przepojona radością istnienia wobec niepokalanej czystości kształtów matczynych, jedynej rzeczy martwej napozór, czuła się dziewczynką porwaną do lotu w bezkresne kręgi powietrzne, czuła się panią wieczności. I, nagle, wytrysła z głębin jej duszy gwałtowna, narzucająca się władczo, konieczność wypowiedzenia się. Nakaz wewnętrzny, któremu nie mogła się oprzeć. — Zeszyt, ołówek... Mama?... O, mamo!... Nie opuszczam cię; odtwarzam cię, uwieczniam ciebie tutaj, na tych kartkach, taką, jaką byłaś, jaką jesteś... Patrzysz na mnie ufna, spokojna; pytasz mnie, jak to czyniłaś zwykle: „Weronko, piszesz, co ci zadano?“...

Kiedy stłumiony świergot wróbli i dzwony kościoła św. Barbary oznajmiły narodziny nowego dnia, a za oknem balkonu przesunęły się pierwsze zaróżowione, liljowe strzępy obłoków, pochylona nad Weronka pisała wciąż jeszcze u stóp łoża, na którem złożono zmarłą tkaczkę. Ale zmarła uśmiechała się, ukojona, z wyrazem błogości na obliczu. Przydała się: przydawała się jeszcze aż do chwili, w której zagwożdżą nad nią wieko trumny i złożą w grobie wspólnym. Wiedziała, że córka jej nie jest podobną do innych i że nie można narzucać jej więzów powszednich, czuła, że duch jakiś tajemny kierował jej krokami i wiódł ją ku celom nieznanym. Z rozwianą, zwichrzoną czupryną, z rozpłomienionemi policzkami, z pulsującą gorączkowo skronią pisała Weronka, czuwając przy zwłokach matki, pisała z taką zbożnością, jak gdyby modliła się za nią na klęczkach, z rękami kornie złożonemi do pacierza. W ciągu kilku dni żyła w nieprzystępnej, dumnej samotności, karmiąc się chlebem i mlekiem. Nieporuszona, godzinami całemi zwarta w pozornym bezwładzie, a potem zapełniająca stosy kartek gęstem, nierównem pismem. Od śmierci matki nie przestąpiła progu szkoły. Koleżanki nadsyłały jej listy z wyrazami współczucia... nie odpowiadała im. Nie lubiła żadnej, nie zachowała żadnej w pamięci. Odgrodziła się najzupełniej od świata. Zerwała wszystkie, krępujące ją dotychczas, więzy obowiązku i zwyczaju. Żyła jak we śnie. Jedynie ogród, tętniący wspólnym z nią rytmem, zaludniał się dla niej coraz bardziej splątaną gęstwiną zieleni i śpiewów ptaszęcych. Koniec kwietnia przystrajał pozbawione jeszcze kwiatów krzewy różane młodemi, krwawiącemi się w słońcu, listeczkami, okwitały już różowe, wczesne magnolje; bzy rozwierały swoje, pachnące mocną goryczką, kiście liljowe... Mogłaby tak prześnić wieczność całą. — Musiał się wreszcie znaleść ktoś silny, ktoś, kto potrafiłby potrząsnąć ją mocno za ramiona i postawić twardo wobec rzeczywistości. Rolę tę spełniła donna Karola, właścicielka domu, matka Nanetki i Ninki, zamkniętych już w murach pensyjnych we Florencji. Rozrosła, o kształtach junonicznych, despotyczna w obejściu, obnosząca wciąż treny luźnych szlafroków, dodała do zwykłych swoich upodobań, zbyt męskie może: cygara Wirginja. Pewnego dnia, pozostawiwszy spory jeszcze niedopałek na popielniczce, zeszła do ogrodu i zawołała Weronkę. Kazała jej usiąść obok siebie na kamiennej ławce, w cieniu błękitnawej pinji, odgrywającej w roskosznej przeszłości rolę hrabiego Sergjusza. Co stało się z Księciem Lazurowym i z Księżniczką Marją?... Nanetka i Ninka były daleko i zapomniały już pewnie o wszystkiem, a księżniczka Olimpja, blada, rozmarzona, w podartej sukni i wykrzywionych bucikach, z twarzą tak wychudłą, że ostre kości szczękowe zarysowywały się na niej wyraźnie jak na trupiej czaszce, stanęła wobec konieczności znalezienia zajęcia, które odrazu dałoby jej utrzymanie. — No, mała, — zaczęła donna Karola szorstko, nie bez pewnej jednak serdeczności. Czy pomyślałaś już o sobie? Czy zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia?... Cisza. Wielkie chmurne oczy utkwiły niemo w mówiącej. — Nie możesz chodzić więcej do szkoły. Sama to chyba rozumiesz. Mogłabyś dawać lekcje prywatne. Ale bez dyplomu trudna byłaby to rzecz: niepewny kawałek chleba. Zresztą — z twojem usposobieniem... no, bo masz charakterek... Co tu gadać?... musisz pracować, mieć utrzymanie, płacić komorne. I tak te dwa pokoiki musieliśmy oddać nawpół darmo matce twojej, chociaż nie chcieliśmy słyszeć nawet o obcych lokatorach. No, ale matka twoja, zanim jeszcze wstąpiła do fabryki, wykarmiła naszą Nanetkę, mieliśmy więc dla niej specjalne względy. Nie możemy ci jednak oddawać mieszkania za darmo. Sama to chyba rozumiesz... Milczenie. Wielkie, posępne oczy wlepiły się niemo w mówiącą. — Słuchaj więc. Mówiłam wczoraj z głównym dyrektorem fabryki. To mój kuzyn. Wszystko zależy tam od niego. Przez wzgląd na matkę twoją, która pracowała w tkalni przez tyle lat i umarła przy pracy, no i, naturalnie, przez wzgląd na mnie, gotów jest przyjąć cię jako kandydatkę na maszynistkę. Nauczysz się pisania maszynie od urzędniczki, ma odejść za miesiąc, a potem zajmiesz jej miejsce. Cóż do licha, nie jesteś przecież głupia!... Wystukiwania na maszynie można się prędko nauczyć. A i z rachunkami poradzisz sobie, choć, co prawda, nietęgo ci z tem szło na kursach. No i cóż? Jesteś zadowolona?... Dostaniesz pięćdziesiąt franków na miesiąc, rozumie się, jak się już nauczysz i obejmiesz miejsce na dobre. A potem, z czasem... Zarobisz w każdym razie tyle, że starczy ci na życie. No i cóż?... zgadzasz się? czy nie?... Możesz mi podziękować, zasłużyłam chyba na to. Gdyby nie ja, zostałabyś tak do końca życia, właściwie do głodowej śmierci, z oczami wlepionemi w niebo. No... musisz się ruszyć, do djabła!... Dyrektor oczekuje cię w kantorze we środę. — Dziękuję pani. I tylko tyle, ale donnie Karoli wystarczyło to. Chyba nigdy, póki żyła, nie miała do nikogo takiej długiej przemowy. Odsapnęła, wstała, myśląc z prawdziwą przyjemnością, że czeka na nią, pozostawiony na górze na popielniczce, niedopałek cygara, pożegnała dziewczynkę krótkiem, łaskawem skinieniem głowy i potoczyła się ku schodom, majestatycznie ciągnąc za sobą ogon odwiecznego swojego flanelowego szlafroka w pasy czerwone, szafirowe i fijołkowe.

Tyk-tyk; tyk-tyk; tyk-tyk... Nauczyła się prędko i wprawnie pisać na maszynie, prędzej niż się spodziewała. Można się nauczyć wszystkiego, byleby chcieć. Tyk-tyk; tyk-tyk-tyk... od dziewiątej do dwunastej i od drugiej do siódmej; tyk-tyk-tyk z pod szybko przebierających palców, przeistoczonych — wraz z mózgiem — w narzędzie mechaniczne. Klawisze wyskakują, zapadają się, znów wyskakują, niby rozbawione djabliki chichotliwe; arkusze wysuwają się, jeden za drugim, białe i czerwone, najeżone nazwami technicznemi, formułkami handlowemi, a nadewszystko cyframi, cyframi, cyframi bez końca. Forma stołu — kwadratowa, arkuszy — prostokątna, klawiszy — okrągła. I tak wciąż nieodmiennie. Cyfry szeregują się nieskończenie, różnorodnemi ugrupowaniami, określającemi nieskończoną różnorodność liczb; wszystkie jednak wciąż i nieodmiennie jednakie. Obok Remingtona — księga kopjowa, niema, uparcie milcząca, metodyczna. Zaciskając i tłocząc śrubę prasy, aby pismo odbijało się wyraźnie na cieniuchnych arkusikach welinu, nieodmiennie doznawała Weronka bolesnego uczucia, że wtłacza w maszynę własną duszę i wyciska na niej, plugawiące ją, piętno niezatarte. Wszystko dokoła niej było nieugięcie ścisłe, oparte na rozkładach i wyliczeniach. Praca urzędników, ich wszystkie dążenia, ich rozmowy jedną miały wytyczną, jedno jedyne bóstwo: zarobek. Jasno-szare tapety trzech pokojów biurowych, szafy z ponumerowanemi szufladami, kopjały, poprzewiązywane zielonemi tasiemkami, olbrzymie biórka, zawalone papierami i ochlapane atramentem, zdawały się — tak samo jak ludzie — sączyć z siebie cyfry, sumy, reszty, salda, należności, nieskończone nagłówki: „ma“ i „winien“... Szef rachunkowości wciąż wzywał do siebie Weronkę do pomocy, zwłaszcza w dni wypłat. Boże!... te woreczki... te woreczki z dziesiątkami, setkami, białe, ciężkie!... A te twarze w okienku!... twarze mężczyzn, kobiet, wyrostków, dziewcząt, dzieci... wszystkie napiętnowane jednakim wyrazem zwierzęcej pożądliwości, którą sycił dopiero widok woreczka, niknącego momentalnie w dłoniach chciwie zaciśniętych dokoła supła... Szef rachunkowości był lichą kopją człowieka: żółty jak przygarść gliny, wąsy i włosy miał niby pakuły, uszy odstające, a taki był chudy, że łokcie kolana dziurawiły mu rękawy i nogawice spodni. Wtłoczony pomiędzy wielką kasę żelazną i biurko dębowe, po za którem nikła jego wątła, drobna figurka, wiecznie zgarbiony nad księgą główną, nad fakturami, czekami i wekslami, zasługiwał w zupełności na miano człowieka — cyfry. Nie omyliłby się na jedną tysiączną ułamka, nawet we śnie, nawet na łożu śmierci. Drobiazgowa staranność, z jaką liczył i przeliczał pieniądze, przygotowywał i rozkładał koperty i woreczki z wypłatami, owe skarby, jedyne na świecie warte strzeżenia i pilnowania, była dla młodej maszynistki nowem za każdym razem i ciekawem widowiskiem, czemś w rodzaju sztuk kuglarskich czy prestidigitatorskich. Obarczony wieczną kulą u nogi: chronicznie chorą żoną i pięciorgiem dzieci, płowowłosych i wychudzonych, jak on sam, jedno tylko miał w życiu marzenie — uzyskanie podwyżki, jedna tylko uśmiechała mu się myśl — nadzieja poważniejszej gratyfikacji na Nowy Rok. A inni?... Dyrektor przędzalni, dumnie prostujący swoje bary jarmarcznego atlety, pyszniący się swoją owłosioną, zjeżoną twarzą o typowo germańskim nosie zadartym... Dobiegał czterdziestki. Był bogaty, jak mówiono, mógł lada dzień zostać współwłaścicielem fabryki. Wpatrywał się z brutalną lubieżnośnią znawcy w nierozwinięte jeszcze, szczupłe kształty Weronki. Dziewczynka nie spostrzegała tego jednak, zmysły spały w niej jeszcze snem dziecięctwa. A sekretarz, wsuwający wszędzie swój kuni pyszczek i węszący, gdzieby coś uszczknąć, ilekroć — a zdarzało się to często — czuł pustki w kieszeni... Wszyscy wiedzieli, że kopie zręcznie dołki pod jednym ze swoich kolegów, aby wysadzić go z posady i zająć jego miejsce; mimo jednak, że z całą zręcznością wprawiał w tym celu w ruch mały, kuni pyszczek, kolega ów umiał zawsze, w razie potrzeby, skutecznie odgryzać się kłami wilka. W pośród wszystkich tych istot przyziemnych, pod dławiącem jarzmem obowiązku, w tych szarych izbach biurowych, w których krótkie, burzliwe zjawienia się szefa wywoływały błyski i gromy piorunowe, przy nieustannem tykaniu Remingtona, wlokło się życie Weronki falą ołowianą, w rytmie nieznośnie regularnego pulsu pracy, wykonywanej niechętnie, obojętnej, nielubianej. Dziedziniec tylko oddzielał kantor od tkalni, gdzie Anna Longhena przez długich szesnaście lat przeplatała wesołą piosenką znojny trud swój, wśród którego upadła bez czucia, bez westchnienia, bez jęku, jak pada z gałęzi ptak postrzelony, w połowie urwanego trelu, z dzióbkiem wzniesionym do góry. Ale Weronka nigdy tam nie wchodziła. I bez wchodzenia jednak dręcząca zdolność wywoływania widzeń i halucynacyj, wyczarowująca przed nią mary snute w wyobraźni, wskrzeszała wyraźny obraz trupa matki, wyschłego, czerniejącego, drobnego, rozciągniętego na oleistej podłodze, wciśniętego pomiędzy warsztat tkacki i skrzynię z wrzecionami. W całym tym rozgwarze ogłuszającym, w całym tym wirze nieustannym, był to zaledwie punkcik, drobniuchny atom, maleńki, ale jakże straszny... Myślano, że został stąd usunięty, a przecież pozostał... leży tutaj, na tem samem wciąż miejscu. Robotnicy, przechodzący przez tkalnię, idący tam i z powrotem, deptali po nim nogami, nie go i nie czując; był tu wszakże: cząsteczki jego przywarły do atmosfery zgęszczonej, do wirowego ruchu transmisyj, do żywej substancji maszyn... Głos fabryki był głosem Anny, wołającej: Weronko! Weronisiu! Weroneczko!... Smutne, słodkie słowa szły wciąż z ust zmarłej, zawsze czujnej i nieukojonej w miłowaniu swojem matczynem, szły ku dziewczynce, która zbyt późno zrozumiała długie, pełne pokory poświęcenie: — Dziecko, dziecino, i ty tutaj?... Nie moja wina, że odeszłam nie w porę. Być udoskonalonem narzędziem do wytwarzania, ubraniowych materjałów barwnych, lub narzędziem do mechanicznego wystukiwania na maszynie listów handlowych — czyż nie na tym polega dla jednej i dla drugiej powszednia konieczność zarabiania na chleb?... Czy uda się szyderczym, gadatliwym chochlikom klawiszy, pod których rytm tak dobrze nauczyła się Weronka skandować tarantelę marzeń, stępić, skrzywić, wykoleić z drogi jej właściwego przeznaczenia naturę o szczególnie wysubtelnionej wrażliwości jaką w sobie czuła?... Za chleb, za trzewiki, za utrzymanie się przy życiu. A tymczasem czuła, że tępe znużenie stanie murem żelaznym pomiędzy nią a utajoną głęboko istotą duszy jej własnej. Miałażby więc przejść przez życie, nie zdoławszy zdać sobie sprawy, kim jest i po co przyszła na świat? I nikt nie ma oglądać tych kartek, zapisywanych gorączkowo w nocy, kiedy duchy wlatywały przez otwarte okno balkonu, aby czuwać wraz z nią i dotrzymywać jej towarzystwa?... A słońce będzie dalej świeciło, trawa będzie kiełkowała w dalszym ciągu, gwiazdy będą błyszczały na niebie, kwiaty będą jaśniały na grządkach i nieskończona różnorodność przejawów kosmicznych objawiać się będzie w pełni piękna w czasie i przestrzeni...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…