całość
ak Tytus Andronikus, o którym później będzie mowa, jest równie wątpliwy Perykles, przez jednych Szekspirowi przyznawany, przez innych odrzucany. Charakter tego dramatu, któremu za osnowę służyła bajka grecka z V wieku, cale jest odmienny, a budowa szczególna i w swoim rodzaju jedyna. Dramat nie rozwija się jak inne cały na scenie, dopełniają go prologi, opowiadania i pantominy. Jest w nim coś pierwotnego, niekształtnego, niezupełnego, a nie bez jakiegoś archaicznego wdzięku... Za życia jeszcze autora w r. 1609, Perykles był dwa razy drukowany z imieniem jego. Jakkolwiek Szekspir mało może przywiązywał wartości do literackiej swej sławy i nie troszczył się o to, że jego dramata z niepoprawnych, podchwyconych drukowano rękopismów — nie byłby zapewne przepuścił bezkarnie nadużyciu imienia swojego... On sam lub ktoś za niego ująłby się, gdyby Perykles mu nie należał... Pierwsze to wydanie nosi tytuł: „Nowa a bardzo przedziwna sztuka (play), zwana Perykles, książę Tyru, z prawdziwym opisem całej historyi, wypadków i losów mianowanego książęcia, jako nie mniej rzadkich przygód urodzenia i życia córki jego Maryany, tak jak ona była przedstawioną przez J. Król. Mości sługi w Globusie na Bankside, przez Will. Szekspira“. Następne wydania w latach 1611 — 1619, noszą także imię Szekspira. Pomimo to w wydaniu pośmiertnem przyjaciele poety nie pomieścili Peryklesa i z tego powodu powstała co do autorstwa wątpliwość. Rowe w trzeciem wydaniu zbiorowem wydrukował go, Pope i następcy jego opuścili znowu. Malone i późniejsi przyjęli do dzieł Szekspira. Dryden w prologu do Circy Davenanta pisze: „Szekspira muza wprzódy wydała Peryklesa niż Maura“ (Otella). Bajka grecka, której pochodzenie odnoszą do V, lub VI wieku, niewątpliwie ze starszej jakiejś legendy przerobiona, w rozmaitych formach powtarzała się przez wieki. Echa jej i cząstki znajdujemy rozproszone w powieściach różnych narodów. Podobała się ona cudownością wypadków i bladym zarysem charakterów samej bohaterki, jej matki, księcia, zazdrosnej opiekunki, a nadewszystko dramatyczną sceną ostatnią, której, jeśli się nie mylimy, odbicie znajdzie się w jednym z łacińskich dramatów Hroswithy. Przywodzim to tylko na dowód popularności samego wątku... W IX w. grecką powieść przełożono na język łaciński. Bohater zwał się nie Peryklesem ale Apolloniusem z Tyru. W końcu XII wieku wierszem łacińskim także ułożył ją Gotfried z Viterbo. Mieści się ona potem, w XIV wieku, w sławnym zbiorze legend, znanych pod tytułem: „Gesta Romanorum“ źródle, z którego długo i u nas też czerpano. Z łacińskiej powieści stworzono romans francuski, a z niego powstała: „Englisch Cronicle of Apollyn of Tyre“ w r. 1510. Zmarłego w r. 1408 poety Gowera poemat popularny, ulubiony, służył Szekspirowi za główny materyał. O nim powiada w prologu:
Pieśń ta bawiła chłopców i dziewczęta, Po wieczorynkach i we wszystkie święta, Damy, panowie, w pozłacanej sali Dla swej rozrywki nieraz ją czytali —
Gower sam występuje u Szekspira zamiast prologów, chórów, jako tłómacz pantomim, które dramat uzupełniają. Język, formy, charaktery daleko wyraziściej niż w Tytusie są Szekspirowskie; postacie z prostotą i wdziękiem się malują; szczególniej rycerska legendowego bohatera Peryklesa i ślicznej Maryny. W niektórych scenach dostrzegać się dają pewne analogie motywów i wykonania z innymi dramatami poety. Tak scena Maryny z Leonidem, gdy ją chce zabijać, przypomina w Królu Janie młodego Artura z Hubertem. Piękną jest prawdziwie i z wielkiem poczuciem sztuki prowadzoną scena córki u łoża nieznanego ojca. Rozpoczęcie dramatu, scena burzy (Akt III, 1) odznaczają się między innemi. Sam przedmiot i treść sztuki razić będą uszy czytelników XIX w. Zmienił się obyczaj mowy, choć świat przez to na obyczajności i czystości nie zyskał. To, co na scenie angielskiej grywano wobec królowej i jej dworu, wyda się nam szorstkiem, rażącem i nieprzyzwoitem... Nie można ganić tego, że społeczność nasza unika ocierania się o brudy życia i nie chce ust sobie kalać nimi; kto chce jednak poznać przeszłość, winien mieć odwagę zbliżyć się do niej i przypatrzeć się takiej, jak ona była. „Powieść ta, pisze Gervinus, należy do szeregu ulubionych romansów, których treść za czasów Szekspira z takiem upodobaniem przerabiano na dramata. Mnogość wypadków i czynności nęciła tłum widzów, tak samo, jak u nas romantyczne dramata Kotzebuego, obok Goethego i Schillera zyskiwały gorące oklaski. Upodobanie przedmiotu tego z formy epicznej przeszło w spadku na dramatyczną, jakkolwiek ta niekształtnie była wyrobioną. W sztuce tej, kunszt przerobienia opowiadania na drama, w którym później Szekspir celował i był mistrzem, jeszcze jest w kolebce. Epos w części tylko przetworzona na sceny; czego przedstawić nie było podobna na teatrze, dopełniano opowiadaniem i pantomimami; prologi włożono w usta Gowera, który wszędzie, gdzie scena się wypróżnia, gdzie akcya ustaje, wierszami staroświeckiego kroju ją zastępuje... Niema tu jedności akcyi, jest tylko jedność osób; niema związku i konieczności wypadków, tylko zewnętrzna siła, ślepy traf przygodami bohaterów kieruje. Nawet jedność idei, którą Szekspir zawsze ożywiał swe dramata, nie łączy z sobą części; zaledwie moralna dążność początek z końcem jego wiąże“. — Tą myślą, którą poeta dodał baśni greckiej, jest los różny dwóch córek: występnej Antyocha i cnotliwej Peryklesa... Z wydania w r. 1608 możnaby wnosić, że Szekspir późno opracował Peryklesa, co zdaje się niepodobieństwem. Zaliczyć go trzeba do pierwszych prób jego młodości.
Y:
Antyoch, król Antyochii. Perykles, książę tyryjski.
Helikanus, | Panowie, tyryjscy.
Eskanes,
Symonides, król Pentapolisu. Kleon, gubernator Tarsu. Lizymach, gubernator Mityleny. Cerimon, pan efeski. Taliard, sługa Antyocha. Filemon, sługa Cerimona. Leonin, sługa Dyonizy. Marszałek. Rajfur i jego Żona. Rygiel, jego sługa. Gower, jako chór. Córka Antyocha. Dyoniza, żona Kleona. Taiza, córka Symonidesa. Maryna, córka Peryklesa i Taizy. Lichoryda, mamka Maryny. Dyana. Panowie, Rycerze, Majtkowie, Korsarze, Rybacy i Posłańcy.
Scena na przemiany w rozmaitych miejscach.
AKT PIERWSZY.
Przed pałacem Antyocha.
(Wchodzi Gower).
Z mogiły stary Gower znów powrócił, Aby wam starą piosenkę zanucił, I znowu słaby jak śmiertelnik kroczy, By wasze uszy zabawić i oczy. Pieśń ta bawiła chłopców i dziewczęta Po wieczorynkach i we wszystkie święta; Damy, panowie, w pozłacanej sali Dla swej rozrywki nieraz ją czytali. Jej celem ludzi godnych chwały robić, Et bonum quo antiquius eo melius. Jeśli wy, wieku późniejszego dzieci, W którym potężniej blask dowcipu świeci, Raczycie słuchać starego gęślarza, Co dawnych czasów piosnkę wam powtarza, Pragnąłbym z serca żywot jeszcze drugi Cały poświęcić na wasze usługi. Antyoch Wielki zbudował przed laty Jako stolicę swą ten gród bogaty, A jak to mówią stare moje księgi, Kwiat najpiękniejszy syryjskiej potęgi.
Gdy króla tego małżonka skonała, Córka jedyną dziedziczką została; Samo się niebo szczodrą zdało ręką Wszystkich ją wdzięków odziewać sukienką. Blaskami swojej urody dziewica Grzeszną myśl w sercu zbudziła rodzica, I niesłychaną zbrodnią, własne dziecko Występny ojciec śmiał uwieść zdradziecko. Co się w początku czarnym grzechem zdało, Z przyzwyczajenia grzechem być przestało. Nieporównane grzesznej pani wdzięki Ściągały zewsząd, by żądać jej ręki, Książąt i panów; chcąc przeszyć ich strachem, Córkę na zawsze pod swym trzymał dachem, Napisał prawo, że kto się pokusi Ręki jej żądać, ten rozwiązać musi Jego zagadkę, lub ginąć. Niemało Chciwych na piękność głów już pospadało, Jak wam to lepiej poświadczy niż słowo Ten krwawy widok nad bramą zamkową.
(Pokazuje głowy powbijane na pal).
Ujrzycie sami następny bieg sprawy, Wzrok niech wasz własny sąd wyda łaskawy.
(Wychodzi).
SCENA I
Pałac Antyocha.
(Wchodzą: Antyoch, Perykles i Orszak).
Tyryjski książę, wiesz teraz dokładnie Niebezpieczeństwa myśli twej grożące. Wiem, lecz widokiem jej olśniona dusza Dość ma odwagi, aby bez wahania Poświęcić życie w takiem przedsięwzięciu. (Muzyka). Przywiedźcie córkę moją, ustrojoną Jakby do ślubnej Jowisza komnaty. Gdy ją Latona na świat wprowadzała,
Natura piękność dała jej w posagu, A na soborze zebrane planety Doskonałości wszystkie jej swe dały.
(Wchodzi córka Antyocha).
Patrz, patrz, to ona! Patrz, piękna jak wiosna, Gracye jej służą, myśli jej królują Nad każdą cnotą, która sławę daje! Jej twarz piękności jest księgą, w tej księdze Tylko rozkoszy można czytać dzieje, Bo wymazany wszelki był z niej smutek; Nigdy złośliwość gniewna a uparta Słodkim jej myślom nie towarzyszyła. Miłości boże, coś mężem mnie stworzył, Ognistą żądzę w mych zapalił piersiach, Niebieski owoc z drzewa tego uszczknąc Lub umrzeć, przybądź na pomoc mi teraz, A posłusznego woli twojej sługę Do tego szczęścia bez granic poprowadź! Książę Perykles — Który z duszy pragnie Synem wielkiego zostać Antyocha. Stoi przed tobą piękna Hesperyda Ze złotem jabłkiem, którego strach dotknąć, Bo groźnych smoków pilnują go straże. Twarz jej, jak niebo, przyciąga twe oczy Niepoliczone blaski jej podziwiać, Które zasługa może tylko zyskać; Jeśli jej nie masz, głowa twa zapłaci Zarozumiałych oczu twych zuchwałość. Jak dziś ty, sławni ci niegdyś książęta, Wieścią zwabieni, a zuchwali żądzą, Niemym językiem bladego oblicza Pod firmamentu gwiaździstego dachem Niech ci powiedzą, jak męczennikami Polegli wszyscy w Kupidyna wojnie; Niechaj ci będą głowy ich przestrogą, Byś sam zuchwałą na smierć nie biegł nogą. Dzięki ci, królu, że mnie nauczyłeś
Poznać śmiertelnej natury mej kruchość, Żeś mnie przymusił krwawym tym widokiem Do podobnego gotować się losu; Bo w myśli śmierci jak w zwierciedle czytam: Tchnieniem jest życie, głupi, kto mu wierzy. Więc mój testament napiszę: jak chory, Co życie poznał, ku niebu pogląda, A gdy konania poczuje boleści, Do ziemskich, jak wprzód, nie wzdycha rozkoszy; Tak ja szczęśliwy pokój przekazuję, Jak powinnością każdego jest księcia, Tobie i wszystkim dobrym świata ludziom, Skarby me ziemi, z której łona wyszły, (Do córki Antyocha) A tobie czysty miłości mej ogień. Przygotowany tak na śmierć lub życie Spokojnie czekam na cios najstraszniejszy. Gdy radą gardzisz, czytaj tę zagadkę: Jeśli nie zdołasz odkryć jej tajników, Podzielisz losy twoich poprzedników. Obyś od innych szczęśliwszą miał dolę! Oby cię moje zbawiły życzenia! Wstępuję w szranki jako śmiały rycerz, A za doradców mych jedynych biorę Wierną mą miłość i moją odwagę.
(Czyta zagadkę)
Nie jestem żmiją, a karmię się przecie Ciałem tej matki, której jestem dziecię; Szukałam męża, a po trudach wielu Znalazłam serce męża w rodzicielu. On ojca, syna i męża obrazem, Jam matką, żoną i córką jest razem; Jak w dwóch osobach wszystko to się wiąże, Jeśli żyć pragniesz, odpowiedz mi, książę. Twarde to słowa. — O Boże, coś niebu Ócz dał tysiące ludzkie sprawy śledzić, Czemuś ich wiecznym nie zaciągnął kirem, Jeśli to prawda, co czytając, blednę?
(Bierze rękę Księżniczki)
Ty dnia zwierciadło, którą ukochałem, Którąbym jeszcze kochał duszą całą, Gdyby w szkatułce pięknej złe nie spało, Wyznać ci muszę w serca oburzeniu, Że mąż to grzeszny, co wiedząc, że stoi Przy wrotach grzechu, tknąć się ich nie boi. O, prawda, pięknym jesteś instrumentem, Którego zmysły twoje są strunami, Którego cnoty ręką ton zbudzony Z niebios na ziemię bogówby sprowadził, Ale przed czasem tknięty, tylko woła Piekielne duchy do tańczących koła. Wszelkiej o ciebie wyrzekam się troski, Jeśli ci drogie życie, Peryklesie, Nie waż się ręki jej dotknąć, bo prawo I to zuchwalstwo śmiercią także karze. Twój czas ubiega; lub rozwiąż zagadkę, Albo się poddaj twojemu losowi. Mało jest ludzi chętnie słuchających Słowa o grzechach, które chętnie pełnią; Mówić ci o nich byłoby obrazą. Kto trzyma czynów monarszych rachunek, Bezpieczniej chowa księgę swą zamkniętą. Grzech powtórzony jest jak wichru powiew, Co kłęby prochu w ludzkie oczy miota, A w końcu drogo swój płaci wysiłek; Wiatr przeszedł, oko bolące przejrzało, Aby się zamknąć przed groźną zamiecią, ślepy kret ziemię podrzuca ku niebu Na znak, że ziemia pod człeka uciskiem Jęczy, i biedny robak ginie za to. Królowie ziemi są bogami, w grzechu Ich wola prawem dla nich jest jedynem. A jeśli Jowisz swe prawa przeskoczy, Kto się odważy grzech mu rzucić w oczy? Ty wiesz, dość na tem. Lepiej złe przydusić Niż rozgłoszeniem na gorsze się kusić. Wszystko, co żyje, gniazdo kocha swoje,
I mój też język głowę kocha moję. (na str.). O, gdybym miał ją! Zagadkę rozwiązał! Łudźmy go jednak. (Głośno). Młody książę Tyru, Choć wedle całej prawa surowości Za mej zagadki błędne rozwiązanie Mógłbym dni twoich zagasić pochodnię, To przecie pamięć na wspaniałe drzewo, Którego piękną jesteś latoroślą, Miłosierniejszą natchnęła mnie myślą. Jeszcze ci daję czterdzieści dni zwłoki; Jeśli przed końcem znajdziesz tajemnicę, Z radością mianem syna cię zaszczycę. Tymczasem znajdziesz przyjęcie tu godne Mego honoru i twojej wartości.
(Wychodzą: Antyoch, jego Córka i Orszak).
Jak dworność umie grzech pięknie osłonić! Lecz zawsze w każdym obłudnika kroku Tylko to piękne, co leży na oku. Gdybym naprawdę mylnie odpowiedział, To niewątpliwie nie byłbyś tak grzesznym, Byś kazirodztwem twą pokalał duszę, Gdy jesteś teraz i ojcem i synem Przez twoje z własnem twojem dzieckiem związki, Nie ojcu ale mężowi przystojne; Ona się matki swojej karmi ciałem, Kalając matki swej małżeńskie łoże; Wspólnie, jak węże co wśród kwiatów żyją, Truciznę sączą, chociaż nektar piją. Żegnaj mi, królu! bo mądrość mnie uczy, Że kto popełnia czarne jak noc czyny, Gotów na wszystko, by ukryć swe winy; Grzech płodzi grzechy: śladem rozpustnika Jak dym za ogniem rozbój się pomyka; Rękami grzechu zdrada i trucizna, I tarczą jego niesławę kryjącą; By swych tajemnic w mej nie schował trumnie, Mknę się przed jego sztyletem rozumnie (wychodzi).
(Wraca Antyoch).
Odgadł; zapłaci za to odgadnienie Głową mi swoją. Nie mogę pozwolić, By żyjąc, trąbił hańbę mą przed światem, I grzech mój sprośny ludziom rozpowiadał. Musi więc zginąć, zginąć bez spóźnienia; Śmierć jego zbawi blask mego imienia. Hola, służbowy! (Wchodzi Taliard). Co pan mój rozkaże? Taliardzie, z dawna moim jesteś sługą Wtajemniczonym do wszystkich mych myśli, Za twą też wierność rachuj na zapłatę. Patrz, tu trucizna, a tutaj jest złoto; Musisz mi zgładzić tyryjskiego księcia; Nie twoją sprawą o powody pytać — To moja wola. Czy to rzecz spełniona? Spełniona, królu. (Wchodzi Posłaniec). Dość na tem. Odetchnij, Nim powiesz powód twojego pośpiechu. Tyryjski książę uciekł, groźny panie. Leć i ty za nim, jeśli kochasz życie. Jak strzała ręką ćwiczoną popchnięta Do wskazanego okiem wpada celu, Tak ty nie wracaj, póki nie potrafisz Rzec za powrotem: Perykles nie żyje. Gdybym na długość mego pistoletu Raz go mógł spotkać, będzie kwita z nami. Żegnam cię, królu! (Wychodzi). Bądź mi zdrów, Taliardzie! Póki Perykles na ziemi tej zdrowy, Nie jestem panem ni serca ni głowy (wychodzi).
SCENA II.
Tyr.
(Wchodzą: Perykles, Helikanus i inni Panowie).
Niech nikt rozmyślań naszych nie przerywa. Czemu myśl czarna, czemu melancholia,
Smutny towarzysz, tak nieodstępnymi Są u mnie gośćmi, że ani godziny W jasnym dnia biegu, lub w spokojnej nocy (Tym grobie, w którym troski spać powinny) Nie mogę znaleźć słodkiego pokoju? Tu rozkosz wabi oczy me daremnie, Niebezpieczeństwo, któregom się lękał, Jest w Antyochii; króla Antyocha Potężne ramię zdaje się za krótkie, By mnie tu dosiądź; mojej przecie duszy Sztuki rozkoszy nie mogą pocieszyć, Ani odległość usunąć obawy. Tak zawsze bywa: myśli niespokojne, Pierwotnie w błędnej obawie poczęte, Następnie żyją i karmią się troską; Co było trwogą, że zdarzyć się może, Dojrzewa w troskę, żeby się nie stało. Tak jest i ze mną; wielki Antyochus (Z którym się mierzyć nazbyt jestem mały, Bo on ma siłę, co w czyn zmienia wolę) Myśli, że powiem, choć milczeć przysięgam; Daremno mówię, że go czczę głęboko, Bo wie, że słowem mogę go zbezcześcić, Coby rozsiane rumienić go mogło; Poszuka środków, by się nie rozsiało. Tłumami zbrojnych me zaleje ziemie, A groźnym swojej potęgi rozwojem W duszy mych ludów zgasi ogień męstwa; Będą pobite, zanim opór stawią, Za grzech chłostane, o którym nie śniły. O nie to troska, nie własna bezpieczność (Bom drzewa tego tylko jest wierzchołkiem, Który korzenie broni i ocienia) Osłabia ciało, zbezwładnia mi duszę, I wprzód już karze to, co on chce karać. Piersi twej, panie, radość i pociecha! A pokój duszy, gdyś do nas powrócił! Pozwólcie teraz mówić doświadczeniu;
Pochlebców język króla oszukuje; Jak miech, pochlebstwo grzech jego rozżarza; Co wprzódy wątłą, tylko iskrą było, W potężny ogień rośnie tchem pochlebstwa; Gdy napomnienie, byle czcią zaprawne, Przystoi królom, bo ludźmi są także I mogą błądzić. Łaskawy mój królu, Gdy pan Kusiciel o pokoju prawi, Schlebia ci, wojną na twe godzi życie. Przebacz, lub skarż mnie; w gniewu twego szale Niżej od kolan moich się nie zwalę, Zostawcie nas tu, a idźcie tymczasem Wypytać, jakie nawy stoją w porcie, Wracajcie potem. (Wychodzą Panowie). Słuchaj, Helikanie, Do głębi słowa twoje mnie wzruszyły; Jakieś wyczytał z ócz mych tajemnice? Gniew czytam, panie, w zmarszczkach twego czoła, Jeśli są króla zmarszczki błyskawicą, Jak śmiesz językiem piorun gniewu budzić? Jak śmią rośliny poglądać ku niebu, Które je żywi? Wiesz, mogę cię skruszyć. Własną ja ręką topór zaostrzyłem; Podnieś go, panie, cios zadaj śmiertelny! Wstań, usiądź przy mnie; nie jesteś pochlebcą; Dzięki ci za to i nie daj, o Boże, Bym na me błędy zatykać chciał uszy! Dobry mój radco, sługo księcia godny, Który mądrością księcia w sługę zmieniasz, Co chcesz, bym zrobił? Byś cierpliwie znosił Strapienia, które sam sobie zadajesz. Mówisz jak doktor: dajesz mi lekarstwo, Którego sambyś bez wstrętu nie zażył. Słuchaj mnie teraz: Byłem w Antyochii, — W obliczu śmierci kupić tam pragnąłem Nadziemską piękność na matkę mych dzieci,
Podporę króla a poddanych radość. Nad wszystkie cuda było jej oblicze, Lecz reszta, tylko do ucha ci powiem, Była tak szpetna, jak jest kazirodztwo. Gdym to rozumem odkrył, grzeszny ojciec Miast groźby, słowa pochlebne mi szeptał; Lecz wiesz, że głowa ta najprędzej spada, Na której tyran pocałunek składa. Strach mnie ogarnął i tutaj uciekłem, Cieniami nocy odziany burzliwej, Która mym dobrym była opiekunem. Tu rozmyślałem nad tem, co się stało, Co stać się może. Wiem, że jest tyranem; Trwogi tyranów z każdą tylko wiosną, Od lat bujniejsze, nie schną ale rosną. Jeśli przypuszcza (a jak o tem wątpić?), Że ciekawemu wyszepczę powietrzu, Ilu szlachetnych książąt krew on wylał, By czarne łoża ukryć tajemnice, Chcąc koniec swojej położyć obawie, Mój kraj orężnych tłumami zaleje, Mszcząc niby krzywdę, którąm mu wyrządził. Za błąd mój, jeśli błędem zwać to można, Okrutnej wojny cios wszystkich dosięgnie. Troska o wszystkich, a i ty w ich rzędzie, Co mi te robisz zarzuty — Niestety! Sen z oczu, z twarzy zegnała rumieniec, W tysiącznych myślach błąkam się niepewny, Jakby odwrócić burzę tę, nim spadnie, A gdy nie mogłem wynaleźć ratunku, Choć smutkiem litość królewską objawiam. Skoro mi, panie, pozwoliłeś mówić, Myśl mą wypowiem z całą otwartością: Antyoch słuszną przeraża cię trwogą, Trwoży cię tyran, który jawną wojną, Lub tajną zdradą życie ci zabierze. Puść się więc w podróż daleką, dopóki
Nie wywietrzeje gniew jego szalony, Lub Parki nici dni jego nie przetną. Zdaj innym władzę; jeśli mnie wybierzesz, Będę ci wiernie służył jak dzień światłu. O twej wierności nie wątpię, lecz jeśli W nieobecności mej na kraj mój spadnie — Ziemia ta naszej krwi wypije strugi, Co nas swą piersią żywiła czas długi. Więc Tyr opuszczam; do Tarsu się udam; Tam zgłoś się do mnie, bo od twego listu Dalsze me kroki będą zależały. Troskliwość moją o dobro mych ludów Tobie i twojej mądrości powierzam. Nie żądam przysiąg, daj słowo mi twoje; Kto łamie jedno, zgwałci i oboje. A niech z nas każdy w swej tak żyje sferze, Iż czas rozgłosi z naszym to honorem, Żeś poddanego, jam króla był wzorem. (Wychodzą).
SCENA III.
Tyr. Przedsionek w pałacu.
(Wchodzi Taliard).
A więc to jest Tyr, a to dwór królewski. Tu muszę zabić króla Peryklesa, bo inaczej mogę być pewny stryczka za powrotem; to rzecz niebezpieczna. Spostrzegam, że mądry to był jegomość i przezorny, który wezwany, aby żądał od króla, czego zechce, prosił o to jedynie, żeby nie był przypuszczony do żadnej z jego tajemnic. Teraz widzę, że miał do tego powody; bo jeśli król każe człowiekowi zostać łotrem, to człowiek obowiązany jest zostać łotrem rotą przysięgi. Cicho! Zbliżają się panowie tyryjscy.
(Wchodzą: Helikanus, Eskanes i inni Panowie tyryjscy).
Dłużej mnie badać o odjeździe króla Żadnych powodów nie macie, panowie, Ten list, pieczęcią jego opatrzony,
Starczy za wszystko: król w podróż się puścił. (na str.). Co? król odjechał? Jeśli jednakże chcielibyście wiedzieć, Czemu miłości waszej się pozbawił Tkliwych pożegnań, słów kilka dorzucę. Kiedy Perykles w Antyochii bawił — (na str.). Co on tam prawi o Antyochii? Antyoch, nie wiem, dla jakich powodów, Jak mu się zdało, wstręt powziął ku niemu; Myśląc, że może jaki grzech popełnił, Na dowód żalu, jakby na pokutę Sam się na ciężką majtka pracę skazał, Któremu śmiercią każda chwila grozi, (na str.). Teraz nie będę wisieć, jak spostrzegam, Choćbym i pragnął. Lecz skoro odjechał, Króla zapewne wielce uraduje, Że ląd porzucił, by na morzu zginąć. Wystąpmy teraz. (Głośno). Pokój panom Tyru! Witaj nam, pośle, króla Antyocha! On mnie do króla Peryklesa wysłał; Lecz skoro, jak to lądując, słyszałem, W nieznaną podróż puścił się Perykles, Poselstwo moje, skąd przyszło, odniosę, Pytać się żadnych nie mamy powodów O tajemnice nie nam przeznaczone; Lecz nim od naszych odbijesz wybrzeży, Znajdziesz przyjęcie, jakie ci należy. (Wychodzą).
SCENA IV.
Tarsus.
(Wchodzą: Eleon, Dyoniza i inni).
O, Dyonizo, spocznijmy tu chwilę; Opowiadając smutne innych dzieje, Może o własnych zapomnimy smutkach. Chcesz więc dmuchaniem wielki ogień zgasić? Kto górę, że zbyt szczytna, podkopuje,
Z gruzów zwalonej szczytniejszą zbuduje; Drogi mój mężu, tak i smutki nasze Urosną cudzym smutkiem odświeżane, Jak bujniej rosną drzewa ostrzygane. Kto łaknąc chleba nie powie, że głodny? Kto aż do śmierci głód może utaić? Niech język głośno smutki nasze woła, Niech oko płacze; całemi piersiami Chwyćmy powietrze, aby krzyk nasz głośny Do nieba wzleciał, jeśli niebo drzymie, Kiedy stworzenia jego w ciężkiej biedzie, Pocieszyciela i zbawcę obudził. Więc będę nasze smutne prawił dzieje, A łzą dokończę, gdy język omdleje. Zrobię, co będzie w mojej mocy, panie. Tarsus, któregom jest gubernatorem, Obfitość niegdyś ręką swą pieściła. Siejąc bogactwa nawet po ulicach; Wież jego szczyty całowały niebo I były wszystkich wędrowców podziwem; Mieszkańcy blaskiem swych szat tak świecili, Że byli sobie zwierciadłem nawzajem; Obfitość stołów weseliła oczy, A wykwitnością ostrzyła apetyt; Wygnano nędzę, a duma tak wzrosła, Że słowo „pomóż!“ było w obrzydzeniu. Ach, prawda! Ale patrz, co niebo może! W nagłej przemianie te gęby, dla których Morze, powietrze i ziemia niedawno Były za małe, aby je napełnić, Choć im stworzenia swoje mnogie słały, Jak dom użycia brakiem zrujnowany, Schną teraz brakiem ćwiczenia zgłodniałe. Zaprawie głodu obce podniebienia, Które podniecać sztuką było trzeba, Dziś darmo żebrzą o kawałek chleba; Matki, co znaleźć nie mogły przysmaków
Dla swoich dzieci, gotowe są teraz Pożreć te małe, kochane stworzenia; Ząb głodu ostry sprawia, że mąż z żoną Na losy ciągną, kto pierwszy ma umrzeć, By nędzne życie drugiego przeciągnąć; Tu mąż, tam stoi płacząca niewiasta; Tłumy padają, ale braknie siły Żyjącym, by je ponieść do mogiły. Czy to nie prawda? Świadkami są tego: Twarz nasza wyschła i zapadłe oczy. O, niech szczęśliwe, bogate dziś miasta, Pijące z pełnej czary obfitości, Wśród świąt swych wrzasku i jęk nasz usłyszą! Bo nędza Tarsu i na nie spaść może. (Wchodzi Pan) Gdzie gubernator? Tu jest. Powiedz śmiało, Z jaką bolesną przybywasz nowiną, Bo darmo czekać na pociechy słowo. Na brzegach naszych ujrzeliśmy w dali Ku murom naszym żeglującą flotę. Tegom się lękał, bo nigdy samotny Nie zbiega smutek, lecz prowadzi z sobą Swego następcę i swego dziedzica. Tak z nami dzisiaj; jakiś lud sąsiedni, Z naszej obecnej korzystając nędzy, Orężnym tłumem wypchał swe okręty, By już upadłych do reszty zadeptać, I żeby podbić mnie nieszczęśliwego, Nad którym chwałą nie będzie zwycięstwo. Lękać się tego nie mamy powodów, Bo białe flagi na masztach ich świadczą, Że nam przynoszą pokój a nie wojnę. Jeszcześ za młody, lecz dowiesz się w porze, Że większa zdrada w piękniejszym pozorze. Lecz niech przynoszą, co chcą i co mogą, Bo czegóż jeszcze możemy się lękać? Już na dnie nędzy nie możem spaść głębiej.
Idź do ich wodza, niech się tu przybliży, Niechaj nam powie, skąd, po co przychodzi, I czego żąda. Idę spełnić rozkaz. Aby z pokojem przybywał, daj, Boże! Bo któż mu opór stawić tutaj może?
(Wchodzi Perykles z Orszakiem).
Niech me okręty i wojsk moich liczba Gubernatorze, bo mnie nauczono, Że to twa godność, dla twych ócz nie będzie Jak rozpalone na postrach ognisko. O waszej nędzy zaszła wieść do Tyru, O spustoszeniu waszych pięknych ulic; Nie przybywamy smutków waszych zwiększać, Ale boleści waszych zmniejszyć ciężar; A moje nawy (które w twojej myśli Może trojańskim zdawały się koniem, Niosącym zbrojne w bokach swoich tłumy Przygotowane na zagładę waszą). Przynoszą zboże, by znów chleba siła Napół umarłym życie przywróciła. Niech Grecyi bogi twą będą obroną! Będziem się za was modlić. Wstańcie, proszę, Czci nie wymagam, lecz tylko przyjaźni I dla mych ludzi dobrego przyjęcia. A kto wam tego chętnem nie da sercem, Niewdzięczną myślą za dobroć zapłaci, Choćby to były nasze dzieci, żony, My nawet sami, niech przekleństwo nieba I dobrych ludzi nikczemników skarze! Lecz póki to się nie spełni (a tego Nikt nie zobaczy, w Bogu mam nadzieję) Moim i miasta mego jesteś gościem. Z wdzięcznością waszą przyjmuję ofiarę, Przeczekam u was, aż się w uśmiech zmieni Gniew, który dzisiaj gwiazdy me czerwieni. (Wychodzą).
AKT DRUGI.
(Wchodzi Gower).
Już widzieliście, jak była skalana Córka przez ojca, potężnego pana; A potem książę wystąpił przed wami, Wzór cnoty czystej słowem i czynami, Bądźcież cierpliwi, jak mężom przystało, Aż nieszczęść swoich próbę przetrwa całą. Patrzcie, jak cnota pod cierpień koroną Zyskuje góry za słomkę straconą. Mąż ten cnotliwy (daj mu Boże zdrowie!) Jeszcze jest w Tarsus, a cokolwiek powie, Lud zgromadzony w swojej dobrej wierze Za pismo święte każde słowo bierze. Na jego chwałę, dla wiecznej pamięci, Złoty mu posąg wdzięczny naród święci. Lecz się zbliżają sprawy innej treści, A widzom mojej nie trzeba powieści.
Dobry Helikan w Tyrze zostawiony Nie, żeby obcą pracą wyrobiony Pić miód jak truteń, lecz by w czoła pocie, Plenić występki a pomagać cnocie, Wierny przysiędze wysłał panu listy, Tyryjskich dziejów obraz rzeczywisty: Jak przybył Taliard w grzesznem przedsięwzięciu Sztyletu ostrzem życie wydrzeć księciu, Jak dłuższy pobyt w Tarsus niebezpieczny, Jak śpieszny odjazd jego jest konieczny. Posłuszny książę puszcza się na wody, Gdzie trudno ludziom żeglować bez szkody.
Jakoż okrutne zawyły już burze, Przepaść na dole a piorun na górze, Aż biedny okręt rozdąsane fale Rozbiły wkońcu na podwodnej skale. Cnotliwym księciem, jakby dla igrzyska, Szalona burza w wszystkie strony ciska; Wszystko zginęło przez nawy rozbicie, Za skarb jedyny zostało mu życie, Aż go bałwany, sprawą bożej łaski, Rzuciły wkońcu na wybrzeżne piaski. Gower zamilcza, co się potem stało, Bo sami sprawę zobaczycie całą. (Wychodzi).
SCENA I.
Pentapolis.
(Wchodzi Perykles zmoczony).
Uśmierzcie dąsy, gniewne niebios gwiazdy, Pomnijcie wichry, deszcze i pioruny, Że wam się oprzeć człowiek nie jest zdolny; Ja też, jak mojej przystoi naturze, Waszej się woli poddaję. Niestety! Morze mnie gniewne rzuciło na skały, Na to mi tylko zostawiając duszę, Bym lepiej śmierci blizkiej czuł katusze. Waszej potędze niech dość na tem będzie, Że księciu całe wydarłyście mienie; Dziś was o jedną tylko łaskę proszę, Niech umrę na tych wybrzeżach w pokoju.
(Wchodzą trzej Rybacy).
Hola! ho! Serdelko! Przybywaj zabrać sieci. Czy wiesz ty co, Gaciłacie! Co takiego, panie majstrze? Ruszaj mi się tylko, albo ci batem dodam ducha.
Bo to widzicie, panie majstrze, myślałem o biedakach właśnie w naszych oczach rozbitych. Ach, biedne niebożątka! Krwawiło mi się serce, gdym słyszał miłosierne ich do nas krzyki, aby ich ratować, kiedy my sami ledwo mogliśmy ujść z duszą. A czy nie przepowiedziałem tego, panie majstrze, kiedym widział morświna przewracającego koziełki? Powiadają, że to pół ryby a pół mięsa. Morowa na nie zaraza! Nie mogą się pokazać, żebym nie czekał na wymycie. Rzecz to jednak dziwna, panie majstrze, jak ryby żyją w morzu. Jak ludzie na lądzie: wielkie jedzą małe. Z niczem nie mogę lepiej porównać naszych bogatych skąpców jak z wielorybem; igra i koziołkuje, pędząc przed sobą biedny drobiazg, który nakoniec jednym kąsem pożera. Słyszałem ja o takich wielorybach na lądzie, które nie zamkną gęby, póki nie połkną całej parafii z kościołem, dzwonnicą, dzwonami i wszystkiem. (na str.). Piękna moralność. Ale, panie majstrze, gdybym był dzwonnikiem, tobym tego dnia nie opuścił wieży. A to dlaczego? Bo i mnieby także połknął; a jakbym był w jego brzuchu, tobym tak bił w dzwony, że nicby nie miał pilniejszego jak wypluć dzwony, dzwonnicę, kościół i parafię. Ale gdyby dobry król Synionides jak ja myślał — (na str.). Symonides? Oczyścilibyśmy kraj z tych trutni, co wykradają miód pszczołom.
(na str.). Jak w łuskowatych morskich fal mieszkańcach Ludzkie słabości odkryli rybacy, I z morskich głębin dostali niewodem, Co pochwał ludzkich lub nagan powodem! (Głośno). Pokój wam w pracy, uczciwe rybaki!
Uczciwe, braciszku? Co to się znaczy? Jeśli to jaki święty po twojej myśli, wyskrob go z kalendarza, a nikt się o to nie upomni. Na brzegi wasze rzuciło mnie morze. Co za pijany hultaj było to morze, rzucając cię tak na naszą drogę.
Mąż, którym wiatry i morskie bałwany Jak piłką jaką bawiły się długo, Błaga was teraz o litość. Żebrakiem Jest waszym człowiek, co nigdy nie żebrał.
Czy, przyjacielu, naprawdę nie możesz żebrać? Znam ja tu w naszej Grecyi ludzi, co zarabiają więcej żebraniną, niż my naszą ciężką pracą. To przynajmniej możesz ryby łowić? Nigdy tego nie praktykowałem. To możesz być pewnym głodnej śmierci, bo żyjemy teraz w czasach, w których nie dostaniesz, czego nie ułowisz.
Czem byłem dawniej, o tem zapomniałem, Czem jestem, myśleć przymusza mnie bieda; Skostniały zimnem, w odrętwiałych żyłach Ledwo mam dosyć żywotnego ciepła, By język zdołał prosić was o pomoc. A jeśli żywy nie znajdę litości, To umarłego choć pogrzebcie kości.
Umarłego, mówisz? Uchowaj Boże! Mam ja tu dobry kożuch, zarzuć go i rozegrzej się. Patrzcie tylko, to mi chłopak jak lalka! Pójdziesz z nami do naszej chałupy, a tam znajdziemy kawałek mięsa na święta, ryby na post, a do tego miskę prażuchy albo jajecznicy. Rachuj na dobre przyjęcie. Dziękuję ci, panie. Ale słuchaj, przyjacielu, mówiłeś, że nie możesz żebrać. Błagałem tylko. Błagałeś tylko? To i ja usiądę na rzemiośle błagania, a ujdę chłosty. Czy wszyscy u was żebracy dostają chłostę. O, nie wszyscy, mój przyjacielu. Gdyby wszystkich chłostano tu żebraków, to nie pragnąłbym lepszego urzędu od batożnika. Ale czas już, panie majstrze, wyciągnąć sieci. (Wychodzą dwaj Rybacy). Jak ta uczciwa rubaszność pracy ich przystoi. Słuchaj, panie, czy wiesz ty, gdzie jesteś? Nie bardzo. To ja ci powiem: Kraj ten nazywa się Pentapolis, a naszym królem jest dobry Symonides. Nazywasz go dobrym królem Symonidesem? Tak go nazywam, bo zarobił sobie na to przezwisko przez swoje spokojne panowanie i dobre rządy. Król to szczęśliwy, który zarobił sobie u poddanych na przezwisko dobrego przez swoje rządy. Jak daleko jest dwór od tych wybrzeży? Pół dnia drogi, mój panie, a powiem ci jeszcze, że urodną ma córkę, a jutro jej urodziny; zjeżdżają się tam książęta i rycerze ze czterech rogów świata, żeby turniejować dla jej miłości. Gdyby moja fortuna dorównała mojej żądzy, chciałbym znajdować się w ich liczbie. Ach, mój panie, rzeczy być muszą, jak być mogą, a czego człowiek sam nie może zyskać, to musi drugim zostawić, jak naprzykład duszę swojej żony.
(Wchodzą dwaj Rybacy ciągnąc sieć).
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Perykles.
