Opowiadanie hreczkosieja z przedmową Władysława Prokescha
ADAM ASNYK
PANNA LEOKADJA
Z PRZEDMOWĄ WŁADYSŁAWA PROKESCHA
WYDAŁ INSTYTUT LITERACKI SP. Z. O. ODP.
LWÓW — WARSZAWA — POZNAŃ — KRAKÓW — LUBLIN
1923.
PRZEDMOWA
TREŚĆ
№ 409 | SKŁADY GŁÓWNE: | WE LWOWIE: | „LEKTOR“, MIKOŁAJA 23. | (Dom własny) Tel. 525. | W WARSZAWIE: | „LEKTOR“, SIENKIEWICZA 5. | Tel. 253-99. | W POZNANIU: | „LEKTOR“, RATAJCZAKA 33. | Tel. 39-23. | W KRAKOWIE: | „LEKTOR“, RYNEK GŁ. 22. | W LUBLINIE: | „LEKTOR“, SZOPENA 5.
OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ
EDMUND JOHN W WARSZAWIE.
Opowiadanie hreczkosieja z przedmową Władysława Prokescha
ADAM ASNYK
PANNA LEOKADJA
Z PRZEDMOWĄ WŁADYSŁAWA PROKESCHA
WYDAŁ INSTYTUT LITERACKI SP. Z. O. ODP.
LWÓW — WARSZAWA — POZNAŃ — KRAKÓW — LUBLIN
1923.
№ 409 | SKŁADY GŁÓWNE: | WE LWOWIE: | „LEKTOR“, MIKOŁAJA 23. | (Dom własny) Tel. 525. | W WARSZAWIE: | „LEKTOR“, SIENKIEWICZA 5. | Tel. 253-99. | W POZNANIU: | „LEKTOR“, RATAJCZAKA 33. | Tel. 39-23. | W KRAKOWIE: | „LEKTOR“, RYNEK GŁ. 22. | W LUBLINIE: | „LEKTOR“, SZOPENA 5.
OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ
EDMUND JOHN W WARSZAWIE.
W rozległej działalności literackiej Adama Asnyka, która doczekała się już wielostronnej oceny i analizy krytycznej, zgoła nieznaną jest nie tylko szerszemu ogółowi wielbicieli talentu znakomitego poety, ale nawet krytykom literackim, twórczość jego w zakresie noweli i powieści. Jest to zupełnie naturalnem, gdyż spuścizna jego w tym dziale literatury pięknej jest więcej niż skromna. Pozostało w plonie nowelistycznej jego prozy zaledwo trzy utwory. Jedna większa nowela, mogąca być nazwaną powieścią: „Panna Leokadja“ — opowiadanie hreczkosieja — jak ją sam autor nazwał — ukazała się w „Dzienniku literackim“ lwowskim w r. 1868 pod pseudonimem Jana Stożka, którym to pseudonimem Asnyk podpisywał także pierwsze swoje utwory poetyckie, oraz dwie mniejsze nowele „Opiekunowie“, drukowaną w r. 1882 w „Reformie“ i „Wśród lasu“, opowiadanie, ogłoszone w warszawskim dzienniku „Echo“ w r. 1877. Wszystkie te trzy utwory — aczkolwiek według dzisiejszych pojęć odbiegają od metod i form tworzenia artystycznego pokolenia, jakie nastąpiło po Asnyku, mają wybitne piętno ducha wyższego, pełnego inspiracji, która na każdem polu potrafi zaznaczyć swój niepowszedni indywidualizm. Żaden z wymienionych utworów nowelistycznych nie został zamieszczony ani w zbiorowych wydaniach „Pism“ Asnyka, ani w osobnem wydaniu książkowem, czego następstwem było, że niedocenione na szpaltach pism, uległy zapomnieniu. Z zapomnienia tego wydobywamy obecnie największe rozmiarami i artystycznie najwyżej stojące opowiadanie, p. t. „Panna Leokadja“. Asnyk napisał ten utwór, mając lat 29, pod świeżem wrażeniem swych osobistych przeżyć i zawodu miłosnego, jaki go spotkał w tym czasie. Jestto rzecz pełna pierwszorzędnych zalet literackich, doskonała w pomyśle, subtelna w traktowaniu, wycyzelowana w formie stylistycznej z tą precyzją, jaka cechowała tego prawdziwego wirtuoza słowa. Czytając to opowiadanie z przed 54 lat, trudno się oprzeć przykremu uczuciu stwierdzenia faktu, żeśmy w tak poważnym okresie czasu niezbyt wiele postąpili w dziedzinie ustalenia artystycznej formy noweli. Mogą nas razić w „Pannie Leokadji“ pewne drobne odchylenia poety w zakresie porzuconych już dygresyj — całość ujmie zawsze niepospolitym wdziękiem słowa, barwnością akcji, humorem i skoncentrowaną budową, wreszcie świetną charakterystyką pewnych typów ludzi z doby popowstaniowej, jak niemniej pojęć, jakie ci ludzie reprezentowali. „Panna Leokadja“ stworzona w okresie, kiedy forma noweli nie miała jeszcze zarysów ustalonych, mimo to ma wszystkie dane po temu, aby ją zaliczyć do pereł belletrystyki polskiej. Pisana doskonale, stylem jasnym, wytwornym i wypolerowanym, jak na poetę przystało, jest utworem pełnym wdzięku i przynosi treść bardzo interesującą. Nadto pod pozorami najściślejszego objektywizmu posiada tę zaletę, że trzyma uwagę czytelnika w niesłabnącem naprężeniu. Przedstawione w niej typy, choć na swój czas były jeszcze bardziej charakterystycznemi, bardzo niewiele straciły ze swoich cech najistotniejszych. Jako satyra na społeczeństwo popowstaniowe doskonale ujmuje ich śmieszności i wady, ich obłudę i chęć pozowania na co innego niżeli są w istocie, ich snobizm, ich artystyczne pretensje, tak właściwe naszej szlachcie wogóle. Bohaterka romansu panna Leokadja, pierwsza rzuca się w oko, jako typ z galerji współczesnych kobiet. Typowa panna na wydaniu, aspiruje do świetnego zamążpójścia, marzy o wejściu do sfery arystokratycznej, o zrobieniu świetnej partji. Zresztą lalka bez duszy. Typami kapitalnie naszkicowanymi są oboje rodzice panny, państwo Bąbalińscy, spanoszona szlachta, zadzierająca nos do góry, pragnąca za wszelką cenę wzniesienia się. Bąbaliński ojciec, szlachcic głupi jak but, nie orjentujący się w stosunkach społecznych, pozbawiony wszelkiej ideologii i jasnego poglądu na sprawy publiczne jest okazem kopalnym, którego szczątki i dziś jeszcze spotkać tu i ówdzie można. A owe kosmopolityczne typy obu rycerzy przemysłu, grasujących wśród rzeszy naiwnych i łatwowiernych, jakże plastycznie wychodzą z ram opowiadania! Sam bohater powieści, Jan Stożek, w którym autor portretuje w części samego siebie, uosabia przeciętny typ poczciwego hreczkosieja z Wólki, prostaka w uczuciach ale z gruntu naturę szlachecką, czysto polską w działaniu i sposobie myślenia. Konkury imć Pana Stożka do panny Leokadji Bąbalińskiej rzucone są na tło dziejów popowstaniowych 1863 r. i to dodaje niemało wagi i powagi całemu utworowi. W wynurzeniach niefortunnego konkurenta pana Stożka zamknął autor swoje własne poglądy na rok 1863, jak nie mniej charakterystyczne zapatrywania przedstawiciela szlachty pana Bąbalińskiego. Ponieważ Asnyk jak wiadomo był członkiem rządu narodowego przez pewien krótki okres początków ruchu, przeto wynurzenia jego włożone w usta bohatera powieści J. Stożka, są dla nas niesłychanie ciekawe i cenne, a jako okrasa powieści, dźwigają jej walory społeczne bardzo wysoko. Panna Leokadja — pomimo że należy do pierwocin pisarskich Asnyka, ma wszystkie cechy dojrzałego, pełnego talentu pióra. W tem napozór bezpretensjonalnem „opowiadaniu hreczkosieja“, spotyka się co chwilę ustępy pierwszorzędnej piękności, pełne plastyki opisy krajobrazu, subtelne analizy psychologiczne i obserwacje zdradzające umysł trzeźwo i krytycznie patrzący na otaczający świat, i posługujący się nierzadko wykwintnym humorem, lub ironizującą satyrą dla zaznaczenia swego stanowiska. W belletrystyce polskiej popowstaniowej „Panna Leokadja“ jako utwór powieściowy zajmie poczesne i honorowe miejsce, nie tylko jako utwór literacki wartościowy, dzieło wielkiego poety i droga po nim pamiątka, ale także jako dokument chwili współczesnej i pożądany materjał do oceny ludzi i ich poglądów na ruch narodowy 1863 roku. Wydanie tej powieści jest spłaceniem długu winnego pamięci poety w 25-tą rocznicę jego zgonu.
Panna Leokadja była to bardzo miła i wykształcona panienka. Przymioty ciała i duszy, któremi została obficie wyposażona od natury, jak również i dotykalniejszy posag składający się ze znacznej gotówki i dobrze zagospodarowanej wioski, kazały ją uważać za jedną z najlepszych partji w powiecie. Dla mnie co mieszkałem o miedzę od posiadłości jej rodziców i miałem sposobność poznać i ocenić bliżej szlachetne jej serce i wyborową glebę Borowca, była ona poprostu ideałem, po nad który w marzeniach moich nie sięgałem. Błogosławiłem losowi, który mnie uczynił szczęśliwym sąsiadem tylu skarbów i otworzył mi tym sposobem dom państwa Bąbalińskich, czcigodnych rodziców tej powabnej jedynaczki. Znajomość nasza sąsiedzka była dość dawnej daty i jeszcze pamiętam młodym studencikiem bawiłem się nieraz podczas wakacji z małą Łodzią w ogrodzie Borowieckim. Na dobre atoli zacząłem przebywać w Borowcu, odkąd sam po śmierci rodziców osiadłem na gospodarce w mojej maleńkiej Wulce. Właśnie bowiem w tym czasie, było to jakoś w lipcu 1862 roku, panna Leokadja ukończywszy pięknie nauki w jednem z sławniejszych w Krakowie powróciła na wieś do domu swoich rodziców. Pamiętam, że z pewnem biciem serca wybierałem się do Borowca z uroczystą wizytą, dowiedziawszy się o przybyciu panny Leokadji. Dawne wspomnienia, ciekawość co się to zrobiło z mojej małej Lodzi, jakieś niejasne marzenie o przyszłości, słowem różne obawy i nadzieje nie dawały spokoju mojej wyobraźni. Przeczekałem przecież tydzień, żeby nie okazać gwałtownego pośpiechu i nareszcie pewnej pięknej niedzieli przed wieczorem ubrawszy się w najświetniejszy mój tużurek i zawiązawszy jak można najartystyczniej najświeższą krawatkę, dosiadłem kasztanka i popędziłem wprost do Borowieckiego dworu. Pan Bąbaliński stał jak raz na ganku ponad pałacykiem i ledwiem zdążył zeskoczyć z siodła, pochwycił mnie w swoje ramiona z radośnym okrzykiem: — A kochanego sąsiada witam, witam! Ha ha! to zapewne naszej Lodzi winniśmy tę wizytę! A widząc moje zakłopotanie dodał: No, no, nie mieszaj się chłopcze, nic w tem dziwnego! Gdzie miód tam pszczoły, gdzie panna tam się chłopcy zbiegają a moja Lodzia warta tego, żeby się do niej o sto mil zjeżdżano, a nie dopiero jak o miedzę, chociem ojciec, ale ci powiadam, że to ósmy cud świata, no ale sam się najlepiej przekonasz. Łaskawych czytelników, których może zgorszy ta obcesowość i nieceremonialność pana muszę objaśnić, że raz jego stosunki sąsiedzkie i przyjazne z memi rodzicami upoważniały go do pewnej ze mną poufałości, a powtóre, że był on znanym całej okolicy jako demokrata i postępowiec, szczepiony na pniu szczerego szlachcica polskiego dawnej daty. Miał on zawsze jak to sam o sobie opowiadał, co w myśli to i na języku, nic w bawełnę nie obwijał, fumów nie znosił, etykiety nie zachowywał, arystokratycznych form i tytułów nie szanował, a co gorsze śmiał się nawet publicznie chlubić, że nie był żadnym hrabią lub baronem, ale prostym sobie szlachcicem, o co jak utrzymywał, trudno teraz w Galicji na te ciężkie czasy. Po skończeniu wstępnej, przytoczonej tu oracji i należytem wyściskaniu, poprowadził mnie pan Bąbaliński do salonu, gdzie wprawdzie nie znaleźliśmy jeszcze panny Leokadji, ale za to zastaliśmy samą panią domu, z książką w ręku, na fotelu. Skorzystam ze zdarzonej sposobności, by wam mili czytelnicy przedstawić choć w kilku słowach panią Bąbalińską. Była to osoba lat czterdziestu ze śladami piękności na twarzy, chuda, poważna, z cieniem melancholji, pewnej dystynkcji w postawie, ruchach i obejściu. Była bardzo oczytaną szczególnie w romansach francuskich, bo to było jej główną namiętnością, czuła się nieco nieszczęśliwą z mężem, który wyższego polotu jej ducha ocenić i zrozumieć nie mógł, mięsa nie jadała wcale żywiąc się wyłącznie konfiturami, sardelami i cukrami, które po romansach francuskich stanowiły drugą jej namiętność, ubóstwiała Lamartina, księżycowe noce, lubiła często rozmawiać o powinowactwie dusz i cierpiała stale na nerwy. Zresztą bardzo dobra Polka, pomimo uwielbienia literatury francuskiej, z mężem żyła przykładnie, znosząc jego rubaszność z prawdziwie chrześcijańską rezygnacją i kochała sercem matki swoją jedynaczkę, dla której marzyła o jakiejś wielkiej i heroicznej miłości. Na mnie była bardzo łaskawą ze względu na pamięć mojej matki, której była wielką przyjaciółką i raczyła się nawet dopatrywać we mnie pod zwierzchnią szlachecką korą podobieństwa do niejednego ze swych ulubionych bohaterów romansów. Przekroczywszy próg salonu pospieszyłem ucałować z gracją podaną mi rękę, a obdarzony łagodnym nieco znaczącym pół-uśmiechem i lekką wymówką, żem tak długo nie był, zabrałem miejsce koło pani Bąbalińskiej. — A wiesz pan — odezwała się po krótkiej przerwie — wyskoczył z wieży i rękę sobie złamał. — Kto taki? — zapytałem zdziwiony, nie pamiętając, że przed dziesięciu dniami przywiozłem jej z miasta parę najnowszych romansów, między któremi znajdował się sławny „Le roman d’un jeune homme pauvre“ Feuilleta. — Któżby, jeśli nie szlachetny, bohaterski Maxime. O, gdyby moja Lodzia mogła być tyle szczęśliwą i napotkała w życiu takiego człowieka! Nie wiedziałem właściwie co odpowiedzieć, ale wybawiła mnie z kłopotu panna Leokadja swoim ukazaniem się w salonie. Jakaż piękna panna wyrosła z mojej małej Lodzi — pomyślałem, oddając głęboki ukłon i ciekawie wpatrując się w towarzyszkę zabaw dziecinnych. W samej rzeczy urocze to było zjawisko. Wysmukła blondynka o zaokrąglonych i wykończonych formach, pięknych i pociągających rysach twarzy, dużych niebieskich oczach i przecudnej lekkoróżowej karnacji, żywo przedstawiała ideał cielesnej piękności Rubensa z dodatkiem tego nie uchwyconego wdzięku i blasku, który tylko jeden Correggio z pod pędzla swego umiał wydobywać. Może tam zanadto było Rubensa a za mało Correggia, alem się nad tem w tej chwili nie zastanawiał. Matka przedstawiła mnie córce. Pan Jan Stożek sąsiad z Wulki a dawny twój znajomy, przyczem panna Leokadja raczyła sobie mnie przypomnieć jakoteż inne drobne wypadeczki w naszych latach dziecinnych. Wkrótce rozmowa stała się ogólną i coraz bardziej ożywioną. Mówiliśmy po trochu o wszystkiem, o pogodzie, o Krakowie i literaturze, sztuce ba nawet i o polityce. Panna Leokadja zawstydzała mnie na każdym punkcie zarówno wdziękiem i łatwością swojej wymowy, jak i bogactwem swoich wiadomości, które nawet w sferze politycznej przesięgały daleko — przynajmniej jak mi się zdawało — zakres mojej wiedzy. Nadewszystko zaś pobiła mnie znajomością literatury angielskiej i estetycznemi o sztuce. Głos jej dźwięczny i mile wpadający przez ucho do serca, odebrał mi resztę przytomności, tak, że wkrótce jak się to mówi w dobrej polszczyźnie trzech nie umiałem zliczyć. Siedziałem więc przy pannie i słuchałem, a choć nieco upokorzony w swojej miłości własnej, czułem się przecież pod wpływem dość przykrego uczucia. Pan Bąbaliński tymczasem zacierał ręce z uśmiechem zadowolenia i rzucał mi od czasu do czasu wyzywające spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: a co, nie mówiłem, że to ósmy cud świata? Nareszcie przeszliśmy do jadalni na kolację, co naturalnie odmieniło tok rozmowy. Panna Leokadja błyszczała znów lekkim dowcipem i humorem, a ja nieszczęśliwy przestraszony prawie tylu doskonałościami napróżno usiłowałem dodać sobie fantazji i polotu kilku kieliszkami wytrawnego wina. Nie łatwą będzie sprawa — pomyślałem sobie w duchu z głębokiem westchnieniem — zyskać serce takiego feniksa, a tu panie Janie gotóweś się zakochać po same uszy. I rzuciłem przeciągłe spojrzenie na pannę Leokadję w ostatniej nadziei, że może dojrzę jakiej małej plamki na moim słońcu, która mi doda nieco nadziei, ale niestety oczy moje spotkały się z jej błękitnemi oczami, których bijący promień olśnił mnie i przejął całego rozkosznym dreszczem. Zadrżałem jak pod dotknięciem galwanicznego stosu i odsunąłem podawanego mi przez pana domu jarząbka, zwierzyny, której nigdy nie mam odmawiać zwyczaju. Znak to był , że zostałem rażony strzałą Kupidyna i pani Bąbalińska zajadając z całym spokojem ducha konfiturę z róży spojrzała na mnie z tryumfującym uśmiechem. Wstaliśmy od stołu, ja chcąc się wyzwolić z pod magnetycznego wpływu, jaki wywierała na mnie panna Leokadja, rzuciłem się z całą heroiczną odwagą na dyskusję z panem Bąbalińskim o przyszłości demokracji w Europie, co stanowiło jego ulubiony temat. Rozpacz dodała mi sił i natchnienia i jednym tchem wypowiedziałem ogromną moc frazesów godnych figurować w jakiem rozumnem konserwatywnem czasopiśmie. Pan Bąbaliński sam się zdziwił, że znalazł dziś we mnie tak twardego przeciwnika, ale chwila mego tryumfu krótko trwała, bo niebawem zbliżyła się panna Leokadja na pomoc ojcu i zagadnęła mnie — z ironiczną minką — Pan widzę należysz do kategorji tych, co poświęcają przyszłość przeszłości. Na taki argument nie znalazłem co odpowiedzieć i uchyliłem czoło, przed wyrokiem wydanym przez piękność. Panna Leokadja widząc moją porażkę, bądź to w celu osłodzenia jej, bądź też uczynienia więcej stanowczą, zasiadła do fortepianu i zaczęła grać i śpiewać na przemiany. Przysunąłem się mimo woli do fortepianu, słuchałem w niemym zachwycie namiętnej arji Hernaniego, Trowatora i Trawiaty. Czułem, że tonę coraz bardziej w niewysłowionem upojeniu, lecz nie miałem już dość władzy nad sobą, by stawić skuteczny opór, rzuconemu na mnie urokowi. Głos panny Leokadji do reszty rozbroił moje szlacheckie nerwy i wpół nieprzytomny łowiłem chciwie uchem każdą nutę a wzrokiem każde spojrzenie, przybliżając się coraz bardziej pod pretekstem przewracania nut. Byłbym przetrwał tak całą wieczność, gdyby nie refleksja, że to już pora spóźniona i że czas myśleć o odwrocie. Ucałowałem więc rączki pani, ośmieliłem się nawet złożyć o ile można najeteryczniejszy pocałunek na malutkiej atłasowej rączce Lodzi i wyściskany przez pana Bąbalińskiego, obsypany zaprosinami częstych odwiedzin, życzeniami dobrej nocy i t. d. dosiadłem konia i puściłem się ku Wulce. Przecudna była noc księżycowa i ja przy czulszem niż zwykle usposobieniu zacząłem się nią rozkoszować, ni mniej ni więcej jak sama pani Bąbalińska. Puściłem wolno cugle koniowi z oczyma wlepionemi w jasny nieba błękit, wciągałem całemi piersiami aromatyczne powietrze lipcowej nocy i chwytałem ostatnie dolatujące mnie z otwartych okien pałacyku brzmienie serenady Szuberta. Jeszcze nigdy natura nie wydała mi się tak piękną: podziwiałem rozlewający się w srebrnych falach blask księżyca, czerniejące w dali lasy, śpiące pod delikatną mgieł tkaniną fantastycznie rysujące się grupy drzew i zagięcia pagórków, słowem podziwiałem wszystko jakbym dopiero po raz pierwszy na to patrzał, a po nad tem wszystkiem migały błękitne oczy Lodzi zwrócone z miłością ku mnie — Alea jacta est — wykrzyknąłem ucieszony przypomnieniem sobie łacińskiego przysłowia tak silnie, że aż koń się nastraszył — Ona musi być moją! Czemużby nie — rozumowałem w dalszym ciągu — wszakże jestem człek przyzwoity i inteligentny, młody, dość przystojny nawet, mogę się podobać; rodzice mi sprzyjają, na ich zezwolenie mógłbym liczyć, chodzi więc tylko o to, żeby zdobyć serduszko panny, to przecież nie filozofia. Przy silnej woli i wytrwałości wszystkiego dokazać można, tylko panie Janie odważnie a naprzód. Zrobiwszy tak silne postanowienie uczułem się dumnym, jak Cezar po przejściu Rubikonu, i popędziwszy konia przybyłem do domu z miną tryumfatora. Odtąd datuje się pierwsza faza moich do panny Leokadji zalotów, których całe dzieje, w krótkości dać Wam zamierzyłem. Naturalnym porządkiem rzeczy stałem się coraz częstszym gościem w Borowcu, i po upływie mniej więcej trzech tygodni zainstalowałem się tamże na dobre, nie opuszczając dnia żadnego w składaniu hołdów mojej wybranej piękności. Rodzice i panna przyjmowali mnie bardzo serdecznie i mile, mimo to jednak nie mogę powiedzieć, żeby rzeczy szły pożądanym trybem, bo tylko ja jeden rozpłomieniałem się coraz bardziej miłośnemi afektami, gdy tymczasem panna zdawała się być przyjaźnie dla mnie usposobioną ale nic więcej. Wspólne przechadzki, zabawy, muzyka, śpiew i rozmowy działały na mnie jak potężne narkotyki, pod wpływem których w czarujących fantasmogorjach i wrażeniach przesypiałem życie. Nieznacznie, mało po mału, z tych chwytanych w locie i rzucanych na stos jeden iskier, wyrosła jedna wielka silna namiętność, do jakiej nie przypuszczałem, że będę zdolnym, namiętność, odejmująca mi możność rachuby i rozumowania, wobec której wszystkie plany konsekwentnego postępowania w osiągnięciu mego skarbu w przyszłości jak mgły się rozwiały. Zacząłem żyć teraźniejszością bez myśli o jutrze, upojony wrażeniami, które każdy dzień przynosił, uszczęśliwiony pielęgnowanem w własnej piersi uczuciem i pragnący tylko przeciągnąć w wieczność ten stan rozkosznej ekstazy. Parę godzin spędzonych w Borowcu dostarczały mi dostatecznego na resztę dnia zapasu szczęścia, kilka spojrzeń, kilka uśmiechów panny Leokadji, jeden tęskny mazurek Szopena, jedna zanucona na pożegnanie śpiewka, były dla mnie najwyższemi skarbami, które unosiłem do Wulki, marząc o nich przez noc całą i wyciągając różne dla wróżby. A jednakże mimo całego szału i upojenia w jakiem zostawałem, czułem przecież instynktem raczej a nie zastanowieniem, że interesa moje, jak to już mówiłem nie idą wcale pomyślnie. Żadnych bowiem z tych symptomatów, które na mnie aż nadto były widomemi, nie mogłem dostrzec na pannie. Owszem w całem jej postępowaniu ze mną mogłem zauważyć najwyższy spokój i nawet pewien przebijający się odcień odczutej wyższości nademną. Nigdy się nie mieszała, ani nie zapłoniła na moje przybycie, nigdy też nie okazała żalu, gdym ją opuszczał. Zdawała się lubić mnie jako dobrego znajomego, który jest w stanie uprzyjemnić jej nie jedną chwilę na wsi, ale też żadnem czulszem uczuciem pierś jej nie zadrgała. Próżno śledziłem w rozmowach często nawet podnioślejszych i patetycznych jakiego śladu wzruszenia, któreby się dało na korzyść moją tłumaczyć, rozmawiała ze mną zazwyczaj jak siostra z uczniem swoim i zapalając się w toku rozmowy, zapalała się jedynie do swojej własnej myśli, mało zważając na takiego jak ja oponenta. Z natury romantyczna i usposobiona do marzeń wszelkiego rodzaju, panna Leokadja poetyzowała i marzyła , bez żadnego jednak śladu zastosowania swych poetycznych fantazji do kochanka z ciała i krwi, jakim ja być pragnąłem. Ideał jej jak to zmiarkować mogłem był jeszcze o sto mil od rzeczywistości. Był to zawsze jakiś rycerz lejący krew za Ojczyznę (panna Leokadja miała bowiem bardzo wyegzaltowane patrjotyczne uczucie), dokonywujący długiego szeregu dzieł wiekopomnych i heroicznych poświęceń, coś na kształt awanturniczego Beniowskiego, na pół dzikiego Sawy lub mitycznego Polelum, coś zarywającego więcej na Donkiszota, niż na pospolitego jak ja hreczkosieja. Tak więc w bohaterach poematów Słowackiego arcyniebezpiecznych znalazłem rywalów, z którymi walka w sferze fantazji i urojenia, stawała się dla mnie niepodobną. Napróżno staraniem panny Leokadji na poetyckie credo Słowackiego, z poświęceniem ulubionego dawniej Mickiewicza zacząłem przejmować się duchem gorączkowej podniosłości, która go cechuje, napróżno przyswoiłem sobie jego styl i język odczytując nieustannie wspólnie z moją Korynną jego przecudownie kreślone obrazy, próżno usiłowałem pojąć i rozwikłać takiego Króla Ducha: wciąż bowiem w oczach panny Leokadji zostawałem zwykłą i poziomą figurą ni mniej ni więcej jak Grabiec w Balladynie. Położenie więc moje nie było do . Czułem się głęboko upokorzonym w mojej miłości własnej, śmiesznym w tej niewłaściwej dla mnie roli Damona wzdychającego do nieczułej pasterki i niezdolnym co gorsza do żadnego heroicznego środka coby mnie wyprowadził z tej drażliwej sytuacji. Tym sposobem upływały dnie i tygodnie całe. Jako niewolnik włożony do słodkiego jarzma, kochałem, wzdychałem i..... milczałem. Śmieszna to była zaiste rola dla takiego jak ja, dość niezgrabnego amanta, i dziś gdy to wszystko minęło jako człek porządny i rozsądny wstydzić się jej muszę należycie przed szanowną publicznością, ale wtedy w czasach uniesień bicia serca i zawrotów głowy, miłosna na oczach przepaska nie dozwalała mi widzieć własnej śmieszności! Zaniedbałem gospodarkę, nie sypiałem po nocach, marzyłem na jawie, usiłowałem nawet skleić jakieś wiersze, które mi się Bogiem a prawdą (z czego dziś dumny jestem) zupełnie nieudały. Jako najwyższy symptomat złego przytoczyć mogę, że nawet widoki na Borowiec i gotówkę wypadły mi zupełnie z głowy, a jedna tylko panna Leokadja wypełniła wszystkie moje myśli i marzenia. Kto nie popełnił podobnych głupstw za młodu, niech ciśnie na mnie kamieniem, ja bowiem sądzę, że taka czysta idealno-bezinteresowna miłość jest niezbędną do przebycia w młodości, mając za zadanie bronić nas w przyszłości, tak jak szczepiona dziecku ospa przeciw gwałtowniejszym napadom podobnej choroby. Tymczasem przez gościnne progi borowieckiego dworu dużo się przesunęło kawalerów, czyhających na powabną jedynaczkę i jeszcze powabniejszy posag. W żadnym z nich atoli nie znalazłem na serjo rywala, dzięki bowiem wybornym galicyjskim szkołom i panującej przy tem u nas narodowej nieprzyjaźni dla Guttenberga, żaden z młodych paniczów przyjeżdżających próbować szczęścia, nie mógł wytrzymać tych jak je nazywali egzaminów panny Leokadji. Wynosili się więc niebawem, narzekając po cichu lub głośno na dzisiejszą górnolotną edukację panien, która to sprawiła, że dziś prosta szlachcianeczka nie znajduje już przyjemności w rozmowie o pogodzie, psach, koniach, polowaniu, a nawet o modach i strojach a chce zaraz jakieś ciężko uczone prowadzić dyskursa. Ja w skrytości ducha przyznawałem rację tym dzielnym chłopakom, nie mniej przeto cieszyłem się z ich szybkiego odwrotu. Czułem, że wszystkie podobne próby kochanych Władziów, Stasiów, Kaziów i t d. kończące się w dość krótkim czasie, wychodzą ostatecznie na moją korzyść, przypatrywałem się więc i przysłuchiwałem tym wszystkim egzaminom panny Leokadji z zadowoleniem studenta, który źle zdał egzamin, ale go zdał przynajmniej. Tak rzeczy stały za nadejściem jesieni i byłyby może przeciągnęły się na czas nieograniczony, gdyby nie romantyczna przygoda, którą los zawsze w pogotowiu chowa dla zakochanych. Było to mniej więcej w połowie października. Powróciłem do domu późnym wieczorem z Borowca więcej niż kiedykolwiek rozmarzony, nie wiem bowiem, czy to przypisać wpływowi jesieni roztaczającej łagodną melancholję łąk w naturze jakoteż i w sercu człowieka, czy innym jakim okolicznościom, dość, że znalazłem pannę Leokadję więcej uczuciowo dla mnie usposobioną. Nastrój jej wprawdzie zawsze był mocno sentymentalnym, ale jak mówiłem sentymentalność ta obracała się dotąd w sferze czystej fantazji i nie zdawała się szukać dla siebie żadnego przedmiotu, z którego nowe życie czerpać by mogła. Otóż teraz właśnie zauważyłem tę lekką zmianę, że moją ubóstwiana Lodzia zaczyna odczuwać potrzebę bliższych i więcej określonych wrażeń, że pragnienia tych słodkich wzruszeń, które dać tylko może urzeczywistniona miłość, zaniepokoiły w części jej Znalazłem ją rozdrażnioną, wrażliwą, nieco tęskną skłonną do zwierzeń i serdecznej rozmowy. Mówiliśmy dużo o przeczuciach, o przeznaczeniu, sympatji, przyjaźni, a ztąd naturalnym przejściem dotknęliśmy lekko niebezpiecznego przedmiotu — miłości. W rozmowie czułem, że jakkolwiek nie jestem wybranym bohaterem, któryby miał urzeczywistnić idealne pragnienia mojego bóstwa, mogłem już jednakże oddziaływać na poczynającą wibrować zmysłowo poetyczną strunę serca panny Leokadji. Zrealizowałem na swój wyłączny benefis tego dnia szczęśliwego nie jeden żywy rumieniec Lodzi, niejedno przeciągłe i powłóczyste spojrzenie i niejeden cieplejszy uścisk ręki. Tak więc powróciłem do domu upojony tem nie określonem nic, którego zanalizować nie można, a które mimo to ma czarowną władzę wypełniać szczęściem serce młodego człowieka. Nie mogłem ani pomyśleć o spoczynku, rozkołysany marzeniami, z piersią pełną pragnień, obaw i nadziei, potrzebowałem pieścić się wrażeniem dnia ubiegłego. Chodziłem więc długo w noc po swoim ogródku, przypatrując się przelatującym chyżo chmurom, które dość silny wiatr po niebie przesuwał. Tak samo przesuwały się moje myśli w szybkim locie, coraz tylko więcej zamglone i niewyraźne, bo senność i zmęczenie zaczęły coraz bardziej ciężyć na moich zmysłach. Chciałem pomyśleć o odwrocie i położyć się w łóżko, gdy w tem jaskrawe światło od strony Borowca zwróciło moją uwagę. Przetarłem oczy spojrzałem uważniej i przekonałem się, że to nie mniej nie więcej tylko — pożar. W jednej chwili rozbudziłem swoich ludzi nakazując im czemprędzej pospieszyć na ratunek i sam co koń wyskoczy pogalopowałem na miejsce wypadku. Ogień widocznie musiał pochodzić z podpalenia, bo przybywszy na miejsce, zastałem trzy budynki folwarczne dość odległe od siebie, jakoto: stodołę, stajnię i owczarnię w płomieniach. W Borowcu panował zamęt nie do opisania; pan Bąbaliński stracił zupełnie głowę, służba dworska i gospodarze również; trudno też zaiste było zadanie ratować trzy płonące budynki w trzech różnych rogach podwórza, bronić reszty od zajęcia się i pamiętać o inwentarzu. Wszystko co żyło biegało tylko z kąta w kąt bez ładu i składu, krzyczało i przeszkadzało sobie wzajemnie, a nic w gruncie rzeczy nie robiło dla położenia skutecznej tamy pożarowi. Pani Bąbalińska na środku pokoju, oświecona blaskiem łuny, stała nieruchoma jak Sybilla, wykrzykując od czasu do czasu: C’est grandiose! c’est sublime mais c’est terrible! Boże co za nieszczęście! Pan Bąbaliński biegał po podwórzu, wydawał sprzeczne dyspozycje, łapał się za głowę i lamentował. — Moje merynosy nie zaasekurowane! — wołał w ostatniej rozpaczy i zwątpieniu. Panna Leokadja stała poważna i milcząca, przestraszona a podziwiająca zarazem mimowolnie ten straszny a malowniczy widok. W jaskrawem oświetleniu wydała mi się piękniejszą i wznioślejszą niż zwykle. — Ratuj panie Janie! wykrzyknięto jednogłośnie, gdy mnie zobaczono. Ja na szczęście umiem w takich razach zachować zimną krew i przytomność umysłu, tem bardziej jeszcze, gdy podobna katastrofa nie u mnie ma miejsce. Na swoje bowiem zawsze człowiek drażliwszy i łatwiej się mięsza. Objąłem więc natychmiast ogólną dyrekcję i wypowiedziałem stanowczą walkę nieszczęsnemu żywiołowi. Tymczasem nadbiegli moi ludzie, jakoteż i z innych okolicznych wsi, przez co siły pozostawione do mojej dyspozycji znacznie się powiększyły. Pana Bąbalińskiego uprosiłem żeby stał spokojnie i do niczego się nie mieszał a sam z całą żywością i energią wziąłem się do roboty. Nasamprzód musiałem pomyśleć o zabezpieczeniu nietkniętych jeszcze zabudowań, na to więc odrazu wszystkie wytężyłem siły, rzuciwszy znaczną ilość sikawek na najbardziej zagrożone stanowiska. Tego dokonawszy, resztę podzieliłem na trzy gromady, z których każdej przeznaczyłem ratunek jednego z trzech pięknych budynków. Sam wszędzie czynny, wszędzie obecny, dozorowałem na każdym punkcie, wydawałem potrzebne rozkazy, sam najskuteczniej kierowałem sikawkami i rzucałem się z hakiem w ręku na odrywanie i rozrzucanie przepalonych Czułem się w swoim właściwym żywiole i zwijałem się jak mucha w ukropie. Rozgorączkowany wrażeniami dnia poprzedniego, bezsennością, widokiem ognia i gwałtownością ratunku, znajdowałem potrzebną siłę na wszystko i osmolony, opalony, zziajany w płomieniach i dymie mogłem przedstawiać doskonale szczytny ideał członka straży ogniowej. Udało mi się jako tako poskromić ogień w stajni i stodole i ustrzedz inne budynki od ognia, ale z owczarnią najcięższa była sprawa. Owiec nie udało się w żaden sposób uratować, bo te głupie stworzenia w czasie pożaru jeszcze bardziej tracą niż ludzie. Zbijają się w jednę kupę i beczą żałośnie na wszystkie tony, ale ani rusz nie dadzą się wyprowadzić z ognia. Trzeba więc było zostawić je losowi, rachując jedynie na to, że jeżeli ogień jeszcze w czas się pokona, a one nie uduszą się dymem, to będzie to jedyny możliwy sposób ich ocalenia. Ale niestety małe na to były widoki, bo owczarnia najgwałtowniej ze wszystkich budynków płonęła. I kiedy tak w najlepsze na wszystkie strony obracam się i zwijam, nagle powstaje krzyk i przybiegają do mnie pod stajnię, do najwyższego stopnia przerażone pani Bąbalińska z panną Leokadją. — Co się takiego stało? zapytuję również zaniepokojony. — Pan Bąbaliński gdzieś się zapodział — odpowiadają mi obiedwie z rozpaczą. Z ich słów urywanych tyle tylko wyrozumieć mogłem, że przed niedawnym czasem widziały go, jak z głośniejszym okrzykiem: „moje merynosy nie zaasekurowane“ puścił się pędem ku owczarni i znikł im z oczu w płomieniach. Odtąd nie widziały go więcej i były pewne, że pozostał w palącej się owczarni. Czyżby zmysły stracił pomyślałem sobie w prostocie ducha, czyżby nie mogąc ocalić, chciał przynajmniej zginąć heroicznie na czele swych owiec? Trzeba się prawdy dowiedzieć. Podbiegliśmy wszyscy pod owczarnię i zaczęliśmy dopytywać się ludzi. Jedni zajęci gaszeniem nie uważali go wcale, drudzy w samej rzeczy widzieli go wchodzącego we drzwi, ale nikt nie umiał powiedzieć co się z nim stało. Oglądamy się na wszystkie strony, krzyczymy, prosimy żeby wychodził, jeżeli jest w owczarni, a tu panie nikt się nie odzywa, i pana Bąbalińskiego jak nie ma tak nie ma. Nastąpił przestrach i lament niesłychany: różne przypuszczenia, że zemdlał, że wydostać się z poza owiec nie może, że się dymem udusił, następowały jedne po drugich. Jakoż w rzeczy samej ogień zaczął się już do wnętrza dostawać i mogło mu tam być ciepło między owcami. W takiej krytycznej chwili panna Leokadja zwróciła ku mnie swoje zbielałe od przestrachu lica i błagalne rzucając wejrzenie: — Panie Janie — szepnęła ledwie dosłyszalnym głosem, ratuj mego ojca, wyszukaj, wyprowadź... bo ja umrę w takiej niepewności... — i zachwiała się jakby omdlewać miała, a łzy sznurkiem pereł puściły się po jej twarzy. Na widok tych łez miękko mi się na sercu zrobiło, spojrzałem okiem znawcy na dach i oceniłem, że jeszcze niezły kawałek czasu wytrzyma. — Tanim kosztem wyjdę na bohatera — pomyślałem — w to mi graj! W tem przypomniałem sobie znaczną korpulencję pana Bąbalińskiego, którego może dźwigać przyjdzie, i uczułem, że mnie odwaga odstępuje. Spojrzałem w oczy pani Bąbalińskiej i wyczytałem w nich myśl: „Maxime w tem położenia byłby się ani chwili nie “ Raz jeszcze rzuciłem wzrokiem, dla nabrania serca na zapłakaną Lodzię i raz, dwa trzy śmiałym krokiem przymróżywszy oczy przestąpiłem próg owczarni z niesłychaną wiarą nie mniej ni więcej jak jeden z trzech biblijnych młodzieńców, wrzucanych do rozpalonego pieca. Mimo tej niezłamanej wiary, gorąco mi się zaraz na samym wstępie zrobiło; nie byłem z łaski nieba bynajmniej nerwowym, ale panujący tu dym, para, gdzieniegdzie przebijające się płomienie, beczenie owiec, trzask belek nad głową mogły najśmielszemu odebrać przytomność. Postąpiłem z wielką trudnością kilkanaście kroków naprzód w duszącym dymie i nieznośnym upale i zacząłem medytować, jak to będzie można odszukać pana Bąbalińskiego między zawalającemi drogę baranami. Postąpiłem jeszcze kilka kroków, przeciskając się mozolnie między zgłupiałemi i wpół zaduszonemi zwierzętami, w tem patrzę w górę — powała na dobre się pali. — Źle będzie panie Janie — westchnąłem sobie — nie w porę wybrałeś się z heroizmem, może cię on więcej kosztować niżeś myślał, upieczesz się jako prawdziwy baran, jakim jesteś — i tak rozglądałem się, o ile mi na to dym piekący pozwalał, czy gdzie nie ujrzę potężnych kształtów pana Bąbalińskiego. Ale nigdzie nic dojrzeć nie mogłem i zacząłem wahać się w sobie, czy przeciągać te niebezpieczne poszukiwania, czy myśleć o własnej skórze. Instynkt zachowawczy przemagał i zacząłem się powoli posuwać ku drzwiom, i tylko ta myśl mnie trapiła, jak się pokażę na oczy pannie, nic nie wskórawszy. Dym coraz gęściejszy, nie pozwalający prawie oddychać i tę okoliczność wybił mi nareszcie z głowy. Zacząłem cofać się bezwstydnie, nie myśląc już ani o wyrzutach panny Leokadji ani o pogardliwym wykrzykniku „Takby Raoul nie zrobił“, pani Bąbalińskiej. Na szczęście dobrej sławy mego bohaterstwa, zanim zdążyłem połowę drogi ku drzwiom przebyć, gdy naraz dał słyszeć srebrny głos p. Leokadji, wołający z całej siły: — Panie Janie, na miłość Boga, wychodź czemprędzej! ojciec się znalazł! Był wprawdzie w owczarni, ale cofnął się niepostrzeżony i poszedł do dworu zabrać klucze od kasy, których zapomniał. Usłyszawszy te słowa, zaśmiałem się mimowolnie z całej tej romantycznej przygody, która tak komiczne a proste znalazła rozwiązanie i nie mając dłużej co popasać, z całym pospiechem usiłowałem się wydobyć na świeże powietrza. Ale nie tak to łatwo przychodziło, jakbym był pragnął; trudność położenia zwiększała się z każdą chwilą, kłęby czarnego dymu nic mi już prawie widzieć nie dozwalały, — szedłem prawie na oślep ksztusząc się dymem i wciągając mozolnie rozpalone powietrze; przeklęte zwierzęta jak na złość plątały się pod nogami i nie dozwalały żadnego pewnego kroku zrobić, padałem prawie co chwila, lecz powstawałem natychmiast, z całą zawziętością walcząc o życie. Tymczasem słyszałem wciąż wołania: — Panie Janie wychodź! Spiesz się! O Boże co za nieszczęście! I głos p. Bąbalińskiego: — Czyście oszalały posyłać chłopaka na oczywistą zgubę; zkąd wam taka dzika fantazja przyszła do głowy, że ja tam pozostałem na złamanie karku! Dach lada chwila runie, biedaczysko na węgiel się upiecze! Poczem pani Bąbalińska wyjąkała: — Oh! mon Dieu c’est affreux d’être brùle' vif! Mężu ratuj, siły mnie opuszczają! Słyszałem to wszystko będąc już przy samych drzwiach, ale nie mogłem znaleźć w piersiach głosu, by się im odezwać. Wytężyłem tylko resztę sił, przesadziłem kupę leżących już owiec, stanąłem prawie cudem tuż we drzwiach i dziękując Bogu za cudowne ocalenie, przekroczyłem próg stając na wolnem powietrzu, witany rozjaśnionemi twarzami wszystkich świadków tej sceny — gdy w tem wielka paląca się głownia z trzaskiem załamała się nademną i przelatując końcem dotknęła mojej głowy. Uczułem wielki ból i gorąco, dosłyszałem jeszcze okrzyk zgrozy obecnych i jak długi runąłem na ziemię... Kilkanaście dni podobno upłynęło, które spędziłem wpół nieprzytomnie w dzikich gorączkowych marzeniach. Zdawało mi się tylko ciągle, że znajduję się jeszcze w palącej się owczarni, że wynoszę na rękach pana Bąbalińskiego, że go podźwignąć nie mogę, i upadam pod tym strasznym ciężarem, który mnie przygniata. Próżne usiłowania, żeby go zrzucić z siebie, pan Bąbaliński leżał jak zmora na moich piersiach i dusił mnie, gniótł mi głowę i śmiał się szyderczo z wszystkich moich wysileń. Czasami nawet zdawało mi się, że widzę z poza płomieni bladą a uroczą twarz Leokadji, wołającej na mnie swoim najsłodszym głosikiem: — Panie Janie wychodź, spiesz się! Chciałem jej odpowiedzieć, ale p. Bąbaliński położył swoją szeroką dłoń na moje usta. Czasami czułem, że mi się głowa pali i że ze wszech stron starają się ten straszny pożar ugasić. Gdy po kilkunastu dniach przyszedłem nareszcie do zupełnej przytomności, znalazłem się w Borowcu, w starannie dla chorego urządzonym pokoiku, na miękkiej pościeli, otoczony całą troskliwością i pieczołowitością. Pani Bąbalińska, muszę to wyznać, krzątała się koło mnie jako prawdziwa matka, nie szczędziła starań ni trudu, ani też całej kobiecej troskliwości, przewidującej wszystkie pragnienia a nawet i kaprysy chorego. Miałem najlepszego doktora ze Lwowa i stałego chirurga przy sobie, słowem, opływałem we wszystkie wygody i wszelką możliwą pomoc. Pierwsze też wrażenia, otrzymane po wyjściu z gorączki były nadzwyczaj przyjemne. Każda choroba ma to do siebie, że po przesileniu ustępując z placu, sprawia reakcję w całym organizmie. Jakże się wtenczas chciwie chwyta nowo wstępujące życie, odnajduje się w niem wtedy nowe powaby, których przedtem nigdy nie miało! Najmniejszy drobiazg bawi i zachwyca, każde wrażenie czuje się mocniej i głębiej, samo towarzyszące osłabienie jest połączone z niejakiem rozkoszowaniem się tem przymusowem a słodkiem farniente, a zarazem pretekstem do pieszczot i zaspokojenia wszechwładnej fantazji chorego. Tak i ja witałem powracające zdrowie z całą rozkoszą wypoczywającego sybaryty, któremu każdy dzień nowy zasób szczęścia przynosi... Nareszcie moja rekonwalescencja tyle już postąpiła, iż mogłem opuścić łóżko i spędzać długie czarujące chwile w towarzystwie panny Leokadji. O czemuż ta piękna jesień tak szybko i bezpowrotnie minęła! Dla mnie była ona jedyną życia wiosną i nie mógłbym o niej dziś bez żalu a zarazem bez goryczy mówić. Nie chcę dotykać szyderstwem tej niewinnej sielanki w głębi Borowieckiego ogrodu pod jasnem sinem niebem jesieni, wśród zwiędłych astrów i klombów ubranych w złoto, lub purpurowe liście. Nie chcę potrącać myślą tych pierwszych wyznań, dobywających się mimowoli z wezbranej uczuciem piersi, tych słodkich uniesień wyznanej a podzielonej miłości, tych słów namiętnych, zda się świat cały, a które dziś niestety możeby się tylko śmiesznemi wydały! Wolę zarzucić na ten jaśniejący czystem światłem obraz szarą zasłonę gęstych mgieł jesieni. Dość mi wspomnieć dla utrzymania jakiego takiego ciągu w opowiadaniu (o które mi zresztą, jak to mogliście zauważyć, nie wiele chodzi), że byłem kochany i czułem się wyłącznym wybrańcem losu, powołanym do najwyższego szczęścia na ziemi, słowem, uprzywilejowanym, szczęśliwym wielbicielem panny Leokadji. Ubolewałem nad losami tylu miljonów ludzi, którzy mogą pędzić nędzną egzystencję, nie mając nawet wcale takiego anioła, jakim była moja najdroższa Lodzia. Nie posiadałem się z dumy na samą myśl, że to ja a nie kto inny, napotkałem ją na drodze mojego życia, a co większa, zyskałem jej miłość. Zacząłem dobrodusznie podziwiać sam siebie jako istotę wyższą, przeznaczoną na niezwykłe życia koleje, którą jasnowidzący Geniusz panny Leokadji przeczuł, odszukał w tłumie pełzającego robactwa i podniósł na przynależny piedestał potęgą własnego uczucia. W upojeniu i w rojonych o przyszłości marzeniach szybko ulatywały chwile, z których każda unosiła lepszą cząstkę mej duszy w odmęt przeszłości. Tymczasem państwo Bąbalińscy przyjęli mnie z radością na oficjalnego aspiranta do ręki ubóstwianej Lodzi, przyczem korzystając ze zdarzonej sposobności pan Bąbaliński palnął mi sążnisty traktat o swoich demokratycznych przekonaniach, w którym dowodził, że nigdyby nie powierzył losu swej jedynaczki żadnemu człowiekowi zapleśniałej arystokracji, będącej jedynie tamą postępu społeczeństwa, lecz że go chętnie odda w ręce takiego człowieka jak ja, aczkolwiek nie majętnego, po którym spodziewa się, że zerwawszy raz na zawsze z konserwatyzmem, stanie się jednym z filarów wojującej idei. Słysząc to wszystko wypowiedziane w sposób godny i , rozczuliłem się niewymownie tą wspaniałomyślnością pana Bąbalińskiego i dziękowałem w głębi serca niebu, że nie urodziłem się żadnym hrabią lub baronem i że mam stąd wszelką swobodę do zerwania z przyrodzonym mi nieco konserwatyzmem. Scena z panią Bąbalińską była jeszcze więcej rozczulającą. — Je vous regardais toujours comme mon fils bienaimé, parceque je vous croyais capable d’un grand et veritable sentiment — wyrzekła z głębokiem westchnieniem. — Ty nigdy nie przestaniesz jej kochać — dodała po chwili podnosząc dłoń w górę. Gotów byłem z dobrą wiarą składać wszystkie możliwe przysięgi, więc rzecz cała skończyła się na macierzyńskim uścisku i łzach rozrzewnienia ze strony mojej przyszłej matki. Tym sposobem stałem się na serjo uznanym i przyjętym konkurentem i miłość moja mogła swobodnie galopować sobie po gładkiej drodze do wygodnej i spokojnej przystani małżeństwa. Że byłem najszczęśliwszym na całej kuli ziemskiej człowiekiem, o tem już wspominać nie potrzebuję. Żadnej znikąd chmurki na mojem niebie, kochałem coraz mocniej i głębiej, spokojny o przyszłość odkrywając coraz nowe zalety i doskonałości w mojem bożyszczu. W tej szczęśliwej fazie mojego życia zastał mnie rok 1863. Smutna, okropna data — ile razy mi się z pod pióra wysuwa, tyle razy radbym zamiast niej „kleksa“ postawić. Cóż kiedy nie da się ona tym sposobem z serca i pamięci wymazać! Nadszedł więc ów rok bolesnej pamięci 1863 i z nim ta cała katastrofa, która znowu raz jeszcze tragiczną klęską zakończyć się miała. Od dawna już wprawdzie dawała się przeczuwać ta wisząca burza w powietrzu po gorączkowym nastroju całego społeczeństwa z pod zaboru rosyjskiego. Egzaltacja patrjotyczna zapalała serce, ogarniając coraz to większe koło, młodzież szalała, starcy tracili głowę, namiętni pchali do czynu, umiarkowani nie śmieli iść naprzód ani też cofnąć się, wsteczni kryli się i walczyli podstępem. Postawiono ideał wielki, święty i wierzono w jego urzeczywistnienie, kto nie wierzył, ten udawał, że wierzy lub milczał. Patrjotyzm stał się modą, popisem, koniecznością towarzyską. Nawet salony zaczęły naginać się pod jarzmo tej egzaltacji d’une haute nouveauté. Wszechwładny duch czasu pędził w płomienie i krew upojoną bohaterskiemi marzeniami rzeszę, porywając zarazem ze sobą bezwiedną masę panurgowych owiec. U nas w Galicji, zdala od płomienistego ogniska, zapatrywano się na tę rzecz statecznej i rozważniej. Nie mogliśmy z zaufaniem zapatrywać się na ten ruch, wyszły z łona zapaleńców, po którym spodziewać się było można, iż wiele ofiar od nas wymagać będzie. Nie brakło wprawdzie i tu na gorących patrjotach, którzy gorącemi słowami dawali moralne poparcie wielkiej idei odrodzenia, większość przecież w racjonalnem zamknięta milczeniu, wyczekiwała okoliczności, żeby stosownie do nich, bądź to wziąć udział w ruchu, bądź to stanowczo go potępić. Na czele patrjotów stał bez zaprzeczenia dom państwa Bąbalińskich. Pan Bąbaliński na podstawie demokratyczno-narodowych zasad nie wahał się ani chwili dać swoją aprobatę kipiącej Warszawie i wypowiedzieć śmiertelną wojnę rosyjskiemu imperium; pani jak dobra Polka rozczulała się bezustannie nad dolą męczeńskiego narodu i entuzjazmowała się już przed czasem do przyszłych bohaterów, nadewszystko zaś panna Leokadja, która przywiozła z sobą z Krakowa znaczny zapas defraudowanego patrjotyzmu, przejęta duchem poetycznych natchnień Słowackiego, porwana zapałem na widok idealnej strony sposobiącego się do heroicznego wysiłku narodu i uniesiona w nadziemskie sfery poświęcenia, stała na wysokości niedosięgłej oczom zwykłego śmiertelnika. Co do mnie, muszę w szczerości ducha wyznać, że nie zastanawiałem się nic a nic nad położeniem, zamknięty egoistycznie w jednem wyłącznem uczuciu. Jedynie propaganda panny Leokadji zdolna mnie była utrzymać na pewnej podniosłości patrjotycznego nastroju i przejąć mnie niezłomną wiarą we własne bohaterstwo, od którego jednakże spodziewałem się ochronić. Jednakże po wybuchu powstania, gdy ono po paru tygodniach istnienia zostało nareszcie zaadoptowane i wzięte w opiekę przez całe stronnictwo poważnie myślących, gdy „biali“ — jak ich nazywał z niechęcią tryumfujący teraz pan Bąbaliński — zaczęli przyjmować na siebie ciężar politycznego przewodnictwa, składając doświadczony rozum stanu i dyplomatyczne zdolności na ołtarzu ojczyzny, gdy jeszcze obok tego Galicja zaczęła dostarczać powstaniu swoich Zuzüglerów, uczułem, że zbliża się i dla mnie chwila stanowcza. W Borowieckim dworze coraz to gwarniejsze odbywały się zebrania, i coraz żywsze toczyły się dyskusje. Zapał wzrastał i potęgował się z każdą chwilą, coraz to nowe dawały się słyszeć okrzyki. — Wspomagać powstanie aż do upadłego! Francuzi lada chwila nadejdą! Pójdziemy wszyscy do oddziałów. A panna Leokadja patrzała się na mnie niewysłowionym wzrokiem, z którego wyraźnie czytałem myśli: — Ty jeszcze tutaj? Nie było co robić, trzeba się było Szczęściem u mnie decyzja długiego czasu nie potrzebuje. Ideał mój potrzebował widzieć we mnie bohatera, ergo ja musiałem iść szukać laurów. Było to rozumowanie prostej, a nieubłaganej logiki. Jednego więc pięknego wieczora po długiej i szczerej rozmowie z Lodzią o obowiązkach Polaka, o wielkich czynach i nieśmiertelnej sławie wojujących za wolność kraju i t. d. oświadczyłem od niechcenia, że za trzy dni wyjeżdżam do oddziału. Jakkolwiek moja Lodzia chciała się już oddawna dosłyszeć tego z ust moich, uważając ten krok za stanowczy probierz mojego ducha, przecież tak nagła wiadomość wywołała u niej głębsze i rzewniejsze wzruszenie. — Tak prędko? Czyż to być może? wyszeptała tym dziwnie miękkim i pełnym słodyczy tonem, w którym się mieściło trochę smutku i obawy, trochę nadziei i niewieściej dumy. Niebieskie, a lekko zawilgotnione oczy spojrzały na mnie tak czarująco, że czułem się gotów w tej chwili rzucać na gołe bagnety dla tego jedynego spojrzenia i towarzyszącego mu uśmiechu, pełnego anielskiej tęsknoty. Przyklęknąłem i pocałowałem podaną mi rączkę, od której niestety miałem się na długo, może na zawsze oderwać. Pan Bąbaliński, jak się dowiedział o mojem postanowieniu, porwał mnie w swoje objęcia, przycisnął czule do serca i wyrzekł uroczystym głosem: — To chwat chłopak, zawsze to mówiłem, on się nie cofnie przed niczem i poniesie śmiało sztandar narodowo-demokratycznej idei, pokąd go nie zatknie na gruzach barbarzyństwa! Pani spojrzała na mnie z wyrazem uwielbienia i dumy matki Spartanki, poświęcającej syna, nic nie mówiła, ale jej milczenie i postawa wymowniejszemi były nad wszystkie słowa. Tym więc sposobem spaliłem wszystkie mosty za sobą i musiałem pomyśleć o jak najspieszniejszem wykonaniu moich zamiarów. Przygotowania wszystkie już poprzednio porobiłem, nie pozostawało mi więc nic, jak wydać ostatnie dyspozycje gospodarskie, załatwić niektóre drobne interesy i co najważniejsza, uroczyście się pożegnać z moją lubą i jej rodzicami. Postanowiłem wybrać się z całym rynsztunkiem wojskowym do Borowca, tam spędzić może błogi wieczór mojego życia, i stamtąd nie oglądając się już na moją Wulkę, wyruszyć wprost do oddziału. Jak pomyślałem tak i zrobiłem; ubrałem się jak przystoi na przyszłego obrońcę ojczyzny, przypasałem szablicę, nastrzępiłem wąsy, przywdziałem minę jak najbardziej wojenną i tak w całej pełni marsowych wdzięków stawiłem się przed panią mojego serca. Już to kto mnie widział wówczas, musi przyznać, że wcale dziarsko wyglądałem, to też jak mnie tak zobaczyła Lodzia z rycerskim animuszem i doskonałą fantazją wjeżdżającego na dziedziniec, wybiegła rozpromieniona na moje spotkanie i rzuciła mi się z czułością na szyję. Podobne wyjątkowe a stanowcze chwile mają niezmierny przywilej łamania wszelkich lodów. Obojętne nawet serca drgają wtedy nieznanem przedtem uczuciem, a cóż dopiero mówić o sercach kochanków! Lepsza, szlachetniejsza strona ludzkiej natury bierze wówczas górę nad przyrodzonemi jej słabostkami i śmiesznościami, potęga sytuacji podnosi i uszlachetnia walkę sprzecznych uczuć, a prawdziwy zapał rzuca nawet blask na smutne Donkiszotów postacie. Nigdy też nie wyjdzie mi z pamięci ten pożegnalny wieczór w Borowcu. Zamieniliśmy pierścionki z Lodzią, otrzymaliśmy błogosławieństwo rodziców, uprzedzając tym sposobem chwilę uroczystemi zaręczynami. Nigdy też moja Lodzia nie okazała mi tyle miłości, tyle prawdziwie niewieściej tkliwości! Zapomniała na chwilę o wszystkich swoich marzeniach wielkości i poświęceń, i tuliła się do mnie drżąca z całym niepokojem i trwogą kochającej kobiety. Blada, poważna i milcząca, rozmawiała ze mną raczej uściskiem ręki, łzawem spojrzeniem i przytłumionem westchnieniem, niżeli słowami. Lecz możeż być wymowniejsza rozmowa od łez i westchnień? Pani Bąbalińska od czasu do czasu ucierała oczy chustką. Pan Bąbaliński chrząkał chodząc po pokoju i mruczał: — Tfu, głupstwo! — coście tak posowieli wszyscy? Nie ma się czego martwić, wszystko pójdzie dobrze, nasza idea musi zwyciężyć. Zapatrzyłem się mimowolnie na czarną sukienkę Lodzi, nasuwającą mi różne czarne myśli i okrywałem namiętnemi pocałunkami drobniutką jej rączkę, znajdując w tem słodkiem zajęciu jedyne skuteczne lekarstwo przeciw ogarniającemu mnie wzruszeniu. Tak upływały powoli lecz nieubłaganie te uroczyste chwile, odmierzane coraz to bardziej przyspieszonem biciem serca, nadszedł ostateczny czas pożegnania i całe życie moje skupiło się na ustach Lodzi. Ta upadając w objęcia moje, szepnęła tylko: — Gdybyś zginął, ja ciebie nie przeżyję — i łzy długo wstrzymywane puściły się nareszcie wolnym biegiem. Upiłem się temi łzami, na szczęście w tej chwili wniósł pan Bąbaliński ogromny kielich starego węgrzyna, żeby dawnym obyczajem wypić strzemiennego, tak więc zapiłem łzy winem i tym sposobem przyszedłem do pewnej moralnej równowagi. Tysiące pożegnalnych wykrzykników, życzeń, błogosławieństw, spadły na mnie jak burza, wyrwałem się nareszcie z potężnych objęć pana Bąbalińskiego i żegnany jeszcze ostatniem „do widzenia“ z najdroższych ust Lodzi, popędziłem jak wicher, uciekając przed własnego serca słabością. Nie będę tu opisywał moich przygód obozowych ani kreślił obrazu powstania, znajdziecie to wszystko mili czytelnicy w moich pamiętnikach, jeżeli je kiedykolwiek napiszę. Potrzebuję wam tylko w kilku słowach nadmienić, co się ze mną działo. Otóż dostałem się szczęśliwie do obozu Langiewicza i odbyłem jako prosty żołnierz całą dyktatorjalną kampanię. Po zwycięstwie naszem pod Grochowiskami, a zarazem po dyplomatycznej ucieczce dyktatora, przez dziwną sprzeczność natury ludzkiej ja, który nie czułem w sobie pierwiastkowo wielkiego powołania do męczeńsko bohaterskich rozpraw, postanowiłem sobie na złość dyktatorowi nie wstępować w jego ślady. Zdawało mi się, że raz zdecydowawszy się na krok tak stanowczy, nie godziło się bez żadnego rezultatu uchodzić z pola walki. Uważałem moje postanowienie za święte zobowiązanie się tak względem kraju, jak i względem mojej ubóstwianej Lodzi. Postanowiłem więc bądź co bądź dalej pozostać. Podzielałem smutne losy kilku nowych oddziałów, które także w krótkim czasie zostały rozbite. Nareszcie los mi do tyla posłużył, że dostałem się do oddziału Chmielińskiego, który miał przynajmniej niejakie podobieństwo do regularnego wojska i gdzie można było spotykać się i rozprawiać z Moskalami. Dotychczasowy bowiem systemat cofania się, praktykowany przez poprzednich moich dowódców, wcale mi nie przypadł do smaku. Na prosty bowiem rozum szlachecki wyrachowałem, że większe jest bezpieczeństwo tam, gdzie się porządnie biją, niż tam, gdzie bez ładu uciekają, i że milej jest zginąć w bitwie jak żołnierz, aniżeli być zostawionym na pastwę kozaków. Dlatego też cały czas partyzantki pod Chmielińskim mimo wszystkich niewygód, niebezpieczeństw, próżnych wysiłków i smutnych widoków na przyszłość, uważałem przecież za rodzaj wypoczynku po dawniejszych demoralizujących przejściach. Nie spodziewałem się wprawdzie wyjść cało z tych różnych tarapatów, ale los jakoś opiekował się mną w sposób nadzwyczajny. Wychodziłem cało z każdej przeprawy, ani razu nie zostałem ranny, a jakkolwiek nie odznaczyłem się niczem i wciąż pozostawałem w stopniu prostego żołnierza, przecież powiedzieć mogę, że sumiennie spełniłem swoją powinność. Wprawdzie coraz to więcej traciłem nadzieji co do pomyślnego rezultatu naszych wysileń i ten brak wszelkiej nadzieji był dla mnie najnieznośniejszym ze wszystkiego. Chęć powrócenia do mojej najdroższej paliła mnie nieustannie, ale jako żołnierz chciałem dotrwać na raz zajętem stanowisku. Smutno mi było pomyśleć, że powrócę bez tej sławy, na którą ona tyle liczyła, bez zwycięskiego lauru i bez wszelkiej pomyślnej wieści o przebiegu świętej naszej sprawy. Smutno mi było wracać z pola ruin i płomieni, zaprzepaszczonych ofiar i bezowocnych męczeństw, unosząc z sobą piekącą myśl „wszystko stracone“! Bo w trudach wojennych, w ogniu i niebezpieczeństwie zrosłem się całą duszą z tą ojczyzną, pełną łez i krwi, a każda klęska, każdy upadek coraz to nowem przykuwały mnie do niej ogniwem miłości! Jednakże po niefortunnej potyczce, która się zakończyła zabraniem w niewolę naszego dowódcy, uczułem tyle zwątpienia i tyle rozpaczy w sercu, że nie mogłem już pozostać dłużej w obozie. Dla mnie z tą chwilą wszystko się już skończyło — potrzebowałem wyrwać się czemprędzej z pod nacisku tylu okropnych wrażeń. Smutny to był zaiste powrót do domowej zagrody. Przykre rozczarowanie, ciężki żal do Boga i ludzi, jakiś wstyd przed samym sobą towarzyszyły mi w tej ostatniej niebezpiecznej . A przecież wracałem na łono tych, którzy mnie kochali, do własnej siedziby, do normalnych życia warunków, a nadewszystko do kochanej i kochającej kobiety, w której miłości spodziewałem się znaleść zapomnienie, spoczynek i niezachwiane szczęście w przyszłości. Wobec przykrych uczuć, które mną miotały, mogłem sobie dopiero jasno wyobrazić los tych, którzy po tak strasznem moralnem rozbiciu nie mają zakątka, gdzieby mogli powrócić, ani też serc kochających, przy którychby odżyć mogli. Ja bowiem, który miałem wszystkie podstawy nowego życia i dla którego ta niefortunna wyprawa winna pozostać tylko mało znaczącym epizodem, czułem się przecież nad miarę zgubionym, jakbym większe pół życia zostawił w tej fantasmagorji krwawych świateł, w którą wplątany zostałem. Szczęście myślałem sobie, że mam takiego anioła, który mą zranioną duszę weźmie pod swe jasne skrzydła. Najdroższa Lodziu, ciebież to przyjdzie mi przywitać tą, wymowną boleścią, strofą z Beniowskiego:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Panna Leokadja.
